- Opowiadanie: Emmapopik - Sprawdza się

Sprawdza się

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Sprawdza się

SPRAWDZA SIĘ

-Dlaczego zabierasz tę gazetę ze sobą? – zapytał Dowódca. W głosie brzmiało niezadowolenia i zdziwienie. Siedział już w kabinie, mając ręce położone na konsoli sterowniczej, gotowy, uruchomić rakietę i wystartować.

Nawigator uśmiechnął się przepraszająco, ale wcale się nie czuł winny, co więcej, zasiadając w fotelu lekkim ruchem, tak postawił swoją torbę NWO, niezbędnego wyposażenia osobistego, by dowódca spostrzegł wsunięty za pasek egzemplarz papierowego czasopisma, pokryty podwójną warstwą elastycznego środka przeciwko zgnieceniom.

Prawdziwego papieru już nie wytwarzano, ustał druk większości gazet, ta więc była cenna choćby z tego powodu, ale nie dlatego Nawigator traktował ją z wyjątkową czułością. Zachował bowiem miesięcznik z czasów młodzieńczych, kiedy chodził do szkoły i co miesiąc, spiesząc się na lekcje, wychodził z domu wcześniej, by kupić w supermarkecie bieżący numer czasopisma. Niecierpliwie płacił przy kasie i zasiadał w holu na ławce, obok starszych ludzi z siatkami zakupów na podłodze i rzędów czerwonych wózków na produkty. Otwierał okładkę i przeczytawszy tytuł „Fantastyka poleca”, od razu się zagłębiał w pierwsze opowiadanie. Przenosił się wtedy w inny świat: piękny, czarodziejski, pełen niezwykłych miejsc i ekscytujących wydarzeń. To właśnie te obrazy spowodowały, że rozpoczął studia w Akademii Kosmicznej. Dowiedział się, że kosmos jest oparty na zasadach naukowych, które można opisać i ująć w liczby. Na białych tablicach posuwanych ciągle do góry na ścianie sali wykładowej profesor pisał z ogromną prędkością wciąż nowe równania, obejmujące przestrzeń, a one pojawiały się natychmiast na monitorach ich notesów. Mogliby właściwie nie przychodzić na uczelnię, i wielu tak robiło, lecz po wykładzie rozpoczynały się żywe dyskusje i pokazy filmów doświadczalnych, które oglądali wszedłszy do kabin i nałożywszy hełmy, by uczestniczyć w wydarzeniach dziejących się w maszynie lecącej na inną planetę lub już po wylądowaniu, i mogli, a wręcz musieli sprawdzić, ile zrozumieli i zapamiętali z długich kolumn równań, i jak potrafią je zastosować, a jeżeli im się to nie udawało, pozostawali w kosmosie na zawsze, a fizycznie do chwili zdjęcia ze wstydem hełmu i opuszczenia kabiny, wiedząc, że muszą powtórzyć temat.

Kryjąc rozczarowanie, dopasowywał numery nowych gwiazd do nazw, tchnących niegdyś radosną fantazją, gdy je poznawał, czytając z niecierpliwością opowiadania na ławce supermarketu. Zapamiętał te chwile na zawsze, one wyznaczyły drogę jego życia, a rozbudzona wyobraźnia powodowała, że wciąż tęsknił za przestrzenią, która wzywała go cichym, dalekim śpiewem. Teraz więc musiał mieć przy sobie ten numer czasopisma, w którym wydrukowano opowiadanie, pokazujące realności inne niż na Ziemi, odmienne od udowodnionych naukowo i ujętych w równania. Na sali wykładowej pod cicho piszczącym mazakiem profesora świat wydawał się przejrzysty, logiczny i bez tajemnic, wręcz męczący swą dobrze umeblowaną materialnością. Ten egzemplarz “Fantastyki” powodował, że lecąc na rutynowe rejsy, dawał radę wytrzymać ich zwyczajność i nie doznawać uczucia zawodu. I tym razem również miał przed sobą niedługo trwającą robotę: sprawdzenie satelitów regulujących ruch w przestrzeni.

-Nadal wierzysz w te fantazje – zgromił go Dowódca. – Zapewnili mnie, że jesteś najlepszy, dlatego toleruję to odstępstwo od regulaminu.

-A jeśli się okaże pewnego dnia, choćby dzisiaj, że gdzieś w kosmosie napotkamy świat pasujący do opisanego przez autora, niezgodny z naszymi równaniami, i znajdziemy się w fantastycznej rzeczywistości? – zauważył Nawigator, skupiony już na uruchamianiu systemów, jego palce więc pomykały po wyłącznikach, ikonach i klawiszach.

-Takie realności nie mogą istnieć, nie mając fundamentu, a jest nim matematyka – zaprzeczył dowódca, również nie patrząc na rozmówcę, zajęty swoją pracą.

-A ja miewam sny – powiedziała siedząca za nimi Oficer Przestrzeni Podzielonych, więc jak na komendę odwrócili ku niej głowy, spoglądając – Nawigator z podziwem za odwagę, a Dowódca karcąco.

Nie patrząc na swych towarzyszy, stawiała olbrzymie przejrzyste sześciany przestrzeni. W pojemnej kabinie, lecz przecież ograniczonej, ukazywały się ich rzędy w pionie i w poziomie. Wydawało się, że ściany skorupy statku znikły, a przed nimi otwiera się wciąż większa i rosnąca w głąb i na wszystkie strony przejrzysta przestrzeń, podzielona cienkimi niby błona ściankami, sprawiającymi wrażenie niezmiernych odległości. Ten cud techniki zawsze zachwycał panią Oficer Przestrzeni, w cywilu jakąś Katarzynę, a tu eksperta od satelitów kosmostacjonarnych. Każdy potrafiła zlokalizować, a właściwie znała na pamięć jego położenie. Uważali ją za profesjonalistkę, aż nagle się okazało, że miewała sny. Nie zapytali, o czym śni, mimo że wyznanie uznali za dziwne. Sądzili, że nie perfekcyjna oficer nie ma utajonego życia psychicznego, gdyż wykonywała praktyczne zadania. Odwrócili więc głowy i zajęli się swoimi zadaniami.

Podróż upływała szybko, zgodnie z harmonogramem i równaniami opisującymi parametry lotu. Posuwali się przez czarną pustkę, słysząc długie dźwięki, jakie wydawała przestrzeń, co brzmiało jak wezwania przepływającego stada wielorybów, które nawoływały zagubionego w oceanie.

Katarzyna miała tej nocy straszny sen. Śniło się jej, że tak jak teraz buduje sześciany nieskończonej przestrzeni. W każdy z nich po kolei wchodzi poprzez sekwencje na swoim ekranie. W tej chwili właśnie otwierała ich systemy i wszystkie urządzenia i przeglądała, czy odpowiadają tym parametrom, które zostały zapisane. Wprowadzała korekty, dopasowując odległość co do ułamka milimetra. Gdyby nie pilnowała takiej precyzji, wówczas na kosmicznej trasie otarłyby się o siebie bokami gigantyczne transportowce towarowe i ciężkie promy pasażerskie. Wiozły na swych pokładach imigrantów z Ziemi, choćby zakamuflowanych terrorystów i ukrytych dla oka fanatyków religijnych. A cóż by się wtedy stało! Terroryści w kurtkach wyciągnęliby zza pasków pistolety i wycelowali w najładniejszą dziewczynę lub w matkę tulącą troje dzieci, a fanatycy religijni w czarnych płaszczach wyjęliby z kieszeni postrzępione książeczki ze świętymi wersetami, wołając „Oto gniew Pana spadł na wasze głowy”. Trwałoby to tylko chwilę, gdyż Oficer Przestrzeni dostosowywała czas co do nanosekundy i transportowiec mijał ciężki brzuch promu pasażerskiego. Obejrzeliby się szaleńcy wokół siebie, lecz ich statek już znowu mknął w pustce. Wszyscy poczuli się nagle samotni i opuszczeni, widząc tylko ciemność gnającą wstecz. Opadli na swoje fotele i zaczęli czynić rachunki w głębi swojego życia, modląc się o cel i port.

Nagle Oficer Przestrzeni zobaczyła, że tak samo jak we śnie znikają przejrzyste sześciany przestrzeni. W poziomym porządku kolumny wyłupała się równa wyrwa jak odcięta czekanem od skały.

-Przywróć! – krzyknęła. – Zatrzymaj!

Nie pomogły jej rozkazy. Palce pomykały po komputerze, uruchamiając procedury awaryjne, lecz nie udało się jej postawić sześcianu przestrzeni. Po chwili zniknął następny, a wraz z nim i satelity naprowadzające. I nagle ucichł dźwięk, to nieustające stukanie, jakby młoteczka czasu o kant przestrzeni.  Umilkło niosące się od niego echo. Słyszeli je zawsze wszyscy, którzy właśnie przelatywali przez ten wyodrębniony sektor Czuli, że ktoś jest, ktoś czuwa i się nie myli. Nie zostali więc pozostawieni sami wobec swojego rozumu i lęków. Teraz umilkł ten metaliczny dźwięk obracającej się latarni na wysuniętej w morze kosmosu najwyższej i jedynej skale, zapewniającej im kierunek i powrót.

Przestrzeń przecież nie może przestać istnieć! Wszyscy w niej zostaliśmy zanurzeni, w niej jest wszystko, co istnieje. Przestrzeń to wymiary i rozmiar. Czas sam w sobie, który powstaje, kiedy rozłożymy ramiona i spoglądamy od lewej ręki do prawej. I teraz Katarzyna, patrzyła na swoje bezradne ręce leżące dłońmi do góry jak ryby wyrzucone na brzeg morza, obrócone białymi brzuchami w stronę nieba i przestrzeni, ale jej już nie było.

Dowódca nagle zobaczył czerwoną kreskę, która się wyświetliła wzdłuż krawędzi monitora. Przeciążenie! Pędziła w górę. Krzesiwa silnika przeładowane. To oznaczało, że wytworzyły nadmierną ilość energii. Wyłączył je wszystkie, dotykając jednocześnie dziesięciu ikon. Podniósł dwa palce i je opuścił, unieruchamiając w ten sposób ostatnie, gdyż statek napędzało dwanaście krzesiw na specjalne paliwo nazywane kosmicznym ogniem. Nie dosyć, że zostało wytworzone, to jeszcze napełniły się nim zbiorniki, z których czerpano energię bezpośrednio do bieżącej pracy, ale i rezerwowe, a nawet zapasowe. Wożono je puste, by w razie potrzeby napełnić i wystrzelić celując do wiszącej bezradnie stacji, która nie mogła się już obracać. Otrzymawszy je, podejmowała swój wir.

Krzesiwa zostały wyłączone, choć to groziło unieruchomieniem statku. Gdyby działały, wystarczyłby ułamek sekundy i przepełnione zbiorniki zaczęłyby eksplodować jeden po drugim. Dowódca w krytycznej sytuacji działał spokojnie i rutynowo: natychmiast zwalniał dźwignie, powodując ich odrzucenie od statku. Wystrzelone z wielką siłą, pędziły w wszystkie strony, niby wypluwane z ust pestki. Nie minęło pół sekundy, gdy wszystkie zostały uwolnione. Dowódca się nie zawahał przed odrzuceniem zapasowego. Pozostali więc bez paliwa i bez możliwości uruchomienia silników. Energii nie było. Silniki powinny więc przestać działać, a statek pozostać nieruchomy w przestrzeni jak pająk zawieszony na gigantycznej niewidzialnej pajęczynie. Tak jednak się nie stało. Nadal pracowały równo, choć oczywiście nie dobiegał do uszu Dowódcy ich szmer, wiedział jednak, że pracują. I to nie dosyć! Lecieli spokojnie swoim kursem, nie zbaczając, mimo że nie było paliwa, nawet zbiorników, a krzesiwa stały martwe, srebrząc się i milcząc.

