- Opowiadanie: lisette1 - MUCHY

MUCHY

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

MUCHY

 

 

 

Śnieg skrzypiał pod butami, księżyc wysrebrzał wierzchołki drzew, w powietrzu unosił się zapach śmierci, a las usiany był krwawymi, ludzkimi szczątkami. Boże co tu się stało? Trupio sine kończyny, naderwane głowy, kości, strzępy mięsa, flaki odcinające się od bieli śniegu. Wszystko to rozerwane lub rozszarpane. Dziesiątki, a może i setki dowodów ludzkiego bólu i cierpienia. Gdybym miała pełny żołądek pewnie już dawno jego zawartość znalazłaby się na zewnątrz. Ale nie miałam nic w ustach od dwóch parszywych dni, a i wtedy porcją z przydziału, na którą składały się trzy łyżki konserwy i dwie kromki chleba podzieliłam się z Tepinem. Wszystko dlatego, że Tepin był dla mnie dobry i nieustannie mnie wspierał, podczas gdy inni nazywali świruską. Może i byłam szalona, cierpiałam na schizofrenię lub coś takiego, ale Tepin zrobił dla mnie ciepłą kurtkę z futra kotów, żebym nie marzła. Wiem o czym myślicie. O tym, że zabijamy domowe zwierzątka, żeby się ubrać. Gorzka bolesna prawda, nawet banalna, ale tu, w tym świecie rządzi prawo dżungli. Słabszy po prostu umiera. Większość mnie pewnie potępi, ale to życie nas do tego zmusiło. Owszem wyprało nas z wielu wartości, starło kanty moralne, ale nie jesteśmy jak Tamci, ci po których idziemy. Wystarczy się rozejrzeć. Dookoła ludzkie szczątki, nogi ręce, dziecięce małe stopy, wszystko to wbrew pozorom nie gnijące ścierwa, o nie. To pyszne kąski upchnięte w śnieg, by dłużej zachowały świeżość. Ja wolę głodować, czuć uporczywe ssanie w żołądku, które przypomina mi, że jestem człowiekiem, nie jak Tamci – zwierzęciem. Co bardziej przerażające zwierzęciem rozumnym, człowiekiem pozbawionym wszelkich hamulców moralnych, dalekim od dekalogu silnym i słabym zarazem. Słabym, bo nie potrafiącym pokonać głodu. Ci tam nazywani przez nas Muchami polują na swój gatunek by zaspokoić głód. Człowiek zabija człowieka. My wolimy pościć.

– Slim? – odezwał się nasz dowódca, Al. – Jak u ciebie?

– Rzekłbym, że czysto, ale rzygać mi się chce. Dawno nie widziałem tylu kurewskich zwłok w jednym miejscu. To są jakieś pojeby!

– Tak, też to widzimy – przytaknął Albercik, zwany przez wszystkich Alem.

Potrafił świetnie dowodzić naszą pięcioosobową grupą, miałam wrażenie, że wie wszystko, zawsze jest gotowy i ma w zanadrzu jakiś plan B, a nawet C. Był do przesady uprzejmy, więc człowiek miał wrażenie, że to nie rozkaz wykonuje, a nagina się do subtelnej prośby. I jakkolwiek Albercik idealnie wpasował się rolę dowódcy, z przykrością muszę stwierdzić, że był szczególnie obrzydliwym przedstawicielem męskiego gatunku. Owszem odstawał od ziemi na całe sto dziewięćdziesiąt centymetrów, ale na tym jego wizualne zalety się kończyły. Pomimo wszech panującego głodu jakimś cudem jego twarz pozostała okrągła z niezliczonym mnóstwem podbródków. Nie to było jednak najgorsze, a mianowicie, że był krzywozębym, pryszczatym pokrytym głębokimi zmarszczkami trzydziestolatkiem. Przekrwione ślepia wyglądały tak jakby raczył się whiskey od rana do wieczora. Tylko, że Al był trzeźwy, zawsze trzeźwy. Co innego Dean.

W moim uchu coś zatrzeszczało i dało się powtórnie słyszeć głos dowódcy.

– Slim i Dean, panowie idziecie od tyłu. Tepin i Laska zapraszam od frontu, ja biorę dach. Bądźcie nad wyraz ostrożni, sądząc po zapasach musimy mieć do czynienia z jakąś cholernie popapraną grupą, bestialską, nad wyraz ułomną i pozbawioną skrupułów.

Wtrącił się bezpośredni jak zawsze Slim.

– Mów ty, kurwa po ludzku, że pokurwieni dokumentnie. Ja pierdolę, widziałem cyc!

– Duży? – podchwycił ochoczo Dean.

Problem z Deanem polegał na tym, że jak na dziewiętnastolatka przystało, jeśli już myślał, to głównie fiutem. Nie stronił od whiskey, tego jednego nigdy nie brakowało. To właśnie przez nią popękane naczynka barwiły jego policzki szkarłatem, a płaski nos oblewał się niezdrowym rumieńcem. Dean roztaczał wokół siebie gęstą atmosferę rozwiązłości seksualnej, perwersji, rozpusty i wszystkiego tego, za co kościół pewnie skazałby go na piekło. Ale kościół nie istniał, a piekło mieliśmy na ziemi, więc kto by się tym przejmował. Mimo, że Dean był na swój sposób przystojny, szczery, serdeczny, to rzadko widywałam go z kobietami. Nie dlatego, że były ślepe. On przeważnie wolał facetów.

– Hej, Al. – zagadnął do dowódcy. – Dlaczego jak już człowiek sypia z facetami, to wszyscy wysyłają go od tyłu? – żachnął się . – To takie stereotypowe. Kiedy ja lubię od frontu, patrzeć mężczyźnie w oczy, spijać rozkosz z jego ust.

– Daj pożyć, człowieku – oburzył się Slim.– Wkoło trupy leżą, a ty ględzisz o pieprzeniu. Idziemy od tyłu i koniec.

– Jak zwykle nikt mnie nie rozumie – westchnął niepocieszony Dean.

To był kolejny problem Dean'a, nigdy nikt go nie rozumiał. Nikt, poza mną.

– Laska, ale ty mnie rozumiesz? – spytał.

Spojrzałam na idącego obok mnie Tepina, który uśmiechnął się szeroko.

– Rozumiem – burknęłam, bo wszyscy wychodzili z założenia, że my „ludzie z problemami” rozumiemy się na tym samym poziomie mentalnym. Tylko, że moje „problemy” były zgoła odmienne od tych, które utrudniały życie Deanowi. Moje je po prostu paraliżowały.

– Te Laska – spytał Slim – a ty coś widzisz, przez te swoje bryle?

Zawsze się ich czepiał, a nosiłam te czarne okulary odkąd dwa miesiące temu wyszłam ze szpitala. W zasadzie to się w nich obudziłam i nie zdjęłam ani razu. Dlaczego? Bo lekarze poinformowali mnie, że w wypadku ucierpiały moje oczy i jeśli chcę odzyskać wzrok, widzieć wszystko jak przedtem, muszę je nosić bez przerwy przez co najmniej trzy miesiące. A więc jeszcze trzydzieści jeden dni, odliczałam, i znowu będę widzieć kolory. Teraz świat był szary, mniej szary, lub bardziej szary, ale jednakowo pozbawiony barw. Nie zdejmowałam zatem czarnych szkieł ani podczas snu, akcji czy kąpieli, jakby zrosły się ze mną na stałe. Ot ktoś powiedziałby dziwactwo, ktoś inny talizman.

– Nie martw się, Slim, widzę jaki jesteś brzydki – zripostowałam.

Tepin idący tuż za mną parsknął. On jeden mnie rozumiał. Może dlatego, że w tej chorej wojnie, między Nami a Nimi stracił siostrę, a ja też nikogo nie miałam. Wróć. Nie wiedziałam, czy kogoś mam. W szpitalu powiedzieli mi, że miałam wypadek i dużo szczęścia, ale już jest dobrze, i mogę sobie iść. Sęk w tym, że nie pamiętałam kim jestem. Czy mam jakiś bliskich, rodzinę, która się o mnie martwi, dom, przyjaciół? Czyli wszystko to, co w czasie tej wojny mogłoby mi zapewnić bezpieczeństwo. Po cholerę mnie w ogóle ratowali, skoro wypuszczając ze szpitala, skazali mnie na pewną śmierć. Błąkałam się przez tydzień po zrujnowanych ulicach, kradłam, zabijałam w obronie własnej, mieszkałam w kartonie razem z bezdomnym psem. I niewiele brakowało a oboje padlibyśmy z głodu. I wtedy znalazł mnie Tepin. Zaraz pojawił się Dean, powiedział: „Niezła laska”. I tak już zostało. Od tamtej pory wołają na mnie Laska, całkiem nieźle, skoro i tak nie pamiętam swojego imienia. Al się nade mną zlitował, przygarnął do zespołu.

To wszawa, wykańczająca psychicznie robota. Za cieknący dach nad głową oraz marne racje żywnościowe, zabijamy tych, którzy ukrywają się w lesie i polują na ludzi, dla ich mięsa. Wmawiam sobie, że walczymy o lepsze jutro dla tych, którzy ocaleli. Jest jednak coś wewnątrz mnie, co nie pozwala mi się utożsamiać z misją ratowania świata. Bo gdzieś, może na dnie duszy, może w przebłyskach pamięci lub świadomości czuję, że… że to nie jest mój świat. Wiem, to popaprane, bo niby gdzie miałby być, gdzie i do kogo miałabym należeć, jak nie tu? Tepin twierdzi, że te moje „problemy” mają związek z wypadkiem, że coś mi się poprzestawiało w zwojach. Ale uczucie wyalienowania jest tak dojmujące, że trudno mi je zlekceważyć. I jeszcze ten cień, podążający za mną…

W odległości dziesięciu metrów pojawił się dach starej fabryki

W słuchawce zgłosił się Slim.

– Jesteśmy na miejscu. Kurwa, ale piździ. Dzięks Tep, za te kurtki z dachowców.

Mogłam sobie wyobrazić jak szczerzy się w głupkowatym uśmiechu.

– Nie ma za co. My też od frontu. Al?

Dowódca włączył się po chwili.

– Miło mi was słyszeć. Donoszę uprzejmie, że jestem na dachu.

– Ty Al weź kurwa tylko za uprzejmy dla Much nie bądź, bo jak cię będą wpierdalały to jeszcze im będziesz „smacznego” życzył – poradził Slim.

– A strzegł cię Bóg – zaśmiał się Albercik, ateista jakich mało. – Nie wiemy ilu ich tam jest. Jak już mówiłem towarzystwo wyjątkowo paskudne. Nie dajcie się złapać żywcem, a jeśli to nastąpi…– tu nastąpiła wymowna pauza.

Wszyscy wiedzieliśmy co należy zrobić. Każdy za nas został zaopatrzony w ampułkę. Taka ampułka ponoć zabierała człowieka na drugi koniec tęczy, czyli krótko mówiąc w sytuacji kryzysowej pozwalała na bezbolesną śmierć. Lepsze to, niż zostać pożartym żywcem. Ale ja miałam jeszcze coś. Zioło, które hamowało moje ataki.

– Wchodzimy, panie i panowie – zarządził Albercik. – Robimy swoje, a później poakcyjna potańcówka.

– Zapomnij – warknął Slim – że będę słuchał tej lamerskiej muzy i silił się na kurewski romantyzm, bo wpadnie twoja stara. Pardon, ale prawdziwy ze mnie skurwysyn, nie pizduś – glancuś

– A ja – rzekł Dean z przekorą, który wyczuł prztyk – z przyjemnością zanurzę się w gniazdku rozpusty i będę romantyczny do zrzygania.

Zaczailiśmy się z Tepinem pod murem. Teren był rzec można czysty, gdyby nie patrzeć na szkarłatny śnieg noszący znamiona masakry. Pustka, mróz, wiatr lekko stukał zdezelowanymi oknami i podzwaniał siatką ogrodzenia. Może nikogo tu nie ma, karmiłam serce zwodniczą nadzieją. Może już sobie poszli.

– Od tyłu pusto – zatrzeszczał Dean. – Co za brak ogłady, żadnego powitania, nikt na nas nie czeka. Totalna ignorancja.

– O co ci chodzi? – pieklił się Slim. – Mają cię witać z widelcami i nożami w ręce zapraszając na kolację? Idiota! Zgłaszam, że ostatni raz jestem z nim w parze. To już wolę, kurwa Laskę. Ta przynajmniej ma ciekawe odjazdy.

– Jak zwykle nikt mnie nie rozumie – westchnął Dean.

Poruszaliśmy się powoli, wsłuchując się w najmniejszy nawet szelest, drgnięcie powietrza. I wtedy zauważyłam coś dziwnego.

– Tepin, spójrz tam – wskazałam głową coś jakby zielony krzak.

W samym środku zimy, wśród nagich bezlistnych krzewów i gałęzi przycupnęła sobie ta dziwna roślina.

– Jest zielona – zauważył Tepin. Wiedział, że nie widzę kolorów.

Stanęliśmy nad znaleziskiem i zainteresowaniem zaczęliśmy się temu przyglądać.

– Dziwnie pachnie – stwierdził Tepin.

Pochyliłam się, żeby sprawdzić. Był to ostry mdły nie możliwy do pomylenia z innym zapach. Śmierć. Martwą ciszę przerywał tylko jeden, trudny do zidentyfikowania dźwięk. Pomimo iż był środek nocy, widoczność była dobra, jak podczas pochmurnego szarego świtu. Ten krzak, ta roślina… Przyglądałam się jej badawczo. I wtedy otworzyła oczy. Oczy pełne bólu i cierpienia. Odskoczyłam do tyłu, równocześnie wysuwając przed siebie broń. Jasna cholera! Ból ścisnął mi serce. To był człowiek.

Tepin zaczął ściągać z niego zielsko i powoli wyłaniał się zarys ludzkiego ciała. Ramiona, brzuch.

– Kurwa – zaklął szpetnie Tepin – przyprawili ją.

Kobieta, bo krzak okazał się kobietą, miała dziurę wygryzioną w piersi i w okolicy pępka. Była doszczętnie pozbawiona lewej łydki i co najgorsze, żyła. Tepin wyciągnął nóż. Wiedziałam co chce zrobić. Nie było dla niej ratunku. Mróz, który do tej pory utrzymywał ją przy życiu i tak za chwilkę by ją wykończył. Tepin mógł jej zagwarantować szybką śmierć. Kobieta jakby przeczuwając co ma nastąpić zamknęła oczy. Ja zamknęłam swoje. Usłyszałam tylko mlaśnięcie i było po wszystkim. Tepin zameldował:

– Al! Są bardziej niebezpieczni i pomyleni niż się tego spodziewaliśmy.

– Zrozumiałem. Bądźcie szczególnie ostrożni. To nie fabryka, właśnie odkryłem, że przed wojną znajdowało się tutaj jakieś laboratorium. Być może miał miejsce wyciek jakiś chemikaliów. Niczego nie dotykajcie. Bez odbioru.

Otworzyłam oczy. Czułam jak strach podpełza coraz bliżej. Kątem oka, gdzieś na lewo dostrzegłam ruch. To Cień przemknął, by dać mi znać, że jest w pobliżu. Pojawiał się zawsze gdy się bałam. W szpitalu po przebudzeniu, w ciemnej uliczce gdy walczyłam o życie z gwałcicielem, gdy utknęłam w studni. Był tam zawsze i wyciągał rękę, jakby mówił „ chodź ze mną, uwolnię cię, zabiorę w lepsze miejsce”. Ale to była tylko moja wyobraźnia, tak twierdził Tepin.

– Laska, Laska – potrząsnął mną. – Znów tu jest? Cień? Prawda? Masz odjazd. – Objął mnie i przytulił.

Nie mógł go widzieć, tylko mnie kopnął ten zaszczyt bycia świrem.

– Był, ale już sobie poszedł – skłamałam.

Z jakiegoś powodu chciałam kryć Cień. Tak, to niedorzeczne. Jak mogłam chronić wymysł mojego umysłu i przed czym? Ale nie chciałam by sobie poszedł. Czasami… czasami Cień był duży i niebezpieczny. Innym razem gdy zasypiałam pojawiał się znienacka mały niczym dziecko i pochylał nade mną. Czułam, że gdybym się postarała, wytężyła słuch, to usłyszałabym co chce mi powiedzieć. Jednak zdrowy rozsądek zawsze gorliwie oponował. Nakazywał powrót do szarej, przerażającej rzeczywistości. I tak było tym razem. Chciałam, tak bardzo chciałam pójść za Cieniem, być może w chorobę, ale gdybym to zrobiła, gdybym straciła kontakt z rzeczywistością, skończyłabym jak ta kobieta. Pożarta przez Muchy. Czułam się jak na ontologicznym rozstaju dróg, nie wiedząc, którą wybrać, która okaże się właściwa.

 

Ciężkie, metalowe drzwi zaskrzypiały gdy weszliśmy do środka. W pierwszej chwili uderzył w nas niewyobrażalny odór. Tepin zapalił latarkę przymocowaną do broni i oczom naszym ukazał się labirynt korytarzy z serpentyną stromych schodów.

– Idziemy – nakazał.

Cień przemknął po mojej prawie i skrył się za kolumną. Jak nigdy miałam ochotę podążyć za nim, ale to było przecież niedorzeczne. Nagle rozległy się krzyki i strzały. Slim meldował:

– Kurwa, kurwa! Potrzebne wsparcie! Pierdolone Muchy! – Seria z karabinu. – Jedyne co mogę dać potrzymać w ustach tej suce to mojego fiuta!

– Obawiam się – włączył się Dean – że byś go stracił.

Biegliśmy wzdłuż głównego korytarza oznaczonego jako C2. Betonową posadzkę szpeciły kałuże Bóg wie czego. Krwi? Chemikaliów? Nie próbowałam zgadywać. Z korytarza po prawej wybiegł mężczyzna, tłusty jak zdrowe prosię. Widać Muchy nie znały co to głód. Wypuściłam serię z karabinu, a później następną i następną, gdy nadbiegli kolejni. Trzask z lewej! Tepin wrzasnął! Obróciłam się błyskawicznie. Jakaś zdziczała baba wskoczyła mu na plecy i wgryzała się w szyję. Skoczyłam. Zamach był duży, a cios silny. Stopka kolby karabinu idealnie wpasowała się w rozczochraną głowę.

– Dzięki – sapnął Tepin, strzepując z siebie Muchę. – Gdzie jesteście? – zagadnął do reszty.

– Korytarz A3 – odpowiedział Slim. – Dean stracił ucho, normalnie mu je, kurwa suka odgryzła, a idiota pewnie myślał, że to gra wstępna. – Zaśmiał się, lecz niemalże natychmiast spoważniał. – Odwrót! Odwrót!

Al zaczął mu wtórować

 – Panie i Panowie, zarządzam ewakuację!

Cień ledwie zauważalny mignął po mojej lewej i ręką wskazał kierunek.

– Tamtędy – rzuciłam do Tepina.

Biegliśmy! Światła latarek cięły pustą przestrzeń. Ciężkie oddechy mieszały się, z głośnym tupaniem butów o posadzkę. Cień mignął mi na metalowych schodach prowadzących w górę.

– Tędy – krzyknęłam, zastanawiając się równocześnie dlaczego zawierzam życie fantasmagorii mojego umysłu. – Tepin? – spytałam, zerkając przez ramię. Ale go tam nie było. – Tepin!?– Zatrzymałam się.

Spróbowałam odszukać go na kanale, ale się nie odezwał.

– Chłopaki, zgubiłam Tepina.

– Lepiej go znajdź, Laska i wynośmy się stąd. Za dużo ich. Przeliczyliśmy się.

Zaczęłam zbiegać w dół, ale Cień zastąpił mi drogę i pokręcił przecząco głową. Pierwszy raz pojawił się przede mną tak duży, tak blisko i na tak długo. Jakby szaleństwo zaczynało nabierać cech rzeczywistości. Cień istniał naprawdę. Zamknęłam oczy i pokręciłam głową. Kiedy je otworzyłam Cienia nie było. Nie istniał. Okazał się egoistyczną projekcją mojego umysłu napędzaną przez strach. Kazał mi stchórzyć, ratować własne życie i zostawić przyjaciela.

Cofnęłam się do korytarza i już z daleko zobaczyłam sylwetkę Tepina rozciągniętą na ziemi. Rzuciłam się w jego kierunku.

– Tepin! – Trzasnęłam kolanami o podłogę. – Znalazłam go – zameldowałam. – Poświeciłam mu latarką w twarz. Miał otwarte, rozumne oczy, z trudem próbował coś powiedzieć. Nie odnotowałam żadnych ran. – Co ci?

– Pa… pa…

– Czy ty się ze mną żegnasz?

Przewrócił oczyma, a ja uśmiechnęłam się do niego.

– Ją… ki… – wyrzucił z siebie z trudem.

– Co?

Strzelił oczyma, gdzieś ponad moim ramieniem. Odwróciłam się nakierowując promień latarki na ścianę. Dopiero po chwili w ciemnej zbitej masie dopatrzyłam się tysięcy małych pająków.

– O cholera! Spieprzamy stąd!

Wsunęłam ręce pod jego ramiona i próbowałam pociągnąć w kierunku schodów, ale kawał był z niego chłopa. Poczułam lekkie ukłucie na karku, lecz w ferworze walki z grawitacją i ciałem Tepina, zignorowałam je zupełnie. Uszłam raptem dwa metry, kiedy moje nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Czułam, że zamiast nich mam dwa ciosane kołki. Po chwili to dziwne drętwienie dotarło do brzucha, później ramion. W kilkanaście sekund nie czułam już nic. Może nie zupełnie. Nie mogłam się ruszyć, a jednak chłód posadzki, przenikał mnie do szpiku kości. Cholera pająki musiały być jadowite. Ostatkiem sił spróbowałam coś powiedzieć, wezwać Dean’a, Slima, poprosić żeby się po nas cofnęli, ale z moich ust wydobył się tylko cichy warkot. Nawet Cień się nie pojawił.

– Wynosimy się stąd – darł się Slim. – Laska, Tepin? Laska, Tepin, musimy wiać! – Nie zostawiajcie nas, piszczałam w myślach. – Będziemy na was czekać w punkcie zbiórki. – Nie!!!!

Czy umrzemy? – zastanawiałam się. Czy zdążymy to zrobić zanim zjawią się Muchy? Odpowiedź przyszła po kilkunastu minutach. Najpierw usłyszałam kroki, a później sapanie. Z całych sił starałam się ruszyć ręką, nogą, może paraliż powoli ustępował. Niestety… Jakby całe moje ciało było wykonane z ciężkiego ołowiu.

Kroki ucichły. Ktoś stał nade mną i sapał, ale nie mogłam odwrócić głowy by go zobaczyć. Zdaje się, że zaliczyłam kopniaka w plecy. Bolało i to przerażało mnie najbardziej.

– Będzie uczta – wychrypiał jeden z nich.

– Dużaaaa uczta – przytaknął ten drugi.

Czułam zapach nie umytych ciał i odór zgnilizny, gdy jeden z nich pochylił się by mnie podnieść. Przerzucił mnie sobie przez plecy i ruszył. Niczego tak bardzo nie chciałam jak umrzeć, teraz właśnie w tej chwili.

Zaniesiono nas do dużej sali i położono na laboratoryjnych stołach. Gdyby nie moje okulary jasne światło jarzeniówek pewnie wypaliłoby mi gałki oczne, których nie mogłam zamknąć. Słyszałam głosy, odgłos krzątaniny. Ktoś powiedział, żeby nas rozebrać. Brudne ręce ściągały ze mnie spodnie, kurtkę z kota, ostry nóż zamajaczył w powietrzu i opadł w dół przecinając na pół moją koszulkę i przy okazji raniąc mi brzuch. Jeden z Nich zlizał swoim ohydnym jęzorem cieknącą krew. Gotowałam się w środku, niemoc mnie rozsadzała. „Pomocy” krzyczałam mentalnie, „Nie dotykajcie mnie”.

– Jestem głodny – powiedział jeden z Nich.

– Zacznijmy od niego, a ją pokroimy i ugotujemy.

Wzdrygnęłam się na samą myśl, a moje ciało pokryło się gęsią skórką. To znaczy stałoby się tak, gdybym nie była sparaliżowana. Ale byłam. Nie mogłam krzyknąć, ledwie oddychałam i najwyraźniej czekała mnie okrutna śmierć. Pomyślałam o Tepinie, o jego czarnych nieprzeniknionych oczach, szlachetnej twarzy, uroczym uśmiechu i zdałam sobie sprawę, że kocham tego faceta całym sercem. On mnie uratował, przygarnął, ubrał. Jako jedyny wiedział o Cieniu, owszem inni nazywali moje ataki odjazdem, ale tylko jemu odważyłam się powiedzieć całą prawdę. Tepin mnie naprawdę rozumiał. Nie osądzał, nie patrzył jak na świruskę. A teraz chcieli go pożreć. Gdybym mogła zrobić cokolwiek. Skupiłam się by coś mu powiedzieć, żeby wiedział, że go kocham, ale moje usta nawet nie drgnęły. Usłyszałam brzdęk metalu, mlaskanie i piłowanie, a później ochrypły głos zapytał „komu udko”?

Chciałam zwymiotować, ale nawet tego nie mogłam.

Tepin! Tepin! Darłam się w myślach, ale miałam nadzieję, że już niczego nie czuje. Że odszedł zanim te zwierzęta pożrą go żywcem. Szloch wstrząsnął moim wnętrzem. I wtedy poczułam odór zgnilizny tuż nad sobą. Ktoś otwierał mi usta.

– Ładne zęby. Mogę? Zrobię sobie naszyjnik.

Coś metalowego uderzyło o mój trzonowiec. Nie! Rwanie zębów na żywca? Boże niech mnie ktoś ocali! Nie chcę umierać, nie w ten sposób! Tymczasem czyjaś dłoń zacisnęła się na mojej nagiej piersi, lecz pod wpływem ostrej reprymendy „nie baw się jedzeniem” została cofnięta. Każdą komórką swojego ciała chciałam się ruszyć, odezwać chociaż zapłakać, ale niemoc była przerażająca. Słyszałam jak tną, przeżuwają, łykają mięso. Co oni robili z moim Tepinem? Chciałam go ochronić, okryć jego ciało swoim. Był moją świątynią, moim światełkiem, nie zasłużył na to.

I właśnie wtedy powrócił Cień, a przynajmniej tak mi się wydawało. Czułam jego obecność choć go nie wiedziałam. To było jak powiew ciepłego wiatru na skórze, lub muśnięcia skrzydeł motyla. Dostrzegłam ruch z lewej. Cień przemknął niepostrzeżeni i zatrzymał się tak bym mogła go widzieć. Znowu wyciągnął do mnie rękę. Uwodził, zapraszał by podążać za nim. Nie miałam już nic do stracenia, po prostu skoczyć z jednego szaleństwa w drugie. I teraz kiedy właściwie podjęłam decyzję, że pójdę z nim, nie mogłam podać mu ręki.

Weź mnie. Zabierz mnie stąd!

Cień trwał bez ruchu wciąż z wyciągniętą ręką. Brudne metalowe narzędzie zacisnęło się na mojej jedynce. Poczułam szarpnięcie, ktoś zapierał się ręką o moje czoło i rwał. Paroksyzm bólu rozlał się u podstawy szczęki aż po skroń. Chciałam stracić przytomność, wbrew jednak mym pobożnym życzeniom stale patrzyłam na Cień, a on nadal trwał z wyciągniętą ręką. W całym tym chaosie zdołałam usłyszeć coś dziwnego, innego. Wytężyłam słuch. To Cień, to on do mnie mówił. Narzędzie sadysty zacisnęło się na kolejnym moim zębie, ale ja skupiałam się na tych powtarzanych słowach. Co on mówił? „Wróć do mnie”? Tak. „Wróć do mnie, proszę” Krzyknęłam, gdy kolejny ząb został nieumiejętnie wyrwany.

Błagam, zabierz mnie stąd! Zabierz!

Cień jakby drgnął i ruszył w moją stronę nie przestając mówić: „Zrób to, proszę”.

Jak? Jak mam to zrobić. Nie mogę się ruszyć, nie widzisz! Pomóż mi!

Czułam jak krew cieknie mi po brodzie. Wówczas Cień dotknął mnie, pierwszy raz świadomie i jak najbardziej realnie. Czułam ciepło od niego bijące, jego dłoń zaciskającą się na palcach mojej i coś w moim wnętrzu pękło. Jakby puściły jakieś blokady. „Wróć do mnie”

Chciałam wrócić, tylko gdzie do kogo?

Ostry ból przeszył moją pierś, coś znalazło się w moim wnętrzu.

– Ktoś ma ochotę na serduszko? – zapytał jeden z nich.

To była ostatnia rzecz jaką usłyszałam.

 

Koniec

Komentarze

Nie lubię horrorów i nie znam się na nich, więc mogę koncentrować się wyłącznie na języku. Robisz trochę literówek. Wiem, że własne błędy trudno znaleźć. Próbowałaś zostawić tekst na kilka dni?

Interpunkcja leży i kwiczy.

Usuń tytuł, ten jeden wstawiany automatycznie wystarczy.

Wszystko dlatego, że Tepin był dla mnie dobry i nieustannie wpierał

Literówka.

silnym i słabym zrazem

Tu też, ale jaka śmieszna. :-)

po akcyjna => poakcyjna

który do tej poru

Literówka.

Babska logika rządzi!

Dzięki, poprawiłam :) Faktycznie interpunkcja nie jest moją dobrą stroną. 

Zgrabny, plastycznie napisany tekst. Moim zdaniem opisy wewnętrznych przeżyć bohaterki ociupinkę zbyt rozległe, a rubaszność oddziału eksterminatorów trochę wymuszona. To co spodobało mi się “Muchach” najbardziej to pewna, nie wiem na ile zamierzona, przewrotność. Banda szajbusów idzie zabić inną bandę morderczych szajbusów. Jedni mordują dla jedzenia, drudzy z przyczyn nie do końca jasnych, ale prawdopodobnie zbliżonych do poczucia moralnego obowiązku. Wszyscy są psychicznie popsuci zgodnie z najlepszymi tradycjami postapo. I tobie, i sobie życzę więcej podobnie udanych i klimatycznych tekstów w przyszłości! Dziękuję za umilenie nocnej warty!

na emeryturze

Ja, w przeciwieństwie do Finkli, horrory uwielbiam.

W MUCHACH odnalazłem klimat, typowy dla dobrych opowieści grozy, oraz wartką akcje, ale – niestety – także masę błędów, które w znacznym stopniu odbierały mi przyjemność czytania. Z interpunkcją faktycznie jest kiepsko, ale to u wielu autorów stan przejściowy, więc dużo czytaj, analizuj zauważone przez kolegów i koleżanki po piórze błędy, i z czasem będzie coraz lepiej ;)

Pozdrawiam.

 

Boże co tu się stało?

Przecinek po “Boże”.

Gdybym miała pełny żołądek [+,] pewnie już dawno jego zawartość znalazłaby się na zewnątrz. Ale nie miałam nic w ustach od dwóch parszywych dni, a i wtedy porcją z przydziału, na którą składały się trzy łyżki konserwy i dwie kromki chleba [+,] podzieliłam się z Tepinem.

Powtórzenia. Proponuję: Ale nie jadłam nic od (…)

Wiem o czym myślicie.

Wiem, o czym myślicie.

Dookoła ludzkie szczątki, nogi ręce, dziecięce małe stopy,

“Nogi, ręce” albo “nogi i ręce”.

Co bardziej przerażające [+,] zwierzęciem rozumnym, człowiekiem pozbawionym wszelkich hamulców moralnych (…)

Ci tam [+,] nazywani przez nas Muchami [+,] polują na swój gatunek [+,] by zaspokoić głód.

Był do przesady uprzejmy, więc człowiek miał wrażenie, że to nie rozkaz wykonuje, a nagina się do subtelnej prośby.

Niepotrzebne to “to” :P

Przekrwione ślepia wyglądały tak [+,] jakby raczył się whiskey od rana do wieczora.

– Mów ty, kurwa [+,] po ludzku, że pokurwieni dokumentnie.

“Kurwa” jest tu wtrąceniem, a te wydzielamy przecinkami. Ten błąd powtarza się w tekście kilkukrotnie.

– Hej, Al. – zagadnął do dowódcy.

Niepotrzebna kropka po “Al”.

Te [+,] Laska – spytał Slim – a ty coś widzisz, przez te swoje bryle?

Ot [+,] ktoś powiedziałby dziwactwo, ktoś inny talizman.

Za cieknący dach nad głową oraz marne racje żywnościowe, zabijamy tych, którzy ukrywają się w lesie i polują na ludzi, dla ich mięs

Oba przecinki zbędne.

Dzięks [+,] Tep, za te kurtki z dachowców.

– Ty [+,] Al [+,] weź [+,] kurwa [+,] tylko za uprzejmy dla Much nie bądź, bo jak cię będą wpierdalały [+,] to jeszcze im będziesz „smacznego” życzył – poradził Slim.

Nie wiemy [+,] ilu ich tam jest. Jak już mówiłem [+,] towarzystwo wyjątkowo paskudne.

Wszyscy wiedzieliśmy [+,] co należy zrobić.

Taka ampułka ponoć zabierała człowieka na drugi koniec tęczy, czyli krótko mówiąc w sytuacji kryzysowej pozwalała na bezbolesną śmierć.

To fajne ;)

Mają cię witać z widelcami i nożami w ręce [+,] zapraszając na kolację? Idiota! Zgłaszam, że ostatni raz jestem z nim w parze. To już wolę, kurwa [+,] Laskę.

– Tepin, spójrz tam – wskazałam głową coś jakby zielony krzak.

– Tepin, spójrz tam.Wskazałem (…)

Był to ostry mdły nie możliwy do pomylenia z innym zapach.

Był to ostry i mdły, niemożliwy do pomylenie z innym zapach.

Pomimo iż był środek nocy, widoczność była dobra, jak podczas pochmurnego szarego świtu.

Pomimo późnej pory?

Kobieta, bo krzak okazał się kobietą, miała dziurę wygryzioną w piersi i w okolicy pępka.

To wtrącenie niepotrzebne. Wiadomo, o co chodzi.

Tepin wyciągnął nóż. Wiedziałam [+,] co chce zrobić.

Mróz, który do tej pory utrzymywałprzy życiu i tak za chwilkę by wykończył. Tepin mógł jej zagwarantować szybką śmierć. Kobieta [+,] jakby przeczuwając [+,] co ma nastąpić [+,]zamknęła oczy.

Zaimkoza ;)

Otworzyłam oczy. Czułam jak strach podpełza coraz bliżej. Kątem oka, gdzieś na lewo [+,] dostrzegłam ruch.

Wywaliłbym to wtrącenie. Kątem oka dostrzegłam ruch.

Pojawiał się zawsze [+,] gdy się bałam. W szpitalu po przebudzeniu, w ciemnej uliczce [+,] gdy walczyłam o życie z gwałcicielem, gdy utknęłam w studni. Był tam zawsze i wyciągał rękę, jakby mówił „ chodź ze mną, uwolnię cię, zabiorę w lepsze miejsce”. Ale to była tylko moja wyobraźnia, tak twierdził Tepin.

Ale to tylko moja wyobraźnia.

Ale nie chciałam [+,] by sobie poszedł. Czasami… czasami Cień był duży i niebezpieczny. Innym razem [+,] gdy zasypiałam [+,] pojawiał się znienacka mały niczym dziecko i pochylał nade mną. Czułam, że gdybym się postarała, wytężyła słuch, to usłyszałabym [+,] co chce mi powiedzieć.

Ciężkie, metalowe drzwi zaskrzypiały [+,] gdy weszliśmy do środka.

Jedyne [+,] co mogę dać potrzymać w ustach tej suce [+,] to mojego fiuta!

Widać Muchy nie znały [+,] co to głód.

Dean stracił ucho, normalnie mu je, kurwa [+,] suka odgryzła, a idiota pewnie myślał, że to gra wstępna.

– Tędy – krzyknęłam, zastanawiając się równocześnie [+,] dlaczego zawierzam życie fantasmagorii mojego umysłu.

“Mojego umysłu” bym wywalił i zostawił samą “fantasmagorię”.

Lepiej go znajdź, Laska [+,] i wynośmy się stąd. Za dużo ich. Przeliczyliśmy się.

Kiedy je otworzyłam [+,] Cienia nie było.

Uszłam raptem dwa metry, kiedy moje nogi odmówiły mi posłuszeństwa.

(…) kiedy nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Wiadomo, że chodzi o jej nogi ;)

Ktoś stał nade mną i sapał, ale nie mogłam odwrócić głowy [+,] by go zobaczyć.

Czułam zapach nie umytych ciał i odór zgnilizny, gdy jeden z nich pochylił się [+,] by mnie podnieść.

Niczego tak bardzo nie chciałam jak umrzeć, teraz [+,] właśnie w tej chwili.

Gdyby nie moje okulary [+,] jasne światło jarzeniówek pewnie wypaliłoby mi gałki oczne, których nie mogłam zamknąć.

Ktoś powiedział, żeby nas rozebrać. Brudne ręce ściągały ze mnie spodnie, kurtkę z kota, ostry nóż zamajaczył w powietrzu i opadł w dół przecinając na pół moją koszulkę i przy okazji raniąc mi brzuch.

To był tam jakiś kot? :P

Wiadomo czyją koszulę.

Wzdrygnęłam się na samą myśl, a moje ciało pokryło się gęsią skórką. To znaczy stałoby się tak, gdybym nie była sparaliżowana. Ale byłam.

Sparaliżowane ciało nie może pokryć się gęsią skórką? Nie wiem, pytam ;)

Skupiłam się [+,] by coś mu powiedzieć, żeby wiedział, że go kocham, ale moje usta nawet nie drgnęły.

Boże [+,] niech mnie ktoś ocali!

Czułam jego obecność [+,] choć go nie wiedziałam.

Cień przemknął niepostrzeżeni(e) i zatrzymał się tak bym mogła go widzieć. Znowu wyciągnął do mnie rękę. Uwodził, zapraszał [+,] by podążać za nim. Nie miałam już nic do stracenia, po prostu skoczyć z jednego szaleństwa w drugie. I teraz [+,] kiedy właściwie podjęłam decyzję, że pójdę z nim, nie mogłam podać mu ręki.

Chciałam stracić przytomność, wbrew jednak mym pobożnym życzeniom stale patrzyłam na Cień, a on nadal trwał z wyciągniętą ręką.

Wolałbym: jednak wbrew.

Narzędzie sadysty zacisnęło się na kolejnym moim zębie, ale ja skupiałam się na tych powtarzanych słowach.

Wiadomo czyim.

Look at every word in a sentence and decide if they are really needed. If not, kill them. Be ruthless. - Bob Cooper

Imponujący spis powyżej…

Horrory spływają po mnie jak woda po kaczce, więc tylko jedna kwestia, już poruszona przez gary’ego_joinera. Brak informacji, czym kierują się walczący z Muchami.

Dzięki za wszelkie komenatrze a w szczególności za wytkniecie błędów. jest ich tyle, że nawet nie mam kiedy poprawić :/

A ja uwielbiam horrory. Błędy, jak błędy, z czasem człowiek uczy się je zauważać. Motywacja grupy walczącej z Muchami jak najbardziej jasna dla mnie. Ogólnie bardzo dobrze, podoba mi się Twój język i styl. Horror to trudny gatunek, według mnie najtrudniejszy, wciąż się do niego przmierzam, a Ty poradziłaś sobie naprawdę przyzwoicie. Jeśli będziesz tu publikować z chęcią przeczytam kolejne Twoje teksty. Pozdrawiam. 

Lubię horrory, ale takie, w których czyhające zło nie jest pokazane palcem. A tu mam do czynienia z kawą wyłożoną na ławę. Muchy nie przypadły mi do gustu. :(

Wykonanie nadal pozostawia wiele do życzenia.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka