- Opowiadanie: Marianna - Podwójnie ślepa próba

Podwójnie ślepa próba

Uprzedzam: długie. Ale podobno da się przeczytać.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Podwójnie ślepa próba

 

 

 

– Zostań – mruknął i wysiadł z samochodu.

 

Musnęła wzrokiem błyszczącą maskę auta, odbijającą kolorowy neon znad drzwi, ale zniekształcony wypukłością metalu napis „Daddy's Diner” nie przykuł jej uwagi na dłużej. Patrzyła, jak pokonawszy dwa niewysokie stopnie, Tom wchodzi do baru, zajmuje miejsce na czerwonym fotelu przy oknie i, prawie od razu zagadnięty przez kelnerkę, składa zamówienie. Sama też chętnie napiłaby się kawy, a jeszcze chętniej przytuliłaby policzek do ramienia Toma i pozwoliła, by czule pogłaskał ją po głowie, wiedziała jednak, że musi czekać. Tamten zadzwoni, wyjaśnił, ale nie odpowiedział, gdy spytała, dlaczego nie zabierze jej do środka. Nie rozumiała, dlaczego, odkąd znalazł się w barze, ani razu nie spojrzał przez okno, nie kiwnął ręką, nie mrugnął do niej znacząco przez szybę. Zupełnie, jakby podróżował samotnie, jakby Jessiki wcale w samochodzie nie było. To wszystko wina nerwów, wytłumaczyła sobie.

Kelnerka właśnie nalała Tomowi kawy, nie dotknął jednak filiżanki, ściskał tylko w napięciu dłonie, mocniej i mocniej, jakby zamierzał połamać sobie nadgarstki. Nagle drgnął i wstając energicznie, prawie przewrócił kubek. Serce oczekującej dziewczyny zaczęło bić jak oszalałe, mimowolnie wybijając, niesłyszalny przecież w samochodzie, rytm kroków mężczyzny, pośpiesznie przemierzającego bar. Wkrótce straciła ukochanego z oczu.

Odebrał telefon, zrozumiała i nerwowo potarła palcami swędzące ze zmęczenia powieki. Gdzieś tam, w kącie dinera, Tom podnosił właśnie słuchawkę i wsłuchiwał się w elektronicznie przetworzony głos śmiertelnie groźnego przeciwnika, a żaden z niewielu obecnych w barze kierowców ciężarówek nie podniósł nawet głowy. Po chwili znowu zobaczyła Toma; prawie biegnąc, zmierzał ku wyjściu. W drzwiach zatrzymała go kelnerka, krzycząc coś, czego w samochodzie nie można było zrozumieć. Mężczyzna sięgnął do kieszeni, wcisnął kobiecie do ręki coś niedużego, zapewne zapomnianą zapłatę, i jak burza wypadł na parking. Zajął miejsce za kierownicą, od razu uruchamiając silnik.

– Co powiedział? – spytała pasażerka, ale jej głos utonął w ryku silnika.

– Trzeci zjazd – oświadczył enigmatycznie, choć wcale nie słyszał pytania. – San Felino. Nic mi to nie mówi.

– Mnie też – szepnęła słabo.

Samochód gładko wytoczył się na szosę i zatonął w mroku, rozpraszanym jedynie srebrnym światłem Księżyca.

***

 

– Zwolnij, zakręt – wyrzuciła z wyschniętego gardła.

Nie odezwał się ani słowem, zerknął tylko w kierunku, który wskazywała, i nieznacznie zwolnił. Samochód prawie od razu zaczął podskakiwać na nierównościach, kryjących się pod nawianym na asfalt pyłem z pobocza. Reflektory pojazdu na moment wydobyły z mroku odrapaną tablicę, informującą, że miejscowość San Felino liczy sobie tysiąc trzystu dwudziestu mieszkańców. Dziwne, pomyślała, ani jedno majaczące na horyzoncie światło nie zapowiada, że zbliżają się do ludzkich siedzib.

Pierwsze budynki pojawiły się jakby znikąd, ciche i ciemne, niespodziewanie wyrastając po obu stronach drogi. Zanim zdążyła zdumieć się ich staroświeckością, Tom zatrzymał wóz. Spojrzała na mężczyznę z niemym pytaniem w oczach, ale zręcznie uniknął jej wzroku, sięgając na tylne siedzenie po torbę na laptopa.

– Weź – wybąkał, nie patrząc na towarzyszkę podróży.

– Ja? – Odruchowo cofnęła się w głąb fotela.

– Tak, skarbie. – Położył jej torbę na kolanach. – Powiedział, że ty masz to zanieść.

– Ja? – powtórzyła lękliwie.

Nie odpowiedział, skinął tylko głową ponuro. Wiedziała już, dlaczego milczał przez całą drogę z „Daddy's Diner”. Sądziła, że po prostu się boi, teraz zrozumiała, że krępowało go też zażenowanie.

– Nie chcę – powiedziała z dziecinną pretensją w głosie. – Nie pójdę, słyszysz?

Westchnął ciężko i oparł rozpalone czoło na kierownicy, a jego barkami wstrząsnął dreszcz. Gdy ciszę przeszył rozpaczliwy krzyk jakiegoś nocnego ptaka, powoli obrócił głowę, by spojrzeć na dziewczynę błagalnie. Nie będąc w stanie znieść rozpaczy, wyzierającej z jego oczu, przymknęła powieki i niechętnie objęła dłońmi kanciaste brzegi torby.

– Powiedział, gdzie? – spytała łamiącym się głosem.

– Powiedział tylko, że się domyślisz. – Tom wyciągnął rękę i łagodnie pogładził dziewczynę po policzku, ale zareagowała na dotyk nie tak, jak się spodziewał.

Uniosła powieki, odchyliła głowę, umykając jego palcom, otworzyła drzwi i w jednej chwili znalazła się na zewnątrz. Rozejrzała się bezradnie dookoła.

– Tam jest całkiem ciemno – zaszczękała zębami.

Tom sięgnął po latarkę. Takie miejsca, jak San Felino określa się terminem „miast–widm”, przypomniał sobie, po omacku przeszukując zawartość schowka. Opuszczone, porzucone miejscowości, jakich wiele na południu kraju. Gdy podawał przedmiot dziewczynie, zauważyła, że ręce drżą mu równie mocno, a nawet mocniej niż jej, i cała złość, jaką do niego od dobrej chwili czuła, nagle zniknęła.

– Dam radę – stwierdziła bez przekonania, poprawiając pasek torby na ramieniu.

Nie odpowiedział. Z ociąganiem ruszyła ku miastu, jednak kilka kroków dalej przystanęła i obejrzała się za siebie. Chciała, by zrozpaczony Tom chociażby śledził ją wzrokiem, nie miała jednak pewności, czy faktycznie tak robi. Nie potrafiła wyłowić zarysów jego twarzy z oślepiającego blasku reflektorów auta.

 

***

 

Bała się, z każdym krokiem coraz bardziej. Słaby promyk latarki, którym jak ślepiec białą laską rozpoznawała drogę, migotał złowieszczo, przygasając raz po raz. Wędrowała środkiem pustej ulicy, z rzadka tylko trwożnie zerkając ku martwym, cichym budynkom. Nie starczało jej odwagi, by skierować latarkę na któryś z mijanych sklepów, warsztatów czy barów. Raz spróbowała, ale odbicie światła w brudnej szybie przeraziło ją tak dalece, że o mało co nie rzuciła się do ucieczki. Zdała się na wątły blask Księżyca, w napięciu wsłuchując się w nocne trzaski i szmery, wkradające się między dudnienie serca i głuche uderzenia podeszew martensów o asfalt. Domyślała się już wcześniej, dlaczego nie pozwolono im zabrać telefonów komórkowych, ale teraz nabrała przekonania, że miał być to rodzaj wymyślnej tortury. Samotność, niepokój i niepewność, a raczej pewność, że w razie kłopotów, nie zdoła wezwać pomocy, przygnębiały dziewczynę tak bardzo, że prawie zapomniała o konieczności poszukiwania wskazówki. Gdzie właściwie powinna zostawić torbę? A jeśli przejdę przez całe miasto i nie zobaczę żadnego znaku, żadnej podpowiedzi, rozważała, czując jak gęsia skórka powoli opanowuje jej przedramiona, co wtedy? Wtedy będziesz musiała przebyć tę drogę jeszcze raz, odpowiedziała sobie. W tę i we w tę, i tak już na wieki, jak w jakimś durnym, tanim horrorze. Koszmarne San Felino. San Felino, San–koszmar–Felino, dla dodania sobie animuszu, zaczęła powtarzać pod nosem w rytm kroków.

San–koszmar–Felino, San–koszmar…

Fioletowy poblask, emanujący z jednego z okien, sprawił, że przerwała recytację upiornej wyliczanki. Zatrzymała się na moment, by przecierając dłonią powieki, upewnić się, że to nie odbicie światła Księżyca w jakimś błyszczącym przedmiocie. Poświata nie zniknęła; dziewczyna z ociąganiem podjęła marsz, pokonując opór zesztywniałych ze strachu kolan. Jeszcze zanim dotarła do naznaczonego blaskiem budynku, domyśliła się, ku czemu zmierza.

„Otwarte”, głosił z okna, jarzący się na różowo, opleciony niebieską aureolą neon, zapraszając do równie mrocznego i odpychającego jak inne budynku. Spojrzała w górę; poza tą wątpliwą zachętą w oknach dawnego hotelu nie płonęło ani jedno światło, jedynie zdeformowany obraz Księżyca ożywiał jedną z matowych szyb na piętrze, zapewne pokrytych grubą warstwą brudu. Zanim wstąpiła na stopień, prowadzący na staromodny ganek, przełknęła ślinę, wytarła o spodnie spocone dłonie i, niespodziewanie dla samej siebie, przeżegnała się ukradkiem.

San–koszmar–Felino, powtórzyła bezgłośnie, otwierając drzwi.

 

***

 

Przeraźliwy łomot otwieranych kopniakiem drzwi, sprawił, że pielęgniarka w recepcji jak oparzona poderwała się z krzesła. Otworzyła szeroko oczy; na szpitalny korytarz wpadł blady, zdyszany człowiek, trzymający w ramionach młodą kobietę. Głowa i lewe ramię nieprzytomnej zwisały bezwładnie ku ziemi, podrygując w rytm trzęsących się rąk mężczyzny.

– Pomocy – bełkotał nieskładnie. – Wykrwawi się, lekarza, pomocy…

Wzrok pielęgniarki na ułamek sekundy spoczął na granatowym t–shircie mężczyzny, który pstrzyła nieokreślonego koloru mokra plama i na ciemnej, męskiej bluzie ciasno obwiązanej na brzuchu dziewczyny. Zanim zdążyła ruszyć się z miejsca, z dyżurki wyjrzał zaalarmowany hałasem człowiek w białym fartuchu.

– Tutaj – zawołał. – Tutaj! Co się stało?

– Nie wiem – wyjąkał z wysiłkiem Tom, wpadając do gabinetu . – Nie wiem! Znalazłem ją tak… Chyba spadła ze schodów. Ale ta krew… pojęcia nie mam!

Zaciskając zęby, by nie zacząć wyć z rozpaczy, ułożył nieprzytomną na leżance i zatoczył się na ścianę, dysząc ciężko. Obserwował w napięciu, jak w pomieszczeniu nagle zaroiło się od personelu medycznego, jak z kontrolowanym pośpiechem przenosili dziewczynę na nosze i wywieźli na salę operacyjną. Nie od razu zareagował, gdy któryś z pielęgniarzy podszedł, by o coś spytać; dopiero po chwili zrozumiał kierowane do niego słowa.

– Nie – wymamrotał nieprzytomnym głosem. – Ja nie… Mnie nic.

Pielęgniarz podstawił krzesło i pomógł mu usiąść; opadł na twarde siedzisko bez ulgi i ukrył twarz w dłoniach, zamykając się na wszystko, co działo się dookoła.

Dopiero po dłuższej chwili zdołał uspokoić oddech, przestał słyszeć szaleńcze bicie galopującego serca i zaczął wyławiać z zatykającego uszy, pulsującego szumu, dzwonki nieodbieranych telefonów, krzątaninę z korytarza, podniesione głosy toczące urywane, niezrozumiałe dla niego rozmowy. Pomyślał wtedy, że powinien wstać i czegokolwiek się dowiedzieć, ale obezwładniła go przemożna słabość, odbierająca chęć do działania. Skupił się więc na tym, co zdołał posłyszeć z holu. Nie jest dobrze, zrozumiał, gdy w chaotycznej plątaninie hałasów dominować zaczęła wyraźna nerwowość i gdy zdołał wyodrębnić z morza dźwięków dwugłos energicznych, wyraźnie zbliżających się kroków. Nie podniósł wzroku na wchodzących do gabinetu, by poznać tożsamość gości; nie miał na to siły.

– To on – oznajmiła jakaś kobieta.

– Muszę obejrzeć dokumenty. – Usłyszał głos mężczyzny. – Pańskie i tej postrzelonej dziewczyny.

Dopiero wtedy zmusił się, by spojrzeć na mówiących; pielęgniarka z recepcji i człowiek w mundurze zastępcy szeryfa mierzyli go niechętnymi, służbowymi spojrzeniami.

– Postrzelonej? – wyjąkał.

– Tak. – Twarz policjanta przybrała jeszcze bardziej oficjalny wyraz. – Posiada pan broń?

Tom instynktownie zaprzeczył, kręcąc głową niepewnie.

– Prawo jazdy… zostało w samochodzie – wyszeptał. – Mogę przynieść…

– Nie trzeba. – Padła odpowiedź. – Sami znajdziemy.

 

***

 

– Pani jest członkiem rodziny?

– Tak – potwierdzam skwapliwie, by uwiarygodnić nieprawdę. – Jessica jest moją pasierbicą.

Ordynator miejscowego szpitala kiwa głową, zatapiając wzrok w przywiezionych przez nas dokumentach. Jak na mój gust, przegląda je z wyjątkowo irytującą celebrą. Bawi go zgrywanie ważniaka, choć zapewne z zadowoleniem pozbywa się z prowincjonalnej lecznicy kogoś z tak skomplikowanymi i poważnymi urazami, jak pogrążona w śpiączce Jessica Hammond. Jeden podpis i znów będzie mógł spokojnie przyjmować wieśniaków pokąsanych przez węże.

– W papierach wszystko w porządku. – Ordynator wreszcie podnosi wzrok, zwraca się jednak do towarzyszącego mi Schmitta.

Choć tak właściwie, Schmitt uważa, że to ja mu towarzyszę, a nie odwrotnie, ale na wybujałe ego tego człowieka nie ma rady.

– Oczywiście – odpowiada pewnie, nosowym, skrzeczącym głosem. – Przygotowaliśmy się starannie, błędy proceduralne oznaczałyby tylko stratę czasu.

Ordynator kiwa głową leniwie.

– Pozostaje kwestia transportu – mówi. – Nie dysponujemy helikopterem medycznym, trzeba byłoby wzywać taki z Albuquerque. Widzę jednak, że ubezpieczenie panny Hammond nie obejmuje aż takich wydatków. – Przenosi wzrok na mnie i pyta z lekką obawą: – Czy rodzina jest gotowa pokryć koszty z własnej kieszeni?

– To już załatwione – odpowiadam, wzruszając ramionami. – Wystarczy jeden telefon profesora Schmitta. Pilot śmigłowca kliniki uniwersyteckiej czeka w pogotowiu.

Miejscowy lekarz unosi wysoko brwi; widzę, że moje słowa wywierają na nim takie wrażenie, jakiego oczekiwałam. Pewnie przez resztę dnia będzie się zastanawiał, kim właściwie jest ta Jessica Hammond, skoro dla ratowania jej skóry organizujemy aż taką akcję. Zdziwiłby się jeszcze bardziej, gdyby dowiedział się, że dziewczyna właściwie jest nikim. Przynajmniej dla mnie i Schmitta, a uczucia, jakie żywi wobec niej Thomas Resnick, wobec oskarżeń o usiłowanie morderstwa, pozostają jedną wielką niewiadomą. Pomimo wszystkich pozorów charytatywnego dobroczyńcy, jakie stara się stwarzać Petersson–Wolfe, naszego pracodawcy nie interesują tanie sentymenty, a jedynie to, co dziewczyna mogła widzieć zanim straciła przytomność, choć wydobycie z niej tych wspomnień może okazać się skrajnie trudne.

Mimo wszystko, oddycham z ulgą, gdy ordynator składa na papierach zamaszysty podpis, wstaje i podchodzi do Schmitta, uśmiechając się jak wtajemniczony profesjonalista do podobnego sobie zawodowca, chociaż Schmitt jest światowej sławy neurochirurgiem, a on jedynie prowincjonalnym lekarzem z niedużej mieściny Grants.

– Proszę. – Uśmiecha się, podając dokumenty. – Powodzenia.

Dobrze mówisz, wiejski konowale, myślę, podnosząc się z miejsca. Będzie nam potrzebne, nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo.

 

***

 

– Zwolnij, zakręt – mówię, ale Hayes nie zdejmuje nogi z gazu.

Głupi gówniarz, jak zwykle wie wszystko lepiej, złorzeczę w myślach, gdy samochód mija zjazd z głównej drogi i młody mężczyzna zajmujący fotel kierowcy, chcąc zatrzeć wrażenie, że z jego refleksem jest coś nie w porządku, hamuje z piskiem opon.

– Po jaką cholerę kazałaś wyłączyć GPS? – warczy, wycofując auto.

– Oni nie mieli nawigacji – przypominam.

– Co z tego? – pyta Hayes, skręcając niebezpiecznie blisko słupa zwieńczonego drogowskazem zapraszającym do San Felino.

– Gówno – odgryzam się.

Młody nigdy nie pojmie pewnych spraw, choć, jako absolwent prawa na Harvardzie powinien chwytać w lot, że muszę jak najwierniej odtworzyć zdarzenia, składające się na tamten feralny wieczór. Tylko dlatego Hayes prowadzi wóz, a ja potulnie siedzę na miejscu, które wtedy zajmowała Jessica i tylko dlatego wysłuchuję teraz cierpliwie przekleństw, którymi małolat kwituje każdą dziurę w zaniedbanej drodze. Cóż, w sektorze prywatnym współpracowników też sobie nie wybieramy, myślę. Wielka szkoda.

Zdewastowane budynki zaskakują mnie, nagle materializując się w ciemności, mimo, iż oczekuję ich obecności. Zanim otworzę usta, by przypomnieć Hayesowi, że właśnie w tym miejscu ma się zatrzymać, młody nagle hamuje.

– No, Rojas, czas na ciebie – ponagla, uśmiechając się drwiąco; to, że podejmuję się nocnej wędrówki przez opuszczone miasteczko sprawia mu frajdę i gówniarz nawet nie próbuje ukrywać bezczelnego zadowolenia, z jakim wyprawia mnie na samotny, i jak mniema, niebezpieczny, spacer po San Felino. – Uważaj, żeby cię coś nie zjadło – dodaje, dumny z własnego poczucia humoru.

– Wal się, białasie – rzucam gniewnie, otwierając drzwi służbowego sedana.

Właściwie nie czuję złości, jedynie niesmak; wkładam pod pachę skoroszyt z zeznaniami Toma Resnicka i zapalam latarkę. Wszystko, z wyjątkiem docinków wyszczekanego adwokata, przebiega tak samo, jak wtedy, gdy po asfalcie kroczyła Jessica Hammond. Założyłam nawet podobne do jej glanów, ciężkie buty. Nie są tak wygodne, jak adidasy i zaczynają obcierać mi pięty, ale muszę nauczyć się to ignorować. Nie powinny mnie rozpraszać takie drobiazgi, powinnam odczuwać tylko strach, jak każda normalna dwudziestodwulatka, włócząca się samotnie po zrujnowanym, dawno wysiedlonym mieście. Usiłuję przywołać w pamięci siebie sprzed dwudziestu lat z okładem, ale po chwili rezygnuję. Wiem, że to na nic, nie tylko dlatego, że dla mnie, w jej wieku, przemierzanie mrocznych zaułków nieprzyjaznych miast stanowiło już zawodową rutynę. Jestem przecież kimś zupełnie innym niż dziewczyna Resnicka i dobrze zdaję sobie sprawę, że właśnie w tym tkwi słabość genialnej metody profesora Schmitta.

Noce o tej porze roku są chłodne i mimowolnie uśmiecham się do siebie, czując, jak na przedramiona niepowstrzymaną falą wypełza gęsia skórka. Niedługo pojawią się dreszcze, a wszystko razem stanowić będzie marną co prawda, ale jednak namiastkę lęku, który musiał paraliżować Jessicę na chwilę przed wkroczeniem do opuszczonego hotelu. Nie mam pojęcia, jak go znalazła; w zeznaniach Resnicka nie znalazłam o tym żadnej wzmianki. Mnie drogę wskazują jaskrawe taśmy, którymi lokalna policja zapieczętowała drzwi. Podchodzę do nich i zdzieram blokujące wejście żółte wstęgi bez krzty należnego im respektu; przez chwilę mnę jedną z nich w palcach i na ułamek sekundy kleiste tworzywo wyzwala we mnie falę niepożądanej nostalgii.

Niechciane uczucie powrotu do przeszłości nasila się jeszcze wewnątrz budynku. Omiatam latarką pustawy, jeśli nie liczyć powoli rozpadających się mebli, hol i zdewastowaną podłogę, pokrytą plątaniną odciśniętych w pyle śladów, krążących po niej parę dni temu policjantów, po czym z uwagą przyglądam się brunatnej plamie rozmazanej u stóp schodów, zaschniętej już krwi. Zanim ją ominę i wkroczę na skrzypiące pod naciskiem stóp stopnie, wysyłam świetlny punkt na rekonesans. Nie mam pojęcia, czy dziewczyna zdołała dotrzeć na górę, zanim dostała postrzał w brzuch, ale obrażenia głowy, jakich doznała, świadczą, że spadła z wysoka.

Długo przyglądam się antresoli, stylizowanej na kolonialną. Tu znaleziono porzucony pistolet Resnicka, ten sam, z którego oddano feralny strzał. Dla miejscowych śledczych sprawa jest jasna, mimo, iż Tom uparcie nie przyznaje się do winy. Mnie samej wydaje się mocno podejrzana, a tragicznie zakończona historia przekazania okupu za nieporwane przecież dziecko wygląda na grubymi nićmi szytą. Gdyby wyjaśnienia Resnicka były prawdą, właśnie na półpiętrze, bezpiecznie skryty w ciemności, musiałby oczekiwać na Jessicę Hammond ktoś, kogo tożsamości możemy nigdy nie poznać. Cała nadzieja Thomasa i naszego wspólnego pracodawcy w tym, że Hammond, zanim straciła przytomność, zdołała zobaczyć twarz strzelca.

Bo wtedy ja również ją zobaczę.

 

***

 

– Rozmawiałam już z policją. – Nora Resnick wydyma usta w pełnym pretensji grymasie. – I nie mam nic nowego do dodania.

– Nie jestem z policji – wyjaśniam cierpliwie. – Reprezentuję ochronę Petersson–Wolfe'a.

Kobieta nieznacznie marszczy starannie wypielęgnowane brwi; zastanawia się chwilę, po czym szerzej otwiera drzwi, bez przekonania zapraszając mnie do środka.

– To pani pracuje dla adwokata Toma? – pyta, gdy podążam jej śladem do gustownie urządzonego salonu.

– Nie – prostuję – dla firmy. Tak samo, jak mecenas Hayes.

Była żona Resnicka wzrusza ramionami i widzę, że niewiele ją obchodzą istotne dla mnie niuanse. Siada w fotelu, wskazując mi jednocześnie miejsce na sofie; z zarzuconej zabawkami podłogi uśmiecha się do mnie uroczy czterolatek. Ja również wyszczerzam do niego zęby, zauważając, że wcale nie jest podobny do Toma.

– Widzi pani? Nikt go nie porwał – stwierdza drwiąco Nora.

Chłopiec, niezdarnie podpierając się rączkami, podnosi się z dywanu i podchodzi do mnie, ściskając w dłoniach kolorowego pluszaka.

– Masz – mówi, podając mi zabawkę.

Tak, nie zachowuje się jak jedno z tych zalęknionych dzieci, ofiar porwań. Każdy by poznał, nawet gdyby wcześniej nie miał z nimi do czynienia.

– Dzięki, szeryfie – odpowiadam, starając się oczyścić umysł z przykrych wspomnień, a chłopiec uśmiecha się jeszcze promienniej i ufnie sadowi obok mnie na sofie.

Nora Resnick poprawia opadające na oczy, jasne włosy.

– Myślę, że Toma powinien przebadać psychiatra – stwierdza kategorycznie. – Nikt normalny nie wymyśliłby czegoś takiego.

– Tak, to byłoby nawet zasadne – zgadzam się, oddając malcowi zabawkę. – Gdyby nie fakt, że ktoś naprawdę zgłosił się po okup.

Kobieta w jednej chwili blednie, a w jej spojrzeniu pojawia się lęk.

– Jak to? – pyta z niedowierzaniem.

Wyciągam z kieszeni kurtki złożoną w kwadrat kartkę, starannie rozprostowuję ją na podłokietniku sofy i podaję Norze.

– Portret pamięciowy – oznajmiam i od razu zadaję pytanie: – Zna pani tego człowieka?

Sięga po kartkę z wyraźnym ociąganiem, przez moment z widoczną niechęcią wpatruje się w podobiznę Latynosa o szerokiej, pucułowatej twarzy, ale zamiast odpowiedzieć, pyta:

– Skąd to macie?

