- Opowiadanie: ambroziak - Geneza zagłady

Geneza zagłady

Moje opo­wia­dan­ko na kon­kurs pi­rac­ki. Nie je­dy­ne, za­zna­czam! To jedno z serii “nie­grzecz­nych”. Współ­czu­ję dy­żur­nym.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

Cień Burzy, dj Jajko

Oceny

Geneza zagłady

1.

 

Han sły­szał, cho­ciaż nie słu­chał. Słowa do­bie­ga­ły do uszu, mózg ich jed­nak nie re­je­stro­wał. Może jedno czy dwa utkwi­ły mu w gło­wie. Potem co trze­cie, co dru­gie zda­nie. Chyba za­czę­ło go to wcią­gać? Dźwi­gnął z lady kufel i prze­siadł się na pierw­sze miej­sce przy barze – naj­bli­żej sceny. Zdmuch­nął nad­miar piany. Pie­rza­ste chmur­ki po­szy­bo­wa­ły w górę; jedna wy­wi­nę­ła po­trój­ne salto i usia­dła mięk­ko na czub­ku nosa. Han wy­tarł twarz wy­świech­ta­nym rę­ka­wem skó­rza­nej pi­lot­ki. W piwie unu­rzał górną wargę, a dolną, wraz z rów­niut­kim gar­ni­tu­rem bie­lut­kich zębów, oparł sil­nie o grube szkło na­czy­nia. Cią­gnął tak so­lid­ny­mi ły­ka­mi, że po trzech hau­stach zo­sta­ła le­d­wie po­ło­wa bursz­ty­no­we­go krysz­ta­łu. Zimny tru­nek roz­kosz­nie rosił po­de­szwę ze­schłe­go ję­zy­ka. Dwa słoń­ca Tor­tu­gan­ty leją latem nie­zno­śnym skwa­rem. Naj­lep­sza kli­ma­ty­za­cja nie daje rady, szcze­gól­nie gdy knaj­pę otu­la­ją chmu­ry da­tu­ro­we­go dymu. – Po jaką cho­le­rę ro­zum­ne isto­ty wcią­ga­ją to gówno? – mam­ro­tał pod nosem, się­ga­jąc po kap­ciuch i bi­buł­ki. Pierw­sze machy da­tu­ry były tak do­stat­nie, jak pierw­sze hau­sty piwa. Zydel obok głu­cho za­ję­czał; roz­wa­lił na nim swój cięż­ki tyłek Chew­bac­ca. Wło­cha­ta łapa mon­strum szczel­nie otu­la­ła róż­no­ko­lo­ro­wą szkla­necz­kę, uwień­czo­ną dłu­ga­śną słom­ką z ró­żo­wą pa­ra­so­lecz­ką. Han spoj­rzał na kum­pla z dez­apro­ba­tą. Sier­ściuch otwie­rał wła­śnie pysk, by wydać kilka nie­ar­ty­ku­ło­wa­nych dźwię­ków uspra­wie­dli­wie­nia, Han zga­sił go jed­nak bły­ska­wicz­nie zim­nym wzro­kiem. Prze­niósł oczy na scenę i wska­zał ją de­li­kat­nym ski­nie­niem głowy; gest był wy­star­cza­ją­co wy­mow­ny: „siedź cicho, po­słu­chaj, po­patrz – co tam się dzie­je…”

 

UZUR­PA­TOR

(na placu musz­tro­wym, sto­jąc w dum­nej pozie, w ka­pe­lu­szu z wiel­kim ron­dem i pa­wi­mi pió­ra­mi, w ża­bo­cie z sze­ro­ki­mi rę­ka­wa­mi i plu­dra­mi z roz­sze­rza­ny­mi no­ga­wi­ca­mi, ścią­gnię­ty w pasie sze­ro­ką szar­fą, do Feld­mar­szał­ka, pa­trząc na sie­dzą­ce­go po tu­rec­ku Mi­strza, ob­le­czo­ne­go po­włó­czy­stą, po­ma­rań­czo­wą suk­ma­ną)

 

Przy­szedł sam, z wła­snej woli?

 

FELD­MAR­SZA­ŁEK

(sztyw­no wy­pro­sto­wa­ny, w ide­al­nie skro­jo­nym mun­du­rze z sze­ro­ki­mi pa­go­na­mi, za­koń­czo­ny­mi pół­okrą­gły­mi zwień­cze­nia­mi z fa­lu­ją­cy­mi frędz­la­mi, z pier­sią zdob­ną pę­ka­mi cięż­ko zwi­sa­ją­cych na róż­no­ko­lo­ro­wych ta­siem­kach, ośle­pia­ją­co po­ły­sku­ją­cych me­da­li)

 

Sam! Do­bro­wol­nie! Straż­ni­cy zna­leź­li go rano, wi­szą­ce­go nad bramą.

 

UZUR­PA­TOR

 

Sie­dzą­ce­go przed bramą…!

 

FELD­MAR­SZA­ŁEK

 

Wi­szą­ce­go nad…! Le­wi­to­wał.

 

UZUR­PA­TOR

 

Czy może po­wtó­rzyć tę sztu­kę?

 

FELD­MAR­SZA­ŁEK

 

Za­py­tam…

 

(pod­cho­dzi do Mi­strza, przy­klę­ka na jedno ko­la­no, szep­ce mu coś na ucho, przy­kła­da wła­sne ucho do jego ust)

 

UZUR­PA­TOR

 

Nooo!

 

FELD­MAR­SZA­ŁEK

(po­wsta­je z klę­czek, przy­bie­ra woj­sko­wą po­sta­wę i po­wra­ca de­fi­la­do­wym kro­kiem do boku Uzur­pa­to­ra)

 

Nie! Nie jest w na­stro­ju. Jego umysł pra­cu­je teraz na in­nych czę­sto­tli­wo­ściach.

 

UZUR­PA­TOR

 

Acha…

 

(po chwi­li mil­cze­nia)

 

Za­wsze szep­ce?

 

FELD­MAR­SZA­ŁEK

 

Za­wsze! Mówi… Szep­ce, że gło­śna ar­ty­ku­la­cja burzy har­mo­nię ducha.

 

UZUR­PA­TOR

 

Mo­ty­wy…?

Pie­nią­dze?! Splen­do­ry?! Za­szczy­ty?! Ty­tu­ły?! Nada­nia?! Wła­dza…?!

 

FELD­MAR­SZA­ŁEK

(po chwi­li na­my­słu)

 

Nic z tych rze­czy! Nie in­te­re­su­ją go dobra do­cze­sne.

 

UZUR­PA­TOR

 

Czego więc chce?!

 

FELD­MAR­SZA­ŁEK

 

Ni­cze­go!

 

UZUR­PA­TOR

(z wiel­ce za­du­ma­nym i za­tro­ska­nym wy­ra­zem twa­rzy)

 

Po jaką cho­le­rę więc przy­wlókł się tutaj?!

 

FELD­MAR­SZA­ŁEK

 

Mówi… Szep­ce, że ta re­be­lia to do ni­cze­go nie pro­wa­dzi. Fun­da­men­ta­li­ści błą­dzą, pró­bu­jąc znisz­czyć cy­wi­li­za­cję. Magia wy­wo­łu­je sku­tek, nie py­ta­jąc o jego przy­czy­nę. Nauka szuka przy­czyn, by dojść do ich skut­ku. Ścież­ki nauki i magii po­win­ny się spo­tkać, by cały wszech­świat sta­nął przed nami otwo­rem. Bunt magów prze­ciw­ko uzur­pa­cji na­ukow­ców – to ślepy za­ułek.

 

UZUR­PA­TOR

 

Plany…?!

Jaki z niego po­ży­tek? Co zy­sku­je­my dzię­ki tej współ­pra­cy?

 

FELD­MAR­SZA­ŁEK

 

No, teraz przy­naj­mniej wiemy, dla­cze­go spa­da­ją nasze my­śliw­ce. Nie mają ar­ty­le­rii prze­ciw­lot­ni­czej – praw­da?!

 

(po krót­kiej pau­zie, dla pod­sy­ce­nia cie­ka­wo­ści Uzur­pa­to­ra)

 

Te­le­ki­ne­za, Ja­śnie Panie Uzur­pa­to­rze, te­le­ki­ne­za…!

 

UZUR­PA­TOR

 

Acha…

 

(po chwi­li za­du­my)

 

I…?

 

FELD­MAR­SZA­ŁEK

 

I teraz on bę­dzie uczył tego na­szych chłop­ców…

 

Han do­strzegł gro­te­sko­wą syl­wet­kę Gan­dal­fa, wmie­sza­ną w szczu­płą grup­kę przy­pad­ko­wych ga­piów, ob­le­pia­ją­cych ra­chi­tycz­ną ba­rier­kę od­dzie­la­ją­cą salę ba­ro­wą od pod­wyż­sze­nia sceny. Tych bia­łych la­kier­ków, pa­sia­ste­go smo­kin­gu, la­secz­ki zwień­czo­nej kulką z kości efi­lo­don­to­wej i wy­so­kie­go cy­lin­dra, pod któ­rym bu­rzy­ła się nie­zwy­kle ob­fi­ta i pu­szy­sta, wy­strze­la­ją­ca na boki czu­pry­na, nigdy nie za­po­mni ten, kto cho­ciaż raz wi­dział to wszyst­ko w ja­kiejś rynsz­to­ko­wej mor­dow­ni, bodaj w naj­dal­szym za­kąt­ku naj­od­le­glej­szej ga­lak­ty­ki.

 

– Nie tań­czą dzi­siaj dziew­czy­ny, nie za­dzie­ra­ją kie­cek, mi­ster Gan­dalf? – z nutą za­sko­cze­nia wy­szep­tał cie­pło Han w mię­si­ste, owło­sio­ne ucho, obej­mu­jąc przy tym pro­tek­cjo­nal­nie i tuląc przy­ja­ciel­sko do swo­jej wy­tar­tej pi­lot­ki pa­sia­sty sur­dut in­dy­wi­du­um.

 

– Na wo­de­wil za­pra­szam jutro, sza­now­ny panie Solo. Dzi­siaj wy­sta­wi­my dra­mat: „Ge­ne­za Za­gła­dy”. W m o j e j re­ży­se­rii!!! O, a au­tor­stwa tej oto mło­dej damy – od­fuk­nął śmie­szy gru­ba­sek, wska­zu­jąc ski­nie­niem głowy na deski im­pro­wi­zo­wa­ne­go te­atrum…

 

WIESZCZ­KA-NAR­RA­TOR­KA

(w dłu­giej, bia­łej suk­ma­nie, się­ga­ją­cej da­le­ko za kost­ki, włó­czo­nej po po­de­ście, z czer­wo­ną różą w dło­niach zło­żo­nych na dołku pod krą­gło­ścia­mi do­sad­nych piesi, z nie­obec­nym wzro­kiem wznie­sio­nym ku górze i peł­nym na­tchnie­nia wy­ra­zem twa­rzy, w kie­run­ku nic nie ro­bią­cej sobie z ca­łe­go przed­sta­wie­nia pu­blicz­no­ści)

 

Mistrz prze­pro­wa­dził su­ro­wą se­lek­cję. W kil­ku­set­ty­sięcz­nej armii zna­lazł je­dy­nie trzech sztur­mow­ców, wy­ka­zu­ją­cych jako takie ta­len­ty ma­gicz­ne. Tych trzech miał szko­lić. Tych trzech miało do­stą­pić za­szczy­tu wej­ścia w po­sia­da­nie naj­wyż­szej sztu­ki ma­gicz­nej, jaką skry­wał Mistrz Mi­strzów. O iro­nio dzie­jów, o chi­cho­cie hi­sto­rii…!!! Sztu­ka, o naukę któ­rej bła­ga­li zbun­to­wa­ni ma­go­wie, po­szła w służ­bę uzur­pu­ją­cych ich na­ukow­ców. Czy rze­czą jest godną, by…

 

Resz­tę słów po­łknął rwe­tes go­rą­cej sprzecz­ki. Jakiś Sau­ry­da prze­bił atut przy okrą­głym sto­li­ku, zgar­nął ostat­nią lewę, a wraz z nią – ko­pia­stą pulę roz­sy­pa­nych po zie­lo­nym suk­nie że­to­nów. Inny uczest­nik gry wy­raź­nie nie go­dził się z tak jawną nie­spra­wie­dli­wo­ścią losu, wy­krzy­ku­jąc w gar­dło­wej mowie tej nacji, że wszyst­ko to – to jedno wiel­kie oszu­stwo. Po­ma­wia­ny o sza­chraj­stwo od­szcze­ki­wał się rów­nie ży­wio­ło­wo. Po­zo­sta­li ha­zar­dzi­ści i przy­pad­ko­wi gapie ki­bi­co­wa­li gło­śno: jedni – bio­rąc stro­nę szu­le­ra, dru­dzy – przy­chy­la­jąc się do ar­gu­men­ta­cji jego ad­wer­sa­rza.

 

– Ha­aal­lo, ci­szej tam!!! Dama się tutaj pro­du­ku­je! Ta pani ma dla nas ja­kieś ważne

prze­sła­nie… – huk­nął Han, zmie­nia­jąc na chwi­lę roz­ja­zgo­ta­ną salę w mil­czą­cy grób.

 

– A komu to prze­szka­dza?! – za­czep­ne py­ta­nie padło w sau­ryc­kim ję­zy­ku.

 

– Mi, na ten przy­kład – Han po­sta­wił kufel z nie­do­pi­ty­mi, słom­ko­wy­mi reszt­ka­mi na ran­cie baru i ru­szył pew­nie w kie­run­ku okrą­głe­go sto­li­ka.

 

Wiel­ki Sau­ry­da dźwi­gnął się ospa­le z zydla, trą­ca­jąc przy tym nie­zgrab­nie zie­lo­ny blat. Spo­tka­li się gdzieś w po­ło­wie drogi. Za­ci­śnię­te w kułak, szpo­nia­ste pa­lu­chy po­kry­te ro­go­wą łuską za­to­czy­ły w po­wie­trzu łuk. Han cof­nął się pół kroku, od­chy­la­jąc do tyłu głowę. Pięść prze­cię­ła ze świ­stem po­wie­trze. Drugi kułak Sau­ry­dy wszedł na iden­tycz­ną, tyle że prze­ciw­po­łoż­ną tra­jek­to­rię. Ten cios Han prze­pu­ścił nad głową, zgi­na­jąc bły­ska­wicz­nie w pasie gibki, wy­spor­to­wa­ny tułów. Prze­ciw­nik go­to­wał się do przed­ło­że­nia roz­strzy­ga­ją­ce­go ar­gu­men­tu Sau­ry­dów… Han do­strzegł ten ma­newr i, ni­czym wpraw­ny fech­mistrz, miał już go­to­wą od­po­wiedź. Znał do­brze wszyst­kie sztucz­ki tych stwo­rów; gdy jesz­cze wal­czył w klat­kach za pie­nią­dze, ro­ze­grał kilka spo­tkań z Sau­ry­da­mi. Świ­snął mu­sku­lar­ny, gruby jak udo, ogon prze­ciw­ni­ka – raz z prawa, raz z lewa; raz z dołu, raz z góry. Han unik­nął pod­cię­cia, pod­ska­ku­jąc w górę i ścią­ga­jąc sil­nie ko­la­na. Wy­so­kie ude­rze­nie, zdol­ne urwać mu głowę, prze­pu­ścił tuż nad kar­kiem, po­now­nie ugi­na­jąc tułów. I to był wła­śnie mo­ment na go­dzi­wą od­po­wiedź… Pa­mię­tał czuły punkt Sau­ry­dów z cza­sów faj­ter­skiej ka­rie­ry… Zanim stwór zdo­łał usta­bi­li­zo­wać po­sta­wę po mor­der­czych za­ma­chach ogo­nem, Han skró­cił dy­stans, naj­pierw ulo­ko­wał prawą, zaraz po niej lewą pięść na ostat­nich że­brach prze­ciw­ni­ka, a od­cho­dząc do dy­stan­su wy­strze­lił siar­czy­stym pod­bród­ko­wym, który z ide­al­ną pre­cy­zją się­gnął po­dłu­go­wa­tej, kro­ko­dy­lej szczę­ki Sau­ry­dy. Nie­daw­ny za­wa­dia­ka roz­cią­gnął się jak długi na po­wa­la­nym kle­pi­sku, wzbi­ja­jąc bez­wład­nym cia­łem gęsty tuman si­we­go kurzu. Sku­pio­ny na ru­chach ry­wa­la, Han nie do­strzegł dwóch kam­ra­tów roz­ra­bia­ki, okrą­ża­ją­cych po obu stro­nach sto­lik, sto­ją­cych teraz za jego pla­ca­mi. Od­wró­cił się jed­nak bły­ska­wicz­nie, wie­dzio­ny nie­chyb­nie ło­bu­zer­ską in­tu­icją. Nim zdą­żył schro­nić się za po­dwój­ną gardą, ni­czym spod ziemi wy­strze­lił wło­cha­ty tors czuj­ne­go Chew­bac­ci. Wy­glą­da­ło to tak, jakby sier­ściuch kla­snął w wiel­kie jak ło­pa­ty dło­nie, któ­ry­mi zgar­nął za­ku­te cze­re­py po­two­rów. Dwa łby strze­li­ły o sie­bie z dru­zgo­cą­cą siłą, a od­głos zde­rze­nia za­brzmiał jak ude­rze­nie w sza­mań­ski bęben. Jak zwy­kle, po­nie­wcza­sie zja­wi­ła się ochro­na, któ­rej po­zo­sta­ło tylko wy­wa­le­nie w rynsz­tok trzech bez­wład­nych, ga­dzich ze­wło­ków, przez uchyl­ne drzwicz­ki sa­lo­nu „Pod Słoń­ca­mi Tor­tu­gan­ty”.

