- Opowiadanie: bemik - Fryderyk Frączek i marzenia (5)

Fryderyk Frączek i marzenia (5)

Kolejne, czwarte spotkanie z FF

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

Finkla, ryszard, Tensza

Oceny

Fryderyk Frączek i marzenia (5)

 

Pan Fryderyk Frączek obudził się przerażony i zlany potem. I to nie była przenośnia – całą piżamę miał mokrą; materac, kołdra i poduszka kapały kroplami, które na podłodze tworzyły fantazyjne kałuże. Że nie jest to dalszy ciąg snu, utwierdziło go uporczywe walenie w podłogę. Sąsiad domagał się, nie przebierając w słowach, natychmiastowej reakcji.

 

Po dwóch godzinach powódź została opanowana – podłoga wytarta i nabłyszczona, pościel wyżęta i rozwieszona na balkonie w promieniach wschodzącego słońca, a piżamka wraz ze ściereczkami i bielizną pani Frączkowej zażywała jazdy na karuzeli w pralce. Dopiero wtedy pan Fryderyk postanowił moment odpocząć i zastanowić się nad tym, co mu się od kilku dni przytrafia.

Siedząc na gołej konstrukcji łóżka, albowiem sam dobrowolnie pozbawił się chwilowo materaca, cierpiał na dyskomfort. Nie tylko dlatego, że sprężyny wżynały mu się w tylną część ciała. Dyskomfort ten był raczej wywołany poczuciem rozdwojenia jaźni albo przeczuciem egzystencji w bytach równoległych, albo w rzeczywistości alternatywnej. Pan Frączek nie wiedział, na którą opcję powinien się zdecydować, w związku z tym jego dyskomfort pogłębiał się, a między światami powstawała coraz większa rysa.

Pan Fryderyk odsunął stopę znad krawędzi pęknięcia, usadowił się odrobinę lepiej i przyjął pozę Myśliciela Augusta Rodina i tak trwał przez około pół godziny. Po tym czasie stwierdził, że jest mu niewygodnie i zmienił pozycję. Niestety, nie udało mu się zmienić percepcji świata, ba, wyglądało na to, że szczelina powiększa się w zastraszającym tempie.

Pan Fryderyk Frączek postanowił powrócić do początków, albowiem należy ustalić genezę powstania problemu, by metodą dedukcji dojść do właściwych wniosków końcowych. Właśnie owych wniosków końcowych obawiał się pan Fryderyk najbardziej. A precyzując – bardziej niż wniosków obawiał się końca.

Jakieś dwanaście dni temu, oglądając wraz z małżonką kultowy serial, odważył się zauważyć, iż życie bohaterów nijak ma się do rzeczywistości. Wywołało to szczere oburzenie połowicy pana Frączka i dość jednostronną dyskusję. Dość jednostronną, bo pan Fryderyk swoje kwestie dialogowe ograniczył do: „właściwie masz rację, kochanie” i „oczywiście, kochanie”. Wtedy po raz pierwszy poczuł ukłucie dyskomfortu i dualizmu percepcyjnego. Albowiem patrząc na serialowych bohaterów, ludzi skądinąd młodych, nie wierzył, że wszyscy posiadają firmy, penthousy i jaguary dzięki pracy rąk własnych. Pan Frączek uznał, iż jest to niemożliwe, aby w wieku dwudziestu kilku lat dorobić się tego wszystkiego, albowiem on sam, mężczyzna, powiedzmy w sile wieku, posiadał tylko dwupokojowe mieszkanie z niewielkim schowkiem, służącym mu od jakiegoś czasu za schronienie. Właśnie to usiłował uświadomić małżonce, ale zyskał jedynie pogardliwe spojrzenie połączone z takim samym milczeniem. Dlatego później roztrząsał różne wydarzenia ze swojej przeszłości, szukając ewentualnego ich wpływu na przyszłość.

Po jakimś czasie manipulacje w życiorysie zaczęły przynosić efekty. Na początek odmienił małe co nieco w osobie mamusi. Zabrał jej tatusia, a na jego miejsce podstawił przystojnego i majętnego Włocha z Neapolu. Antonio Costello był dziedzicem ogromnego majątku i wszystko miał zamiar przekazać swojemu jedynemu potomkowi, Federicowi. Młody człowiek, obdarzony nieprzeciętną urodą i inteligencją, pragnął tego samego, dlatego słuchał rodzica i wykonywał wszystkie jego polecenia bez szemrania. Po tragicznej śmierci tatusia odziedziczył prężnie rozwijającą się firmę, wspaniały pałac nad brzegiem błękitnej laguny, stajnię żelaznych mustangów i zobowiązania, o których nie miał pojęcia.

Życie płynęło młodemu Fryderykowi szampanem i zupą cebulową, którą ubóstwiał. Jednak wkrótce okazało się, że do pałacu nad błękitną laguną zjeżdżają się przyjaciele tatusia, żądając uregulowania należności za bardzo ciekawe transporty. Młody Costello wybałuszał oczy najpierw samodzielnie, a potem pod wpływem przyduszania. Wtedy też dotarła do niego po raz kolejny brutalna prawda – nie da się zdobyć majątku uczciwą pracą.

Jeszcze wtedy Costello przenikał się z Frączkiem. I choć starszy Fryderyk usiłował wytłumaczyć młodszemu Federicowi, jak może się skończyć cała ta historia, jego słowa trafiały jak groch w ścianę. Włoch sprzedawał po trochu swoje samochody i włości, mając podwójną nadzieję: primo, że zdoła spłacić wszystkie długi i secundo: że tatuś pozostawił mu i tak wystarczająco dużo, by mógł pławić się do końca życia w dostatku. I to życzenie miało szansę się spełnić, bowiem włoskie losy Fryderyka zapowiadały się na niezwykle krótkie. Wkrótce pojawił się przedstawiciel nielegalnej organizacji pozarządowej i zażądał spłaty gigantycznej kwoty pieniędzy. Wtedy też Federico po raz pierwszy zrozumiał, że chyba wolał swoją polską egzystencję. Ale alternatywne rzeczywistości rozjechały się tak daleko od siebie, że nie było już szansy powrotu.

Cierpiał więc Federico w zaciszu własnej, bardzo głębokiej piwnicy niespodziewane katusze. Błagał Najwyższego, by odwrócił od niego tę czarę goryczy. Na próżno. Szarpał się i rzucał w tej niby piękniejszej rzeczywistości, ronił krwawe łzy, wył niczym potępieniec, modlił się o wyzwolenie, skomlał za powrotem do swojego dwupokojowego mieszkanka. Wszystko na nic. Zrozumiał, że to koniec zarówno prawdziwej, jak i alternatywnej rzeczywistości, kiedy wsadzili mu nogi do kastry z cementem. Betonowe buty, pomyślał i zapłakał nad własną głupotą. Zachciało mu się luksusów… A mógł sobie żyć spokojnie, bez stresu, z półlitrówką żytniówki u boku małżonki swojej, Genowefy.

Wrzask pana Fryderyka zlał się z pluskiem wody, gdy przyjaciele tatusia wrzucili go do błękitnej laguny.

Już ostatnie bąbelki powietrza z ust otwartych do krzyku ulatywały ku powierzchni, już płuca żywym ogniem palić zaczynały, gdy nagle przed oczy Fryderyka napłynął obraz jedyny, niezapomniany, najwspanialszy. Poczuł Fryderyk cios potężny w głowę, potem drugi w szczękę i kolejny w klatkę piersiową. Uchwycił tę rękę okładającą, do warg krwią zbroczonych przycisnął i wyszeptał: Genuchna, najdroższa ty moja! Ratuj mnie!

I wydobyła go z otchłani mocą swoją, a on poczuł się jak Jonasz wyrwany z trzewi wieloryba. Na kolana upadł i z wdzięcznością stopy bóstwa swojego całował. Zrozumiał bowiem, że dla niego istnieje tylko jedna jedyna rzeczywistość, a każda inna jest straszniejsza i zdecydowanie gorsza od tej istniejącej, chyba że w którymś z alternatywnych światów trafiłby na Genuchnę. No, wtedy może ewentualnie udałoby się w nim przeżyć.

 

 

 

Koniec

Komentarze

Nieźle pojechałaś. Absurd jak się patrzy! ;-) Trochę rozjeżdża mi się początek z końcem. Skoro w pralce wiruje bielizna Gieni, to bohater jest w naszej rzeczywistości. Posprzątał, podumał… skąd więc finał? Ale co ja tam wiem…

utwierdziło go uporczywe walenie w sufit. Sąsiad domagał się, nie przebierając w słowach,

Jeśli dobrze interpretuję, i sąsiad walił w sufit, bo zalewała go woda, to pan Fryderyk słyszał pukanie w to, co dla niego było podłogą.

Babska logika rządzi!

Poczytałem, głową pokiwałem. Całkiem, całkiem historyjka i dobrze, że nie długa, taka w sam raz.

 

Pozdrawiam

Mastiff

Ojej, mówią że marzenia są za darmo, a pan Frączek mógł życie stracić. Dobrze, że ocalał i pewnie niebawem znów coś mu się przydarzy. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki. Oj, Regulatorzy, nie wiem, czy wkrótce coś mu się przydarzy. To był ostatni gotowy tekst, a teraz tyle mi się zwaliło na głowę, że nie wiem, kiedy powstanie coś następnego. Brrr… Może jakieś inne, wcześniej napisane…

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Była taka głupawa komedia, gdzie Elizabeth Hurley grała diabła i spełniała życzenia bohatera w zamian za jego duszę – nieszczęśnikowi również nie szło w innych rzeczywistościach lepiej niż panu Frączkowi. I co? I Genuchna już nie wygląda teraz tak źle? HA!:) Zastanowiło mnie, czy dyskusja była jednostronna, bo Frączek nic nie mógł wtrącić, czy dlatego że Genowefa zbyła go pogardliwym milczeniem? A może najpierw była dyskusja, a potem na hasło o mieszkaniu zapadło milczenie?

Jak zwykle – fajne :)

No i urosła nam Genowefa do rangi bohaterki, ratującej swego Fryderyka od zguby w złej, alternatywnej rzeczywistości. Jakieś takie wrażenie mam, że ona zdeczydowanie głębsze i cieplejsze uczucia do współmałżonka żywi, niż pogardę i odrazę jeno…

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Dzięki Rooms.

Thargone – nic nie jest tylko czarne albo białe.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Co by wszystkie Fryderyki świata bez ich Genowef poczęły? Oj, Bemik… ;)

I na odwrót.

Sorry, taki mamy klimat.

Oj, prawda Seth, prawda! Mogę się wkurzać na mojego małżonka, ale życia bez niego nie potrafię sobie wyobrazić.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

I jak dobrze sprawdza się tu powiedzenie: “Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma”. Serial z Fryderykiem i Eugenią nie może się skończyć. Oczekuję jeszcze co najmniej kilku odcinków. A pani Eugenia zrehabilitowała się. Pozdrawiam.

Zaplątałam się, szanowna małżonka na imię ma Eugenia czy Genowefa? :)

W końcu Fryderyk docenił swoją małżonkę. 

Przyjemny tekścik. 

Podpisuję się pod opinią Bohdana – całkiem tekścik i objętość też ma w sam raz. :)

I Eugenię i Genowefę zdrabnia się podobnie. Stąd moje przejęzyczenie.

Coraz bardziej lubię Pana Fryderyka, a i jego przygody są coraz dziwniejsze i ciekawsze. Podoba mi się pomysł zagubienia bohatera w wymyślonej rzeczywistości, okazującej się pułapką bez wyjścia… Gdyby nie Genuchna. No, znakomity pomysł.

 

“Pan Fryderyk Frączek postanowił powrócić do początków, albowiem należy ustalić genezę powstania, by metodą dedukcji dojść do właściwych wniosków końcowych”. – może: “genezę powstania problemu” albo “genezę problemu”? Bo teraz nie jest jasne, do czego odnosi się powstanie. Chyba wink

 

 

 

Dziękuję wszystkim za komentarze. A żona pana Fryderyka ma na imię Genowefa.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Wybacz pomylenie imienia bohaterki, ale mnie skojarzyło się przy pisaniu ze znanym zdrobnieniem, a w tekście stoi jak byk – Genowefa.

Bo my żony tak mamy, że jesteśmy ratunkiem zawsze i wszędzie…

No i lekiem na całe zło ;)

 

Genuchna rządzi :)

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Podobnie do Finkli rozjechał mi się początek z końcem.

Ale poza tym lekkie, przyjemne. Jak zawsze ;)

Tylko nie "Tęcza"!

Uśmaiałam się. Tekst w sam raz – długość, humor, wszystko gra.

Profil autorski: https://www.facebook.com/krajemar

Nowa Fantastyka