Dowódca już opanował bicie serca, bo to nieprawda, że ta niesamowita sytuacja pozostawiła go lodowatym. Bał się, ale przez moment, bo wierzył w siebie i w matematykę. Nie ufał cudom, szukał racjonalnego wyjaśnienia. Ich statek zachował sterowność, choć nie produkował energii. Silniki pracowały, choć nie miały zasilania. Zadał więc sobie zasadnicze pytanie.

Nawigator nagle zobaczył, że przestrzeń została wypełniona zielonymi kłębkami, które się łączyły, tworząc większe. Powstawały pagórki o łagodnych stokach. Rosły, przechodziły w siebie nawzajem. Po chwili zamieniły się w wodę i jednocześnie powietrze. Patrzył oszołomiony, a potem rzucił okiem na zakonserwowaną papierową gazetę, zatkniętą za pasek osobistego ekwipunku.

-Sprawdza się! – wykrzyknął.

Oto miał przed własnymi zdumionymi oczami samo życie: zielone, biologiczne wytwory, który rosły i uzyskiwały kształty. Przemieniały się potem w energię i po chwili następował proces odwrotny.

-Gdzie ja jestem? – wykrzyknął. – I kiedy? Na początku, kiedy się wszystko zaczęło? – Czuł, że przenika go dreszcz przerażenia, wynikający z odkrycia. Takiego wrażenia doznaje uczony, który nagle zrozumiał, że wynalazł coś genialnego. Nawigator wiedział, że znalazł się w centrum tworzenia. Czy już powstały żywioły i wektory? Może wydziela się przestrzeń i właśnie tworzy się czas? Istniało tylko samo życie, będące energią, przemieniające się w nią i wchłaniające, oddające i kreujące. Wierzył, że musiała już się stworzyć myśl, ale czy jest już mózg, który ją wysnuwa? Czy raczej jest tożsama z energią i materią, wciąż się w nie przemieniając. Nie może to przecież być absurd, brak treści, skoro dzieje się spokojnie, jakby tak miało być.

Nawigator zasłonił twarz dłońmi. Z oczu wypłynęły łzy i przesączyły się pomiędzy palcami. Nie wierzył w szczęście, jakiego doznał. Wiedział jednak, jaką prawdę i wielkość dano mu oglądać.

-Nie wierzę – rzekł Dowódca stanowczo. – Matematyka już wtedy istniała, tyle że nie została ujęta w symbole i znaki, które po prostu zostały później odkryte. 

-Parę miliardów lat musiało przeminąć, zanim opisano wzorami to, co widzimy teraz, a więc wtedy, na początku świata i zdarzeń. – Oficer Przestrzeni wtrąciła uwagę sentymentalnym tonem. – Lepiej uznać, że to wszystko tylko się śni, wówczas zachowam normalny umysł. Potrzebuje on spokoju i stabilności. Przyzwyczaił się do obrazu rzeczywistości, zresztą sam go stworzył. Wierzę, że świat jest naszą kreacją. Owszem, rzeczy i zdarzenia istnieją obiektywnie. Tak sądzę – dodała zamyślona. Nieobecna tutaj, na statku i poza jego skorupą, gdzie działy się wydarzenia wielkie i pierwotne. Zagłębiła się w swój umysł, aby go zachować. Tłumaczyła sobie, że świat jest tylko taki, wytworzony i ograniczony.

Nie można już było na nią liczyć. Nie wierzyła w to, co widzi, ale nieco inaczej niż Dowódca.

-Podstawię jakąś stałą, która nie ulega zmianie i nie ma wątpliwości co do jej obiektywnego istnienia. – Podjął decyzję, przygotowując komputer. – A jest nią oczywiście czas.

Nawigator odsunął dłonie od twarzy, wciąż wilgotnej od łez.

-Czas jest funkcją ludzkiego umysłu, nie występuje w przyrodzie – zaoponował.

-A więc sądzisz, że nie jest związany z przestrzenią? – Dowódca zadał ze złością to retoryczne pytanie. – Skoro uważasz, że wszystko sprawdza się zgodnie z prawami fantastyczności, więc mogę je stosować. Nic nie stracimy.

-Możemy zmarnować wszystko – zaoponował Nawigator. Uniósł dłoń do ust i lekko w nią dmuchnął. – O, w taki sposób świat przestanie istnieć. Zniszczymy go, zanim jeszcze został wytworzony, gdyż postawimy czas, którego nie ma. Dopiero powstanie, gdyż nie został stworzony umysł ani żadna z jego funkcji.

Dowódca spoglądał poważnie na twarz Nawigatora i choć nie wierzył jego słowom, wolał nie ryzykować. – Podstawię więc przestrzeń P jako stałą – zadecydował i zanim usłyszał zaprzeczenie, już równanie zostało utworzone.

Usłyszeli nagle zgrzyt, jakby została odsunięta zasuwka i pojawiło się prostokątne okienko. Nie przekraczało rozmiarem pudełka od papierosów. Pokazało się w nim oko. Patrzyło bystro, starając się przebić ciemność.

-Coś tam jest – powiedział właściciel oka. – Na pewno.

-Daj spokój – zmitygował go głos dopływający z dużego oświetlonego jaskrawo pomieszczenia. – Co może być w norce myszy?

-Właśnie – potwierdził właściciel oka – tylko mysz.

Oko zniknęło i w prostokątną przestrzeń został wetknięty palec, który zaczął posuwać się do przodu świdrującym ruchem, usiłując wymacać całą norkę.

-Cofnij rękę, bo cię ugryzie – ostrzegał głos z wnętrza pokoju.

-Daj mi pincetkę i przygotuj papierową torebkę – zażądał właściciel palca.

-Masz, ale uważam, że to jest głupie. Wystarczyłoby postawić pułapkę z kawałkiem serka przed wejściem do norki i w nocy sprawa byłaby rozwiązana.

-Ale ja nie chcę mordować zwierząt – oburzył się właściciel palca.

-Nie miałem na myśli zbrodni, lecz tylko bezbolesne przejęcie.

-Da sobie radę, te żywe organizmy są bardzo wytrzymałe. Skoro przetrwały te wszystkie kataklizmy…

W tym momencie Nawigator i Dowódca spojrzeli na siebie ogromnymi oczami.

-Nie pozostało ich zbyt wiele, trochę owadów i coś tam w morzach, o ile nie uległo ugotowaniu.

-Tym bardziej każdy z nich jest bezcenny – rzekł uczony gmerający palcem w norce.

-Dobrze, pomogę ci wyjąć tę mysz, ale musisz mi przyrzec, że jej nie wypuścisz, bo może nie przeżyć. Strata byłaby zbyt wielka.

-Zrozum, chodzi mi o to, żeby wzmocnił się w nich instynkt przetrwania. Może przyroda się odrodzi. Zawsze była nadzwyczaj silna.

-Nie możemy ryzykować, tym bardziej, że jest tylko jedna. Nie rozmnoży się.

-Co więc proponujesz? – dopytywał się właściciel palca. – No co z tą pincetą?

-Zajmiemy się tą myszą – zaczął w ekscytacji drugi uczony – weźmiemy kawałeczek skóry albo uszka. Dokonamy operacji naprawdę bezboleśnie. Wypreparujemy prageny, które się zachowały, jak wiesz…

-No, przy naszej pomocy.

-I słuchaj, słuchaj! Zaczniemy tworzyć istoty.

-Jakie?

-No wszystkie, jakie się da. Mamy przecież zapis genetyczny każdego organizmu, który istniał na Ziemi.

-Każdego? Masz na myśli również ludzi?

Milczenie.

-Wiesz przecież, że podpisaliśmy zobowiązanie przed Komisją Bioetyki, kiedy się udawaliśmy na planetę ProtoZiemia, że nie będziemy odtwarzać ludzi ani nawet ingerować naukowo w naturalny jej rozwój.

-Podpisaliśmy. Nie da się ominąć tego zakazu.

-Ale zrozum, ta mysz to jest wielka szansa. Nie chodzi mi o to, że zrobimy karierę, ale mamy poważniejsze cele. Możemy wszczepić ludziom geny tego stworzonka w norce, po modyfikacji oczywiście. Wytworzą w sobie życzliwość do wszystkiego, co żyje.

-Puknij się w głowę – powiedział uczony, który już cofnął palec z norki.

Zobaczyli gigantyczną halę laboratorium, jednak uczonych nie dostrzegli.

-No pukam się i co?

-Zaprogramuj sztuczne odżywianie przez rurkę dla wszystkich ludzi.

-No tak – przyznał – przecież żaden nie zabije innego stworzenia, aby je spożyć. Nawet nie zje owocu, bo przecież wszystko żyje i odczuwa.

-Myślałem, że będziemy jak bogowie: stworzymy człowieka – powiedział z żalem uczony z głębi laboratorium. – A wiesz co? Mam pomysł.

-Jeszcze jeden?

-Wszczepimy ludziom nasze możliwości.

-Będą kojarzyć się z pierwiastkami bezpośrednio, regenerować i tak bez końca – powiedział okrutnie właściciel palca. – Wiesz, co się wtedy stanie?

-Może nie?

-Wiesz, że tak: zaczną pożerać materię. Pochłoną te wszystkie miasta, które się rozsypują w proch, wyssają pierwiastki z betonu, żelazo z żelaza, miedziane pręty z elektrowni atomowych przyswoją i wydalą. Zjedzą wszystko, co tylko istnieje.

-Masz rację, skoro pochłonęli całą żywą przyrodę – przyznał ze smutkiem narwany uczony.

-No to daj pincetkę, złapię tę myszkę i wypuszczę. Niech przyroda się odradza na swój sposób.

-Dobrze, ale daj jej towarzystwo do pary albo wypuść tam, gdzie znajdzie drugą istotę i się rozmnoży.

-Słuszna uwaga, tyle mi wolno.

-Wiesz, co ja myślę? Ta mysz, to nie jest przypadek, to po prostu znak, palec Boży. Jak ona mogła się do nas dostać, i to do schowka, który jest zasuwany od naszej strony?

-Faktycznie, tym bardziej musimy ją schwytać – przyznał właściciel palca, który przysunął znowu swoje oko i ostrożnie wsuwał pincetkę.

Nawigator i Dowódca już nie patrzyli na siebie.

-To się śni – szepnęła Oficer Przestrzeni.

-Podstawiam czas jako zmienną stałą – krzyknął Dowódca.

-Życie na ProtoZiemi się nie odrodzi – Nawigator powiedział ze smutkiem.

-Nie mogę inaczej, chyba że pozwolimy się wydłubać z mysiej dziury – odrzekł twardo Dowódca. – Co z nas zrobią, jakim poddadzą eksperymentom czy transformacjom i kim w ogóle są, byśmy mogli im wierzyć?

-Właśnie – wtrąciła się Oficer Przestrzeni – może to w ogóle tylko nam się śni? – Pomyślała, że skoro sześciany przestrzeni zaczęły jeden po drugim znikać, gdy przywołała do wyobraźni sen, w którym widziała ten proces, więc…

– Ależ tak – ucieszyła się – rzeczywistość jest logiczna, a nie fantastyczna: wektor można odwrócić.

I całą siłą swojej wyobraźni tworzyła modele sześcianów, jakie zawsze wisiały przed jej oczami, gdy podczas rejsu sprawdzała funkcjonowanie satelitów komunikacyjnych. Zamknęła oczy.

W tej sekundzie Dowódca uruchamiał z wielką szybkością równania, podstawiając czas jako stałą zmienną.

-Gdzie nas rzuci? – zastanawiał się Nawigator – jeżeli istotnie czas i przestrzeń są ze sobą związane, jak utrzymuje się w ziemskiej nauce, i nie jest to wizja kosmosu wytworzona przez nasz umysł, wystarczy wpisać odpowiednie równanie. Wówczas jednak – spojrzał na czasopismo zatknięte za pasek jego NWO, niezbędnego wyposażenia osobistego – wizja fantastyczna musi pozostać tylko literaturą.

Nie chciał tego. Nie mógł się pogodzić z tym stwierdzeniem. Przekreśliłby dni młodości, które stały się piękne, gdy czytał te fascynujące historie. Anulowałby swoją drogę życiową, którą wybrał, gdyż jego wyobraźnia domagała się spełnienia w prawdziwym życiu.

– To nie może stać się nieprawdą – powtarzał sobie. – Nie chcę.

Znowu spojrzał na czasopismo.

-Przecież to działa – uświadomił sobie – to właśnie wyobraźnia napędza świat. Przecież na początku podróży powiedział sobie, że ona istnieje i od razu zaczęła się realizować. Mechanizm jest więc prosty. I zaczął oglądać to, co było w tej chwili najważniejsze i zbawienne. W myśli wertował kartki czasopisma, które rozkładały się, pokazując obrazy dziwnych światów. Budowały się błyskawicznie w wielu wymiarach i stawały niby pałace, miasta i cywilizacje ułożone z bloków materii, po czym znikały. Obracała się kartka: wyrastały łańcuchy górskie, ośnieżone na szczytach, latały talerze z gośćmi z kosmosu. Znowu stawał się świat inny, nowy, oszałamiający.

Oficer Przestrzeni budowała sześciany z zamkniętymi oczami. Pojawiało się ich coraz więcej, nakładały się od góry i u dołu, przyrastały po bokach. Ale jeszcze stały czarne i nieme. Nie odzywała się w nich muzyka przestrzeni, ów cichy, ledwo dosłyszalny świst. Usiłowała sobie uświadomić, jakie obszary wymyśliła. W jakim czasie się zanurzyła? Czy w tym, kiedy jeszcze w ogóle nie istnieli ludzie i umysł ich nie stworzył funkcji czasu? Tak twierdził Nawigator. Czy może nadal stali przytwierdzeni do owego początku, kiedy życie, materia i energia tworzyły jedność? Nie było czasu, który je oddzielił od siebie, a ludzki rozum jeszcze nie powstał.

-To musi się udać – mówił do siebie z mocą Dowódca. – Rzeczywistość daje się całkowicie i bez zastrzeżeń i błędów opisać równaniami matematycznymi, gdyż ta dziedzina wiedzy powstała wtedy, kiedy nastał początek, i według jej praw. Gdyby nie było matematyki, świata nie dałoby się ująć w formę ani też wyrazić, nie powstałyby definicje ani słowa.

Program już się uruchomił i leciały błyskawicznie wielkie przestrzenie, otwierały się i zamykały drzwi czasu, czyniąc to tak szybko, że nie mógł nadążyć ze wzrokiem.

-Ach tak – powiedział do siebie Dowódca – czas nie musi płynąć linearnie, od lewej do prawej, od świtu do zmroku. – Spojrzał na Nawigatora, który siedział z szeroko otwartymi oczami. Przemykały w nich obrazy jak przejeżdżające równolegle pociągi, które się odbijały w szybach okien. – Jeżeli wprowadzę węzły czasu – rzekł do Nawigatora – wówczas się okaże, że ty miałeś rację.

-To jest nauka i prawda, ale my jej jeszcze nie odkryliśmy – szepnął Nawigator. – Istnieje tak samo jak matematyka, przestrzenie urojone i dawno zapisana przyszłość. Odważ się, będziemy pierwsi.

Dowódca wiedział, że cokolwiek się stanie, on będzie odpowiedzialny za tych ludzi, ich pracę i powrót. Zastanawiał się również, jaki raport kiedyś napisze. Jego palce wprowadziły błyskawicznie kilka zmian. Siedział nieruchomo, wpatrując się w ekrany, napięty do niemożliwych granic. Tylko drgająca na czole żyła świadczyła o tym, że wewnątrz niej płynie gorąca krew i on pozostaje żywym człowiekiem.

Oficer Przestrzeni niemal dokończyła swoją pracę. Wisiała przed nią nieskończona przestrzeń, przenikając ściany statku. Zobaczyła wtedy pierwszego satelitę: obracał się w samym środku sześcianu. Nie wiedziała jednak, czy stało się to w wyniku jej intensywnego myślenia. Zobaczyła rozjaśniające się niebo i do jej uszu dobiegł ów dźwięk, jaki wydaje obracające się w próżni urządzenie. Nie miała jednak żadnego dowodu na to, że uruchomiła świat swoim umysłem, tworząc go zgodnie z obrazem, jaki w nim miała. Może po prostu Dowódca wprowadził odpowiednie równania.

Nawigator zobaczył ostatni numer czasopisma, który właśnie przed chwilą został wydrukowany i zsunął się z maszyny z cichym szelestem, i pomknął wzdłuż taśmy razem z tysiącami innych. Stworzył się właśnie ich realny czas i konkretna, współczesna z nim przestrzeń.

Rzeczywistość jest zbudowana zgodnie z zasadami fantastycznej wyobraźni – pomyślał. - Czy tak? – powiedział głośno.

Oficer Przestrzeni otwierała już wnętrza satelitów i sprawdzała systemy naprowadzające.

– Nie wiem, czy mam wierzyć w sny, przecież … – urwała, zajęta pracą.

-Równania matematyczne obejmują całość, jaka jest – powiedział Dowódca zadowolony, widząc na monitorach rzeczywistość, jaką znał. – Nie było przecież inaczej, prawda?

Ale zadawali tylko kłopotliwe pytania.

