- Opowiadanie: Dzikowy - Boski pieróg

Boski pieróg

Opko przygotowane na “dzień pieroga” – jedną z akcji o charakterze HASŁO i do piór. Pomysł dopadł mnie przy bankomacie, więc uwzględniłem bankomat. Ilustracja autorstwa Asi Tyrały z GOREktywu.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Boski pieróg

Przepis znalazłem na odwrocie pokwitowania wyplutego przez bankomat. Zazwyczaj nie biorę tych świstków, nawet ich nie drukuję. Ale urządzenie tak ładnie prosiło, tak zalotnie mrugało oczkiem kamery, że nie mogłem odmówić, szczególnie że zaproponowało drugą stuzłotówkę gratis. Jesteśmy umówieni na kielicha w najbliższą sobotę. Bankomat stawia.

Z przepisem ukrytym w kieszeni płaszcza chodziłem przez następne dwa dni. Zapomniałem o nim zupełnie i dopiero w kolejce do okienka na poczcie przypadkiem wymacałem zmiętą kulkę papieru. Z nudów przeczytałem najpierw treść potwierdzenia wypłaty na awersie: kwota, godzina i data, numer rachunku częściowo ukryty za szeregiem gwiazdek. Na odwrocie druk był inny. Nie szary i blady, typowy dla wszelkiego rodzaju paragonów i pokwitowań wypluwanych przez różne urządzenia kasowe. Przypominał raczej druk atramentowy lub laserowy, a pismo było ładne i ozdobne. Ogonki jotów i igreków rozciągały się w fantazyjne wstążki, poziome kreski liter „t” i „ł” przyjemnie falowały, a kropki nad „i” zastąpione były pętelkami.

U góry paragonu znajdowało się napisane znacznie większymi literami słowo „Przepis”, a poniżej „Boski pieróg”. Dalsza treść była bardzo typowa dla przepisów kulinarnych: najpierw składniki i ilości, a następnie procedura przygotowania. 450 g mąki pszennej poznańskiej, szczypta soli… Poczułem dźgnięcie w bok.

‑ Stoi tu, a ludzie czekają – powiedziała stojąca za mną kobieta. Trochę zdezorientowany patrzyłem na nią przez chwilę, potem ukłoniłem się lekko i schowałem kwitek do kieszeni, gdzie spędził kolejny dzień w towarzystwie drobniaków, nitek prującej się wyściółki i bębenka od zepsutej zapalniczki.

Prawdopodobnie zupełnie bym o przepisie zapomniał, gdyby nie głód i internetowy serwis kulinarny, który najnowsze lub akurat pasujące do pory roku przepisy wysyła na moją skrzynkę mailową. Nie jestem jakimś zapalonym kucharzem, o nie. Po prostu serwis prowadzi dziewczyna, którą kiedyś chciałem uwieść. Dawne dzieje. Nic z tego nie wyszło, ale nie wypadało mi cofać subskrypcji tylko dlatego, że mi nie dała, prawda? Tak czy inaczej u góry listy znajdował się mail ze słowem „pierogi” w temacie. Odruchowo skasowałem wiadomość bez czytania, ale było już za późno. Zaniedbywany przez cały dzień żołądek zaczął protestować, a gruczoły napełniły mi usta śliną. Trochę zły na krnąbrny organizm wstałem od biurka i podszedłem do wieszaka w przedpokoju. Papierek wymacałem niemal od razu. Rozwijając i rozprostowując arkusik, poszedłem do kuchni. Oparty plecami o lodówkę czytałem przy słabym świetle.

Boski pieróg

Składniki

Ciasto:

450 g mąki pszennej poznańskiej

szczypta soli

1,5 szklanki wody źródlanej

50 g masła

Farsz:

garść poświeconej ziemi, tej ziemi

liść zioła św. Bazylego

korzeń mandragory

skrzydła białego motyla

ziarno kakaowca

kropla krwi miesięcznej dziewicy…

Jakieś bzdury, ale czytałem dalej. Opis przygotowania ciasta był normalny, tak mi się przynajmniej wydawało. Rozpuścić masło, zmieszać wodę z mąką ‑ nic niezwykłego. Za to instrukcja przygotowania farszu była idiotyczna ‑ jakieś zaklęcia, nic wspólnego z kuchnią. Zakląłem pod nosem i rzuciłem kartkę na stół. Z pewnością się tym nie najem. Na szczęście w zamrażarce miałem normalne ruskie pierogi za 4,49.

Przepis jednak nie dawał mi spokoju. Próbowałem skupić się na czytanym artykule, ale co chwila myśli uciekały do pieroga, do dziwnych składników, opisu przygotowania farszu. Dla uspokojenia otworzyłem nową zakładkę w przeglądarce i wpisałem do wyszukiwarki „boski pieróg”. Lista wyników była długa. W większości podlinkowane strony zawierały opinie i recenzje, czasami przepisy, ale niepodobne do tego na pokwitowaniu.

„Boskie te pierogi, ale rachunek zwala z nóg” – napisał w recenzji słynny bywalec stołecznych lokali. „Dodaj trochę więcej masła. Ciasto będzie elastyczniejsze i pierogi wyjdą boskie” – mądrzyła się zosia_84 pod przepisem na blogu kulinarnym. Dopiero na czwartej lub piątej stronie znalazłem serwis o innej tematyce. Po jego otwarciu na górze zamigotały gify przedstawiające wirujące pentagramy. Z menu po prawej, spośród zakładek kierujących do działów poświęconych duchom, ufo, talizmanom, eliksirom i innym tego typu bzdurom, wybrałem ikonkę „ambrozja”. Trafiłem dobrze. Artykuł u góry zatytułowany był tak samo jak przepis na kwitku.

„Boski pieróg – kamień filozoficzny”

Pierwsze wzmianki o pierogu pojawiają się w mitologiach ludów basenu Morza Śródziemnego. Zwany tam ambrozją, miał być pokarmem bogów przynoszonym z ogrodu (zob. Eden) przez ptaki. Źródła archeologiczne wskazują również na znajomość przepisu na pieróg jednocześnie w Ameryce Środkowej i na Sumatrze. Pieróg miał w swoim farszu zawierać wszystkie elementy i święte pierwiastki kosmiczne. Wierzono, że ich połączenie i zagotowanie w zbożowym cieście (pszenica/kukurydza) pozwala obudzić Gaję, Pramatkę, Demiurga, czyli sprawcę-stworzyciela, świadomość, która nawiązuje kontakt ze „stwórcą Stworzyciela”, to jest kucharzem. Strzępki informacji na temat przepisu na boski pieróg znaleźć można w różnych dokumentach z okresu od IV w. p.n.e. do współczesności. Źródła przepisu były różne i charakterystyczne dla epoki, podobnie jak składniki i sposób przyrządzenia. Pojawiały się też zamienniki. Najlepiej udokumentowanym przypadkiem było otrzymanie przez Mojżesza (patriarchę żydowskiego) 10 składników farszu. Późniejsze przykłady obejmują świętego Jerzego, który przepis wyjął z trzewi smoka, niektóre fragmenty prawdopodobnie Crowley umieścił w Lemegetonie. Niektóre źródła (tu odnośnik) wskazują na ukrycie przepisu w symbolice Tarota. W najnowszych badaniach przeanalizowano pod kątem boskiego pieroga prace Bohra, Diraca, von Neumanna i Heisenberga. Prawdopodobnie dostęp do formuły mieli również Tesla, Albert Wielki, Platon, Awicenna, Budda, Meher Baba i św. Bonawentura – ten ostatni dialogi z pierogami spisał w dziełach „Collationes in Hexaemeron” i „Collationes de septem donis Spiritus Sancti”. W zasadzie o kontakt z pierogiem można podejrzewać jeżeli nie wszystkich, to ogromną większość myślicieli, np. Orygenesa (zob. „preegzystencja dusz”), których poglądy były radykalnie odmienne od wówczas obowiązujących.

Czytałem te głupoty z rosnącym zdziwieniem. Nie dlatego, że ktoś jeszcze oprócz mnie w ogóle wchodził na tę stronę, choć licznik odwiedzin wskazywał na to, że serwis był wcale popularny. Dziwiło mnie to, że komuś chciało się te idiotyzmy napisać. Wymieszane różne wierzenia i mitologie, zaklęcia, święci, mistycy… Wszystko to było co najmniej śmieszne, nie pasowało do racjonalnej przecież wizji świata wypełnionego internetową chmurą, telefonami komórkowymi, inteligentnymi sieciami zarządzającymi ruchem, setkami sztucznych satelitów. Zamknąłem zakładkę i wróciłem na ziemię, tzn. do wiadomości o śmieciach i służbie zdrowia. Nie nadaję się na marzyciela i magika.

Ale może nadaję się na kucharza, pierogoroba? Po bezsennej nocy uznałem, że jednak spróbuję. No, może nie do końca bezsennej, bo spałem, ale męczyły mnie dziwne sny, które co chwila wyrzucały mnie na jawę. Otwierałem oczy i rozmyślałem w ciemności o podrzucanych przez umysł demonach, świętych, bogach, mitycznych stworzeniach. O dziwnych przepisach i potrawach, które we śnie osobiście przyrządzałem z dziwnych składników, w dziwnych miejscach lub z pomocą dziwacznych stworów. Jakiś robot o trzech stalowych nogach, stalowym korpusie z aluminiowych dwuteowników z regularnymi otworami dla zmniejszenia masy… A nie, nie robot. Przypomniałem sobie po chwili, że kierowała nim ukryta w hełmie kałamarnica, której macki wystawały przez otwory w poszyciu w kształcie głowy Marii z „Metropolis”. Kałamarnica trzymała mnie w wannie przykrytej plandeką i raz za razem przeciągała po pokrytej piachem i kurzem drewnianej podłodze szeryfów z dużymi brzuchami, w kapeluszach i z błyszczącymi gwiazdami na piersi. Chyba byli nieprzytomni, ale nadal nie wypuszczali z rąk rewolwerów i strzelb. Wrzucała ich do maszynki do mielenia mięsa i przerabiała na hamburgery. Gdy skwierczały na grillu, czule obmywała mnie małymi wacikami, ścierając z paznokci i skóry palców czarny lakier…

Nieważne. Podjąłem decyzję. Zrobię boski pieróg i najwyżej wyrzucę go potem do kibla. Będę miał przynajmniej czyste sumienie, spokój ducha i snu. Koszty niewielkie, a przecież zawsze mogę znowu sięgnąć po zamrożoną paczkę z Tesco. Tylko skąd pozyskać składniki do farszu? Do rana szukałem w sieci wskazówek. Ależ pojeby, zwyrole i popaprańcy nawiedzają sieć! Zniesmaczony przeglądałem kolejne fora wypełnione treścią wyprodukowaną przez chore mózgi. Niektóre informacje okazały się jednak przydatne. Zapisałem je i dopiero po świcie, a nawet później, bo ciężarówki wywożące śmieci już odjechały, położyłem się na kilka godzin, kiedy już ledwo panowałem nad piekącymi oczyma.

Lata temu zaprzyjaźniony mechanik udzielił mi ważnej rady. Dotyczyła skręcania silnika, ale bez problemu przetransponowałem ją na inne obszary.

‑ Zawsze zaczynaj od najtrudniej dostępnych śrub – powtarzał, gdy umorusany po łokcie próbowałem kluczem nasadowym, potem płaskim z oczkiem, a potem płaskim otwartym dosięgnąć ostatnią nieodkręconą śrubę trzymającą kolektor wydechowy. Przejrzałem listę. Zioła, kakaowiec i inne spożywcze powinienem dorwać w pierwszych z brzegu delikatesach, o ile będą delikatesami nie tylko z nazwy. Czyli te zostawiłem sobie na koniec.

Założyłem płaszcz i rękawiczki, bo na zewnątrz wiało, na głowę wcisnąłem uszankę i skierowałem się do pobliskiego gimnazjum. Miałem nawet przygotowaną wymówkę, żeby dostać się do środka. Minęły bowiem te czasy, gdy człowiek o szlachetnych intencjach, pragnący rozwijać swoje umiejętności i zainteresowania, zaspokajać głód tak fizyczny, jak i duchowy, mógł tak po prostu wejść sobie do szkoły. Podszedłem do frontowych drzwi i pociągnąłem za klamkę. Były zamknięte, czego się zresztą spodziewałem. Wcisnąłem przycisk domofonu.

‑ Tak? – Po chwili ciszy w głośniku rozległ się męski głos zniekształcony przez trzaski.

‑ Dzień dobry. Chciałbym zostawić w sekretariacie ofertę wydawnictwa, które reprezentuję – odpowiedziałem, starając się, żeby głos brzmiał spokojnie i sympatycznie. Po sekundzie rozległo się brzęczenie i mogłem dostać się do środka.

Nie zamierzałem niczego zostawiać ani nawet wchodzić do sekretariatu. Od razu przystąpiłem do poszukiwania toalet. Nie było to trudne. Rozejrzałem się i wszedłem do damskiej. Założyłem gumowe rękawiczki. Takie grubsze – do zmywania czy innego sprzątania. W koszach obok muszli klozetowych walały się różne śmieci. Głównie chusteczki higieniczne, tulejki po papierze toaletowym i jakieś ulotki, ale były też podpaski. Wyciągnąłem pierwszą lepszą i starając się trzymać ją z dala od siebie, wrzuciłem do foliowego woreczka. Po chwili zastanowienia pogrzebałem jeszcze w poszukiwaniu drugiej, na wypadek gdybym za pierwszym razem trafił na uczennicę o większym doświadczeniu życiowym. Zapakowaną zdobycz ukryłem w kieszeni, zdjąłem rękawiczki, które wyrzuciłem do kosza, i szybkim krokiem skierowałem się w stronę wyjścia. Łatwo poszło.

Z informacji na forum wynikało, że ziemia ma być poświęcona lub że ma być zebrana na terenie kraju. Przekaz prawdopodobnie został dostosowany do lokalnych warunków. Chodziło o pierwiastek, nie o sam piach czy żwir. Mogło też chodzić o ziemię z konkretnego miejsca, w tym wypadku z Polski. Na wszelki wypadek postanowiłem się zabezpieczyć i za jednym razem spełnić oba warunki. Z gimnazjum od razu poszedłem na stary cmentarz. No, może nie jakoś szczególnie stary, ale znajdujący się w pobliżu. Ziemię nabrałem do woreczka takiego jak ten, w którym ukryłem podpaski. Kląłem trochę pod nosem, że za wcześnie pozbyłem się rękawiczek i po powrocie będę musiał wyczyścić paznokcie. Na cmentarzu, podobnie jak na korytarzu w szkole, nie było nikogo. Z pełnymi kieszeniami wróciłem do domu. Pozostało upolować składniki bardziej tradycyjne lub przynajmniej spożywcze.

***

Zagniecione ciasto przykryłem miską wygrzaną w gorącej wodzie, jak radziła w telewizorni ta rozkudłana blondyna. To podobno dobrze robi, bo masa nie wysycha i jest bardziej elastyczna. Szczegółową instrukcję przygotowania przepisałem na dużą kartkę, którą zawiesiłem na lodówce. Po prawej stronie innym kolorem dopisałem uwagi wygrzebane z sieci. Jeszcze raz sprawdziłem, czy rozłożone w miseczkach składniki zgadzają się z listą. Podpaski moczyły się w wodzie źródlanej – u mnie za źródlaną z konieczności robiła mineralna, do tego gazowana, o czym przekonałem się dopiero po powrocie z zakupów. Ziarna kakaowca zwyczajnie zmiażdżyłem młotkiem, bo nie zamierzałem dla jednego eksperymentu, dla jednej fanaberii, kupować moździerza. Ususzonego motyla znalazłem na parapecie. Może nie był biały, jak stało w przepisie, a jasnoszary, ale trudno. Powinno wystarczyć. Zioła opłukałem i pociąłem, ziemię przesiałem przez durszlak. Byłem gotowy do przygotowania farszu.

***

Zachować czystość przez trzy miesiące – odhaczone, chociaż przez przypadek. Mówiłem już o tej blogerce, prawda? Z białych ubrań miałem tylko koszulę i szlafrok. W przepisie stało „szata”, więc wybrałem szlafrok, szczególnie że nie było słowa o bieliźnie. Nie będę przecież biegał z klejnotami na wierzchu.

Przystąpiłem do wykonywania instrukcji. Zwinąłem dywan i składniki ułożyłem na planie kwadratu. No, może nie kwadratu, bo nie chciałem przesuwać ogromnego fikusa i kanapy, szczególnie o północy, ale przecież kwadrat jest też prostokątem. No to ułożyłem składniki na planie prostokąta. Wszedłem w środek i starając się zachować powagę, recytowałem:

– Słuchaj mnie, Rubriao, Mariodam, Baibnabaoth, Assalonai…

Kabaret, co nie? Ale przeczytałem te wszystkie imiona. Zacinałem się na niektórych sylabach, niektóre wypowiedziałem nieprawidłowo, ale jakie to miało znaczenie? Wzywani pewnie i tak wiedzieli, że to o nich. To jak w kolejce do proktologa. Jeżeli piguła pochrzani nazwisko, zawsze można dopytać lub skorygować. A nawet jeżeli nie, to i tak wszyscy mniej więcej wiedzą, jaka jest kolejność. Liczby naturalne to nie jest jakaś czarna magia. Następnie z kieszeni szlafroka wyjąłem smartfona i na podstawie nawigacji zwracałem się po kolei w każdą stronę świata, żeby pozdrowić jej władców. Trochę to wszystko trwało. Wstępne inwokacje skończyłem z rękami podniesionymi na wysokość barków i poszedłem do kuchni, gdzie dokonałem próby wody. To znaczy kapnąłem kranówą na patelnię, sprawdzając, czy jest już odpowiednio rozgrzana. Nie zamierzałem korzystać z teflonowej – piach mógłby ją porysować.

Na kupkę ziemi wylałem wodę z wyciągiem z podpasek. Dusiłem przez chwilę pod przykryciem, a potem poczekałem, aż błoto zgęstnieje. Dodałem ziarna kakaowca, skrzydełka, na końcu zioła. Mieszałem całość przez chwilę, aż kawałki bazylii rozłożyły się mniej więcej równomiernie. W przepisie nie było nic o pieprzu, ale zakręciłem młynkiem kilka razy dla dodania aromatu, bo całość pachniała mało apetycznie.

‑ Oel zodiredo toca dasa i dorepehala pudzio ilasa, ilasa gahe… – czytałem z kartki, mieszając energicznie, bo masa zaczynała przywierać. Oleju nie miałem, dlatego użyłem oliwy, co pewnie nie było szczególnie szczęśliwym rozwiązaniem, skoro miałem fajczyć farsz na maksymalnym ogniu. Po kilku minutach uznałem, że całość jest gotowa. Zdjąłem patelnię z gazu, wyjąłem ciasto i przystąpiłem do lepienia pieroga.

Rozwałkowany placek przyciąłem na kształt kwadratu. Nałożyłem kilka łyżek piachu z dodatkami i złożyłem ciasto na pół, uzyskując kształt pękatego trójkąta. Zostawiłem sobie odpowiednio duży margines na zlepienie całości. Dla ozdoby krawędzie przygniotłem widelcem, żeby zrobić ładne promyczki, a na środku dnem kieliszka jak stemplem wybiłem okrąg. Dla pewności porównałem z poleceniem w przepisie.

Do małego garnka wlałem pozostałą wodę mineralną, dodałem odrobinę soli i poczekałem, aż zacznie się gotować. Do wrzątku ostrożnie włożyłem pieróg i na telefonie ustawiłem budzik. Gdy zadzwonił, wyjąłem łopatką gotowe danie na przygotowany talerz. Jeszcze tylko sztućce i można przystępować do końcowego rytuału.

– Halo, pierogu? – Siedziałem przed talerzem leżącym na niskim stoliczku. Podczas końcowych inwokacji pieróg całkiem już wystygł. Teraz pochylony obserwowałem kluskę. Zero reakcji. Dźgnąłem ciasto widelcem, najpierw nieśmiało, delikatnie, w zasadzie tylko muskając. Potem na samej krawędzi zrobiłem niewielką dziurkę. Nadal nic. – Panie pierogu, powiedz coś. Zrób może? Dzień dobry. – Danie nadal nie reagowało. Sięgnąłem po przepis, bo może zostało jeszcze coś, o czym zapomniałem, ale nie. Wykonałem wszystkie instrukcje, więc coś powinno się stać. Gapiąc się na pieróg, poczułem głód. Dopiero zdałem sobie sprawę, że od wczoraj nic nie jadłem. Rano tylko się wykąpałem, schnąc, przygotowałem listę sprawunków i od razu ruszyłem na miasto.

Sięgnąłem po nóż, zamieniłem sztućce, przekładając widelec do lewej dłoni i naciąłem ciasto na samej krawędzi. Było smaczne. Nie jakoś wybitnie, wszak to mąka, woda i sól, ale organizm wyczuł szansę na karmienie i zaczął domagać się więcej. Śmielej odkroiłem większy kawałek, tym razem z odrobiną farszu, i włożyłem go sobie do ust. Żułem przez chwilę, starając się ignorować chrzęst piasku w zębach. Ale się nie dało. Wyplułem przeżuty piach z ziołami i wydzielinami jakiejś obcej dziewuchy z powrotem na talerz. Wkurzony na siebie i na swoją głupotę zgarnąłem naczynie i wywaliłem jego zawartość do kosza. Rozejrzałem się po kuchni zawalonej pojemnikami po różnych składnikach, upapranej kipiącym błotem. Zakląłem. Wyciągnąłem z szafki ostatni czysty garnek i z zamrażarki paczkę mrożonych pierogów z kapustą i grzybami, czyli normalnych.

***

‑ No i od tego czasu nic – dokończył i wychylił kieliszek. Oko już mu się szkliło, mimo że była to dopiero trzecia kolejka. Uznałem, że mogę już przejść do sedna.

‑ Słuchaj, ten przepis, co mi wtedy podrzuciłeś… ‑ zacząłem.

‑ Jaki przepis? A czy ja wyglądam na książkę kucharską? ‑ Próbował zmienić temat. Czyli jeszcze za wcześnie.

‑ Jeszcze kolejkę – stwierdziłem, nie spytałem. Było to cokolwiek nieuprzejme, skoro on płacił, ale rybka. Najwyżej się dołożę, gdyby zamierzał mi to wypominać. Podszedłem do baru i zamówiłem dla każdego z nas po jeszcze jednej lornetce. Z kieliszkami wróciłem do stolika i od razu jeden podniosłem na wysokość oczu.

‑ Za piękne dziewczyny – wzniosłem toast.

– i kasy fiskalne – dopowiedział.

– I kasy – powtórzyłem i wypiłem pięćdziesiątkę. Jeszcze się trzymałem wyspany, najedzony, ale mój towarzysz miał, na szczęście, zdecydowanie słabą głowę. Postanowiłem uderzyć ponownie.

– Zrobiłem danie według twojego przepisu. – Zacząłem z innej strony. – Wyszło, ale to nie był żaden demiurg czy stworzyciel, tylko niezjadliwy pieróg.

– Co zrobiłeś? – spytał, walcząc z coraz bardziej wirującym światem.

– Pieroga ugotowałem według przepisu! – powtórzyłem zdecydowanie głośniej, bo grupka kibiców właśnie nagrodziła owacjami gola strzelonego w wiszącym nad barem telewizorze.

– I co? – Tym razem nie zaprzeczył. Dobra nasza.

– I nic. Nie mówił, nie ruszał się. Nic nie zrobił. I był zupełnie niezjadliwy. Zero kontaktu, zero pożytku. Tylko się napracowałem, wywaliłem trochę kasy na składniki, upieprzyłem pół mieszkania.

Spojrzał na mnie jedynym okiem, lekko pochylając się nad stolikiem.

– A czego się spodziewałeś? – spytał poważnym tonem. No właśnie. Czego się spodziewałem?

– Nie wiem. Boga, bogów, proroka, demona, diabła? Spodziewałem się jakieś reakcji, czegoś nadnaturalnego może? Odpowiedzi na te wszystkie modlitwy inwokacje i zaklęcia.

– I udało ci się. Zdrówko – podniósł kieliszek i przepił do mnie, nie czekając, aż dołączę do toastu.

Warszawa/Pisz, luty 2014 r.

Koniec

Komentarze

Ciekawy pomysł. Pozyskanie składników na farsz – bomba! Tylko końcówka mi nie przypasowała. Taka jakaś rozmyta, spłycająca sprawę.

I czy pieróg z prawie połowy kilograma mąki zmieściłby się do małego garnka?

Babska logika rządzi!

Hej,

jeżeli pieróg lepił facet, który zasadniczo jada mrożonki, to nie tylko mogł się zmieścić, ale z pewnością się zmieścił. Druga połowa znajduje się w całej kuchni. ;)

Koniec odczytałaś zgodnie z założeniem. ;)

"Białka były czerwone, a źrenice większe niż całe oczodoły"

Nie, nie i jeszcze raz nie! Pieróg z farszem wykonanym z Ziemi, Tej Ziemi, powinien przynajmniej odśpiewać "Bogurodzicę". Albo nawymyślać swoim bolszewickim kuzynom. I w ogóle liczyłem na jakiś nadprzyrodzony sznyt kulebiaczka, a nie tylko kolejne szaleństwo umysłu, tworzącego sobie wyimaginowanych, bankomacich przyjaciół. A fe.

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Po spojrzeniu na tytuł, nabrałam ochoty na pierogi. Po przeczytaniu treści a w szczególności sposobu pozyskiwania jednego ze składników, ochota przeszła :P

Pieróg bez farszu zdałby mi się strawniejszy.

Natomiast urzekł mnie bankomat, jako partner do kielicha. ;-)

 

Za to in­struk­cja przy­go­to­wa­nia far­szu za to była idio­tycz­na ‑ ja­kieś za­klę­cia… – Coś się tutaj raczej pomieszało, normalnie, jak to w farszu…

 

…kiedy już ledwo pa­no­wa­łem na pie­ką­cy­mi oczy­ma. – Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Poprawiłem. Dziękować.

"Białka były czerwone, a źrenice większe niż całe oczodoły"

Byłoby dobrze, gdyby nie to, że jest troszkę przegadane ;)

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Nowa Fantastyka