– Z zeznań Jessiki Hammond – wyjaśniam, starając się wypowiedzieć te słowa jak najbardziej obojętnym tonem, i, choć tego stwierdzenia w żaden sposób nie można uznać za nieprawdę, pilnuję się mocno, by zabrzmiało naturalnie. – Zna go pani?

Kobieta w osłupieniu oddaje mi portret.

– Przecież ona… Obrzęk mózgu, śpiączka. Jak…?

Krzywię się ze zniecierpliwieniem, ubierając twarz w znudzony grymas.

– Nie wiem. To już nie moje poletko. – Ponownie składam kartkę na czworo i jeszcze raz tak samo, by lepiej mieściła się w kieszeni. – Widziała pani wcześniej tego człowieka?

– Nie. – Nora wstaje, podchodzi do sofy i bierze syna na ręce, dodając: – Przykro mi, że nie mogę bardziej pomóc.

– Szkoda. – Podnoszę się z miejsca i ruszam do holu.

Już przy drzwiach zatrzymuję się i spoglądam na żonę Resnicka uważnie, marszcząc brwi w sposób imitujący, że właśnie przypomniałam sobie coś istotnego.

– Nie ciekawi pani, czego zażądał ten człowiek? – pytam od niechcenia.

Dzieciak wierci się w ramionach matki i kobieta z ulgą stawia go na podłodze.

– Policjanci mówili. Znam sumę. To śmieszne, żadni z nas bogacze – stwierdza, podążając wzrokiem za biegnącym do salonu chłopcem.

Z trudem powstrzymuję się od złośliwego uśmieszku. Tak, tylko wyższa klasa średnia, mam ochotę zadrwić z bezprzykładnej hipokryzji tak ubogiej mieszkanki North Valley.

– Widzi pani, wcale nie chodziło o pieniądze. Jakieś dane, albo wyniki badań prowadzonych przez Toma. Na szczęście – dodaję z naciskiem – szantażysta nie dostał oryginałów. Udało się je podmienić w ostatniej chwili.

– Tak? – Jestem pewna, że w głosie Resnick słyszę nutę popłochu, gdy powtarza: – Na szczęście…

Wychodzę na zewnątrz, i gdy kierując się do samochodu, przemierzam zadbany podjazd, odnoszę wrażenie, że ktoś obserwuje mnie zza okien eleganckiego domu po drugiej stronie Camino Del Rio.

Jestem tego bardziej niż pewna.

 

***

 

– Dzwoniła – relacjonuję. – Niedługo po tym, jak wyszłam.

Hayes nie wygląda na zainteresowanego. Rzuca tylko niepewne spojrzenia na lewo i prawo. Przyglądam się temu z rozbawieniem. Każdy biały o tej porze w miejskim parku zachowuje się podobnie. To takie niekontrolowane zachowanie, jak to się nazywa? Odruch warunkowy, przypominam sobie odpowiednie określenie; na coś jednak przydaje się współpraca ze Schmittem.

– Specjalnie wybrałaś takie gówniane miejsce? – rzuca z urazą w głosie.

– Tak – pozwalam sobie na drwinę – tylko po to, żebyś narobił w gacie.

Hayes mruży oczy, usiłując wyodrębnić z cienia wyraz mojej twarzy. Jego wystraszone oblicze widzę całkiem wyraźnie, pomimo, iż latarnia za plecami nie grzeszy jasnością.

– Lepiej dmuchać na zimne – dodaję już całkiem poważnie.

Nie przyznam się małolatowi, że po prostu mam przeczucie. Po tylu latach w branży po prostu się wie, kiedy człowiek staje się obiektem inwigilacji. Mam wrażenie, że firma przygląda nam się uważniej niż zazwyczaj, bo i sprawa wydaje się poważniejsza niż zwykle. Dlatego właśnie na spotkanie z Hayesem założyłam nienoszony od lat ciuch, a adwokatowi zasugerowałam przebranie niezgodne z codzienną rutyną i dlatego żadne z nas nie ma przy sobie komórki. Młody wygląda w swoim dresie na niefrasobliwego biegacza, któremu życie niemiłe; to nie tylko zabawne, ale przede wszystkim praktyczne. Pozwala uniknąć niewidocznych dla ludzkich oczu, acz skutecznych szpiegowskich gadżetów, takich, jakie sama umieściłam pomiędzy włóknami sofy Nory Resnick, udając, że rozprostowuję pogniecioną kartkę.

– Streszczaj się, Rojas – szczęka zębami Hayes. – Dzwoniła, i co?

– Powiedziała: „Za godzinę”. Tylko tyle. Potem zabrała dzieciaka i wyszła. Pojechałam za nią; kupiła jednorazowy aparat którejś z tanich sieci komórkowych i wybrała numer. Musiała go pamiętać, bo nie korzystała z żadnej notatki. Rozmawiała, a właściwie wsłuchiwała się w to, co miał do powiedzenia ktoś po drugiej stronie, snując się po centrum handlowym.

– Wiesz, pod jakie numery dzwoniła? – Młody na moment zapomina o strachu.

– Jeszcze nie – przyznaję. – Pierwszy dopiero ustalam, a drugi… No cóż, w drodze powrotnej wyrzuciła jednorazowy aparat do Rio Grande.

– Więc na razie nic nam to nie daje – krzywi się Hayes.

– Daje. Przecież połknęła haczyk. – Spoglądam ponad ramieniem adwokata, śledząc majaczącą w oddali ludzką postać i zmieniam temat: – Dowiedziałeś się czegoś?

Młody traci cały tupet, oglądając się za siebie niepewnie, ale spóźniony przechodzień znika w mroku. Zbyt długo tkwimy w jednym miejscu, zdaję sobie wtedy sprawę. To błąd.

– Przejdźmy się – proponuję, a Hayes zgadza się bez wahania.

– Tak – przyznaje, gdy odzyskuje pewność siebie. – Podpytałem kolegów. Rozwód przeprowadzono bez orzekania o winie. Zaskakująco zgodnie podzielili majątek. On dostał opiekę nad synem. Z tego, co wiem, poszło wyjątkowo gładko…

– Dlaczego on? – Marszczę brwi z niedowierzaniem. – Miał lepszego prawnika?

– Nie. Po prostu się dogadali. – Hayes wzrusza ramionami tak, jakby chodziło o dziedziczenie domu albo samochodu, a nie zgodę na widywanie jedynego dziecka w wyznaczone weekendy.

– Od razu widać, że nie masz dzieci – orzekam kategorycznie. – Taka ugoda to skrajnie rzadki scenariusz.

Rzadki, ale nie niemożliwy, myślę i zagryzam z goryczą wargi, na wspomnie sukinsyna, który wiele lat temu wynajął lepszego prawnika niż ja. Młody zjeża się, jak zawsze, gdy przybieram drwiący, protekcjonalny ton.

– Rzadkim scenariuszem jest raczej to, że Resnick dała się nabrać na twój naciągany blef – mówi z urazą i wydaje mi się, że również z lekką zazdrością. – Wcale nie musiała.

– Magia wieloletniego doświadczenia, Hayes. – Uśmiecham się pobłażliwie, choć wcale nie poprawia mi się humor.

– Wszystko jedno. – Macha ręką. – Nie chciałbym być w twojej skórze, jeśli…

Milknie nagle, spłoszony donośnymi, choć tłumionymi przez roślinność, pijackimi okrzykami z pozostającej już za nami głębi parku.

– Jeśli co? – podchwytuję zaczepnie.

– Sama wiesz – mruczy, rozglądając się niespokojnie. – Już późno, Rojas, a ja wolę być zapraszany na randki do Nob Hill.

– Nie pochlebiaj sobie, gówniarzu – odgryzam się.

Hayes nie odpowiada i podejrzanie pośpiesznym krokiem, prawie biegnąc, dopada swojego samochodu. Wiem, o czym mówi. Dla firmy wyciągnięcie z aresztu śledczego kierownika najbardziej znaczącej sekcji badawczej przestało stanowić priorytet, od kiedy okazało się, że przehandlował wyniki najtajniejszych badań. Tak na dobrą sprawę, określenie „przehandlował” jest całkowicie nietrafione, ale nie w tym rzecz. To ja stałam się nagle odpowiedzialna za ich odzyskanie, albo przynajmniej, za przekonanie przeciwnika, że są bezwartościowe.

Samochód rusza z wyciem silnika; młody jeszcze mocniej niż zazwyczaj dociska pedał gazu. Nie tylko to mi się nie podoba. Udaję, że biegnę wzrokiem za czerwonymi światłami oddalającego się auta, tak naprawdę podążając spojrzeniem za tajemniczymi, przemykającymi po parku cieniami. Sięgam do ukrytej pod sportową kurtką kabury, ale jest już za późno; na trotuarze pojawiają się jak duchy, potężne męskie sylwetki, a na ulicy tuż obok mnie zatrzymuje się ciemna furgonetka i ktoś skryty w jej wnętrzu, błyskawicznie rozsuwa boczne drzwi.

Wiem, co stanie się za chwilę. Nie zdążę nawet wyciągnąć broni; mężczyźni sprawnie wepchną mnie do wnętrza wozu, a kierowca ruszy z piskiem opon, zanim jeszcze porywacze zdążą zatrzasnąć drzwi.

 

***

 

– Wpierdalasz się w nie swoje sprawy, Rojas. – Szpakowaty mężczyzna opiera się o biurko i niedbałym gestem ukrywa dłonie w kieszeni.

Nie odzywam się ani słowem; czekam. Przed chwilą posadzono mnie na krześle w ponurym pokoju bez okien. Nie mam pojęcia, gdzie się znajduję; furgonetka zatrzymała się prawie w drzwiach i wprowadzono mnie wprost do budynku, a ciemność korytarza nie dostarczyła żadnych wskazówek. Nie aresztowano mnie w klasycznym rozumieniu tego słowa – nie założono mi przecież kajdanek, odebrano jednak broń i dokładnie sprawdzono, czy nie ukrywam telefonu albo jakichś ostrych przedmiotów. Nie wiem, kim są porywacze, ale wyglądają na biegłych w swoim fachu.

– Poinformowałaś Resnick o podmianie – kontynuuje mężczyzna, krzywiąc się z niesmakiem. – Nie wiem, co, do kurwy nędzy, chciałaś osiągnąć, i w tym momencie mnie to nie interesuje, ale popełniłaś pierdolone, kolosalne faux pas.

Nadal milczę; wulgarne wynurzenia tego człowieka nie robią na mnie wrażenia i zamierzam mu to okazać. Niezobowiązująco zakładam nogę na nogę i splatam dłonie, opierając je o kolano, przybierając jednocześnie najbardziej znudzoną minę, na jaką mnie stać. Z podłogi, poprzez krzesło, przenika w moje ciało jakaś delikatna wibracja i zdaje mi się, że z oddali, dobiega stłumiony co prawda i zniekształcony, ale znajomy dźwięk. Czyżby kolej?

– Interesuje mnie jedno – mówi mężczyzna, wyciągając ręce z kieszeni i krzyżując je na piersi. – Skąd wiedziałaś o podmianie? Thomas Resnick ci nie powiedział.

Mimowolnie marszczę brwi; a więc naprawdę odbyła się jakaś podmiana. Moim „naciąganym blefem” niechcący trafiłam w sedno jakiejś śmierdzącej sprawy. Powoli tracę pewność siebie; nie wiem, z kim mam do czynienia. Oczywiście, przed chwilą też nie miałam pojęcia, ale nagle ta niewiedza zaczyna mi bardzo przeszkadzać. Przełykam dyskretnie ślinę i już otwieram usta, by rzucić jakąś wymijającą odpowiedzią, gdy znów odzywa się szpakowaty.

– Tylko nie pierdol, że Hammond tak zeznała. Nie wierzę w cuda, nie jestem jakąś jebaną kurą domową.

– Tego nie wiem – odzywam się wreszcie. – Zapomniałeś się przedstawić.

Przez surową twarz mężczyzny przemyka grymas, który, w innych okolicznościach, od biedy można by uznać za uśmiech.

– Frank Nellis, BTI. Uprzedzam, że nie wyjdziesz stąd, jeśli nie zaczniesz współpracować – ostrzega, nagle poważniejąc. – Na początek, podasz nazwisko informatora.

Wszystko staje się jasne. BTI, owoc paranoicznych obaw rządu przed plagą wywozu do Azji jeszcze nie opatentowanych, drogich wynalazków. Kontrwywiadu technologicznego na karku jeszcze mi brakowało, myślę z niechęcią. Ostatnią rzeczą, której teraz chcę, jest zadzieranie z władzami federalnymi.

– Nie ma żadnego informatora – mówię. – Rozmowa z Resnick była klasyczną prowokacją. Blefem, rozumiesz, Nellis?

Mężczyzna odrywa się od biurka i spogląda na mnie z góry.

– Nie. – Kręci głową. – Mam uznać, że w to gówno wdepnęłaś czystym przypadkiem? Ale to nie zmienia faktu, że wiedziałaś, co stanowiło okup.

– Tom Resnick mi opowiedział – odpowiadam, odważnie znosząc badawcze spojrzenie jasnych, prawie bezbarwnych oczu.

– Dopiero, gdy poinformowałaś go, że o tym już wiesz. – Wzrok mężczyzny staje się nagle jeszcze bardziej przenikliwy, choć myślałam, bardziej już nie może być. – Skąd?

Powoli opuszczam głowę i udaję, że przyglądam się pozostawionemu na pustawym blacie biurka jednorazowemu kubkowi z kawą.

– Od Hammond – wyznaję. – Zdaję sobie sprawę, jak to brzmi, ale to prawda. Nie na darmo ściągali Schmitta z Waszyngtonu.

– Udało się ją wybudzić? – Nellis stawia krzesło naprzeciwko mnie i siada dokładnie na linii mojego wzroku.

Mimo wszystko, robi mi się nieswojo. Co za dziwny facet, myślę. Nie potrzebuje nawet świecącej wprost w twarz przesłuchiwanego lampy; wystarczy samo miażdżące, obezwładniające spojrzenie, by człowiek poczuł się, jak uderzony bykowcem.

– Coś w tym rodzaju. Szczegółów nie znam. – Zatapiam wzrok w oczach Nellisa, wkładając wiele wysiłku w to, by wytrzymując jego spojrzenie, nie zdradzić, że kłamię.

Zaczyna dziać się ze mną coś dziwnego. Nigdy nie czułam czegoś takiego; serce zaczyna mi bić ociężale, jak na zwolnionym filmie, a chwile ciszy między kolejnymi uderzeniami wydają się coraz dłuższe. Z trudem wyrzucam powietrze z obarczonych jakimś wielkim ciężarem piersi i nabieram przekonania, że nie umiem nawet wstać z krzesła. Jestem w stanie uwierzyć, że agent BTI potrafiłby zatrzymać krążenie przesłuchiwanego samą siłą woli. Na szczęście spojrzenie Nellisa w jednej chwili łagodnieje.

– Hammond miała się nie dowiedzieć, co niesie – stwierdza mężczyzna.

Biorę głęboki wdech.

– Zajrzała do torby – bełkocę bezsilnie. – Zanim weszła do hotelu.

Nellis kiwa głową ze zrozumieniem i wstaje, a ja oblewam się potem. Nieokreślony rezonans przenika budynek ponownie, a ja, wyczerpana, odczuwam go intensywniej niż wcześniej i nagle dociera do mnie, że to zniekształcony przez grube mury ryk startującego, wojskowego odrzutowca. Wiem już, gdzie jestem i to dodaje mi sił. Prostuję zgięty w pałąk kręgosłup i poprawiam się na krześle. Agent podnosi z biurka pogniecioną kartkę papieru i długo się jej przygląda, po czym odwraca tak, bym zobaczyła widniejącą na niej ludzką podobiznę.

– Kurwa, ten portret pamięciowy też wygląda na zbyt szczegółowy – mówi z namysłem. – Ale niech ci będzie, Rojas. Dam ci szansę. Masz wszystko odkręcić, a ten facet – dodaje, potrząsając wizerunkiem – ma uwierzyć, że dostał prawdziwe próbki. W przeciwnym wypadku, razem z nim i Norą Resnick staniesz przed sądem, oskarżona o szpiegostwo technologiczne. Rozumiesz?

Paradoksalnie, dopiero co usłyszana groźba niespodziewanie poprawia mi humor. Oznacza, że wcale nie muszę wypruwać sobie żył, by odzyskać wyniki, skoro tak naprawdę nie doszło do przecieku. Firma będzie usatysfakcjonowana i dla mnie tylko to się liczy.

– Goń się, agencie – mówię, uśmiechając się szeroko. – Sam sobie wszystko odkręcaj. A udziału w szpiegostwie nikt mi nie udowodni.

Twarz szpakowatego nie zmienia wyrazu, zapewne nie raz słyszał takie butne odzywki.

– Nie ma winy, której nie dałoby się udowodnić – stwierdza obojętnie, krocząc w stronę wyjścia. – Zastanów się nad tym.

Wychodzi, zostawiając mnie samą. Słyszę trzaśnięcie zamykanych drzwi i chrobot przekręcanego w zamku klucza. Zaraz potem gaśnie światło, a ja przestaję się uśmiechać.

Już wiem, że czeka mnie długa noc.

 

***

 

Dopadam go na podjeździe, gdy wychodzi do pracy. Wprawnym ruchem wykręcam mu ramię, popycham najmocniej jak potrafię i przytrzymując dłonią za kark, rozkwaszam wypielęgnowaną buźkę młodego na masce jego samochodu.

– Wystawiłeś mnie, sukinsynu – syczę mu do ucha, słysząc, jak oprawki wciskanych w blachę okularów rysują maskę auta.

– To nie tak, Ana – jęczy Hayes, usiłując dosięgnąć okularów wolną ręką. – Nie tak!

– A jak, gnoju? – krzyczę, nie przejmując się faktem, że serwuję właśnie sąsiadom młodego niezłe widowisko. – Jak?

– To federalni – dyszy. – Chcieli pogadać z tobą… dyskretnie. Co miałem zrobić?

– Uprzedzić mnie, skurwielu – stwierdzam lodowato i jeszcze mocniej dociskam policzek młodego do auta. – Po starej znajomości!

Gdzieś obok nas zatrzymuje się samochód; kątem oka widzę jego zniekształcony obraz przez szyby wozu Hayesa. Przychodzi mi do głowy, że powinnam skończyć to przedstawienie, zanim jakiś uprzejmy sąsiad wezwie policję.

– Pani Rojas? – Słyszę niewyraźne słowa i, zaskoczona, od razu rozluźniam uścisk.

Tego głosu się nie spodziewam; powoli puszczam młodego i odwracam się, zachodząc w głowę, czego może szukać Nora Resnick przed domem Hayesa o siódmej czterdzieści rano. Blada, rozczochrana, nie przypomina już dystyngowanej kury domowej z przedmieścia. Unika kontaktu wzrokowego, odwracając głowę i umykając spojrzeniem gdzieś w bok. Przez chwilę milczymy obie, tylko młody za moimi plecami rozpacza nad porysowanym lakierem.

– O co chodzi? – pytam w końcu, gdy cisza staje się nieznośna.

– Zabrał Danny'ego – jęczy Nora i, jakby wciąż nie dowierzając, kręci głową, a ja wreszcie mogę dostrzec potężny siniak na jej szczęce i puchnącą od uderzenia, czerwoną wargę.

– Kto? – Czuję, jak pomimo przybierającego z każdą chwilą na sile upału, robi mi się zimno.

– Facet z portretu pamięciowego – bełkocze.

Wtedy również i młody zastyga w bezruchu, a skąpy przecież, ruch na mało uczęszczanej, osiedlowej uliczce zaczyna nagle mi przeszkadzać, niczym ryk z zatłoczonej autostrady.

– Pogadamy u ciebie, Hayes – mówię i otaczając roztrzęsioną kobietę ramieniem, prowadzę ją wprost do domu adwokata.

– U mnie? Ale… – słyszę niepewny głos chłopaka.

Nie odwracając się, tuż pod progiem, rzucam kpiącą uwagę:

– Gówno mnie obchodzi, że nie uprzątnąłeś ze stołu stringów jakiejś zdziry. Pani Resnick musi ochłonąć. Otwierasz, czy mam wykopać te drzwi?

Młody z ociąganiem sięga do kieszeni po klucze; słyszę ich brzęk, miota nimi nerwowo między palcami, zanim umieści je w zamku.

Wnętrze domu wita nas cieniem i chłodem; mimo wszystko, Hayes zostawił w nim jaki taki porządek, ale fotele i sofa w salonie zawalone są różnymi, bezładnie rzuconymi na tapicerkę częściami męskiej garderoby. Pomagam Norze wgramolić się na barowe krzesło w kuchni, po czym kiwam głową na młodego:

– Daj szklankę wody.

Stawiam naczynie na blacie, tuż przed pochlipującą cicho kobietą, ale ona nawet nie dostrzega tego gestu.

– W nocy, czy nad ranem? Wdarł się do domu? – pytam.

– O świcie. – Kiwa głową słabo. – Obudził mnie hałas… Kroki w pokoju Danny'ego. Zaczęłam krzyczeć, ale… – załamał jej się głos.

– Powiadomiła pani policję? – chce wiedzieć Hayes.

– Zabronił. Zabiję, groził… – Nora blednie jeszcze bardziej i głośno wciąga powietrze, zanim dokończy: – Idź do Any Rojas, powiedział.

Przyglądam się uważnie, gdy załamana, ukrywa twarz w dłoniach i łka, a rozsypujące się w nieładzie, jasne włosy muskają jej wypielęgnowane palce.

– Mówił, czego chce? – Hayes zadaje pytanie po chwili namysłu.

– Nie. Rojas będzie wiedziała, tak powiedział – stwierdza, nie odrywając rąk od policzków.

Szukam wzrokiem młodego, ale jego zbaraniała mina przywodzi na myśl wyraz twarzy dzieciaka, któremu zginął ulubiony szczeniak. Przypomina mi Toma Resnicka w momencie, w którym dowiedział się, że jego syna wcale nie porwano. Powoli zsuwam się z krzesła i podchodzę do okna, by w skupieniu kontemplować słoneczne refleksy na błękitnej wodzie, wypełniającej basen za domem.

– Nie mówi pani całej prawdy – stwierdzam po chwili. – Dobrze zna pani tego człowieka. Chcę wiedzieć, kto to.

– Nie… Ja nie wiem – plącze się kobieta. – Skąd miałabym…?

Tym razem to ja przesuwam palce po zmęczonych, ciężkich powiekach. Nieprzespana noc, spędzona w zamknięciu, sprawia, że moja cierpliwość szybko się wyczerpuje.

– Posłuchaj, kochana – mówię, odrzucając precz balast grzecznościowych formułek. – Albo porozmawiamy szczerze, albo wcale. Pokażesz mi jednego siniaka i myślisz, że kupię tę samą żenującą historię, co twój głupi mąż? Nie kiwnę palcem, jeśli mnie nie przekonasz, że porwanie naprawdę miało miejsce. Masz dwie minuty.

Nora nie odpowiada, wytrzeszcza tylko na mnie oczy, całkowicie zaskoczona. Podchodzę bliżej, i zatrzymując się tuż obok niej, dodaję groźnym szeptem:

– A jeśli to wszystko okaże się tylko marnej jakości inscenizacją, dostaniesz ode mnie w swoją uroczą mordę jeszcze mocniej, niż rano od tego faceta. Rozumiesz?

Otwiera usta, po czym od razu je zamyka, jak ryba, nie wydobywając żadnego dźwięku. Zamiast niej odzywa się Hayes.

– Tak – potwierdza, dłubiąc coś przy zniszczonych okularach. – Ana to potrafi.

Resnick wzdycha, przymyka oczy i dałabym głowę, że grymas, który błyskawicznie przemyka przez jej twarz, jest oznaką wściekłości, a nie echem tłumionego z wysiłkiem bólu obitej żuchwy.

– Nazywa się Estes – wyznaje w końcu niezbyt wyraźnie, bo puchnąca warga nie ułatwia mówienia. – Zapłacił mi, żebym udawała przed Tomem, że Danny został porwany… Ale wtedy, nie teraz. Zawiozłam małego do kuzynki. Tom uwierzył… Nie wiem, dlaczego.

– Zapewne odebrał od faceta kilka przekonujących telefonów – zauważam cierpko. – Co to za jeden? Dla kogo pracuje?

– Nie wiem – upiera się Nora. – Nie wiem!

– Skąd go znasz? – nie ustępuję.

– Sam mnie znalazł… Potrzebowałam pieniędzy.

– Ciekawe. Przy rozwodzie przypadł ci spory majątek – wtrąca Hayes.

– Obciążony hipoteką – wyjaśnia natychmiast Resnick, otwiera szeroko oczy i krzyczy rozpaczliwie: – Co z wami? Drań zabije mi syna, a was zajmuje mój rozwód? To było dwa lata temu, do cholery! To było jak… w innym życiu!

Machając nerwowo rękami, potrąca szklankę; woda z przewróconego naczynia wylewa się szerokim strumieniem na kuchenny blat i nieubłaganie opada na podłogę. Żadne z nas nie reaguje. Nora uspokaja się niespodziewanie i patrząc nieprzytomnie gdzieś w bok, powtarza mechanicznie:

– On zabije mi syna…

Machinalnie kiwam głową, zupełnie jakbym przewidywała, że tak właśnie się zdarzy; choć może owo przeczucie to tylko echo dawnych spraw, które porzuciłam otwarte i których nie zamknę już nigdy.

 

***

 

 

Czekamy w przeszklonym holu pod salą konferencyjną. Staram się nie spoglądać na Nellisa; dobrze pamiętam, jaka siła kryje się w jego wzroku. Agent przyjechał niedawno, ale moi szefowie wciąż debatują i zapewne prędko nie podejmą decyzji w sprawie okupu za Danny'ego Resnicka. Pomimo zachowywania pozorów empatycznej, dbającej o pracowników firmy, Petersson–Wolfe niechętnie ryzykuje technologią cenniejszą niż niejedno ludzkie życie. Nellis odbiera kawę z automatu i taktownie zajmuje miejsce kilka foteli dalej; z początku mi to pasuje, ale z upływem czasu fakt, że agent ignoruje mnie skuteczniej, niż ja jego, zaczyna mnie wkurzać. Nie wytrzymuję; wstaję i, zniecierpliwiona, zaczynam krążyć po holu tam i z powrotem. Wreszcie udaje mi się go sprowokować.

– W ten sposób niczego nie przyspieszysz – mówi.

– Nie mam takiego zamiaru – odpowiadam zupełnie szczerze, nie przestając spacerować. – Myślę.

– Naprawdę? – drwi, lecz po chwili interesuje się: – O czym, Rojas?

– Zastanawiam się, u której kuzynki tym razem ukryła dzieciaka Resnick.

Nellis odstawia pusty kubek po kawie na stolik.

– Tym razem to było na serio, Rojas – stwierdza flegmatycznie. – Mam ekipę w domu naprzeciwko. Wszystko zarejestrowali, może nawet, jak będziesz miła, pozwolę ci obejrzeć nagranie…

– Twoi ludzie mieli faceta na wyciągnięcie ręki i go nie zatrzymali? – wyrażam powątpiewanie. – Pozwolili mu, tak po prostu, zabrać dzieciaka? Nie wierzę.

– Nie rozumiesz – mówi. – W tamtym domu siedzą technicy od inwigilacji, a nie pieprzony SWAT. Zresztą – dodaje – sama założyłaś u Resnick podsłuch. Wiesz, co tam się działo.

Nie spytałam, skąd o tym wie; uznałam tylko, że jego technicy od inwigilacji w pełni zasługują na swoje pensje. A może powiedział mu Hayes? Wszystko jedno.

– Wiem. – Przystaję i wzruszam ramionami, wciąż nie spoglądając w stronę agenta. – Słuchałam tego setki razy. Ale nagranie zwyczajnie mnie nie przekonuje. Nie jest wiarygodne.

– W jakim sensie? – Nellis wydaje się być rozbawiony moimi wątpliwościami.

– Wiesz, dlaczego musiałam odejść z policji? – Podchodzę do automatu z kawą i długo przyglądam się swemu odbiciu w jego błyszczącej tafli, zanim zaczynam wyjaśniać: – O mało co nie zakatowałam faceta, który chciał odebrać mi córkę. A to nie był żaden zboczeniec, porywacz ani nawet handlarz żywym towarem. Tylko – chrząkam – choć może aż, były mąż. Dlatego nie jestem w stanie wyobrazić sobie, że kobieta nie walczy o dziecko. Dostanie raz w twarz, wysłucha kilku pogróżek, poryczy jak kiepska aktorka w tanim thrillerze i to wszystko? Nie dla mnie.

Słyszę, jak Nellis wstaje i idzie w moją stronę. Czuję jakąś koszmarną wodę po goleniu, gdy staje tuż obok, a nieznacznie podnosząc wzrok, zauważam na automacie odbicie jego twarzy ponad moim ramieniem. Nie zamierzam się odwracać; nie chcę, by znów inwigilował mnie spojrzeniem jasnych, prawie bezbarwnych oczu.

– Nie dla mnie – powtarzam jeszcze dobitniej, podświadomie usiłując tymi ostrymi słowami odgrodzić się od mężczyzny jakąś niewidzialną barykadą.

– Skończyło się ugodą, tak? – zaskakuje mnie cichym pytaniem i niespodziewanie łagodnieję.

– Tak – przyznaję, zdziwiona. – Nie wniósł oskarżenia o pobicie w zamian za… – urywam nagle, bo po głowie krąży mi już nowa myśl. – Ciekawe, jakiego haka miał na żonę Resnick. Bo jakiegoś musiał mieć, skoro zrzekła się opieki nad synem. – Naraz zapominam o wszystkich obawach, odwracam się i staję z Nellisem twarzą w twarz. – Ty musisz wiedzieć, powiedz!

Jego spojrzenie wcale nie jest takie straszne; właściwie, można je opisać jako całkiem łagodne, a z bliska, w tęczówkach zaczynam zauważać nieśmiałe przebłyski błękitu.

Agent uparcie milczy; w tym samym momencie otwierają się drzwi pokoju konferencyjnego i słyszę nieprzyjemny głos zastępcy któregoś z prezesów, człowieka o nazwisku Thyssen, zadający kłam zawartej w wypowiadanych słowach, nieszczerej uprzejmości:

– Pani Rojas, agencie Nellis, zapraszamy.

Pomimo zachęty, funkcjonariusz BTI nie rusza się z miejsca. Pierwsza odzyskuję rezon. Gdy mijam Nellisa, zmierzając ku sali obrad, przez jego surowe oblicze przemyka cień żalu. Choć, być może, po prostu źle interpretuję jakiś mimowolny, przypadkowy skurcz mięśnia pod skórą twarzy agenta; zapewne już się nie dowiem, jak jest naprawdę.

 

***

 

Ciemna furgonetka bez żadnych przykuwających uwagę napisów na bokach mknęła zalaną słońcem międzystanową autostradą numer czterdzieści z przepisową prędkością. Prowadzący wóz człowiek o pospolitej, pucułowatej twarzy w żaden sposób się nie wyróżniał. Napotykane z rzadka patrole drogówki pozdrawiał uprzejmym kiwnięciem potężnej dłoni. Godzina minęła niepostrzeżenie, autostrada zmieniła się w drogę stanową i kierowcy zaczynało dokuczać pragnienie. Z chęcią napiłby się zimnego piwa, ale szybko zapanował nad tą głupią zachcianką. Piwo musi poczekać; ostatnią rzeczą, jakiej by sobie życzył, byłoby zatrzymanie przez policję za jazdę pod wpływem alkoholu. Opadające ku wzgórzom słońce zaczynało już czerwienieć, gdy zauważył w oddali tablicę zapraszającą do miejscowego dinera, gdzie, jeśli wierzyć topornemu reklamowemu hasełku, mieli karmić najlepiej na zachód od Albuquerque.

Zatrzymał furgon pomiędzy półciężarówkami na parkingu przed nędzną budą, okraszoną pompatycznym, choć migającym niepewnie neonem „Daddy's Diner”. Wszedł do środka, zamówił jakąś prawie niejadalną, lokalną wersję burgera i colę. Pierwszą wypił duszkiem, poprosił więc o drugą, a potem jeszcze jedną i kolejną. Opuścił lokal dopiero wtedy, gdy się całkiem ściemniło i nieśpiesznie ruszył w drogę. Bez zastanowienia, na pamięć wybrał trzeci zjazd z pogrążonej w mroku szosy, mijając bez żalu przewrócony, zapewne ze starości, drogowskaz zapraszający do San Felino, miejscowości zamieszkanej niegdyś przez tysiąc trzystu dwudziestu obywateli.

Gdy dotarł do pierwszych zabudowań, zwolnił. Ciemny samochód szybko wtopił się w wymarłe miasto, powoli tocząc się przez opuszczone ulice. Kierowca długo i wytrwale kluczył po ponurych zaułkach, zanim znalazł odpowiedni, względnie niezdewastowany, budynek. Wybrawszy go, uśmiechnął się pod nosem, bo ani dom, ani podwórko, nie wyróżniało się niczym spośród innych, podobnych w sąsiedztwie. Zatrzymał samochód i, nie wyłączając silnika, wysiadł, by przyjrzeć się dawnej siedzibie dużej, najwidoczniej zamożnej, rodziny. Na trawniku przed domem wciąż tkwił pordzewiały, zapewne dla hecy wywleczony przez kogoś z garażu, staromodny dziecięcy rowerek.

Mężczyzna uśmiechnął się do siebie po raz drugi tego wieczora. Pieprzony znak z niebios, pomyślał z zadowoleniem, wstępując na ganek. Dom zastał otwartym; nie zdziwiło go to odkrycie. Na dobrą chwilę zniknął we wnętrzu, a gdy znowu ukazał się na progu, uśmiech wciąż jeszcze błąkał się po jego twarzy. Zniknął, gdy tylko człowiek wrócił do furgonetki, otworzył szeroko drzwi części bagażowej i długo, uporczywie wpatrywał się w leżący na podłodze auta, podłużny pakunek, zawinięty w gruby kokon z wzorzystego koca, z którego, na jednym z końców, wystawał przedmiot przypominający kolorowy, dziecięcy bucik.

 

***

 

Krążę po mieście, czekając na telefon. O tej porze uliczny ruch, nawet w wielkiej metropolii, wyraźnie słabnie, ale buzująca we krwi adrenalina nie pozwala mi się rozluźnić. Co chwilę spoglądam na zegarek; zadzwonię o północy, zapowiedział Estes, a jest nieprzyzwoicie wprost punktualny. Zatrzymując się na czerwonym świetle, odruchowo wędruję spojrzeniem ku siedzeniu pasażera i sprawdzam, czy nadal leży tam skórzana, brązowa aktówka.

Estes dzwoni krótko po tym, jak zegar oznajmia nastanie nowego dnia trzema błyszczącymi w ciemności zerami. Natychmiast naciskam klawisz oznaczony zieloną słuchawką i podnoszę telefon do ucha.

– Rojas – rzucam do słuchawki i skupiam się na słowach porywacza tak skwapliwie, że prawie potrącam jakąś grubą babę, niemrawo pokonującą przejście dla pieszych. Hamuję gwałtownie, tylko po to, by obojętnie wysłuchać steku wyzwisk i odpowiedziawszy kobiecie wymownym, wulgarnym gestem, pośpiesznie odjechać.

– Co jest? – Słyszę głos Nellisa, dobiegający z ukrytego w drugim uchu nadajnika.

– Parking przed nieczynnym supermarketem, South Valley Shopping Centre – informuję, bezczelnie wymuszając pierwszeństwo na kolejnym skrzyżowaniu. – Dał mi dziesięć minut.

– Pojebało kutasa do reszty – warczy agent, po czym dodaje: – Zatrzymaj go tam najdłużej, jak tylko możesz, Rojas.

– Zrozumiałam – odpowiadam i, niezadowolona, przeklinam pod nosem, bo to, co właśnie usłyszałam, oznacza po prostu, że ludzie Nellisa nie dotrą do South Valley na czas i będę na tym parszywym parkingu zdana tylko na siebie. Choć, możliwe, że za dziesięć minut Estes zadzwoni, wyznaczając kolejne miejsce kontaktu, bo supermarket to już trzecie z miejsc, które tego wieczora odwiedzam, a w żadnym z poprzednich punktów, w które mnie wysłał, nie zdecydował się na spotkanie. Sama nie wiem, czy właśnie tego chcę; wyczerpana i zniecierpliwiona, wolę już konfrontację, niż kolejną karkołomną wycieczkę po mieście. Coś mi mówi, że tym razem odroczenia już nie będzie, bo na parkingu nieczynnego sklepu Estes nie musi obawiać się monitoringu, a i ogon BTI zdążyłam dawno zgubić. Serce przyspiesza swój bieg, gdy odbieram następny telefon.

– Zostaw samochód przy wjeździe na parking i idź powoli w stronę sklepu. – Słyszę głos porywacza. – I nie zapomnij zabrać prezentu – dodaje Estes, po czym szybko się rozłącza.

Posłusznie wykonując polecenie, wysiadam z auta, ściskając pod pachą brązową aktówkę. W oddali migocze rozświetlone centrum miasta, przyćmiewając nieliczne, oswajające pusty parking latarnie. Z trudem powstrzymuję chęć, by przyspieszyć kroku, przemierzając asfalt poprzecinany ledwo już widocznymi, białymi liniami miejsc postojowych. Rozglądam się co chwila, ale wygląda na to, że jestem całkiem sama, chyba, że ktoś kryje się w zamkniętym sklepie bankrutującej sieci handlowej. Szczelnie zabite wiórowymi płytami okna zdążyły już pokryć się bezładną bazgraniną różnokolorowego graffiti; zanim jednak wzrok z przyzwyczajenia zacznie wyodrębniać z plątaniny liter podpisy lokalnych gangów, gdzieś z boku rozlega się ryk motoru. Przystaję, gdy na parking, od strony sklepu wpada człowiek na motocyklu i szybko prze w moim kierunku. Czekam z bijącym sercem, mocniej zaciskając palce na brzegach aktówki. Nie mam dokąd przed nim uciec; zresztą, nawet gdybym chciała, nie mogę. Na szczęście motocyklista zatrzymuje się jakiś metr ode mnie i, nie wyłączając silnika, wyciąga rękę, a spod kasku dobiega ostry, nieprzyjemny rozkaz:

– Dawaj!

Dobrze to rozegrał, przemyka mi przez głowę; dostanie to, czego chce i umknie, zanim przyjedzie Nellis. Zniknie bez śladu, zanim zdążę dobiec do samochodu i ruszę w pościg.

– Gdzie dzieciak? – pytam, ściskając aktówkę jeszcze mocniej.

– Nie teraz. Teczka! – Mężczyzna nerwowo potrząsa dłonią.

– Teraz – upieram się, myśląc, co, do jasnej cholery, zatrzymuje Nellisa. – Gdzie dzieciak?

– Oddaj teczkę – warczy groźnie motocyklista – albo nigdy się nie dowiesz!

Milcząco mierzę przeciwnika wściekłym spojrzeniem, ale nie jestem w stanie dostrzec jego twarzy. Na szybie kasku odbijają się tylko światła latarni; nie wiem nawet, czy to naprawdę Estes, czy może przysłał kogoś w zastępstwie. Nabieram powietrza do płuc i najwolniej, jak potrafię, podaję mężczyźnie aktówkę. Motocyklista zachłannie wyrywa mi ją z rąk, wkłada do plecaka, przytroczonego do piersi, zamiast do pleców, i odjeżdża bez słowa.

Rozglądam się bezradnie; ludzi z BTI nie widać. Jeszcze chwila i jedyny trop, prowadzący do Danny'ego Resnicka wymknie mi się z rąk. To, co robię, zaskakuje mnie samą. Bez namysłu rozpinam suwak sportowej kurtki i błyskawicznie sięgam do ukrytej pod nią kabury.

Strzelam. Wiem, że jest ciemno, a wzrok, od czasów, kiedy ostatni raz korzystałam z broni, pogorszył mi się znacznie, ale do jasnej cholery, muszę zaryzykować. Naprawdę staram się nie zabić tego człowieka, i serce podchodzi mi do gardła, gdy motocykl zaczyna niebezpiecznie chybotać, wreszcie przewraca się na bok, przygniatając mężczyznę. Facet żyje, widzę, jak usiłuje wydostać się spod ciężkiej maszyny. Zaczynam biec; w tej samej chwili na parking wdzierają się czarne wozy BTI. Przyspieszam kroku, jakbym chciała wyprzedzić wielkie, błyszczące drapieżniki, rykiem silników torujące sobie drogę przez noc.

 

***

 

– Jesteś gotowa, Rojas? – rzuca Schmitt.

– Nie – mruczę i dodaję: – Po co pytasz? Przecież mało cię to obchodzi.

Schmitt wzrusza ramionami. Rozumie, że trudno być całkiem przygotowanym do udziału w eksperymentalnym procesie, przenoszącym wspomnienia obcego faceta wprost do mojego mózgu. Już drugi raz biorę udział w czymś takim; za pierwszym razem obarczono mnie obrazami, które chwilę przed utratą przytomności widziała Jessica Hammond, a, niestety, nie istnieje jeszcze technologia, pozwalająca się tych obcych retrospekcji pozbyć. Dochodzę do wniosku, że Petersson–Wolfe płaci mi za mało. Stanowczo za mało.

– Siadaj – poleca neurochirurg.

Z lekkim ociąganiem zajmuję miejsce na leżance. Nie mam pojęcia, czego się spodziewać, ale wiem, że nie będzie to przyjemne doświadczenie. Najbardziej boję się tego, że Estes zdążył zabić dzieciaka i już na samą myśl robi mi się słabo. Widząc, że w dłoni Schmitta pojawia się znajoma strzykawka, z rezygnacją podwijam rękaw bluzy. Odwracam głowę, gdy lodowatymi palcami bada żyłę na przegubie łokcia, wybierając miejsce wkłucia. Nie patrzę, jak wstrzykuje zawartość; dopiero gdy przyciska mi do skóry antyseptyczny kompres, decyduję się spojrzeć.

– Już po wszystkim – mówi w sposób, w jaki pielęgniarka okłamuje dziecko, że dostało ostatni zastrzyk i więcej nie będzie boleć.

Powoli podnoszę wzrok. Wyłupiaste, brązowe oczy Schmitta przyglądają mi się ze współczuciem. Przez chwilę walczę z przemożną chęcią poradzenia mu, by wsadził sobie tę fałszywą troskę w swój chudy, czarny zadek, ale na szczęście wygrywam. Tym razem.

Wiem, że teraz powinnam się położyć i pozwolić, by wstrzyknięte nanoboty odnalazły drogę do mózgu, ale nie zamierzam im ułatwiać zadania. Niech durne, mikroskopijne maszyny nie mają za łatwo. Wiem, że to, czy leżę, czy siedzę, nie stanowi dla nich przeszkody i że Schmitt zapewne zdrowo by się uśmiał, gdybym zdradziła się z tym przemyśleniem, ale ułatwia mi ono oswojenie sytuacji, obłaskawienie tego, co ma nastąpić. Niech się roboty pomęczą, chociażby do czasu, gdy Schmitt napełni drugą strzykawkę środkiem nasennym i podejdzie do mnie z jeszcze bardziej zbolałą miną. Nie cierpię tego sztucznego, otumaniającego snu. Nie pomaga świadomość, że profesor wybudzi mnie jak tylko proces odtwarzania ostatnich engramów pamięci porywacza w moim mózgu dobiegnie końca. I tak mam szczęście. Estesa, choć tylko ledwo draśniętego, wprowadzili w stan śpiączki farmakologicznej niedługo po aresztowaniu, gdy stanowczo odmówił współpracy. Pewnie prędko go nie wybudzą. Bo i po co; nowe, nadpisujące się wspomnienia mogą zaburzyć odczyt starych, jeśli będzie to konieczne.

– Połóż się, Rojas. – Słyszę.

Tym razem nie oponuję, zwłaszcza, że z coraz większym trudem przychodzi mi pokonywać nadciągającą senność. Wiem, co teraz nastąpi. Leżanka samoczynnie wsunie się pod biały łuk drogiego urządzenia, wyglądającego jak aparat do rezonansu, emitującego zmienne pole magnetyczne. Pod jego wpływem, nanoboty w moim mózgu ustawią się dokładnie tak, jak identyczne maszyny śledzące najświeższe połączenia neuronalne w głowie Estesa. Latest Engram Mapping Technology, odzyskiwanie ostatnich wspomnień, z trudem przypominam sobie elegancką nazwę całego procesu, bo myśli krążą po czaszce coraz bardziej ociężale i powoli ogarnia mnie ciemność. Czuję, że mrok będzie towarzyszył mi nawet po przebudzeniu i zostanie ze mną na zawsze.

Dostanę go przecież w spadku po Estesie.

 

***

 

Z ciężkiej, farmakologicznej imitacji snu budzę się z krzykiem. Na to, co kazano mi zapamiętać, nie jestem gotowa.

 

***

 

Nie muszę się spieszyć. Zresztą, wcale nie chcę. Błąkam się po ulicach wymarłego miasta, poszukując zapamiętanych przez Estesa miejsc. Znów jestem sama; Schmitt upiera się, że tak trzeba i wszystko musi, możliwie wiernie, przypominać wizytę porywacza w San Felino. Tym razem zostawili mi przynajmniej telefon i mogłabym, gdybym chciała, porozmawiać z ludźmi z oczekującej na przedmieściu, ekipy Nellisa. Nie chcę. Obiecałam sobie, że odezwę się do nich dopiero, gdy znajdę to, czego szukam. W przeciwieństwie do Jessiki Hammond, wspomnienia Estesa wcale nie są jednoznaczne i klarowne, ale poszarpane i mętne. Ciężko mi też oddzielić to, co pochodzi z mózgu mężczyzny, od obrazów które widziała dziewczyna i ja sama, podczas ostatniej wizyty w miasteczku. Zwykłe deja vu potrafi sprawić, że oblewam się zimnym potem, i mimo, iż maksymalnie podkręcam ogrzewanie w wysłużonym furgonie Estesa, dreszcze towarzyszą mi przez cały czas.

Dopiero, gdy w świetle reflektorów samochodu lśni drobny, nieskorodowany jeszcze element porzuconego na trawniku dziecięcego rowerka, nagle robi mi się gorąco. Rozpoznaję to miejsce, pewna, że patrzyłam na nie wcześniej oczami Estesa. Instynktownie naciskam hamulec, samochód zatrzymuje się z piskiem opon, choć przecież toczył się w żółwim tempie. Czym prędzej opuszczam duszną, rozgrzaną kabinę furgonetki i wypadam na zewnątrz, by zaczerpnąć chłodnego, nocnego powietrza. Powinnam wezwać Nellisa już teraz, ale jakoś nie mogę się na to zdobyć, czuję zresztą w tej chwili awersję do jakiegokolwiek ludzkiego towarzystwa.

Wyciągam z kieszeni latarkę, wstępując na ganek. Biała farba złuszcza się grubymi płatami z drzwi wejściowych, a pod stopami chrzęści szkło z rozbitego okna. San–koszmar–Felino, przypominam sobie nagle wyliczankę Jessiki i powtarzam ją w myślach tyleż mimowolnie, co uparcie; kiedy wreszcie się pozbędę tego natrętnego zlepku słów?

Dom pozostawiono otwarty; przeraźliwe skrzypienie zawiasów na moment wprawia serce w szalony galop, lecz uspokajający bezruch w środku budynku przynosi złudne ukojenie. Nieład zdewastowanego wnętrza nie stanowi żadnego punktu zaczepienia dla odziedziczonych po Estesie wspomnień. Dopiero, gdy spoglądam przez okno na trawnik z tyłu domu, niepokój powraca. Bardziej pamiętam niż dostrzegam w rogu ogrodu świeżo zruszoną ziemię. Wtedy serce znów przyspiesza, pot oblewa czoło, a oddech staje się nerwowy i niebezpiecznie płytki. Odwlekam ten moment jak mogę, ale w końcu, stając nad niedbale uklepanym piachem anonimowej mogiły, wyciągam telefon i wybieram numer Nellisa.

– Przyjedź, Frank – rzucam do słuchawki głuche wezwanie, po czym wyłączam latarkę.

Ciemność lepiej przystoi temu miejscu.

 

 

***

 

 

Złamana i zła, siedzę na progu samochodu Nellisa, kryjąc głowę między przedramionami. Wokół mnie kręcą się technicy z zespołu koronera, detektywi z policji stanowej, agenci BTI i cholera wie, kto jeszcze. Nie mam siły podnieść na nich wzroku, choć takie kontrolowane zamieszanie niegdyś stanowiło i mój żywioł; dziś drażni i irytuje mnie bezduszny profesjonalizm tych wszystkich specjalistów od gwałtownych śmierci. Gdybym mogła, zatkałabym jeszcze uszy, ale proste przyłożenie palca do małżowiny nie wystarczy, by sprawić, że San Felino przestanie istnieć. Musiałabym chyba stracić słuch; a i to nie daje żadnych gwarancji, bo pozostaną jeszcze wspomnienia. Tym razem moje własne.

Zbliżające się, ciężkie kroki człowieka nadchodzącego żwirową alejką wyrywają mnie z zadumy. Ktoś przysiada tuż przede mną i mija długa jak wieczność chwila, zanim usłyszę głos Nellisa:

– Radzisz sobie jakoś?

Powoli podnoszę głowę.

– Jakoś – odpowiadam bezbarwnie, ale po chwili pytam ostro: – Po co mnie tu trzymasz? Przecież nie jestem ci już potrzebna.

– Na pewno nie po to, by zadawać ci ból, Rojas – oznajmia całkiem szczerze. – Wytrzymasz jeszcze trochę?

– Wytrzymam. – Kiwam głową, rozbrojona uwagą o cierpieniu.

Nellis na pewno mnie sprawdził i wie, że prowadziłam kiedyś sprawę porwania, która zakończyła się wyłowieniem zwłok dziecka z Rio Grande, a to, co dzieje się wokół, niepokojąco przypomina tamten parszywy, mglisty poranek. Dlatego nie mówi nic więcej, tylko patrzy na mnie wzrokiem zachęcającym do zwierzeń. Niestety, nie należę do osób, którym przynosi ulgę zbędne gadulstwo, więc milczymy oboje.

Gdzieś od strony domu słychać narastające, podniesione głosy. Wydobyli ciało, myślę i na moment, z bólem przymykam powieki i wbijam paznokcie w szwy dżinsów tuż poniżej kolan. Nie otwieram oczu, nawet gdy Nellis uspokajająco otacza moje dłonie własnymi; czekam.

– Pojebało was, że wzywacie nas do takiego gówna!? – Słyszę i podnoszę powieki.

Człowiek z policji stanowej wydyma usta pogardliwie i przygląda się nam wrogo. Nellis wstaje i mierzy go przeszywającym, choć pełnym konsternacji spojrzeniem.

– Że co, kurwa? – pyta zimno.

– Pierdolona lalka – krzyczy policjant, machając rękami. – Rozumiesz, ważniaku? Jebany kawał plastiku!

Jak rażona prądem zrywam się z miejsca i biegnę do domu. Nie dowierzam, muszę to zobaczyć na własne oczy. Dopadam rozkopanej przez kryminalistyków, fałszywej mogiły i długo gapię się na leżący na dnie, sklepowy manekin, przystrojony w kolorowe, dziecięce ubranko. Technicy niespiesznie wykonują swoją pracę, z rzadka tylko wymieniając irytujące, sarkastyczne uwagi. Bezwiednie wsuwam dłonie we włosy i chwytając ich garście palcami, ciągnę aż do bólu, zaciskając pięści.

– Przecież pamiętam – szepczę z rozpaczą. – Przecież widziałam, jak dusi…

Urywam, gdy ktoś staje tuż za mną; nawet nie odwracając się, wiem, że to Nellis.

– Fałszywe wspomnienia – wyjaśnia. – Sukinsyn po prostu sobie to wyobraził… albo fantazjował na ten temat.

– Może – przyznaję bez przekonania. – Ale w takim razie, gdzie jest dzieciak?

– Zapewne żyje. Musi być jeszcze ktoś. Pamiętasz ten telefon, który wykonała Resnick w centrum handlowym? Z domu dzwoniła do Estesa, ale później? Przyjęliśmy, że również do niego, ale tak naprawdę, nie wiemy, do kogo.

– Wiemy. – Zataczam się, prawie wpadając do prowizorycznego grobu, odurzona świeżo zwietrzonym tropem. – Zabiję skurwysyna! – krzyczę i chcę biec do samochodu, ale zatrzymuje mnie Nellis, chwytając za ramię.

– Kogo? – pyta, marszcząc czoło.

– Byłam ślepa – oświadczam w odpowiedzi. – Pakował się, skurwiel! – Przed oczami staje mi zarzucona ubraniami sofa, przypominam sobie niespodziewaną wizytę Nory Resnick; ta suka za szybko mnie znalazła, dopiero teraz to rozumiem. Wściekła na samą siebie, dodaję: – Czułam! Wiedziałam… Zamiast doświadczeniu, zaufałam Schmittowi i durnym wynalazkom Petersson–Wolfe'a. Spieprzyłam sprawę…

Nellis jeszcze głębiej zatapia paznokcie w moich ramionach.

– Kto, kurwa? – cedzi przez zaciśnięte zęby, ściąga brwi, a źrenice jego oczu zwężają się, dokładnie tak, jak wtedy, gdy mnie przesłuchiwał.

– Hayes – wyjaśniam, spuszczając głowę. Strach przed siłą wzroku agenta powraca. – Pieprzony gówniarz!

Nellis nie mówi nic więcej; wybiega z ogrodu, ciągnąc mnie ze sobą. Z całych sił staram się dotrzymać mu kroku, czując jednocześnie, że nieważne, jak bardzo będziemy się spieszyć, i tak jesteśmy spóźnieni. Resnick i Hayes zapewne są już daleko. Czy Danny jest z nimi, cały i zdrowy?

Właściwie, w tej chwili, to moje jedyne zmartwienie.

 

 

***

 

– Przestań pierdolić – pomieszczenie wypełnia zniekształcony przez głośniki głos Nellisa. – Gdzie Nora Resnick i jej dzieciak? Jest z nimi Hayes, tak? Wiem, że mieliście jeszcze się spotkać.

Najwnikliwiej, jak potrafię, skupiam wzrok na twarzy porywacza, śledząc jego mimikę, ale rozdzielczość ekranu i jakość przekazu pozostawiają wiele do życzenia, męcząc tylko oczy.

– Wal się, agencie – warczy Latynos. – Gówno wiesz!

Jak na człowieka niedawno wybudzonego z farmakologicznej śpiączki, a do tego zmagającego się z bólem przestrzelonego przeze mnie ramienia, Estesa nie opuszcza butna pewność siebie; wie, że nic poważnego na niego nie mamy, a zakopywanie sklepowych manekinów w opuszczonych miasteczkach podpada najwyżej pod paragraf o nielegalnym wywozie śmieci. Sama zdaję sobie sprawę, że odzyskanych przez Schmitta wspomnień Jessiki Hammond jako pełnoprawnego zeznania nie przyjąłby żaden sędzia; dlatego tak bardzo zależy nam na zatrzymaniu Hayesa i Resnick, choć, zapewne, nie będą skłonni do współpracy bardziej niż Estes.

Riposta Nellisa tonie w pytaniu siedzącego obok mnie Schmitta, rzuconym ot, tak sobie, niby mimochodem:

– Brałaś to, co ci przepisałem?

– Nie – mruczę, jeszcze bardziej pochylając się ku ekranowi.

– Plan zakładał, że przekażesz Resnick teczkę z okupem. – Płynie z głośników. – Gdzie mieliście się spotkać?

– Czemu? – Zamiast odpowiedzi Estesa słyszę pytanie Schmitta.

Wścibstwo neurochirurga wytrąca mnie z równowagi. Tracę wątek, nie potrafiąc skupić całej uwagi na przesłuchaniu, odbywającym się za ścianą. Demonstracyjnie wstaję z krzesła i zwiększam głośność transmisji, wyjaśniając jednocześnie:

– Bo nie. Chcesz zrobić ze mnie ćpuna, Schmitt? Wiem, co to za prochy. Gnoje handlują takimi na ulicach.

– Nie takimi – oburza się lekarz.

– Jeden czort – mruczę, czując, jak za ścianą znów startuje odrzutowiec.

– Komu miałeś oddać okup? Heyesowi czy żonie Resnicka? No? – rozlega się głos Nellisa.

– W kontrolowanych dawkach… – zaczyna lekarz, ale przerywam mu, obracając się tyłem do ekranu.

– Dzięki, wolę już nocne koszmary – oświadczam twardo.

Lekarz wzrusza ramionami i porusza ustami, ale zamiast jego odpowiedzi, słyszę tylko donośny ryk Estesa z głośników:

– Świętemu, kurwa, Mikołajowi!

– BTI nic z niego nie wyciągnie – orzeka Schmitt kategorycznie i dodaje oskarżycielsko: – Zasłaniasz mi ekran.

– Nellis jeszcze nie zaprezentował wszystkich swoich możliwości – mówię, wracając na miejsce.

– Co masz na myśli? – pyta zaciekawiony neurochirurg. – Tortury?

– Coś w tym rodzaju – mimo woli szepczę, zdając sobie nagle sprawę, że w pokoju obok od dobrej chwili panuje złowroga cisza.

Wiem, co ona oznacza; wystarcza jeden rzut oka na ekran, by stwierdzić, że Nellis pochwycił przesłuchiwanego w ostre szpony swego spojrzenia. Wiele razy zastanawiałam się nad tajemnicą tkwiącą w przeszywającym wzroku agenta, ale wciąż nie wiem, czy używa prostej hipnozy, czy bardziej zaawansowanej technologii, o której nie mam zielonego pojęcia. W każdym razie to dzieje się na moich oczach, tu i teraz: Nellis wpatruje się w Estesa, jak sęp w ofiarę, bez ceregieli drążąc jego umysł. Nawet ja wstrzymuję oddech; delikatna wibracja startującego z pobliskiego lotniska, wojskowego odrzutowca przeszywa mnie jak dreszcz i wtedy, niespodziewanie, potężne ciało Estesa osuwa się z krzesła na podłogę.

– Cholera! – Schmitt podrywa się na równe nogi. – Co on wyprawia? Nie wolno używać modulatorów theta po mapowaniu engramów!

Ze zdziwienia szeroko otwieram oczy. Lekarz, jak na skrzydłach, wybiega z pomieszczenia i wpada do pokoju przesłuchań. Zostaję na miejscu, śledząc, coraz bardziej dramatyczne, próby reanimacji porywacza. Patrzę na wszystko zupełnie bez emocji, jakbym oglądała kiepski film, dopóki Schmitt ze złością nie odrzuci w kąt bezprzewodowych elektrod przenośnego defibrylatora, a Nellis nie kopnie wściekle krzesła, na którym siedział jeszcze przed chwilą.

Wiem, że wszystko poszło źle.

 

***

 

– Nie jestem z policji – wyjaśniam nieufnie przyglądającej mi się przez lekko uchylone drzwi kobiecie. – Przyjaźnię się z Norą.

W czerwonawym świetle zachodzącego słońca, ledwo rozpraszającym półmrok korytarza apartamentowca przy Central Avenue, muszę wyglądać na osobę skrajnie niegodną zaufania.

– Czyżby? – Kuzynka Resnick mruży oczy. – Nigdy mi o pani nie mówiła. Poza tym, wybaczy pani, ale na przyjaciółkę Nory jest pani trochę… za stara.

– Pani oczywiście uważa, że nie można przyjaźnić się z teściową? – mówię, gładko przełykając obelgę cwanej siksy.

– Pani nie jest jej teściową. – Kobieta uśmiecha się triumfalnie. – Znam matkę Toma, to wredna zołza.

– Ale ja jestem matką Vinniego Hayesa – kłamię. – Przyszłą teściową.

Kuzynka Nory mruga kilka razy, nie rozumiejąc, po czym krzywi się i oświadcza:

– Nie znam. Nora nigdy nie wspominała o kimś takim. Pani musi być z policji.

Dobra z niej aktorka, myślę, nie dopuszczając na razie innych możliwości. Tak czy siak, mój plan wciągnięcia jej w dłuższą, swobodną rozmowę, spala na panewce. Sięgam do kieszeni po wizytownik.

– Proszę poczekać! – Wbijam palce w błyszczącą na drzwiach blaszkę z nazwiskiem Kovalsky, widząc, że kobieta zamierza je zamknąć. – Niech pani zadzwoni, gdyby coś się stało.

Wręczam Kovalsky wizytówkę; bierze ją niechętnie i przez moment uważnie przygląda się napisom.

– Ana Rojas, Petersson–Wolfe Inc. – recytuje i powoli podnosi na mnie skonsternowany wzrok. – Naprawdę nie wiem, gdzie jest Nora, a nawet gdybym wiedziała, nie powiedziałabym pani. Co takiego miałoby się stać?

– Jeszcze nie wiem – mówię, obserwując w napięciu, jak kobieta obraca w palcach kawałek papieru z wtopionym weń mikroukładem podsłuchowym. – Ale proszę to zachować, tak na wszelki wypadek.

Kovalsky wzrusza ramionami i bez słowa zamyka drzwi.

 

***

 

Niebiesko–czerwone światła migające między przęsłami mostu na Rio Grande skutecznie zwracają uwagę wszystkich kierowców, ale tylko mnie przyprawiają o przyspieszone bicie serca. Ten i ów zwalnia, zjeżdżając z mostu, by obrzucić szybkim spojrzeniem zamieszanie na brzegu rzeki, ale tylko ja, jak wabiony padliną sęp, zbaczam z drogi i zatrzymuję samochód nieopodal radiowozów. Jakoś nie spieszy mi się do domu.

Podchodzę bliżej i, uwięziona po niewłaściwej stronie żółtej taśmy, obserwuję, jak potężny dźwig wydobywa z wody ciemnego sedana. Przypominam sobie poranek przed domem Hayesa i rysy na masce jego wozu; gnojek jeździł przecież takim samym modelem.

Mimo, iż z wysiłkiem mrużę oczy i przecieram raz po raz powieki, nie udaje mi się odcyfrować symboli na tablicy rejestracyjnej. Cóż, wzrok pogarsza mi się coraz szybciej. Właściwie, nic tu po mnie, ale instynkt każe mi zostać, zwłaszcza, że wśród kręcących się dookoła policjantów rozpoznaję znajomą sylwetkę.

– Ardelli! – Macham ręką ponad głową. – Hej, Ardelli!

Otyły mężczyzna w za ciasnej marynarce podnosi wzrok znad jakichś papierzysk i uśmiecha się do mnie z sympatią.

– Kopę lat, Rojas – mówi, podchodząc do żółtej taśmy.

Skoro ciągle przydzielają mu takie śledztwa, myślę, nie awansował zbyt wysoko, od czasu, gdy pracowaliśmy razem. Dobrze się znamy, ale zdawkowa rozmowa jakoś się nie klei, więc po chwili, wskazując ruchem głowy na wydobyty z rzeki samochód, pozornie obojętnym tonem zadaję pytanie:

– Czyj to wóz?

Ardelli ponownie zagląda w papiery.

– Vincent Hayes. Nienotowany – oznajmia, podnosząc wzrok. – Ale tego, czy zwłoki należą do właściciela pojazdu, jeszcze nie wiemy.

Czuję, jak od głowy aż do stóp, rozlewa mi się po ciele wrząca fala. Przed oczami mam obraz powoli osuwającego się na podłogę Estesa.

– Powiem ci – proponuję głuchym, nienaturalnym głosem. – Znam faceta.

– Tak? – Policjant unosi wysoko brwi. – Dobrze. – Unosi dłonią żółtą taśmę, tak, bym lekko się tylko pochylając, mogła pod nią przejść. – Pewnie go jeszcze nie wyciągnęli – dodaje bez emocji – ale możesz rzucić okiem.

– Znaleźliście jeszcze kogoś? – pytam, gdy Ardelli prowadzi mnie do wyciągniętego z rzeki wozu.

Przez moment wstrzymuję oddech, czekając na odpowiedź, jak na wyrok. Naprawdę obawiam się, że znaleźli trzy trupy, w tym zwłoki kobiety i dziecka.

– Nie. – Kręci głową detektyw, i natychmiast dodaje: – Ale nie zaglądaliśmy jeszcze do bagażnika.

Wiem, że jedna z tych lekkich, niby żartobliwych, uwag, które detektyw zwykł serwować z pełną powagą i że powinnam się przynajmniej uprzejmie uśmiechnąć, ale nie ma takiej siły, która potrafiłaby mnie do tego zmusić.

Trup, przypięty pasami, wciąż siedzi na miejscu kierowcy. Samochód ciasno otaczają wykonujący swoją robotę kryminalistycy. Nie znam żadnego z nich i przez to czuję się na tym miejscu zbrodni przeraźliwie obco, jak outsider, którym przecież od dawna jestem. Technicy nie zwracają na mnie uwagi, gdy pochylając się nieznacznie, spoglądam przez otwarte okno na obrzękłą, siną twarz, na opuchniętą brodę, opartą na piersi denata. Przełykam głośno ślinę; nawet śmierć nie jest w stanie zatrzeć tak dobrze znanych rysów. Prostuję się powoli i nabieram do płuc potężny haust zimnego, cuchnącego rzecznym mułem i śmiercią powietrza. San–koszmar–Felino, dudni mi w głowie upiorna wyliczanka Jessiki Hammond.

– To Hayes – oświadczam ponuro.

 

***

 

Nie mogła znaleźć sobie miejsca. Chodziła z kąta w kąt, przemierzając mieszkanie niezliczoną ilość razy. Bijąc się z myślami, bezwiednie powróciła do zarzuconego dawno nawyku obgryzania paznokci i nie przestała, dopóki nie obgryzła każdego z palców do krwi. Raz po raz, z początku z niechęcią, potem coraz śmielej, spoglądała na szafkę przy łóżku. W uszach wciąż brzmiały jej strzępy wiadomości wyjętej z lokalnego serwisu informacyjnego.

„Wczoraj, w godzinach wieczornych, w okolicy Barelas Bridge odnaleziono… Poniósł śmierć dwudziestoośmioletni mężczyzna… Policja prosi o kontakt ewentualnych świadków zdarzenia…”

W wiadomościach nie padło żadne nazwisko, ale Kovalsky i tak wiedziała, o kim mowa. Nie włączała telewizji, zbyt mocno się obawiała, że następne serwisy przyniosą jeszcze bardziej makabryczne wieści. To nie miało się tak skończyć, powtarzała w myślach. Norie miała wykiwać firmę, uwolnić się od byłego męża i zniknąć bez śladu, co więc poszło nie tak? Facet, który pomagał w ucieczce, wzbudzał przecież zaufanie, znał się na rzeczy jak mało kto, komu mieliby zawierzyć, jeśli nie jemu? Tym po drugiej stronie? W końcu nie wytrzymała napięcia; strach zwyciężył. Usiadła na łóżku, sięgnęła po leżącą na nocnej szafce wizytówkę i wybrała numer.

– Pani Rojas? – rzuciła do słuchawki. – Mia Kovalsky. Chcę pogadać.

 

***

 

– Pani Rojas? – słyszę schrypnięty głos w słuchawce. – Mia Kovalsky. Chcę pogadać.

– Dobrze – odpowiadam obojętnym tonem, choć tak naprawdę fakt, że odezwała się tak szybko, wprawia mnie w naprawdę dobry nastrój. – Za godzinę, w śródmieściu? – proponuję, choć cała godzina oczekiwania wydaje mi się zupełną stratą czasu.

– Wolałabym porozmawiać w domu. – Słyszę.

– Wolałabym nie – stwierdzam, bębniąc nerwowo palcami o blat kawiarnianego stolika.

Nie powiem przecież, że jej mieszkanie jest na podsłuchu. Moim, i cholera wie, czyim jeszcze.

– Chcę porozmawiać w domu – oświadcza z determinacją i dodaje histerycznie: – Boję się, nie rozumie pani?

Rozumiem i to doskonale; nie zamierzam dłużej się spierać.

– Przyjadę – odpowiadam.

Wstaję i zabieram jednorazowy kubek z niedopitą kawą. Zanim opuszczę Starbucks, na powrót umieszczę w uszach słuchawki urządzenia, zwanego iSpy. Wyglądają jak zwykłe akcesoria iPoda, ale zamiast muzyki, płynie z nich to, co w mieszkaniu Kovalsky rejestruje wtopiony w wizytówkę zaawansowany system podsłuchowy.

 

***

 

Dzwonek zabrzmiał ostro i krótko, sprawiając, że prawie podskoczyła w przestrachu. Wizytówka Any Rojas, niedbale porzucona tuż przy krawędzi łóżka, spadła gdzieś na podłogę. Mia spojrzała na zegarek; godzina jeszcze nie minęła. Mimo to wstała i, poprawiając włosy nerwowym gestem, podeszła do drzwi. Uchyliła je na tyle, na ile pozwalał łańcuch i, zaskoczona, zamarła w bezruchu, by po chwili zwolnić błyszczącą blokadę i bez słowa pozwolić, by gość wszedł do środka.

 

***

 

Krótki, ostry dźwięk dzwonka do drzwi Mii Kovalsky, brzęczący gdzieś w tle transmisji, zastaje mnie w korku tuż przed ruchliwym skrzyżowaniem. Natychmiast zwiększam głośność, próbując zgłuszyć szumem płynącym ze słuchawek miejski hałas nieznośnych godzin szczytu. Słyszę kroki zmierzające do drzwi kilkanaście przecznic dalej i słaby chrzęst otwieranego zamka, ale nie czuję jeszcze niepokoju, co najwyżej zdziwienie. Frapuje mnie jedynie to, że, choć skupiam uwagę na przekazie, nie jestem w stanie wychwycić ani jednego, wypowiadanego w mieszkaniu przy Central Avenue słowa. Być może to tylko sąsiad przyszedł pożyczyć od Kovalsky szczyptę soli, albo ktoś pomylił drzwi, ale istnieje również możliwość, że kuzynka Nory ściągnęła posiłki i oczekuje teraz na mnie z jakimś agresywnym komitetem powitalnym. Podkręcam czułość jeszcze bardziej, dociskam palcami słuchawki do uszu i, wstrzymując oddech, wyławiam z szumu kroki dwóch par stóp; pierwsze z pewnością są Mii, ale drugie, cięższe, muszą należeć do mężczyzny.

Przeraźliwy sygnał klaksonu stojącej za mną półciężarówki zagłusza wszystko. Zasłuchana, nie zauważam, że światła zmieniły się na zielone i uparcie tkwię na środku skrzyżowania. Rozsierdzony kierowca, któremu blokuję przejazd, podbiega do mnie i przeklina, bijąc pięścią w szybę; zirytowana, pociągam za przewody i z wściekłością wyrywam słuchawki z uszu. Odgryzam się odpowiednio wulgarnym wrzaskiem, przegapiając kolejną zmianę świateł. Wreszcie ucinam najeżoną przekleństwami wymianę zdań i ruszam, zostawiając natręta za sobą. Kiedy jednak mogę wrócić do inwigilacji, w eterze panuje już tylko martwa cisza.

Postanawiam nie czekać do umówionej godziny.

 

***

 

Dzwonek do drzwi Mii Kovalsky ponownie brzęczy ostro i krótko, ale z wnętrza mieszkania nie dobiega żaden odgłos. W promieniach południowego słońca, wpadających przez okno w końcu korytarza dostojnie tańczą drobiny kurzu. Zniecierpliwiona, pukam raz i drugi, znów bez rezultatu; wreszcie naciskam klamkę. Drzwi są otwarte, a wnętrze wita mnie ciszą, ale czuję, że to tylko pozory. Ostrożnie przemierzam salon, w którym panuje jaki taki porządek, ale gdy zaglądam do sypialni, staje się jasne, że znów się spóźniłam, bo pomieszczenie wygląda, jakby przetoczył się przez nie huragan. Kovalsky leży na brzuchu na wymazanym krwią prześcieradle, a czerwone ślady na ścianach i rozbite lustro w drzwiach szafy świadczą, jak nierówną musiała stoczyć walkę. Klękam tuż przy łóżku i spoglądam w przeraźliwie zmasakrowaną twarz kobiety, po czym, bez większej nadziei poszukuję tętna na bezwładnie opadającej ku podłodze ręce. Mimo iż wstrzymuję oddech, nie potrafię określić, czy delikatne uderzenia, jakie wyczuwam pod palcem, są echem wciąż bijącego serca Mii, czy mojego własnego, niemalże rozsadzającego pierś nerwowym trzepotem. Sięgam po fragment rozbitego lustra, by następnie zbliżyć je do ust kobiety; błyszcząca tafla pokrywa się mizerną warstwą pary. Kuzynka Nory jeszcze oddycha, choć z coraz większym trudem. Powinnam wezwać pogotowie, ale zamiast numeru alarmowego, wybieram telefon Schmitta. Zamiast powitania, rzucam do słuchawki adres Kovalsky i oznajmiam:

– Mam ciężko ranną, musisz się spieszyć.

– Muszę? – oburza się lekarz i mówi coś jeszcze, ale jego głos tonie w tupocie ciężkich buciorów, dobiegającym z korytarza.

– Musisz – powtarzam i dodaję z naciskiem, słysząc kroki w salonie: – Choć raz przestań zgrywać ważniaka, Schmitt!

– Rojas? – Słyszę głos od drzwi sypialni. – Co ty tu robisz?

Ardelli? Ktoś, pewnie sąsiedzi, musiał wezwać policję. Przypominam sobie naraz obrzękłe oblicze martwego Hayesa; odrywam telefon od ucha i odwracam się, z rozłożonymi rękoma i dłońmi uniesionymi na wysokość ramion.

Wiem, że Ardelli mi nie uwierzy. Sama też bym nie uwierzyła.

 

***

 

– Firma podesłała ci prawnika. – Ardelii spogląda współczująco, stawiając przede mną kubek.

Siedzę po niewłaściwej dla zatrzymanych, policyjnej stronie stołu w pokoju przesłuchań. Cóż, siła przyzwyczajenia.

– A potrzebuję go? – pytam, sięgając po kawę.

– Miałaś już kiedyś sprawę o pobicie – przypomina. – Oceń sama.

– Przestań pierdolić. – Upijam łyk obrzydliwej lury z posterunkowego automatu. – W czasie, kiedy Kovalsky została pobita, wdałam się w pyskówkę na skrzyżowaniu. Możesz sprawdzić zapisy z miejskiego monitoringu. Mogą mnie co najwyżej oskarżyć o nielegalny podsłuch.

– Twoja sprawa nie wygląda tak prosto, jak ci się zdaje. – Ardelli przybiera jeszcze bardziej frasobliwą minę. – Sąsiedzi Hayesa widzieli, jak mu groziłaś.

– Nie pogrywaj ze mną w ten sposób – syczę wściekle. – Za dobrze znam takie podchody.

Sama przecież niejednokrotnie wciskałam zatrzymanym taki kit, myślę, jednak bez żadnej nostalgii. Detektyw kiwa głową w dziwaczny, nieokreślony sposób, ani przecząco, ani potakująco, bo tylko na tyle pozwala mu obrośnięta tłuszczem szyja.

– Jak sobie chcesz – mówi. – Ale pamiętaj, że nie ja jestem twoim wrogiem. – Sięga do klamki, otwiera drzwi i rzuca do kogoś, oczekującego na korytarzu: – Mecenasie, pańska kolej.

Z głupią, irracjonalną nadzieją spoglądam na wejście; podświadomie czekam, by na progu pojawił się Hayes. Wiem, że to niemożliwe, a jednak nie potrafię ukryć rozczarowania, gdy w drzwiach staje ktoś inny. Mężczyzna w garniturze od Armaniego, ze starannie wygoloną, błyszczącą czaszką. Thyssen, zastępca samego prezesa.

– Zbieraj się – poleca oschle. – Wpłaciliśmy kaucję.

Sprawy musiały skomplikować się bardziej, niż myślałam.

 

***

 

Wyszorowani lepiej niż lekarze przed operacją i ubrani w jednorazowe kombinezony ochronne, zjeżdżamy z Thyssenem na poziom piwniczny reprezentacyjnego biurowca Petersson–Wolfe'a. Milczymy; winda zatrzymuje się miękko, drzwi otwierają się bezgłośnie. Przed nami rozpościera się krótki korytarz. Thyssen z wymuszoną uprzejmością puszcza mnie przodem. Zatrzymuję się na oznaczonym jaśniejszym pasem fragmencie podłogi i pozwalam się przeskanować wbudowanemu w ściany detektorowi podsłuchów. Gdy mała lampka, umieszczona na wysokości wzroku zmienia kolor na zielony, bez słowa ustępuję miejsca Thyssenowi. Nie mam pojęcia, co tak ważnego chce mi zakomunikować, ale musi stanowić tajemnicę tak wielką, że rozmawiać będziemy w specjalnie przystosowanych do takich dysput pomieszczeniu, szczelnie ekranowanym i na wszystkie możliwe sposoby zabezpieczonym przed inwigilacją.

Nowoczesne drzwi rozsuwają się gładko, lecz surowość wnętrza rozczarowuje, zbytnio przywodząc na myśl pokój przesłuchań, który opuściłam dziś rano, z tą różnicą, że nie ma zwyczajowego stołu. Jedynie dwa, ustawione naprzeciw siebie krzesła. Siadam, nie czekając na zaproszenie. Thyssen nie idzie moim śladem; spogląda z góry, obejmując dłońmi oparcie krzesła.

– Oczywiście, zdajesz sobie sprawę, że nie powiedzieliśmy ci wszystkiego – zaczyna.

– Oczywiście – przyznaję z przekąsem.

Mężczyzna nie zwraca uwagi na towarzyszący odpowiedzi, ironiczny uśmiech.

– Nie kwestionuję twoich dobrych intencji i wierzę, że namieszałaś w całej sprawie nieświadomie – mówi.

– Jak najbardziej świadomie, Thyssen – odpieram przekornie.

– Nie. – Kręci głową. – Nie znasz całej prawdy. Nie wiesz, że syn Resnicków urodził się z ciężkim defektem genetycznym, zwanym dystrofią Duchena. Przyznaj, nie miałaś o tym pojęcia.

Wzruszam ramionami, jakby była to jakaś pospolita choroba, choć tak naprawdę słyszę tę nazwę pierwszy raz w życiu.

– Co z tego? – pytam wymijająco.

– Choroba jest nieuleczalna i niewielu nią dotkniętych dożywa dorosłości. Zapewne nie zdajesz sobie sprawy, że zespół Thomasa Resnicka pracował nad sztucznym wirusem, wektorem dostarczającym do komórek mięśni gen, odpowiedzialny za produkcję dystrofiny. Uzyskali nanit, bezpieczniejszy niż stosowane do tej pory, zawodne adenowirusy, a Danny Resnick był pierwszym chorym, poddawanym eksperymentalnemu leczeniu.

Tom nie miał na Norę żadnego haka, myślę. Wystarczyła groźba, że przerwie leczenie małego i kobieta zgodziła się, by dzieciak po rozwodzie został z ojcem. Zaskoczona, nie odzywam się ani słowem, gdy Thyssen kontynuuje:

– Chłopak zareagował na terapię nadzwyczaj dobrze i nie mieliśmy w planach jej przerywania. Nie wiem, czemu Nora zdecydowała się na szantaż. Zapewne dla pieniędzy. Dwukrotnie odegrała komedię z porwaniem, razem z tym najemnikiem, Estesem; za pierwszym razem nabrał się na nią Tom, za drugim – ty. A firma władowała w projekt Resnicka zbyt dużo środków, by pozwolić na przecieki.

Puszczam mimo uszu zawartą w jego słowach pretensję.

– Gówno wiesz. – Uśmiecham się szeroko, przekonana, że doskonale rozumiem żonę Resnicka. – Na pewno nie dla pieniędzy. Już prędzej chciała odzyskać dzieciaka. Po co inaczej miałaby wrabiać męża w morderstwo Jessiki Hammond? Jak inaczej, jeśli nie szantażem, mogła uzyskać dane o sposobie leczenia? Każda z konkurencyjnych firm przyjęłaby prezent z otwartymi ramionami i bez mrugnięcia okiem kontynuowała terapię Danny'ego. Przecież to jasne.

Thyssen gniewnie uderza dłońmi w oparcie krzesła, opanowuje się jednak w mgnieniu oka.

– Nie płacimy ci za amatorskie psychoanalizy – syczy.

– W takim razie, za co? – Rozkładam ręce, krzywiąc się ironicznie.

– Za wykonywanie poleceń. Od teraz przestajesz zajmować się tą sprawą. Wracasz do zwykłych obowiązków szefa ochrony.

Wstaję, mierząc Thyssena uważnym spojrzeniem spod zmrużonych powiek.

– A zaginiony dzieciak? – pytam zimno.

– Nie pracujesz już w policji, Rojas – oświadcza, jakbym o tym zapomniała. – Dla firmy liczy się to, że zapobiegłaś wyciekowi danych. Właściwie, tylko ta zasługa chroni cię przed natychmiastowym zwolnieniem. Za dziecko ponoszą odpowiedzialność jego rodzice, nie my. Zresztą, nikt nie zgłosił zaginięcia.

Thyssen odrywa dłonie od krzesła i rusza do drzwi; natychmiast zastępuję mu drogę.

– A Kovalsky? – pytam. – A Hammond, a Estes? – Przełykam ślinę, zbierając w sobie siły, by dodać: – A Hayes?!

Mężczyzna patrzy na mnie wyzywająco.

– Nie pracujesz już w policji – powtarza lodowato.

Mija mnie i wychodzi. Przez moment pozwalam wzbierać złości bez przeszkód. Wyładowuję ją, znienacka chwytając krzesło Thyssena i rzucając nim o ścianę. Mebel odbija się od pokrytego specjalną okładziną muru i z metalicznym brzękiem spada na podłogę, nawet nie draśnięty.

Dowiem się, kto cię tak urządził, młody. Tylko tyle mogę dla ciebie zrobić.

 

***

 

Dopadam Schmitta przed Sheratonem. Przyglądam się z parkingu, jak pakuje walizkę do bagażnika taksówki. Gdy otwiera tylne drzwi samochodu, ruszam; podbiegam i pakuję się do auta, zanim jeszcze lekarz zdąży dobrze wsiąść.

– Klinika uniwersytecka – rzucam do zbaraniałego taksówkarza.

– Oszalałaś? – Schmitt otwiera szeroko oczy. – Za godzinę mam samolot.

– Gówno mnie to obchodzi, doktorku – syczę. – Jesteś mi coś winien.

– Co niby? – pyta urażony neurochirurg, ale zastyga w pełnym napięcia oczekiwaniu.

Taksówkarz niecierpliwie bębni palcami w kierownicę, gdy odpowiadam, zniżając głos:

– Muszę wiedzieć, kto pobił Mię Kovalsky. Poddasz ją mapowaniu.

Bębnienie nagle ustaje.

– Nie pozwolą mi już… – zaczyna lekarz.

Przerywam mu od razu.

– Pozwolą. Dyrektor kliniki jest przecież twoim kumplem ze studiów. – Pochylam się ku fotelowi kierowcy i ryczę na bezczelnie słuchającego nas taksówkarza: – No? Na co pan czeka? Jedź pan, do cholery!

Mężczyzna odwraca się i spogląda na Schmitta pytająco.

– Klinika – potwierdza zrezygnowany lekarz, a gdy samochód rusza, zauważa ciszej: – Zarzekałaś się, że więcej nie weźmiesz w tym udziału, Rojas.

– Zmieniłam zdanie. – Rozsiadam się wygodniej, dodając: – A spróbuj mi wyciąć jakiś numer… – zawieszam znacząco głos.

– Nie mam zamiaru. – Kręci głową. – Co innego technologia mapowania. Przekonałaś się już, że wspomnieniami można manipulować. To, co zobaczysz, może nie być prawdziwe.

– Zaryzykuję – orzekam, dla uspokojenia skupiając wzrok na brudnych smugach na szybie samochodu.

Czuję, że to, co zobaczę, mnie zniszczy, ale nie mogę się wycofać. Nie chcę.

 

***

 

– W porządku? – Jak z oddali słyszę głos Schmitta.

Długo wodzę nieprzytomnym wzrokiem po kątach i podłodze szpitalnego gabinetu lekarskiego, bojąc się ruszyć. Wciąż jeszcze otumaniony środkiem usypiającym umysł zaczyna rejestrować rwący ból przedramienia. Chwilę trwa, zanim zdaję sobie sprawę, że napastnik złamał rękę Kovalsky, nie mnie. Mimo to ból nie znika, a nasila się jeszcze. Wkrótce dołącza się do niego tępe darcie potłuczonego ciała, sztywność puchnącej od uderzeń twarzy i nieokreślony na razie, ale coraz bardziej dojmujący lęk.

– Rojas? – Schmitt podjeżdża do mnie na obrotowym krześle i przygląda się z troską, jak, z najwyższym wysiłkiem próbuję poruszyć palcami złamanej–niezłamanej ręki, a potem, gdy minie już pierwszy szok, że mi się udało, krzywię się z bólu.

Neurochirurg wreszcie domyśla się, że cierpię. Wstaje, podchodzi do szafki z lekami, wyjmuje małą ampułkę z jakiegoś kolorowego pudełka. Słyszę, jak rozdziera foliowe opakowania igły i strzykawki, jak przełamuje szyjkę szklanej fiolki. Włosy stają mi dęba na głowie, serce zaczyna tłuc się o żebra, oddech pogłębia się i przyśpiesza, a po głowie krąży jedna myśl: uciekaj! Zsuwam się z leżanki, ale nie zdoławszy ustać na nogach, ląduję na czworakach na podłodze z nieskutecznie tłumionym, głuchym okrzykiem.

– Co jest? – Schmitt odwraca się i zastyga, zaskoczony, z napełnioną strzykawką w dłoni.

– Żadnych prochów – bełkocę.

– To tylko lek przeciwbólowy, Rojas.

– Nie chcę – warczę przez zaciśnięte zęby.

Usiłując wstać, łapię się porzuconego przez Schmitta krzesła, ale odsuwa się, obarczone ciężarem mojego ciała. Nie rezygnuję; ponawiam próbę, podświadomie podkurczając złamaną u Kovalsky rękę.

– Jak chcesz. Po Hammond nie odmawiałaś analgetyków, co cię nagle napadło? – Nie odpowiadam, więc Schmitt odkłada strzykawkę i pomaga mi usiąść, mówiąc: – Ból minie sam. To tylko kwestia czasu. – Patrzy na mnie z góry, wyraźnie zmartwiony, a po chwili dodaje cicho: – Mam nadzieję, że było warto.

Kulę się na fotelu, dysząc ciężko. Dopiero po chwili dociera do mnie sens ostatniej uwagi lekarza. Na samo wspomnienie wykrzywionej wściekłym grymasem twarzy agresora oblewa mnie fala gorąca.

– Nie – mamroczę, zginając się w pół. – Nie było…

Schmitt marszczy brwi.

– Nie widziałaś napastnika? – pyta z niedowierzaniem.

– Widziałam, ale… nie znam go… Nie wiem, kto to, do jasnej cholery, jest… – jęczę, czując, jak zaczynają rwać mnie skopane ciężkim buciorem żebra Kovalsky.

Wiem, do jasnej cholery, wiem kto to jest. Ale nie mogę się do tego przyznać Schmittowi. Nie teraz.

Lekarz kręci głową z politowaniem, pochyla się nad biurkiem i, skrzypiąc długopisem, zaczyna bazgrać coś na recepcie.

– Zapiszę ci coś na ból. Weźmiesz albo nie, twoja decyzja. Jutro początek roku akademickiego, naprawdę nie mogę dłużej zostać. Od teraz musisz radzić sobie sama.

– Nic nowego – mruczę.

 

***

 

Czatuję w okolicach posterunku, przechadzając się tam i z powrotem, jak lunatyczka. Nie mogę wejść, jakby nigdy nic, do środka. Po tym wszystkim, co zdarzyło się ostatnio, nie ufam już nikomu. No, może poza jedną osobą; inaczej by mnie tu nie było.

Ardelii wreszcie wyjeżdża z policyjnego parkingu, poznaję zdezelowany, stary wóz; ruszam i, obawiając się, że nie zdążę zwrócić na siebie uwagi detektywa, prawie wbiegam mu pod samochód. Grubas zatrzymuje się gwałtownie.

– Oszalałaś, Rojas? – krzyczy, wysiadając. – Życie ci niemiłe?

– Ostatnio, tak – stwierdzam i nie czekając na zaproszenie, pakuję się na fotel pasażera.

Ardelli wraca na miejsce, spoglądając na mnie pytająco.

– Musimy pogadać – mówię.

– Jadę do domu – oświadcza, jakby chciał się wymigać.

Od starych czasów nic się nie zmieniło; on wie, że konszachty ze mną sprowadzają kłopoty, a ja wiem, że jego żona mnie nie cierpi.

– Jedź, gdzie chcesz – prycham. – Nie bój się, nie wproszę się na kolację. To, co mam do powiedzenia, zdążysz usłyszeć po drodze.

Ktoś w samochodzie z tyłu, któremu blokujemy wyjazd z parkingu, zaczyna przeraźliwie trąbić; gdy nerwus za nami w przypływie irytacji włącza koguta, Ardelii uruchamia wreszcie silnik.

– Dobrze – oświadcza. – Mów, co ci leży na wątrobie, podrzucę cię pod biurowiec Petersson–Wolfe'a.

Ból w „złamanej” ręce nagle powraca, przeszywając całe ramię ostrym dźgnięciem, promieniującym aż do barku.

– A mówiłeś, że nie jesteś moim wrogiem – stwierdzam z wyrzutem.

– Nie jestem – przyznaje. – Mam dla ciebie dobre wieści: pojawił się świadek z Barelas. Widział, jak Hayes, zanim znalazł się w Rio Grande, rozmawiał na brzegu z jakimś facetem. Jeszcze nie wiemy, kto to był, ale zabezpieczyliśmy odciski opon, a na samochodzie trupa technicy znaleźli ślady lakieru z wozu, którym zapewne gość zepchnął auto z nieprzytomnym Hayesem do rzeki. Niestety, to bardzo popularna marka, więc poszukiwania właściciela potrwają.

– Powiem ci, czyj mógł być ten wóz – szepczę, czując, jak oblewa mnie pot. – W zamian sprawdzisz dla mnie kilka rzeczy.

– Dobrze się czujesz? – pyta nagle Ardelli, widząc, że zaczynam się trząść, a potem pośpiesznie otwieram okno po stronie pasażera i łapczywymi haustami wdycham powietrze.

– To nic – burczę wymijająco. – Menopauza.

Detektyw kiwa głową ze zrozumieniem.

– Wiem, wiem. Moja żona też to przechodzi. Poproś lekarza, nich ci coś zapisze.

Nie odpowiadam. Żadnych prochów, obiecuję sobie.

 

***

 

– Nie mogłaś wybrać lepszego miejsca. – Ardelli wydyma wargi z niezadowoleniem.

Wzruszam ramionami.

– Masz coś przeciwko? – kpię. – Prędzej czy później i tak tu trafisz.

– Na Fairview? – oburza się. – Możesz nie wierzyć, ale stać mnie na lepszy.

Od razu udziela mi się jego ponury nastrój; poważnieję w jednej chwili.

– Mogę – odgryzam się. – Obejrzę tylko grób i jesteś wolny.

– Niedowiarek z ciebie – mruczy dwuznacznie, gdy przechodzimy przez bramę cmentarza.

Zmierzcha, lecz zapadający po słonecznym dniu mrok gęstnieje opieszale. Mimo to, by przyjrzeć się kserokopii planu nekropolii z zaznaczoną lokalizacją całkiem świeżej mogiły, Ardelli wyciąga z kieszeni latarkę.

– Tędy – oznajmia i rusza przodem, jakby faktycznie mu się spieszyło. – A, przy okazji, nikt nie zgłosił zaginięcia tego dzieciaka, ani jego matki. Sprawdzałem dwa razy. Dziwne, że ojciec…

– Siedzi w areszcie, oskarżony o morderstwo – wyjaśniam, nie czekając, aż Ardelli skończy mówić.

Tom Resnick przestał obchodzić firmę w momencie, gdy odkryłam, że użył ściśle tajnych wyników badań jako okupu, myślę z goryczą, ale nie dzielę się z Ardellim tymi wnioskami. Niektóre tajemnice zachowam dla siebie.

– To gdzieś tutaj – oznajmia, wykonując niemrawy ruch ręką.

– Pożycz. – Biorę z jego dłoni latarkę i kierując snop światła na ziemię, odczytuję napisy z kolejnych nagrobków. Nagle przystaję i stwierdzam nienawistnie: – To ten. Ray Estes. Pieprzony sukinsyn.

– Słyszałaś, że o zmarłych nie mówi się źle? – Tym razem głos detektywa zdaje się być lekko rozbawiony.

– Przecież wiesz, co myślę.

– Dokumenty są w porządku – oponuje. – Przyczyna śmierci wiarygodna, papiery z sekcji bez zarzutu.

– Przydałaby się ekshumacja. – Przysiadam, by przyjrzeć się mogile dokładniej i pocieram palcem zarys ciemnych liter, jakbym chciała je zetrzeć i sprawdzić, co znajduje się pod spodem. Dziwne, ale „złamane” przedramię nie boli, jak zwykło zachowywać się ostatnio, gdy intensywnie rozmyślam o sprawie. Nagle przychodzi mi do głowy irracjonalny pomysł, że ostatnie przeżycia przekształciły je w coś w rodzaju detektora; w takim razie, grób musi być pusty.

– Ciało skremowano na prośbę rodziny, Rojas, a to znaczy…

– …że mam rację. – Wstaję i przez chwilę patrzę w jasny błękit nieba na zachodzie, po czym bezwiednie chowam latarkę Ardelliego w kieszeni i mówię, starając się nie zdradzić, jak wielką odczuwam ulgę: – Możemy wracać.

Pośpiesznie kieruję się ku bramie, detektyw, mimo tuszy, usiłuje nadążyć.

– Dlaczego tak się upierasz? – woła za mną podejrzliwie.

Nie zamierzam szerzej wyjaśniać tej kwestii, zwłaszcza, że po głowie wciąż jeszcze tłuką mi się słowa Schmitta: „To, co zobaczysz, może nie być prawdziwe”. Ale mimo wszystko czuję w obolałych kościach, że jest, tak samo, jak boję się uwierzyć, że śmierć dziecka, którą widziałam we wspomnieniach Estesa, zdarzyła się naprawdę.

– Wygodny się zrobiłeś – rzucam przez ramię. – Pasuje ci szybkie zamknięcie sprawy, co? Nieważne, że po wolności chodzi morderca. Odfajkowane i koniec, można jechać na barbecue.

– Na starość robisz się upierdliwa – drwi Ardelli i powtarza: – Dlaczego tak się upierasz?

– Widziałam go – mówię w końcu.

– Gdzie? – Dogania mnie na parkingu.

– Wsiadał do samochodu nieopodal mieszkania Mii Kovalsky – kłamię, nie powiem przecież, że wciąż po żebrach wędrują mi echa kopniaków tamtego człowieka.

– Nieprawda – wyrzuca z siebie Ardelii z lekką zadyszką. – W budynku naprzeciwko jest bank. Kamera obejmuje też wejście do apartamentowca; zarejestrowała tylko mieszkańców. – Zamyśla się, po czym dodaje: – I ciebie.

– Masz przecież nagranie z podsłuchu – przypominam, ale na tle wciąż jaśniejszego nieba ciemne zarysy ramion mężczyzny unoszą się lekceważąco w górę. – Mógł wejść przez zaplecze któregoś ze sklepów na parterze – oponuję i z rozmachem otwieram drzwi samochodu, tak, że Ardelli musi niezdarnie odskoczyć. – Nie chcesz mi pomóc? Sama go znajdę. Pokaż mi tylko wszystko, co o nim masz.

Wsiadam, ale zanim zdążę zamknąć drzwi, detektyw zaciska na nich grube paluchy.

– Zacznij się leczyć, Rojas – radzi z politowaniem.

Nie odpowiadam; pociągam tylko mocno drzwi do siebie, siłą wyrywając je z rąk Ardelliego.

Wiem, że nie zwariowałam. Przedramię zaczyna właśnie boleć.

 

***

 

Na pierwszy rzut oka La Joya wygląda na kolejną miejscowość widmo, ale nieliczne, niedbale rozrzucone między drzewami domostwa okazują się zamieszkałe. Pamiętam to miejsce, choć nigdy tu nie byłam, oczywiście nie na tyle, by odnaleźć ludzi, których szukam. To nie ten rodzaj znajomości, który zawiera się poprzez deja vu, albo chociażby oglądanie filmu, kryje się za tym efekt uboczny technologii Schmitta. To jasne, że nie mam prawa kojarzyć nigdy nie odwiedzanych kątów, a jednak bez zastanowienia zatrzymuję się przed budą, o której nawet bez spoglądania na wyblakły napis wiem, że kryje w swym wnętrzu urząd pocztowy jednej z najstaranniej zabitych dechami dziur na południe od Albuquerque.

Moja wizyta ożywia na moment dwóch znudzonych staruszków, odwracając na moment ich uwagę od ryczącego wniebogłosy, czarno–białego telewizora.

– Szukam domu Estesów – oznajmiam, przekrzykując spikera, komentującego powtórkę jakiegoś meczu.

– Których? – Jeden z mężczyzn spogląda znad okularów. – U nas takich mieszka kilku.

Dobre pytanie, myślę. Na szczęście dokładnie przestudiowałam kartotekę, pożyczoną od Ardellego.

– Tych, których syn uciekł z domu, żeby zaciągnąć się do armii – wyjaśniam.

– Aaa. – Drugi mruczy coś niezrozumiałego, przycisza telewizor i mówi: – Ale oni już nie żyją.

– Ich dom stoi pusty – dodaje pierwszy.

– Nieważne. – Kiwam głową, patrząc wyczekująco. – Chcę go obejrzeć.

– Po co? – pytają prawie chórem.

– Po nic – warczę, bo właściwie, sama nie wiem, co miałoby mi to dać, a w dodatku męczy mnie ta jałowa rozmowa. – Odziedziczyłam go – wymyślam na poczekaniu wiarygodne uzasadnienie.

Krzaczaste brwi obu emerytów unoszą się wysoko. Mężczyźni, poczęstowani sensacyjną, jak na La Joya, wieścią, mają zapewne ochotę spytać o coś więcej, ale nie zamierzam brnąć dalej w wątłe konfabulacje.

– Który to dom? – wracam do tematu.

– Rudera na końcu ulicy – wyjaśnia któryś ze staruszków i mówi, patrząc na drugiego: – A to dopiero! Młody Estes też się ostatnio tu kręcił…

Podchodzę bliżej i uważnie spoglądam w załzawione, wyblakłe oczy emeryta.

– Kiedy? – pytam.

– Nie pamiętam. Ostatnio.

– Ale kiedy? Wczoraj, tydzień temu, miesiąc? – naciskam.

– Nie wczoraj – orzeka, z wysiłkiem szukając czegoś w pamięci. – Dawniej, no, ostatnio. Nie pamiętam kiedy.

Nie pytam o nic więcej; wiem, że w takich miejscach jak to, czas biegnie inaczej.

 

***

 

Wąska uliczka kończy się nagle. Chyląca się ku ziemi ruina dawnego domu Estesów wita mnie szczerbami wybitych okien i powyrywanymi ze ścian deskami, tarasującymi wejście na zarośnięty dziką roślinnością plac. Wysiadam z samochodu, by przyjrzeć mu się z bliska, ale budynek wzbudza we mnie tylko przelotne zaciekawienie, natychmiast przeradzające się w obojętność. Rozglądam się wokoło; sąsiednie domostwa majaczą gdzieś w oddali, a ku pierścieniowi drzew na horyzoncie prowadzi jedna, ledwo widoczna, wąska ścieżka. Bez namysłu korzystam z jej milczącego zaproszenia, krocząc przetartym przez dawnych mieszkańców szlakiem.

Trakt kończy się jednak równie niespodziewanie, jak wcześniej szosa, ale idę dalej, klucząc między porozrzucanymi kępami pustynnej roślinności.

Nie zastanawiam się, dokąd zmierzam; pozwalam prowadzić się przeczuciu i obcym wspomnieniom, bo, wciąż mam wrażenie, że widziałam już kiedyś tę okolicę cudzymi oczami. Docieram do uschniętego, zszarzałego od słońca i poskręcanego od wiatru drzewa. To gdzieś tutaj, myślę, rozglądając się, jakbym szukała czegoś, co dawno ukryłam. Zmierzcha; wszystkie budynki skryły się już za horyzontem, a odległe wielkomiejskie światła nie będą rozpraszać bezksiężycowej nocy, ale nie niepokoi mnie to ani trochę. Sięgam do kieszeni, ze zdziwieniem wyczuwając pod palcami obły kształt latarki Ardelliego.

Naciskam włącznik i gdy na piachu pojawia się okrągła, świetlna plama, ruszam dalej, tym razem powoli, krok za krokiem, ze wzrokiem wbitym w ziemię, omijając przywleczone przez wiatr gałęzie i porzucone przez ludzi śmieci. Nie zastanawiam się, ani skąd wiem, gdzie mam szukać, ani dlaczego jestem tak pewna, że to znajdę. Kłujący ból w niezłamanej ręce i coraz większy ciężar, przygniatający pierś, narastające z każdym przebytym metrem, upewniają mnie, że podążam w dobrym kierunku.

Warstwa zruszonej gleby wyłania się z ciemności tak nagle, że o mało co, z rozpędu, nie stawiam na niej stopy. Przez moment, zaskoczona tak łatwo dokonanym odkryciem, zastygam w bezruchu, wstrzymując oddech. Nie przysiadam, by dotknąć palcami miałkiej, gdzieniegdzie tylko uklepanej pośpiesznie ziemi; omiatam jedynie latarką widoczne wciąż kontury zruszenia, oceniając wielkość znaleziska, które musi być grobem. Nie ma innej możliwości, niewiadomą pozostaje tylko, czy mogiła zawiera jedno, czy dwa ciała. Podświadomy przymus poznania odpowiedzi zagłusza wszystkie inne instynkty i pęta rozsądek, każąc mi, po gorączkowym poszukiwaniu przydatnego narzędzia, zacząć kopać. Wiem, że łamię wszystkie zasady i zachowuję się tak, jakbym postradała zmysły, gdy wbijam w ziemię ostro zakończony fragment deski, by rozorać nim powierzchnię prowizorycznego grobu, a jednak nie potrafię przestać. Dłonie coraz mocniej zaciskają się na chropowatej powierzchni drewna, przeszywając skórę dziesiątkami drzazg, unoszący się pył wgryza się w zadawane palcom przez zadziory drewna rany, wnika pod paznokcie, osiada na wargach; czuję go na języku, w gardle, pod powiekami. Zaczyna dławić mnie równie mocno, jak coraz wyraźniejszy trupi odór, nabierający mocy z każdą nową rozharataną warstwą gleby.

Dopiero, gdy w smudze światła rzuconej obok grobu latarki zaczynają jaśnieć długie włosy Nory Resnick, przestaję ryć. Z nagle obudzonym wstrętem odrzucam deskę za siebie, i, zapatrzona w zmieszane z ziemią, upstrzone czarnymi plamami pośpiesznie umykającego robactwa, blond kosmyki, z trudem łapię oddech. Przecieram brudną dłonią spocone czoło i, niespodziewanie dla samej siebie, szepczę:

– Przykro mi, kotku… Tamci zapłacą mi więcej.

Co jest? Poruszają się moje usta, ale w głowie słyszę ochrypły głos Estesa. Coraz mocniej czuję, że z technologią mapowania jest coś nie tak, bo choć nie mam prawa ich pamiętać, mózg zalewają mi przypływające z niebytu obrazy, które nie mogą być ostatnimi wspomnieniami mordercy. Przezwyciężając zawroty głowy, wstaję, wycieram dłonie o spodnie i drżącymi palcami wybieram numer Ardelliego, ale zamiast sygnału słyszę tylko nagrany komunikat o braku zasięgu.

Jak automat, nie korzystając nawet z pozostawionej przy grobie latarki, ruszam w drogę powrotną. Wsiadam do samochodu, karmiąc się złudną nadzieją, że staruszkowie nie zamknęli jeszcze poczty i uda mi się skorzystać z tamtejszego telefonu. Zanim przekręcę klucz w stacyjce, gdzieś z tyłu dobiegnie żałosne kwilenie.

– Nie becz, mały. – Słowa same opuszczają moje usta. – Wracamy do domu.

Włosy stają dęba na głowie; obracam się natychmiast, ale tylne siedzenia zastaję tak puste, jak je zostawiłam. Przez ułamek sekundy, zanim pojmę, że słyszę tylko śpiew jakiegoś spóźnionego ptaka, wbijam wzrok w fotele, rozczarowana, że nie widzę leżącej na nich, skrępowanej, skulonej dziecięcej postaci.

Wiem już, że kryminalistycy nie znajdą w grobie Danny'ego i rozumiem, dlaczego nikt nie zgłosił zaginięcia. Jak wyraził się Thyssen? „Chłopak zareagował na terapię nadzwyczaj dobrze i nie mieliśmy w planach jej przerywania”. Nie mieli w planach… Dranie.

Czyżby Petersson–Wolfe przebił Norę Resnick?

 

***

 

Znowu kazano mi czekać. Złożyłam zeznania, nieznajoma para młodych śledczych wysłuchała ich z obojętnymi minami, podpisałam, co trzeba, a mimo to ponownie zamknięto mnie w pokoju przesłuchań. Nie martwi mnie to na razie, raczej niecierpliwi. Ardelli się nie pokazał, mimo, iż prosiłam stanowczo o rozmowę właśnie z nim; podobno wziął sobie dzień wolnego. Nie wierzę w to, nieobecność tłumaczę już raczej niechęcią do grzebania w mocno cuchnących sprawach, a ta stanowczo na taką wygląda. Siedzę bezczynnie, gapiąc się tępo na swoje zmęczone odbicie w lustrze weneckim w ścianie, z każdą chwilą nabierając przekonania, że po jego drugiej stronie siedzi ktoś, kto przygląda mi się równie intensywnie.

Drzwi otwierają się w końcu, ale na widok osoby, która staje na progu, podrywam się z krzesła jak dźgnięta nożem.

– Nie, Nellis – warczę, odruchowo się cofając. – Wynoś się!

– Spokojnie – cedzi agent przez zaciśnięte zęby, starając się przechwycić moje spojrzenie. – Chcę tylko pogadać.

– Nie mamy o czym. – Z całych sił unikam jego wzroku. – Będę gadać tylko z Ardellim!

Wciąż się cofam, a agent, noga za nogą, powoli podąża za mną; gdy docieram do ściany z lustrem, dopada mnie przerażająca myśl, że przed Nellisem nie uda mi się umknąć. Jak powiedział Schmitt? Modulatory fal theta, przypominam sobie enigmatyczną nazwę wykorzystywanej przez BTI technologii i mimo woli zaciskam pięści. Mężczyzna dociera całkiem blisko, znajduje się już o krok ode mnie. W ostatniej próbie uniknięcia konfrontacji, odwracam się do lustra i bijąc pięścią w jego gładką taflę, krzyczę:

– Ardelli, wiem, że tam jesteś, tłusta świnio! Zabierz ode mnie tego sukinsyna! Razem ze Schmittem upozorował śmierć Estesa, jest umoczony jak oni wszyscy! Wykończy mnie, Ardelli!

– Tam nikogo nie ma, Rojas. – Słyszę nad uchem lodowaty głos Nellisa i czuję, jak mężczyzna zaciska palce na przegubach moich rąk. – A Ardelliego wpędziłaś w kurewsko spore kłopoty…

– Odpieprz się, skurwielu – dyszę, usiłując wyrwać się z uścisku agenta i za wszelką cenę nie pozwolić, byśmy znaleźli się twarzą w twarz. – Ile zapłacił ci Petersson–Wolfe?

Nellis jeszcze ciaśniej opasuje mnie jarzmem swych ramion; zaduch taniej wody kolońskiej staje się nie do zniesienia.

– Przestań pierdolić, płaci tylko tobie – syczy mi do ucha. – Mamy już na ciebie tyle, że bez trudu dostaniesz podwójne dożywocie. Kryminalistyków nie da się oszukać; i Hayes, i żona Resnicka zginęli już po śmierci Estesa. Że o skatowanej Kovalsky nie wspomnę…

– Estes żyje – warczę. – Nie wrobisz mnie w to!

– Mam pokazać ci nagranie z sekcji zwłok? – Słyszę.

– Mam odtworzyć ci zapis z podsłuchu? – odgryzam się natychmiast. – Ktoś złożył jej wizytę przede mną. Słychać, jak wchodzi…

– Słychać też, jak rozmawia i wychodzi – stwierdza sucho. – To byłem ja, Rojas. Potem, na nagraniu, słychać już tylko ciebie. Aż dziw bierze, że kobieta potrafi zmasakrować człowieka w trzy minuty.

Zaszokowana, na kilka sekund przestaję stawiać opór i Nellis bez trudu odwraca mnie w swoją stronę. Od razu, wiedziona resztkami instynktu samozachowawczego, zaciskam powieki aż do bólu.

– Nie dam się w to wrobić – syczę i, czując, jak oddech agenta parzy mi policzek, odchylam głowę. – Nie dam, słyszysz?!

– Mało ci? W dniu, w którym zginął Hayes, to ty odprowadzałaś furgonetkę Estesa do miasta. Miałaś czas, żeby….

– Nad rzeką młodego widziano z mężczyzną – przypominam z wściekłością.

– Nosisz krótkie włosy, Rojas. – Agent nagle rozluźnia uścisk. – Z daleka, po zmroku, można wziąć cię za faceta.

Czuję, że Nellis odsuwa się nieznacznie; zdziwiona, lekko unoszę powieki, ale dla pewności wodzę wzrokiem po guzikach jego koszuli. Nie zostałam oficjalnie aresztowana, nie odczytano mi praw; zapewne nie zebrali na mnie aż tak dużo, jak mówi agent. Cieszyć się jednak nie powinnam. „Nie ma winy, której nie da się udowodnić”, przypominam sobie jego słowa. Po głowie krąży mi jedna myśl: zyskać na czasie.

– Czego ode mnie chcesz, do diabła? – szepczę, rozcierając pulsujące jeszcze od uścisku nadgarstki.

– Wyjdziemy stąd razem. Nie będziesz sprawiać kłopotów, bo jak odstawisz mi, kurwa, jeszcze jeden taki cyrk, to od ręki załatwię ci biegłego psychiatrę.

Ostrożnie podnoszę wzrok; spojrzenie agenta jest czyste.

– Dokąd? – pytam.

– Na wizję lokalną – odpowiada.

Powoli kiwam głową. Jest jeszcze szansa, myślę z ulgą, choć pojęcia nie mam, co Nellis dla mnie szykuje. Bo coś szykuje na pewno.

 

***

 

Światło dnia odziera San Felino z całej niezwykłości. Nie zaskakują już z nagła wyłaniające się z ciemności budynki, bo widać je z daleka, a zresztą poprzedzane są przez resztki rozsypanych ze starości, gorzej zachowanych gospodarstw. Chylące się ku ziemi płoty z pordzewiałej siatki i zapadające się dachy domów stanowią raczej opłakany, niż przerażający widok. Gdy samochód BTI zaskakująco gładko toczy się pokrytą gęstą siatką spękań szosą wprost do centrum widmowego miasta, z miejsca pasażera lustruję kolejne mijane rudery obojętnym wzrokiem. Wiem, że to kiedyś były czyjeś domy, ale nie potrafię wykrzesać z siebie ani krzty współczucia dla ich żałosnego losu; powoli zaczynam nienawidzić tego miasta. San–koszmar–Felino, San–koszmar–Felino, powtarzam w myślach.

Przed pierwszym ze skrzyżowań Nellis hamuje i, nie spoglądając na mnie, pyta:

– No? Dokąd teraz?

Rozglądam się niespiesznie.

– Nie jestem pewna – odpowiadam. – Za dnia wszystko wygląda inaczej.

– Bez wygłupów, Rojas – warczy agent. – Prawo, lewo, czy prosto? To, kurwa, naprawdę takie trudne pytanie?

Przez moment obojętnie spoglądam na majaczące na horyzoncie wzgórza, zdając sobie sprawę, że widzę je właściwie po raz pierwszy, po czym orzekam:

– W lewo.

Nellis skręca bez słowa, ale uliczka okazuje się ślepa; kończy się tuż przy całkiem nieźle zachowanym kościele.

– Tutaj? – pyta agent.

– Nie – stwierdzam. – Pomyliłam skrzyżowania.

Mężczyzna klnie i zawraca samochód z rykiem silnika. Przez jakiś czas znowu podróżujemy w milczeniu. Nie zamierzam dłużej go przekonywać, że cała ta wyprawa jest tylko stratą czasu i że nigdy nie podniosłabym ręki na dziecko. Nellis z jakichś powodów uważa, że Danny Resnick nie żyje i żadnymi argumentami nie jestem w stanie wyprowadzić go z błędu.

– W lewo? – pyta na kolejnym skrzyżowaniu.

Kiwam głową, potwierdzając. Właściwie, wybrałam San Felino tylko ze względu na skąpą co prawda, ale jednak nadzieję na łatwiejszą ucieczkę i brak potencjalnych świadków nieuniknionej konfrontacji. Nie wiem, jak zachowa się agent, gdy nasze poszukiwania okażą się bezowocne, a zdaję sobie sprawę, że panujące wokoło pustki pasują także i jemu. Nie ręczę również za siebie, bo przyparta do muru, mogę nie cofnąć się przed niczym.

Gdy naszym oczom ukazuje się na wpół zatarty napis, obwieszczający, że zbliżamy się do dawnej szkoły podstawowej, lewą rękę, od palców aż po barki, przeszywa mi ostry, rwący ból. Na szczęście szybko słabnie, rozpraszając się na żebrach, zanim zdąży spłycić oddech i zakłócić bicie serca.

– Tutaj. – Niespodziewanie słyszę własny głos.

Chcę wierzyć, że podświadomie wybieram parterowy budynek nieczynnej szkoły tylko dlatego, że łatwiej będzie się tu ukryć i walczyć. Wciąż jeszcze nie opuszcza mnie spokój, gdy Nellis zatrzymuje samochód na niewielkim, prawie dokładnie zasypanym piachem parkingu. Silnik gaśnie i przez moment osacza nas cisza tak doskonała, jakby na całym świecie nie istniało nic, poza San Felino.

– Prowadź – rozkazuje Nellis, przezornie odpinając kaburę, ukrytą pod marynarką.

Ruszam przodem, ostrożnie stawiając stopy na dywanie z drzazg, wiórów i pyłu, który kiedyś był podłogą. Tynk, grubymi warstwami opadając ze ścian, odsłania chropowatą fakturę drewna, przez nieszczelności której bezczelnie sączy się do środka światło słoneczne. Przemierzamy wąski korytarz prowincjonalnej szkoły, usiany odartymi z naskórka farby, połamanymi szkieletami mebli, zaglądając do kolejnych sal, z których zostały siłą wywleczone. W zaduch rozsychających się powoli desek i rozszarpywanego przez wiatr tynku wdziera się duszący odór rozkładu organicznego, przybierając na sile z każdym kolejnym krokiem, by w końcu osiągnąć apogeum tuż pod jedynymi, zamkniętymi na głucho drzwiami. Wiem, co może oznaczać, ale odsuwam tę ponurą myśl jak najdalej, ze wszystkich sił wzbraniając jej dostępu do świadomości. Z ociąganiem kładę dłoń na klamce i zastygam tak, obawiając się następnego kroku.

– No? – Słyszę głos Nellisa za plecami. – Na co, kurwa, czekasz?

Bez słowa popycham drzwi. Otwierają się z piskiem zardzewiałych zawiasów, płosząc przysiadające na parapetach nieistniejących już okien ptaki. Smród rozkładających się zwłok bez przeszkód bucha w nozdrza, gdy stając na progu, spoglądam w głąb klasy, wciąż jeszcze zastawionej porzuconymi przez uczniów ławkami. Przy jednej z nich, sprawiając wrażenie śpiących z głową opartą o blat, spoczywają zwłoki dziecka. Nie mam siły, by się ruszyć, pchnięta przez wkraczającego do klasy Nellisa wpadam na ścianę i, oparta plecami o mur, wpatruję się tępo w walające się pod stopami resztki. Gruz i wióry trzeszczą pod stopami agenta, gdy zbliża się do trupa i nagle cichną, gdy przystaje, by przyjrzeć się mu z bliska. Nellis nie mówi nic, zdaje się, że nawet nie oddycha; porażona tą złowróżbną ciszą, osuwam się po ścianie na podłogę.

– To on. – Słyszę w końcu. – Danny Resnick.

Niemożliwe, myślę. Pamiętam przecież, jak go odwoziłam, pamiętam więcej, niż chcę i powinnam. Odwoziłam go? Ja? Nie, to muszą być wspomnienia Estesa. A może Mii Kovalsky? A może… Jak wyraził się Schmitt? „To, co zobaczysz, może być nieprawdą”… San–koszmar–Felino, wyliczanka powraca i na stałe zadamawia się w mej głowie. Smród w jednej chwili staje się nie do zniesienia, czuję, że żołądek wywraca mi się do góry nogami, bezwiednie wbijam paznokcie w pokrywające podłogę śmieci i, zaciskając pięści, zagarniam wszystko, co wpada mi w palce.

– To on – powtarza Nellis.

Pierwszy krok, który stawia w moim kierunku, dudni mi pod czaszką jak grzmot i przeszywa ciało niczym prąd. Zbieram resztkę sił, podrywam się i biegnę przed siebie, ale energii starcza mi tylko na pokonanie korytarza; na zewnątrz padam na czworakach na piach i pozwalam, by podchodzący już pod gardło żołądek zwrócił resztki kawy, którą piłam niedawno w „Daddy's Diner”.

– Weź się w garść, Rojas. – Nellis staje nade mną i obojętnie przygląda się, jak wymiotuję.

– To nie ja – bełkoczę, wycierając rękawem usta. – Nie ja!

– Nie ty – przyznaje. – Wskazuje na to zaawansowany stopień rozkładu zwłok. Mógł to zrobić Estes, wściekły, bo go wykiwali, albo dzieciak umarł w wyniku jakiegoś błędu medycznego. Ale Vincent Hayes i Nora Resnick to, niestety, ty. I Mia Kovalsky to też, niestety, ty.

– Nora Resnick? Blefujesz, sukinsynu – syczę. – I to nieudolnie.

– Na pewno? „…jeśli to wszystko okaże się tylko marnej jakości inscenizacją, dostaniesz ode mnie w swoją uroczą mordę jeszcze mocniej, niż rano od tego faceta…” – Nellis recytuje moje własne słowa ze stoickim spokojem. – Naturalnie, nie robiłaś tego wszystkiego z własnej inicjatywy. Kazali ci to zrobić, ale jako świadek w sprawie będziesz bezużyteczna.

– Nieprawda – jęczę, chwytając z trudem powietrze. – Pamiętałabym!

– Niekoniecznie. Nie powinienem ci tego mówić, ale moje śledztwo tak naprawdę nie dotyczy już szpiegostwa, bo żona Resnicka i Estes nie zamierzali przecież wywieźć wyników badań z kraju, a eksperymentów Petersson–Wolfe'a z pewnymi technologiami, zakazanymi przez prawo federalne. Między innymi, z niebezpiecznym procesem, zwanym progresywnym nadpisywaniem niepożądanych wspomnień. Słyszałaś o nim?

– Nie – cedzę przez zaciśnięte zęby, powstrzymując następną falę mdłości.

– I nic dziwnego. – Agent kuca tuż obok mnie. – Z założeniu miał być stosowany w psychiatrii do osłabiania wpływu traumatycznych przeżyć, ale szybko znaleziono dla niego też inne zastosowania… Pracodawcy zachowali się w stosunku do ciebie wyjątkowo perfidnie. Nie uprzedzili Schmitta, że uczestniczysz w programie. Dlatego teraz nie potrafisz odróżnić własnych przeżyć od wspomnień innych ludzi.

– Nie uczestniczę w żadnym programie! – krzyczę, bijąc pięścią w piach.

– Rojas, ta technologia pozwala na coś w rodzaju maskowania wybranych wspomnień innymi. Zapewne nie pamiętasz nie tylko zabójstwa Hayesa i Nory Resnick, ale też tego, kto ci je zlecił…

– Jessiki Hammond też pewnie nie pamiętam, co? – warczę. – To też pewnie ja?

– Nie. – Nellis kręci głową. – To Estes. Żona Resnicka, niejako przy okazji, kazała wspólnikowi pozbyć się rywalki i sama dostarczyła mu broń męża. Zapewne nie mogła znieść, że jej syna ma wychowywać jakaś głupia babysitterka.

Biorę głęboki wdech, czując, jak ból rozsadza mi żebra. Zaraz… zaawansowany stopień rozkładu zwłok, powiedział. Danny musiał zginąć jeszcze przed Hayesem i Resnick.

„Nie planowaliśmy przerywania terapii…” A może chłopak faktycznie nie zginął, ale wykończyła go eksperymentalna terapia Petersson–Wolfe'a i firmie pozostało tylko jedno: pozbyć się świadków? I jeszcze ta pewność siebie Nellisa. Za szybko i za łatwo rozpoznał w tamtym trupie zaginionego dzieciaka, myślę.

– Co ze mną będzie? – pytam cicho, neurotycznie zaciskając w dłoniach potężne garście piachu.

– Oskarżą cię o podwójne morderstwo i pobicie. A to, że zaprowadziłaś mnie do zwłok Danny'ego, wystarczy, by postawili ci jeszcze zarzut współudziału. Na miejscu twojego adwokata starałbym się o orzeczenie niepoczytalności – radzi całkiem szczerze i natychmiast dodaje: – Myślę, że nie będzie z tym większych problemów.

Nie odpowiadam. Kątem oka zauważam, że Nellis zamierza wstać. Podrywam się pierwsza i ciskam piachem prosto w oczy mężczyzny. Agent klnie, odruchowo zaciska powieki, i wtedy rzucam mu się do gardła, zanim jeszcze zdąży podnieść dłonie do oczu. Z impetem powalam go na ziemię i zrudziałym cyrklem, znalezionym na szkolnej podłodze zadaję cios za ciosem. Dźgam pierś, potem miejsce tuż poniżej grdyki, aż zmieni się w czerwoną, bluzgającą krwią miazgę, zatapiam ostrze z boku szyi, tam, gdzie pod skórą pulsują nabrzmiałe od upału naczynia, rozdzierając je jak papier. Zadaję ciosy tak długo, aż ręce Nellisa, którymi bezskutecznie usiłuje się bronić, opadną bezwładnie na piach i zaczną drgać w konwulsyjnym tańcu. „Aż dziw, że kobieta potrafi zmasakrować człowieka w trzy minuty”, przypominam sobie jego słowa i z wściekłością wbijam ostrze cyrkla w bijące jeszcze ostatkiem sił serce agenta.

– Nikogo nie zabiłam, słyszysz? – krzyczę. – Nikogo!

Padam na piach tuż obok, dysząc ciężko. San Felino znów ogarnia martwa cisza. San–koszmar–Felino, krąży mi po głowie wyliczanka Hammond; jej rytm zaskakująco sprawnie uspokaja oddech i oczyszcza umysł. Gdy w końcu podnoszę się, by wtaszczyć ciało martwego agenta do bagażnika, nie muszę już walczyć z kąsającym ciało, fantomowym bólem, bo ów ból gdzieś znika. Zadziwiające, ale nie czuję żalu, wstydu, wyrzutów sumienia, tylko bezczelną ulgę, że uwolniłam się od tego człowieka. Przeszukuję jego ubranie, ale zabieram tylko telefon, po czym z bezwstydnym zadowoleniem wyrzucam baterię i niszczę aparat. Zanim wsiądę do samochodu agenta, bardziej dla zasady, niż z rzeczywistej potrzeby, zacieram czerwone ślady na piachu i najdalej jak tylko potrafię, ciskam narzędzie zbrodni na rozciągającą się tuż za ogrodzeniem pustynię. Cała jestem umazana krwią, ale nie martwi mnie to. I tak zamierzam jechać przed siebie, aż do zmierzchu, potem w jakiś skuteczny sposób pozbyć się samochodu z ciałem. Zaszyć się gdzieś, przeczekać zamieszanie, po czym odszukać Raymonda Estesa i zawlec go, żywego lub martwego, na najbliższy posterunek.

Samochód po raz ostatni podskakuje na wyboistym wyjeździe z miasteczka i wytacza się na równą nawierzchnię szosy, prowadzącej do Grants. W oddali zaczyna majaczyć, drgając w rozgrzanym powietrzu, zarys jakiegoś przysadzistego budynku. Jasna, rozmazująca się w upale plama szybko nabiera kształtów przydrożnego baru. Mijając go, czuję, jak głód skręca mi wnętrzności i jak bardzo pragnę kawy. Zawracam natychmiast i zatrzymuję wóz na parkingu przed „Daddy's Diner”, ale zanim wysiądę, rzucam okiem na własne ubranie, upstrzone wielkimi, brunatnymi plamami, i na dłonie, szczelnie obtoczone zaschłą już, choć gdzieniegdzie lepką od potu, czerwoną warstwą. Co jest, do jasnej cholery….? Zerwane z uwięzi serce znów pochodzi do gardła, dławiąc i zapierając dech.

Rany boskie, skąd tu tyle krwi?!

 

Koniec

Komentarze

Fakt, że tekst długi, ale czyta się go jednym tchem. Rewelacja – klimat, nastrój, bohaterowie. I to zakończenie – miodzio. Rasowy kryminał z elementami fantastycznymi.

Opowiadanie nadaje się do druku. Leci od razu do nominacji, żeby więcej osób się skusiło i przeczytało.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Czytam na raty, bo długie. Wpiszę się za parę dni. Pozdrawiam.

Ogólnie bardzo mi się podobało, fabuła ciekawa. Osobiście uważam, że wiele różnych osób wprowadzonych w jednym tekście jest bardzo trudnym zadaniem do opisania. Myślę, że powinny one kontrastować ze sobą, żeby rzeczywiście można było obejrzeć różne punkty widzenia i osobowości. Udało się :)  Czasem przydałoby się jakieś krótsze zdanie dla rozluźnienia tych wielokrotnie złożonych i jest kilka niejasności (odbierał telefon, a potem, że nie można było mieć telefonu [?]) A na koniec pozdrawiam i życzę powodzenia w dalszym pisaniu :D 

 Świetny tekst. Fabuła pokrętna i wciągająca, zakończenie nieoczekiwane. I pomysł na wątek fantastyczny również przypadł mi do gustu.

Wykonanie niemal bez zarzutów. Nie powinnaś czasem zamienić miejscami pojedynczych i potrójnych gwiazdek? ;-)

Chłopiec, niezdarnie podpierając się raczkami,

Literówka. I czterolatek tak niezdarnie wstaje?

Ponownie składam kartkę na czworo i jeszcze raz tak samo, by lepiej mieściła się w kieszeni. – Pytam jeszcze raz: widziała pani wcześniej tego człowieka?

Powtórzenie.

Odruch bezwarunkowy, przypominam sobie odpowiednie określenie;

Hmm. A to nie jest czasem odruch warunkowy?

Babska logika rządzi!

Basiu,

wielkie dzięki. Bardzo się cieszę, że tekst Ci się nadal podoba. Właściwie, umieszczając tekst na NF spodziewałam się kilku kubełków zimnej wody, ale póki co, głowa wciąż sucha ;)

 

Ryszardzie,

długie, i podejrzewam, że Ci się nie spodoba, ale mimo to zapraszam do lektury.

 

Derwenqueen,

bo odbierał telefon stacjonarny, a nie wolno było zabrać ze sobą komórkowego ;). Na amerykańskim zadupiu pewnie jeszcze takie wiszące na ścianie aparaty się znajdzie. Nie zdawałam sobie sprawy, że nierozróżnienie ich może to wprowadzać zamęt. Pozdrawiam i dzięki za wizytę :)

 

Finkla,

 

dzięki za wizytę.

Niezdarne wstawanie czterolatka było zamierzone. Wyczytałam gdzieś, że w opisywanym schorzeniu ma się kłopoty z koordynacją ruchową, stąd wzięło się to zdanie.

Odruch… pewnie masz rację :)

A o co chodzi z tymi gwiazdkami?

 

 

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

Marianno.

Twoje opowiadanie przeczytałem dwukrotnie. Opowiadanie jest takie, jaka jest obecna moda w fantastyce – mieszanka ponurego kryminału, nielegalnych, nieetycznych badań mózgu, gwałtu, brutalnej przemocy, trupów, rozkładających się zwłok. Sceneria jest tak samo ponura – niszczejące ruiny miasteczka, drobiazgowo opisywane ślady opuszczenia i realistycznie nakreślony klimat czającej się grozy. W opowiadaniu nie ma ani jednego pozytywnego bohatera, dominuje cynizm i okrucieństwo.

To teraz bardzo popularne w fantastyce.Niemniej ja, jak słusznie podejrzewasz, nie jestem fanem takich brutalnych i ponurych tekstów. Niemniej doceniam Twój, coraz lepszy warsztat pisarski, a szczególnie umiejętność tworzenia klimatu, budowania scenariusza, operowania światłem w opisach. Znalazłem kilka powtórzeń i innych potknięć, ale w tak dużym tekscie to zrozumiałe.

Trochę mi się nie podobało traktowanie adwokata, współpracownika bohaterki, jak smarkacza. Nazywanie go małolatem, to spora przesada. Poza tym kreowane postacie są pełnokrwiste a dialogi są Twoją mocną stroną.

Reasumując, na pewno znajdziesz wielu zwolenników Twojego tekstu, a moje zastrzeżenia są czysto subiektywne, wynikające z mych osobistych upodobań. Pozdrawiam Cię ciepło.

A o co chodzi z tymi gwiazdkami?

Marianno, Ty nie wiesz, o co chodzi?

Fragmenty z narracją pierwszoosobową poprzedzone są trzema gwiazdkami. Te z trzecioosobową mają jedną gwiazdkę. Logiczniej byłoby na odwrót. ;-)

Babska logika rządzi!

Bardzo porządne, znakomicie napisane opowiadanie. Intrygujące od początku, przez cały czas trzyma w napięciu i, nie wyjaśniając niczego przedwcześnie, doprowadza do satysfakcjonującego finału. Umiejętne wzbogacenie zacnego kryminału wątkiem SF, jest dodatkową zaletą tego opowiadania.  

 

…ta­bli­cę, in­for­mu­ją­cą, że w miej­sco­wość San Fe­li­no liczy sobie ty­siąc trzy­stu dwu­dzie­stu miesz­kań­ców… – Zbędne w.

 

Sku­pił się więc na tym, co zdo­łał po­sły­szeć z hollu.Sku­pił się więc na tym, co zdo­łał po­sły­szeć z hallu/ holu.

Ten błąd powtarza się kilkakrotnie w dalszym ciągu opowiadania.

 

…ale po­peł­ni­łaś pier­do­lo­ny, ko­lo­sal­ny faux pas. – …ale po­peł­ni­łaś pier­do­lo­ne, ko­lo­sal­ne faux pas.

Choć szpakowaty mężczyzna może nie wiedzieć, jak jest poprawnie. ;-)

 

Opa­da­ją­ce ku wzgó­rzom słoń­ce za­czy­na­ło już czer­wie­nieć, gdy z za­uwa­żył… – Zbędne z.

 

…bo su­per­mar­ket to już trze­cie z miejsc, w które tego wie­czo­ra od­wie­dzam… – Zbędne w.

 

Facet żyje, widzę, jak usi­łu­je wy­do­być ciało spod cięż­kiej ma­szy­ny. – Może wystarczy: Facet żyje, widzę, jak usi­łu­je wydostać się spod cięż­kiej ma­szy­ny.

Bom gotowa pomyśleć, że facet wydobywa spod motocykla jakiegoś trupa. ;-)

 

Zaj­mu­ję miej­sce na le­żan­ce z lek­kim ocią­ga­niem. – Czym jest lekkie ociąganie leżanki? ;-)

Proponuję: Z lekkim ociąganiem, zajmuję miejsce na leżance.

 

Zbli­ża­ją­ce się, cięż­kie kroki czło­wie­ka zbli­ża­ją­ce­go się żwi­ro­wą alej­ką wy­ry­wa­ją mnie z za­du­my. – Proponuję: Zbli­ża­ją­ce się cięż­kie kroki czło­wie­ka nadchodzącego żwi­ro­wą alej­ką, wy­ry­wa­ją mnie z za­du­my.

 

Czuję, jak od głowy aż do stóp, roz­le­wa mi się po ciele wrzą­ca fala. Przed ocza­mi staje mi obraz po­wo­li osu­wa­ją­ce­go się na pod­ło­gę Es­te­sa. – Wolałabym: Czuję, jak od głowy aż do stóp, roz­le­wa się po ciele wrzą­ca fala. Przed ocza­mi mam obraz po­wo­li osu­wa­ją­ce­go się na pod­ło­gę Es­te­sa.

 

…bez­wied­nie po­wró­ci­ła do za­rzu­co­ne­go dawno na­wy­ku ob­gry­za­nia pa­znok­ci i i nie prze­sta­ła… – Zbędne i.

 

Cho­ro­ba jest nie­ule­czal­na i nie­wie­lu z nią do­tknię­tych do­ży­wa do­ro­sło­ści. – Zbędne z.

 

Mebel od­bi­ja się od po­kry­te­go spe­cjal­ną okła­dzi­ną muru z me­ta­licz­nym brzę­kiem i spada na pod­ło­gę… – Dlaczego mur miał metaliczny brzęk? ;-)

Proponuję: Mebel od­bi­ja się od po­kry­te­go spe­cjal­ną okła­dzi­ną muru i z me­ta­licz­nym brzę­kiem spada na pod­ło­gę… Lub: Mebel, z me­ta­licz­nym brzę­kiem od­bi­ja się od po­kry­te­go spe­cjal­ną okła­dzi­ną muru i spada na pod­ło­gę

 

Chwi­lę trwa, zanim zdaję sobie spra­wę, że to Ko­val­sky na­past­nik zła­mał rękę, nie mnie. – Chwilę trwało, nim do mnie dotarło, dlatego proponuję: Chwi­lę trwa, zanim zdaję sobie spra­wę, że napastnik złamał rękę Ko­val­sky, nie mnie.

 

Nie­waż­ne, że po wol­no­ści cho­dzi mor­der­ca. – Wolałabym: Nie­waż­ne, że morderca chodzi na wol­no­ści. Lub: Nieważne, że morderca jest na wolności.  

 

Wy­sia­dam z sa­mo­cho­du, by się przyj­rzeć mu się z bli­ska… – Zbędne jedno się.

 

…ze wzro­kiem wbi­tym w zie­mię, omi­ja­jąc za­wle­czo­ne przez wiatr ga­łę­zie… – Raczej: …ze wzro­kiem wbi­tym w zie­mię, omi­ja­jąc przy­wle­czo­ne przez wiatr ga­łę­zie

 

Nie przy­sia­dam, by do­tknąć pal­ca­mi miał­kiej, gdzie­nie­gdzie tylko ukle­pa­nej po­śpiesz­nie ziemi; omia­tam tylko la­tar­ką… – Proponuję: Nie przy­sia­dam, by do­tknąć pal­ca­mi miał­kiej, gdzie­nie­gdzie tylko ukle­pa­nej po­śpiesz­nie ziemi; omia­tam jedynie la­tar­ką

 

…by w końcu osią­gnąć apo­geum tuż pod je­dy­ny­mi, za­mknię­ty­mi głu­cho drzwia­mi. – …za­mknię­ty­mi na głu­cho drzwia­mi.

 

Pierw­szy krok, jaki sta­wia w moim kie­run­ku, dudni mi pod czasz­ką jak grzmot…Pierw­szy krok, który sta­wia w moim kie­run­ku, dudni mi pod czasz­ką jak grzmot

 

Mi­ja­jąc go, czuję, jak głód skrę­ca mi wnętrz­no­ści i jak bar­dzo pra­gnę kawy. Zwra­cam na­tych­miast i za­trzy­mu­ję wóz na par­kin­gu przed „Daddy's Diner”… – W drugim zdaniu chyba miało być: Zawra­cam na­tych­miast i za­trzy­mu­ję wóz na par­kin­gu przed „Daddy's Diner”

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zawiodłem się Droga Marianno.

Po pierwszym akapicie, po przeczytaniu kilku zbyt długich, niepotrzebnie wielokrotnie złożonych, przeładowanych informacjami zdań, spodziewałem się rozwlekłego gniota. Myślałem, że oto pofolguję swej naturze rzepa i przyczepić się będę mógł, pomędzić, poużywać sobie marudząc i krytykując.

A tu taki zawód. Im dalej w las, tym bardziej klimat się zagęścił, pytania rozmnożyły, intryga rozwinęła swe sępie skrzydła… I przeczytałem całość za jednym podejściem. Ryszard ma rację, zagrałaś motywami dość popularnymi i ostatnio modnymi, od pewnego momentu spodziewałem się też zakończenia, ale profesjonalizm, z jakim podałaś te elementy robi tęgie wrażenie. To jest tekst do drukowania, wydawania i sprzedwania. Brawo.

Swoją drogą, na podstawie Twojego opowiadania można byłoby zrobić zupełnie przyzwoity film. Scenariusz nie wymagałby wielu zmian.

Pozdrawiam.

 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Ryszardzie,

wielkie dzięki za poświęcony czas i obszerny komentarz. Co do smarkacza – przyjęłam, że bohaterka, osoba od adwokata jakieś dwadzieścia lat starsza, tak właśnie może go oceniać. Czyli – jest to nie mój, a jej punkt widzenia, wydawał mi się całkiem naturalny.

Jeśli chodzi o brutalność, okrucieństwo i cały ten mrok, to muszę przyznać, że w mojej “twórczości” zajmują coraz więcej miejsca. I tak myślę, że mam coś z głową, bo pisanie takich tekstów sprawia mi frajdę ;). Na zaprzyjaźnionym portalu jest konkurs na wesoły romans. Choć bardzo się staram, do głowy przychodzą mi same tragiczne scenariusze.

 

Finklo,

albo zrobię wszystkie potrójne. Nie wiedziałam, że to ma jakieś znaczenie, tak po prostu je powstawiałam niejednakowo, żeby się odróżniało :)

 

Regulatorzy,

stokrotne dzięki. Poprawię babole wieczorem. A co do “fo pa” to nie tylko szpakowaty nie wiedział, jaki to rodzaj, ja też :)

 

Thargone,

 

bardzo się cieszę, że Cię zawiodłam :)

Co do wydrukowania, to wydrukowałam sobie go w pracy, marnując służbowy toner, może za sto lat faktycznie ktoś to kupi jako białego kruka ;) A co do wielokrotnie złożonych – lubię takie płodzić i nie potrafię się od tego odzwyczaić.

 

Wielkie dzięki za komentarze i oceny.

Pozdrawiam :)

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

Nie, nie ujednolicaj gwiazdek! Różnorodność jest fajna i daje dodatkową zagadkę, nie wyjaśnioną w finale. Takie puszczenie oka do uważnego czytelnika. :-)

Babska logika rządzi!

Droga Marianno.

Tak się składa, że napisałem romans w realiach science fiction pt. “córka Księżyca”, i zapewniam Cię, że nie jest to wcale trudne. Dodam go w paźdźierniku. Jestem pewny, że i Ty możesz napisać coś lżejszego. Ale to opowiadanie i tak doczeka się “piórka”, jestem przekonany. Pozdrawiam.

Świetne opowiadanie, ale to u Ciebie norma. Tekst jest długi, ale sam się czyta, ani na chwilę nie chciałem przerwać. Nie, no raz na siku poszedłem, poza tym cały czas z nosem w lekturze. Kawał bardzo dobrego tekstu.

 

Pozdrawiam

Mastiff

Finklo,

coś z tymi gwiazdkami jednak jest na rzeczy. Helena też mi pozmieniała na wszystkie potrójne. Zachciało mi się kombinować… ;)

 

Ryszardzie,

piórka nie przesądzałabym. Na tym świecie nie ma nic pewnego, a piórka należą do spraw najmniej pewnych i przewidywalnych. Twój romans chętnie w październiku przeczytam.

 

Bohdanie,

Czy ja wiem, z tą normą… Może po prostu mi się udało…

 

Wielkie dzięki za komentarze :)

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

Wciągające i klimatyczne. Co prawda nie zgadzało mi się parę szczegółów (być może coś przeoczyłam) – powiedziane jest, że Hayes został zepchnięty z drogi i wiadomo jakiej marki autem – pierwsze co powinno być dowodem za winą/niewinnością Any to jej samochód i ewentualne wgniecenia na nim. Nellis, jak na kogoś, kto stwierdza ‘że też kobieta może tak zmasakrować człowieka w 3 minuty’ zachowuje się wyjątkowo niefrasobliwie, jadąc z wzmiankowaną kobietą sam na sam w odludne miejsce, zwłaszcza, że ta nie ukrywa nawet niechęci :p. Niemniej, opowiadanie ma w sobie ‘coś’.

Bellatrix,

co do pierwszego zgrzytu:

 

– Mało ci? W dniu, w którym zginął Hayes, to ty odprowadzałaś furgonetkę Estesa do miasta. Miałaś czas, żeby….

Co do drugiego,

to założyłam, że gość był pewny siebie i przewagi swoich technologicznych gadżetów. Poza tym, mógł pomyśleć, że “to przecież tylko baba”;)

 

Wielkie dzięki za przeczytanie i komentarz :)

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

Tak coś czułam, że coś omskło się mojej uwadze ;)

Bellatrix,

ja się najbardziej boję, że coś się omsknęło mojej uwadze i gdzieś tam, w tekście, siedzi jakiś zgrzycior, taki, że hej ;)

 

Dziękuję wszystkim czytelnikom, dzięki którym opowiadanie znalazło się w bibliotece :)

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

AvBert,

znaczy że mam zmienić tytuł? Bo już taki był?

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

Ogólnie dobre.

Klimat, opisy, sceny są budowane bardzo dobrze. Spójna fabuła, wzorowa struktura dramatyczna, choć niepozbawiona formalnej ekstrawagancji pod postacią zmiennej narracji.

Prowadzenie fabuły jest dla mnie zbyt filmowe. Za bardzo przypomina modny obecnie montaż scen. O ile doskonale sprawdza się to w filmie/serialu, to nie przepadam za takim zabiegiem w literaturze.

Ciut za mało sci-fi. To znaczy, gdyby zastąpić technologię mapowania pamięci intuicją śledczego, to dostajemy historię detektyw popadającej w szaleństwo. Uważam, że na tym portalu, teksty powinny mieć niezbywalny fantastyczno-naukowy trzon. Taki, bez którego, historia traci spójność.

Infundybuła chronosynklastyczna

stefan.kawalec,

 

Widzisz, ten filmowy sposób jednym czytelnikom pasuje, drugim nie. Dobrze się z nim czuję, bo lubię kino, bynajmniej nie to najnowsze.

Co do drugiego zarzutu, nie bardzo go rozumiem. Przecież jest element fantastyczny, jak na moje teksty to i tak jest go dużo. Nie wiem po co gdybać, co by było, gdyby go nie było. Jaki ma to cel?

 

Dzięki za wizytę i komentarz :)

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

Wyrażam po po prostu swoją opinię. Jak już pisałem, jak mi się nie podoba, to nie komentuję wcale. Podoba mi się, ale ma cechy, których nie lubię w literaturze.

Takie gdybanie jest sposobem weryfikacji gatunku. Włażę na ten konkretny portal, bo jest wirtualną emanacją pisma, które częściowo ukształtowało mój gust. I szukam tu na ogół tekstów mieszczących się w szeroko pojętym nurcie fantastyczno-naukowym. Jeśli tekst jest dobry, ale mieści się tylko częściowo, to piszę o tym.

Infundybuła chronosynklastyczna

stefan.kawalec,

 

Teraz rozumiem. Problem ze mną jest taki, że dobrze czuję się “na pograniczu” i ten tekst zapewne jest kolejnym tego wyrazem. Ale pisuję też space opery, więc nie jestem tak do końca dla fantastyki stracona ;)

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

Stała się rzecz niesłychana! Przeczytałam opowiadanie Marianny, które jednocześnie a) zrozumiałam, b) naprawdę mi się spodobało! ; )

Bo zwykle jednak doza SF była dla mnie za duża, bym mogla bezboleśnie przyswoić Twoje teksty…

 

Opowiadanie zaliczyłam już wczoraj wieczorem, ale było późno i bardziej mi się spieszyło spać niż pisać komentarz ; ) Ale i dziś, przy świetle dziennym, z czystym sumieniem mogę napisać, że wykreowałaś interesującą rzeczywistość z charakterystycznym, pozwalającym się wczuć klimatem, że główna bohaterka jest wiarygodna i ciekawie nakreślona, że intryga daje do myślenia i wciąga, że zakończenie – mimo wszystko – wcale nie jet takie oczywiste i przewidywalne… jest trochę przemocy, brud i krwi, ale jak dla mnie w natężeniu akurat w sam raz, nie skupiasz się na nich. Ważniejsza jest tajemnica i niepokój, zagadka i dążenie do jej rozwiązania.

No, ogólnie, kawał dobrego tekstu. Brawo!

 

Pozdrawiam ; )

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Nie przepadam za kryminałami. Alistair MacLean był autorem, na którym się (obok fantastyki) jako młokos wychowywałem i późniejsze podejścia do tego gatunku (może miałem pecha przy wyborze lektur, lub zwyczajnie SF wciągnęło mnie bardziej) mnie rozczarowywały.

Tak, to chyba jedyne “ale”, jakie potrafię znaleźć i wytknąć przy tym tekście – moja osobista niechęć do gatunku. Poza tym, wszystko gra. Jest klimat, jest świetny warsztat, jest intryga. Czyta się gładko, a czytanie sprawia przyjemność. Widać też skalę włożonej pracy. 

Gratuluję dobrego tekstu.

Koniec świata się chyba zbliża i nadchodzą dni ostatnie, a przynajmniej trzecia światowa. Joseheim pochwaliła mój tekst SF :)

Dzięki za wizytę, Joseheim. Cieszę się bardzo, że Ci się podobało. Wreszcie udało mi się spłodzić strawne SF :)

 

Unfallu,

MacLeana też czytywałam, ale przyznam, że średnio “mi leżał” (no, może oprócz tekstów “wojennych”), a fanką kryminałów jestem, ale raczej filmowych. Co do skali włożonej pracy – chciałabym wyrazić wdzięczność twórcom GoogleMap oraz panom z Massive Attack. :)

Dziękuję za komentarz i poparcie ;)

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

Bardzo dobre opowiadanie. Trochę męczyły mnie długie, wielokrotnie złożone zdania, które aż proszą się, żeby podzielić je na kilka osobnych, prostych. Daj czasem odetchnąć!:) Intryga wciągająca, interesująco poprowadzona, główna bohaterka to człowiek z krwi i kości. Drobiazg, jaki mnie zastanowił, to fakt, że gdyby miała kogoś pobić, to albo by miała jakiś kastet (czy inne narzędzie zbrodni) na stanie (szczególnie w czasie aresztowania w mieszkaniu Kovalsky), albo jej kostki byłyby zmasakrowane. Jakoś żaden śledczy się nad tym nie pochylił. Koniec mnie zachwycił.

Rooms,

co ja poradzę, że lubię takie długaśne zdania? I jako czytelniczka, i jako pisująca.

Odnośnie drobiazgu: wynika w prostej linii ze starań, częściowo nieświadomych, by jak najmniej elementów wskazywało na winę bohaterki i zmniejszało zaskoczenie czytelnika w końcówce. Zgadzam się, to niedopatrzenie, i powinnam fakt braku śladów lepiej uzasadnić. Zastanawiam się jednak, czy powinnam nanosić w tym przypadku poprawki – takie lekkie niedomówienie może się przydać, zwłaszcza, że nie jestem tak do końca przekonana, czy agent naprawdę bohaterki nie wrabia ;). A takie niedomówienie świadczy na jej korzyść. Czy nie zostawić lekko uchylonej furtki, na wypadek, gdybym miała pomysł na ciąg dalszy…

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

de gustibus jak wiadomo..:) ale skoro nie tylko jeden czytelnik zwraca uwagę na konstrukcję zdań, to można się nad tym ewentualnie zastanowić.

Jeżeli tylko zdecydujesz się na kontynuację tej fascynującej historii, to z radością przymknę oko na to drobne niedociągnięcie. Zawsze kastet mógł wypaść z kieszeni przypadkiem i nikt go nie znalazł (jak bym już miała kogoś bić, to raczej wolałabym nie poranić sobie rąk przy tym i być bardziej skuteczna – oczywiście teoretycznie:)).

Rooms,

Ten kastet jakoś mi tak… zgrzyta. Zbyt oczywisty jest. Ja, też czysto teoretycznie, widziałabym tę scenę tak: wchodzi, mocno popycha ofiarę, ofiara upada, bohaterka serwuje jej kilka (no, może więcej) kopniaków, miażdży butem przedramię, usiłującą się podnieść popycha ponownie, na przykład na ścianę, chwyta ofiarę za włosy, uderza jej twarzą w lustro w drzwiach szafy, kilkukrotnie, do rozbicia i twarzy i lustra, to rozbite lustro odpowiada za “teksańską masakrę”, a nie nadgarstki bohaterki. To oczywiście, rozważania czysto teoretyczne, nikogo nigdy nie biłam, więc może coś zgrzytać, ale o to mniej więcej mi chodzi. I nieistotne w tym momencie, czy dokonuje tego bohaterka, czy zrobił to wcześniej agent (zauważ, że miał na to czas) ;)

Pozdrawiam :) Wielkie dzięki za wsparcie :)

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

Nie naciskam na kastet, tak tylko mi przyszedł na myśl, bo o biciu mam bardzo nikłą wiedzę. Ja w ogóle nie chcę się czepiać, raczej dlatego że się tłumaczysz, to kontynuuję rozważania. :)

Racja. Mogą być kopniaki i lustro. Hayesa też mogła najpierw ogłuszyć, a potem obić o tapicerkę.:)

Rooms,

rozważania ciekawe, przydadzą się, jak nie w tym tekście, to w innym, ten chyba jednak pozostawię z lekkim niedopowiedzeniem. Hayesa chyba wystarczyło mocno ogłuszyć i zepchnąć jego auto do rzeki. Chyba, bo nigdy nie spychałam do rzeki niczyjego auta :)

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

Przypominam sobie naraz obrzękłe oblicze martwego Hayesa; odrywam telefon od ucha i odwracam się, z rozłożonymi rękoma i dłońmi uniesionymi na wysokość ramion.

Po tym zdaniu myślałam, że opuchniętą twarz Hayes miał po pobiciu, dlatego Rojas od razu go sobie przypomniała przy aresztowaniu w mieszkaniu Kovalsky. Nie wiem, jak szybko puchnie twarz topielca czy to realne, że od samej wody Hayes tak napuchł, jak długo w niej leżał (ale mam taką sprytną książkę o zwłokach, to jak ją przyswoję to podzielę się wiedzą).

Łaaa, czemu ja nie mam takiej sprytnej książki… To miałabym lekturę do tramwaju, podejrzewam, że miejsca wokoło mnie od razu zrobiłyby się wolne ;)

Hayes mógł w mordę dostać też wcześniej, pod domem, tuż po uwolnieniu bohaterki zatrzymanej na noc przez agenta. Ale problem jak najbardziej ciekawy, zwłaszcza pod kątem ewentualnej kontynuacji. Jeśli doczytasz coś ciekawego, daj znać :)

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

Modulowane pole magnetyczne!? Wytłumacz, co to znaczy, Marianno, bo mój techniczny zmysł zawył jak alarm przeciwpożarowy.

Inne usterki:

 

Jeszcze nie – mruczę, jeszcze bardziej pochylając się ku ekranowi.

Co takiego miałoby się stało?

co najwyżej zdziwienie. Frapuje mnie co najwyżej to

skrzyżowania,.

Wystarczy, że zagroził, że

zstępuję mu drogę

na miejsce pasażera.

Ardelli wraca na miejsce

przekręcę klucz w stacyjce,

gdzieś z tyłu dobiegnie żałosne kwilenie. <– enter ekstra

docieram do ściany z lustrem, dociera

A Ardellego wpędziłaś w kurewsko

Ardeliiiiiego

 

mają na mnie aż tak dużo, jak mówi agent. Cieszyć się jednak nie mam z czego. „Nie ma winy

Mam jeszcze szansę, myślę z ulgą, choć pojęcia nie mam

uczestniczysz programie.

Opinie później.

Tylko nie "Tęcza"!

Książka ma tytuł “Sztywniak. Osobliwe życie nieboszczyków”, autorka – Mary Roach. Koleżanka, która mi ją pożyczyła, na co dzień pielęgniarka na OIOM-ie, obiecała, że trochę ciekawych faktów tam znajdę. Tak więc czytam o eksperymentach na zwłokach w imię nauki – fascynujące. :)

Tenszo,

chodziło mi o zmiany w natężeniu pola, ale ja nie mam wykształcenia technicznego, więc wcale się nie zdziwię, jeśli napiszesz, że nie można tego tak określać. Mogę nawet to wyciąć, żeby nie raziło. Dzięki za wytknięcie byków – łudziłam się, naiwna, że nic zdrożnego już nie zostało.

Ardeliiiiiego

a to nie za dużo tych iiii?

Wielkie dzięki za łapankę. Po zwłoce w opiniach wnoszę, że niespecjalnie Ci się podobało :)

 

Rooms,

a o Frankensteinie rozdziału nie ma w tej książce? :)

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

chodziło mi o zmiany w natężeniu pola, ale ja nie mam wykształcenia technicznego, więc wcale się nie zdziwię, jeśli napiszesz, że nie można tego tak określać.

Modulować pola się nie da. Można modulować sygnały/fale. Napisałabym po prostu zmienne pole magnetyczne. Nie brzmi jakoś cudownie, ale ma większy sens :P

 

a to nie za dużo tych iiii?

Chciałam, żebyś zauważyła o co mi chodzi ;)

 

Wielkie dzięki za łapankę. Po zwłoce w opiniach wnoszę, że niespecjalnie Ci się podobało :)

Łapankę zaczęłam, niestety, gdzieś w połowie tekstu. Trochę baboli jest… na początku je ignorowałam, ale jak się zorientowałam, że znajduje ich jeszcze całkiem sporo zaczęłam wypisywać.

Tak na strzała w pierwszym akapicie:

głowy. Po chwili znowu zobaczyła Toma; ze spuszczoną głową

więc jeszcze trochę tego będzie. Może ktoś mniej leniwy ode mnie wyłapie :P

 

A co do zwłoki – źle wnosisz. Nie chciałam po prostu z doskoku pisać, bo uważam, że tekst, w który wyraźnie włożyłaś dużo pracy zasługuje na obszerniejszy komentarz :)

 

No to opinia – znowu najfajniejszym elementem twojego opowiadania, w moim odczuciu, jest główna postać. Masz talent do opisywania twardych kobiet po przejściach. Odnoszę wrażenie, że to taki twój konik. Podobnie, co w Ślepym Zaułku, zostawiasz trochę otwartych furtek w tekście, ale tam mnie to raziło, furtki otwarte były za szeroko, tutaj jest to nawet naturalne. Dodaje klimatu. Bo tylko w bajkach wszystko zawsze jest jasna :)

Mimo wszystko odniosłam wrażenie, że tekst jest trochę przydługi – nie nudził mi się, ale jednak czytałam go porcjami. Nie byłam w stanie jak bemik, jednym tchem pochłonąć :P Głównie przez rozbudowane zdania – niektóre mają tyle pięter, że po dotarciu na szczyt musiałam wracać do parteru, żeby sobie przypomnieć o co w ogóle chodziło.

Pomysł z odtwarzaniem wspomnień ciekawy, nienachalny. Tylko jakoś tak czułam, że SPOILER – to główna bohaterka okaże się mordercą. Przynajmniej po części. A gdy pojechała do rodzinnego miasta Estesa byłam już tego praktycznie pewna. Tymi wspomnieniami, które były w jej głowie, a być nie powinny, upewniłaś mnie. A z drugiej strony widzę w tym lukę… No bo skoro dzieciak umarł daaawno temu – to czemu Rojas widzi go we wspomnieniach na tylnym siedzeniu. W sensie, wynikałoby z tekstu, że matka Danego zginęła już po nim, ale w tej wizji Rojas wygląda odwrotnie – Estes/Rojas zakopuje ciało Nory, a jej syna wrzuca na tył auta. Może coś mi umknęło… Ale wizja wydaje się nie zgadzać ze słowami Neillsa. Chodzi mi o ten fragment:

Nie ty – przyznaje. – Wskazuje na to zaawansowany stopień rozkładu zwłok. Mógł to zrobić Estes, wściekły, bo go wykiwali, albo dzieciak umarł w wyniku jakiegoś błędu medycznego. Ale Vincent Hayes i Nora Resnick to, niestety, ty. I Mia Kovalsky to też, niestety, ty.

Tak podsumowując – podobało mi się, mocną stroną tekstu są postaci i dialogi, umiesz je budować. Widzę jakieś luki w intrydze (choć to może być podstawą do kontynuacji :)), no i te zdania milion razy złożone męczą. Więc tekst nie jest pozbawiony wad, ale… jaki jest?

 

I jeszcze na koniec:

i drżącymi palcami wybieram numer Ardellego,

Ardeliiiiiego :D

 

Tylko nie "Tęcza"!

Tensza,

 

tych “Ardellego” było jeszcze kilku, mam nadzieję, że wyłapałam wszystkich. Następnym razem wybiorę łatwiejsze do odmiany nazwiska. Zmienne pole zmieniam – nie będę się upierać, choć “modulowane” ładniej brzmi ;)

 

Odnośnie dzieciaka na tylnym siedzeniu, matki i tak dalej, to namieszam jeszcze bardziej, cytując lekarza:

Przekonałaś się już, że wspomnieniami można manipulować. To, co zobaczysz, może nie być prawdziwe.

“Wychodzą” mi twarde kobiety po przejściach, piszesz. To chyba znak, że nie powinnam więcej takich opisywać, bo zacznę się powtarzać ;)

 

Poza tym… cieszę się, jak nie wiem co, że czytelnicy tak wnikliwie analizują mój tekst. Że udało mi się wypocić coś wartego analiz :) Dzięki!

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

Musnęła wzrokiem błyszczącą maskę auta, odbijającą kolorowy neon znad drzwi, ale zniekształcony wypukłością metalu, napis „Daddy's Diner” nie przykuł jej uwagi na dłużej.

Reflektory pojazdu na moment wydobyły z mroku odrapaną tablicę, informującą, że miejscowość San Felino liczy sobie tysiąc trzystu dwudziestu mieszkańców, by znów zatonąć w nocy.

To są przykładowe zdania, z początku tekstu, które sprawiły, że na moment utknęłam, musiałam wrócić, przeczytać po raz drugi i trzeci, żeby zrozumieć, o co chodzi. Masz tendencję do tworzenia zdań wielokrotnie złożonych, pociętych przecinkami tak, że utrudnia to ich zrozumienie. Mnie najbardziej wybijały z rytmu wtrącenia, bo zdarzało się, że gubiłam przez nie sens podstawowego przekazu zdania. A że również podobno tworzę długaśne zdania, to, Marianno, wiem, co piszę. ;). Zdaje się, że nagromadzenie takich tworów jest zwłaszcza na początku opowiadania.

 

Lubię kryminały, ale nie lubię tych mrocznych. Bo ich bohaterowie są tak antypatyczni, a przede wszystkim tak pozbawieni poczucia humoru i dystansu do siebie, że w nich nie wierzę. Bo, ok, jeden, dwóch. Ale wszyscy?! I jeszcze funkcjonują w takim cholernie paskudnym świecie… Jest taki nurt w polskim kinie, który udaje rzeczywistość i który – dla własnego użytku – nazwałam “brzydkimi filmami o brzydkich ludziach”. I nie jestem fanką tego nurtu, bo ani ludzie tacy brzydcy nie są, ani świat.

Ale co z tego? Twój świat, Twoi bohaterowie, Twoja historia to po prostu efekt przyjęcia pewnej konwencji. I – oprócz osobistych widzimisię – do sposobu realizacji tej konwencji naprawdę trudno się przyczepić. Ponownie podczas czytania Twojego tekstu miałam wrażenie obcowania z tekstem profesjonalistki, nie amatorki.

Pozdrawiam.

 

ani ludzie tacy brzydcy nie są, ani świat.

Czy ja wiem… Ci którzy ścinają głowy dziennikarzom i tacy, którzy strzelają do samolotów pasażerskich na pewno mają do siebie dystans, że o poczuciu humoru nie wspomnę. A i w zwyczajnym, swojskim zakładzie pracy aż się roi od takich, którzy z czystej złośliwości nie cofną się przed podłożeniem świni. Może to konwencja, zgoda. Ale mam to nieszczęście, że w wielu punktach zgodna z moim widzeniem świata, ale to oczywiście, subiektywne odczucie. Nie starałam się na siłę wtłoczyć w ten tekst jak najwięcej paskudztwa. Samo mi tak jakoś naturalnie wyszło ;)

 

Wielkie dzięki za przeczytanie i komentarz, Ocho. Postaram się przemyśleć moje tasiemcowate zdania, chociaż jako czytelniczka, wolę czytać takie, niż krótkie. Nie pamiętam, by podczas lektury Twoich opowiadań mi przeszkadzały długaśne zdania, więc raczej z Twoimi wszystko jest ok.

Pozdrawiam :)

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

Co do długich zdań – również wolę długie niż bez przyczyny krótkie. Nie rozumiem potrzeby wstawiania na siłę kropki tam, gdzie lepszy byłby przecinek czy średnik. Podobne zarzuty pojawiały się pod moimi tekstami, więc sobie je analizowałam, a czytając książki – obsesyjnie sprawdzałam długość zdań. :) I wyszło mi, że sam argument – “to zdanie ma cztery linijki!” – mi nie wystarcza. Bo niech ma sobie i dziesięć, jeżeli jest czytelne i ma sens. Tak samo z pewnym, czasami świadomie wprowadzanym do zdań chaosem – jeśli ma to podkreślić jakąś sytuację, chaos myśli, coś tam innego – to niech będzie (inna rzecz, że czasami może się nie udać).

Dlatego ostrożnie podchodziłam do tego zarzutu i potraktuj go wyłącznie jako pewną sugestię. To, co mi przeszkadzało, to nadmiar – w niektórych zdaniach – blisko położonych przecinków, no i te zdania wtrącone. Reflektory pojazdu na moment wydobyły z mroku odrapaną tablicę, informującą, że miejscowość San Felino liczy sobie tysiąc trzystu dwudziestu mieszkańców, by znów zatonąć w nocy. – przy tym na przykład zdaniu na moment zgłupiałam, bo nie mogłam się zorientować, co tam znów zatonęło w nocy.

Nie ma natomiast sensu, żebyś tworzyła zdania krótsze, bo taka jest gdzieś tam powtarzana zasada. To jest zasada bez wątpienia dobra dla początkujących, ale Ty operujesz językiem na takim poziomie, że bez problemów możesz sobie pozwolić na korzystanie z jego plastyczności.

 

A co do bohaterów – tak, to na pewno wypływa również z subiektywnego spojrzenia na rzeczywistość. Moje jest bez wątpienia nieco naiwne, bo otaczający mnie ludzie są raczej pozytywni, sympatyczni i uczciwi. I, jasne, trafia się od czasu do czasu na horyzoncie jednostka cwaniacka, chamska i ogólnie niefajna, ale większość patrzy się na nią ze zdumieniem, z niesmakiem i niedowierzaniem kręcąc głowami. :) Hm, no tak, ale wystarczy włączyć internet, żeby się okazało, że to moja wyspa jest jakaś taka nie do końca przystająca. I nie piszę tu o szaleńcach ścinających głowach, bo to przykład ekstremalny, to jest po prostu zło w czystej postaci.

Więc dobrze – ludzie są różni. A bohaterowie w Twoim tekście są, mam wrażenie, dość do siebie podobni. Balansują na podobnym odcieniu szarości, zmierzającej ku ciemnej szarości. I, ok, tacy ludzie oczywiście też istnieją, ale nie wierzę, że w ich orbicie nie pojawiają się postacie jednak jakoś jaśniejsze. I – podkreślam – nie jest to problem Twojego opowiadania, tylko mój osobisty problem z konwencją. To jest chyba to, o czym często pisze Ryszard, zarzucając mroczność, flaki, beznadzieję. Bo to wszystko robi się dla mnie takie właśnie beznadziejne, wszyscy są ciemnopopielaci, a ponieważ właśnie wszyscy – no to w tej swojej ciemnopopielatości są w gruncie rzeczy przeciętni. 

I żeby była jasność – Twoje opowiadanie przeczytałam z zainteresowaniem i podziwem. Natomiast konwencja – na dłuższą metę, z wyżej wymienionych powodów – mnie nuży.

Ocha,

 

przeczytałam to zdanie o odrapanym drogowskazie, i doszłam do wniosku, że faktycznie jest ogłupiające ;) Poprawiam. Ale z tym o neonie nie wiem, co jest nie tak, chyba muszę przeczytać je jeszcze parę razy, żeby do mnie dotarło…

 

Ciemnopopielatość. Tak myślę o mojej “radosnej tfurczości”, i dochodzę do wniosku, że chyba wcale nie ma w niej “jaśniejszych” postaci. Gorzej – takie jaśniejsze postacie wydają mi się mało wiarygodne (być może w życiu za dużo otacza mnie ciemnopopielatych, a może przesłona mi się zepsuła ;)). W tekście, który teraz wymęczam, z całych sił staram się ocalić pewną postać przed zmierzaniem w stronę ciemnej szarości. I co? Czuję, że jeśli nie “umoczę” jej w jakiś sposób w bagnie, będzie nieprawdopodobna. To chyba skrzywienie psychiki jakieś, czy co… Mojej, nie postaci.

 

Wielkie dzięki za pomoc i obszerne komentarze :)

 

 

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

Bardzo dobre opowiadanie. Czytałam na raty, ale raczej z braku czasu niż zainteresowania. Sprawnie prowadzona akcja, ciekawy pomysł na pierwiastek “fiction” i wolta na końcu. Mrrr…

(Gdzieś mignęło mi w komentarzach, że żaliłaś się na brak źródeł, może spróbuj tu – części kryminalistycznej nie jestem w stanie zweryfikować, na tyle na ile pamiętam coś z MS ze studiów, raczej głupot nie piszą)

Pozdrawiam.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Rewelacyjny tekst! Czytałem z zapartym tchem – niczym powieść Stephena Kinga, z którego twórczością notabene skojarzyło mi się Twoje opowiadanie. Doskonały warsztat (gdzieś tam rzuciło mi się w oczy kilka zbędnych przecinków i jakaś brakująca literka, ale byłem zbyt pochłonięty fabułą, by wynotować).

Pozdrawiam.

Look at every word in a sentence and decide if they are really needed. If not, kill them. Be ruthless. - Bob Cooper

AlexFagus,

dzięki. Na stronkę zajrzałam, na pewno będę korzystać, dużo ciekawych informacji, zwłaszcza “Trupia farma” robi wrażenie. Książki polecanej przez Rooms też poszukam, przyda się, zwłaszcza, że u mnie w każdym tekście jakiś trup się trafia. I z tego co widzę, tendencja raczej wzrostowa ;)

 

BogusławEryk,

dzięki za głos. Pewnie się zdziwisz, ale za twórczością Kinga nie przepadam. Robiłam trzy podejścia do trzech różnych jego książek, ale żadna nie wciągnęła mnie na tyle, żeby przeczytać do końca. Bardzo się cieszę, że się podobała Ci się moja wieczorowa tfurczość.

 

Pozdrawiam :)

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

Generalnie jestem zdania, że pierwszy akapit niejako definiuję resztę tekstu. Jeśli jest słaby, istnieje spore prawdopodobieństwo, że reszta tekstu też taka będzie. Dlatego nie spodziewałem się wielkich fajerwerków, gdy przeczytałem o “muskaniu wzrokiem” – a tu proszę, wyjątek od reguły. 

Okazuje się, że poza tym nieszczęsnym początkiem tekst jest naprawdę bardzo dobry. Dobrze wykreowałaś postacie, nie przesadziłaś z ilością detali charakteryzujących ich zachowania. No i fabularnie też wyszłaś ponad normę. Dla mnie bomba. 

Vyzart,

a to nie można muskać wzrokiem? :)

W sensie, że tak ledwo, ledwo rzucić okiem…

Cieszę się, że reszta była ok.

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

Kopia wpisu w temacie Loży:

Opowiadanie Marianny otrzymało siedem głosów użytkowników. Zasłużenie.

Nareszcie mogłem przeczytać je na spokojnie, jednym ciągiem. Pierwsze wrażenie – zdawałem sobie od razu sprawę, że jeszcze mylące – ot, kryminałek będzie. Z jaką zawartością SF i jakiego rodzaju S? W stan „rewolucyjnej czujności” wprawiła mnie pierwsza informacja, że jednym z partnerów gry jest koncern farmaceutyczny. Dzwonek alarmowy odezwał się przy Nellisie, pracowniku agencji, zapobiegającej transferom nowych technologii na drugą stronę Pacyfiku. Sprawdziło się. Niepewne, jeszcze niedopracowane technologie, poświęcanie ludzi, by prawda nie wyszła na jaw…

Kto nie doczytał, niech żałuje. Takie teksty z takim ładunkiem twardej SF powinny pojawiać się w NF.

TAK.

A koncernów farmaceutycznych to my nie lubimy, oj, nie lubimy…

 

Adamie, dzięki za wizytę i krzepiące słowa.

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

Nie lubimy. Pomoc humanitarna – medykamenty, którym za tydzień kończy się okres gwarantowanej, bezpiecznej użyteczności. Przez pięć lat dawka kosztuje dziewięćdziesiąt dolarów – wchodzi na rynek generyk, cena spada do niecałych czterech. Jest za co kochać, jest.

<>

Beznadziejnie spóźniona ta wizyta, niestety. Trzy razy zaczynałem i tak zwane okoliczności zmuszały do przerwania…

No nic, światełko w tunelu zamajaczyło.

Nie lubimy. Poza wymienionymi, ich cacani wysłannicy zwykli zawracać gitarę w najmniej odpowiednich momentach.

Adamie,

Lepiej późno, niż wcale. Już myślałam, że powyższe nie przypadło Ci do gustu :)

 

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

Ach, to był jedyny, którego nie doczytałem i zapomniałem skończyć…

 

Komentarz Adama – kopiuj plus wklej.

Znaczy, podobało mnie się bardzo ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Cieszę się bardzo, że Ci się podobało :)

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

Nie jestem specjalistą od przecinków, ale wydaje mi się, że w paru miejscach zbyt hojnie nimi szafujesz.

 

Musnęła wzrokiem błyszczącą maskę auta, odbijającą kolorowy neon znad drzwi, ale zniekształcony wypukłością metalu(,) napis „Daddy's Diner” nie przykuł jej uwagi na dłużej.

 

Jeden podpis i znów będzie mógł spokojnie przyjmować wieśniaków(,) pokąsanych przez węże.

 

Ciemna furgonetka bez żadnych(,) przykuwających uwagę(,) napisów

 

Bardziej pamiętam(,) niż dostrzegam(,) w rogu ogrodu świeżo zruszoną ziemię.

 

Słyszę kroki zmierzające do drzwi kilkanaście przecznic dalej i slaby chrzęst otwieranego zamka

 

Nie uprzedzili Schmitta, że uczestniczysz (w) programie.

 

Marianno, wstrzelasz się ze swoimi kryminałami w portalową niszę. Za to ogromny plus, bo lubię kryminał. Za wykonanie plus jeszcze większy, bo bardziej niż kryminał, lubię dobry kryminał. A Ty właśnie takie kryminały piszesz.

Z początku zapowiadało się na obiecującą sensację – scena w “Daddy’s Dinner” – która po chwili przeradza się w jeszcze bardziej obiecujący horror – San–Koszmar–Fellino – by wreszcie osiąść na gruncie świetnego kryminału. Im dalej w tekst, tym w ciekawszy sposób wszystkie te gatunki się przeplatają; sensację i kryminał dostarczasz nam poprzez pełną nagłych zwrotów akcji i frapujących zagadek fabułę, a horror zawdzięczamy coraz bardziej gęstemu klimatowi opowiadania, rewelacyjnie dobranym lokalizacjom (przy czym prym wiedzie oczywiście San Fellino; miejsce idealnie wybrane na potrzeby tej historii) i bardzo sugestywnemu stylowi Autorki.

Może opowiadanie nie trzymało w niesamowitym napięciu od początku do końca, ale jest to bardzo udany miks gatunków, który czyta się z prawdziwą przyjemnością i autentycznym zaciekawieniem. Fabuła i sam sposób w jaki prowadzisz przez nią czytelnika, nie pozwalają nawet na chwilę znużenia tekstem, a zakończenie, choć też “gdzieś to już było (i to nie raz)”, jest wyprowadzone rewelacyjnie, a rozwiązanie zagadki tak długo i starannie ukrywane przed wzrokiem czytelnika, że kiedy je wreszcie poznaje, nie zostaje mu nic innego, jak pokiwać głową z uznaniem. Z drugiej jednak strony muszę jednak stwierdzić, że jakiegoś wielkiego zaskoczenia w finale nie było. Ale to raczej wina własnie tego wrażenia – a raczej pewności i to uzasadnionej – że “widziałem to już”, a nie Twoja.

 

Kolejny wielki plus za genialnie wykreowane postaci i – choć to już czysto subiektywna opinia – osadzenie akcji w Stanach. Po prostu uważam, że tamten świat o wiele lepiej nadaje się do przyjmowania, przetrawiania i wydalania takich historii niż nasze rodzime podwórze. Fascynuje też perfekcja, z jaką oddajesz amerykańskie realia. W ogóle nie czuć w tym stylizacji i “prób” oddania klimatu. Już raczej skłonny jestem przypuścić, że sama mieszkasz za oceanem i doskonale wiesz o czym piszesz, bo naprawdę ma się wrażenie, że człowiek czytał coś naprawdę amerykańskiego, tyle że po translacji. Oddajesz Ameryce co amerykańskie z równą wprawą co, na przykład, King czy Coben.

Z minusów, to przede wszystkim nie podobało mi się, że los sam zdaje się ułatwiać bohaterce śledztwo, jak na przykład w chwili, kiedy akurat znajduje się w odpowiednim miejscu i czasie, by móc zidentyfikować zwłoki “Młodego”, i że spotyka tam Ardelliego; śledczego, którego, jak później pada w tekście, Rojas jako jedynego darzy zaufaniem. Potem to też właśnie Andrelli wpada do domu pobitej Kowalskiej, etc. Trochę są naciągane te wszystkie przypadki.

 

Podsumowując, naprawdę świetny tekst, który z powodzeniem mógłby zacząć pachnieć prawdziwym papierem.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Znakomite opowiadanie. Podobało mi się bardzo dużo rzeczy – ładna scenografia scen, bohaterowie, temp, zwroty akcji, ładnie wkomponowane, nienachalne elementy sf.

Ostatnio nadrobiłem kilka opowiadań nominowanych do nagrody roku z tego portalu, a jednocześnie czytałem prozę polską w lutowej NF. I, mam nadzieję, że mc tu nie zajrzy, tutejsze teksty o wiele bardziej do mnie przemówiły :)

Cieniu,

o przecinkach to nie pierwszy mi piszesz. Walczę z nimi, a i tak wracają stadami. Pewnie się zdziwisz, ale San Felino wymyśliłam sobie sama. To znaczy – nie wykluczam, że gdzieś taka miejscowość istnieje albo istniała, ale zapewne nie tam, gdzie ją umiejscowiłam. W Stanach niestety nie byłam – bardzo żałuję, ale może kiedyś, za milion lat, mi się uda zobaczyć Nowy Meksyk.

W związku z tym,

cała moja wiedza na temat USA bierze się z popkultury i Googlemap :) Mimo to, też uważam, że niektóre historie są bardziej klimatyczne, gdy dzieją się tam, nie tu. Zwłaszcza takie, jak powyższa – w Polsce coś takiego to byłoby dopiero s-f. Tak f, że aż niewiarygodne do bólu.

 

Z minusów – no cóż, każdy tekst ma jakieś. Mam nadzieję, że nie przeszkadzały w czytaniu za bardzo.

 

Zygfrydzie,

nie martw się, mc tu nie zajrzy :) Raz był i raczej mu się nie podobało.

 

 

Wielkie dzięki za komentarze. Ucieszyliście mnie nimi bardzo.

 

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

Nie, nie przeszkadzały. Czytało się jednym tchem, a kiedy, będąc gdzieś w połowie lektury, musiałem przerwać, to zrobiłem to z prawdziwym żalem. A wczoraj na piwie z Jose, Ochą, Almari berylem, i KPiachem, nawet znalazło swoje miejsce w debacie o dobrym soft Sci-Fi.

Kawał naprawdę świetnej roboty.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Mój tekst tematem debaty? Aż urosłam z dumy :)

 

będąc gdzieś w połowie lektury, musiałem przerwać, to zrobiłem to z prawdziwym żalem.

To chyba najlepszy komplement, jaki pisząca może dostać od czytelnika. Dzięki! :)

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

Nowa Fantastyka