-

 

 

Koniec

Komentarze

Co do fabuły nie będę się wypowiadać, bo to nie do końca moje klimaty. Skupię się na tym co odbierało przyjemność z czytania, a mianowicie długie, bardzo złożone zdania. Niekiedy można by z jednego zrobić dwa, lub nawet trzy. Np.:

 

I nagle zamilkł dźwięk, to nieustające stukanie, jakby młoteczka czasu o kant przestrzeni i niosące się od niego echo, które słyszeli wszyscy, którzy właśnie przelatywali przez ten wyodrębniony sześcian przestrzeni i czuli się, że ktoś jest, ktoś czuwa i się nie myli, a więc nie zostali osamotnieni, pozostawieni wobec swojego rozumu i lęków.

 

Nie wiedziała jednak, czy stało się to w wyniku jej intensywnego myślenia, bo już zobaczyła rozjaśniające się niebo i do jej uszu dobiegł ów dźwięk, jaki wydaje obracające się w próżni urządzenie, nie miała jednak żadnego dowodu na to, że uruchomiła świat swoim myśleniem, tworząc go zgodnie z obrazem, jaki miała w swoim umyśle, czy po prostu Dowódca wprowadził odpowiednie równania.

 

Co jeszcze rzuciło mi się w oczy to liczne powtórzenia. Niestety nie jestem Miodkiem, sama mam duże braki, chociażby stylistyczne, dlatego mój komentarz nie jest tak profesjonalny, jak mógłby być.

Hmmm. Jak na SF, zbyt wiele poezji, za mało nauki.

Co to jest “satelita kosmostacjonarny”?

Dźwięki przestrzeni. Próżnia nie tylko nie wydaje dźwięków, ale nawet ich nie przenosi. I czym są długie dźwięki? To takie, które długo brzmią?

Śniło się jej, że sześciany nieskończonej przestrzeni, które właśnie przed swoimi oczami budowała i w każdy z nich po kolei wchodziła w miarę jak się do niego zbliżali poprzez sekwencje na swoim ekranie.

O co chodzi w tym zdaniu?

Energii nie mierzy się w tonach.

Potem już przestałam wyłapywać nieścisłości.

Babska logika rządzi!

Mam wrażenie, że Autorka, skupiona na budowaniu skomplikowanych i mało zrozumiałych zdań, zupełnie nie zadbała o czytelność przekazu, skutkiem czego nie umiem ocenić opowiadania, bo nie udało mi się zbyt wiele pojąć. Liczne usterki dodatkowo utrudniają lekturę.

 

-Dla­cze­go za­bie­rasz tę ga­ze­tę ze sobą? – Brak spacji po dywizie. Dlaczego dywiz, a nie półpauza?

Ten błąd powtarza się w wszystkich dialogach, w całym opowiadaniu. :-(

 

…wy­cho­dził domu wcze­śniej, by kupić w su­per­mar­ke­cie… – …wy­cho­dził z domu wcze­śniej, by kupić w su­per­mar­ke­cie

 

…pro­fe­sor pisał z ogrom­ną pręd­ko­ścią wciąż nowe rów­na­nia, opi­su­ją­ce prze­strzeń… – Powtórzenie.

 

…po­wie­dzia­ła sie­dzą­ca za nimi Ofi­cer Prze­strze­ni Po­dzie­lo­nych, więc oby­dwo­je jak na ko­men­dę od­wró­ci­li ku niej głowy, spo­glą­da­jąc – Na­wi­ga­tor z po­dzi­wem za od­wa­gę i wi­dząc w niej brat­nią duszę, a Do­wód­ca kar­cą­co. – Odwrócili się Nawigator i Dowódca, więc obydwaj.

Obydwoje, to mężczyzna i kobieta.

Dopuszczam jednak możliwość, że na tym etapie opowiadania nie wiemy jeszcze wszystkiego o obu panach. ;-)

 

Ter­ro­ry­ści w kurt­kach wy­cią­gnę­li­by zza pa­zu­chy pi­sto­le­ty… – Wielu terrorystów, każdy w kurtce, więc kurtek też wiele, a pazucha jedna? A pod jedną pazuchą mnogość pistoletów! ;-)

 

…a fa­na­ty­cy re­li­gij­ni w czar­nych płasz­czach wy­ję­li­by spod poły po­strzę­pio­ne ksią­żecz­ki ze świę­ty­mi wer­se­ta­mi… – Podobna sytuacja – mnogość fanatyków, płaszczy i książeczek, a poła jedna! ;-)

 

Do­wód­ca nagle zo­ba­czył czer­wo­ną kre­skę, która wy­świe­tli­ła wzdłuż kra­wę­dzi mo­ni­to­ra. – Co wyświetliła kreska?

 

…więc wy­strze­lo­ne z wiel­ką siłą pę­dzi­ły wszyst­kie stro­ny… – Czy z wielką siłą były wystrzelone, czy z wielką siłą pędziły? ;-)

Pewnie miało być: …więc wy­strze­lo­ne z wiel­ką siłą, pę­dzi­ły we wszyst­kie stro­ny

 

Na­wi­ga­tor za­sło­nił twarz dłoń­mi, z oczu rzu­ci­ły mu się łzy i prze­pły­wa­ły po­mię­dzy pal­ca­mi. – Czy łzy rzucają się z oczu, jak, nie przymierzając, desperat z ostatniego piętra wieżowca? ;-)

 

…bo wie­rzę, że świat jest naszą kre­ację. – Literówka.

 

…po­chło­ną te wszyst­kie mia­sta, które się roz­sy­pu­ją w proch, wy­ssa­ją pier­wiast­ki z be­to­nu… – …po­chło­ną te wszyst­kie mia­sta, które się roz­sy­pu­ją w proch, wy­ssą pier­wiast­ki z be­to­nu

 

Je­że­li istot­nie czas i prze­strzeń są za sobą zwią­za­ne… – Chyba literówka, ale nie mam pewności, bo w tym opowiadaniu czas i przestrzeń pewnie mogły związać się za sobą, a nawet przed sobą ;-)

 

…że prze­kre­ślił­by wszyst­kie pięk­ne dni mło­do­ści, które stały się za­cza­ro­wa­ne, gdy czy­tał tę krót­kie, lecz fa­scy­nu­ją­ce dzie­ła. – Literówka.

 

– To nie może stać się nie­praw­dą. – po­wta­rzał sobie… – Zbędna kropka po wypowiedzi.

 

Usterek jest więcej, ale niechęć do grzebanie w nieczytelnie skonstruowanych zdaniach, okazała się zdecydowanie większa.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ło jeju… Jakiś pomysł w tym jest. Mogłoby się nawet podobać, tyle że ciężkie jakoś takie.

 

Ciężkie, gdyż dudniące łomoty wierzchołków twórczej wyobraźni piętrzą skrzące łańcuchy niebotycznych szczytów nad łunami wiekowej poświaty ułomnej inteligencji marnego czytelnika, wiecznie spragnionego bezdennej głębi najszlachetniej błyszczących diamentów sakralnego wyrazu.  

Mimo że bardzo cenię długie zdania, gdyż cieszą mnie wektory, idące w różne strony, dające ogląd z wielu kierunków, powodujące, że proza jest dotykalna i materia gęsta, skróciłam je, widząc, że sprawiają widoczną trudność czytającym. Proust nie miałby tu szans, a choćby i ten, taki znany klasyk, zacytujmy: “Przyjmowała swe mieszane i nadzwyczaj dystyngowane towarzystwo z wyniosłą, ociężałą gracją, sobie tylko właściwą, która w umysłach onieśmielonych gości wywoływała niedorzeczne i niestosowne reminiscencje słonia, żyrafy, gazeli, gotyckiej wieży, anioła nadnaturalnej wielkości”. Ciekawe, czy program “wyrzuci” automatycznie nazwisko autora, czy to trzeba wiedzieć? Jeśli chodzi o edycję i literówki, nie obarczałam się nimi zbytnio, wiedząc, że jest to zadanie korekty. Myślę, że teraz opowiadanie będzie łatwiejsze do czytania. Życzę miłej lektury i wielu wrażeń. Jak wyobraźnia tu splata się z nauką, tak i poezja może ją wyrażać.

EP

Jestem zdumiona Twoim wyznaniem: Jeśli chodzi o edycję i literówki, nie obarczałam się nimi zbytnio, wiedząc, że jest to zadanie korekty”. Czy naprawdę wyobrażasz sobie, że Twój tekst ktoś będzie poprawiać i edytować za Ciebie?!

Na tej stronie nie ma korektorów. Jeśli ktoś wskazał błędy i niedoskonałości w Twoim opowiadaniu, zrobił to, kierując się wyłącznie dobrą wolą, nie obowiązkiem.

Na tej stronie jest przyjęte, że autor, któremu zależy na opinii innych użytkowników, autor szanujący czytelników, stara się zadbać o to, by zamieszczone przezeń opowiadanie prezentowało się jak najlepiej, a jego lektura sprawiła przyjemność czytającym.

Mam nadzieję, że w przyszłości, przedstawiając swoje teksty, zadbasz o ich należyty wygląd.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Niemal zacytuje regulatorów. Niemal, ponieważ zmieniam jedną z liter.

Jestem zdumiony Twoim wyznaniem: Jeśli chodzi o edycję i literówki, nie obarczałam się nimi zbytnio, wiedząc, że jest to zadanie korekty”.

To se ne vrati. Na korektę i redakcję lepiej nie liczyć. Przy kilku podobnych okazjach podawałem przykłady, jakie błędy potrafi przepuścić korekta, często “idąca pod rękę” z redaktorami i konsultantami merytorycznymi. Wymienionymi z nazwiska, dodam.

Chcesz miec “czysty” tekst, zadbaj o to sama, poproś o pomoc przyjaciół…

Żeby nie było, iż tylko krytykuję: długie zdania mi nie przeszkadzają, jeśli tylko są czytelne, czyli spójne gramatycznie i tematycznie.

Obawiam się, Adamie, że Emma trudni się zawodowo piórem, tak jak ja. Wyjaśniałem kiedyś Regulatorzy, że tacy osobnicy nie przykładają wagi do autokorekty, bo za plecami mają korektorów. Pisałem też, że – gdyby autorzy nie sadzili byków – wszyscy korektorzy zasililiby rzeszę bezrobotnych. Miesiąc obecności na tym Portalu nauczył mnie więcej, niż dwadzieścia lat roboty w publicystyce: autokorekta jest ważna, jeżeli nie chcesz wyjść na ignoranta. 

Pisałem też, że – gdyby autorzy nie sadzili byków – wszyscy korektorzy zasililiby rzeszę bezrobotnych.

Niektórych nie żałowałbym, bo to im się należy, za karę niejako, a do towarzystwa dodałbym niektórych konsultantów i redaktorów. Pistolet kalibru 50 milimetrów. Wystarczy? Mało? Dorzucę wykładnik potęgi zapisany nie jako dwie cyfry we frakcji górnej, ale jako dwie kolejne cyfry danej liczby. Dwa zdania dalej znajduje się zapis nie w postaci wykładniczej, ale “normalny” – zera migają przed oczyma, tyle ich jest – i nikt tego nie skojarzył?

Lasciate ogni speranza

Ogólnie i bez złośliwości: jest źle, bo wiele wydawnictw i redakcji periodyków, zwłaszcza tych o mniejszych nakładach, oszczędza na korekcie i redakcji.

To i ja się pochwalę upolowanym byczkiem z książki podobno popularnonaukowej:

Parzyste liczby doskonałe przyjmują zawsze formę 2^n – 1(2^n – 1).

Pamiętam dwie liczby doskonałe, obie parzyste, żadna nie pasuje do tego wzoru. W ogóle wzór wydaje się dziwny, za to błąd powtarza się konsekwentnie aż do końca akapitu. Pokombinowałam chwilę i ustaliłam, że wzorek powinien wyglądać tak: 2^(n – 1)(2^n – 1). Niby nic, co za różnica, czy -1 jest w indeksie górnym, czy nie… A jednak. I ciekawa jestem, ilu czytelników też tak kombinowało, a ilu łyknęło błędną formułkę bez zastrzeżeń.

Przepraszam za offtop.

Babska logika rządzi!

Jeśli chodzi o edycję i literówki, nie obarczałam się nimi zbytnio, wiedząc, że jest to zadanie korekty.

Jak już zorganizujesz i opłacisz ową korektę, a następnie wrzucisz tu dopracowany tekst, może do niego zajrzę, wiedząc, że konsument – w tym również czytelnik – woli produkty od półproduktów.

Dobra, żartowałem; po przeczytaniu Twojego komentarza z pewnością już do tekstu nie zajrzę, nie jestem przecież korektorem.

Sorry, taki mamy klimat.

Ależ, kochani, korektorzy to nie politycy, więc nie wszyscy są źli. Niemniej zgadzam się, że korekta w wielu przypadkach kuleje, a w tych właśnie przypadkach jest do odstrzału.

Straszne rzeczy można się na portalu dowiedzieć…

Ale fakt, autkorekta przy tak dużej gromadzie złośliwych i czepialskich użytkowników (do których sam się zaliczam, żeby nie było) – podnosi poziom ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

No dobra, dobra, korekta, jasne… ale dlaczego upubliczniasz tekst, który przez korektę nie przeszedł?

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Och, przestańcie się przewracać o byle przecinek, są ciekawsze sprawy.

 

EP

Nie wiem jak innym, ale mi nie chodzi o “byle przecinek” ale o olewcze podejście do czytelnika.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Mimo że bardzo cenię długie zdania, gdyż cieszą mnie wektory, idące w różne strony, dające ogląd z wielu kierunków, powodujące, że proza jest dotykalna i materia gęsta, skróciłam je, widząc, że sprawiają widoczną trudność czytającym.

Hmm… to ja chyba jednak wolę skalary. 

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

.

 

 

;-)

 

 

I z niego zbudujemy wszystko :-D

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Przyznaję Ci rację, Emmo.

W tym opowiadaniu rzeczywiście były ciekawsze sprawy, o które się przewróciłam. Ze śmiechu. ;-D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Oj, regulatorzy, dawno Cię nie widziałem w takim stanie ;o ) Pozdrawiam.

...always look on the bright side of life ; )

A chciałbyś może, Jacku, zobaczyć mnie w tym stanie z bliska? Pod Twoim opowiadaniem? ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Kusisz… ;o) Chyba nie jestem tak odważny.

...always look on the bright side of life ; )

To wpadnę kiedy indziej, całkiem znienacka. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ojej, to dopiero będzie wpadka…

 

Na miarę tej:

 

-Podstawiam czas jako zmienną stałą – krzyknął Dowódca.

Emmo. Poetyka poetyką, ale – “zmienna stała”? 

 

Strasznie ciężki ten tekst, przez nagromadzenie takich nieintuicyjnych lub sprzecznych logicznie sformułowań.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Rybosławie, takie pierdoły jak gramatyka, logika, spójność przekazu, płynność narracji, fabuła i postacie to zadanie korekty, więc nie przewracaj się, proszę, o byle szczegół. Powszechnie wiadomo, że autor prozy winien skupiać się jedynie na poetyce.

Sorry, taki mamy klimat.

Seth, ROTFL!!! :) Bo to SZTUKA jest, no. Jak dorosnę, chcę być korektorką. :D

I potem fama niesie, że tu sami okrutnicy, co się wyżywają na świeżynkach ;)

 

Sypię popiół na głowę, kajam się – jak, ja bezczelny, śmiałem żądać spójności jakiejkolwiek od prozy.

 

Jest mi tak wstyd, że to wprost nieopisany koszmar snu cudnego, dziwactwo paradygmatycznej normalności, smutek nieokiełznanej radości uderza w mój nos oksymoronowy, ba, nie uderza, a pierze go na kwaśne jabłko i spuszcza z niego dziesiątki tysięcy znaków poezji fontanną słowotoku.

 

Jako pokutę naznaczam sobie przeczytanie “W poszukiwaniu utraconego czasu”. Kiedyś. Może na emeryturze… Czy to nie nazbyt okrutna pokuta?

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Czy państwo zauważyli, że sytuacja jest potencjalnym tematem na opowiadanie. To system klatek. W każdej jest przynęta. Z jednej strony dzielne osoby anonimowe, którym wolno wszystko. Nie pokazują swoich twarzy. Wiedzą, nieomylni. Ferują wyroki.

Z drugiej strony…Jest i trzecia: przyjemność przebywania w grupie, której się wydaje przez chwilę, że należą do tamtych, ukrytych w głębi.

EP

Pobądź tu czas jakiś. Anonimowość jest złudna, znamy swoje nazwiska, e-maile prywatne, ba, numery telefonów, w niektórych przypadkach.

 

A tematem na opowiadanie może być tylko… Wymaga porządnego opracowania, żeby nie mordowało logiki. Ewentualnie wykorzystało potencjał satyryczny (ogromny! OLBRZYMI! G A R G A N T U I C Z N Y ! ! !) sieciowego sądu kapturowego, zabawnie i udanie kreśliło różnorakie charaktery anonimowych internautów przez ich wypowiedzi.

 

No i – żeby dało się czytać.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

[…] dzielne osoby anonimowe, którym wolno wszystko. Nie pokazują swoich twarzy. Wiedzą, nieomylni. Ferują wyroki.

Zdumiałaś mnie wielce tymi słowami. Nieomylni. Wyroki ferują. Dlatego, że anonimowi.

Czy naprawdę tylko dlatego, czy rzeczywiście uważamy się za nieomylnych sędziów? Czy wszyscy? Bo ja – niech się, kto zechce, w swoim imieniu wypowiada – uważam siebie za czytelnika o trochę podwyższonej w stosunku do średniej wrażliwości na niedociągnięcia językowe i nie sądzę, by jakiekolwiek moje wypowiedzi na ten temat można było nazwać wyrokującymi tylko dlatego, że nie podaję numeru PESEL.

Pobądź z nami, a zmienisz pogląd na łagodniejszy.

Nowa Fantastyka