 

– Można grać… – rzu­cił Han w kie­run­ku Wieszcz­ki.  

 

– Sza­now­ni pań­stwo wy­ba­czą, ale do­ku­ment­nie zde­kon­cen­tro­wa­ła mnie cała ta awan­tu­ra. Chyba odło­ży­my to wy­sta­wie­nie na do­god­niej­szy ter­min… – Wieszcz­ka fak­tycz­nie wy­glą­da­ła na zde­ner­wo­wa­ną, wiel­ce zmie­sza­ną i zbitą z pan­ta­ły­ku.

 

– Może więc drin­ka w miłym to­wa­rzy­stwie…? Tak na uko­je­nie ner­wów. – Han za­pra­szał cie­płym, nie­mal bła­gal­nym wzro­kiem.

 

– No, sama nie wiem… – Dziew­czy­na po­sła­ła py­ta­ją­ce spoj­rze­nie ba­rył­ko­wa­tej syl­wet­ce Gan­dal­fa.

 

Śmiesz­ny ludek przy­ło­żył prawą dłoń do serca i skło­nił się lekko, kre­śląc lewą ręką sze­ro­ki gest, co miało nie­chyb­nie ozna­czać, że – wpraw­dzie nie­chęt­nie – apro­bu­je jed­nak fa­na­be­rię Wieszcz­ki i za­pro­sze­nie Hana.

 

2.

 

Han roz­gnia­tał łap­czy­wy­mi war­ga­mi, jak doj­rza­ły owoc, mię­si­ste usta Flo­ri­ny. Ta sło­dycz była nie­na­tu­ral­nie słod­ka, bo nie tylko w prze­no­śni, ale i do­słow­nie. Czas pły­nął zu­peł­nie gdzieś bo­kiem. Wargi zjeż­dża­ły wciąż niżej – naj­pierw – ku wzgó­rzom pier­si… Dwa do­rod­ne me­lo­ny, któ­rym nie­uważ­ny ogrod­nik przy­ciął zbyt nisko ło­dyż­ki: tak do­kład­nie wi­dział te obie krą­gło­ści Han, ozdo­bio­ne wy­nio­sło­ścia­mi sut­ków w erek­cji. Rze­czy­wi­stość roz­to­pi­ła się w siwej mgle. Pły­nę­ła po niej tylko spie­nio­na fala na­mięt­no­ści, bi­ją­ca wście­kle ska­li­stą plażę roz­ko­szy. Wciąż niżej, niżej i niżej… Tam, gdzie spo­dzie­wał się de­li­kat­ne­go puchu, fa­lu­ją­ce­go pod każ­dym jego wes­tchnie­niem, na­po­tkał skłę­bio­ny gąszcz. Prze­orał twa­rzą bruz­dę przez chasz­cze, ni­czym błęd­ny ry­cerz tnący mie­czem wciąż od­ra­sta­ją­cy ży­wo­płot, bro­nią­cy do­stę­pu do wieży wię­żą­cej damę jego serca. A to, co na­po­tkał na po­la­nie po­śród czar­ne­go lasu, fak­tycz­nie przy­po­mi­na­ło wieżę. Ta tiara, wień­czą­ca naj­cen­niej­szy klej­not ko­bie­cy, za­zwy­czaj sub­tel­nie na­pęcz­nia­ła, tu przyj­mo­wa­ła roz­miar godny po­dzi­wu i… re­spek­tu. Za­pach odu­rzał i przy­pra­wiał o za­wrót głowy… Dziw­ny i dziw­nie pod­nie­ca­ją­cy: jakby ktoś za­wie­sił mgieł­kę kosz­tow­nych won­no­ści nad in­tym­nym miej­scem ko­bie­ty. U stóp wy­nio­słej basz­ty pięły się naj­pierw ła­god­nie do góry, a potem de­li­kat­nie za­wi­ja­ły ku bokom, dwa pą­so­we, sze­ro­kie i roz­ło­ży­ste, roz­kosz­nie mię­si­ste, kwiet­ne płat­ki. Han aż ode­rwał głowę od łona Flo­ri­ny, by w pełni na­sy­cić wzrok wi­do­kiem tych nie­by­wa­łych dzi­wów na­tu­ry. Z wła­ści­wej per­spek­ty­wy – naj­słod­sze cia­stecz­ko Wieszcz­ki przy­po­mi­na­ło roz­wi­nię­ty kwiat, roz­kwi­tły na eg­zo­tycz­nym krze­wie, gdzieś po­środ­ku bez­lud­nych wy­se­pek księ­ży­ca Ma­gle­zji.

 

– Wy­puść swo­je­go trzmie­li­ka, Han! No, naj­słod­szy… – Flo­ri­na ob­ję­ła czule de­li­kat­ny­mi dłoń­mi spo­co­ną głowę ko­chan­ka, przy­cią­ga­jąc ją lekko do swo­jej twa­rzy. – Teraz, Han, bła­gam, teraz…! – dy­sza­ła w mię­si­ste ucho.  

 

– O czym ty mó­wisz, Flo…?! – Han ze­rwał się z łóżka na równe nogi. 

 

– Nooo, o trze­mie­li­ku, mi­siacz­ku, o trzmie­li­ku…

 

– Po­cze­kaj, skar­bie, po­cze­kaj… Chwi­lecz­kę…

 

Han maj­stro­wał chwi­lę przy po­krę­tle ole­jo­we­go ka­gan­ka; knot wy­su­nął się na maksa, pło­mień buch­nął żyw­szym bla­skiem i roz­ja­śnił nieco in­tym­ny pół­mrok cia­sne­go po­miesz­cze­nia. Po­śród stosu szmat, rzu­co­nych nie­dba­le na fotel w szale unie­sie­nia, od­na­lazł wy­tar­te, oneg­daj gra­na­to­we spodnie, po­brzę­ku­ją­ce me­ta­lo­wą klam­rą paska. W pra­wej kie­sze­ni na­ma­cał ce­gieł­kę ko­mu­ni­ka­to­ra. Gdy tylko czar­ny przy­cisk ustą­pił pod gru­bym pa­lu­chem, na­tych­miast ob­li­cze Hana ob­le­kła nie­bie­ska­wa mgieł­ka roz­świe­tlo­ne­go ekra­nu. Wkle­pał w wir­tu­al­ną kla­wia­tu­rę hasło: „bio­lo­gia roz­ro­du Bio­ve­nów”. Ekran za­ro­ił się ko­lo­ro­wy­mi klat­ka­mi kra­jo­bra­zów, ro­ślin, istot i rycin po­glą­do­wych, a z gło­śni­ka po­pły­nął cie­pły, ko­bie­cy głos nar­ra­to­ra:

 

„Bio­ve­no­wie, nim ule­gli za­gła­dzie, byli rasą naj­bar­dziej ze­spo­lo­ną z na­tu­rą. Jak do­wio­dły prace na­uko­we, pro­wa­dzo­ne przez ba­da­czy z Ga­lak­tycz­nej Aka­de­mii Nauk Bio­lo­gicz­nych: mogło być to efek­tem pro­wa­dzo­nych przez ich przod­ków, ge­ne­tycz­nych mo­dy­fi­ka­cji ro­ślin. Ze­wnętrz­ne na­rzą­dy płcio­we samic Bio­ve­nów przy­po­mi­na­ją bu­do­wą ana­to­micz­ną kwia­ty: wargi sro­mo­we przyj­mu­ją kształ­ty płat­ków, na­to­miast łech­tacz­ka – słup­ka kwia­to­we­go. Ze­wnętrz­ne na­rzą­dy płcio­we sam­ców wy­glą­da­ją z po­zo­ru nor­mal­nie: mamy więc tutaj za­rów­no prą­cie, jak też i mosz­nę. Jed­nie mosz­na robi wra­że­nie nie­na­tu­ral­nie dużej i przy­po­mi­na wy­glą­dem dwa gniaz­da os, złą­czo­ne koń­ca­mi u na­sa­dy prą­cia. Jadra sam­ców pro­du­ku­ją nie tylko plem­ni­ki, ale rów­nież drob­ne owady, na­zy­wa­ne przez tu­ziem­ców trzmie­li­ka­mi. W mo­men­cie szczy­to­wa­nia zwiot­cze­niu ulega mię­sień zwie­ra­cza jądra, a wtedy trze­mie­li­ki prze­ci­ska­ją się w kie­run­ku cewki mo­czo­wej prą­cia, za­trzy­mu­jąc po­mię­dzy wło­ska­mi swych głó­wek plem­ni­ki. Trzmie­lik siada na łech­tacz­ce sa­mi­cy i spija trąb­ką nek­tar z wnę­trza słup­ka, wy­dzie­la­ny in­ten­syw­nie na sku­tek pod­nie­ce­nia sek­su­al­ne­go, po­zo­sta­wia­jąc jed­no­cze­śnie na jego szczy­cie plem­ni­ki. Po­nie­waż we­wnętrz­ne na­rzą­dy płcio­we sa­mi­cy przy­po­mi­na­ją ana­to­micz­nie dno kwia­to­we, plem­ni­ki…”

 

– A gdzie tu przy­jem­ność, Flo…? – rzu­cił Han do ucha na­giej Wieszcz­ki, wtu­la­ją­cej się w po­stron­ki jego mię­śni na sie­dzi­sku prze­past­ne­go fo­te­la.

 

– Ach, skar­bie, jakie to roz­kosz­ne, jak trzmie­lik tam tak bu­szu­je de­li­kat­nie.

 

– Pytam o przy­jem­ność fa­ce­ta!

 

– Och, im musi być przy­jem­nie, kiedy wy­la­tu­ją trzmie­li­ki; wi­dzia­łam w ich oczach roz­kosz.

 

– Nie, Flo, to się nie uda. To się nie uda na dłuż­szą metę. Nie da się tego dłu­żej cią­gnąć. Nasz zwią­zek nie ma przy­szło­ści.

 

– Ach, Han, wy­myśl coś… Tak cię ko­cham. Mó­wi­łeś, że też mnie ko­chasz. Ty – taki mądry, spryt­ny… Han, wy­myśl coś, bła­gam!

 

– No, fak­tycz­nie, można jakoś temu za­ra­dzić… Zaraz, zaraz… Róż­ni­cie się bio­lo­gią roz­ro­du, ale nie fi­zjo­lo­gią od­ży­wia­nia.

 

– Nie ro­zu­miem…

 

– Zna­czy się…, twój prze­wód po­kar­mo­wy za­czy­na się i koń­czy naj­zu­peł­niej nor­mal­nie: masz nor­mal­ne… pra­wie nor­mal­ne usta i naj­zwy­klej­szy w świe­cie od… No, ten ciem­ny za­ką­tek, co… A, mniej­sza o no­men­kla­tu­rę!

 

– Wciąż nie ro­zu­miem…

 

– Nie ro­zu­miesz?! No, tak… Chodź, chodź dzie­cin­ko do wujka Hana. Wujek ci wszyst­ko wy­tłu­ma­czy, po­ka­że… 

 

Och, nie po­my­śl­cie, że owa pi­kant­na scen­ka ro­ze­gra­ła nie już tej pierw­szej nocy – przy pierw­szym spo­tka­niu i po pierw­szym drin­ku. Nim fala na­mięt­no­ści zna­la­zła przy­stań w za­to­ce roz­ko­szy, mu­sia­ło upły­nąć jesz­cze dużo czasu i wiele mu­sia­ło się zda­rzyć…

 

Pa­mięt­nej nocy, po kar­czem­nej awan­tu­rze, Han do­wie­dział się wiele o nowej zna­jo­mej. Mię­dzy in­ny­mi tego, że na­zy­wa się Flo­ri­na i jest ostat­nią przed­sta­wi­ciel­ką swej rasy, oca­la­łą po za­gła­dzie Bio­ve­ny. Jak tra­fi­ła na Tor­tu­gan­tę – pla­ne­tę pi­ra­tów…? Na jej ści­gacz krót­kie­go za­się­gu na­tknął się przy­pad­ko­wo kor­sar­ski krą­żow­nik w kon­ste­la­cji Żaby. Do­słow­nie w ostat­niej chwi­li, bo szczu­płe za­pa­sy tlenu i syn­te­tycz­nej żyw­no­ści były już na wy­czer­pa­niu. Pi­ra­ci to jed­nak w prze­wa­dze dżen­tel­me­ni. Ra­bu­ją han­dlo­we frach­tow­ce, ale płeć prze­ciw­ną, obo­jęt­ne ja­kie­go ga­tun­ku, trak­tu­ją z na­le­ży­tym jej po­sza­no­wa­niem – tak sta­no­wią nie­pi­sa­ne ich prawa. Je­dy­ną przy­sta­nią, do któ­rej mogli za­wi­nąć bez ni­ja­kiej obawy, była tylko i wy­łącz­nie Tor­tu­gan­ta. Po­cho­dzą­ca z do­bre­go domu, wy­cho­wa­na w duchu sta­rej ary­sto­kra­cji panna nie po­sia­da­ła żad­nych, prak­tycz­nych umie­jęt­no­ści przy­dat­nych w pi­rac­kim gnieź­dzie, po­zwa­la­ją­cych pod­jąć go­dzi­we za­ję­cie i za­pew­nić przy­zwo­ite utrzy­ma­nie. Przy­stą­pi­ła więc do trupy Gan­dal­fa, gdzie naj­pierw tań­czy­ła z za­ka­sa­ną kiec­ką, ale gdy ujaw­ni­ła swoje ta­len­ty ar­ty­stycz­ne, dy­rek­tor po­wie­rzył jej funk­cję au­to­ra tek­stów. „Ge­ne­zę Za­gła­dy” two­rzy­ła no­ca­mi, nie­do­sy­pia­jąc, sku­lo­na przy do­ga­sa­ją­cym ogar­ku świe­cy. Dra­mat przy­padł do gustu Gan­dal­fo­wi. Dy­rek­tor po­sta­no­wił wy­re­ży­se­ro­wać go i wy­sta­wić; łu­dził się na­dzie­ją, że ów spek­takl wy­nie­sie go nad deski te­atrów sto­li­cy i po­zwo­li po­rzu­cić ten zło­dziej­ski graj­do­łek. Bio­ve­na prze­pa­dła już jakiś czas temu i choć krą­ży­ły roz­ma­ite słu­chy, nikt tak na­praw­dę nie wie­dział: co się w za­sa­dzie stało. Po­wiedz­my sobie szcze­rze: nikt się też tym spe­cjal­nie nie in­te­re­so­wał. Flo­ri­na opo­wia­da­ła o tym wła­śnie w swoim dra­ma­cie, nio­są­cym też prze­kaz i po­ucze­nie. Nikt nie zna jesz­cze fi­na­łu; ten nie po­ja­wia się w dia­lo­gu ak­to­rów, tylko w koń­co­wym mo­no­lo­gu Wieszcz­ki. Dziś miała wy­ja­wić przed świa­tem przy­czy­ny za­gła­dy Bio­ve­nów, ale jej szczyt­nym za­mia­rom prze­szko­dził in­cy­dent z Sau­ry­da­mi. Ta­jem­ni­ca musi po­cze­kać na lep­sze czasy…

