- Opowiadanie: tfurca - Ernest Guzik (X-XV)

Ernest Guzik (X-XV)

Oceny

Ernest Guzik (X-XV)

X

 

Noc była pogodna, a księżyc świecił jak latarnia morska w Faros. To, co usłyszeli było gromem z czystego nieba. Kolumna jeźdźców zatrzymała się i każdy zaczął rozglądać się trwożnie. Większość, starając się przebić wzrokiem ciemności, spoglądała w bezchmurne niebo, gdzie szukała wyjaśnienia niezwykłego zjawiska. Jakież bóstwa rządzą tą krainą? Czy aby nie zakłócili ich spokoju? Czy będą się mścić? Jakąż ofiarą należy ich przebłagać?

Najznaczniejszy z nich najwyraźniej nie lękał się bogów, bo przez jego twarz przebiegł uśmiech. Spojrzał na dwóch kompanów, którzy stali najbliżej.

– Tetetka? Ktoś jeszcze tego używa? – zapytał jeden z nich.

 

Wychudły, siwy na pysku jamnik obwąchiwał czujnie ławkę zajętą przez leżącą na niej postać w burym płaszczu. Człowiek ten wyglądał na nieżywego i kobieta trzymająca smycz zakończoną podstarzałym jamnikiem nachyliła się nad nim, chcąc sprawdzić, czy oddycha. Gdyby wiedziała, jaka burza myśli szaleje w głowie tego człowieka, nie miałaby wątpliwości co do miejsca przebywania jego duszy. Z całą pewnością bowiem znajdowała się ona w ciele rozciągniętym na ławce. „To już szesnasty dzień jak zniknął! Ale cóż może to znaczyć? Szesnasty, dwusetny, tysięczny… przecież wszystko jest względne. Dla mnie to jest szesnaście nieprzespanych nocy i szesnaście dni spędzonych na wypatrywaniu znaków i drżeniu przy każdym nienaturalnym podmuchu wiatru, błysku światła wśród liści parkowych drzew. Tam mogło minąć popołudnie albo miesiąc, może rok? Tam… gdzież jest to tam? I kiedy?" Jamnik dotknął zimnym, mokrym nosem zwisającej z ławki dłoni mężczyzny i dłoń błyskawicznym, podświadomym ruchem, trenowanym przez lata zacisnęła się na psiej czaszce. Silne palce badały ją tak jak palce handlarza sprawdzają twardość melona na straganie warzywnym. Jamnik zapiszczał trwożnie i chciał się wycofać, lecz jego łeb stał się chwilowo jabłkiem w ręce króla.

– Coś pan! Puść pan! – krzyknęła kobieta i szarpnęła smyczą. Możliwe, że długość psa uległa nieznacznej zmianie w tym momencie. Ten fakt pozostanie dla nas tajemnicą, musimy zadowolić się informacją o tym, że palce rozluźniły się i oswobodzony czworonóg oddalił się, drepcząc spiesznie za swoją panią. „Gdzie on jest, czy żyje? Może udało mu się umknąć tym ruskim draniom, bo to, że przenieśli się razem jest niemal pewne" – Wasyl przypominał sobie w jakiej pozycji pozostawił dźwigienkę ogarniacza personalnego. „Cubic" oznacza przenoszenie wszystkich osób znajdujących się w pomieszczeniu razem z chrononamierzaczem. Usiadł na ławce i roztarł twarz szorstkimi poduszkami dłoni. Miał wrażenie, że intensywne procesy myślowe zmieniają jego cerę w korę drzewa. Pierwszy raz w życiu znajdował się w sytuacji, w której nie wiedział, co ma robić. Jakiekolwiek działanie wydawało mu się pozbawione sensu, a pospiesznie konstruowane plany zawalały się w gruz przy pierwszym podmuchu wątpliwości. Pozostawała mu jedynie wiara i nadzieja i, o dziwo!, wierzył i miał nadzieję. Wierzył w Ernesta, w jego przeznaczenie i miał nadzieję, że ten wątły człowieczek dokona czynów niewspółmiernych do jego postury. „Jeżeli rozsypało ich przy zaportowaniu, to ma szansę. Godzinę, może dwie zanim się pozbierają do kupy. Ale czy te tępe kacapy są jego największym zagrożeniem? Skąd mogę to wiedzieć, jeśli nie wiem nawet tego, dokąd ich poniosło?". Najwyraźniej nie był to dzień sprzyjający rozmyślaniom na parkowej ławeczce. Po raz drugi jego spokój został zakłócony. Tym razem u stóp rozścielił się cień mężczyzny. Wasyl podniósł głowę i na tle słońca zobaczył postać, której twarz ginęła w kapturze dresowej bluzy.

– Wasyl Izydorowicz – bardziej stwierdził, niż zapytał przybysz.

– To zależy, kto pyta.

– Przyjaciel.

– Jak mnie znalazłeś, przyjacielu?

– To nie było proste, ale mam jeszcze swoich ludzi i dojścia. Zdobyłem wąchacz.

– O! Nowa technologia. – Wasyl pokiwał głową z uznaniem. Wciąż nie mógł dostrzec rysów twarzy swojego rozmówcy, ale jego głos wydawał mu się znajomy. Zresztą, tak czy inaczej musieli się kiedyś spotkać. To człowiek z branży, skoro mówi w taki sposób. – A cóż cię sprowadza do mnie, przyjacielu?

– Chcę wam pomóc, a w każdym razie im zaszkodzić. To na jedno wychodzi.

– Im? – Wasyl wiedział dokładnie, o czym mówi facet w bluzie, ale postanowił trochę go wysondować.

– Nie musisz mnie sondować, obaj wiemy o czym tu jest mowa – nieznajomy zaskoczył go swoją przenikliwością, po czym palnął prosto z mostu: – Herman Odd ściga twoich ludzi.

To wytrąciło nieco Wasyla z równowagi, ale nie zdradził się żadnym gestem ani grymasem, jego twarz w dalszym ciągu porastała kora.

– Skąd mogę wiedzieć, że mówisz prawdę, że to nie jest podstęp? – wbił wzrok w ciemny otwór kaptura. – Może wciąż stoisz po tamtej stronie?

– Herman dostał zlecenie na mnie – słowa przybysza nasączone były wyrzutem i zimną zaciekłością. – Od Kardynała.

– Od Kardynała? – Wasyl uniósł nieznacznie jedną brew, zanim zdołał powstrzymać się od innych objawów zdziwienia.

– Wiem, co o tym myślisz. To też może być kłamstwo, prawda? Wiem, że nie przekonam cię słowami, że skuteczniejsze w przekonywaniu są czyny – mężczyzna spojrzał przez chwilę w bok i promyk światła prześliznął się po jego fizjonomii, ukazując szerokie blizny. – Mam coś, co przekona cię jeszcze mocniej niż czyny, ukradłem to im. Czyn będzie jeden i prosty: dam ci to.

– Cóż to jest… Leonidzie? – zapytał Wasyl, wpatrując się w miejsce, gdzie powinny być oczy jego rozmówcy.

Zapadła chwila ciszy, którą najpierw przerwał chrzęst żwiru gniecionego kołami dziecinnego rowerka, później szczekanie psa goniącego malinową piłeczkę toczącą się po równo przystrzyżonej trawie, a potem Leonid powiedział: – To jest drugi chrononamierzacz.

 

Kardynał oderwał się od cienia i, opuściwszy asfaltową alejkę, wszedł na trawnik. Cień przystanął i powiódł za purpuratem wzrokiem nie wyrażającym żadnych emocji. Kardynał tymczasem zbliżył się do dzikiej gruszy i ujął w palce gałązkę obrośniętą białym kwieciem. Gwałtownie napiął mięśnie dłoni, wlewając w nie całą nabrzmiałą od kilku dni złość i energicznie zerwał gałązkę. Przytknął kwiat do nosa i ze świstem wciągnął w nozdrza powietrze. Poczuł zapach, który ukoił nieco jego zszarpane nerwy. Bo przecież miał się czym denerwować.

– Otaczam się samymi głupcami – mruknął sam do siebie, ale cień na alejce usłyszał go. – Jak to się dzieje, że przyciągam do siebie takie barany?!

Ewidentnie było to pytanie retoryczne, jednak cień uznał za stosowne odezwać się:

– Wbrew temu, co może się wydawać na pierwszy rzut oka, sytuacja nie jest beznadziejna…

Kardynał przerwał mu niecierpliwym ruchem ręki.

– Co dzień słyszę to od każdego na okrągło. Czy nie rozumiesz, że właśnie to doprowadza mnie do rozpaczy? Boże, jedynie Ty dodajesz mi sił! – Wzniósł oczy ku niebu. – Jakie to szczęście, że na Tobie mogę polegać, gdyż jesteś nieskończenie mądrzejszy od każdego bęcwała na tym padole, a także ode mnie, marnego paprocha. – Zawahał się chwilę, po czym dodał – No, może nie aż tak marnego, skoro właśnie mnie wybrałeś na swego sługę. Dlaczego jednak nie dałeś mi umiejętności trafnego doboru własnych sług? Czy to ma być mój krzyż?

Pytanie zawisło w próżni, lecz kardynał czuł, że tak właśnie jest. Oto walczy z Antychrystem, a bój ten wysysa jego żywotność. Umrze za sprawę w chwili zwycięstwa. Zostanie świętym. Wcześniej jednak pragnąłby zostać Ojcem Świętym. Lecz, aby tak się stało, nie może sobie pozwolić na słabość i rozczulanie nad własnym losem. Spojrzał na niewyraźną postać na asfalcie i rzekł z wyrzutem:

– Miałem nadzieję, że ciebie stać na więcej. A już do głowy mi nie przyszło, że możesz spuścić ze smyczy tego tępego Odda i jego bandę i stracisz nad nimi kontrolę. O Leonidzie nawet nie chcę wspominać.

Zdawać by się mogło, że ostre słowa kardynała nie zrobiły na jego rozmówcy żadnego wrażenia. Beznamiętnym głosem, którego nie dosłyszałby nikt poza adresatem słów, rzekł:

– Nie wypuściłem Leonida, lecz podpuściłem. Po to właśnie, by na powrót pochwycić smycz z Oddem, który zachowuje się ostatnio, że tak powiem, niekonwencjonalnie. Dał się bowiem niepotrzebnie ponieść emocjom. Ale jak sam słusznie zauważyłeś, eminencjo, jest on jedynie prymitywnym barbarzyńcą, jakich mamy miliardy na tej nieszczęsnej planecie. Chcę cię pocieszyć, eminencjo, iż możesz być pewny, że wszelkie moje działania nacechowane są rozsądkiem i podejmowane w pełni świadomie.

Na te słowa kardynał prychnął na poły z irytacją, na poły z ironią. Ścisnął palce i sproszkował w nich kwiat z trzymanej w dłoni gałązki gruszy. Część płatków rozmazała się, brudząc mu palce. „Co za gówno!” – pomyślał patrząc na palce i odrzucił nerwowo gałązkę. Wreszcie odezwał się:

– Każdy, kto twierdzi, że postępuje w pełni świadomie, wykazuje się głęboką ignorancją. Dotyczy to nawet ciebie – wystrzelił palec wskazujący w stronę postaci, która z pozoru nie posiadała kształtów. – Wiesz przecież, że człowiek wykorzystuje ledwie maleńki fragment swojego mózgu. A co z resztą?

Cień wiedział, że przerwa miała tylko podbić bębenek i nie należy jej teraz przerywać. Znad rzeki powiał wiatr niosąc zapach mułu i zgnilizny. Kardynał sapnął i szybkim krokiem powrócił na alejkę, chcąc oddalić się od źródła nieprzyjemnego zapachu, jakże kontrastującego z niedawno zaczerpniętą wonią gruszy.

– Reszta jest zaprogramowana przez Niego. Dał nam wolną wolę, ale w skali, którą nam wyznaczył. I ani grama więcej! W przeciwnym bowiem razie skutki byłyby nieprzewidywalne. Przez nas, oczywiście. On jest stwórcą i On wie lepiej, jak nami pokierować. Każdy, kto grzebie w owym „programie”, występuje przeciw niemu i musi być powstrzymany. Ale ty przecież o tym wiesz. Nie mów mi więc o pełnej świadomości człowieka. Nawet swojej, bo stracę do ciebie resztki szacunku.

– Wybacz – odparł tamten, lecz w głosie nie było czuć skruchy. Nic nie było czuć, jeśli nie liczyć zapachu mułu, który stawał się coraz intensywniejszy, niesiony bowiem coraz silniejszymi powiewami znad rzeki. – Tacy jesteśmy, gdyż niedoskonałymi nas stworzył.

– Tworzy – zaznaczył mocno kardynał. – Ten proces trwa. I choć, jak wszyscy, jesteśmy ledwie prototypami, dotknęło nas to szczęście, iż nasza rola w procesie tworzenia jest wyjątkowa i niebagatelna, zwłaszcza w sytuacji, gdy finalny obraz Dzieła jest zagrożony tak poważnie w wyniku działań owych szaleńców, którzy chcą czynić wbrew Panu! Jesteśmy Strażnikami, a naszym zadaniem i zadaniem tych, którzy nastąpią po nas z Jego namaszczenia jest chronić Dzieło przed sabotażem. Czy pojmujesz, że realizacja Homo Perfectus leży w jakiejś mierze w tych dłoniach? – wysunął ręce przed siebie, pokazując cieniowi otwarte dłonie z palcami umazanymi białym kwiatem. – To zaszczyt niepojęty, a odpowiedzialność niewysłowiona. A ty oto zostałeś zaproszony do współpracy. Doceń to! Daj z siebie wszystko! – zakończył podniosłym tonem. – I nie opowiadaj mi bzdur – dodał głosem już nieco zmęczonym. – Wiesz, co masz czynić, znikaj.

I cień zniknął.

Kardynał pozostał sam w środku parku. Z tego miejsca wszędzie było daleko. Będzie miał jeszcze sporo czasu na przemyślenia, nim spocznie w swoim ulubionym fotelu i zatopi umysł w lekturze. A może dziś się napije?

 

XI

 

Postać wtopiona w półmrok zimnego pomieszczenia cedziła zjadliwym szeptem pozornie niezrozumiałe słowa:

– Nie zginą Odszczepieńcy, nie zmiażdżysz ich cielesności, by nastał Nowy Porządek. Ty żywot swój marny złożysz w ofierze temu Panu, którego imię po wieki wieków kwitnie na ustach Błogosławionych. – Postać wyciągnęła dłoń, wskazując kościstym palcem jego wątłe ciało.

Ernest wzdrygnął się i otworzył oczy. Sen odleciał natychmiast jak odpędzony dłonią natrętny trzmiel pozostawiając w jego głowie brzęczący niepokój. Usiadł na zawieszaczu ciała i wsłuchał się w przestrzeń fandomu. Jego pomieszczenia wypełniała cisza zabarwiona szumem klimatyzacji i chłodnicą centralnego komputera. Wstał i kontrolka zawieszacza zgasła, lecz miejsce jego niedawnego spoczynku nie zmieniło wyglądu – nadal było pustą wnęką. Krótkim spojrzeniem na telepat włączył zroszoną murawę by ochłodzić stopy w drodze do jadłodajni. Fanuol jego ulubionego pomieszczenia powitał go widokiem wschodzącego słońca. Dozownik uruchomiony telepatem napełnił kubek sokiem pomarańczowym. Ernest pociągnął łyk zimnego napoju i usiadł na plastikowym krzesełku, zatapiając się w myślach. Nagle wyraźnie zdał sobie sprawę z tego, że coś się zmieniło. Pierwszym słowem, jakie przyszło mu do głowy była „świadomość". Świadomość tego, kim jest naprawdę i tego, co się z nim stało. Wiedział skąd się tu wziął, pamiętał wydarzenia poprzedzające przeskok, co więcej, pamiętał wszystko z tego czasu kiedy nie był „świadomy", kiedy pasł krowy albo włóczył się po polach wokół Kłyzówki. Chociaż wtedy jego świadomość już dojrzewała, była jeszcze zbyt słaba, żeby ze wszystkiego zdawał sobie sprawę i mógł ogarniać umysłem całą złożoną sytuację, na tyle jednak wystarczająca, by rozumieć słowa Wasyla i nie otwierać ust ze zdziwienia, słuchając go. Teraz było inaczej, nie wiedział tylko czy to lepiej, czy gorzej. Bo czym tak naprawdę jest świadomość? Czyż nie chorobą gnębiącą człowieka zarażonego nią? Czy nie są szczęśliwsi ci, których czynami kieruje zwierzęcy instynkt? Beztroscy w obliczu okrucieństwa tego świata, niewzruszeni znakami zwiastującymi czarną przyszłość… Z przerażeniem zaczął wyławiać z mętnego jeziora pamięci ostatnie sceny, które rozegrały się przed podróżą. Przenikliwy wzrok Teodora nadal boleśnie wiercił niespokojne sumienie, a jego rozkazujące słowa brzmiały wciąż we wnętrzu umysłu: „Uciekaj, Ernest! Oni tu są! Znajdź Lenę i zabierz ją ze sobą! Uciekaj!". Pamiętał dym płonących namiotów, który gryzł w oczy i dławił go podczas szaleńczego biegu przez obozowisko. A potem przerażającą postać Skórzanego zamykającą alejkę z ciasno ustawionych namiotów i tę chwilę, kiedy wpadł osmolony do pierwszego z nich, zaciskając kurczowo w dłoni rączkę walizki. Pamiętał zdziwione spojrzenie kobiety, która usiadła przestraszona na swoim posłaniu, oświetlonym płomieniem małego ogniska i to uczucie, które rozlało się w jego sercu pod wpływem tego spojrzenia. „Jesteś kobietą mojego życia!" – pomyślał wtedy i, padając na kolana, otworzył pudło chrononamierzacza. A potem drżącymi palcami wystukał imię „Wasyl" – imię jedynego człowieka, u którego miał nadzieję znaleźć ratunek. Coś jednak poszło nie tak. W miejscu i czasie, do którego przeskoczyli nie było starego druha Wasyla Izydorowicza. A może to kwestia czasu? W końcu są tu zaledwie kilkanaście godzin. Może powinien poszukać go, albo zrobić coś, by Wasyl mógł odnaleźć jego? Tysiące myśli kłębiły się w głowie Ernesta, ale jedna uparcie powracała, rozgrzewając jego skromną klatkę piersiową – myśl o spojrzeniu w oczy kobiety z namiotu. Rozczulony wspomnieniem tej chwili skierował wzrok na fandor prowadzący do sąsiedniego pomieszczenia. „Śpi. To dobrze, niech odpoczywa" – pomyślał jeszcze, nim ciszę fandomu przerwał głos wydobywający się z włączonego mediamatu: „Carlos! Od dawna wiem, że zdradzasz mnie z Amandą! Wiem też, że Mario wrócił do Miriam, więc nie okłamuj mnie!"

„Obudziła się" – Ernest uśmiechnął się czule, odstawił szklankę po soku do zmywarki i włączył ją spoglądając na telepat.

 

Obudził ją krzyk. Oto kolejna noc, której nie dane jej było przespać w spokoju. Tym razem nie był to jednak płacz dziecka, lecz wołania z zewnątrz. Ogarnął ją niepokój. Czyżby barbarzyńcy uderzyli na obóz? Zerwała się z posłania i, zarzucając opończę, ruszyła do wyjścia. Przedtem jeszcze zajrzała do kołyski. Chłopczyk spał słodko i beztrosko.

Mimo nocnej pory, na placu zebrała się spora grupa ciekawskich. Dostrzegła dwóch dzikich prowadzonych przez strażników. Jeden z nich łkał i błagał o litość, drugi szamotał się i przeklinał swych oprawców. Uspokoiła się i chciała zawrócić, gdy nagle uświadomiła sobie, że dzieje się coś bardzo dziwnego. W namiocie zakwilił synek. Cofnęła się szybko, wyjęła malca z kołyski i przytuliła do piersi. Natychmiast się uspokoił. Pomyślała, że trzeba koniecznie zawiadomić Teodora.

Mimo że plac rozświetlały pochodnie i ognisko, nie potrafiła z daleka rozróżnić rysów twarzy. Wolała upewnić się, kim są. Być może Teodor domyśli się, kto jest ich prześladowcą. Jeden z nich, ten, który płakał, ubrany był w milicyjny mundur. Gdyby nie uniform, mógłby być zwykłym sarmackim dzikusem z grubo ciosaną, buraczaną twarzą. Drugi, odziany w skórzany płaszcz, był z zupełnie innego świata. Miał mocne rysy, podkreślone wzburzeniem oraz inteligentny, zły wzrok. Była pewna, że to jego należało się obawiać. Stanęła blisko, przyglądając się jego twarzy ponad ramionami próbujących okiełznać go wojowników.

– Puśćcie mnie! Puskajtie!

„Rosjanin” – pomyślała. To pewnie ten zdrajca Leonid, o którym mówił Teodor. Ktoś dźgnął go włócznią, by zmusić do klęknięcia.

– Nie wiecie, psubraty, na kogo rękę podnosicie! – zawył wściekle, ale wciąż stał twardo na nogach obutych w czarne skórzane oficerki. Wreszcie zniecierpliwiony strażnik uderzył batem. Mężczyzna zaryczał, ale poły płaszcza zamortyzowały uderzenie i jeniec wciąż nie upadał. Jeden z wojowników próbował zerwać z niego płaszcz, lecz wtedy przybysz uwolnił prawą rękę z uścisku, sięgnął za pazuchę i wydobył pistolet.

– A job twoju mat’!

I strzelił w powietrze.

 

Nigdy dotąd komisarz nie był tak upokorzony. Razy, które otrzymywał raniły bardziej jego duszę niż ciało. W umyśle wzbierała myśl o zemście. To ona dodawała mu nadludzkiej siły, ale wróg przeważał liczebnie, nie pozwalając uwolnić się z uścisku. Banda sukinsynów! Zapłacą po tysiąckroć za każde uderzenie, za każdą obelgę. Wróci tu i rozpędzi to wszawe zbiorowisko reakcjonistów. Przeklęte Polaczki-cwaniaczki – wszystkich ich trzeba wysłać do łagrów. Sybir jest wielki, pomieści cały ten żałosny naród, łącznie z tą rozmazaną kreaturą, Głąbińskim.

Usłyszał świst bata, który zaplątał się w poły płaszcza. Zawył z wściekłości. Furia dodawała mu sił, jego oprawcy nie byli w stanie powalić go. Ktoś szarpnął za rękaw i próbował zedrzeć z niego płaszcz. Żądza łupów przytłumiła czujność. Komisarz ułatwił zadanie strażnikowi i energicznie wysunął rękę z rękawa. Teraz, gdy miał swobodną prawą dłoń, stał się panem sytuacji. Lata szkoleń i doświadczenie nie poszły na marne. Niech te żałosne karły reakcji poczują, czym jest knut. Szybkim ruchem wydobył swoją ukochaną tetetkę, siarczystym przekleństwem dodał sobie animuszu i wystrzelił.

Efekt był piorunujący i przeszedł jego najśmielsze oczekiwania. Przez chwilę zapadła cisza, nawet psy przestały ujadać, a Głąbiński skamleć. Wszyscy padli na ziemię, jak rażeni gromem z jasnego nieba. Wszyscy, prócz niej jednej. Stała jak skamieniała i wpatrywała się w niego przerażonymi niebieskimi oczami. Księżyc rzucał blask na jej jasne długie włosy. Do piersi tuliła dziecko. Mimo iż odziana była w brudne łachy, jak wszyscy jej pobratymcy, biła od niej aura dostojności. „Pewnie szlachcianka” – pomyślał instynktownie komisarz. – „Ciekawe jak taka sprawuje się w łóżku” – równie instynktownie dodał w myślach.

 Kobieta drgnęła, a wtedy komisarz skierował ku niej pistolet. Musiał działać szybko. Ludzie otrząsnęli się z szoku, zaczęli podnosić się i chwytać broń. Doskoczył do niej, przyłożył pistolet do skroni i zasłonił się nią jak tarczą.

 

Twarz Ferorasa zamieniła się z nawiedzonej w okrutną, gdy w jednej chwili z kapłana przemienił się w wojownika. Ktoś napadł na obóz i trzeba było chronić Teodora, Dzieciątko, a teraz także Bogaojca. Wypadł z namiotu i zamarł ujrzawszy przerażającą scenę.

– Zostaw! – krzyknął.

– Ty kto?!

– Zostaw ich, weź mnie.

– Ty kto, pytam?

– Jestem wodzem, będę lepszym zakładnikiem. Za mnie zapłacą okup.

– Wezmę i ciebie i ją!

Wśród zebranych na placu zawrzało. Las włóczni skierował się ku piersi dziwnego napastnika. Lecz po drodze była pierś Matki. A przy niej Dzieciątko. Za wszelką cenę trzeba było je wyrwać z matni.

– Dziecko słabe jest, na co ci ono.

– To ktoś znaczny, widzę przecież.

– Zamiast nich…

Nie dokończył. Będący w tłumie młody Józef krzyknął:

– Zostaw dziecko, psubracie, to bóg! Tkniesz go, a nie pożyjesz ni chwili.

Krąg wokół mężczyzny zacieśnił się.

– Jeszcze jeden krok, a roztrzaskam łeb temu waszemu śmierdzącemu bogu!

– Milcz Józefie! – Feroras rozpaczliwie starał się ratować sytuację, jednak porywczy młodzieniec nie słuchał go.

– Boga nie można zabić, gdyż to on kieruje naszymi czynami. Czy nie rozumiesz tego, człowieku?

– Ten śpiący bachor? – parsknął mężczyzna. – Jest tylko jeden bóg. Nazywa się Stalin. I to on kieruje moimi czynami. A tego waszego boga nawrócimy! – nieoczekiwanie dla samego siebie komisarz wspomniał sierociniec, w którym się wychował.

Gdzieś na krańcu obozu, daleko poza kręgiem świateł z ognisk zagrzmiał róg.

A po nim kanonada.

„Posiłki” – pomyślał z ulgą komisarz. Rozejrzał się wokół pewniejszym wzrokiem, wciąż szachując niedawnych prześladowców lufą tetetki przyłożoną do skroni złotowłosej.

– Odsunąć się! – ryknął, zataczając kozią bródką łuk wskazujący mniej więcej granice kręgu, jaki uznawał za dopuszczalny. Łypnął przy tym białkami oczu tak przerażająco, że tłum posłusznie cofnął się, pozostawiając go na środku niby areny. Wyglądał jak cyrkowiec rozpoczynający swój występ, płomienie pochodni tańczyły odblaskami na jego skórzanym kostiumie cyrkowym. Nie czuł się jednak klaunem ani żonglerem, był pogromcą dzikich bestii, siejącym postrach treserem nieuświadomionych klasowo bałwanów. Takich jak…

– Głąbiński! – poszukał wzrokiem rozdygotanego milicjanta. – Odbierajcie broń tym wrogom proletariatu i składajcie na kupę tu! – wskazał czubkiem buta miejsce obok siebie.

Funkcjonariusz zaczął poruszać się po orbicie swojego skórzanego słońca i odbierać zdezorientowanym wojownikom ich oręż. W miarę jak rosła sterta mieczy, dzid i pałek, potęgował się harmider i huk strzałów od strony zachodniego krańca obozowiska.

– Zapamiętajcie sobie! – wrzeszczał komisarz. – Władza radziecka otworzy oczy każdemu, kto dobrobytu oczekuje od jakichś tam bogów! Cerkwie zamienimy na spichlerze! A ten tu – wskazał lufą główkę chłopczyka – przysłuży się krajowi rad jako hutnik albo drwal! Bogów nam nie trzeba, nam trzeba rąk do pracy i budowy nowego świata!

Feroras oddał Głąbińskiemu swój sztylet i spoglądając wymownie na Józefa cofnął się o dwa kroki, znikając w drugim szeregu ludzi. Po chwili już biegł przez ogarnięte paniką obozowisko. Zamierzał dotrzeć do namiotu Teodora, lecz na wszelki wypadek postanowił oddalić się najpierw od głównego placu, obserwując, czy ten szalony człowiek nie ruszy za nim. Jego tropem podążał Józef, którego umysł przestał nadążać za rozwojem sytuacji. Dysponował aktualnie ciałem wykonującym automatycznie i sprawnie czynności dyktowane przez instynkt.

– Józefie! – wydyszał oglądając się za siebie Feroras. – Jeden z nas musi dotrzeć do Teodora! Jeśli to będziesz ty, powiedz mu, że są tutaj ci, o których mówił mi w Afula! Zapamiętasz?

Przerażona kobieta wybiegła spomiędzy płonących namiotów, ciągnąc za rękę dziewczynkę z rozczochranymi włosami, kilka metrów dalej dwa psy rozrywały na strzępy jakieś szmaty, warcząc wściekle. Feroras poczuł, że ład wypełniający jego duszę zaczyna się niebezpiecznie kołysać. – To nie tak miało być! – pomyślał, skręcając raptownie za wóz wypełniony sianem.

 

Teodor uniósł swoje osłabione ciało na łokciach i wsłuchiwał się w niepokojącą mieszaninę odgłosów dobiegających spoza płótna namiotu. Było w tej wrzawie coś irytującego. Przypomniał sobie nagle drzwi do swojego gabinetu, do jednego z nich, gdzieś tam, kiedyś, a właściwie do jedynego swojego gabinetu – tego, w którym się wszystko zaczęło nad otwartą Biblią. Drzwi do tego pomieszczenia były niedokładnie spasowane i po zatrzaśnięciu miały minimalny luz między językiem zamka, a krawędzią otworu dla niego przeznaczonego. Dlatego każdy ruch powietrza w domu powodował irytujący stukot. „Dyg, dyg, dyg…" – mówiły do niego drzwi, kiedy skupiał się nad Trzecią Księgą Mojżeszową. „Dyg, dyg, dyg…" – złowieszczo zapowiadały karę za nieposłuszeństwo. Tyle razy obiecywał sobie, że to naprawi. Ale co właściwie? Drzwi? Podświadomie czuł, że coś innego potrzebuje naprawy, bo zawsze znajdzie się jakiś irytujący odgłos, który zburzy ład i porządek myśli. Tak jak teraz. Domyślał się, częściowo dzięki gorzkim doświadczeniom, ale głównie poprzez swoją mądrość, która ogarniała pojęcie równowagi między czynami i ich skutkami, że to nie przypadkowy atak zabłąkanej w czasie bandy uzbrojonych w broń palną rzezimieszków. „To oni” – pomyślał. I chociaż dokładnie nie wiedział kto, przemknęło mu przez umysł kilka twarzy i imion: Haquarabin, Leonid, Jalem z Assarty, Leonardo, Amin, a może… Herman? Jeśli to Herman? Poczuł, że oczy napełniają mu się wilgocią, powodując jednocześnie suszę w gardle, zupełnie jakby były połączone z nim jakimś kanalikiem.

– Izaak! – powiedział do młodzieńca stojącego przy wyjściu z namiotu. – Daj mi moje odzienie i pomóż mi wstać. Nie pora teraz umierać!

Chłopiec skłonił się sztywno, sparaliżowany strachem i ruszył w stronę kufra zdobionego srebrnymi okuciami. I jeśli strach mógłby paraliżować w większym stopniu niż to uczynił, to z pewnością Izaak zamieniłby się w kłodę drewna na widok tego, co się wydarzyło w tym momencie. Błękitna kula światła pojawiła się w środku namiotu, iskrząc i bucząc. Po chwili jej powłoka zaczęła blednąć, ujawniając skuloną postać w jej wnętrzu. Wreszcie światło zgasło i człowiek ten wyprostował się rozcierając twarz czubkami palców, jak po długim śnie. Rozejrzał się i wzrok jego spoczął na Teodorze.

– Chwała Bogu! – wykrzyknął Teodor.

– Chwała Najwyższemu! –szepnął Izaak rzucając się na kolana i wzniecając chmurę pyłu.

– O w dupę jebana mać! – wyksztusił Wasyl.

 

Strach jak lepka maź zaczęła wypełniać głowy ludzi, zaklejając ośrodki mózgu odpowiedzialne za rozsądek. Ich uwaga koncentrowała się już nie tylko na straszliwym postępku tajemniczego przybysza, ale uciekała ku niepokojącym odgłosom dobiegającym z zachodniej części obozu. I choć rzecze się, że „gdy trwoga, to do boga”, w tym przypadku nikt nie łudził się, że ów maleńki bóg, przyciśnięty do piersi terroryzowanej matki, może im dopomóc.

Rozległa się seria z broni automatycznej, potem zaś pojedynczy huk wystrzału świadczący o wielkim kalibrze. Nagle rozbłysło światło, jasny płomień strzelił do góry, sypiąc skry, które jak wesołe skrzaty przeskoczyły na sąsiednie namioty. Do uszu zebranych dobiegły krzyki i jęki. Ktoś wybiegł na plac spomiędzy namiotów z okrzykiem „Rzymianie!”

– Rzymianie! – podchwycił natychmiast tłum.

– Biada nam! – załkał czyjś głos.

Ktoś rzucił broń, której nie zdążył mu jeszcze odebrać Głąbiński i odwrócił się, by uciec. Ktoś, jeszcze nieco trzeźwiej myślący, pochwycił go, lecz ten wyrwał się, krzycząc przerażony i uciekając w mrok jak najdalej od nieznanego zagrożenia.

– Ubiją nas! Ratuj się, kto może! – zaczęli powtarzać jego ostatnie słowa pozostali i nagle na placu zapanował nieopisany tumult.

Mimo iż zdawało się, że w pełni opanował sytuację, komisarz poczuł się niepewnie. Nie wiadomo czy wpływ na to miały przybierające niemal fizyczną postać opary strachu wydobywające się z coraz bardziej przerażonego tłumu i mieszające się z nawiewanym dymem pożogi, czy też podświadomość, która alarmowała o istnieniu jakiegoś niezidentyfikowanego niebezpieczeństwa. Komisarz czuł się dziwnie, zupełnie jakby ktoś rzucił go nagle do innego świata w innym wymiarze i czasie. Koczowisko reakcjonistów w niczym nie przypominało czegokolwiek, co dotąd widział i czego mógł się spodziewać po zbiorowisku dawnej śmietanki – arystokracji, oficerów, inteligencji. Nie wiedział co może siedzieć w głowach takich ludzi, ale prędzej spodziewałby się okrzyków w rodzaju „czerwoni!” lub „komuchy!”.

– Głąbiński!

Milicjant, czerwieńszy niż zwykle, zaczął popadać w amok, dając się ponieść bezmyślnie wszechogarniającej panice.

– Co to za Rzymianie?!

– Faszysty! – ryknął z obłędem w oczach Głąbiński i popędził wraz z tłumem, tratującym wszystko na swej drodze.

Nikt już nie interesował się komisarzem, kobietą, ani jej dzieckiem niby-bogiem. Zniknął ów przywódca, który chciał z nim negocjować, a nawet ten bezczelny młodzieniec, który podburzał tłum przeciwko niemu. Intuicja podpowiadała jednak, że zagrożenie nie minęło. Doświadczenie kazało mu zejść z drogi nadciągającego huraganu i przyjrzeć mu się z bezpiecznej pozycji. Opuścił pistolet. Kobieta odwróciła głowę i spojrzała na niego oczami równie przerażonymi, jak oczy Głąbińskiego, lecz nieporównanie inteligentniejszymi. I pięknymi.

 

XII

 

Minęły dwie doby i nic nie wskazywało na to, że Wasyl próbuje ich odnaleźć, żadnego sygnału, próby nawiązania kontaktu. Ernest postanowił więc opuścić fandom i rozejrzeć się po okolicy. Nowa forma świadomości, drżące, głębokie morze zrozumienia wypełniało jego umysł, ogrzewało swoimi spokojnymi falami wyobraźnię i sprawiało, że to postanowienie przyspieszyło bicie serca. Przyszłość. Co przed nim odkryje, czym go zaskoczy? Rozmyślał nad tym, wkładając stopy do skrzynki obuwiomatu. Telepatem uruchomił funkcję pokrycia wiosennego, program szósty. Automat, szumiąc i leciutko wibrując, rozpoczął natryskiwanie obuwia. Po chwili przyjemna w dotyku masa perfekcyjnie dopasowała się do kształtu stóp Ernesta i rozległ się sympatyczny kobiecy głos: „Obuwie gotowe, miłego spaceru". Monika oglądała maraton „Miłości na zawołanie" – dwadzieścia odcinków oddzielonych od siebie pięciominutowymi blokami reklamowymi. Właśnie rozpoczynał się ósmy, postanowił zatem nie mówić jej, że wychodzi. I tak nie zauważy. Swoją drogą z zaciekawieniem spoglądał czasami na monitor mediamatu. Może nie tyle interesowały go perypetie Lucilli i Ramireza, co właśnie owe spoty reklamowe. Na przykład ten, w którym elegancka starsza pani zaprasza do studia psychotatuażu. Gwarantuje niebanalne i głębokie przeżycia wszystkim, którzy penetrując twój umysł natrafią na psychotatuaż z jej studia. Szeroka gama uczuć, motywów stymulujących i memoriałów śladowych. Psychotatuaże eksplodujące i implodujące, podświadome, nurtujące i mamiące. Albo ten zachwalający nowe gumy do żucia: smutna dziewczyna siedzi na zawieszaczu w parku, wyjmuje z kieszeni paczkę gum w czerwonym opakowaniu, wkłada do ust pastylkę, żuje i widać jak po chwili do jej głowy napływają z powietrza tęczowe wstążki energii, która wygładza jej twarz i maluje na niej uśmiech. Obraz przesuwa się i widzimy źródło tej energii, przystojnego młodzieńca z czerwoną paczką w dłoni. „Żujesz – czujesz. Pierwsze telepatyczne gumy do żucia. Pomóż szczęściu – żuj i czuj!". Na wszelki wypadek Ernest postanowił odświeżyć swój oddech w inny sposób i przed wyjściem włożył do kieszeni rumiane jabłko. Jakoś nie ufał tej współczesnej technologii opartej, jak mu się wydaje, na telepatii, penetracji umysłu i potędze podświadomości. Przyszło mu na myśl, że Wasyl myśli podobnie i jego odnalezienie będzie łatwiejsze przy użyciu konwencjonalnych metod, chociażby takich, jak węch. Wciągnął mocno powietrze nosem, jakby sprawdzając swój aparat poszukiwawczy, i wyszedł głównym fandorem na zewnątrz.

Gdy tylko znalazł się w wolnej przestrzeni niezabezpieczonej teleguardem, poczuł ulotną obecność innych osób wnikających w jego mózg. Były to delikatne muśnięcia myśli przechodniów, niespecjalnie zainteresowanych jego osobą i nie próbujących dokonać głębszej penetracji – myśli pełniące po prostu rolę echolokacji. I bardzo dobrze! Ernest wolał unikać ludzi. Chociaż posiadał w tym świecie jakąś przeszłość, zupełnie jakby się tu narodził, w rzeczywistości przebywał w nim zaledwie od kilku dni. Pochodził z innego continuum, miał odmienną konstrukcję mózgu, który niezdolny był do wielu działań stanowiących tutaj normę. Pamiętał zdarzenia będące historią jego życia aż po dziś dzień, ale przecież nie były one niczym innym, jak tylko filmem, którego fabuła nie miała odzwierciedlenia w żadnej rzeczywistości, choć na szczęście uczyniła z niego odludka i dziwoląga. Takiego na przykład, który chodzi, zamiast lewitować, zupełnie jak jakiś zbuntowany małolat denerwujący swym nieprzyzwoitym kroczeniem (lub, nie daj Boże, truchtem!) statecznych obywateli. Ale Ernest po prostu nie umiał lewitować, tak jak nie posiadał zdolności telekinezy. Z telepatią też było nie najlepiej, choć potrafił obsługiwać proste urządzenia, ale to tylko dlatego, że tkwiła w nich skumulowana energia woli wielu osób, które korzystały z nich w tej samej chwili. Zupełnie jak w naczyniach połączonych – jedna globalna summa mentis. Monika miała z tym jeszcze większe problemy, ale trochę tłumaczył ją uraz, którego doznała podczas przeskoku i który przykuł ją do mediamatu (czego zresztą wcale nie traktowała jako skarania). Ernest z uśmiechem wspomniał sytuację, gdy Monia próbowała telepatycznie przełączyć kanały i włączyła przez przypadek program erotyczny. Była tak przerażona, jakby mężczyzna z obnażonym przyrodzeniem miał się rzucić na nią. Nie potrafiła się już skupić i wydać żadnego polecenia telepatowi. „Ernest, zrób coś! Wyłącz to świństwo!” Szybko zaczął odpędzać to wspomnienie, bo czyjaś zaciekawiona myśl napęczniała w jego umyśle. Zapisane obrazy zaczęły się rozmywać, a myśl intruza uśmiechnęła się tylko i dyskretnie wycofała w inne rejony. Uff, trzeba uważać. W tym świecie ktoś, kto pokazuje swoje wizje, pragnie by obcy je oglądali. Ludzie mogliby go opacznie zrozumieć.

Nagle pojawiło się zagrożenie. Zimna jak zmrożona stal myśl wtargnęła brutalnie w jego umysł i zaczęła zamrażać neurony, uniemożliwiając jakąkolwiek obronę. „Erneście Guzik, jesteś aresztowany. Masz prawo zblokować świadomość. Cokolwiek pomyślisz, może być użyte przeciwko tobie”. Nawet nie bardzo się zdziwił. Podświadomie (a jednak!) oczekiwał czegoś takiego, czegoś innego, niż normalny bieg czasu i wydarzeń, jakiegoś punktu zaczepienia. W końcu po to ruszył się z fandomu, żeby złapać kontakt z Wasylem, z kimkolwiek, co stwierdził po chwili zastanowienia. Aresztowanie jest równie dobrym punktem zaczepienia jak cokolwiek innego, dajmy na to wielki plakat z napisem "ERNEST! SZUKAM CIĘ! WASYL." Zaciekawiony rozejrzał się wokół, szukając funkcjonariuszy z kajdankami. Odruchowo wyciągnął nawet do przodu nadgarstki, przytulając je do siebie, aby ułatwić „czynności". Było mu wszystko jedno. „Co jeszcze może się stać po tym wszystkim, co się stało?” – pomyślał. Nikogo jednak nie dostrzegł. Słońce głaskało promieniami łaknące pieszczot źdźbła trawy w szczelinach między chodnikowymi płytami. „To musi być bardzo stary chodnik, może z moich czasów? Albo komunistyczny nawet.”

 „Punkt teleparesztowy numer 26, czas sto osiemdziesiąt minut" – rozległo się w jego umyśle. Chciał zapytać się tego „głosu Boga", gdzie to jest, ten punkt numer 26, i co mu grozi, jeśli nie stawi się tam za trzy godziny, ale nie wiedział jak, nie potrafił wysyłać myśli. Rozejrzał się więc ponownie, uśmiechnął nawet pod nosem, wzruszając ramionami i ruszył przed siebie z silnym postanowieniem zasięgnięcia języka lub czegokolwiek, czego tu można zasięgnąć. Fluidu?

Doszedł do skrzyżowania i skręcił w lewo. Po chwili zatrzymał się zdumiony, że nie miał najmniejszych wątpliwości dokąd się udać. Skąd wiedział, że należy skręcić w lewo, skoro nie znał drogi? Czyżby ktoś nim sterował zdalnie jakimś telepatycznym pilotem, jak do telewizora? Czy to znaczy, że jest ubezwłasnowolniony? I jak głęboko sięga ingerencja tego intruza? Skoro potrafi wskazywać mu drogę, może także wpływa na tok myśli? Możliwe, że za chwilę poczuje na przykład płatki śniegu na skórze, choć przypieka słońce!

Ernest zadrżał, uświadamiając sobie, jakie mogą być konsekwencje manipulacji świadomością. Postanowił zaprotestować. Obrócił się na pięcie i dał krok w przeciwną stronę. Właściwie tylko spróbował dać krok. Nagle poczuł gwałtowny ból, a jego ciało od czubka głowy po podeszwy pięt przeszyła lodowata włócznia. Zachwiał się i ledwo utrzymał równowagę. Chwycił się za głowę i zaczął jęczeć.

„Panie komendancie, nie trzeba” – usłyszał w mózgu łagodną myśl. „Niech to szlag! Co to za zaraza! Co to za ludzie!” – pomyślał do siebie Ernest. „Jestem profesor Jung, psychiatra” – odpowiedział mu ciepły głos.

Psychiatra! Więc jednak… to choroba psychiczna. To wszystko, co dzieje się wokół niego, to fikcja! Ratunku!!

„Nie ma powodów do niepokoju” – znów rozległa się myśl psychiatry. – „Wprawdzie pański mózg odbiera rzeczywistość w nieco zdeformowany sposób, to jednak wszystko da się naprawić. Wytłumaczę to panu na miejscu. Proszę się nie opierać, nic panu nie grozi. Porozmawiamy tylko.”

Rzeczywiście, kiedy znalazł się w punkcie teleparesztowym 26, nic nie wskazywało na to, że coś mu grozi. Uprzejmy funkcjonariusz nie zadając wielu pytań zaprowadził go do pokoju, w którym stały trzy fotele okalające okrągły, żółty stolik, zupełnie jak ostatnie, kurczowo trzymające się serca kwiatu płatki.

– Proszę usiąść tutaj i zaczekać – umundurowany wskazał dłonią biały fotel. – Profesor Jung niebawem nadejdzie.

– Dziękuję – Ernest skinął głową z szacunkiem dla takiego traktowania aresztanta.

Pomieszczenie zdawało się być sterylnie czyste. Oprócz wymienionych mebli znajdował się w nim jeszcze wmontowany w ścianę mediamat i donica z kwiatem przypominającym pęk splątanego drutu uformowanego w kok i przyozdobionego jaskrawoczerwonymi bombkami choinkowymi. Po chwili bombki stały się fioletowe, a potem seledynowe. Ernest, wpatrzony w mieniący się kolorami kwiat, prawie nie zauważył wejścia profesora. Był to człowiek o twarzy tak pospolitej, że właściwie nie sposób było ją zapamiętać. Nie marszczył jej żaden grymas, nie miała wyrazu, nie zdradzała nastroju swojego właściciela, była najbardziej beznamiętną twarzą, jaką zdarzyło się widzieć Guzikowi. Odwrócił na chwilę wzrok, a gdy spojrzał znów na Junga, zdziwił się, jak gdyby zobaczył go po raz pierwszy

– Nareszcie się spotkaliśmy, panie Erneście – powiedział profesor głosem, który rozpłynął się w powietrzu nie zostawiając żadnych wspomnień po sobie.

– Nareszcie?

– No, można powiedzieć: kopa lat! – Beznamiętny głos dopasowywał się doskonale do fizjonomii, o której wyglądzie można by powiedzieć tyle, co o wyglądzie próżni.

 

-Wynoś się! – Wasyl machnął z całej siły nogą, ale jamnik wciąż trzymał się zębami jego spodni. Dopiero silny cios dłonią sprawił, że pies odskoczył i zaczął się oszczekiwać.

Zanim Wasyl zdołał zadać pierwsze z nurtujących go pytań i nim zdążył uczynić to Teodor, również niezwykle ciekaw informacji, a także Izaak nie mogący pojąć cudów dziejących się wokół niego, poły wejścia namiotu rozchyliły się i wpadł przez nie Józef.

– Panie! – zakrzyknął do Teodora, przebijając się głosem przez jazgot jamnika o siwym pysku. – Dzieciątko w niebezpieczeństwie! Przybyli ludzie, o których mówiłeś Ferorasowi w Afula!

Teodor pobladł. „Szybcy są” – pomyślał – „Dałem się zaskoczyć. Wszystko przez tę cholerną ranę, niech to szlag!”

– Wasylu, przybyłeś w samą porę. W tobie ostatnia nadzieja.

– Gdzie Ernest? – zapytał w końcu Wasyl.

– Poradzi sobie. Uciekł dosłownie chwilę przed twoim przybyciem.

– Znajdę go i będę osłaniał…

– Nie teraz! Ernest… on… on wypełnił swoją misję.

Usłyszawszy nowinę, Wasyl bezwiednie upadł na kolana, jak przed chwilą uczynił był to Izaak i teraz obaj klęczeli przed legowiskiem Teodora. Widząc to, Józef uznał za stosowne również uklęknąć. I tak po chwili wszyscy klęczeli, jakby przed bóstwem i tylko pies szczekał.

– Wasylu, chroń dzieciątko. Józefie, gdzie Feroras? – Teodor, jakby przejęty rolą bóstwa, szybko wydawał polecenia.

– Pobiegł w kierunku namiotu Huntzvota. Chce organizować obronę.

– Jakie to szczęście, że Feroras trafił się na mej drodze. Wasylu, niech Józef poprowadzi cię do naszych oficerów. Wesprzesz ich swoją siłą, wiedzą i doświadczeniem.

– A co z tobą, Teodorze? Kto ochroni ciebie? – zapytał zaniepokojony Wasyl, który nie wiedział, czy cieszyć się, że narodziło się „Dzieciątko”, czy martwić stanem mentora. Nagle w jego myśli wdarła się kanonada. – Chwileczkę… w jakich my właściwie jesteśmy czasach?

– W antyku. Ale mamy nieproszonych gości.

– Rozumiem – powiedział Wasyl, wstając z kolan i otrzepując sobie spodnie. – Józek, prowadź. A ty – tu zwrócił się do Izaaka, wyraźnie przejmując dowodzenie – zajmij się swoim panem. Chyba trzeba go przemyć. Strasznie cuchnie.

– Idź już i nie dobijaj – Teodor odprawił go gestem dłoni.

– Idziemy.

Wyszli z namiotu. Za nimi wybiegł jamnik i natychmiast odskoczył na bezpieczną odległość, poza zasięg kopniaków.

Niewiele można było zrozumieć z tego, co działo się na głównym placu. Panował tam nieopisany chaos. Ludzie biegali we wszystkich kierunkach, wrzeszcząc wniebogłosy. Gryzący dym przesłaniał migotliwe światła ognisk. Józef niespokojnie dawał znać, że należy iść nie zwlekając, więc Wasyl nie miał czasu na analizę. Trzeba było biec za tym młodzieńcem i sprawdzić, co warci są ci „oficerowie”.

Mknąc między namiotami, Wasyl dostrzegł nagle sylwetkę, która przypominała mu postać Ernesta. Zatrzymał się i zamrugał, chcąc wyostrzyć wzrok. Osobnik również się zatrzymał i gwałtownie dał nura do najbliższego namiotu. Wasyl chciał pobiec za nim, lecz Józef chwycił go za rękaw.

– Nie tędy, panie!

Dotarli wreszcie do kolejnego placu, na którym stała konnica w szyku marszowym. Przewodziło jej dwóch rosłych mężczyzn w błyszczących zbrojach i pióropuszach na hełmach. Józef dopadł do jednego z nich.

– Przywiodłem wparcie od Teodora – rzekł, wskazując Wasyla.

Feroras pochylił się w siodle by lepiej przyjrzeć się posiłkom. Dziwnie odziany mężczyzna bez jakiejkolwiek broni okrążany był przez wściekle rozszczekanego małego psa o siwym pysku.

 

XIII

 

– Buła! Buuułaaa! Ty, patrz, jakiego paszteta rozpłatałem, hehehe! – zarechotał Heniek, kołysząc się niezdarnie w siodle i wymachując zabytkową spathą z damestu. Wyglądał z nią trochę dziwnie, bo przez jego plecy przewieszony był karabin maszynowy, a w kaburze przy pasie tkwił nabity pistolet. Ale Heniek odkrył w sobie nową pasję. Buła bezskutecznie usiłował w tym czasie okiełznać kręcącego się w kółko, przestraszonego wierzchowca. Szarpał wodzami i podrygiwał, zakrwawiona opaska z napisem „nike" opadła mu na oczy, więc nie mógł zobaczyć kolejnej ofiary Heńka. Ten zaś szlachtował bez litości każdego, kto mu się nawinął – było to łatwe nawet dla tak lichego szermierza, gdyż ludzie biegali wokół nich w absolutnym bezładzie, jak kule bilardowe rozbite wprawnym uderzeniem snookerzysty. Nikt nie próbował się bronić, ofiary wpadały pod ostrze heńkowego miecza niczym ćmy w ogień świecy. Nawet gwardziści Hermana nie poświęcali się swojej pracy z takim zapałem. Kręcili się w pobliżu, torując drogę i obserwując swojego chlebodawcę. Ten rozglądał się czujnie, wyławiał z chaosu jakieś szczegóły, o których wadze tylko on miał pojęcie i co jakiś czas wskazywał głową kierunek, albo wydawał komendy.

– Buła, ty imbecylu! – wrzasnął Herman przez dym, lamenty i tumany kurzu. – Nie zabrałem cię, kurwa, na karuzelę! Przestań męczyć to biedne zwierzę i za mną! – Spiął konia i pomknął między namiotami, roztrącając ludzi. Za nim ruszyła gwardia, wymachujący spathą Heniek, a na końcu Buła w swoim czerwonym dresie z białymi paskami.

Po chwili wpadli na duży plac oświetlony pochodniami osadzonymi na palach. Herman zatrzymał się i dał gwardzistom znak dłonią, aby uczynili to samo. Po drugiej stronie placu zobaczyli ustawioną w szyku konnicę. Wyglądało to na regularne wojsko. Przed szykiem stało dwóch ludzi i pies – stary jamnik. Właściwie pies nie stał, biegał wokół tych ludzi i szczekał. Zamilkł jednak po chwili, usiadł i zaczął wpatrywać się w Hermana. On jednak nie odwzajemnił zainteresowania, bardziej zaciekawiła go jedna z postaci przed szykiem. „Wasyl?" – pomyślał. „No, to się sprawy komplikują". Rzucił jeszcze raz okiem na konnych w szyku, pogardliwie wydął wargi, a nawet prychnął ze wzgardą. Jednak, kiedy jego wzrok powrócił do człowieka z jamnikiem, niepokój rozlał się w jego sercu ciemną kałużą.

Buła starał się jak potrafił zatrzymać to bydlę, które miał pod sobą.

– Stój, koniu Jezusa, ośle, prrrr! Halt! – Przebił się bezwolnie, a właściwie z woli swojego konia, przez grupę Hermana i wypadł na plac. – Stój, kurwa, bawole! – ściągnął z całej siły cugle i zwierzę zaryło kopytami w piach, wzbijając chmurę żółtego pyłu. Buła wyskoczył z siodła jak z katapulty, również bezwolnie i, przelatując nad łbem konia, pacnął swoim wielkim cielskiem na glebę, wzniecając drugą chmurę żółtego pyłu. Przez chwilę panował całkowity bezruch – dwie grupy uzbrojonych ludzi stały naprzeciw siebie, oddzielone przestrzenią, którą ozdabiał uspokojony wreszcie koń i sprawiający wrażenie martwego czerwony wielorybek. A potem jamnik poderwał się nagle, ujadając dobiegł do Buły i zaczął szarpać zębami paski na spodniach jego dresu.

– Co tu się, kurwa, dzieje? – wyszeptał Heniek, opuszczając ostrze spathy.

 

– W każdym razie witam w domu.

– Jakoś nie bardzo rozumiem – odpowiedział zgodnie z prawdą Ernest. – W jakim domu?

– W swoim, oczywiście. Naturalnie, nie mam na myśli tego pomieszczenia, tylko… rozumie pan? – Jung wiedział, że mogło to być jedynie pytanie retoryczne. Nie musiał zaglądać do mózgu, było to aż nadto widoczne w oczach. – Niech się pan nic nie martwi, wszystko naprawimy.

Ernest jednak zmartwił się. Skoro coś trzeba naprawiać, znaczy, że coś jest zepsute. Pytanie jednak, czy Jung miał na myśli jego osobę, czy zdarzenia, które potoczyły się nie tak, jak powinny.

– Jedno i drugie – odpowiedział natychmiast Jung, który czytał w jego myślach jak w otwartej księdze.

– Czy jestem chory na schizofrenię?

– Pański mózg dokonał adaptacji behawioralnej. Podejrzewamy, że spowodował to silny lęk przed nieznanym środowiskiem. Rzeczywiście, zawiodła pańska psychika, ale to nie schizofrenia.

„W ogóle nie rozumiem, co pan do mnie mówi” – pomyślał Ernest, świadom tego, że nie musi nic mówić, a tamten i tak będzie wiedział, co chce mu przekazać. Odruchowo spojrzał w oczy Junga, by upewnić się, że myśl dotarła do adresata. Oczy profesora były jednak puste, co zbiło Ernesta z pantałyku (swoją drogą, ciekawe, co to jest „pantałyk”).

– Czy mógłby pan mówić jaśniej? – zapytał na wszelki wypadek na głos.

– Pantałyk to kopczyk, który służył za punkt orientacyjny. Był pan wśród koczowników, powinien pan wiedzieć.

Ernest nerwowo machnął rękami, jakby chciał odgonić słowa, które biegły do niego. Srać na pantałyk! On chce wiedzieć, co tu się dzieje! Przecież te ostatnie dni… Dni? Miesiące? Lata? Ile właściwie czasu minęło, od kiedy jego spokojne, monotonne, jałowe życie legło w gruzach? Może ono nie miało większego sensu, może było bezwartościowe, ale za to poukładane. Wiedział doskonale, czego może spodziewać się po każdym dniu, godzinie niemal. Czy to kara za te wszystkie narzekania na swój marny los, zwłaszcza po awanturach z Moniką? Czy rzeczywiście istnieje dobry Bóg, który w swym nieskończonym miłosierdziu chce mu powiedzieć: „Patrz, bęcwale, ile tracisz. Doceń, co masz!” Jeśli tak, to on już zrozumiał i chce wrócić do domu.

– Powtarzam, pan właśnie wrócił do domu – rzekł z nieludzkim spokojem Jung. – To, co pan bierze za rzeczywistość, jest tylko jednym ze światów fantomicznych. Na tym polega adaptacja, o której mówiłem. W tym przypadku dokonało się to na najwyższym poziomie układu centralnego, dlatego, choć następowały tymczasowe drobne adaptacje, wspomnienia tamtego kontinuum powracają nieustannie. A wtedy czuje się pan jak człowiek wybudzony z głębokiego snu. Niezwykle realnego, ale jednak snu. Tymczasem, że pozwolę sobie ciągnąć ten obrazowy opis, pan wciąż śni. Śni o przebudzeniu. Ale ja pana obudzę naprawdę.

Mętlik w głowie Ernesta wzmógł się jeszcze, miast zmaleć. Zrozumiał opacznie tylko jedno – to wszystko, co się wokół dzieje, to tylko senne majaki. I ta świadomość dodała mu otuchy.

– Proszę mnie tak obudzić, żebym wrócił do Moniki w naszym mieszkanku na osiedlu. I żeby był tam ten warzywniak, bo nie dostałem reszty.

– Hm… – profesor podrapał się w podbródek, co, przy całej jego stateczności, wyglądało na nerwowy, paniczny wręcz odruch. – To dziwne, że tego pan pragnie, ale… Cóż, pomyślimy o tym. A tymczasem, pan wybaczy, muszę wracać do swoich pacjentów. – Wstał, ukłonił się nieznacznie i podszedł do fandoru. – Będziemy w kontakcie – dodał z uśmiechem tak nikłym, że właściwie można by go spokojnie nie zauważyć. Wyszedł i krętym korytarzem skierował się do bocznego wyjścia z punktu teleparesztowego.

Po chwili był już w sąsiednim budynku, w obszernym gabinecie umeblowanym antykami. Wyciągnął z dębowej komody szare pudło – futerał – i postawił na biurku. Odpiął dwa metalowe zatrzaski po bokach i zdjął pokrywę, odsłaniając ebonitowe klawisze klawiatury z symbolami mocno już wytartymi od setek tysięcy uderzeń. Westchnął, splótł palce dłoni i wygiął je prostując ramiona, aż wnętrze gabinetu przeszył trzask chrząstek. Po czym pochylił się i wystukał powoli, jednym palcem, jak początkujący użytkownik komputera: „WASYL".

 

Myśli Ernesta, już nie tak swobodne jak dawniej, ostrożne jak skradający się złodziej, nasączone obawą zdemaskowania i kompromitacji, krążyły jednak uparcie wokół tamtego świata, jego świata – Ernesta Guzika, nie Wybrańca, nie nosiciela genu, lecz zwykłego referenta, męża Moniki, zjadacza kaszanki z ziemniakami i kiszonym ogórkiem. Jak to się stało, że znalazł się tutaj, jak doszło do tego, że wszystko się tak wymieliło, pomieszało, poprzewracało do góry nogami? Od czego się to wszystko zaczęło i dlaczego nie był w stanie przerwać tej lawiny? Po chwili, w której strumyk jego myśli szemrał prawie niedosłyszalnie, doszedł do wniosku, że wszystko stało się przez chciwość. Fakt, najpierw była ciekawość, ale już na samym początku ta ciekawość zarażona była zachłannością. „Ciekawe, co z tego wyniknie? Może można się przez to wzbogacić?" Tak. A później, kiedy usłyszał o nagrodzie, podświadomie pragnął już tylko jej. I choćby działo się nie wiem jak źle, choćby świat walił się, zmieniał w przeszłość i przyszłość, życie ocierało się o śmierć, a radość o rozpacz – ta podświadomość paraliżowała nawet najmniejszy palec w bucie, którym mógłby kiwnąć, żeby coś zmienić. Człowiek to takie dziwne stworzenie, wypełnia swoją jaźń ideami, układa słuszne poglądy w równiutkich rzędach na półeczkach, kurczowo trzyma się zasad, a wystarczy dać mu powąchać „nagrodę" i rzuca wszystko w diabły, w oczach rozkręcają mu się czerwone spirale i nic do niego nie dociera poza tym zapachem. „No i masz, czego chciałeś, Erneście" – pomyślał, kiwając głową i wpatrując się w panel psychoreklam zawieszony na ścianie budynku. Obrazy i myśli przepływały przez jego umysł barwnym korowodem, salony fantomów towarzyskich, odnowy psychowitalnej, sprzedaży fandomów, teleporterów nowej generacji. Nagle, wchłaniając w umysł kolejną reklamę, podniósł głowę i zmrużył oczy. „No i masz, czego chciałeś?" Rozejrzał się panicznie wokół siebie na myśl, która mu przyszła do głowy. Po chwili zrozumiał, że to bez sensu, nie tam powinien szukać wścibskich i „życzliwych". Całą siłą woli zaczął wygaszać swój proces myślowy, jak przestraszony gospodarz, który wylewa wiadra wody na pierwsze języki ognia liżące ścianę stodoły. Przywołał pospiesznie wspomnienie kolegów z dzieciństwa, obraz podwórka i gry w „kluchy" pod ścianą bloku, przy zielonym trzepaku. Piegowaty Zenuś na bramce, zachrypnięty rechot grubego Mikuły i rozdarte na pięcie granatowe trampki, jego ulubione obuwie. Uczepiony kurczowo tej myśli, przykrywając się nią jak maskującą pałatką, ruszył spiesznym krokiem w kierunku swojego fandomu.

Zaraz po wejściu upewnił się, że blokada psychopenetracyjna jest włączona i poczuł się wreszcie bezpieczny. Szybkim spojrzeniem włączył mediamat znajdujący się w kuchni i sięgnął do szafki po kartkę i pisak. Przywołał na ekran serwis, o którym starał się nie myśleć przez całą drogę. Wybrał dział „archiwum wyników", odszukał rok, miesiąc, dzień i zanotował dane na kartce. Później, już trochę uspokojony, odnalazł stronę studia psychotatuażu i pomyślał „połącz".

 

XIV

 

Światło przedzierało się nawet przez mocno zaciśnięte powieki, atakując rogówki kolorami, których dotąd nie widział, jakby pochodziły z widma innego wymiaru. Otaczały go dźwięki tak przerażające, że omal pozbawiały przytomności. Nawet powietrze było szorstkie w dotyku. W ustach czuł smak krwi.

Nie podnosił głowy. Brakło mu rąk, by zasłonić oczy i uszy. Czołgał się, chcąc jak najszybciej wydostać się z matni. Całą głowę wypełniała jedna myśl – uciekać! Jak najszybciej i jak najdalej, byle gdzie. Myśl, jaka nigdy dotąd mu nie świtała. On, urodzony drapieżnik, nieustraszony, okrutny wojownik podkulił ogon i uciekał w panice przed nieznanym.

Ominął go widok niezwykłego starcia, lecz nie czuł żalu z tego powodu. Odetchnął z ulgą, gdy wreszcie doczołgał się do strefy cienia. Tu poczuł się nieco pewniej, lecz jednocześnie pojawił się zalążek wstydu. Może warto wrócić i wspomóc przyjaciół? A chuj z nimi! Trzeba ratować własną dupę. Poderwał się i pobiegł w stronę najgłębszej czerni.

Nagle usłyszał głosy. Przywarł do ściany namiotu. Odruchowo zaczął się obmacywać w poszukiwaniu broni. Jest! Nie zgubił jej. Chwała Bogu, że czuwa nad nim. Odbezpieczając glocka zaczął przysłuchiwać się rozmowie.

– Chodźże, kobieto! – dobiegł go zdenerwowany męski głos.

Wychylił głowę poza krawędź namiotu i ujrzał dwie czarne sylwetki na tle płomiennego nieba. Większa z nich szarpała drugą za odzienie, chcąc najwyraźniej odciągnąć ją poza krawędź światła.

– Proszę, zostaw nas – łkał głos kobiecy.

– Głupia jesteś. Zginiesz tu. Musisz iść ze mną – przekonywał mężczyzna.

– Proszę, zostaw nas – powtarzała jak mantrę kobieta.

– Nie zrobię ci krzywdy. Chcę cię ratować, zaufaj mi.

Kobieta jednak najwyraźniej mu nie ufała. Zawiniątko, które trzymała w rękach odezwało się nagle głośnym płaczem. Niech to szlag – pomyślał Buła. – Zaraz tym hałasem zwabią tu nie wiadomo jakie cholerstwo. Strzelać, czy wycofać się jakoś?

Gdy rozstrzygał ten dylemat, coś szarpnęło go za nogawkę. Mały jamnik warcząc gryzł dres. Buła szarpnął nogą. Pies odskoczył i zaczął głośno szczekać.

Czarna postać zareagowała błyskawicznie. Mężczyzna puścił kobietę, która upadła na ziemię i oddał strzał. Pocisk rozdarł skórę namiotu tuż nad głową Buły, który natychmiast odpowiedział ogniem. Za szybko i za nerwowo. Niecelnie. Nagle usłyszał suchy trzask. Jeden, drugi… a potem wściekły głos mężczyzny:

– Kurwa jebana mać!

Kto tetetką wojuje, od glocka ginie – pomyślał triumfalnie Buła.

Wstał i wyszedł poza krawędź namiotu z pistoletem wycelowanym we wroga. Jamnik zamerdał ogonem i potruchtał za nim zachowując bezpieczny dystans. Na chwilę przestał ujadać i słychać było teraz głównie wrzask dzieciaka. Buła nie chciał marnować kolejnego pocisku, więc powoli zbliżał się do mężczyzny. Ten upuścił broń i podniósł ręce do góry.

– Spokojnie, towarzyszu, ja swój.

Mimo wrodzonej tępoty i migotliwego światła, Buła domyślił się, że człowiek ten nie jest koczownikiem. Jego ubiór świadczył dobitnie, że pochodzi z innego świata. Ubiór i broń.

– Jaki, kurwa, swój?! Znaczy, od kogo?

– Od sekretarza Ciomkowskiego…

Jasny gwint! Buła wiedział, że kardynał miał swojego sekretarza, ale czy ten nazywał się Ciomkowski, nie miał pojęcia.

– Uciszcie tego bachora! – Wrzasnął dla zyskania czasu. Zawtórował mu pies.

Siedząca teraz kobieta bezskutecznie próbowała uspokoić dziecko. Płacz wręcz się wzmógł, podobnie jak wściekłość Buły.

– Zatkaj mu gębę, albo go rozwalę za chwilę!

Nad placem, na którym wciąż toczyła się walka tytanów pojawiło się coś na kształt atomowego grzyba. Światło o mocy setek tysięcy luksów rozświetliło okolicę. W tym blasku Buła dostrzegł wyraźnie twarz kobiety okoloną jasnymi jak zboże włosami. Jakieś wspomnienie ścisnęło mu jedną ręką gardło, drugą serce.

– Ty jesteś tą suką z Betlejem?! – bardziej stwierdził, niż spytał. Miał przecież pewność, bo często widywał ją w marzeniach. Pamięć nie mogła pozbyć się jej twarzy. Była zbyt piękna. Pierwszy raz w życiu czuł wyrzuty sumienia, choć nie wiedział, co to jest sumienie.

Ona spojrzała mu prosto w oczy. Poznała.

– Więc to ty…

– No i, kurwa, co, że ja? Co mi zrobisz? Będę chciał, to cię znów zerżnę! – Buła nie był w stanie rozpoznać emocji, które się w nim rozpalały i bronił się przed nimi na swój prymitywny sposób.

– Nie wolno ci już nas skrzywdzić. Musisz nas chronić.

– Odwaliło ci?! – Buła wycelował wprost w głowę kobiety – Już nie żyjesz, dziwko!

Lena wyciągnęła przed siebie ręce z zawiniątkiem, jakby chciała przekazać mu dziecko.

– To twój syn.

Trzy słowa, a jaka moc. Zdolna zatrzymać wodospad, cofnąć lawinę, zgasić pożar lasu. Nie wiadomo dokładnie, ile tej energii uleciało w przestrzeń, jednak zostało jej wystarczająco dużo, by stare, zarośnięte obojętnością tamy i śluzy w umyśle Buły drgnęły, a potem uchyliły się na cal albo dwa. Prawda zaczęła przelewać swoje wody, powoli (jak to zwykle u Buły bywa), ale stanowczo. Wpatrywał się w twarz Leny jak w obraz i, po raz pierwszy w życiu, pomyślał: „to jest piękne". Wreszcie udało mu się wykrztusić kilka słów:

– Mój syn? No oczywiście, że mój! – Jakie to proste! Jak łatwo i, co więcej, jak przyjemnie to powiedzieć. Poczuł rozchodzące się w całym ciele ciepło, zauważył nawet, że jego dres stał się jakby bardziej czerwony.

– A… a jak ma na imię – zapytał, wpatrując się w maleństwo maślanymi oczami.

– Nie ma jeszcze imienia, mówią o nim dzieciątko, po prostu – Lena zrobiła niewinną minę, jakby wstydziła się tego, że jej syn nie ma imienia. – A jak chciałbyś mu dać?

Buła potarł podbródek i rozejrzał się błędnym wzrokiem dokoła. Komisarz, rozdziawiwszy gębę, wytrzeszczał oczy nie mogąc pojąć, co tu się dzieje. Pochwycił zabłąkany wzrok człowieka w krasnym uniformie i jak wyrwany do tablicy wydukał mechanicznie: – Władimir!

Buła opuścił lufę pistoletu, coś na kształt ciepłego uśmiechu pojawiło się na jego księżycowej twarzy.

– Ładnie – przytaknął i westchnął głęboko. – Mogę… Czy ja mógłbym… potrzymać? – wskazał glockiem zawiniątko i od razu, zawstydzony, schował broń pod bluzę ozdobioną na piersi białą łyżwą.

Lena cofnęła się o krok myśląc o tym, w jakich okolicznościach zostało poczęte jej dziecko. Po chwili jednak zrobiło jej się żal tego człowieka, głównie za sprawą obrazu, jaki sobą przedstawiał. Brudny, powycierany dres z nogawkami podartymi u dołu na frędzle – chyba przez jamnika, który właśnie wącha oficerki tego nawiedzonego bolszewika – przesiąknięta krwią opaska na czole i te bezmyślne, świńskie oczka. Dziwiąc się sama sobie, podeszła i podała mu dziecko. Odebrał je drżącymi rękami i pochylił się nad małym owalem twarzy.

– Władimir – wyszeptał i bezwiednie ułożył usta w ryjek cmokając dwa razy. Komisarz dyskretnie otarł łzę wiszącą w kąciku oka. „Wot, narodiłsja" – pomyślał.

 

Ukryta w półmroku, przyklejona do płóciennej ściany namiotu, postać pilnie przyglądała się tej scenie. W chwili, gdy Buła kwilił i świergotał nad szmacianym becikiem, otworzyła notes i, przewracając strony, znalazła listę z nazwiskami pacjentów. Przy jednym z nich pojawił się czerwony znaczek w kształcie plusa. Potem człowiek ten ruszył swobodnym krokiem w stronę głównego placu obozu, gdzie jeszcze przed chwilą działy się rzeczy, których nie sposób opisać. Kiedy tam dotarł, ujrzał grupę ludzi zgromadzonych wokół leżącego ciała.

– Jeszcze dycha! – usłyszał czyjś głos i przyspieszył kroku. Musiał zdążyć, zanim go dobiją. W samą porę! Powstrzymał gestem żołnierza podnoszącego włócznię.

– To Herman? – zapytał retorycznie. Podszedł do niego mężczyzna w sztruksowej marynarce, popatrzył mu przez chwilę w oczy. Nieznacznie obaj kiwnęli głowami, jakby potwierdzali to, co wcześniej zostało ustalone.

– Zabierzcie go do wodza! – krzyknął przybysz.

Wasyl skinął na to dłonią, co miało oznaczać zgodę. Wobec takiego gestu człowieka, który przed chwilą dokonywał rzeczy niemożliwych, nikt nie zaprotestował. Sporządzono naprędce nosze z płaszcza i włóczni. Po chwili ledwo żywy Herman, kołysząc się i postękując zmierzał do tak samo stękającego Teodora. Profesor ruszył za korowodem redukując jednocześnie poziom ekspozycji bytu do trzydziestu procent, by nie rzucać się w oczy. W tej samej chwili do jego umysłu dotarła zniecierpliwiona myśl, starająca się zachować pozory uprzejmości.

„Cieszę się, że mamy pana więcej, profesorze Jung. Z tym szczątkiem jaźni, który pan zostawia w trakcie podróży nie da się skomunikować.”

Jednocześnie do mózgu wdarła się inna przerażona myśl – „Profesorze, mówiłam im, że nie wolno panu przeszkadzać, ale oni grozili…”

„Co za niespodzianka, doktorze Kyll. Miałem pana za dżentelmena, a tymczasem słyszę, że terroryzuje pan moją sekretarkę.”

„Tak mi przykro, ale mam do pana sprawę nie cierpiącą zwłoki. Muszę natychmiast z panem porozmawiać.”

„Obawiam się, że sprawa będzie musiała jeszcze trochę pocierpieć. Załatwiam pilne sprawy służbowe i nie mogę ich przerwać. Odezwę się do pana, jak tylko będę mógł. Do widzenia.” Profesor chciał zakończyć tę irytującą rozmowę, zatrzaskując dostęp, jednak intruz był uparty, świetnie wyszkolony i nie dał się wyrugować.

„Pan mnie nie rozumie, profesorze. Ja pana nie proszę o audiencję, ja pana wzywam do siebie. Natychmiast!”

Nawet niespotykanie spokojna natura profesora została tym tonem doprowadzona do stanu wrzenia, zwłaszcza gdy uświadomił sobie, że doktor manipuluje w jego strefach podprogowych, uniemożliwiając mu pełne wycofanie się w continuum, w którym aktualnie przebywał w jednej trzeciej. Jung zrozumiał, że musi wrócić do realnego wymiaru, stanąć oko w oko z tym bezczelnym typem i wywalić mu prosto w zwoje mózgowe, co o nim myśli. A może nawet zgłosić na policję naruszenie miru świadomościowego.

Spojrzał za oddalającymi się ludźmi i sapnął ze złością, ale nie miał wyboru. Pocieszała go myśl, że Wasyl jest na posterunku. Trzeba szybko załatwić sprawę, a potem natychmiast wrócić do Teodora i Hermana. Kipiąc złością, że ulatuje mu taka gratka, wycofał się do biura.

To, co zobaczył, zaskoczyło go. W pokoju, oprócz pochlipującej sekretarki, znajdowało się dwóch mężczyzn w wojskowych uniformach. „Co, u licha, robią w moim biurze żołnierze?!” – pomyślał i szybko pożałował. Nie przywykł do tego, że ktoś jest w stanie przechwytywać myśli bez jego zgody. Doktor Kyll to potrafił.

„To moi adiutanci. Zapraszam pana do siebie, profesorze”

„Nigdzie nie idę. Jeśli chce pan ze mną…” Nie dokończył. Jeden z „adiutantów” doktora wtargnął w niego brutalnie, zamrażając wolę. „To niedopuszczalne! Spotkamy się w sądzie!” – pomyślał jeszcze, nim się teleportowali.

 

W pomieszczeniu nie było okien, ani żadnych sprzętów. Wyglądało jak pokój myśloszczelny. Doktor Jay Kyll lewitował kilka metrów przed profesorem Jungiem w pozycji „po turecku”. Nie był ubrany w kitel, lecz w wojskowy mundur z jakimiś frędzlami i innymi gadżetami. Przed sobą trzymał złote pióro, bawiąc się obsadką, to zdejmując ją, to znów zakładając. Kto w dzisiejszych czasach używa narzędzi do ręcznego pisania! Tylko snobi. To akurat pasowało do doktora, podobnie jak kosztowny zegarek, ale mundur już zdecydowanie nie.

Mroźna blokada powoli ustąpiła i profesor mógł nieco pozbierać myśli, choć nie na wiele się to przydało, gdyż w ogóle nie rozumiał sytuacji, w jakiej się znalazł. Kim właściwie jest ten doktorek?

„Jestem pułkownik Hyde i reprezentuję Narodowe Siły Zbrojne.”

„Czego armia ode mnie chce?!” – zapytał zdumiony Jung

„Wypełnienia zadania, którego się pan podjął.”

„Ma pan na myśli terapię eksperymentalną? Właśnie dobiega końca. Z sukcesem.” – podkreślił z dumą profesor.

„Nie interesuje mnie pańska terapia! Chodzi mi o to, za co wziął pan pieniądze!”

„Nie otrzymałem od wojska żadnych pieniędzy…”

„Myli się pan. Na konto Instytutu regularnie wpływały pieniądze z Fundacji. Sądził pan, że za tym wsparciem, bez którego nie mógłby pan ruszyć z eksperymentem ani kontynuować (według pana z sukcesem), stoją filantropi z Organizacji na Rzecz Kreacji Homo Perfectus. Ma pan ich (w tym mnie) za idiotów i zupełnie nie liczy się pan z ich celem, za którego realizację tak naprawdę panu płacili. Muszę pana uświadomić, że Fundacja to jedynie przykrywka, pieniądze zaś, którymi pan dysponuje pochodzą z budżetu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Nie chcieliśmy panu ujawniać prawdy – cały projekt objęty jest najściślejszą tajemnicą. Nie przeszkadzaliśmy panu w jego badaniach, liczyliśmy wszakże, że przyłoży się pan do realizacji misji, którą zleciła panu Organizacja. Niestety, zawiedliśmy się. Gen nie został uruchomiony, a teraz siedzi sobie bezczynnie w swoim domu i doszukuje się prawdy.

„Na co wojsku Homo Perfectus?!” – To, co usłyszał Jung, nie mieściło się w jego, pojemnej przecież, głowie. Rzeczywiście, nigdy nie przywiązywał większej wagi do zadania kreacji, traktując to jako fanaberię grupy dziwaków. Tymczasem sprawa była wagi państwowej.

„Okłamywał nas pan, twierdząc, że doszło do zapłodnienia i tym samym uruchomienia procesu, aż tu nagle wyszło na jaw, że ów… jak mu tam… Władimir… nie jest żadnym Pierwszym Ogniwem! Czy zdaje pan sobie sprawę, jakie mogą być tego konsekwencje?!”

Podekscytowany pułkownik zmienił w trakcie tyrady pozycję, lewitując teraz wyprostowany jak struna i zbliżając się do Junga.

„Sam zostałem wprowadzony w błąd…” – próbował bronić się profesor.

„Wiem. Jednak, kiedy już się pan zorientował, nie uwzględnił pan prawdy w raportach. I z zadowoleniem przyjmował kolejne wpłaty na konto.

Jung nie znalazł na to odpowiedzi. Zapadła długa głucha cisza, którą przerwało ciężkie westchnienie pułkownika.

– Normalnie już by pan nie żył – powiedział, nie pomyślał, Hyde, chcąc podkreślić wagę słów. – Ale wciąż jest nam pan potrzebny. Zaczniemy od początku. Wyśle pan jeszcze raz Ernesta, doprowadzi do szczęśliwego finału, a potem…

– A potem?

– Proszę się nie martwić. Będzie pan szkolił następców.

– A jeśli się nie uda?

Pułkownik uniósł pióro pozbawione obsadki, skierował stalówkę w stronę gardła i wykonał energiczny ruch, który starczył za wszystkie słowa świata.

Jung nabrał powietrza, jakby chciał jeszcze coś powiedzieć w swojej obronie. Zrezygnował jednak, gdyż w ciemnym kącie jego umysłu pojawiła się myśl o Hermanie i Teodorze, o sytuacji, w jakiej ich zostawił. Zanim wspomnienie to zdążyło wykiełkować do zauważalnych przez obcych rozmiarów, profesor zmiażdżył je siłą woli – tak jak się depcze młode źdźbła trawy ciężką podeszwą buta.

– Najlepiej będzie nie zwlekać ani chwili – pomyślał dobitnie, patrząc w oczy swojego prześladowcy.

 

 

Rubus fruticosus – jeżyna bezkolcowa" – Ernest stwierdził to z wyraźną ulgą, wyplątując się z pnączy i sapiąc przy tym jak rozjuszony odyniec. W istocie był zły. Jeszcze niedawno miał wrażenie, że zaczyna panować nad sytuacją, że wreszcie w jakimś stopniu kieruje swoim życiem i los bierze pod uwagę jego nieśmiałe sugestie. To go uspokajało, napełniało poczuciem wartości, nastrajało optymistycznie. Zaczynał snuć jakieś plany, rozumieć samego siebie i zdawać sobie sprawę z tego, co tak naprawdę jest dla niego ważne. Schronił się w tych odczuciach jak w ciepłej dziupli, do której nie mają dostępu wirujące jak skrzydła wiatraka macki chaosu. Zaszył się i przyczaił, obserwując, jak wokół szaleją wichry przypadku, jak wszystko dzieje się wbrew woli ludzkiej, jak gmachy postanowień i wieże planów obracają się w gruz przy każdym oddechu świata. On odpoczywał, wyrzucony przez sztorm na spokojną, jasną plażę. I było mu dobrze.

A teraz plątał się w pędach jeżyny bezkolcowej, oszołomiony doznaniami, jakie przynosi przerzut w czasie. Parę metrów od niego z gęstwiny wygrzebywał się profesor.

– Że też zawsze… Cholera – mruczał gniewnie pod nosem.

Można zatem śmiało powiedzieć, że w kępie jeżynowej panował nastrój irytacji i rozdrażnienia, a nawet wściekłości.

– Miał mnie pan wysłać do domu! – krzyknął Ernest, odrzucając wyrwany z korzeniami badyl. Zdjął pajęczynę z twarzy i spojrzał hardo na Junga.

– Niczego ci nie obiecywałem! Powiedziałem, że pomyślimy o tym, a czasu na myślenie mamy dużo. Na wszystko, jak wiesz, mamy dużo czasu. Zresztą, co to znaczy „do domu"? Skąd u ciebie ta pewność, gdzie jest twój dom?

– Tam dom twój, gdzie twój warzywniak! – odpalił bez zastanowienia Guzik. – A tu co? – machnął ręką dokoła, wskazując krzaki, kawał pola porośniętego pożółkłą trawą i wznoszące się w oddali sylwetki namiotów. Gapił się przy tym na profesora, wytrzeszczając pytająco oczy.

– Musimy dokończyć terapię. Ty jesteś jej częścią, więc nie miej mi za złe, że się tu znalazłeś. W drogę!

– Nigdzie nie idę! – uparł się Ernest i dla podkreślenia swojej stanowczości kurczowo uchwycił się gałęzi jeżyny. – Chyba, że… – dodał ostrożnie. – Chyba, że mi pan coś obieca.

– Nie muszę ci nic obiecywać, Erneście. W zaistniałej sytuacji nie mam innego wyjścia. Nie jest to kwestią mojej dobrej woli, a już na pewno nie będzie wynikiem szantażu z twojej strony. Po prostu nie mam innego wyjścia – po dokończeniu terapii odeślę cię do domu, tzn. tam, gdzie warzywniak.

– Niech pan obieca! I że z Moniką!

– Dobrze, obiecuję. A teraz chodźmy. Herman i Teodor powinni już przechodzić ostatnią fazę.

 

Teodor przez długą chwilę wpatrywał się w bladą twarz człowieka na noszach. Mimo ciepłego blasku ognia odbijającego się na niej, widać było, że jest koloru kredy. Ludzie, którzy go wnieśli oraz ci stanowiący eskortę i gapiów, opuścili namiot. Pozostał tylko Wasyl i Feroras.

– Co chciałeś zrobić, Hermanie? – Teodor odezwał się wreszcie słabym głosem.

Zapytany spróbował unieść głowę. Udało mu się to z trudem i trwało długo, nie mniej czasu zmitrężył na podniesienie tułowia podpierając się łokciami. Spojrzał w oczy Teodora i najwyraźniej uznał to za odpowiedź, bo spuścił wzrok i przymknął powieki wzdychając ciężką piersią.

– Więc do tego doszło? – powiedział ze smutkiem Obcina. – Ty na mnie… – słowa uwięzły mu w gardle. A może wyleciały z niego, by trafić w usta Hermanna. Ten bowiem jakby się ocknął. Otworzył ponownie oczy i jak zahipnotyzowany wyrecytował:

– Bracie! Jeżeli potrafisz, przebacz mi! O więcej proszę, chociaż wiem, na co zasłużyłem.

Przebacz i przyjmij! Patrz, wróciłem jak syn marnotrawny, mimo że przecież brat. Ale byłeś dla mnie kiedyś jak ojciec. Niech zatem uschnie ręka podniesiona na ojca, tylko przebacz i przyjmij! Z dalekiej podróży wracam, z ciemnych krain! Ale otworzyły się moje oczy i widzą ciebie, bracie, nie wroga. Widzą, gdzie szukać prawdy.

I z oczu tych, które tyle dostrzegły, popłynęły łzy.

Przy wejściu do namiotu zaszeleściły kartki notesu. Na jednej z nich, przy nazwisku Odd pojawił się znak plusa, a na twarzy profesora Junga zabłysnął uśmiech satysfakcji.

 

XV

 

Plac tonął w słońcu, powietrze drgało od wrześniowego upału. Z dala od centrum miasta, otoczony cichymi uliczkami, swojsko zakurzony sprawiał przyjemne wrażenie. Jakiś pies wylegiwał się pod ławką, staruszek drzemał na schodkach prowadzących z chodnika do drzwi kamienicy. Oparł głowę w wytartej maciejówce o burą ścianę pokrytą spękanym tynkiem. Z otwartego okna dobiegały dźwięki jakiegoś starego, przedwojennego tanga.

Ernest stał w cieniu dorodnego klonu i przypatrywał się temu wszystkiemu z zadowoleniem. Uśmiechał się pod nosem i czuł absolutny spokój. „Dziś na obiad gołąbki" – pomyślał. To jeszcze bardziej poprawiło mu humor. Wyjął ręce z kieszeni spodni i ruszył leniwym krokiem w poprzek placu, dostosowując się do jego melancholii. Wyciągnął z portfela kartkę z listą zakupów, szybko przebiegł ją wzrokiem. Chleb razowy, jogurt 0%, płatki owsiane, brokuły, marchewka, dżem bez cukru. Monika zmieniła się po tym wszystkim. Najlepiej te zmiany wyrażała właśnie lista sprawunków. Ernest zauważył, że coraz częściej z przyjemnością zatrzymuje spojrzenie na kwiatkach zdobiących fartuszek żony. Przestała zrzędzić, coraz częściej pytała za to: „Ernik, może pójdziemy dziś po południu na spacer? Zobacz, jakie ładne słoneczko." Na szczęście dużo zostało po staremu i w głębi duszy cieszył się z tego. To przecież było jego życie, do tego właśnie chciał wrócić. „Cóż to mamy dziś wieczór?" – pomyślał z rozrzewnieniem. „Acha, ‘W kręgu namiętności’. No, tego Monia nie odpuści!" – znów się uśmiechnął do siebie.

Stanął przed małym sklepikiem. Na wystawionym przed drzwiami stojaku widniał wyraźny napis, który oznajmiał, że kumulacja puli wygranych na dziś wynosi dwadzieścia cztery miliony. Wszedł do dusznego, pachnącego prasą i kosmetykami wnętrza. Odczekał chwilę w krótkim ogonku do lady, po czym poprosił grzecznie:

– Jeden zakładzik dużego poproszę.

– Na chybił-trafił? – zapytała starsza pani o miłej twarzy.

– Nie. Podyktuję numery – odpowiedział. I podyktował.

Wyszedł z powrotem w ciepłą jasność. Schował kupon do portfela, popatrzył dokoła i, dostrzegłszy małą kwiaciarnię w kamienicy naprzeciw, puknął się w czoło wnętrzem dłoni.

„Przecież dziś nasza rocznica!" – pomyślał uszczęśliwiony i postanowił, że w tym roku kupi żonie bukiet z piętnastu róż. „W końcu piętnaście lat już się tak turlam z tą kobietą…"

 

Kiedy znalazł się w łożu, poczuł jak z jego ciała zaczyna spływać napięcie. Odetchnął głęboko i przymknął oczy. Nie pojawiły się żadne wizje, tylko absolutna czerń. Nie musiał wreszcie o niczym myśleć. Po raz pierwszy od wielu miesięcy jego głowy nie zaprzątała żadna rozterka. Zaprawdę, szczęście to niepojęte, tak jak nieodgadnionym cudem było pomyślne zakończenie dzieła.

Wróg uderzy ponownie, to pewne, ale na razie mógł delektować się zwycięstwem, w którym dopomógł mu sam Pan. To palec boży, tym razem w postaci penisa Buły, doprowadził do upadku plany pomiotów Szatana. Jakiż to był perfekcyjny ruch! Gdy tu, na padole toczył się zażarty bój, gdy sam Kardynał obawiał się o losy bitwy, starcie było już dawno rozstrzygnięte, a wyprowadzony w pole Zły trwonił czas. Kardynał wiedział, że był tylko narzędziem w dłoniach Najwyższego, ale czuł się z tym dobrze. Po to przecież narodził się i został powołany, mając pełną świadomość swej służalczej roli. Nie wątpił również, że wyniesienie na szczyt było nagrodą boską za pełne poświęcenie sprawie i ciężką pracę. Zawsze wierzył, że stoi po właściwej stronie, a minione zdarzenia były na to ostatecznym dowodem. Teraz już nie wierzył – po prostu wiedział. Bóg przemówił do niego poprzez tysiące gardeł wiernych, wznoszących wiwaty na jego cześć, gdy spoglądał z okna na Plac Św. Piotra.

Wróg uderzy ponownie i znów przegra – tego również był pewien. Szatan zawsze zostanie pokonany, dopóki będą istnieć strażnicy wiary, tacy jak on. Ileż dałby za to, by móc zobaczyć oblicze pułkownika Hyde’a, najgorszego z wrażych synów Belzebuba, gdy dowiedział się prawdy. W wyobraźni widział go pieklącego się, szarpiącego włosy, miotającego na wszystko i wszystkich najgorsze przekleństwa. Taka wizja sprawiała mu wielką radość.

Teraz trzeba odpocząć. Jutro otworzy raporty. Domyślał się, co w nich jest i dlatego dotąd ich nie przeczytał, by nie psuć sobie radości świętowania. Ale jutro od samego rana będzie musiał rozpocząć przygotowania do odparcia kolejnego uderzenia.

 

Władimir znalazł pudełko we wtorek. To znaczy nie tak od razu z samego rana. Najpierw został brutalnie obudzony piskliwym dźwiękiem telefonu, namówionego dzień wcześniej klawiszami na to, żeby rano piszczał.

A potem kopał po chodniku morelowy kamyczek w drodze na przystanek.

I później to już znalazł pudełko.

 

K O N I E C

Koniec

Komentarze

Całość się spodobała, fajny twist w zakończeniu, ale w (przed)ostatnich rozdziałach miałam wrażenie, że to wszystko działo się zbyt szybko, że nie macie czasu na domknięcie wątków, a jeszcze wprowadzacie nowych bohaterów.

Powinniście przejrzeć tekst pod kątem interpunkcji – czasem brakuje przecinka, szczególnie w okolicy imiesłowów, lecz nie tylko.

Tym razem u stóp rozścielił się cień mężczyzny. Wasyl podniósł głowę i na tle słońca zobaczył postać,

Jeśli cień pada na stopy/ u stóp, to chyba oczy nie widzą obiektu na tle słońca. Inna sprawa, że na takim tle to mało co widać. ;-)

Cień wiedział, że przerwa miała tylko podbić bębenek i nie należy jej teraz przerywać. Znad rzeki powiał wiatr niosąc zapach mułu i zgnilizny. Kardynał sapnął i szybkim krokiem powrócił na alejkę, chcąc oddalić się od źródła nieprzyjemnego zapachu,

Czy te powtórzenia są celowe?

poczym => po czym

O więcej proszę, chociaż wiem, na co zasłużyłem.

Hmmm. Dziwnie brzmi. Na pewno tak miało być?

Babska logika rządzi!

Bardzo się cieszę, że jest już przynajmniej jedna osoba, która przeczytała powieść do końca. A wcale nie byłem pewny, że tak będzie (i nie ma w tym grama kokieterii).

Historia Ernesta powstawała w specyficznych warunkach przez jakieś dwa lata. W pewnym momencie uznaliśmy, że albo w miarę szybko dobrniemy do końca, albo nie ukończymy jej nigdy. Niestety, okazuje się, że ten pośpiech widać. Na marginesie – w trzeciej części pojawia się tylko jedna nowa postać: pułkownik Hyde vel dr Jay Kyll. Z kolei taki profesor Jung gościł już w pierwszym fragmencie, tyle że incognito.

 

Tym razem u stóp rozścielił się cień mężczyzny. Wasyl podniósł głowę i na tle słońca zobaczył postać – Wasyl leżał na ławce, więc być może z tej perspektywy jest to możliwe.

Powtórzenia nie są celowe. Potrzebny szlif.

O więcej proszę, chociaż wiem, na co zasłużyłem – a niech się andro tłumaczy ;)

Interpunkcja… tyle razy to czytałem i wciąż odnajduję błędy!

Jak to tylko Jay Kyll/ Hyde? I połowicznie Jung? A jamnik?! ;-)

Babska logika rządzi!

Dzieje Ernesta Guzika przeczytałam z prawdziwą przyjemnością i nie nudziłam się ani przez chwilę. Mam tylko niejasne wrażenie, że w trzeciej części zapanował pewien chaos i szalony natłok wydarzeń.

Żałuję, że tylko pierwszej części mogłam poświęcić więcej uwagi i wyłapać niedoskonałości. Reszta tekstu, jakkolwiek składa się ze zdań powalających humorem i celnością porównań, to zawiera też i takie, którym przydałby się drugi szlif. A może i trzeci.

Nie mogłam zrobić łapanki, ale też nie mogłam nie wytknąć tego zdania: W tym bla­sku Buła do­strzegł wy­raź­nie twarz ko­bie­ty oko­lo­ną ja­sny­mi jak zbo­rze wło­sa­mi. – Tfurco i Andro, a konkretnie to jakie zborze mieliście na myśli, bo z pewnością nie jest to żadne ze znanych i uprawianych na naszych polach. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tfurco, oznacz odpowiednio każdy tekst. To są fragmenty, nie opowiadania.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

zborze… yyy… tego… bo to takie uprawiane przez Sarmatów i dlatego…

regulatorzy, cieszę się, że się nie nudziłaś :)

Nowa Fantastyka