- Opowiadanie: vyzart - Podróżnik

Podróżnik

Mówiąc szczerze opowiadanie to miało iść na konkurs, ale dzień przed zakończeniem terminu nadsyłania prac odkryłem, że nie spełnia pewnych wymogów formalnych. Tak więc wrzucam je tu, na stare śmieci.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Podróżnik

12 października 1492 r.

 

Rodrigo nie lubił nocnych wacht, lecz praca była ostatnio jedyną rzeczą, która dawała mu ukojenie. Gdy nie zajmował się statkiem, zapadał w niespokojne drzemki lub modlił się, by wreszcie zdołali znaleźć choć skrawek lądu. Śmierć na morzu nigdy nie była jego marzeniem. Zwłaszcza ta z głodu i szaleństwa.

Pinta cięła fale, a wiatr szeptał w żaglach. Poruszali się szybko i pewnie. De Triana miał tylko nadzieję, że kurs, który wyznaczył im admirał, nie prowadzi do mokrego grobu. Marynarz odwrócił głowę, by splunąć za burtę i wtedy kątem oka dostrzegł błysk.

Ogień, pomyślał w pierwszej chwili, czując jak jego mięśnie tężeją w nagłym ataku strachu. Zacisnął pięści, gotowy do działania, lecz źródłem światła nie okazał się pożar.

– Ziemia! – zawołał, a jego wargi mimowolnie ułożyły się w uśmiech. – Ziemia!

Pokład zatrzeszczał od szybkich kroków, a niemrawe pomruki tych mężczyzn, których raban wyrwał ze snu, szybko zamieniły się w triumfalne okrzyki. Ludzie na przemian wskazywali palcami bijące w oddali światło i klepali Rodrigo po plecach.

– Hiszpania dorobiła się właśnie kolejnego bogacza – zauważył jeden z nich. – Mam nadzieję, że nie zapomnisz o towarzyszach podróży i postawisz nam wszystkim kolejkę, gdy wrócimy do domu.

– Myli się pan, Quintero. – Admirał Colon wysunął się ze swojej kajuty w kasztelu. W bladym półmroku zbliżającego się świtu wyglądał jak zjawa, a jego głos ciął atmosferę radości niczym rzeźnicki nóż. – De Triana będzie musiał pożegnać się z myślą o nagrodzie, bo to ja zobaczyłem ląd jako pierwszy. Nikły blask widoczny był już przed północą.

–  Więc dlaczego nam pan o tym nie powiedział, admirale? – Rodrigo ledwo powstrzymał się przed splunięciem. Cały szacunek, jakim darzył dowódcę, w jednej chwili zniknął zalany falą goryczy.

Cristobal wzruszył ramionami.

– Nie miałem serca rozbudzać w was płonnej nadziei. Światło było niewyraźne, mogło okazać się mirażem, ale teraz nawet półślepy starzec dostrzegłby je wyraźnie. Panowie, dotarliśmy do celu naszej wyprawy.

Admirał podszedł do Rodrigo i położył mu dłoń na ramieniu, ignorując złowrogie spojrzenia marynarzy. I choć stracił sporo szacunku załogi wypracowanego przez te wszystkie tygodnie, był pewien, że gdy tylko wylądują na brzegu, z łatwością uda mu się go odzyskać.

Niebo z każdą chwilą rozjaśniało się coraz bardziej. Bezchmurne i błękitne. Idealny dzień, by zapisać swoje imię na kartach historii, pomyślał Colon, wpatrując się w coraz wyraźniejszą linię brzegową na horyzoncie, aż wreszcie udało mu się dostrzec malutkie punkty poruszających się na lądzie sylwetek. Nie myśląc wiele, rozłożył lunetę, by przyjrzeć się tubylcom, lecz ta po chwili wypadła mu z rąk.

– Mój Boże… – wyszeptał, żegnając się odruchowo. Był biały jak kreda. – To nie są ludzie.

 

***

 

Dużo później.

 

– Jeszcze nie słyszałam takiej wersji tej historii – stwierdziła felina. Jej ogon poruszał się w rytm kroków.  

– Znałem kiedyś pewnego Hiszpana. Oni zawsze opowiadali ją inaczej niż reszta świata. – Staruszek uśmiechnął się smutno. – Szkoda, że tak niewielu ich już zostało.

Pola zdawały się ciągnąć w nieskończoność. Łany rzepaku, pszenicy i kukurydzy falowały w rytm podmuchów późnoletniego wiatru, dając nadzieję na obfite zbiory. Ze złotozielonego morza w górę strzelały poszarzałe kikuty turbin elektrowni wiatrowych, które przypominały o kruchości wywalczonego niedawno pokoju. Pomiędzy nimi wiła się droga, czy raczej ścieżka rozszerzona na tyle, by samochody mogły przejechać nią nie niszcząc roślin. Adam uważał to za godną podziwu zapobiegliwość, biorąc pod uwagę, jak niewiele po ostatniej wojnie światowej ostało się takich, które jeszcze działały.

Mężczyzna zatrzymał się na moment i wziął głęboki wdech.

– Lubię zapach tutejszego powietrza – powiedział, widząc, że towarzysząca mu felina spojrzała na niego pytająco.

– Zmieniłbyś zdanie, gdybyś miał mój nos – odparła. Igły wąsów nad wargami unosiły się zabawnie, gdy wykrzywiała usta w kocim odpowiedniku cynicznego uśmiechu. Jej sierść byłaby czarna jak bezksiężycowa noc, gdyby nie oprószały jej gdzieniegdzie białe cętki.

Adam w odpowiedzi wzruszył tylko ramionami. Poprawił paski plecaka i wznowił marsz. Prosta, drewniana laska uderzała miękko o grunt w rytm kroków mężczyzny. Choć nie był jeszcze tak stary, by musieć się na niej wspierać, lubił czuć jej ciężar w dłoni. Jego towarzyszka nie podzielała jednak tej melancholii. Czasem spoglądała na niego ze wzgardą, jaką felini zwykli traktować wszelkie przejawy niesprawności fizycznej.

– Powiedz mi, człowieku – zapytała po chwili – dlaczego tak właściwie mnie śledzisz?

– Nie tak dawno odbyliśmy już tę rozmowę – odpowiedział z westchnieniem – tłumaczyłem ci, że… czekaj, cholera… nabijasz się ze mnie, prawda?

W żółtych oczach feliny pojawił się figlarny błysk.

– Myślałam, że nigdy się nie zorientujesz.

Człowiek prychnął w odpowiedzi i machnął dłonią, jakby odpędzał natrętną muchę.

 – To raczej ja powinienem zapytać, dlaczego wracasz na piechotę do swojej pięknej mieściny?

Tym razem to ona wzruszyła ramionami.

– Poprzednie zbiory rzepaku były kiepskie. Mamy za mało oleju na beztroskie przejażdżki, a czymś trzeba jeszcze zrobić żniwa. Nawet ty powinieneś wiedzieć, że maszyny rolnicze nie jeżdżą na wodę.

– To może chociaż powóz? – zażartował Adam. Życie nauczyło go, że często lepiej było udawać nieszkodliwą ignorancję niż kiwać głową ze zrozumieniem. – Albo chociaż furmankę?

– Jesteś durny jak szczeniak, człowieku. – Felina przewróciła oczami. – W co niby mielibyśmy je zaprząc? W kury czy krowy?

Nie doczekawszy się odpowiedzi, zjeżyła tylko sierść na karku i przyśpieszyła kroku, nie widząc, że mężczyzna wyraźnie się zasępił. Agrochem, do którego zmierzali, był jedną z kilku korporacji agrotechnicznych, które nie brały czynnego udziału w IV wojnie światowej. I choć po ostatecznym upadku korpokracji zarząd został zlinczowany, większość maszyn, materiału siewnego oraz trzody wciąż była użyteczna. Adam miał nadzieję zatrzymać się tam na jakiś czas, uzupełnić zapasy przed dalszą podróżą i odwiedzić starego znajomego, ale może się przeliczył? Zaczynał mieć złe przeczucia, mimo że w gruncie rzeczy lubił małe pokorporacyjne miasteczka. Głównie dlatego, że mieszkańcy generalnie nie instalowali w nich punktów kontrolnych z tymi nowomodnymi skanerami DNA. W końcu nic tak nie psuje humoru, jak tłumaczenie ludziom, dlaczego twoje podwójne helisy nie wyglądają do końca tak, jak powinny.

Z zamyślenia wyrwało go dźwięk ciężkich kroków.

Uniósł głowę i zobaczył dwóch ludzi zmierzających w ich stronę. Zasępieni spoglądali spode łbów. Praktycznie cuchnęli kłopotami.

Adam poczuł, że znajomy dreszcz jeży mu włosy na karku. Mężczyzna zgarbił się i spuścił głowę. W jednej chwili zaczął też mocniej opierać się na lasce. Zawsze tak robił, gdy chciał wyglądać na dużo starszego, niż był w rzeczywistości. Zwolnił, pozwalając by krocząca dumnie felina zostawiła go kilka kroków za sobą, a kątem oka wciąż bacznie obserwował idących z naprzeciwka ludzi.

Widział, jak zastępują drogę jego towarzyszce, jak wymieniają kilka kąśliwych uwag. Dostrzegł, że jeden chwyta ją za kołnierz i podnosi głos.

– Nie zatrzymuj się, dziadku. – Drugi wreszcie zauważył niepozornego staruszka wspierającego się na lasce przy każdym kroku. – Nie ma tu nic do oglądania.

Adam odpowiedział skinieniem, starając się, by ruch ten był możliwie powolny. Gdy mijał mężczyzn, poczuł na sobie nienawistne spojrzenie feliny, lecz oprawcy przestali zwracać na niego uwagę. Stał się dla nich częścią tła.

Pierwszy zmęczył się najwyraźniej wykrzykiwaniem oskarżeń, bo teraz oddychał tylko chrapliwie, czerwony jak burak. Drugi unosił kąciki ust w triumfalnym grymasie, lecz uśmiech w jednej chwili zniknął z jego twarzy. Zamiast niego pojawiły się wybałuszone oczy i pół oddechu później mężczyzna leżał już bez przytomności na drodze. Nim jego towarzysz zdołał zareagować, osunął się już na ziemię z głuchym trzaskiem drewna uderzającego w czaszkę.

Felina milczała. Przez dłuższą chwilę mierzyła wzrokiem stojącego przed nią Adama, jakby widziała go pierwszy raz w życiu.

– Chyba powinnam ci podziękować za ratunek – rzuciła wreszcie.

– Nie lubię rozlewu krwi – odparł staruszek, patrząc na falujące zboże. – Niektóre z tych łanów jakoś dziwnie się wyginają, nie sądzisz? Zupełnie jakby ktoś czaił się wśród nich i tylko czekał na okazję, by poharatać kilku ludzi. Dziwne skojarzenie, prawda? Sam nie wiem skąd przyszło mi do głowy…

 Nie odpowiedziała. Przymrużyła tylko oczy, a jej ogon zaczął poruszać się miarowo, znamionując napięcie.

– Nie szukam kłopotów – dodał mężczyzna, poprawiając szelki plecaka. – Myślę, że lepiej będzie, jeśli do miasta dotrzemy osobno.

 Nie czekał na reakcję. Odwrócił się i wznowił marsz, nie oglądając się za siebie. Felina przez dłuższą chwilę wpatrywała się w niego. Chciała krzyknąć, wytłumaczyć mężczyźnie, że to wszystko jest jedynie tragiczną pomyłką, ale on uniósł tylko dłoń w pożegnalnym geście. Nie zatrzymał się nawet na moment.

 

***

 

Miasteczko wyglądało podobnie do wszystkich innych, które Adam ostatnio widywał. Prostopadłościenne kontenery z prefabrykatów, służące za domy, stały przy drodze we względnym porządku. Wszystkie otoczone żywopłotami, trwające pośród zieleni przydomowych ogródków. Mieszkańcy ze wszystkich sił starali się nadać im choć trochę indywidualności, lecz walka ta była z góry skazana na porażkę. Wizerunek małomiasteczkowej beztroski burzyły też wieżyczki zautomatyzowanych systemów obronnych na obrzeżach Agrochemu – pozostałości z czasów, gdy korporacje zatrudniały więcej najemników niż handlowców. Adam jednak wątpił, by w którymkolwiek z działek została choć odrobina amunicji.

Przynajmniej mają trochę miejsca, pomyślał, wspominając przedwojenną rzeczywistość. Te same prefabrykaty ściśnięte do granic absurdu w szarych, smętnych osiedlach pracowniczych. Wtedy każdy kawałek gruntu należał do jakiejś spółki, a dla rad nadzorczych i prezesów zarządów każdy ludzki trybik w biznesowej maszynie był tylko kosztem pracy.

Droga rozwidlała się. Północna odnoga prowadziła do zaanektowanego na rynek placu, a wschodnia do wielkich hal magazynowych, gdzie przechowywano zboża i maszyny wspomagające uprawę. Zachodnia natomiast wiodła wprost do jadłodajni.

Lokal wyróżniał się na tle pozostałych zabudowań. Jako jedyny pamiętał czasy sprzed korpokracji, być może nawet III wojny światowej. Wybudowany z cegieł i drewna, był świadectwem uporu jednego człowieka, którego ani groźby, ani obietnice nie mogły skłonić do sprzedaży rodzinnego majątku. Nawet gdy Agrochem wchłonął jego działkę, otaczając ją szpalerem silosów, rafinerii i warsztatów, właściciel po prostu zaśmiał się zarządowi w twarz i zaczął sprzedawać obiady pracownikom. Do niego mieli nawet bliżej niż do zakładowej stołówki.

Budynek praktycznie w ogóle nie zmienił się od ostatniej wizyty Adama. Być może czas nadkruszył na nim swój ząb tak bardzo, że wreszcie postanowił zostawić go w spokoju. Jedynymi różnicami były nowa twarz za barem i zawieszona na drzwiach tabliczka przedstawiająca przekreślony wizerunek kota w czerwonym okręgu.

Tabliczka zwiastująca kłopoty.

Staruszek zamówił gulasz i napar ziołowy. Pamiętał, że kiedyś można tu było dostać prawdziwą herbatę, ale obecnie rzadko kogo było stać na pokrycie kosztów jej transportu do Europy. Patrzył, jak właściciel zalewa gorącą wodą garść liści i znika w kuchni, by za kilka chwil postawić przed gościem wypełniony po brzeg talerz, filiżankę aromatycznego naparu i niewielki garnuszek syropu kukurydzianego, który z dobrym skutkiem zastępował cukier, odkąd brak ropy podważył opłacalność uprawiania buraków cukrowych.

Adam rozkoszował się przez moment aromatem świeżych ziół, lecz błogość znikła z jego twarzy, gdy tylko uniósł wzrok.

– Antyfelinizm wyszedł z mody ładnych parę lat temu, o ile mnie pamięć nie myli – zauważył, wskazując uniesieniem podbródka wizerunek przekreślonego kota, który wisiał również nad kontuarem.

Właściciel spojrzał na klienta z ukosa, jakby chciał odczytać coś z jego twarzy. Wreszcie poddał się i westchnął.

– Zawieszam plakietkę, lokal demolują mi felini. Gdy ją zdejmuję, to samo robią ludzie. Ci pierwsi niszczą go po prostu trochę mniej pieczołowicie, sam pan rozumie. – Mężczyzna zawiesił głos i pomasował palcami skronie, jakby od dłuższego czasu nie mógł pozbyć się bólu głowy. – Mój dziadek chyba łeb by mi urwał, gdyby wiedział, że na to pozwalam.

– Myślę, że raczej by pana wyśmiał – odparł Adam, upijając kolejny łyk naparu. – A potem wybił zęby każdemu, kto choćby krzywo spojrzał na szyld przed wejściem.

Właściciel uśmiechnął się mimowolnie.

– Tak pewnie by zrobił. Znał go pan?

– Bywałem tu kilkukrotnie, jeszcze przed wojną. Byłem też na jego pogrzebie, choć nie sądzę, by mnie pan pamiętał. Dorastał mi pan wtedy do kolan.

Tym razem mężczyzna zaśmiał się już otwarcie.

– Krzysztof Schwarz – przedstawił się. – Przyjaciele dziadka zawsze są tu mile widziani.

Adam chciał uścisnąć wyciągniętą dłoń, lecz przerwał mu trzask otwieranych szarpnięciem drzwi. Gdy się odwrócił, zobaczył, jak trzech młodych felinów wchodzi do środka. Każdy dzierżył drewnianą pałkę i marszczył nos w kocim odpowiedniku gniewnego grymasu.

– Mówiłem ci, szympansie, że to ma stąd zniknąć – wysyczał pierwszy wskazując kijem znak przekreślonego kota. Jego szarą sierść przecinały czarne pręgi, a w zielonych oczach czaił się złowieszczy błysk. To on musiał być przywódcą grupy.

Schwarz chciał coś powiedzieć, ale Adam powstrzymał go uniesieniem dłoni.

– Wtaczanie się do lokalu jak marcujące dachowce z pewnością nie nakłoni gospodarza do zmiany nastawienia – zauważył spokojnie, upewniając się jednak, że jego laska stoi oparta na wyciągnięcie ręki.

– Wystarczy, że nakłoni jego małpich braci do oddania mi siostry!

– Zamiast miauczeć na wszystkich, mógłbyś zatem po prostu jej poszukać. Co niby kucharz miałby zrobić z twoją siostrą? Gulasz?

– Jak śmiesz… – Sierść na ogonie felina zjeżyła się momentalnie, a usta rozwarły się powoli, ukazując białe kły.

– Odpuść. Proszę.

Szary chciał coś odwarknąć, ale zamarł wpół słowa. W oczach staruszka dostrzegł iskrę, krótki błysk, który kazał mu się wycofać. Przez pół oddechu jego instynkt niemal krzyczał, by wziął nogi za pas, ale felin opanował odruch i tylko splunął demonstracyjnie. Jakby od niechcenia walnął jeszcze pałką w jeden ze stolików, po czym obrócił się na pięcie i zniknął za drzwiami. Pozostali poszli za jego przykładem.

Adam obserwował ich w napięciu. Wreszcie westchnął i przyłożył dłoń do piersi. Przez moment trwał w bezruchu, czekając aż serce przestanie szarpać się jak uwięziony w sieci szczupak. Powoli zaczynał robić się za stary na takie wybryki.

– Mam nadzieję, że mięso w gulaszu to naprawdę wołowina – rzucił, odwracając się do Krzysztofa.

– Proszę nawet tak nie żartować – odparł Schwarz. Pobladł wyraźnie, a jego dłoń drżała, gdy ścierał pot z czoła. – Nie mam już nerwów na te cholerne miasteczkowe wojenki.

– Co się właściwie stało?

– Ach tam. – Właściciel machnął niedbale dłonią, lecz jego głos zdradzał zdenerwowanie. – Szkoda gadać.

– Panie Krzysztofie. – Staruszek zabębnił palcami w kontuar i spojrzał rozmówcy prosto w oczy. – Chciałem nająć się tu do pomocy przy żniwach lub chociaż odpocząć kilka dni przed dalszą podróżą. Tak zwyczajnie. Wie pan, bez strachu, że ktoś mi dla zabawy mordę na ulicy obije.

Schwarz patrzył przez moment na Adama, ważąc słowa. Wreszcie westchnął z rezygnacją, rozejrzał się konspiracyjnie i wyciągnął spod lady butelkę jasnego płynu. Mocnej nalewki miętowej, sądząc po zapachu. Obok niej pojawiły się dwa kieliszki, które chwilę później napełnione zostały po brzegi.

Krzysztof bez skrępowania wypił zawartość jednego z nich. Szkło brzęknęło, gdy odstawiał go na kontuar.

– No – stwierdził. – Teraz możemy rozmawiać.

 

***

 

 Wszystko zaczęło się od zniknięcia Daniela Kwiatkowskiego. Nastolatka, który po prostu rozpłynął się w powietrzu. Podejrzewano najgorsze i choć nie odnaleziono jeszcze ciała, to krwawe plamy oraz ślady pazurów na poprzewracanych meblach wystarczyły, by powróciły dawne animozje. Staruszek doskonale pamiętał realia ostatniej wojny. Gdy głód i strach stawały się nie do zniesienia ludzie i felini przypominali sobie, że przecież są innymi gatunkami.

Dziesięć lat to najwyraźniej za mało, by o tym zapomnieć.

Daniel wraz z ojcem przeprowadzili się do Agrochemu zaraz po tym, jak globalna antykorporacyjna rewolucja ostatecznie zakończyła wojnę. Starszy Kwiatkowski oczywiście ukrył przed mieszkańcami fakt, że w jej trakcie był naukowcem w zakładzie mechaniki wojskowej. Adam wielokrotnie korzystał podczas służby z wyników jego badań, a teraz Tomasz był chyba jedyną osobą, która mogła jeszcze pomóc mu uzupełnić zapas ogniw fuzyjnych. I choć staruszek nie przyznałby się do tego przed nikim postronnym, spotkanie z Kwiatkowskim było głównym powodem jego wizyty w miasteczku. Dlatego ledwo udało mu się utrzymać spokojny wyraz twarzy, gdy dowiedział się, że Tomasz zmarł przed trzema miesiącami na zawał serca.

 Gdy jednak spokojnie wszystko rozważył, dostrzegł intrygującą prawidłowość. Postanowił zatem skierować swe kroki na skraj zagajnika, gdzie miał nadzieję znaleźć kolejny element układanki.

***

 

 Las górował nad otaczającymi go polami. Za czasów korpokracji musiał należeć do jednego z prezesów Agrochemu. Ogrodzony stalowym płotem i strzeżony przez wyszkolonych najemników, służył za rozrywkę dla bogaczy, którzy chcieli pochwalić się w towarzystwie porożem własnoręcznie ustrzelonego jelenia. Teraz z ogrodzenia pozostały tylko poprzecinane linie przerdzewiałego drutu na stałe wkomponowane w korę drzew. Sam prezes zawisł na gałęzi jednego z nich jeszcze przed zakończeniem wojny. Obecnie jego byli pracownicy mogli bez ograniczeń cieszyć się tą leśną wyspą pośród morza zbóż.

A przynajmniej mogli jeszcze parę dni temu.

Adam dostrzegł stojących na drodze felinów jeszcze zanim oni zobaczyli jego. Szczupli i wyprostowani, starali się sprawiać wrażenie groźnych, ale staruszek wiedział, że to tylko młode kociaki, które ledwie pamiętały wojnę. Starsi musieli wciąż przeczesywać las.

– Droga zamknięta – rzucił jeden z wartowników, gdy mężczyzna podszedł bliżej. – Nic tu po tobie, człowieku.

– Przyszedłem porozmawiać z Narą – odparł Adam, nie dając po sobie poznać, jak bardzo bawi go brawura młokosów.

– Gdyby chciała z tobą rozmawiać, sama by cię znalazła – warknął. – A teraz…

– Spokojnie, Kor. Masz pilnować drogi, a nie skakać do gardła każdemu, kto przechodzi.

Oczy wszystkich zwróciły się w jednej chwili na ścianę zieleni, zza której wysunęła się felina o czarnej sierści przyprószonej jasnymi cętkami. Adam powitał ją skinieniem, a dwaj wartownicy zamilkli, kuląc ogony pod siebie.

– Nie wydaje mi się, żebym ci się przedstawiła – kontynuowała Nara. Źrenice jej oczu zwęziły się, a uszy sterczały, znamionując czujność.

– Rozmawiałem ze Schwarzem – powiedział staruszek. Zupełnie jakby przywołanie tego nazwiska z natury rzeczy rozwiewało wszelkie wątpliwości.

Felina westchnęła, w odpowiedzi kręcąc tylko głową. Bez słowa odwróciła się i gestem nakazała Adamowi, by poszedł razem z nią.

– Rozumiem, że nasz miasteczkowy plotkarz opowiedział ci całą historię? – zapytała, uśmiechając się kwaśno, gdy ją dogonił.

– Powiedział mi nawet więcej, niż chciałbym usłyszeć. Wiem o drugim zniknięciu.

Nara zamilkła na moment. Gdy się wreszcie odezwała, w jej głosie zabrzmiało ostrzeżenie.

– Sprawiasz wrażenie porządnego człowieka, więc powiem wprost. Nie mieszaj się do tego.

Adam uśmiechnął się krzywo. Dziesięciu cywilów straciło życie ostatnim razem, gdy postanowił się do czegoś nie mieszać.

– Słuchaj, wiem, że przewodzisz miejscowej społeczności i chcesz jak najszybciej rozwiązać tę sprawę, ale nie tędy droga. – Jego słowa zabrzmiały ostrzej, niż zamierzał. – Oboje wiemy, jak skończyłaby się twoja mała przygoda na drodze, gdyby mnie tam nie było. Pomyśl, teraz urządzacie zasadzki na ludzi, by znaleźć winnego porwania, a za chwilę zaczną się wzajemne prześladowania i za rok czy dwa będziemy mieli na karkach drugiego Reinharda.

Nara wzdrygnęła się na sam dźwięk tego nazwiska. Choć była wtedy jeszcze małą felinką, doskonale pamiętała horror, jaki się z nim wiązał. Siedemdziesiąt lat po zakończeniu II wojny światowej, w której Hitler stłamsił miliony felinich istnień w imię wyższości gatunku ludzkiego, na niemieckiej scenie politycznej pojawił się felin, który głosił coś dokładnie odwrotnego. Wojna domowa, która wkrótce po tym ogarnęła kraj, rozlała się na większą część świata, pozostawiając głębokie blizny na Ziemi i jej mieszkańcach. Teraz młodzi żartobliwie nazywali go „Kotlerem”, ale wtedy nikomu nie było do śmiechu.

– Nawet tak nie mów. – Nara prychnęła, chcąc wyrzucić z głowy ponure myśli.

– Chcę wam tylko pomóc, naprawdę. – zapewnił Adam, a gdy towarzyszka spojrzała na niego czujnie, uśmiechnął się. – Nie bój się, ja też mam w tym swój interes.

Te słowa o dziwo uspokoiły Narę. Bezinteresowność zawsze budziła w niej podejrzliwość. Zdecydowanie bardziej wolała, gdy stosunki z ludźmi przyjmowały wymiar praktyczny.

Dlatego skinęła i poprowadziła Adama w głąb lasu.

 

***

 

Polana ze wszystkich stron otoczona była nierównomierną ścianą drzew i krzewów. Nie prowadziła do niej żadna droga, co najwyżej kilka króliczych czy sarnich ścieżek. Sprawiała wrażenie rzadko odwiedzanej i być może właśnie dlatego miejsce, w którym doszło do szamotaniny było tak dobrze widoczne nawet po kilku dniach od zdarzenia. Podeptane kwiaty, wyrwane kępy trawy. Zupełnie jakby starła się tu para wściekłych psów, a nie dwie rozumne istoty.

– To tutaj, prawda? – zapytał Adam. Przez grzeczność, bo przecież odpowiedź była oczywista.

Towarzysząca mu felina skinęła na potwierdzenie. Po drodze usłyszał od niej wersję wydarzeń, której nie mógł znać Schwarz.

Po zniknięciu młodego Kwiatkowskiego felini zbili się w grupy i nie spuszczali oka ze swych młodych. Wiedzieli, że ludzie zaczną obwiniać ich o zbrodnie. Nie pomylili się. Na przestrzeni dziejów mieli wystarczająco wiele okazji, by przekonać się, jak bardzo bezwzględni i niebezpieczni potrafili być człekokształtni.

Dwie młode, Lira i Arda, zlekceważyły jednak zakaz i zrobiły sobie wycieczkę do lasu. Wróciła tylko jedna. Miaucząca z podkulonym ogonem, długo nie mogła wydusić z siebie słowa. Gdy wreszcie się uspokoiła, opowiedziała o potwornej postaci, która wysunęła się zza ściany drzew. Rosłej sylwetce o twarzy zakrytej maską, mimo upału otulonej czarnym płaszczem. Potworze.

Człowieku.

Nim zdążyła zareagować, nieznajomy podbiegł do nich z niewyobrażalną wręcz szybkością. Ugodził Ardę paralizatorem, a jej koleżankę trzasnął otwartą dłonią w twarz tak mocno, że zatoczyła się i prawie upadła. I choć nawet młoda felina bywa silniejsza od dorosłego mężczyzny, ten bawił się z nią, jakby była tylko małym kotkiem.

Sparaliżowana towarzyszka mogła tylko patrzeć, jak nieznajomy powala wreszcie Lirę, a potem odciąga ją za sobą w mrok lasu.

– Zakładam, że w Agrochemie nie ma nikogo, kto pasowałby postawą do wizerunku porywacza – na wpół zapytał Adam, pochylając się nad połacią zmaltretowanej trawy.

– Dzięki Bogu – odparła Nara, uważnie śledząc wzrokiem każdy ruch staruszka. Felini spędzili wiele godzin, przeczesując tę okolicę i nie złapali nawet porządnego tropu. Nie wyobrażała sobie, co mógłby zdziałać jeden człowiek z tym ich małpim słuchem i brakiem powonienia. – Gdyby w miasteczku był ktoś, kogo można by od razu oskarżyć, nawet ja nie byłabym w stanie powstrzymać samosądu.

Staruszek zwiesił głowę w milczeniu. Całą jego uwagę pochłonęło przeczesywanie miejsca zdarzenia. Choć nie dysponował zmysłami nawet w połowie tak ostrymi jak jego futrzasta znajoma, w przeciwieństwie do niej był pewien, czego szuka.

Wkrótce dostrzegł wypalony w trawie krąg, nie większy od dłoni. Większość czarnego pyłu uleciała wraz z wiatrem, ale ten, który pozostał, wciąż pachniał magnezem i ozonem. Felini musieli zbagatelizować ten ślad, uznać za nieważny, a on wiedział doskonale, jak bardzo pomylili się w swym osądzie.

Adam uśmiechnął się do siebie. Właśnie potwierdził przynajmniej część swoich podejrzeń.

– Twoi felini wciąż patrolują las, prawda? – zapytał, spoglądając na Narę.

– Tak. Przeczesują każdy skrawek zieleni i zaglądają pod każdy kamień – odparła, po czym westchnęła z rezygnacją. – Chociaż szczerze powiedziawszy powoli zaczynam wątpić, że cokolwiek znajdą.

– Powiedz im, by się nie poddawali. Najlepiej niech zdwoją wysiłki. – Z szelmowskim uśmiechem na ustach i błyskiem w oku mężczyzna wyglądał dwadzieścia lat młodziej. – Jeśli wszystko dobrze pójdzie, jeszcze dzisiaj znajdziemy oboje zaginionych.

 

***

 

– Naprawdę nie wiem, czy powinniśmy… – Schwarz sprawiał wrażenie bardzo zaniepokojonego sytuacją, w której został postawiony. – To nie wypada.

– Klucze są po to, by z nich korzystać, Krzysztofie – rzucił Adam spokojnie. – Powierzono ci je w razie nagłej konieczności dostania się do tego domu. To jest właśnie ta nagła konieczność.

Stali wraz z Narą przed mieszkaniem Kwiatkowskich. Na budynek składały się dwa prefabrykowane bloki ustawione na sobie, tworząc piętrowy domek, by każdy z mieszkańców miał trochę przestrzeni dla siebie. Po porwaniu Daniela dom pobieżnie przeszukano, a potem zamknięto na cztery spusty, na wypadek, gdyby sprawą musieli zająć się śledczy z najbliższej metropolii. Klucze powierzono Schwarzowi, który z nie do końca jasnych dla Adama względów uchodził za najbardziej godnego zaufania mieszkańca Agrochemu.

– Powinniśmy się pośpieszyć. – W głosie Nary pobrzmiewało zdecydowanie. – Ludzie zaczynają już na nas dziwnie patrzeć.

Na ciebie, pomyślał staruszek, wykonując mentalny odpowiednik zrezygnowanego westchnięcia. Choć doskonale wiedziała, że wizyta feliny w ludzkim osiedlu może przepełnić czarę goryczy i tak uparła się, by im towarzyszyć. Dlatego mężczyzna poczuł wyraźną ulgę, gdy wreszcie weszli do środka i zamknęli za sobą drzwi.

– Naprawdę nie wiem, po co tu przyszliśmy. – Schwarz spojrzał na Adama spode łba. – Tłumaczyłem wam przecież, że przeszukaliśmy tu wszystko, co się dało.

– Nie wiem, czy zwróciliście na to uwagę, ale ten dom ma wysokie i solidne fundamenty. – Staruszek nie odwzajemnił spojrzenia towarzysza. Lustrował za to każdy element pomieszczenia. – Trochę zbyt solidne, jak na dwa klocki z prefabrykatu.

Nara pierwsza pojęła, do czego zmierzał mężczyzna. Jej oczy rozwarły się, a uszy uniosły w nagłym przebłysku zrozumienia.

– Piwnica… – wyszeptała.

– Przecież tu nie ma wejścia do żadnej pi… – Krzysztof zamilkł wpół słowa. Spojrzenia jego i feliny spotkały się, a dwa oddechy później oboje przypadli do podłogi. Adam za to okazał większą powściągliwość. Nie chciał niepotrzebnie nadwyrężyć sobie pleców.

Teraz, gdy wiedzieli, czego wypatrywać, poszukiwania nie trwały długo. Po chwili odsuwali już betonową płytę w rogu salonu i otwierali ukrytą pod nią klapę.

W dół prowadziła stalowa drabina. Adam poświecił przygotowaną zawczasu latarką, po czym zszedł jako pierwszy. Gdy jego stopy dotknęły podłogi, wymacał na ścianie panel kontrolny. Wykorzystał chwilę odosobnienia, by niepostrzeżenie wstukać na nim kilka komend. Miał nadzieję, że Kwiatkowski wciąż używał tych samych haseł dostępowych. Fakt, że po wklepaniu ostatniej linijki kodu w pomieszczeniu dało się słyszeć pomruk zapalanych jarzeniówek a nie huk eksplozji, uznał za dobry znak.

Gdy jego towarzysze wreszcie stanęli obok, nie mogli wydusić z siebie słowa. Adam właściwie im się nie dziwił. Nie codziennie widuje się przecież laboratorium wojskowe w piwnicy miejscowego mechanika.

Przestrzeń wypełniały stoły z przyborami i szafki pełne chemikaliów. Między polimerowym destylatorem a stalowymi ramionami automatu konstrukcyjnego stały stelaże z egzoszkieletami. Twory z wojskowego plastiku i włókien węglowych wzmacniane ceramicznymi płytkami. Skonstruowane, by chronić ludzkie ciało przed uszkodzeniem i zwielokrotnić siłę mięśni.

Jeden ze stelaży był pusty.

– Chyba już wiemy, dlaczego porywacz był taki rosły pod tym swoim płaszczem – rzucił Adam, wskazując skinieniem na miejsce po pancerzu.

– Czy to możliwe, że za oboma porwaniami stoi ta sama osoba? – zapytał Krzysztof, marszcząc brwi. – Ale przecież te zbroje…

– Egzoszkielety – poprawił staruszek. Nie spojrzał nawet na Schwarza. Był zbyt zajęty zaglądaniem do kolejnych szafek i szuflad.

– Właśnie, te egzoszkielety wyglądają na wykonane specjalnie dla ludzi. Czy felin mógłby wdziać jeden z nich?

– O ile to rzeczywiście felin stoi za zniknięciem tego waszego niedorostka – wtrąciła Nara, podążając wzrokiem za każdym ruchem Adama. – Czego ty tak właściwie szukasz?

– Dowodów – odparł enigmatycznie. Niektóre z szafek były nienaruszone, wciąż pełne ułożonych równo mechanizmów i urządzeń. Inne zostały prawie opróżnione, panował w nich dziwny nieład. Zupełnie jakby ktoś ogołocił je w pośpiechu. Na dodatek ktoś, kto znał rozkład laboratorium.

Uwagę Adama przykuł pojemnik oznaczony symbolem koła otoczonego przez trzy trójkąty. Mimo solidnych rozmiarów znalazł w nim tylko jedną skrzynkę z wyrwanym wieczkiem. W środku znajdowały się poustawiane na sobie czarne sześciany oplecione sieciami cienkich przewodów. Staruszek wyjął pierwszy z brzegu i uniósł go do światła, obserwując, jak jego smugi muskają matową powierzchnię.

– Czy to coś ważnego? – Nara nie wytrzymała przedłużającej się ciszy. Felini nie słynęli z cierpliwości.

– Ogniwa. – odpowiedział lakonicznie staruszek. Mógłby dodać, że oficjalnie nigdy nie wyszły z fazy prototypów, tak samo jak trzy czwarte sprzętu, który napędzają. Stwierdzić, że sama ich produkcja łamie postanowienia wszystkich paktów antyatomowych, a przy powojennym poziomie technologii nie można ich już nawet wytwarzać. Mógłby powiedzieć to wszystko, tylko że wtedy musiałby dodać, dlaczego posiadał taką wiedzę, a tego wolał uniknąć. – Te małe bateryjki mają niezłego kopa, a gdy się wyczerpią, są automatycznie wyrzucane na ziemię. Ich środek dezintegruje, a zewnętrzna powłoka ulega prawie całkowitemu zwęgleniu, pozostawiając po sobie…

– Czarny krąg wypalonej trawy! – Oczy Nary rozwarły się szeroko, gdy tylko dotarło do niej, co to może oznaczać.

– Otóż to – skwitował Adam z uśmiechem.

– Chwila, chwila. – Schwarz wystawił przed siebie dłoń, jakby chciał tym gestem zatrzymać słowa, które już cisnęły się na wargi pozostałej dwójki. – Coś mnie tu chyba ominęło. No tak, to musiał być ten moment, w którym wyjaśniałeś, skąd właściwie wiesz to wszystko.

– Krzysztofie – usta Adama wykrzywiły się w smutny uśmiech. – Jesteś mądrym człowiekiem i chyba potrafisz się domyślić, w jakich okolicznościach ludzie nabywają wiedzę o zastosowaniu sprzętu wojskowego.

– Nie jestem idiotą – odburknął mężczyzna, a jego twarz stężała. – Po prostu przeżyłem poprzedni ustrój i niespecjalnie przepadam za najemnikami.

– Nie jestem najemnikiem – powiedział staruszek pojednawczo, choć nie była to do końca prawda. – Jestem żołnierzem. Walczyłem z fanatykami Reinharda, gdy ten kraj miał jeszcze rząd a nie radę nadzorczą.

– Dobry Boże, czy to naprawdę takie ważne? – Felina wtrąciła się, wyprzedzając ciętą ripostę, która właśnie cisnęła się na usta Schwarza. Westchnęła i przewróciła oczami. – O ideologiczne nonsensy pospieracie się, jak już znajdziemy Lirę i tego waszego niedorostka.

Krzysztof wyglądał, jakby miał zaraz splunąć felinie pod nogi, jednak zamilkł, demonstracyjnie odwracając głowę. Adam spojrzał jej w oczy i podziękował delikatnym skinieniem.

Pochylił się nad kolejną szafką i dokładnie przejrzał jej zawartość. Obok czarnej skrzynki, w niepozornym kartonowym pudle, znalazł coś bardzo interesującego. Urządzenie przypominające pustą ramkę z uchwytem, w której zamiast górnej krawędzi zamontowano dwa odstające na boki czujniki.

Potwierdziło się kolejne z przypuszczeń staruszka. Ten, kto wszedł tu przed nimi, z całą pewnością zabrał egzoszkielet, zestaw ogniw i wszystkie płaszcze, ale musiał albo bardzo się spieszyć, albo nie znał wystarczająco dobrze prac Kwiatkowskiego. W przeciwnym razie na pewno zabrałby też skaner, który Adam ściskał właśnie w dłoni.

– Czy twoi felini patrolują las, jak prosiłem? – Staruszek wstał, po czym otrzepał kolana z pyłu.

– Robiliby to i bez twojego polecenia – prychnęła Nara tonem, który miał jednoznacznie sugerować, że żaden szanujący się felin nie będzie wyświadczał przysług jakiemuś tam człowiekowi.

– Świetnie. Krzysztofie, zbierz ludzi. – Adam rzucił Schwarzowi przelotne spojrzenie. Następnie umieścił ogniwo w przeznaczonym do tego gnieździe skanera. Dwie sekundy później jego twarz rozświetlona została przez bladą łunę ekranu holograficznego wygenerowanego między ramionami urządzenia. – Idziemy na małe polowanie.

 

***

 

– Nie powiedziałeś mi jeszcze, skąd wiedziałeś, że Kwiatkowski miał laboratorium ukryte pod domem. – Po epizodzie w piwnicy Krzysztof zaczął traktować Adama z dużo większą rezerwą. Był ciągle napięty, gotowy do działania, gdyby staruszek zrobił coś podejrzanego. Wracały wyrobione podczas wojny nawyki. – Ani skąd wiesz, jak działa ten sprzęt.

– Jestem pewien, że wam przedstawił się jako zwykły mechanik, ale przed wojną Kwiatkowski był inżynierem w zakładzie mechaniki wojskowej. Pracowałem z nim nad kilkoma projektami.

Szli małą grupą przez las. Adam, jego towarzysze i jeszcze dwójka felinów dla bezpieczeństwa. Choć słońce wisiało jeszcze dość wysoko na niebie, rozpięte szeroko korony drzew rzucały cień na wszystko poniżej, przez co pośród zieleni panował nieprzyjemny półmrok.

– Nie wyglądasz mi na naukowca – syknął Schwarz. Skupiwszy na staruszku nieufne spojrzenie, nie zauważył wystającego ze ścieżki korzenia. Przeklął szpetnie, gdy się o niego potknął.

– Byłem konsultantem. Takie hobby weterana na emeryturze. – Adam wypowiedział te słowa ze stoickim spokojem, nie dając poznać, że były podszyte odrobiną fałszu. Większość urządzeń, które skonstruował Kwiatkowski służyła do cichej eliminacji lub zmniejszenia wykrywalności w wojennym teatrze. Adam wykorzystywał ten sprzęt zgodnie z jego przeznaczeniem, lecz nie było sensu przyznawać się do tego przed innymi. To było dawno. W innym życiu.

Staruszek przez całą drogę ze skupieniem patrzył na holograficzny ekran skanera. Co jakiś czas ukazywał on na ich trasie białe, migające kropki. Wtedy Adam zbaczał ze ścieżki i niby przypadkiem uderzał końcem laski w jakiś punkt na ziemi lub w korze któregoś z drzew. Kropki na wyświetlaczu znikały wtedy jedna po drugiej.

Wreszcie Nara wraz z jej dwoma felinami zastrzygli uszami i zaczęli rozglądać się niepewnie. Zupełnie jakby usłyszeli coś, co nie powinno być wplecione w odgłosy lasu.

Adam uśmiechnął się pod nosem. Zabranie ze sobą tych dwunogich kotów było jednak dobrym pomysłem. Miał tylko nadzieję, że grupki ochotników skrzyknięte naprędce przez Narę oraz Schwarza również spełnią swoje zadanie i będą zaciskać krąg wokół ustalonego obszaru. W przeciwnym razie cały plan pójdzie do kosza.

Obawy staruszka okazały się jednak bezzasadne. Na ekranie skanera wkrótce zajarzyły się dwa kolejne punkty. Tym razem inne niż poprzednie. Adam pochylił się, nie spuszczając wzroku z hologramu, i podniósł leżący przy ścieżce kamień. Kawałek skały wielkości dziecięcej pięści. Skinął bezgłośnie na Narę, a gdy ta podchwyciła jego spojrzenie, cisnął kamień wprost przed siebie.

Kawałek skały przeleciał jakieś dziesięć metrów, po czym odbił się od fragmentu powietrza, wzburzając na jego powierzchni półprzezroczyste, zniekształcone fale. Niewidzialny twór wydał z siebie bolesny syk i momentalnie spróbował ucieczki, ale felini byli szybsi. Nara dopadła do niego, nim zakłócenia zdążyły zaniknąć, a ułamek sekundy później uderzała już otwartą dłonią w miejsce, gdzie powinna znajdować się głowa. Tym razem kamuflaż nie wytrzymał uderzenia i zaczął zamazywać się, ukazując czerń płaszcza obszytego siecią matowych sześciokątów. Towarzysze Nary powalili zdezorientowanego nieznajomego i już mieli zedrzeć z niego maskujące okrycie, gdy jeden z nich poleciał na bok uniesiony nadludzką siłą. Drugi próbował wstać, napiął już mięśnie do skoku. Wtedy poczuł, jak coś ciężkiego trzasnęło go w brzuch, posyłając na spotkanie z pniem najbliższego drzewa.

Nara uchyliła się w ostatniej chwili. Przezroczysta pięść przeszyła powietrze tuż obok jej twarzy. Kątem oka dostrzegła, że Schwarz stoi sam z rozdziawionymi ustami. Czyżby staruszek uciekł? Wtedy napastnik wyłączył maskowanie. Kamuflaż rozpływał się powoli, pod nim ukazała się rosła sylwetka w całości opatulona płaszczem.

– Ani kroku dalej! – Maska zasłaniająca twarz porywacza zniekształcała słowa, nadając im upiorny wydźwięk, a hydraulika ukrytego pod odzieniem egzoszkieletu zasyczała demonstracyjnie. – Zabiję jak psa każdego, kto choćby ruszy palcem.

– Nie zrobisz tego. – Wszystkie spojrzenia w jednej chwili skupiły się na jednym punkcie. Nawet nieznajomy odwrócił się odruchowo, by zobaczyć Adama, który wojskowym chwytem przytrzymywał półprzytomną sylwetkę ukrytą za czernią maskującego płaszcza. W ręku staruszka błysnęła stal. – Inaczej poderżnę jej gardło.

Świat zamarł. Nikt z obecnych przez kilka uderzeń serca nie poruszył się ani o milimetr. Zdawało się, że nawet las ucichł kompletnie na tę jedną nieskończenie krótką chwilę.

– Zmiażdżę cię, zanim to zrobisz! – Głos porywacza wciąż brzmiał upiornie, ale dźwięczała w nim nuta niepewności.

– Dobrze wiesz, że to nieprawda. – Adam mówił spokojnie, lecz w jego oczach czaił się lód. Ostrze noża przystawił w miejsce, gdzie pas materiału łączył spód maski nieznajomej z resztą odzienia. – A teraz grzecznie zdejmij płaszcz i dezaktywuj egzoszkielet.

– Oszalałeś?! – krzyknął Krzysztof. Dopiero teraz pojął grozę sytuacji. – Nikt tu nikogo nie zabije!

– Ten pan jest innego zdania – odciął się Adam, wskazując podbródkiem porywacza, który zaciskał właśnie potężne pięści. – Widziałeś, co zrobił z naszymi futrzastymi przyjaciółmi.

– I zrobię coś jeszcze gorszego, jeśli dasz mi powód! – warknął oprawca.

Adam pokręcił głową, po czym demonstracyjnie poprawił uścisk na rękojeści noża.

– Wydaje ci się, że wciąż gramy w twoją grę, ale to nieprawda – powiedział. – Gra się skończyła, a ja jestem za stary za takie zabawy. Jeśli tego nie pojmiesz, ona zginie.

Oprawca napiął się, sycząc hydrauliką zbroi. Było niemal słychać zgrzytanie zębów za ceramiczną maską, lecz atak nie nastąpił. Porywacz rozpiął płaszcz i odrzucił go jednym ruchem. Oczom wszystkich ukazał się ukryty pod nim pancerz osadzony na szkielecie z włókien węglowych, wspomagany siecią polimerowych mechanizmów. Zbroja zasyczała po raz ostatni, blokując wszystkie elementy w pozycji startowej, a dwie sekundy później ceramiczne płytki zaczęły odsuwać się, ukazując ukryte za nimi smukłe ciało. Na samym końcu rozsunęła się maska.

– To… niemożliwe. – Oczy Schwarza rozszerzyły się w wyrazie bezgranicznego zdumienia.

Adam za to uśmiechnął się szelmowsko, spoglądając na stojącą przed nim postać.

– Witaj, Danielu. Miło cię wreszcie poznać.

 

***

 

Stali przed rozłożystym dębem na skraju polany. Tej samej, na której kilka dni wcześniej dokonano porwania.

– To tutaj, prawda? – zapytał Adam, spoglądając w górę. Przez ramię przerzucony miał płaszcz maskujący i maskę zrzucone przez młodzika, który krył się za fasadą rosłego porywacza.

Krzysztof i Nara podążali za jego wzrokiem, nie do końca wiedząc, co powinni spodziewać się zobaczyć. Kilka kroków za nimi stał mały tłumek złożony z równie skołowanych mieszkańców. Plotka o znalezieniu nastolatków zdążyła już obiec cały Agrochem, ale nikt nie wiedział, co tak właściwie się stało. Ani gdzie podział się tajemniczy porywacz.

Młody Kwiatkowski wysunął się na czoło grupy. Palcami czule obejmował dłoń Liry, która wciąż miała na sobie nieaktywny płaszcz, choć pozbyła się maski. Gra się skończyła, nie było potrzeby dalej ciągnąć maskarady.

Daniel zerknął na staruszka spode łba. Nie miał pojęcia, co myśleć o tym człowieku, ale wciąż był wciekły, że zniweczono jego plan. A brakowało tak niewiele.

Chłopak westchnął z rezygnacją i sięgnął do kieszeni, by wyjąć uwypuklony dysk grubości palca. Przedmiot wygenerował holograficzną klawiaturę, na której młodzieniec wprowadził kilka komend. Wtedy powietrze między rozłożystymi konarami dębu stopniowo zaczęło tracić na przezroczystości. Wreszcie promienie zachodzącego słońca musnęły niemrawo matowe sześciokąty maskującej tkaniny, a oczom wszystkich ukazała się przypominająca spłaszczoną szopę konstrukcja przytulona do pnia drzewa.

– Nie wierzę! – syknęła Nara, bezwiednie pokazując kły. – Szukaliśmy tak daleko, a oni cały czas kryli się nam pod nosami.

– Nie wiedziałem, ze twojemu ojcu udało się tak bardzo wyciszyć płaszcze. – Adam puścił uwagę feliny mimo uszu i zwrócił się do Daniela.

– Bo mu się nie udało. – Młodzieniec machnął niedbale dłonią. – Jego modele łoiły elektromagnetycznym jak telewizory sprzed dwóch wieków. Słyszał je każdy felin w promieniu czterdziestu metrów. Sam je wyciszyłem, ale cała wydajność poszła do kosza.

– To dlatego potrzebowałeś tylu ogniw – zauważył staruszek, po czym gwizdnął z aprobatą. – Ale to i tak kawał niezłej roboty. Będzie z ciebie dobry inżynier, gdy już wyrośniesz z młodzieńczych amorów.

Nim Daniel zdołał wymyślić jakąś kąśliwą ripostę między nich wszedł Krzysztof. Spojrzał na każdego po kolei z mieszaniną gniewu i fascynacji, jaką odczuwa się zazwyczaj po stracie portfela w okolicznościach zupełnie niedających się wytłumaczyć.

– Nadal nie rozumiem, po co tutaj przyszliśmy. Teraz, kiedy już wiemy, że cała afera to wielka mistyfikacja, pozostaje tylko wybić młodym z głów głupie pomysły solidnym łomotem i wrócić do pracy. Mamy żniwa za pasem.

Adam uśmiechnął się smutno, zerkając na Lirę i Daniela. Kochanków wbrew wszelkim przesłankom zdrowego rozsądku. Udałoby im się, gdyby nie on. Uciekliby stąd otuleni kamuflażem płaszczy, uwili spokojne gniazdko daleko stąd. A może nie? Może skończyliby jako para anonimowych zwłok gdzieś w rowie. Ograbieni z kosztowności i zmożeni głodem. Choć staruszek przypuszczał, że mała szkoła życia wyszłaby im tylko na zdrowie, wiedział też, że w ostatecznym rozrachunku nie miało to żadnego znaczenia. Zasada była prosta. Albo on, albo oni. Gdyby zignorował sprawę, nie miałby sposobności skorzystania z zasobów laboratorium Kwiatkowskiego, a podróżnik pojawiający się w mieście tuż po zniknięciu dwóch nastolatków to idealny materiał na kozła ofiarnego. Adam mimo wszystko wciąż cenił własne życie ponad innych.

– Jak to co? – Staruszek starał się, by jego głos brzmiał pogodnie. – Pokazujemy społeczności kryjówkę złego porywacza. Wprawdzie złoczyńca zdołał nam umknąć, ale rozbroiliśmy go i uwolniliśmy młodzież z opresji zanim stało im się coś złego. Bardzo szczęśliwe zakończenie, nie sądzisz?

– Co ty pie…

– Nie, on ma rację. – Nara przerwała Schwarzowi wpół słowa. – Ludzie i moi felini już teraz skaczą sobie do gardeł, a nie chcę nawet myśleć, co zrobią, jeśli dowiedzą się, że niedorostki same wywołały całe zamieszanie. Potrzebujemy szczęśliwego zakończenia jak jasna cholera.

– Ale…

– Żadnych „ale”, człowieku. – Felina była nieugięta. – Wiesz dobrze, że terminy agrotechniczne to nasze być albo nie być. Musimy wziąć się za żniwa, inaczej nie będziemy mieli ani ziarna na handel, ani oleju do maszyn na kolejne zbiory.

Krzysztof wreszcie skapitulował, rozkładając ręce z rezygnacją.

– No dobrze, rozumiem – odburknął tylko. – Ja też wolałbym wreszcie nie musieć wymieniać zdemolowanych mebli. Ale łomotu młodym nie odpuszczę.

– Oczywiście – Nara demonstracyjnie pokazała kły. – Bóg jeden wie, co jeszcze przyjdzie im do głów, jeśli nie dostaną poważnej lekcji życia.

Zanim doszło do wymierzenia sprawiedliwej kary za młodzieńczą porywczość, Adam odwrócił się do zebranego na polanie tłumu. Zamaszystym ruchem ręki wskazał konstrukcję na drzewie.

– Oto kryjówka przestępcy, który ośmielił się dwukrotnie zakłócić spokój Agrochemu – powiedział to na tyle głośno, by usłyszeli go wszyscy zgromadzeni, po czym odsunął się na bok, by każdy mógł zobaczyć, że Daniel wraz z Lirą są cali i zdrowi. Nikt nie zwrócił uwagi na to, że płaszcz, który jeszcze przed chwilą staruszek niósł przerzucony przez ramię, teraz zakrywał mu obydwa. – Porywacz, jak widzicie, był sprytny i świetnie wyposażony, ale wspólnymi siłami udało wam się zniweczyć jego plany.

Schwarz zmełł przekleństwo. Nie był zadowolony, że wciągnięto go w tę grę. Nie miał jednak wyjścia, musiał zrobić do niej dobrą minę.

– Mój przyjaciel jest tu od niedawna, ale dobrze mówi. – Oczy wszystkich skupiły się na Krzysztofie. Jego głos uciął zarówno pomruki aprobaty, jak i pytania, które cisnęły się na wargi mieszkańców. – Młodzi są w jednym kawałku i to jest najważniejsze. Porywacz zdołał się nam wymknąć, ale nie mógł uciec daleko. Jeśli będziemy współpracować, jeszcze nauczymy go, że z Agrochemem się nie zadziera!

– A młodzi nam w tym pomogą – wtrąciła Nara. Z daleka musiała wyglądać na emanującą pewnością siebie przywódczynię, lecz z bliska jej uśmiech przywodził na myśl węża szykującego się do ataku. – Gdy tylko dojdą do siebie na pewno ze szczegółami opowiedzą nam o ich ucieczce z łap podstępnego złoczyńcy.

Daniel przełknął ślinę, czując, jak po kręgosłupie wspina mu się zimny dreszcz. Spuścił wzrok, a po chwili rozejrzał się nerwowo, szukając wzrokiem Adama. Chciał zadać staruszkowi kilka pytań, które dręczyły go odkąd tylko spotkali się w lesie. Chłopak wiedział, dlaczego wpadli. W gruncie rzeczy by znaleźć ich obozowisko wystarczyło wykryć sieć czujników, którymi je otoczył. A potem zniszczyć kilka z nich tak, by nie zdążyły przekazać do serwera odpowiedniej informacji. Problem polegał na tym, do tego potrzebne były kody dostępu do skanera ojca. To, w jaki sposób staruszek je zdobył, wciąż pozostawało dla Daniela zagadką. A pomyśleć, że mógł po prostu zniszczyć to cholerne urządzenie, gdy planował ich wielką ucieczkę.

Nara zdała sobie sprawę, że Adam zniknął dopiero, gdy zobaczyła, że ludzki niedorostek rozgląda się skołowany. Człowiek musiał wycofać się, gdy oczy wszystkich skupiły się na kryjówce. Chciała za nim zawołać, lecz wiedziona nagłym impulsem nadstawiła uszu. Musiała mocno się skoncentrować, ale na granicy słyszalności wyłowiła cichy, oddalający się pomruk, elektromagnetyczny szept.

Uśmiechnęła się w duchu. Wszystko wskazywało na to, że ich towarzysz nie chciał być znaleziony. Nie zamierzała go demaskować, bo nawet jeśli w rzeczywistości był kimś innym, niż chciałby, żeby sądzili, to koniec końców wyświadczył przysługę całemu Agrochemowi.

Nara miała zresztą dziwne przeczucie, że wkrótce znów go spotkają.

 

Koniec

Komentarze

Data mi jakoś nie pasuje.

Reszta taka, jaką chciałoby się częściej, o wiele częściej widzieć i czytać na portalu.

Nie bardzo wiem, dlaczego, Adam kojarzy mi się z Hornicem(?) z “Głowy Kasandry”. Czytałeś?

“Głowy Kasandry” nie czytałem, ale ja ogólnie czytuję bardzo mało utworów o postapokaliptycznej tematyce. Adam natomiast może wydawać się czytelnikowi znajomy, bo to postać o dość uniwersalnym – jak sądzę – główno-bohaterowym charakterze.

A co z datą się nie zgadza?

Ciekawy, wielowątkowy tekst. Podobał mi się.

Jak to, co nie zgadza się z datą? Patrzyłeś na nią? Myślałam, że to celowo, ale z tyloma innymi szczegółami, ze wzmianką o Hitlerze…

w gruncie rzeczy lubił małe pokorporacyjnego miasteczka.

Czegoś za dużo albo za mało.

Zgrzytnęły mi wyginające się łany, ale może nie mam racji.

Lokal wyróżniała się na tle pozostałych zabudowań.

Literówka.

jeszcze dzisiaj znajdziemy obojgu zaginionych.

Coś się rozjechało.

Babska logika rządzi!

O żesz… Dopiero teraz dostrzegłem, o co chodziło z datą. Błąd oczywiście poprawiony, a vyzart przystępuje do kajania się za swą ułomność. Ech…

:-) No już dość tego kajania się, pół godziny wystarczy. :-)

Spróbuj poczytać “Głowę…”. Inna sceneria, ale warto dla ciekawego porównania i odszukania kilku niby drobnych paraleli.

Coś się te koty ostatnio modne zrobiły ;)

Bardzo przyjemne opowiadanie, chociaż, jak w przypadku Upragnionej wojny, odniosłem wrażenie, że stanowi zaledwie wstęp do czegoś dłuższego. Ba, mam nadzieję, że tak właśnie jest :)

Pozdrawiam.

Look at every word in a sentence and decide if they are really needed. If not, kill them. Be ruthless. - Bob Cooper

Ha! Jakoś podejrzewałam, do czego to wszystko zmierza, a rzadko mi się to zdarza. :)

Zgrzytnęła mi wzmianka o Hitlerze, bo jak wprowadzasz fakt (jeden, w jednym miejscu) do zupełnej fikcji, to mi to nie pasuje. Ale potem przeskanowałam tekst jeszcze raz, łącznie z początkiem z 1492 roku, i już sama nie wiem, czy zgrzytnęło mi słusznie.

I podobało mi się, ogólnie rzecz ujmując.

Cóż, Ocho, starałem się właśnie, by czytelnik odczuł, że ten tekst nie jest kompletną fikcją. Miał on sprawiać wrażenie nieoderwanego kompletnie od rzeczywistości (stąd wspomnienie o Hiszpanii, w miarę wiernie odwzorowany etap podróży Kolumba, zwyczajne Polskie imiona no i Hitler), na zasadzie “co by było gdyby?” Widać zabieg nie udał mi się w stopniu wystarczającym.

Bogusławie, ostatnio odkryłem, że bardzo wygodnie pisze mi się teksty, które mogą funkcjonować zarówno jako elementy większej całości, jak i pełnoprawne opowiadania. To daje wiele pola do manewru, z czego skrzętnie korzystam.

Vyzarcie, pewne nawiązania do rzeczywistości są oczywiste, i rok 1492 również nie pozostawia wątpliwości. Tekst dotyczy jednak jakiejś tam przyszłości, w naszym świecie, więc polskie imiona są jak najbardziej na miejscu. Co do podróży Kolumba – to znowu przeszłość na tyle odległa, że sobie można ją mitologizować i umagiczniać do woli. Natomiast ten Hitler – podstawienie felinów w miejsce – albo obok – którejś z innych, realnych grup, mnie wydało się dość ryzykowne. I zgrzytnęło.

Ale dopuszczam również myśl, że nie mam racji, albo zwyczajnie się czepiam. To tylko moje wrażenie. :)

Pozdrawiam.

EDIT: Aha, w poprzednim poście napisałam, że wątpliwości co do słuszności moich uwag naszły mnie, gdy przejrzałam tekst jeszcze raz. A właściwie – gdy wróciłam do początku, do roku 1492. Bo ten początek wyjaśniał, że felini nie wzięli się znikąd, nie okazali się kotami z kapelusza. No, więc chyba jednak to Ty masz rację, nie ja. :)

"Mógłby powiedzieć to wszystko, tylko że wtedy musiałby, dlaczego posiadał taką wiedzę, a tego wolał uniknąć. "– musiałby dodać?

Dalej nie poprawileś błędu z "obojgu zaginionych".

 

Jest ciemność, godzina jak dla mnie, nieprzytomnie wczesna, a podróżnik dość bezceremonialnie porwał mnie na swoją wycieczkę. Lubię postapo, sama fabuła przyjemnie nawiązuje do zakazanej (spoiler!) miłości, rodem z Romka i Julki lub Trystka i Izy. Narracja współgra z postacią głównego bohatera (dziarski staruszek, ze spokojem przyjmujący świat), tło i historyczne nawiązania tworzą zrąb interesującej alternatywnej rzeczywistości. No i pozytywne zakończenie, kontrastujący z rzeczywistością postapo wyróżnik. Pozwól więc, że przytulę biblioteczne wciskadełko.

 

Z krytyki: dziadzia zawsze komandos to tak chyba z przymrużeniem oka, co? Gdzie to lupanie w kościach, gdzie bolesne zderzenia z drzacymi dłońmi lub własną niezgrabnością ruchów? Obniżasz omnipotencją jego wiarygodność, moim zdaniem.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dzięki za wizytę, Psycho. Cieszę się, że opowiadanie przypadło ci do gustu. Jeśli chodzi o głównego bohatera, to przyznam się bez bicia, że zawsze mam problem z tym, że mimo moich szczerych chęci po skończeniu pisania tekstu okazuje się, że główny bohater zawsze jest trochę “przekokszony”. Niemniej warto jest patrzeć na to z lekkim przymrużeniem oka, bo nie pisuję przecież – a przynajmniej staram się – tryskających patosem straszydeł.

A tak na marginesie –  moje spojrzenie na dziarskich staruszków i ich możliwości fizyczne trochę zmieniło się odkąd obejrzałem zwiastun trzeciej części “Niezniszczalnych” i odkryłem, że Sylvester Stallone ma już siedemdziesiąt lat. Nie należy lekceważyć staruszków i w ogóle.

 

Stalllone ;-)

 

Nominowałem to opowiadanie, bo warto takie teksty promować. Tak uważam. Howgh! A może: Bul? Zgaduję, że było pisane na Koegzystencję?

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Cóż, dziękuję za nominację. Tekst był pisany pod kątem Świetlnego Pióra, gdzie w regulaminie maksymalna długość tekstu określana jest ilością stron, a nie znaków. Czytając tenże regulamin nie wziąłem pod uwagę punktu o interlinii 1,5 (zwykle piszę teksty z interlinią 1), po której zastosowaniu okazało się, że opowiadanie rozjechało się i ma pięć stron więcej niż przewiduje regulamin. Przez ten właśnie pokaz własnej niespotykanej elokwencji nie wystartowałem w tegorocznej edycji Świetlnego Pióra. Ot, życie.

Czytało się bardzo przyjemnie, dziadzia komandos daje radę, świat ciekawy, ogólnie – robi apetyt na dalsze teksty w tym uniwersum.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Wciągający tekst, choć końcówka trochę zbyt łopatologiczna.

Sorry, taki mamy klimat.

Przeczytałam z przyjemnością, intryga mnie wciągnęła, choć puenta przewidywalna. Tekst płynie, opisy są plastyczne i nieprzesadzone, bohaterowie, choć dosyć schematyczni, to jednak żywi. Bardzo podobał mi się zabieg z wprowadzeniem felinów już za Kolumba i pociągnięciem współistnienia przez całą historię (Hitler). Dziadek-komados trochę przesadzony w swoich super siłach, ale “Red” mi się podobał (zdecydowanie bardziej od “Niezniszczalnych”) i rozumiem sentyment. Nic nowego nie napisałam, o czym nie wspomnieli do tej pory komentujący…:) Złapałam parę literówek:

Ci pierwsi niszczą go po prostu trochę mniej pieczałowicie, sam pan rozumie.

pieczołowicie

– Mówiłem ci, szympansie, że to ma stąd zniknąć – wysyczał pierwszy [+,] wskazując kijem znak przekreślonego kota.

Te małe bateryjki mają niezłego kopa, a gdy się wyczerpią, są automatycznie wyrzucane na ziemie.

ziemię

 

Cóż mogę rzec? Dziękuję za dobre słowo i kolejną nominację. Jeszcze tylko jedna i mój poziom szczęśliwości znacznie wzrośnie.

Czytając tenże regulamin nie wziąłem pod uwagę punktu o interlinii 1,5 (zwykle piszę teksty z interlinią 1), po której zastosowaniu okazało się, że opowiadanie rozjechało się i ma pięć stron więcej niż przewiduje regulamin.

Ciężki fuckup. Ale wiesz co?

 

Na dobre wyszło opowiadaniu, że nie zdecydowałeś się go skracać pod konkurs. Ja to zrobiłem w zesżłym roku (tj. gwałtowne cięcie końcówki) i tekst stał się… “berylowy” ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Wstęp wydaje mi się zbędny. Niby tłumaczy pierwsze spotkanie felinów i ludzi, ale ogólnie znużył mnie swoją bezcelowością, a raczej minicelowością. Jak później nic o tym nie było – zawiodłam się. Te pare tysięcy znaków, które poświęciłeś początkowi wolałabym widzieć w nieco bardziej rozwiniętym końcu. Bo to znowu mam uczucie jest opowiadanie nieskończone. Początek opowieści dłuższej.

Ale rozumiem ten problem. Ostatnio łapię się na tym, że tworzę światy i historie, które najchętniej chciałyby przerodzić się w powieść. Ciężko to okiełznać.

Ale skoro już pomarudziłam, to powiem co mi się podobało. Mianowicie – cała reszta ;) Narracja miodzio i chociaż nie przepadam za światami alternatywnymi, ten mi się spodobał. Historia wciągneła mnie dopiero w 1/3, ale potem leciała jak na nałogu, po więcej i więcej, aż uderzyłam o zakończenie. Guz zawodu wyrósł mi na czole, ale to nic. Nie można zawsze mieć wszystkiego :P

No! Doczekasz sie tej trzeciej nominacji ]:->

Tylko nie "Tęcza"!

Zapomniałam o poprawkach:

 

Gra się skończyło, nie było potrzeby dalej ciągnąć maskarady.

skończyła

Jego modele łoiły elektromagnetycznym jak telewizory sprzed dwóch wieków.

Elektromagnetycznym czym? Piskiem? Szumem?

Uciekliby stąd otuleni kamuflażem płaszczy, uwili spokojne gniazdko daleko stąd.

stąd stąd

Nie miał jednak wyjścia, musiał zrobić do niej dobrą minę.

Chyba lepiej samo "robić".

Tylko nie "Tęcza"!

Trochę zgłupiałam, kiedy ujawniłeś prawdę o pochodzeniu felinów.

Chciałeś, aby czytelnik nie poczuł się całkiem oderwany od rzeczywistości, dlatego wplotłeś w fabułę wzmiankę o wyprawie Kolumba a potem o Hitlerze. Mnie to właśnie zaskrzeczało. Rozumiem zamysł, ale nie czuję się przekonana. Poza tym podoba mi się wizja kotów zajmujących się rolnictwem i uprawiających m.in. rzepak.

Opowiadanie napisane jest, nie licząc kilku potknięć, całkiem porządnie, więc lektura okazała się satysfakcjonująca. ;-)

 

Za­czy­nał mieć złe prze­czu­cia, mimo że w grun­cie rze­czy lubił małe po­kor­po­ra­cyj­ne­go mia­stecz­ka. – Pokorporacyjne miasteczko miało potomstwo? ;-)

Za­czy­nał mieć złe prze­czu­cia, mimo że w grun­cie rze­czy lubił małe, po­kor­po­ra­cyj­ne­ mia­stecz­ka.

 

…męż­czy­zna leżał już bez przy­tom­no­ści na dro­dze. Nim jego to­wa­rzysz zdo­łał za­re­ago­wać, osu­nął się już na zie­mię… – …męż­czy­zna leżał już bez przy­tom­no­ści na dro­dze. Nim jego to­wa­rzysz zdo­łał za­re­ago­wać, także osu­nął się na zie­mię

 

Od­wró­cił się i po­no­wił marsz, nie oglą­da­jąc się za sie­bie.Od­wró­cił się i wzno­wił marsz, nie oglą­da­jąc się za sie­bie.

Ponowić – rozpocząć coś kolejny raz, zacząć od nowa. Wznowić – kontynuować po przerwie.

 

Je­dy­ny­mi róż­ni­ca­mi była nowa twarz za barem i za­wie­szo­na na drzwiach ta­blicz­ka przed­sta­wia­ją­ca prze­kre­ślo­ny wi­ze­ru­nek kota w czer­wo­nym okrę­gu. – Mówisz o różnicach, więc: Je­dy­ny­mi róż­ni­ca­mi były

 

Pa­mię­tał, że kie­dyś można tu było do­stać praw­dzi­wą her­ba­tę, ale obec­nie rzad­ko kogo było stać na po­kry­cie kosz­tów jej trans­por­tu do Eu­ro­py. – Wolałabym: …ale obec­nie rzad­ko jest kogoś stać na… Lub: …ale obec­nie mało kogo jest stać

 

…od­parł Adam, ro­biąc ko­lej­ny łyk na­pa­ru. – W jaki sposób Adam robił łyki naparu? ;-)

Proponuję: …od­parł Adam, upijając ko­lej­ny łyk na­pa­ru. Lub: …od­parł Adam, przełykając ko­lej­ny haust na­pa­ru.

 

…opo­wie­dzia­ła o po­twor­nej po­sta­ci, która wy­su­nę­ła się zza ścia­ny drzew. Ro­słej syl­wet­ce o twa­rzy za­kry­tej maską, mimo upału otu­lo­nej czar­nym płasz­czem. – Niełatwo wyobrazić sobie rosłą sylwetkę, której twarz jest zakryta maską i otulona czarnym płaszczem. ;-)

Proponuję: …opo­wie­dzia­ła o po­twor­nej po­sta­ci, która wy­su­nę­ła się zza ścia­ny drzew. Była ro­sła, mimo upału otu­lo­na czar­nym płasz­czem, z twarzą zakrytą maską.

 

…za­py­tał Adam, po­chy­la­jąc się nad po­ła­cią zmal­tre­to­wa­nej trawy. – Wolałabym: …za­py­tał Adam, po­chy­la­jąc się nad po­ła­cią stra­to­wa­nej trawy.

 

Dzię­ki Bogu – od­par­ła Nara…  – Czy felina ma na myśli konkretne bóstwo?

 

Nie wiem, czy zwró­ci­li­ście na to uwagę, ale ten dom ma wy­so­kie i so­lid­ne fun­da­men­ty. – Nie mam pojęcia o budownictwie, ale wydaje mi się, że o fundamentach mówi się chyba głębokie.

W jaki sposób Adam zauważył solidność fundamentów? ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Opowiadanie od strony formalnej jest dobre, sprawnie napisane, lekko wchodzi, ale:

– zupełnie nie podeszła mi kreacja tych kotoludzi. Chodzi o to mianowicie, że to są z zachowania i myślenia w zasadzie ludzie, tyle że z gębą cota. Brakuje mi wykazania takich nieprzeskakiwalnych różnic między gatunkami, tak żeby wprowadzenie tej nowej rasy nabrało większego sensu;

– bohater jest strasznie przypakowany. W sumie nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie był dziadem. Dziad-komandos, który wszystkim klepie michy, trochę zgrzyta ; )

 

I po co to było?

Nowa Fantastyka