Nie chce do­koń­czyć ży­wo­ta na tej plan­cie – uwięd­nąć i zgnić w końcu, w zło­dziej­skim bar­ło­gu. Zresz­tą, Gan­dalf już smali do niej cho­lew­ki. Sły­sza­ła, że raj­fu­rzy ją też Mu­ril­lo – kró­lo­wi pi­ra­tów, wład­cy Tor­tu­gan­ty. Nie wie, jak długo jesz­cze zdoła chro­nić swoją cześć…? Czeka na księ­cia z bajki, który wy­rwie ją z tego lochu. Może kogoś ta­kie­go, jak Han…? Nie tak zu­peł­nie „na pięk­ne oczy”, oczy­wi­ście… Jej oj­ciec, Feld­mar­sza­łek, naj­bliż­szy czło­wiek Uzur­pa­to­ra, do­star­czał po­kąt­nie broń zbun­to­wa­nym magom, a ci pła­ci­li za nią błę­kit­nym szyl­kre­tem. (Oczy Hana za­bły­sły… Błę­kit­ny szyl­kret – od­po­wied­nio pre­pa­ro­wa­ne i po­le­ro­wa­ne sko­ru­py żółwi ży­ją­cych tylko na Bio­ve­nie, ga­dzin nie­sko­rych do roz­mna­ża­nia się gdzie in­dziej i ge­ne­ral­nie w nie­wo­li, sztu­kę ho­dow­li któ­rych opa­no­wa­ni je­dy­nie bio­veń­scy ma­go­wie – za­wsze był nie­zwy­kle cen­nym ma­te­ria­łem zdob­ni­czym, ale teraz, po za­gła­dzie pla­ne­ty, jego ceny, do­słow­nie, po­szy­bo­wa­ły w ko­smos.) Kilka ton szyl­kre­tu ukrył na Nio­bos – ma­leń­kim księ­ży­cu Fotto – dzie­wią­tej pla­ne­ty ukła­du He­liu­sa. Skarb miał sta­no­wić za­bez­pie­cze­nie Feld­mar­szał­ka i jego ro­dzi­ny na oko­licz­ność ewen­tu­al­ne­go, nie­po­myśl­ne­go prze­bie­gu dzia­łań wo­jen­nych na Bio­ve­nie. Flo­ri­na, wraz ze swym wy­ba­wi­cie­lem, od­wie­dzi Nio­bos i odda mu równą, dzie­sią­tą część…

 

W ba­nal­nie pro­stym, ale szcze­gó­ło­wo prze­my­śla­nym pla­nie, jakiś tryb za­wiódł… Chew­bac­ca zo­stał w trans­lo­ka­to­rze za­par­ko­wa­nym dwie ulice dalej; trzy­mał po­jazd na ja­ło­wym biegu, nie wy­łą­cza­jąc po­dusz­ki ma­gne­tycz­nej. Han za­kradł się od po­dwó­rza, w kilku su­sach po­ko­nał dwie kon­dy­gna­cje dra­bin­ki prze­ciw­po­ża­ro­wej i stuk­nął de­li­kat­nie trzy razy w deskę oścież­ni­cy. W okien­ku po­ja­wi­ła się naj­pierw mała kap­su­ła ba­ga­żo­wa, ze spa­ko­wa­ny­mi na­pręd­ce, naj­po­trzeb­niej­szy­mi ma­nat­ka­mi, a na­stęp­nie – zgrab­na, bosa stóp­ka Flo. Resz­ta fi­zjo­no­mii po­zo­sta­wa­ła nie­po­ko­ją­co długo w cie­niu ma­leń­kiej służ­bów­ki. Za­nie­po­ko­jo­ny od­gło­sem sza­mo­ta­ni­ny, Han prze­sa­dził niski pa­ra­pet. Ka­rzeł Ja­pet­to wi­siał u paska spód­ni­cy dziew­czy­ny, cią­gnąc z ca­łych swych wą­tłych sił w prze­ciw­nym kie­run­ku. (Gan­dalf już od ja­kie­goś czasu coś po­dej­rze­wał: Han ostat­nio, w za­sa­dzie, non stop prze­sia­dy­wał w sa­lo­nie, cią­gle ser­wu­jąc dro­gie drin­ki Flo­ri­nie i ba­wiąc ją nie­koń­czą­cy­mi się po­ga­węd­ka­mi. Dy­rek­tor wy­zna­czył po­ta­jem­ne warty: każdy czło­nek trupy miał obo­wią­zek czu­wa­nia przez kilka noc­nych go­dzin pod drzwia­mi po­ko­iku Wieszcz­ki.) So­lid­ny kop­niak Hana wy­niósł karła pra­wie pod sufit i przy­kle­ił na chwi­lę do prze­ciw­le­głej ścia­ny. Po­wie­trze roz­darł prze­ra­ża­ją­cy dźwięk – ni to kwi­le­nie głod­ne­go nie­mow­la­ka, ni to ża­ło­sny ryk rżnię­tej ro­ga­ci­zny. Chyba cały przy­by­tek sta­nął w jed­nej chwi­li na nogi. Han po­cią­gnął dziew­czy­nę do okna, ale po dra­bin­ce pięło się już kilku na­jem­nych ochro­nia­rzy – smut­nych typów spod ciem­nej gwiaz­dy. Han chwy­cił mocno prze­gub dłoni Flo­ri­ny, wy­wa­żył kop­nia­kiem drzwi i wy­biegł z dziew­czy­ną na ko­ry­tarz. Po scho­dach dra­pał się już czuj­ny Gan­dalf – w noc­nej ko­szu­li, szlaf­my­cy i z ogar­kiem ciek­ną­cej świe­cy w dłoni. Po­li­me­ro­we wieko kap­su­ły ba­ga­żo­wej wy­lą­do­wa­ło na jego nosie; gru­ba­sek za­chwiał się i po­to­czył w tył, jak piłka, po scho­dach. Ktoś, widać, prze­ło­żył na dole waj­chę prze­łącz­ni­ka elek­trycz­ne­go, bo cały bu­dy­nek za­ja­śniał rap­tem nie­mal dzien­nym świa­tłem. Na scho­dy wbie­gło już kilku ochro­nia­rzy, pró­bu­jąc za­gro­dzić drogę dwój­ce zbie­gów. W oce­nie Hana, wy­pró­bo­wa­na na nosie Gan­dal­fa kap­su­ła, wy­da­ła się bro­nią cał­kiem sku­tecz­ną. W rze­czy samej: szyb­ko oczy­ścił scho­dy z za­ka­pio­rów, roz­da­jąc na prawo i lewo za­ma­szy­ste ciosy twar­dym po­li­me­rem. Pu­ścił na chwi­lę rękę Flo, grze­biąc w kie­sze­ni spodni, w po­szu­ki­wa­niu ko­mu­ni­ka­to­ra… – Przed głów­ne wej­ście, Chew­bac­ca – krzyk­nął w krat­kę gło­śni­ka. Się­gał już pra­wie drzwi, gdy błysk spo­la­ry­zo­wa­ne­go świa­tła nie­mal go ośle­pił, wy­ry­wa­jąc kilka gar­ści drzazg z desek nad jego głową. – Nie strze­lać, cho­le­ra! Nie strze­lać! Dziew­czy­na…! – usły­szał sro­gie ko­men­dy wku­rzo­ne­go Gan­dal­fa. Tro­tu­ar przed knaj­pą prze­sa­dzi­li nie­mal nie do­ty­ka­jąc ziemi; Han i Flo­ri­na znik­nę­li w bez­piecz­nej cze­lu­ści su­per­szyb­kie­go trans­lo­ka­to­ra, gna­ją­ce­go pro­sto – ile mocy w po­dusz­ce ma­gne­tycz­nej – na pole star­to­we, gdzie grzał już rdze­nie po­zy­tro­no­we słyn­ny Sokół Hana.

 

Układ pla­ne­tar­ny He­liu­sa, gdzie krą­żył i Fotto, a wokół niego Nio­bos, leży nie­mal w samym cen­trum Mare In­co­gni­to. Strasz­nie cięż­ko tam na­wi­go­wać: połać uni­wer­sum na­je­żo­na stru­na­mi ko­smicz­ny­mi, mini czar­ny­mi dziu­ra­mi i ano­ma­lia­mi cza­so­prze­strzen­ny­mi. Stary Feld­mar­sza­łek do­sko­na­le wie­dział – gdzie ukryć swe skar­by. Od­na­leźć Nio­bos – to za­da­nie dla wy­traw­ne­go na­wi­ga­to­ra, zna­ko­mi­cie zna­ją­ce­go ten za­tra­co­ny za­ką­tek ko­smo­su, ta­kie­go jak stary wilk Mak­ka­ki. Mak­ka­ki miał pewne zo­bo­wią­za­nia wzglę­dem Hana, więc – wy­wo­ła­ny na taj­nym ka­na­le – zgo­dził się skwi­to­wać ten dług, pi­lo­tu­jąc So­ko­ła po Mare In­co­gni­to.

Nio­bos to miej­sce bar­dzo po­nu­re, roz­świe­tla­ne w prze­cią­gu krót­kie­go dnia ni­kły­mi pro­mie­nia­mi od­le­głej gwiaz­dy, a stra­szą­ce nocą cze­re­pem zim­nej i ska­li­stej, ma­cie­rzy­stej pla­ne­ty, wi­szą­cym po­sęp­nie nad czar­nym ho­ry­zon­tem i przy­sła­nia­ją­cym nie­mal po­ło­wę wi­docz­ne­go nieba. Straż­nik skar­bu był jesz­cze jed­nym Bio­ve­nem, który prze­żył za­gła­dę ich cy­wi­li­za­cji. Na Nio­bos uwił sobie cał­kiem przy­tul­ne gniazd­ko, eg­zy­stu­jąc w drą­żo­nych w ska­łach pie­cza­rach, ogrze­wa­nych i oświe­tla­nych ole­jem skal­nym a do­tle­nia­nych ge­ne­ra­to­rem na­pę­dza­nym me­ta­nem, pi­tra­sząc wy­myśl­ne po­tra­wy ze wszech­obec­nych tutaj po­li­me­rów wę­glo­wych, za­bi­ja­jąc czas lek­tu­rą mi­lio­nów, do­stęp­nych w neu­tri­no­wej sieci ksią­żek. To wła­śnie w jed­nej z ta­kich ja­skiń dali upust nasi ko­chan­ko­wie wzbie­ra­ją­cym od da­wa­na żą­dzom…

 

3.

 

Nie da się tego długo cią­gnąć. Ich zwią­zek nie ma przy­szło­ści – Flo­ri­na prze­ko­ny­wa­ła się z wolna o głę­bo­kiej praw­dzie słów Hana. A prze­ko­ny­wa­ła się – do­słow­nie – bo­le­śnie! Nie mogła usie­dzieć w pa­sa­żer­skim fo­te­lu, ścią­gnię­ta pa­sa­mi, cią­gle krę­ci­ła się po całej ka­bi­nie pi­lo­tów, jakby miała ro­ba­ki w tył… no – tam – z tyłu, co stwa­rza­ło pewne nie­bez­pie­czeń­stwo, szcze­gól­nie pod­czas star­tu i lą­do­wa­nia, wcho­dze­nia i wy­cho­dze­nia z nad­świetl­nej.

Po­pro­si­ła kum­pli, by od­sta­wi­li ją do naj­bli­żej pla­ne­ty z im­pe­rial­ną pla­ców­ką pocz­to­wą. Tam wy­naj­mie ko­re­spon­den­cyj­nie boks ban­ko­wy, opie­czę­tu­je swój cenny ła­du­nek (szyl­kret), wyśle na adres banku, a sama zła­pie naj­bliż­szy frach­to­wiec pa­sa­żer­ski i po­dą­ży, w ślad za prze­sył­ką, do sto­li­cy Im­pe­rium. Jak się tylko urzą­dzi – da znać. Han i Chew­bac­ca za­wsze będą mile wi­dzia­ny­mi go­ść­mi w jej ni­skich pro­gach.

 

Czy to było po od­sta­wie­niu trans­por­tu broni dla re­be­lian­tów z Kort­nos, czy trzech arob plu­to­nu dla ge­ne­ra­ła Wo­da­na (?) – tego Han do­kład­nie nie pa­mię­tał… W pra­wym, dol­nym rogu ekra­nu kom­pu­te­ra po­kła­do­we­go wy­świe­tlił się alert: „masz nową wia­do­mość od <FLO­RI­NA>”. Do czu­łe­go li­ści­ku z po­zdro­wie­nia­mi dla obu „chłop­ców” za­łą­czo­ne były dwa za­pro­sze­nia na pre­mie­rę „Ge­ne­zy Za­gła­dy” – prze­sta­wie­nia au­tor­stwa i w re­ży­se­rii Flo­ri­ny Bio­ve­na, wy­sta­wia­ne­go na de­skach Wiel­kie­go Te­atru Im­pe­rial­ne­go. Czy zdążą?! Mało czasu! Jest szan­sa – je­że­li wejdą w nad­prze­strzeń i od­naj­dą w niej skrót sta­re­go Mak­ka­kie­go…

 

W pas ka­ren­cyj­ny sto­łecz­nej pla­ne­ty Im­pe­rium we­szli na lewym sy­gna­le, roz­po­zna­ni przez sys­te­my na­mie­rza­nia jako jed­nost­ka tu­ry­stycz­na. Lą­do­wa­li do­kład­nie w dniu pre­mie­ry, do­słow­nie na kilka chro­non przed roz­po­czę­ciem spek­ta­klu. Wy­na­ję­li ostat­ni, wolny pokój w Im­pe­rial Hotel, w cen­trum, kilka prze­cznic od Placu Te­atral­ne­go. Han wziął szyb­ki prysz­nic i z tru­dem wci­snął się w szy­kow­ny, sta­ran­nie od­pra­so­wa­ny smo­king, do­pie­ro co zdję­ty z wie­sza­ka gar­de­ro­by ho­te­lo­wej wy­po­ży­czal­ni. Chew­bac­ca po­ję­ki­wał i kre­ślił wło­cha­ty­mi ła­pa­mi ża­ło­sne gesty: nie idzie! Nie pa­su­je w tym fu­trze do ele­ganc­kie­go to­wa­rzy­stwa in­te­lek­tu­al­nej śmie­tan­ki sto­li­cy; czuł­by się głu­pio i nie­swo­jo. Han pu­ścił oko i przy­tak­nął ski­nie­niem głowy: ro­zu­mie! Zje­chał po­spiesz­ną windą, kil­ko­ma su­sa­mi prze­mie­rzył hol i wy­biegł na to­ną­cą w ostat­nich pro­mie­niach za­cho­dzą­ce­go słoń­ca aleję. Prze­biegł dwie prze­czni­ce, gdy ciem­ność spa­dła na mia­sto; tu słoń­ce za­cho­dzi bły­ska­wicz­nie. – Szlag z tymi oszczęd­no­ścia­mi ener­gii i tym efek­tem cie­plar­nia­nym! – za­klął szpet­nie pod nosem, wy­cią­ga­jąc la­kie­ro­wa­ny trze­wik z głę­bo­kiej ot­chła­ni sze­ro­kiej ka­łu­ży. Zer­k­nął na cy­fer­blat w ekra­nie ko­mu­ni­ka­to­ra: późno! Wy­cią­gnął rękę przed sie­bie, wy­ko­rzy­stu­jąc roz­świe­tlo­ny ekran w za­stęp­stwie re­flek­to­ra la­tar­ki.

 

– Witam, witam, sza­now­ny panie Solo. – Przed nosem Hana wy­ro­sła syl­wet­ka po­tęż­ne­go Ich­tio­pa. 

 

– No, co tam…? – Han po­znał za­ka­pio­ra, jed­ne­go ze zbi­rów Baby.

 

– Pan Baba się nie­po­koi… Chyba za­po­mniał pan, sza­now­ny panie Solo, o ure­gu­lo­wa­niu ra­chun­ku za ostat­ni trans­port plu­to­nu?

 

– Fakt! Z głowy mi wy­le­cia­ło. Spie­szy­łem się. Mam tutaj pilną spra­wę do za­ła­twie­nia. Jesz­cze przed pół­no­cą pusz­czę prze­lew… – Han motał się tro­chę zmie­sza­ny; Baba darł z niego dział­kę za każdy ła­du­nek, w za­mian za wolny prze­lot przez stre­fę Ko­bo­do.

 

– Jasne! Pew­nie pan nie za­po­mni. Ale, ale – jakaś za­licz­ka, jakiś fant, panie Solo…! Chyba nie bie­rze pan nas za idio­tów?! – Tu wiel­ki Ich­tiop pu­ścił oko i po­słał sze­ro­ki uśmiech dwóm kum­plom, ster­czą­cym tuż za ple­ca­mi Hana.

 

– Star­czy?!

 

– Zo­ba­czy­my… – Zbir wyjął gład­ką, pro­sto­kąt­ną płyt­kę z wy­cią­gnię­tej dłoni Hana, kie­ru­jąc w nią snop świa­tła małej la­ta­ren­ki. – O, błę­kit­ny szyl­kret! W cenie…, w cenie… Ma może pan tego wię­cej, panie Solo?

– Nie! To pa­miąt­ka – ble­fo­wał Han; w luku to­wa­ro­wym So­ko­ła spo­czy­wa­ła prze­cież spo­koj­nie dzie­sią­ta cześć skar­bu Feld­mar­szał­ka. – A teraz pa­no­wie wy­ba­czą… Tro­chę się spie­szę! – prawa noga Hana zro­bi­ła pół kroku w bok, szy­ku­jąc ciało do szyb­kie­go mar­szu.  

 

– A, zu­peł­nie bym za­po­mniał, panie Solo…! – uprzej­mie burk­nął drab, po­now­nie za­sta­wia­jąc mu drogę. – Pan Baba kazał zo­sta­wić coś ku pa­mię­ci. Musi pan za­pa­mię­tać, panie Solo, że nie spóź­nia się ze zo­bo­wią­za­nia­mi wzglę­dem pana Baby. To bę­dzie też pro­cen­to­wać, od­no­śnie na­szej współ­pra­cy, na przy­szłość. No, więc mamy zła­mać panu rękę lub nogę. Prawą lub lewą – może pan wy­bie­rać.

 

– Nooo, to może… tę… – Han wy­su­nął wolno, w kie­run­ku draba, prawe ramię, ści­śle otu­lo­ne czar­nym rę­ka­wem. Tam­ten nie miał oczy­wi­ście spo­sob­no­ści do­strzec ma­leń­kie­go pa­ra­li­za­to­ra w po­sta­ci pena, skry­wa­ne­go w za­ci­śnię­tej pię­ści. Sto ty­się­cy jed­no­stek Okara zmie­ni­ło zbira w sztyw­ny słup, wa­lą­cy się bez­wład­nie na chod­nik. Tym razem Han nie po­peł­nił błędu – zanim po­wa­lił hersz­ta, oce­nił kątem oka po­zy­cje dwóch po­zo­sta­łych za­ka­pio­rów. Teraz po­chy­lił się nisko, wy­ko­nał zwrot na pię­cie i już stał fron­tem do prze­ciw­ni­ków z małym szty­le­tem świetl­nym w lewej dłoni, wy­cią­gnię­tym spod no­gaw­ki ele­ganc­kich spodni, z któ­rym nigdy się nie roz­sta­wał. Chew­bac­ca po­wtó­rzył stary numer z bra­wa­mi… Ich­tio­py nie mają tak twar­dych łbów, jak Sau­ry­dzi. Dwie rybie głowy dźwięk­nę­ły o sie­bie z im­pe­tem, pękły, a mózgi chlu­snę­ły wyżej niż fon­tan­ny na placu przed Pa­ła­cem Im­pe­rial­nym. Sie­ściuch ocie­rał brzyd­ki pysk z resz­tek ró­żo­wej, ga­la­re­to­wa­tej masy. Nie chciał za­szczy­cić swoją osobą spek­ta­klu – zro­zu­mia­łe! Ale nie mógł prze­cież pu­ścić kum­pla sa­me­go na ciem­ne, nie­bez­piecz­ne ulice sto­li­cy – to jasne! Znowu oczko, dzięk­czyn­ny gest, i Han gnał już pędem w kie­run­ku Placu Te­atral­ne­go…

 

Nisko po­chy­lo­ny, ser­wu­jąc prze­pro­si­ny na prawo i lewo, nie bez trudu od­na­lazł w pół­mro­ku swoje miej­sce. Opadł na fotel w ostat­niej chwi­li, by pod­jąć watek dra­ma­tu do­kład­nie w tym samym miej­scu, w któ­rym po­gu­bił „Pod Słoń­ca­mi Tor­tu­gan­ty”:

 

WIESZCZ­KA

 

[…] Czy godną jest rze­czą, by brat kie­ro­wał oręż prze­ciw­ko bratu?! Czy nie skrwa­wi to łza­wią­ce­go serca Matki Na­tu­ry i nie ścią­gnie ka­rzą­cej ręki roz­gnie­wa­nej Mocy…?

 

UZUR­PA­TOR

(z nie­skry­wa­nym za­in­te­re­so­wa­niem)

 

Ci chłop­cy po­ka­żą więc dzi­siaj: czego się na­uczy­li…?

 

FELD­MAR­SZA­ŁEK

(z dumą roz­pie­ra­ją­cą pier­si)

 

Do­kład­nie! W rze­czy samej, Ja­śnie Panie Uzur­pa­to­rze, w samej rze­czy… Nasz nie­oce­nio­ny Mistrz uczył ich, przez wiele let­nich i zi­mo­wych prze­si­leń, ko­rzy­sta­nia z bez­den­ne­go na­czy­nia Mocy. Na dzi­siej­szy wie­czór każdy z tej ma­gicz­nej trój­ki przy­go­to­wał sztucz­kę te­le­ki­ne­tycz­ną, którą za­mie­rza za­chwy­cić Ja­śnie Pana Uzur­pa­to­ra.

 

WIESZCZ­KA

 

Letni za­chód słońc na Bio­ve­nie to pora sama sie­ją­ca kli­mat magii: kiedy pro­mie­nie So­lu­ny kąpią jesz­cze drga­ją­ce na wie­trze list­ki drzew w zło­ci­stych re­flek­sach, łuny Kor­gu­ty otu­la­ją już stoki prze­ciw­le­głych wzgórz mie­dzia­ną koł­drą.

 

(po krót­kiej prze­rwie – chwi­li re­flek­sji dla pu­blicz­no­ści)

 

Trzej ma­go­wie-neo­fi­ci, sie­dzą­cy po tu­rec­ku, zaj­mo­wa­li trzy wierz­choł­ki trój­ką­ta rów­no­ra­mien­ne­go, ob­ró­co­ne­go wokół osi usa­do­wio­ne­go cen­tral­nie Mi­strza.

Mistrz wska­zał dło­nią pierw­sze­go – sie­dzą­ce­go na­prze­ciw­ko. Ten opu­ścił po­wie­ki; jego twarz przy­bra­ła wyraz głę­bo­kie­go sku­pie­nia a żyły na skro­niach na­brzmia­ły… Ści­gacz krót­kie­go za­się­gu, usta­wio­ny na placu spe­cjal­nie w celu pre­zen­ta­cji, uniósł się w górę, za­to­czył trzy kółka nad gło­wa­mi ga­piów i usiadł ła­god­nie na pły­cie.

Mistrz zmie­nił po­zy­cję – wska­zu­jąc dru­gie­go neo­fi­tę. Żyły na skro­niach sztur­mow­ca na­pęcz­nia­ły do roz­mia­rów szlau­chów ogro­do­wych… Czy to aby na pewno zda­rze­nie rze­czy­wi­ste, czy tylko mara, złu­dze­nie…? Rzecz nie­by­wa­ła: ścia­na skal­ne­go urwi­ska po prze­ciw­nej stro­nie placu od­da­la się od oczu wi­dzów, a przed nią – prze w przód cała góra. Huk pę­ka­ją­cych skał, wa­lą­cych się ru­mo­wisk, i tu­ma­ny kurzu, i nagle – cisza.

Ko­lej­na zmia­na po­zy­cji Mi­strza, wska­za­nie trze­cie­go sztur­mow­ca… Ten kła­dzie się pła­sko na ziemi i za­pie­ra sze­ro­ko roz­sta­wio­ny­mi koń­czy­na­mi. Żyły na skro­niach pęcz­nie­ją, twarz krzy­czy żywą pur­pu­rą i… nic się nie dzie­je. Kon­ster­na­cja! I tylko po chwi­li, coś jakby za­czę­ło zmie­niać się w aurze: miedź Kor­gu­ty za­czę­ła jakby oży­wać, by po chwi­li na nowo roz­bły­snąć szcze­ro­zło­tym bla­skiem. Żywa pur­pu­ra twa­rzy maga przy­bie­ra głę­bię ciem­ne­go pąsu. Po ga­piach pły­nie go­rą­cy pot; tem­pe­ra­tu­ra oto­cze­nia chyba ro­śnie. Pierw­szy neo­fi­ta zrywa się ze swego miej­sca w trój­ką­cie, bie­gnie, chwy­ta za rękę córkę Feld­mar­szał­ka (pod­ko­chi­wał się w niej od pierw­szej klasy), sa­do­wi ją w jed­no­oso­bo­wej ka­bi­nie ści­ga­cza i od­pa­la sys­tem star­to­wy. Pą­so­wy łeb roz­cią­gnię­te­go na ziemi, naj­zdol­niej­sze­go sztur­mow­ca pęka, kra­sząc twa­rze wi­dzów ró­żo­wa­wy­mi mo­ty­wa­mi. Uczeń prze­ści­gnął mi­strza; nie ma już komu tego za­trzy­mać: tar­cza So­lu­ny przy­bie­ra coraz to więk­sze roz­mia­ry a wy­bi­ta z or­bi­ty Bio­ve­na zmie­rza ku nie­uchron­nej za­gła­dzie w ogniu wo­do­ro­we­go kotła.

 

– O, kur­wa­aa…! – peł­nym gar­dłem wy­krzyk­nął stary Mistrz; i były to pierw­sze, a za­ra­zem ostat­nie, wy­po­wie­dzia­ne gło­śno jego słowa.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Wyłapałem bodaj ze dwie usterki w zapisie dialogów i jakąś dziwną spację, wyglądającą na defekt kopiowania. Poprawię to, ale za chwilę. Muszę dorwać się do nowego laptopa żony, bo mój stary HP prawie nie przewija tej strony; nieźle napakowana. 

 

Poprawione! Coś nie mogę usunąć tego dziwnego entera na końcu opowiadania. Dziwne…

Han uniknął podcięcia, podskakując w górę i ściągają silnie kolana.

Literówka. 

Muszę zaznaczyć, że nie do końca odnalazłem się w owym uniwersum, co skutkowało niezbyt entuzjastycznym odbiorem tekstu, ale to mój problem. Niektóre fragmenty bardziej przypadły mi do gustu, niektóre mniej; za najlepszą uważam ową pikantną scenkę – ciekawy pomysł na nią i dobre wykonanie.

Ogólne wrażenie – niejednoznaczne. Po prostu nie moja bajka, lecz przeczytałem bez bólu.

Hmmm. Nie przemówiło do mnie. Za dużo seksu oraz bójek i zbyt niski współczynnik treści do liczby znaków.

Czas płynął zupełnie gdzieś bokiem. Jego usta zjeżdżały wciąż niżej

Czy czas od dawna ma usta?

pod drzwiami pokoiku Wieszki

Literówka.

Z trudem znaleźli miejsce w hotelu, w centrum, kilka przecznic od Placu Teatralnego. Han wziął szybki prysznic i z trudem wcisnął się w szykowny, starannie odprasowany smoking, dopiero co zdjęty z wieszaka garderoby hotelowej wypożyczalni.

Powtórzenie. A nie mógł sobie pożyczyć dobrze dopasowanego smokingu?

temperatura otocznia chyba rośnie.

Literówka.

Babska logika rządzi!

Och, tekst z założenia rozrywkowy, nie ambitny. Domek, Finkla, dzięki za komentarze i wychwycenie błędów.

 

Finkla, ten płynący czas to wtrącone zdanie. Wcześniej jest o wargach Hana, więc wydaje mi się OK! W moim odczuciu – “usta Hana” wyjdzie mniej zręczne. Chyba zostawię tak, jak jest. Reszta – do poprawki. 

Dobra, wszystko poprawione. “Czas” też poprawiłem, bo zadnie zmienia podmiot, więc może – faktycznie – niezręcznie…

 

Na marginesie… Opowiadanko na konkurs o piratach, utrzymane w klimacie space opera. Nie szukajmy w nim głębi. To tylko przygoda i rozrywka – tak jak “Piraci z Karaibów” czy “Gwiezdne Wojny”. Niemniej chciałem zwrócić uwagę na oryginalny pomysł z mocami umysłu, nie wykorzystany jeszcze dotąd przez literaturę czy sztukę filmową.

Moment… Telekineza nie jest wykorzystana?

Babska logika rządzi!

Jest, ale nie do wybijania planet z orbit. 

To chyba w jednej z niezliczonych części "Świata Dysku" było o tym, że telekineza działa jak dźwignia, trzeba w odpowiednim miejscu przyłożyć myślowy punkt podparcia, bo inaczej ciężar poruszanego obiektu wywali ci mózg z czaszki… Tak, dajcie mi odpowiednio długą dźwignię, a poruszę Ziemię… A tekst bardzo mi się podobał. Lubię takie – żeby ładnie nazwać – postmodernistyczne crossovery. Tylko zawartość piratów w piratach niewielka. Ale nic to.

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Thargone, radują mnie Twoje komentarze. Twoje opinie wydają mi się najbliższe gustom rasowego miłośnika SF, jakim ja byłem w młodości. Ty (przynajmniej, jak do tej pory) nie publikujesz na tym Portalu, więc nie ulegasz uciskającej tutaj, wszechobecnej presji na określony rodzaj tekstów. Osobiście uważam, że pisanie powinno być tak samo dobrą zabawą, jak lektura. Piszę więc dla zabawy, a bardzo mi miło, gdy przy okazji bawi się jeszcze ktoś inny.

 

Nie chciałem przytłaczać piratami, wolałem malować ich w tle. Po rozstrzygnięciu konkursu napiszę coś więcej o genezie “Genezy zagłady”. 

Szlak z tymi oszczędnościami energii i tym efektem cieplarnianym! –

 

W kontekście przekleństwa to “szlag”, a nie szlak. Gdzieś tam widziałem jeszcze jedną czy dwie literówki (brakujące literki, czy coś takiego), ale – pochłonięty lekturą – nie wyłapałem ich zawczasu.

 

Generalnie świetny, lekki, zabawny, interesujący i – co najważniejsze – pięknie napisany tekst, a przy tym udane odtworzenie klimatu przygód Hana i Chewbaccy, moich ulubionych postaci uniwersum, którego nie jestem jednak zagorzałym fanem.

 

Martwi (choć nie koniecznie w sensie, że smuci) mnie natomiast co innego.

Cycat… Cytat z regulaminowego wpisu Dj’a:

 

Co zrobić, aby otrzymać tęże lekturę (nota bene, nomen omen ekstraordynaryjnie w NF przez Jerzego ocenianą)?

 

Proste! Zaostrz pióro i napisz tekst o piratach. Jaki? Jaki chcesz, byle jeden, a dobry.

A Ty, ambroziaku, łamiesz ten punkt, i to w dodatku dwukrotnie:

Masz nie jeden, a dwa teksty w konkursie, to raz. A dwa, że żaden z nich nie jest dobry – oba są świetne.

Naprawdę nie chciałbym być na Twoim miejscu, jeśli dojdzie do tego, że Siły Wyższe każą Ci jeden z nich wycofać. To by było trochę (trochę – podkreślam) jak decyzja, które dziecko zabić, by uratować drugie. Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

A nich to szlag…! Cieniu, serdeczne dzięki! Szkolny błąd. Sam poprawiałem go innym wielokrotnie. Nie szlak jako droga, tylko szlag jako apopleksja. Najciemniej – pod latarnią. Jeszcze raz dziękuję.

 

Wiesz co (…?) – rozbroiłeś mnie tym komentarzem. Jestem od września na tym portalu – i coraz dogłębniej przekonuję się o dysonansie pomiędzy spojrzeniem tutejszych “ośrodków opiniotwórczych”, a gustem rasowych miłośników fantastyki czy fantastyki naukowej. Mówiąc szczerze, absolutnie nie wierzę w to, aby którekolwiek z tych dwóch opowiadań zostało uznane za poważnego kandydata do podium. Chodziło mi raczej o zaprezentowanie swoich umiejętności. Gdyby głosowali czytelnicy… a, wtedy odstawiałbym dziesięć do jednego na moje opowiadania.

 

Bardzo dziękuje za odwiedziny i komentarz. Niezwykle ucieszyła mnie Twoja opinia – opinia rasowego miłośnika fantastyki.

Di Jajko, odnoszę wrażenie, że odbieramy na podobnych częstotliwościach. Widzę, że to też Ci się podobało, chociaż mniej, jak “Święto much”. Mi “Święto much” też bardziej się podoba. “Geneza” to tekst typowo rozrywkowy. W “Święto” włożyłem dużo serca i pracy: chciałem napisać coś naprawdę ładnego.

Dzięki!  

Opowiadanie nie przypadło mi do gustu. Dość gęste od opisów wielu wydarzeń i sytuacji, z dużymi fragmentami zwartego tekstu i piratami potraktowanymi w sposób raczej marginalny, okazało się lekturą niezbyt satysfakcjonującą.

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia – trafiają się słowa użyte niezgodnie z ich znaczeniem, nie zawsze czytelnie sformułowane zdania, literówki, tudzież usterki interpunkcyjne.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka