- Opowiadanie: jacek001 - Sztuka fugi

Sztuka fugi

Niniejsza historia osadzona jest w uniwersum „Trzeciego Nieba”: http://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/11693

Opowiadanie posiada autonomiczną fabułę, więc lektura 3N nie jest obowiązkowa. Bardziej wnikliwych i wyczulonych na smaczki Czytelników zachęcam, oczywiście, do zapoznania się z obydwoma tekstami – na drugim planie korespondują ze sobą, uzupełniają się o nowe, zaskakujące punkty widzenia.

Jak widzicie, opowiadanie objętościowo jest spore. Dodatkiem do lektury może być dobra kawa/herbata i tytułowa „Die Kunst der Fuge”  J. S. Bacha. Oto przydatne linki:

wersja na orkiestrę kameralną : http://www.youtube.com/watch?v=RDkJK7mWitI

wersja organowa : https://www.youtube.com/watch?v=Lrb0dHKJBR4

 

Szczególne podziękowania należą się dziewczynom betującym tekst: rooms, wiwi, Tenszy i S. Leiss. Dzięki za anielską cierpliwość i poświęcony czas. To było inspirujące doświadczenie ;o )

 

Zapraszam do czytania i podzielenia się swoimi opiniami, przemyśleniami.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Sztuka fugi

 

Methinks, I see… Where?

– In my mind's eyes.

 

W. Shakespeare

 

 

 

Smukła konstrukcja wieży kontrolnej, wysunięta niczym żądło ogromnego owada, skrzyła się metalicznie w promieniach zachodzącego Słońca. Światło przebłyskiwało przez horyzont Ziemi, lizało pająkowaty korpus stacji orbitalnej, odbijało od połyskliwych cielsk zacumowanych okrętów. Wewnątrz wieży było prawie pusto; na dwadzieścia stanowisk obsadzone tylko dwa. W dyskretnie przytłumionym świetle, jak w hipnotycznym transie, technicy przesuwali przed sobą wirtualne ekrany i przełączniki. Dwóch ludzi, setki komputerów i miliony nanoimplantów – to wystarczało. Plan na najbliższe dwanaście godzin klarowny: przyjęcie dwóch fregat i jednego transportowca. Nie istniała potrzeba ściągnięcia tu większej obsady. Oszczędność wciąż pozostawała w cenie, nawet w erze wszędobylskiej rozrzutności.

– Sto trzydziesty do bazy. Podaję kod rozpoznawczy. Proszę o przesłanie koordynat – modulowany dźwięk autopilota wypełnił przestrzeń audio dyżurujących kontrolerów.

– Zgłasza się baza. – Technik rozciągnął przed sobą trójwymiarowy obraz zbliżającego się transportowca i nałożył na niego siatkę podejścia. – Witaj sto trzydziesty. Mam cię w polu widzenia. Przesyłam koordynaty.

Wstęgi terabajtów danych przeszyły przestrzeń pomiędzy bazą a statkiem.

– Koordynaty przyjęte i wprowadzone. Proszę o zezwolenie na podejście.

Technik aktywował siatkę przyziemienia, przesunął znacznik na wolny dok. Bursztynowa ramka zamigotała, po chwili zablokowała się na wskazanym miejscu, zmieniając kolor na zielony. Laser podświetlił drogę podejścia, komputery kalibrowały proces, przetwarzając dane dotyczące prędkości, kąta podchodzenia, dryfu stacji i całego tego dookolnego spamu telemetrii.

– Zezwalam, sto trzydziesty. Czysto. Można podchodzić.

Sto pięćdziesiąt tysięcy ton rozpędzonego optyllum skierowało się w stronę podświetlonego doku. Prędkość okrętu spadała, ale nadal była dość duża. Zbyt duża jak na taki manewr.

W chwilę potem rozpętało się piekło. Brzęczyki alarmów wypełniły wnętrze sali kontroli lotów. Czerwone, pulsujące poświaty otoczyły holografy obydwu techników. Komputery zareagowały szybciej niż najlepiej wyszkolony człowiek. Słupki telemetrii przyspieszyły, liczbom przybyło miejsc po przecinku, przez chwilę trwał ten niepohamowany rzyg danych, a potem – wstążka koordynat urwała się! Dopiero po sekundzie pierwszy technik dostrzegł, że opasłe cielsko kosmicznego lewiatana zwala się wprost na panoramiczne okna wieży kontrolnej. Otworzył szeroko usta w niemym zdumieniu.

– Przejmuję sterowanie! Przechodzę na ręczne! – drugi technik zareagował zgodnie z procedurami. Prawdopodobnie jego wyćwiczony treningiem refleks, sprzężony z refleksem szóstek, uchronił wszystkich przed katastrofą. Holografy techników wypełnił wirtualny obraz kokpitu bezwładnie opadającego transportowca. W okamgnieniu przestrzenny obraz objął ich pole widzenia. Teraz byli już jakby w środku opadającego kolosa. Widzieli na HUD-zie trajektorię lotu z perspektywy wirtualnych pilotów. Przesuwając dłońmi po nierzeczywistych wolantach, zaczęli błyskawicznie korygować odchylenia kursu. Ale nie na tyle, żeby wyprowadzić okręt z niekontrolowanego dryfu.

– Wczytaj od nowa koordynaty. Nie utrzymam kierunku bez współrzędnych.

– Nie mogę. Komputer pokładowy nie odpowiada.

– Jak to nie odpowiada?! Przejdź na drugi, zapasowy.

– Zapasowy to samo.

– Dawaj trzeci.

– To samo!

– Niemożliwe! Trzeci nie działa?! Na pewno?!

– Trzeci nic nie widzi. Zimny restart na wszystkich zapasowych.

– Kurwa, niemożliwe! Wszystkie trzy zwieszone?!

– Trzeba manualnie odpalić główny. Inaczej nie wczytamy danych.

– Przejmij stery. Ja spróbuję to zrobić. Mało czasu…

– OK. Przejmuję.

Później, kiedy przeglądano klatka po klatce zapis całego incydentu, obliczono, że wszystko trwało mniej więcej czterdzieści sekund. Najdłuższe czterdzieści sekund w życiu dwóch, anonimowych techników pokładowych, którzy nigdy wcześniej nie mieli okazji znaleźć się w podobnej sytuacji – może za wyjątkiem rutynowych treningów na symulatorach. Ale to nie były ćwiczenia. Nerwy. Stres. Drżące głosy… Przekleństwa…

Dali radę. W sumie nie oni – raczej szóstki w ich głowach. Ale nikt nie próbował im tego tłumaczyć. Dostali awans i przeniesienie do lżejszej służby.

Zapis holo wypadku był ostry jak żyleta. Widać, że chłopcy nie marnowali czasu na symulatorach. Podczas gdy jeden walczył z bezwładnością kolosa, ściskając w ręku wirtualny kontroler, drugi w szaleńczym tempie próbował przejść procedurę awaryjnego odpalenia głównego komputera transportowca. A „procedura” składała się z pięciu kroków, które trzeba było wykonać w ściśle określonej kolejności, wraz z podaniem siedmiocyfrowego kodu dostępu. Średnio osiem sekund na każdą czynność, oczywiście bez możliwości pomyłki. W takich sytuacjach szóstki są niezastąpione. Ratują życie, okręty, stacje orbitalne, honor ludzkości. Tak, nanoimplanty naprawdę się przydają. Szczególnie wtedy, gdy niepostrzeżenie zaczyna się nowy etap w dziejach ludzkości.

 

***

 

Pierwsze rendez-vous od niepamiętnych czasów. Nerwy. Zresztą kto by się nie denerwował? Idę na spotkanie z piękną, mądrą kobietą. Pierwsza randka od… zaraz… ilu? Trzech lat? Boże jedyny… To już trzy lata! Wyciągam z garderoby najmniej wygniecioną koszulę, najbardziej szykowną marynarkę – jedną z dwóch, które posiadam. Oczywiście, buty i spodnie, podobnie jak resztę, wydobywam na światło dzienne z samego dna zakurzonej komody. Patrzę na te spodnie i chce mi się płakać. Ile mam czasu, żeby doprowadzić je do porządku? Nigdy nie miałem robota konfekcyjnego, uważałem to za zbytek. Teraz pożałowałem tego konsumpcyjnego minimalizmu. Ale nie czas żałować róż… Wyciągam z łazienkowego schowka deskę do prasowania, skrapiam się najlepszą wodą toaletową. Feromony szaleją. Ostatnie piętnaście minut. Do bocznej kieszeni marynarki wkładam odświeżacz do ust. Czuję się jak uczniak z college’u. Ostatnie spojrzenie na podejrzanie krzywy kancik spodni. Stoję przed lustrem. Szczerzę zęby, przygładzam zbuntowaną brew.

– I jak? Może być? Pewnie wyglądam komicznie.

– Bywało gorzej – osobisty asystent puszcza do mnie perskie oko z rogu holografu. W głębi duszy czuję, że się ze mnie nabija. Czy wszczepki mogą mieć poczucie humoru? Pewnie wgrano razem z softem całe terabajty inteligentnych odzywek dla interfejsów. Niech żyje test Turinga…

Wreszcie w loco. Mamy piękne, wiosenne popołudnie. Na szczęście, o tej porze nie ma większych korków. Spotykamy się w Central Parku. Czemu? A czemu nie? Nie chciałem iść z nią do restauracji. Nie lubię zgiełku zatłoczonych miejsc. Im jestem starszy, tym bardziej przeszkadza mi hałas. Tutaj wrzawa metropolii zamienia się w cichy, jednostajny szum, do złudzenia przypominający szmer odległego, górskiego potoku.

Widzę ją już z daleka. Ubrała się w zwiewną, chabrową sukienkę. Ciemne włosy upięła w fantazyjny kok. Wygląda cudownie! Znów mnie zaskoczyła! A niech tam, mówię jej o tym w duszy. Refleksy słonecznego światła tańczą w jej roześmianych oczach.

– Hej, Mea.

– Cześć, Jack. Cóż za strój! Gdzie twoja ulubiona koszulka z Batmanem i bermudy?

Siedzimy na ławce. Moje nozdrza łechce subtelny zapach jej perfum. Wyczuwalny z każdym powiewem wiatru – delikatny, słodki niczym kosz tropikalnych owoców, z lekko orientalną nutą imbiru i pieprzu. Dwie godziny mijają jak jedna chwila. Rozmawiamy o poezji, biotechnologii, ostatnich zwycięstwach New York Nuggets, różnicach w rozumieniu prawdziwej wolności i jednomyślności. Bawimy się jak dzieci. Piszemy razem krótki wiersz. Słowa przychodzą same. Każde z nas dopisuje po jednym:

 

poezja – spam najwyższej jakości

usuwaj ją od razu – nie czekaj

zanim wyciągnie z ciebie destylat istnienia

 

Popołudnie zamienia się w wieczór, wieczór w noc. Pośród drzew strzela w chmury niebotyczna panorama rozświetlonych wysokościowców Neo Manhattanu. Wyłączam nakładki. Patrzę na Meę; chcę widzieć ją taką, jaka jest naprawdę – bez ulepszeń. W świetle parkowej latarni jej skóra wydaje się jeszcze ciemniejsza i gładsza. W tle słychać dźwięki jazzowego bandu z pobliskiej kawiarni. Gadamy jak nakręceni: o pracy, życiu, pracy i znowu o życiu. Ona opowiada o swoich pierwszych odkryciach, o informatyce kwantowej, o tym jak wybrała temat pracy doktorskiej i jak o mały włos oblałaby habilitację. Ja, przy niej, zamieniam się w chłopca. Opowiadam jej o swoim dzieciństwie, młodości, pierwszej kolekcji własnoręcznie złożonych sond von Neumanna. Opowiadam jej też historię z zatoki… W końcu nastaje cisza. Mea uważnie wpatruje się we mnie, muska wypielęgnowaną dłonią moje czoło, policzki, ramię.

– Nie musisz się już niczego bać, Jack – szepce do ucha. Przytula się i całuje mnie w szyję. Czule, zmysłowo.

 

***

 

Co robię, kiedy mam problem z bezsennością? Wpuszczam sobie do głowy Die Kunst der Fuge Jana Sebastiana Bacha. Nie cierpię oczyszczonych nagrań; te najstarsze mają w sobie duszę. Heksofonia ożywia muzykę. Poczciwy Glenn Gould sprzed siedmiuset lat głaszcze klawiaturę fortepianu z matematyczną dokładnością. Jest w tej interpretacji nadludzka, twarda doskonałość, ale i anielska delikatność. Logiczna, spójna Bachowska linia melodyczna nabiera lekkości, przepływa różnobarwną mgłą z jednego końca apartamentu do drugiego. Mistrz naucza, uczniowie starają się nie uronić ani jednego dźwięku. Cisza jest najlepszym sposobem na oddanie chwały. W tle nagrania słychać, jak igła gramofonu drapie o winyl płyty. Próbuję nieudolnie naśladować rytm muzycznej frazy, stukając opuszkami palców po blacie biurka. Każdy dźwięk przybliża mnie do wieczności, otwiera drzwi zrozumienia, przenosi do innego, lepszego świata. Muzyka płynie…

W roboczym polu widzenia, po powierzchni wirtualnego pulpitu przesuwam dłonią dokumenty. Wybrane otwieram. Czytam, porównuję. Jeden interesuje mnie szczególnie. Dane dotyczące nieautoryzowanych wylogowań użytkowników bioSieci z ostatniego okresu. Błękitne, czerwone, zielone linie wykresów zrazu łagodne, wraz z upływem czasu nieregularnie zaczynają drgać, przesuwać średnią w górę. Przewijam dłonią słupki liczb, patrzę raz jeszcze, cofam, ustawiam nowe zakresy funkcji. Muzyka prześlizguje się wśród otwartych kart arkuszy kalkulacyjnych, wplata się między kolumny i grafy. Tuż przed sobą, na wyciągnięcie ręki, w przestrzeni holograficznego obrazu otaczającego mnie ze wszystkich stron, widzę czerwone, błękitne i zielone szpice diagramów. Szóstki w mojej głowie wykonują tytaniczną pracę: zestawiają dane z poprzednich lat, pobierają i analizują precedensy z ostatniego półwiecza, porównują, zestawiają, wyciągają pierwsze hipotezy. Wiem, że czas sjesty mija nieodwołalnie. Odkładam na chwilę arkusze kalkulacyjne. Podchodzę do panoramicznego okna. Z poziomu sto trzydziestego piętra New Medieval Tower na Neo Manhattanie świat wygląda fenomenalnie. Piąty kontrapunkt Bacha płynie łagodną wstęgą synestezji i roztapia się w roziskrzonych diamentach świateł metropolii pode mną.

W prawym, górnym rogu pola widzenia zaczyna migotać ikonka połączenia holo. Angus z okołoksiężycowej stacji przeładunkowej Ulisses III. Wyciszam muzykę, westchnieniem woli otwieram kanał.

– Cześć, Jack. Co słychać?

– Leci… Dużo pracy, jak zwykle. Dłubanina przy statystykach. Co tam? – Angus nigdy nie dzwoni bez powodu. Interesy przede wszystkim. Stary przyjaciel. Miał osiemdziesiąt sześć lat, ale wyglądał na trzydzieści parę. Cuda bioTechu widoczne były na każdym kroku.

– Mieliśmy incydent z jednostką transportową. Wczoraj delta o mało nie rozwaliła nam stacji przy podchodzeniu.

Poczułem lodową kulę błyskawicznie rozrastającą się w żołądku.

– Żartujesz? Od lat nie mamy problemów z dokowaniem. Wszystko idzie z automatu. Rutyna. Tam nie ma się co zepsuć. Przecież to bezzałogowce. Sam tworzyłem kod.

– Właśnie dlatego dzwonię do ciebie, a nie do tych durniów z NSA. – Angus uśmiecha się usłużnie. Dopiero teraz dostrzegam ikonę rozmowy szyfrowanej. – Jack, komputery pokładowe miały zimny reset. Bez ostrzeżenia. Jeden po drugim. Trzy pod rząd. Technicy przywrócili pierwszy, zanim tamte wyciągnęły same siebie na awaryjnym. Ściągnęli okręt ręcznie, niemal w ostatnim momencie. Mieliśmy więcej szczęścia, niż rozumu.

Pokręciłem głową z niedowierzaniem.

– Trzy pod rząd? Niemożliwe…

– Prawo Murphy'ego…

– Proszę cię… Nie w tym wypadku! Zasilanie jest niezależne. Generatory są teoretycznie wieczne; ciągną bezpośrednio ze Słońca. Poza tym, pozostają jeszcze akumulatory awaryjne. Trzy pod rząd… Angus, myśl trzeźwo! Nie miały prawa zejść jeden po drugim. Kurwa, jakim cudem…

– Nie bierz tego do siebie, Jack. Nie będzie żadnych komisji, dochodzeń, śledztw. To już nie ten etap. Sam wiesz, jak to się teraz odbywa. My tylko chcemy zapobiec takim incydentom w przyszłości. Damy ci dostęp do komputerów. Ostatecznie, skoro ty tworzyłeś dla nich kod, będziesz najlepiej wiedział, co poszło nie tak. Przyleć. Obgadamy problem. Mam w barku dobre wino. Portugalskie… – Angus uśmiecha się chytrze. Zawsze go ciągnęło do starożytnych używek. Rozpływa się w polu komunikatora, nie czekając na akceptację z mojej strony.

W myślach rezerwuję miejsce na wahadłowcu. W duszy przepraszam Meę za komplikacje. Niestety, nie będzie romantycznej kolacji we francuskiej restauracji przy Bulwarze Zachodzącego Słońca. Kierunek: Księżyc! God save the Queen!

 

***

 

Jestem niewymownie słaba… Jakiś szósty zmysł podpowiada mi, że wszystko jest dopiero przede mną… Na początku są słowa. Mnóstwo słów, wrzucanych do holografu w idealnie przypadkowej kolejności – wirują jak puch dmuchawców na wiosennym wietrze. Nie wiesz kim jesteś, nie czujesz niczego, w głowie masz pustkę. Najlepsze jest to, że ten etap przebudzenia należy do najprzyjemniejszych – abstrahując od faktu, że oprócz słów nie ma dosłownie nic, co mogłoby posłużyć za punkt odniesienia. Dziwny, prawie nieopisywalny stan. W idealnej próżni świadomości połyskują to tu – to tam mdławo-złociste Słowa. Bez ładu i składu, jak starożytne, nieodczytane piktogramy z zapomnianego kamienia z Rosetty.

Po chwili zmysły włączają czujki szóstek. Jedne po drugich, w konwulsjach i ospałym chaosie, uruchamiają się poszczególne części ciała. Serce i mózg rozgrzewają się, a zespolone z nimi legiony wszędobylskich nanoimplantów przesyłają informację do pomniejszych cząstek zaspanego organizmu i do serwerów bioSieci.

Po tym pierwszym krótkim okresie pierwotnego zawieszenia, zaczyna się mniej przyjemny czas wybudzenia. Nagle czujesz zimne igiełki w palcach rąk i stóp. Wraca czucie. A potem, bez ostrzeżenia, pojawia się to, co najistotniejsze: ból. Zrazu słaby i delikatny, rozlewający się mdłą falą w cienkich nitkach układu nerwowego. Potem nagły i potężny, jak język ognia przesuwający się wzdłuż nóg, klatki piersiowej, kręgosłupa, szyi, głowy. Ból przez duże B. Głowę rozsadza nuklearny wybuch. Ślepnę i wydaje mi się, że już nigdy nie odzyskam wzroku. Holograf gaśnie na chwilę. Już po sekundzie mruga dziesiątkami ikon i kontrolek. Engines HUD test. Jestem oszołomiona, ale przynajmniej wiem, jak się nazywam i ile mam lat. Zaczynam coś rozumieć. Dostrzegam migotliwe światełka testowych memów. Kolumny cyfr, ikon i liter przesuwają się w oszałamiającym tempie. Szóstki sprawdzają wszystkie systemy na swojej checkliście. Odrętwiałe ciało zbudziło się do życia protestem zastygłych od niespełna dwóch godzin mięśni. Drgnęło, zbiera siły do pierwszej bitwy z grawitacją.

– Jak się czujesz? Mea? Słyszysz mnie?! Obudź się…

Powieki zatrzepotały bezwiednie w szybkim, nieregularnym rytmie. Widzę i słyszę wszystko, ale nie mogę się ruszyć. Wciąż nie mam władzy nad ciałem. Pierwsza bitwa i od razu porażka. Elektroniczny bip anonsujący bicie serca wypełnia salę, wypełnia głowę, wypełnia wnętrzności. Pochyla się nade mną kilku ludzi w białych fartuchach, w antyseptycznych maskach na twarzy.

– Słyszysz mnie? Obudź się. Mea… Już czas…

Moje usta drgają, wykrzywiają się w jakby półobłąkanym uśmiechu; nie mam nad nimi władzy. Chcę coś powiedzieć – nie potrafię. Oczy otwarte zbyt szeroko prześwietlają sufit. Przez chwilę własne ciało odczuwam jak wielki ciężar, przygważdżający mnie do podłoża z siłą marmurowej płyty. Czy umieram? Moje kości trzeszczą, na HUD-zie pojawia się czerwona, migotająca poświata alertu. Potem w ułamku sekundy mój korpus wygina się w łuk i wyrzuca z siebie gejzer wymiocin.

Ciemność. Teraz widzę swoje ciało z góry. Zrywam warkocze cienkich taśm i rurek przytwierdzonych do rąk, karku, głowy. Dopada mnie epileptyczny atak, który przeszywa ciało jak cienka, rozpalona igła. Bip rwie się, staje się coraz szybszy i coraz bardziej nieregularny.

– Neofretyna! Dwie jednostki!

– Podłączcie ją z powrotem! Może jeszcze nie jest za późno! Szybko! Szybko!!!

Ciałem targa spazmatyczny atak. Czuję jak moja dusza odpływa.

 

***

 

Lot jak każdy inny. Rutyna podniesiona do sześcianu. W ustach czuję gorzkawy smak przeciążenia. Próbuję odpocząć, ale wciąż przeżywam stan jakiegoś niezrozumiałego pobudzenia. Choć spałem zaledwie trzy godziny, umysł wydaje się jasny i gotowy do intelektualnego wysiłku. Usiłuję zgonić to na szóstki, ale przecież szóstki same nie myślą. One tylko pomagają myśleć. Otwieram holograf i jeszcze raz przeglądam wykresy i wyniki z ostatnich dwóch lat. Na każdym dokumencie błyszczy błękitny, opalizujący znak wodny: Ściśle Tajne. Kopia bez możliwości edycji i zapisu na innym nośniku. Zaszyfrowana mocnym kluczem. Przeglądam kolejne pliki. Nie ma wątpliwości, ucieczki są coraz częstsze. Pięć lat temu: sto dwadzieścia osób. Dwa lata temu: już ponad pięćset. W ciągu ostatnich dwunastu miesięcy zanotowano niemal trzykrotny wzrost przypadków nieautoryzowanych wylogowań. W populacji wynoszącej niemal piętnaście miliardów istnień rozsianych po całym Układzie Słonecznym, to zaledwie kropla w oceanie. Ale kropla potrafi drążyć skałę – a cały ocean składa się z kropel, więc…

– Profesorze, Ebenezer Goldman na linii. – Osobista sekretarka podsuwa pod nos przymilnym gestem mem połączenia.

– Co tam u ciebie? Czemu nie podrywasz dziewczyn w swojej ulubionej tancbudzie „Pod Diabelskim Klifem”?

– Jack, mam dla ciebie ważną wiadomość. – Lwia grzywa włosów i nieodłączne cygaro rozpychają przestrzeń otwartego komunikatora.

Znam dobrze ten tekst. Kiedy małpiszon go używa, zapalają się światła alarmów po tej i drugiej stronie Pasa Kuipera. Lodowa kula w żołądku znów daje o sobie znać. Tym razem rozrasta się do nieprawdopodobnych rozmiarów. Brakuje jej miejsca w trzewiach, przepycha się do przełyku. Brakuje mi tchu. Nerwy. Szóstki cierpliwie rozpulchniają stwardniałe od stresu mięśnie.

– Co się dzieje?

– Mea. Miała poważny atak. Deprywacyjna zapaść szóstek… Bez wyraźnego powodu.

– Co z nią?! Żyje?! – Adrenalina błyskawicznie rozświetla cichym trelem komórki mojego serca.

– Musieliśmy zaktualizować cały soft. Wgraliśmy nową wersję. Udało się.

– Odzyska duszę?!

– Tak. – Goldman potrafi być opanowany w trudnych sytuacjach. To jedna z jego głównych zalet. – Wyprowadziliśmy ją. Z trudem, ale się udało. Przez jakiś czas będzie miała kłopoty z pamięcią i kojarzeniem. Musi po prostu odpocząć, przyzwyczaić szóstki do nowego oprogramowania. Ale wszystko powinno dojść do normy. Mamy przynajmniej taką nadzieję…

Opadam na fotel jak porażony. Dlaczego mi to robisz?! Kurwa, dlaczego?! Czym sobie zasłużyłem? Czym?! Dlaczego wszystko, co pokocham rozpada się w proch na moich oczach –  i to w epoce, w której śmierć i rozkład stały się wytworami tak bardzo deficytowymi! Podobno, tylko naznaczeni mogą dostąpić takiego przywileju. Ale kto powiedział, że ja chcę być wybrańcem? Nie jestem żadnym naznaczonym! Wybij to sobie z głowy! Co się teraz dzieje z Meą?! Dlaczego nie mogę być przy niej?!

 

***

 

Sala konferencyjna na księżycowej stacji orbitalnej Ulisses III nie wygląda zbyt okazale. Może dlatego, że nikt nie spodziewał się, że będzie często wykorzystywana. O czym debatować w jednym z najnudniejszych miejsc pod Słońcem? O ilości przeładowanego towaru, o statystykach odprawionych okrętów, o korektach procedur cumowania jednostek o ponadnormatywnych gabarytach?

Dwa nałożone na siebie błękitnawe cylindry panelu mieszkalnego obracają się jeden w drugim, wytwarzając sztuczną grawitację. Nie lubię tego stanu, ale w kosmosie jest nieunikniony. Myślisz, że wszystko jest na swoim miejscu, ale oczywiście nie jest. Błędnik szaleje od nadmiaru perspektyw. Szóstki usłużnie korygują. Otwieram swój holograf i nastawiam go na tryb konferencyjny. Wszczepki posłusznie porządkują pulpit, podpowiadają sposób prowadzenia konwersacji, podrzucają najlepsze synonimy, z prawej pojawia się słupek protokolarnych odzywek w sześciu używanych w dyplomacji językach. Za dużo tego. Wyłączam nakładki.

– Cześć, Jack! Przykro mi z powodu Mei.

– Angus! Witaj, przyjacielu. – Nagle uświadamiam sobie, jak rzadko używam tego słowa. „Przyjaciel”: to brzmi niezwykle staroświecko w obecnych czasach. – Dzięki za wsparcie. Mea czuje się już lepiej. Przynajmniej tak mówi Goldman.

– Mogłeś z nią pozmawiać po wypadku?

– Niestety, nie. Ma kłopoty z pamięcią. Mogłaby mnie nie skojarzyć, wpaść w panikę asocjacyjną.  Teraz potrzebuje przede wszystkim czasu. Kto wie, ile ten stan potrwa.

– Współczuję ci, Jack. Mea to naprawdę najlepsza asystentka naukowa jaką znam. Ma intuicję, nie boi się zwariowanych koncepcji, lubi wytyczać nowe kierunki, zna się na informatyce nanokwantowej, no i jest śliczna! Czegóż chcieć więcej? Teraz właśnie takie dziewczyny dostają Nobla.

Uśmiecham się nieśmiało, jak automat kiwam głową. „Najlepsza asystentka jaką zna…” – ciekawe, co byś powiedział, Angus, gdybyś zobaczył nas wczoraj na ławce w Central Parku.

– OK. Przejdźmy do rzeczy. Każdy z nas oderwany został od swoich obowiązków. Nie traćmy czasu.

– No, tak. Oczywiście. – Angus mości się w fotelu, starożytnym zwyczajem wyciąga ołówek i kartkę papieru. Patrzę na niego z osłupieniem. Skąd wytrzasnął ten cholerny ołówek i papier?! Poprawia okulary, odchrząkuje. Zapowiada się prawdziwa, korporacyjna nasiadówka.  – Zaprosiłem do rozmowy jeszcze dwóch naszych ekspertów. Doktor Pi Silviani (obrona cywilna, łączność, systemy nasłuchu) i Simona Kosińskiego (algorytmy bioSieci, zabezpieczanie danych, soft szóstek).

Rozbłyskują w fotelach obok. Oczywiście, spodziewałem się tego. Przyzwoitki z Ula. Silviani kojarzę jak przez mgłę. Miała chyba kiedyś jakiś odczyt na moim uniwersytecie. Pamiętam tylko, że cały czas zastanawiałem się nad jednym: kobieta to, czy facet? Stawiam na kobietę, ale nie jestem do końca przekonany. Kosińskiego nie kojarzę wcale, ale nie mam zamiaru pytać Angusa o jego certyfikaty. Nasze chipy i tak są cały czas monitorowane przez NSA. Gdyby któregoś z nas miałoby tu nie być, na pewno by nie było.

– Moi drodzy, krótko o sytuacji. Jak wiecie, wczoraj doszło do wypadku na naszej stacji, określonego w katalogu incydentów jako wydarzenie C123. Bezzałogowy transportowiec klasy delta w niewyjaśnionych dotąd okolicznościach utracił kontakt z wieżą kontroli lotów i o mały włos nie rozbił się o pylony Ulissesa. Jak wiecie, dwaj nasi technicy zapobiegli najgorszemu. Kilka godzin po incydencie C123, nastąpił inny nieoczekiwany wypadek, oznaczony jako D124. Tym razem dotyczył stu czterdziestu czterech tysięcy zalogowanych użytkowników bioSieci rozrzuconych po całym Układzie Słonecznym. Odnotowano nagłą zapaść deprywacyjną zalogowanych: chwilowe odłączenie szóstek od Sieci w bardzo szerokim spektrum mózgu i układu nerwowego.

Mea?! – pomyślałem i natychmiast części układanki zaczęły do siebie pasować. Angus wygląda na poważniejszego niż kiedykolwiek. Pewnie wyczuwa, że sytuacja jest podbramkowa. Mówi protokolarnym tonem:

– Wydarzenia postępują w niezwykle szybkim tempie. Nie wiemy, jakie są przyczyny wymienionych incydentów ani jaka jest między nimi zależność. Jednakże logika podpowiada, że obydwa wypadki mogą mieć ze sobą wiele wspólnego.

Logika, a może raczej niezawodne algorytmy Królowej? Gdyby nie ona, jeszcze przez tydzień nie złożylibyście do kupy tych dwóch spraw.

– Drodzy państwo… – Angus ewidentnie obawia się Silviani. On też nie jest pewny, czy to kobieta czy mężczyzna (a przecież wystarczyłoby zapytać!). – Jesteśmy tu po to, aby przeanalizować zaistniałe wypadki i spróbować wyjaśnić, co może się za nimi kryć.

Oddycham ciężko. Zastanawiam się, czy pozostałe sto czterdzieści cztery tysiące zalogowanych użytkowników miało tyle samo szczęścia co Mea (o ile w ogóle można tu mówić o szczęściu!). Mea jest obiecującą badaczką, w momencie wypadku znajdowała się kilometr od kliniki, w której na co dzień prowadzi wykłady, miała dostęp do najlepszych lekarzy. Teoretycznie, wszyscy powinni otrzymać taką samą pomoc. Tak, „teoretycznie” – to słowo ostatnio stało się popularne.

– Jaki odsetek odciętych został odratowany? – Kosiński daje znać o sobie w najmniej oczekiwanym momencie.

– Około sześćdziesięciu procent. Oczywiście, nie mamy gwarancji, że wszyscy powrócą do pełnego zdrowia. Jak wiecie, wylogowanie pociąga za sobą wiele skutków ubocznych. Bywają odosobnione przypadki zejść śmiertelnych, nawet po wgraniu nowego softu – głos Silviani jest rzeczowy i pozbawiony emocji. Równie dobrze sprawdziłaby się jako pogodynka. Coraz bardziej ciekawi mnie ta jej podejrzanie gładka gęba. Zero afektów. Interesujący przypadek. Szóstki w głowie wyhamowują złe nastawienie. Skup się, Jack. Skup. Tylko w ten sposób możesz teraz pomóc Mei.

Gadają przez bite dwie godziny. W tle włączam wielowątkowość i przeglądam soft komputerów w poszukiwaniu ewentualnych błędów. Od czasu do czasu, już bez większego zainteresowania, przyglądam się zebranym. Przytakuję dla podtrzymania dyskusji, dorzucam jakieś oczywistości. Ich analityczne mózgi, podrasowane najlepszym bioTechem, rzygają koncepcjami na prawo i lewo. Co lepsze pomysły zgrywają sobie na dyski. Potem znów wyciągają, kroją na cieniutkie plasterki, podsuwają nawzajem do ust. „Ach, jakie to smaczne! Jak dobrze przyprawione! Jakie egzotyczne!”. Towarzystwo wzajemnej adoracji. Za dobrze im tutaj. Gdyby czuli to, co ja – może wreszcie zaczęliby myśleć praktycznie. A czas ucieka…

– Zarządzam przerwę. Spotkajmy się za trzy godziny czasu pokładowego. Należy się wam jakiś symboliczny lunch. – Angus uśmiecha się do mnie i dwóch zwiewnie drgających hologramów Silviani i Kosińskiego. Silviani gaśnie od razu. Kosiński zastyga w epikurejskim zamyśleniu i drapie się po brodzie. Komiczne.

Angus klepie mnie po ramieniu, wskazuje opalizującymi strzałkami drogę do kubryku. Idę do ciasnej kanciapki w przezroczystym pęcherzu mieszkaniowym stacji. Kładę się na wąskiej, ergonomicznej koi. Wyciszam holograf. Muszę się przespać. Stres i zmęczenie dają znać o sobie. Czarny kosmos, upstrzony girlandami miliardów gwiazd, obraca się wokół mnie.

 

***

 

Na początku wszystko jest ciemne, zamazane, niewyraźne. Stoję w jakiejś gigantycznej budowli, ale bardziej wyczuwam jej objętość przez skórę niż widzę. Bardziej przewiduję po czasie, jaki jest potrzebny, aby mój oddech odbił się od którejś ze ścian i wrócił do mnie zwielokrotnionym echem. Cisza jest dojmująca, a ogrom architektonicznej przestrzeni przytłacza. Bicie serca brzmi jak wystrzał z karabinu. Czuję się jak wielki nietoperz. Jedyne zmysły, na których mogę się oprzeć, to słuch i czucie. Powietrze jest lekko wilgotne, ma delikatny zapach ozonu.

Nagle, gdzieś daleko-blisko, na horyzoncie zdarzeń, objawia się maleńki punkt światła. Błędny, migotliwy ognik, poruszający się to tu, to tam – w sobie tylko znanym kierunku i celu. Nie czuję strachu, nie czuję nawet niepewności. Mam w sobie mocne, niezachwiane przeczucie, że nic złego nie może mnie tu spotkać. Z jednej strony, dziwię się swojej własnej nielogicznej ufności, z drugiej – z senną powolnością poddaję się jej. Błędny ognik jest wciąż bardzo daleko, przepływa z lewej na prawą, z prawej na lewą – zupełnie tak jakby niewidzialny olbrzym machał do mnie pochodnią.

Światło przybliża się i wreszcie zaczynam coś dostrzegać. Rozglądam się na boki w niemym zdumieniu. Jestem we wnętrzu katedry, ale to określenie nie oddaje skali tej budowli. Ściany i łuki naw są tak wysokie, że z trudem mogę je dostrzec. W rozgęszczonym mroku widzę setki kolumn, tworzących monstrualną nawę główną i równie imponujące nawy boczne. Dopiero teraz wzrok przyzwyczaja się do ciemności na tyle, aby dostrzec w ścianach wielkie, nieoświetlone od zewnątrz witraże.

Gdzieś daleko-blisko zaczyna grać muzyka… Od razu rozpoznaję te dźwięki. Sztuka fugi… Kontrapunkt szósty… We wnętrzu katedry cichy na początku dźwięk organów rozrasta się, potęguje z każdą chwilą, rozkrzewia na wiele lśniących, wyrastających ze ścian, opalizujących wszystkimi barwami żywomaterii. Nuty Bachowskej fugi wibrują we wnętrzu świątyni w nienaturalny, nienazwany sposób – tak jakby każdy dźwięk wydobywał się z innego miejsca przestrzeni, wirował jak piórko na wietrze i docierał z innego wymiaru rzeczywistości. Dźwięki nakładają się na siebie, ale ja nie tracę wątku linii melodycznych – chociaż czuję, że ta muzyka mnie przerasta, przemawia nie jak pojedynczy utwór, ale jak dziesiątki mówiących jednocześnie ludzi. Tracę powoli rozeznanie, gdzie w tym wszystkim jestem ja, a gdzie świat wokół mnie. A żywomaterie wciąż rosną, zapełniając wielkie przestrzenie ciepłym blaskiem powyginanych na wszystkie strony kształtów przypominających szkielety fantastycznych roślin. Do organowych tonów dochodzą teraz lśnienia i niskie wibracje. Powietrze drży i coraz mocniej zaczyna pachnieć ozonem. Świetlik rozdziela się na dwa, potem na cztery, osiem, szesnaście, trzydzieści dwie części. Migotliwe kulki światła dzielą się dalej w błyskawicznym tempie, rozpierzchając po ogromnym wnętrzu, ukazując coraz to nowe szczegóły budowli.

Stoję w zachwyceniu. Nagle czuję dotyk ciepłej dłoni na ramieniu. Odsuwam się w odruchu bezwiednego przestrachu.

– Mea! – Stoi obok mnie i patrzy z uśmiechem.

– Nie bój się, Jack. Nic złego ci się tu nie przydarzy. Oni nie chcą twojej zguby. Jestem tu po to, by cię chronić…

– Ty? Mnie?! Ale przed…

Wibracja przestrzeni zaczyna dojrzewać, rozpękać się na wszystkie możliwe częstotliwości. Ze zdumienia przechodzę w grozę! Czuję jak powietrze wokół mnie staje się coraz cieplejsze i gęstsze. Właśnie wtedy, gdy ciepło na twarzy zaczyna być coraz bardziej nieprzyjemne, gdy chcę krzyknąć i jak najszybciej uciec z tego miejsca – zdaje mi się, że wnętrze katedry rozpęka na miriady drobnych kawałków! To szyby witraży wystrzeliły z potężną siłą do środka! Kołują, kręcą się, przybierają dziwne kształty! Chcę cofnąć się, uciec! Nie mogę! Przez chwilę wydaje mi się, że kawałki ostrego jak brzytwa witrażowego szkła muszą zetrzeć moją twarz na miazgę, ale szklane odpryski omijają mnie o milimetry. A ja czuję tylko wizg przelatujących wokół mnie z potworną prędkością odłamków.  Nie widzę już Mei, ale wciąż czuję, że trzyma mnie mocno za rękę. Naraz dźwięki, ogniki, lśnienia i różnobarwne szkło wirujących witraży, całe to nieziemskie skupisko wrażeń – zaczyna krążyć, tańczyć, układać się w najpiękniejszą, najbardziej przejmująca wizję, jakiej kiedykolwiek w życiu doświadczyłem.

W potężnej objętości nawy głównej przesuwa się drgający obłok przesyconego światłem szkła. W nagłym, feerycznym błysku malutkie cząstki rozpękają się na miliardy jeszcze mniejszych i drobniejszych! Teraz to już nie widoczne drobiny, ale gwiezdno-szklany pył poruszany w takt poszczególnych muzycznych kontrapunktów…

I oto ujrzałem… Labirynt zbudowany z szeregu podobnych, wielowymiarowo zapętlonych labiryntów. Kosmos! Niby podobny, lecz jakże inny: czterowymiarowy bezkres, z którego wypływa maleńki bąbel zapętlonego światła – nasz mały (w porównaniu z tamtym, ogromnym), trójwymiarowy wszechświat. Widzę, jak zaczyna pęcznieć, rozrastać się na wszystkie strony… Patrzę na tworzące się słońca, mgławice, gromady galaktyk, planety… A wśród tego wszystkiego, pomiędzy skupiskami rozbłyszczonej, rozognionej mocy – dostrzegam coś innego, większego i jeszcze bardziej misternego: ciemną materię i ciemną energię, rozpływające się migotliwym, ażurowym kośćcem nanokwantów po całej skórze tamtego i tego (naszego) wszechświata. Im dłużej wpatruję się w ten niewysłowiony, koronkowy wzór, przypominający strukturą misterny tatuaż na twarzy starożytnego wojownika – tym bardziej moja świadomość zapada się w sobie i czuję, jakbym został pochwycony do trzeciego nieba, jakby moje wnętrze i dusza rozpłynęły się w niebotycznej wizji, której kresu już nie widzę, ani nawet nie przeczuwam.

Wtedy właśnie Mea pociąga mnie za sobą. Wpadamy do środka niewysłowionego inferno świateł, zapachów, dźwięków, odczuć. Pływam w muzyce Bacha jak ryba w czystej, świeżej wodzie. Czuję się jak ozdrowieniec, który na krótko stracił wzrok, by już po chwili go odzyskać. Wśród trzasków i syków zjonizowanego powietrza, naładowanego elektrycznością tak wielką, że zdającą się mieć zdolność zrywania płatami skóry z twarzy – widzę wzór, biegnący wśród dźwięków Bachowskiej frazy, nałożony na fragment zwizualizowanej informacji, wychwyconej z transmisji ogłupiałego transportowca i z transmisji szóstek stu czterdziestu czterech tysięcy dotkniętych atakiem biocybernetycznej padaczki. I ujrzałem coś w rodzaju holograficznego niby-łańcucha DNA, w którym poszczególne szczebelki drabiny drgały na nieco innej częstotliwości, wysyłając w przestrzeń określoną długość świetlnej fali. Drabina Jakuba! To był szyfr! Nośnikiem szyfru były cząstki danych wychwycone z bioSieci, kluczem – matematyczno-synestetyczny zapis kontrapunktów w transkrypcji Bachowskich fug!

Obraz jaśnieje w mojej duszy feerią niezwykłych barw, wypala się w pamięci jak znamię na skórze niewolnika. Chciałbym zostać tu na całą wieczność, kontemplować to objawienie do utraty tchu, ale jakiś wewnętrzny głos podpowiada mi, że muszę stąd odejść, że mam inną misję do wypełnienia. Mea?! Szukam jej wzrokiem, ale widzę tylko krążące światła wokół mnie. Mam wrażenie, że jakaś ponadnaturalna siła wyciąga mnie z wnętrza katedry. Z niezwykłą intensywnością obserwuję, jak oddalam się od wizji, jak nawa główna rozciąga się wraz z moim oddalaniem (spadaniem?) coraz bardziej i bardziej. Kręci mi się w głowie. Tracę oddech. Spadam? Spadam! Jeden z najgorszych koszmarów śniącego… Czujesz, że lecisz w dół i zaraz rozbijesz się o twardy trotuar…

 

***

 

Ocknąłem się, zlany zimnym potem. Wokół panowała głęboka cisza zakłócona miarowym szmerem pracującej aparatury stacji. Mea! Oczywiście, nikogo oprócz mnie. A więc jednak sen. Ale przecież nie sen! W głowie panuje dojmująca pustka. Nie zamęt właśnie, nie przestrach – pustka. Nadal nic nie rozumiem. Próbuję zebrać wszystko do kupy, ale zajmuje mi to dłuższą chwilę. Zmora każdego śniącego wizje – byleby tylko nie zapomnieć snu, nie stracić najdrobniejszych, a przecież jednocześnie najistotniejszych szczegółów.

Dotykam nadgarstka. Wybieram w smartwatchu archiwum bioDysku. Holograf usłużnie otacza mnie błękitnawą kulą projekcji. Sprawdzam. Przewijam. Nie wierzę własnym oczom! Jest zapis! Faza REM, kakofonia duszy, tętno sto osiemdziesiąt trzy, obraz holo. A więc to nie była fantazja, przewidzenie. To działo się naprawdę!

Dosłownie w chwilę potem pojawiają się te przeklęte słowa, które prześladują mnie od czasu wizji w zatoce: „Wybraniec! Naznaczony!”. Na samą myśl, mam ochotę wymiotować! Jaki ze mnie wybraniec?! Czym się wyróżniłem, czym sobie zasłużyłem na tak wydłużoną w czasie, wyrafinowaną torturę? I przede wszystkim, niby czyim wybrańcem mam być?!

Przed wyjściem wstępnie weryfikuję dane. Biorę szybki prysznic. Przebieram się w świeży uniform. Uspokajam oddech i wracam na salę. Oczywiście jest już komplet zainteresowanych. Przepraszam za spóźnienie. Wszyscy, jednocześnie spoglądają w moim kierunku. Czuję się tak, jakby prześwietlali mnie morderczymi dawkami promieniowania rentgenowskiego. Już wiedzą o mnie wszystko? Moje widzenie wyświetliło się im we wspólnym konsferum, podczas gdy ja… Biorę się w garść. Mam im opowiedzieć o wizji ze snu już teraz, prosto z mostu? I tak nie uwierzą. Potraktują jak wariata. Ale trzeba będzie drążyć temat. Przygotować ich jakoś. Nie ma czasu na rozbudowaną grę wstępną.

– Jack, kontynuujemy nasze zebranie. Czy chciałbyś podsumować pierwszą część dyskusji. Jakoś mało się dziś udzielasz. – Stary, dobry przyjaciel Angus. Gdyby wiedział, że robi mi niedźwiedzią przysługę, pewnie siedziałby teraz cicho. Ale jest już za późno.

– Awaria komputerów na transportowcu nie była zwykłym przypadkiem – mówię pewnie, bez najmniejszego zawahania.

– Masz jakąś nową hipotezę, Jack? – Kosiński wygląda na zainteresowanego.

– To nie hipoteza. To fakty.

Na środku stołu konferencyjnego otwieram konsferum, wrzucam dane z bioSieci, synchronizuję muzykę, nakładam zgraną z dysku synestezję z mojego snu-nie-snu, starannie wycinam Meę (lepiej, żeby nie wiedzieli, że była tam ze mną). Szóstki montują obraz z wrodzoną sobie biegłością, ręce z trudnością nadążają. Teraz wrzucam im to, uruchamiam „Odtwarzaj” i… czekam. Oczyma duszy widzę, jak ich nanoimplanty mielą obraz, odkrywają zależności, konsumują detal po detalu ostateczne przesłanie.

Po dwóch minutach pojawia się komunikat „Koniec odtwarzania”. Obraz niknie, a w sali panuje kompletna cisza. Trwa dość długo, by jednym, krótkim zdaniem rozsadzić ściany nie tylko tej salki ale całej stacji orbitalnej.

– Chcesz nam zasugerować, że mamy tu do czynienia… z obcą cywilizacją?! – Silviani po raz pierwszy okazała emocje. A jednak kobieta!  Dobrze, że chociaż to się wyjaśniło.

– Tak. Z całą pewnością rozumną i znajdującą się na o wiele wyższym poziomie rozwoju niż nasza – mówię wciąż tym samym, pewnym siebie tonem. Teraz to ja muszę powstrzymać emocje.

– Weryfikowałeś jakoś te dane?

– Dwa razy. Za każdym razem inną metodą. Zawsze wychodzi to samo.

Wstaję, synchronizuję konsferum, jeszcze raz nakładam na siebie kolejne warstwy obrazów i danych. Pokazuję im poszczególne etapy, zaznaczam markerem wrażliwe miejsca.

– Spójrzcie. O godz. 17:25 czasu pokładowego Ulissesa zaczyna się incydent C123. Dokładnie po trzech godzinach i dziesięciu minutach sto czterdzieści cztery tysiące ludzi rozsianych po całym Układzie Słonecznym dostaje szóstkowej zapaści. Rozpoczyna się incydent D124. Jednak najciekawsze jest dopiero to. – Pokazuję im fragment zapisu wychwycony z binarnej dżungli bioSieci. – Sprawdziłem fluktuacje przesyłu danych w czasie trwania incydentów. I co dostrzegłem? Zarówno w transportowcu jak i we wszczepkach użytkowników dotkniętych nagłą zapaścią pojawił się ten sam efekt: krótkotrwały, jednorazowy, płytki zanik napięcia na bramkach logicznych typu AND i błyskawiczny jego powrót z widocznym, krótkim odzewem szóstek. Mówiąc bardziej obrazowo: szóstki wysłały do Sieci krótki, urwany krzyk – raptem kilka megabajtów danych. Na pozór nic znaczącego. Doszło do spadku napięcia –  na tyle silnego, aby przez chwilę sparaliżować ruch danych, ale nie na tyle mocnego, żeby doprowadzić do trwałego zniszczenia infrastruktury. Taki krótkotrwały, niewielki zanik napięcia najczęściej doprowadza do zresetowania systemu lub odłączenia delikwenta od bioSieci. Zanik prądu doprowadza do zgubienia ID transmisji danych. Zanim wszystkie szóstki odnajdą się z powrotem i zsynchronizują z routerami, mamy chwilowy chaos. I właśnie z tego chwilowego chaosu wypadł ten urwany kawałek kodu; krótki krzyk, jak sam to określiłem. – Wyciągam z konsferum maleńką, błyszczącą synestezję, poskręcaną jak pojedynczy łańcuch genomu jakiegoś przedpotopowego zwierza. – Na początku zdawało mi się, że ten kod pochodzi od samych szóstek, że jest zwykłym potwierdzeniem ich gotowości do działania. Ale po analizie odkryłem, że tych kilka megabajtów danych było raczej odpowiedzią na informację, którą już wcześniej od kogoś dostały.

– Co sugerujesz, Jack?

– To przesłanie. Szyfr. Informacja od Obcych. – Zapadła cisza. Spodziewałem się takiego efektu. Pewnym tonem kontynuowałem. – Jakie skutki wywołał ten chaos w przypadku C123 i D124 widać jak na dłoni. Obcy mieli czas, aby wprowadzić do naszej Sieci swoje dane.

– Czy mamy twardy dowód na to, że to ich komunikat? Przecież to śmieszne! Spięcie mogło zostać wywołane różnymi czynnikami. Burza słoneczna, fluktuacje pola elektromagnetycznego, niesprawdzone dzielenie przez zero mogłoby doprowadzić … – Okazuje się, że Kosiński potrafi jednak gadać. Szkoda, że od rzeczy.

Zawieszam teatralnie głos. Czasami jednak przydają się dobrze opanowane techniki wystąpień publicznych.

– Mam do was pytanie: w jaki sposób najszybciej ominąć zabezpieczenia jakiegoś obwarowanego firewallami systemu? – Rozglądam się bacznie po zebranych.

– Wyłączyć prąd. Wymienić pamięć lub dane w chłodnym systemie i odpalić wszystko od nowa, jak gdyby nigdy nic. – Silviani nadrabia stratę do peletonu. + 5 do poziomu inteligencji, + 3 do błyskotliwości

– A więc to był atak terrorystyczny! Atak na bioSieć, celowy i planowy! – tym razem Angus budzi się z długiego snu. Brawo! + 2 do czujności

– Na pewno była to świadoma i zamierzona ingerencja. Czy atak? Tego nie jestem pewien. + 8 do opanowania

– No dobrze, Jack. Mówisz, że wykorzystali chwilowe zawieszenie Sieci do wprowadzenia swoich danych. Pomijam już fakt, że, jak sam dobrze wiesz, Sieć jest zabezpieczona przed takimi wypadkami… Twierdzisz, że to przesłanie, szyfr… Mógłbyś nam to jakoś przybliżyć?

Dobrze. Nadeszła pora na wyłożenie wszystkich kart. Nie mam zbyt wiele czasu. Zależy mi na tym, aby jak najszybciej wrócić na Ziemię i zobaczyć się z Meą. Wiem, że ona jest kluczem do całej zagadki. A ja, w jakiś nieuchwytny, niewytłumaczalny sposób jestem jej teraz najbardziej potrzebny. Jeszcze raz uruchamiam konsferum. Zgrywam do projektora obraz holo mojego snu. Nakładam zapis złożony z trzech warstw: synestezję Die Kunst der Fuge, kawałek kodu wyodrębniony z krzyczących szóstek i fragment kodu wydzielony z transmisji sparaliżowanego transportowca. Trójwymiarowe warstwy wchłaniają się wzajemnie, nasycają nowymi znaczeniami. Synestetyczne odwzorowanie muzyki przeplata się z wybranymi ogniwami bitów kodu. Świetliste pozycje kontrapunktów nakładają się na zero-jedynkowy tiul informacji. Widać już drabinę z wizji. Wewnątrz skręconej spiralnie struktury pojawiają się szeleszczące, wyciągnięte z informacyjnego tygla rozpalone kawałki urwanych, nieporadnych sensów: W ##i t…# 124a… +&&98 m… 09 y. P r,.wwwzsd y ka b y w… a op m83 y w… *$$ww p ; o;;;;; …k…o;j 88888 u. Angus, Silviani i Kosiński patrzą na mnie pustym wzrokiem. Czuję się jak wykładowca na uczelni. Szkoda tylko, że studenci prezentują nie najwyższy poziom. Podświetlam im właściwe litery.

 

W ##i t…# 124a… +&&98 m… 09 y. P r,.wwwzsd y ka b y wa op m83 y w… *$$ww p ; o;;;;; …ko;j 88888 u.

 

– Jak mogliśmy przeoczyć coś takiego?

– Mogliśmy. Żeby odczytać ten kod, trzeba połączyć kilka różnych źródeł informacji i odpowiednio skonfigurować je względem siebie. To jakby nałożyć na siebie trzy różne co do faktury i kształtu obrazy, które pasują tylko w jednym, konkretnym ułożeniu. Niby proste, ale w sumie bardzo trudne do wychwycenia. Żeby odczytać wzór, trzeba wiedzieć, w którą stronę patrzeć, na co zwrócić uwagę.

– Chcesz powiedzieć, że tylko ty mogłeś odczytać ten kod?

– Nie – skłamałem. Równie dobrze mógłbym powiedzieć, że jestem wybrańcem albo schizofrenikiem; albo jednym i drugim jednocześnie. – Żeby odczytać ten kod, trzeba mieć dar synestezji, interesować się twórczością Bacha, znać się na kodzie bioTech i mieć kupę szczęścia. Szukali kogoś, kto potrafi połączyć emocje, twórczość artystyczną i praktyczną wiedzę naukową. Bardzo ciekawą kombinację sobie wymyślili.

– A więc mamy do czynienia z cywilizacją, która porozumiewa się z nami za pomocą muzyki Bacha i kodu binarnego generowanego przez szóstki?

– Najwidoczniej.

– A więc to inwazja! – Kosiński nadal nie odnajduje się w naszych klimatach. Kto go tu w ogóle zarekomendował? – 8 do opanowania

– Może nie chcą atakować. Może po prostu chcą nawiązać z nami kontakt. – Uspokajam atmosferę.

– W taki sposób?! Paraliżując nasze statki i ryzykując śmierć  niemal stu pięćdziesięciu tysięcy ludzi?!

– Może nie potrafią inaczej? Chcą dać nam do zrozumienia, że są blisko nas. – Silviani nadal zyskuje w moich oczach. – Może chcą nas tylko poinformować o swojej obecności, ale nie zamierzają wtrącać się w nasze sprawy?

– Oczywiście, nie mamy pojęcia, co zrobią w przyszłości. Przypuszczam, że chęć przekazania nam info o swoim istnieniu może być jednym z kluczowych motywów. Ale na pewno nie jedynym. Jestem przekonany, że nie wybrali przypadkowo momentu, w którym zechcieli się skontaktować. Dlaczego akurat teraz? Oczywiście, też nie wiemy. Może nam powiedzą, ale możliwe, że nie dowiemy się tego nigdy.

– Sugerujesz, że nie będą się z nami cackać? Grunt to optymizm. – Angusowi zrzedła mina. – 3 do kondycji psychicznej

– A może to tylko przypadkowy zbieg okoliczności? Trzeba zweryfikować te dane na Ziemi, zanim wyślemy raport Królowej – Kosiński chwyta się każdej brzytwy, żeby tylko nie spojrzeć prawdzie w oczy.

– Możemy weryfikować wzdłuż i wszerz. I pewnie ludzie z NSA będą to robili, jeśli już nie robią. Ale wszyscy doskonale wyczuwamy, że możliwość jakiejś pomyłki jest prawie żadna. Zbyt wiele rzeczy jednocześnie musiało się zgrać w czasie, by mówić tu o jakiejś wyjątkowej koincydencji przypadków. Kod jest klarowny i z całą pewnością nie pochodzi od przypadkowo fluktuującego kwazara.

– Skoro tak łatwo przełamali nasze zabezpieczenia, to jaką technologią mogą jeszcze dysponować? I czego mogą od nas chcieć?

– Tego nie wie nikt. Tak czy inaczej zrobili to, co chcieli. Mieli zamiar skontaktować się z nami. Szukali wspólnego medium, dzięki któremu mogliby przekazać informację i dokonali tego. Porozumieli się, wykorzystując taki kanał informacyjny, jaki jest nam dostępny.

– Sugerujesz, że jesteśmy bezbronni?

– Zawsze byliśmy, tylko nikt nam o tym wcześniej nie powiedział.

 

***

 

Wracam na Ziemię, tak szybko jak tylko się da. Zresztą, i tak nie mam wyjścia. Dostałem polecenie od Królowej. Mam wracać do NSA. Przygotowali tam dla mnie biurko i kilku wyedukowanych współpracowników. Oczywiście, Królowa wie już o wszystkim. Została wprowadzona „specjalna procedura”. Moja synestezja przeszła już pewnie przez setki procesów falsyfikacyjnych, nie zostawili na niej suchej nitki. Ale nie to jest dla mnie najważniejsze. Teraz najważniejsze jest samopoczucie Mei i zdrowie tych ponad osiemdziesięciu sześciu tysięcy odratowanych nieszczęśników, którzy znaleźli się oko w oko z nieznanym. Siedzę w przestronnej kabinie wahadłowca. Lot ma się ku końcowi. Wyglądam przez iluminator. Widzę postrzępione obłoki, owinięte złotawą struną wschodzącego słońca. Lubię oglądać takie pejzaże. Poezja fraktali i fotonów. Zawsze i wszędzie – piękna! Myślę o Mei. Niepokój rośnie w siłę.

Srebrne wahadło składa skrzydła do lądowania. Pojawia się komunikat o zapięciu pasów. Widok w małym okienku zamazuje wata chmur, ale po chwili odsłania się wspaniała, zapierająca dech w piersiach panorama. Ul – siedziba Królowej, stolica nowego świata, metropolia zbudowana na planie gigantycznego plastra miodu, o powierzchni niemal trzystu kilometrów kwadratowych. Budynki, ulice, parki, ogrody w harmonijnym gobelinie kolorów i kształtów. Białe, wykrochmalone promieniami słońca budynki ułożone są w logiczne, funkcjonalne struktury. Uderza brak wysokościowców i powietrznych baz przetwornikowych. Tu dba się o czystość, ekologię, piękne widoki. Wysokościowce i bazy to towar pośledniej jakości, stosowany w ościennych dystryktach. Ul od samego początku i w swym najgłębszym założeniu miał być inny – wyobrażał połączenie antycznego piękna rzymskich budowli sprzed er i zunifikowanej nowoczesności, która nie musi, a może nawet nie powinna, rzucać się w oczy. Tak czy inaczej, widok oszałamia, nawet wtedy, gdy widzi się go po raz kolejny.

Na lądowisku szybka odprawa dla VIP-ów i przesiadka do rządowego, pancernego loco. W drugim dyskretna obstawa. Od razu widzę, że wypadki nabrały tempa. Nikt nigdy nie witał mnie tutaj z takimi honorami. Przelatujemy przez miasto na syrenach i błyszczkach. Klucz pojazdów na rejestracjach dyplomatycznych zawsze robi wrażenie na mieszkańcach Ula. Rozpierzchają na boki, usłużnie ustępują pierwszeństwa.

Lecimy bezpośrednio do NSA. Nikt nie pyta mnie o zdanie. Rozumiem, że to normalna procedura w tych jakże wyjątkowych okolicznościach, ale mogliby chociaż zadbać o pozory. Zdaję sobie sprawę ze swojej sytuacji – jest nie do pozazdroszczenia. Jestem niespotykanym okazem homo neosapiens – potrafię rozszyfrować przekaz Obcych. Ewidentnie posłużyli się mną – zrobili ze mnie medium. Pozostaje pytanie – co się jeszcze ma wydarzyć? Czy mam tylko odbierać kolejne wiadomości i dekodować je przy pomocy moich unikalnych darów? Czy raczej informacja ma iść w drugą stronę – od nas do Nich (kimkolwiek są). Pojawia się kolejne pytanie: jak to zrobić? Jak wejść na ich pasmo odbioru? Czy Oni już wiedzą, że nie mam o tym pojęcia? Uśmiecham się do niewyraźnego odbicia w pancernej szybie. Więcej pytań niż odpowiedzi. To lubię! Przede wszystkim jestem przecież naukowcem.

W siedzibie NSA wzmożony ruch. Nikt zdaje się nie zauważać mojego przybycia. Jestem tu bardziej anonimowy niż gwiazda w niesklasyfikowanej galaktyce. Funkcjonariusze na bramkach skanują źrenicę mojego oka, kurtuazyjnie zapraszają dalej. Teraz towarzyszy mi tylko jeden anonimowy przewodnik-ochroniarz. Przypuszczają, że jestem nieszkodliwy. Ja również mam taką nadzieję.

Wchodzę coraz głębiej w labirynt korytarzy i pochylni bez okien. Po piątej bramce zaczynam rozumieć, że to nie jest zwykła trasa statystycznych interesantów tej instytucji. Po ósmej nabieram podejrzeń graniczących z pewnością: szybko mnie stąd nie wypuszczą. Jeszcze tylko winda, kilkadziesiąt albo kilkaset metrów w dół (ile, tego nikt tu podobno nie wie) i jestem na miejscu. Odczuwam zmianę ciśnienia, temperatury i wilgotności powietrza. Jesteśmy – pod wodą? Idealny ekran antypodsłuchowy. Dobry patent – zapisuję na bioDysku.

W dużej sali oświetlonej zimnymi jarzeniówkami siedzi kilku jajogłowych. Dwóch znam z uniwersytetu, reszty nie kojarzę. Następuje nudna prezentacja. Oficjalnie są naukowcami. Oczywiście, domyślam się, że to tylko przykrywka dla ich utajnionej, właściwej pracy. Pytanie zasadnicze: czego ode mnie chcą? Czy zostałem uprowadzony, czy tylko „wypożyczony” na jakiś czas?

– Witamy pana na terenie naszego ośrodka badawczego. – Jeden z jajogłowych, wyższy od pozostałych, najwyraźniej podejmuje się pełnić rolę przewodnika (mediatora?). – Pewnie zastanawia się pan, po co tu pana sprowadziliśmy?

– Rzeczywiście, biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia, jest to dla mnie dość istotna informacja. – Pod ugrzecznioną frazą pojawiają się ciemne półtony irytacji.

– Ze względu na doniosłość i wyjątkowość sytuacji, w jakiej znalazł się nasz Ul, nie mamy, niestety, czasu na zbyt wylewne powitanie. Chcę jednak, profesorze, aby pan wiedział, że nie mamy wobec pana wrogich zamiarów.

– O, to już coś! Jest jakiś punkt zaczepienia! – Moja irytacja rośnie z każdą chwilą. Sam nie przypuszczałem, że tak szybko i łatwo wyprowadzą mnie z równowagi. Szóstki korygują napięcie. A więc jednak jestem zakładnikiem. Tylko do czego będą chcieli mnie wykorzystać?

– Za chwilę wprowadzimy pana do sali intensywnej terapii, w której znajduje się pana asystentka, doktor Mea Miliano…

Serce podskakuje mi do gardła. Telemetria buzuje w trzewiach nanoimplantów. Adrenalina rozbija się po aorcie.

– Co z nią?!

– Jest… w dość dobrej kondycji. Nie mamy jeszcze całkowitej pewności, na ile zapaść wpłynęła na jej ośrodki poznawcze, ale na pewno czuje się na tyle dobrze, aby mógł pan z nią porozmawiać. Zresztą, sama o to prosiła.

Jednak odzyskała pamięć! To dobrze. To oznacza progres, najgorsze jest już za nami. Oddycham z wyraźną ulgą.

Prowadzą mnie pochylnią odbijającą od sali, w której przed chwilą byliśmy. Otwierają śluzę. Wchodzimy do pomieszczenia zastawionego aparaturą medyczną. Na stelażu medycznym leży Mea. Do rąk i nóg podczepione ma wenflony i czujniki. Nie ma siły podnieść głowy. Przysiadam na nie pasującym do tego wnętrza, obskurnym stołku obrotowym i dotykam jej chłodnej dłoni.

– Cześć, pani doktor. Jak na swoje lata, wyglądasz świetnie! – usiłuję zażartować, ale już po chwili żałuję wypowiedzianych słów.

– Jack, dobrze, że jesteś – szepce delikatnie, przechylając twarz w moją stronę. Jest blada, wymizerowana, ale oczy ma piękne jak zawsze. Jestem przerażony jej wyglądem! Ręce zaczynają mi drżeć. Nie chce mi się wierzyć, że jej fizyczna kondycja mogła ulec tak diametralnej zmianie! Od naszego ostatniego spotkania w parku minęło zaledwie trzy dni!

Mea wpatruje się we mnie dziwnym, nieobecnym wzrokiem.

– Jack, pamiętasz naszą wizję z Ulissesa?

Mrugam oczami jak człowiek wyrwany ze snu. „Naszą wizję z Ulis…”. A więc ona też tam była! I wszystko świetnie pamięta! Utwierdza mnie w przekonaniu, że tamto nie było halucynacją, że działo się naprawdę! Uczucie radości miesza się z poczuciem przerażenia i bezsilności.

– Oczywiście, że pamiętam. Jak mógłbym zapomnieć?

– Pamiętasz materię, która wypełniała wnętrze katedry? Ciemną materię i ciemną energię ukazaną nam w wizji jako ażurowy, nawzajem uzupełniający się układ kostny wielowszechświata?

– Oczywiście. To było piękne! Przytłaczające zarazem. Przypominało ułożony w doskonałym, matematycznym szyku kryształ organicznej energii.

– Tak, Jack, tak… – szepnęła Mea. – Właśnie tym są Oni…

Nadal mrugam oczami jak człowiek wyrwany ze snu, który z trudnością kojarzy czas i miejsce swojej niekontrolowanej drzemki. Szóstki w mojej głowie szybko łączą ze sobą detale wizji, mlaszczą zadowolone ze swej pracy, wysyłają pakiety danych w dal. Jak mogłem tego wcześniej nie dostrzec?! Przecież to proste! A jednak, sprawy ponad wszystko oczywiste wydają się najbardziej zakryte.

Patrzę na Meę niespokojnym wzrokiem. Wszyscy mówili mi, że jest z nią już dobrze, że dochodzi do siebie. Tymczasem widzę kobietę całkowicie pozbawioną sił życiowych, wyschniętą na wiór, przykutą do łóżka. Staram się powstrzymać łzy. Wiem, że nie mogę pozwolić sobie na zbyt wiele. Z drugiej strony, jeśli nie teraz – to kiedy?!

– Jack, chcę się z tobą pożegnać.

– Mea, do jasnej cholery, o czym ty mówisz?!

– Teraz idę do Nich. Tam jestem bardziej potrzebna niż tu. Ale ty zostań… pilnuj naszych spraw.

Czuję, jak włosy na głowie stają mi dęba, a skórę pokrywa lodowaty dreszcz przerażenia! Sekundy mijają tak wolno i ospale, że można byłoby pomiędzy nimi napisać niejeden wiersz o poezji, miłości, sensie życia. Patrzę na nią… Chcę jej powiedzieć, że… I wtedy słyszę przeraźliwy, ciągły pisk monitora serca. Brzęczyk alarmu diagnostycznego dołącza do tamtego, jedynego w swoim rodzaju dźwięku – wizytówki śmierci. Próbuję się ruszyć. Coś zrobić. Harmider dźwięków. Lekarze błyskawicznie odsuwają mnie od stelażu medycznego. Wyprowadzają z sali.

– Mea! Nie! Meaaa!!!

 

***

 

Walczyła jeszcze cztery dni. W sumie, była to walka nie jej samej – raczej drużyny lekarzy, którzy usiłowali reanimować ciało i przywrócić do pracy miliony szóstek w osłabionym do granic możliwości organizmie. Nanoimplanty wykazywały chęć do współpracy, ale biologia serca i układu nerwowego – stanowczo nie. Piątego dnia nad ranem  poprosili, abym przyszedł.

Dusza Mei była już daleko. Wiedziałem o tym i w żaden sposób nie umiałem się z tym pogodzić. Patrzyłem pustym wzrokiem na to, co z niej zostało. Nie mogę opisać mojego stanu… Są rzeczy, których nie da się opisać…

 

***

 

Od śmierci Mei aż do teraz – cały ten dwutygodniowy okres – spędziłem w podziemiach NSA. Moi opiekunowie bynajmniej nie zaskoczyli mnie tym posunięciem. Rzecz jasna, od samego początku tłumaczyli to „moim dobrem”. Wyjaśniali, że po śmierci Mei muszą mnie chronić, poddać obserwacji, stale monitorować parametry ciała i duszy, aby i mnie nie przytrafiło się coś podobnego. W pewnym sensie przyznałem im rację. Teraz byłem dla nich jeszcze cenniejszy niż wcześniej. Stanowiłem „brakujące ogniwo”, bramę, przez którą można było przedostać się do wnętrza Tajemnicy. Nikt tylko mi nie powiedział, kiedy i jak się tam wślizgniemy. Zostałem odcięty od informacji dotyczących kontaktu. Nie wiedziałem nic. Może nastąpiła już cicha inwazja? Może nasi nowi, tajemniczy sublokatorzy zaproponowali nam udział w jakiejś wielkiej, transgalaktycznej unii cywilizacyjnej? A może grają z nami tylko w jakiegoś kosmicznego paintballa?

Jedno było pewne. Do czegoś byłem potrzebny tym łysym typkom z NSA. Inaczej by mnie tu nie trzymali. Tak oto otrzymałem oficjalny status wybrańca. Najbardziej nienawistne słowo ze wszystkich, jakie poznałem w swoim życiu – przylgnęło do mnie jak wyjątkowo złośliwy pasożyt. System, który tak bardzo negował przemoc i restrykcje, odosobnił mnie od reszty społeczeństwa, tłumacząc to dobrem moim i ogółu. W głębi duszy było mi już wszystko jedno, co ze mną zrobią. Odosobnienie wydało mi się nawet, w pewnym sensie, dobrym wyjściem z sytuacji. W tej niedosiężnej podziemnej bazie czułem się stosunkowo bezpiecznie. Być może nie sięgały tu niewidzialne macki Obcych? Czułem się więźniem we własnym domu, ale miałem przynajmniej czas, żeby jakoś się pozbierać. Mogłem wszystko dokładnie przemyśleć, zastanowić się nad sobą i rozwojem sytuacji. Spekulowałem, czy ludzie wiedzą już o kontakcie z innym, wszędobylskim bytem? Znając taktyki informacyjne Królowej, pewnie nie. Po co siać panikę w świecie, w którym od dawna nie wydarzyło się nic groźnego dla wiecznie imprezującej cywilizacji?

Usiłowałem od nowa uporządkować elementy tej zawiłej układanki. Wciąż próbowałem zrozumieć sens ostatnich słów Mei. W głębi duszy czułem, że jest w nich ukryty klucz do jej niespodziewanego odejścia. Każdej nocy czekałem na to, że pojawi się kolejna wizja, ale nie działo się dosłownie nic, co mogłoby być chociaż strzępem, powidokiem objawienia z katedry.

Wydarzenia ostatnich dwóch tygodni dodały mi przynajmniej dwadzieścia lat. Niespodziewanie pojawiły się dodatkowe zmarszczki wokół oczu, siwe włosy na skroniach. Prowizoryczny dom bez okien nawet tak bardzo mi nie przeszkadzał. Zapadłem się w sobie jak wypalona gwiazda, zmieniająca się na oczach zdumionego wszechświata w czarną, niszczycielską dziurę. Zdawało mi się, że jeśli ktoś niebezpiecznie zbliży się do mnie, natychmiast zostanie zmiażdżony potężnymi siłami wypalonych myśli i już nigdy nie wyślizgnie się poza obręb mojej napęczniałej od bólu duszy.

Przyszli po mnie piętnastego dnia od śmierci Mei. Kosiński, Silviani i najwyższy z jajogłowych. Zacna trójka, jak zawsze gotowa do wypełnienia dyrektyw góry. Nie zadałem sobie trudu, aby wstać i przywitać się z nimi. Siedziałem w obrotowym fotelu i mrugnięciem oka bezmyślnie przerzucałem kanały informacyjne. Wiedziałem, że jestem dla nich najcenniejszym człowiekiem na świecie. To dodawało mi sił do okazania im maksimum obojętności.

– Jack, wiem, że to dla ciebie zbyt wcześnie, ale w pewnym sensie nie mamy wyboru. Królowa prosiła nas…

– Do rzeczy, Kosiński. Do rzeczy.

– Potrzebujemy twojej pomocy. Bez ciebie nie uda się nam nawiązać kontaktu.

Spoglądam na nich zaskoczony. Myślałem, że tylko przyszli po to, aby usprawiedliwić słuszność tej mojej przeciągającej się kwarantanny.

– Skąd ta pewność? Od kiedy jestem taki wyjątkowy? Jest jeszcze ponad osiemdziesiąt sześć tysięcy ocalonych…

– Tak, ale tylko ty nie przeszedłeś zapaści. I tylko ty byłeś w stanie odczytać przesłanie.

– Dajcie tamtym posłuchać Bacha. Może też coś wykombinują.

– Jack, nie mamy czasu. Królowa prosi o konkretny raport: z wynikami, ustaleniami, ewaluacją…

– Chcecie mnie zaprząc do pisania jakiegoś raporciku, podczas gdy losy świata wiszą na włosku? To doprawdy śmieszne! – Zrywam się z krzesła i przyglądam się im z nieukrywaną złością.

– Jack, rozumiemy twój stan… Naprawdę, bardzo ci współczujemy, ale musimy dowiedzieć się jak najszybciej, czego oni od nas tak naprawdę chcą. Nie muszę ci chyba tłumaczyć… – Silviani próbuje ostudzić atmosferę.

– Czego chcą?! Chcą się tylko z nami przywitać! Nie mają wrogich zamiarów – testuję ich inteligencję.

– Skąd taki wniosek?

– Jak to „skąd”? Powiedzieli nam to przecież, w pierwszej wysłanej wiadomości! Radzę wam zgłębić tajniki tego tekstu. – Uśmiecham się ironicznie.

Cisza. Słychać tylko szum klimatyzacji. Jajogłowy wkracza do akcji:

– Nie mają wrogich zamiarów? Ciężko uwierzyć w coś takiego. To prawda, u nas nie ma wojen, ale to raczej zasługa Sieci i Królowej niż nas samych. Każdy jest monitorowany. Na bieżąco gaszone są zarzewia sporów…

– Drogi panie, wiemy, jak to działa! Nie potrzebujemy tu wykładów. Algorytm się sprawdza, ale u nas. Nie dopasujemy żadnego z naszych algorytmów do ich potencjalnego modelu zachowania. To zupełnie inna bajka! – Chodzę miarowym krokiem po celi. Szóstki grają nową, świeżą symfonię.

– Bo?

– Bo są różni od nas. Całkowicie i nieodwołalnie! – Przysiadam na brzegu łóżka. Czuję się jak schizofrenik poddany ciągłej obserwacji. Efekt odosobnienia daje znać o sobie.

– Ale może jest jednak coś, co nas łączy? W przeciwnym razie, po co mieliby z nami gadać? – Kosiński wreszcie dołącza do rozmowy. Widać, że jest zdezorientowany moim stanem.

– Jestem biotechnologiem, a nie analitykiem – mówię miarowym, jednostajnym tonem. – Nauczono mnie myśleć w kategoriach ewolucji. Wszystko, co ma w sobie choć odrobinę potencjału na przeżycie, nosi też w sobie naturę zdobywcy. Wcześniej czy później, da o sobie znać instynkt konkwistadora. Ekspansja to naturalny kierunek ewolucji życia opartego na białku i aminokwasach. Przynajmniej takiego życia, jakie znamy. Ale jest jeden haczyk: ta cywilizacja nie jest oparta na białku. Nośnikiem jej istnienia jest ciemna materia, językiem czysta informacja! Nawet nie wiemy, jak to ze sobą współgra, w jaki sposób jest sprzężone jedno z drugim, a może raczej jedno w drugim! Możemy się tylko domyślać. Są praktycznie uniezależnieni od znanych nam zasobów. Żyją inaczej niż wszystko, co do tej pory odkryliśmy i poznaliśmy. Są wszechobecni i praktycznie niezniszczalni. Super Byt, któremu co najwyżej możemy wyczyścić buty!

– To niby ma zmienić postać rzeczy? Że są inni, że są lepsi? Mówisz, że chcą się z nami tylko przywitać. I co? Tylko tyle? A skąd pewność, że mówią prawdę? Jeśli szykują się do podboju, tym bardziej zależy im na dezinformacji. – Kosiński nie daje za wygraną.

– I tak nie mamy wyjścia. Musimy czekać na ich zagranie.

– A może nie powinniśmy czekać? Może sami powinniśmy wykonać jakiś ruch?

– Niby co mamy zrobić? Nadal nie mamy pojęcia, jak się z nimi skomunikować. Nikt nie wie, jak rozmawiać z ciemną materią. Nawet nie możemy jej dostrzec naszymi super czułymi aparatami, a co dopiero „rozmawiać z nią”! A oni, co? Po prostu mówią nam „dzień dobry” i machają łapką, a przy okazji wysyłają w bliżej nieokreślony niebyt sto czterdzieści cztery tysiące ludzi rozsianych po całym układzie! Stoimy na z góry przegranej pozycji, Kosiński. Niby co możemy zrobić? Marzy ci się wyprzedzający atak nuklearny? Chcesz walczyć z niewidzialnym?!

– Skoro są tacy potężni i nieprzewidywalni, tym bardziej powinniśmy się obawiać najgorszego!

– Ekspansywność leży w naturze tych cywilizacji, które czują się zagrożone. Jeśli brakuje ci przestrzeni życiowej lub zasobów, zbierasz swoich ludzi, robisz z nich żołnierzy i idziesz na wojnę. Ale jeśli super cywilizacja nie czuje się zagrożona, jeśli jest praktycznie wszędobylska i niezniszczalna?…

– Wtedy nie ma sensu wojować… A przynajmniej nie ma sensu robić tego w pierwszej kolejności.

– Otóż to. Wreszcie dochodzimy do sensownych wniosków. Dopóki nie nawiążemy z nimi kontaktu, nie poznamy ich głębszych intencji. – Wstaję i znowu zaczynam kluczyć między biurkiem, fotelem, łóżkiem.

– I tak nie potrafimy się z nimi dogadać! – Silviani niespodziewanie ujawnia kobiecą emocjonalność.

– My nie, ale szóstki potrafią. – Chwalę się swoim naukowym refleksem.

Znów ta sama cisza. Szmer klimatyzacji. Tykanie szóstek. Wszystko ma kolor szarozielony.

– Daj spokój, Jack. Przecież to tylko implanty, zwykłe protezy podczepione do mózgu i do bioSieci. Chcesz nam wmówić, że proteza jest w stanie dogadać się z obcą cywilizacją? I co? Proteza potrafi a my, ludzie, nie?

– Jedna pewnie nie potrafi. – Wpatruję się badawczo w Silviani. – Ale tysiące, miliony, miliardy, miliardy miliardów pewnie już tak. Być może do tego potrzebni im byli ci wszyscy zawieszeni ludzie. Chcą stworzyć swoją własną podsieć w naszej bioSieci. – Przyglądam się przybyszom. Widzę jak kulą się w sobie pod ciężarem moich słów. – Siedzimy na bombie z opóźnionym zapłonem i nawet nie wiemy, jak ją rozbroić. Wszystkim nam, naukowcom, kontakt kojarzył się z konkretnymi istotami, materialnymi obiektami z jakiegoś białkowego, cielesnego paradygmatu, a tu nie mamy nic, co można by wziąć na ruszt: dotknąć, zobaczyć, przepuścić przez spektrometry, pomiziać skalpelem. Ciemna materia: najbardziej nieuchwytna część wszechświata… To coś zupełnie z innej, kosmogonicznej beczki…

– Z tego co mówisz wynika, że byli tu od zawsze, odkąd istnieje nasz wszechświat. Pływamy w ich cieczach ustrojowych, dotykamy wnętrza, ocieramy się o ich trzewia. Żyjemy w nich, poruszamy się, jesteśmy. I nawet nie wiemy, czym tak naprawdę są. – Silviani coraz lepiej rozumie, o co w tym wszystkim chodzi. – Skoro do tej pory nie zrobili nam krzywdy, dlaczego mieliby robić to teraz?

– A może trzeba odwrócić sytuację? Może, gdyby nie oni, my nie moglibyśmy zaistnieć? Może są nam tak samo potrzebni do życia jak powietrze i woda? Tylko nam wciąż się wydaje, że ktoś chce nas wykorzystać, napaść, odebrać nasze totemy? Nawet nam odechciało się w międzyczasie użerać ze sobą. Zrozumieliśmy, że są lepsze rzeczy od prowadzenia wojen.

– Kimkolwiek są, wypadałoby się do nich odezwać. – Jajogłowy spoufala się ze mną, jak gdyby nigdy nic. – Jack, trzeba znaleźć jakiś sposób. Cokolwiek, co może nas ocalić przed chaosem. Pomóż nam. Jesteś przecież…

 

***

 

Jestem wrakiem człowieka. Ostatnie dwa tygodnie na zawsze zmieniły moje życie w mniej lub bardziej kontrolowany koszmar. Nikt by nie uwierzył w tak przedziwny splot okoliczności  – przede wszystkim ja sam! Tak czasami w życiu bywa: budzisz się młody, zdrowy, pełny optymizmu – a do łóżka kładziesz się postarzały o dwie dekady, obolały, bez chęci do życia. Strata Mei potwierdziła wszystkie moje najgorsze obawy. Wybraniec nie może być oszczędzany. Na tym polega jego siła – ociosany z przywiązań i pragnień może bez przeszkód realizować swoją misję. Cóż za pierdolony patos! Uśmiecham się gorzko.

I co teraz mam robić? W jaki sposób mam wypełnić swoją rolę, skoro nawet nie wiem, dlaczego zostałem naznaczony? Podobny jestem do antycznego Edypa, który – próbując uciec przed przeznaczeniem – nieświadomie wypełnia krok po kroku esencję swego losu. Moja na wpół wieczna linia życia została dotknięta stygmatem jakiegoś niewysłowionego piętna. I do końca nie wiem, komu mam to zawdzięczać. Kim jestem? Kim mogę być? Droga prowadzi w bezkres…

 

***

 

Zjawiają się siedemnastego dnia po odejściu Mei. Wiem, po co przyszli. Nawet nie odwracam się w ich kierunku. To tylko pionki. Zleceniodawczyni jest zupełnie gdzie indziej.

– Jack, zdajesz sobie sprawę z tego, że twój raport nigdy nie może zostać upubliczniony?

– To oczywiste. Nie musicie mi o tym przypominać.

– Zostanie przedstawiony Królowej i wybranym analitykom… – Pauza. Jakże to teatralne i sztuczne! Czekam na ogłoszenie wyroku. Nie będzie żadnych komisji, dochodzeń, śledztw. To już nie ten etap. Wiem, jak to się teraz odbywa. – Jeszcze jedno, Jack. Chcemy poddać cię procedurze miejscowego wyczyszczenia pamięci. Twoja dusza na tym nie ucierpi, gwarantujemy ci ciągłość istnienia. To standardowa czynność w takich…

– Rozumiem. Kiedy?

– Za parę minut. Wszystko już przygotowane. Doktor Goldman czeka na ciebie. Trzeba będzie podpisać parę dokumentów.

 

***

 

Wprowadzają mnie do tego samego pomieszczenia, w którym wcześniej monitorowali Meę. To właśnie tu po raz ostatni widziałem ją żywą. Ironia losu znowu daje znać o sobie. Historie lubią się powtarzać, mieszać ze sobą. Jajogłowi proszą, abym wyłączył wszystkie nakładki i położył się na stelażu medycznym. Żywy bukiet tysięcy aluminiowych rurek o niewielkich przekrojach podnosi się i opada, idealne dopasowując do kształtu mojego ciała. Układam się w skrojonym na miarę anatomicznym legowisku. Ogarnia mnie błogi spokój. A więc w taki sposób ma się to wszystko zakończyć. Kolejne elementy układanki trafiają na swoje miejsca. Technicy w kitlach podłączają mnie do aparatury. Naklejają elektrody, płaskie, żmijowate łebki injektorów, haczykowate wypustki wielokomorowych serc, płuc i mózgów. Na głowę zakładają memoekran – coś w rodzaju wielkiego, komicznie wyglądającego hełmu z ogromną ilością kabli i wypustek; ustrojstwo do złudzenia przypomina starożytną instalację zakładaną skazanym na krzesło elektryczne. Grunt to mieć dystans do siebie i zachować pozory dobrego humoru.

Czuję się dobrze. Wreszcie mogę odpocząć, zapomnieć o problemach, cierpieniu i uczuciu beznadziejnego osamotnienia. Przymykam oczy i widzę siebie sprzed stu lat: małego chłopca, który – wraz z rodzicami – wybrał się na niedzielną wycieczkę do urokliwej zatoki położonej niecałe pięćdziesiąt kilometrów od naszego rodzinnego domu. Po raz pierwszy zbliżam się wraz z nimi do wysokiej wydmy, za którą czai się cielsko potężnego oceanu. Idziemy powoli, a każdy krok przybliża mnie do tajemnicy. Chcę wyobrazić sobie tę potężną, rozbuchaną masę wody, ale w żaden sposób nie potrafię. Umysł czterolatka nie jest w stanie wykreować w swojej duszy wyrażalnego abstraktu nieskończoności (właśnie z nieskończonością zawsze kojarzyły mi się oceany). Jeszcze go nie widzę, ale już słyszę i po raz pierwszy w życiu odczuwam strach przed wielkim i nieznanym monstrum, które skrada się mniej więcej sto metrów ode mnie, za wielkim wzgórzem złocistej wydmy.

Pamiętam to uczucie do dzisiaj: strach i fascynację – zmieszane w niemal równych proporcjach, wrażenia prześlizgujące się po powierzchni mojej skóry jak wielkie, opasłe cielsko oswojonej anakondy. Pozwalasz się jej dotykać, a nawet opleść w nadziei, że nie przyjdzie do jej spiczastej, tępej główki koncept, aby mocniej przeciągnąć się po twoim ciele i jakby od niechcenia pogruchotać ci wszystkie kości.

Zbliżamy się coraz bardziej. Wydma wydaje się teraz o wiele wyższa i bardziej stroma. Na jednej ze złotych przełęczy ustawiono drewnianą pochylnię, po której można przedostać się na plażę. Oczy zachodzą mi mgłą od słonego wiatru przeciskającego się między naszą samotną trójką. Teraz już widzę, jak ziarna piasku zsuwają się pod wpływem wiatru z samego szczytu wydmy i lądują geometrycznymi zakolami po zawietrznej stronie. Ryk oceanu zdaje się wypełniać całą przestrzeń znanego mi świata; kulę się w sobie, ale idę dalej, trzymając ojca i matkę za ręce. Chciałbym im opowiedzieć o moim strachu, o lęku przed wspinaniem się na wierzchołek drewnianej fortyfikacji. Obawa przed tym, co zobaczę po drugiej stronie wydmy może być irracjonalna dla dorosłego człowieka – ale nie dla czterolatka, który nigdy wcześniej nie widział wielkiej wody. Wiatr smaga mnie po policzkach. Mama śmieje się i żartuje, że ten sztorm zaraz nas porwie i uniesie w górę, do nieba. Tata poprawia mi kurtkę, zakłada kaptur na głowę. Wchodzimy na drewniany pomost prowadzący na plażę. Ziarenka piasku siekają moją twarz; mrużę oczy, aby uchronić źrenice przed wiatrem i napastliwymi igiełkami kwarcu. Zbliżam się do Nieznanego. Wchodzimy po drewnianych stopniach. Słyszę, jak nasze buty dudnią po pomoście. Po chwili widzę, że piaszczysty horyzont wydmy zaczyna opadać w rytm moich małych, dziecięcych kroków. Jesteśmy już na górze, ale ja mocno zaciskam powieki – aż do bólu. Słyszę potężny ryk oceanu, ale wciąż nie otwieram oczu. Strach miesza się z fascynacją. Ojciec dostrzega mój stan. Kuca przy mnie, delikatnie przeciąga ręką po twarzy.

– Jack, nie bój się. Otwórz oczy. Spójrz, to ocean.

Z ociąganiem, niemal płacząc, przychylam się do prośby ojca. Patrzę i już po chwili dopada mnie ciężka, ogłuszająca lawina pierwszej w moim życiu synestezji.

 

***

 

Mój nowy dom położony jest w niezwykle pięknej okolicy. Wznosi się na zboczu zielonego wzgórza, z którego roztacza się wspaniały widok na panoramę masywu McKinley. Mieszkanie, zgodnie z obowiązującym trendem, wyposażono we wszystkie najnowsze udogodnienia, więc nie pozostaje mi nic innego jak kontemplować piękne pejzaże i rozsądnie dzielić czas między relaks i pracę.

Dostałem nowe zadanie. Przesłano mi raport, opisujący zupełnie nowe, niespotykane dotąd zjawisko. Ludzie uciekają z Sieci. Na początku była ich garstka, potem – całe tysiące. Ich IP przestawało odpowiadać, a dusze prawdopodobnie wpadały do zupełnie nowych, niezidentyfikowanych przez nas serwerów, które roboczo nazwaliśmy pirackimi. Pierwsze ucieczki pojawiły się niespodziewanie, bez żadnego racjonalnego powodu. Zaskoczenie było tak duże, że nawet ja nie umiem znaleźć odpowiedniej nazwy na ten proceder, który na początku wydał mi się co najmniej niedorzeczny i przyprawiony ekstrawagancją. Nikt nie jest w stanie podać logicznego powodu tego zachowania, tym bardziej, że wiąże się ono z poważnym ryzykiem utracenia kontaktu z rzeczywistością. Uciekinierzy mogą funkcjonować na wylogu tygodniami, miesiącami. Ale powrót do realnego świata wiąże się ze skutkami ubocznymi: histeriami, depresjami, chorobami psychicznymi… Całość sprawy jest na tyle interesująca, że pochłonęła mój umysł na długie tygodnie, które upływają mi szybko w przyjaznej atmosferze pobliskich gór i muzyki Jana Sebastiana.

Rozciągam pulpit i zaczynam przeglądać dokumenty. Dane są interesujące, a koncepcje podsuwane przez centralę – coraz bardziej osobliwe. Z ukrytych w suficie, ścianach i podłodze głośników wydobywa się kojąca zmysły linia kolorów, zapachów, dźwięków – Sztuka fugi.

Jakiś kształt zamajaczył mi w polu peryferyjnego widzenia. Odsuwam nakładki. Mrugam jak dziecko, które po raz pierwszy widzi jakiś nowo poznany przedmiot. Szóstki zaczynają świergotać jak stado wróbli szykujących się do lotu. Na tarasie stoi postać ubrana w wiosenną, chabrową sukienkę. Kobieta nie znika. Widzę ją przez wielką panoramiczną szybę okna. Uśmiecha się do mnie i macha ręką – jakby na powitanie.

 

 

 

sierpień / wrzesień 2014

 

Koniec

Komentarze

Głodnyś, Jacku? Die Kunst de Fuge”  J. S. Bacha – DER Fuge

Jeszcze nie czytałam, na razie zajęłam się wstępem cheeky

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

@bemik: Oj, głodnym… bardzo… – oczywiście, jak zwykle Twoich (Waszych) komentarzy blush. Dzięki za uważne przeczytanie… wstępu wink. Zjedzona literka – zwrócona.

...always look on the bright side of life ; )

Czytam i na bieżąco: ta poezja to nie haiku. Sprawdziłeś jak wygląda schemat haiku?  5-7-5 sylab.

Co robię kiedy mam problem z bezsennością? – przecinek przed kiedy

poczcziwy – literówka

spójna Bachowska linia melodyczna – bachowska chyba małą literką, bo to przymiotnik

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Zaczyna się jak “Romantyczność” A.M. ;-)

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

nierozczytane piktogramy z zapomnianego kamienia z Rosetty. – raczej nieodczytane , bo “nie mogę rozczytać” oznacza bazgroły, a piktogramy były czytelne, tylko my nie znaliśmy klucza

Może za wcześnie, może później wyjaśniasz, ale notuję pytanie: Dlaczego mi to robisz?! Kurwa, dlaczego?!

Jedyny zmysł, na którym mogę się oprzeć, to słuch i czucie. – dwa zmysły?

Sztuka Fugi – według mnie fuga małą literą, bo to nazwa pospolita. Po niemiecku była dużą, bo rzeczowniki pisze się dużą. 

To szyby witraży wystrzeliły z potężną siłą do środka! – implodowały 

Wpadamy do środka niewysłowionego inferno świateł, zapachów, dźwięków, odczuć – inferno to piekło, a ja w opisie nie poczułam, że to piekło

Na razie koniec czytania. Część druga później lub jutro.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

@bemik: ta poezja to nie haiku.

Poeci piszący w innych językach (czyli nie w japońskim), ze względu na odmienną budowę struktur wyrazowych, często nie stosują japońskiego metrum, zachowując jednak ducha tej sztuki. Nie chodzi o ilość sylab, tylko o ducha haiku

 

bachowska chyba małą literką, bo to przymiotnik

Przymiotniki odimienne w znaczeniu dzierżawczym piszemy dużą literą

 http://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/przymiotniki-od-nazwisk;1730.html

 

...always look on the bright side of life ; )

Dzięki Jacku za wyjaśnienie z nazwiskami – przeczytałam zalinkowany tekst i mam jasność. 

Co do haiku – generalnie się z Tobą zgodzę (z duchem haiku też), ale poeci w innych językach niż japoński starają się jak najbardziej zbliżać z ilością sylab do oryginału. U Ciebie nie ma nawet takiej próby, dlatego zwyczajnie usunęłabym słówko haiku i po ptokach.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

y. p R,.wwwzsd ---> a nie: y. P r,.wwwzsd?

@AdamKB: no, można… ; ) Aczkolwiek, jak sam widzisz, kropek i przecinków tu mnóstwo, więc ścisła ortografia też może być umowna (oczywiście, w tym konkretnym przypadku)

...always look on the bright side of life ; )

@bemik: (…) U Ciebie nie ma nawet takiej próby, dlatego zwyczajnie usunęłabym słówko haiku i po ptokach.

 

Wierszyk ma trzy wersy jak rasowe haiku :) A jeśli chodzi o to, jak się pisze/ przekłada haiku na jęz. polski polecam np. “haiku” Miłosza: zobacz, jaka tu jest dowolność w traktowaniu frazy.

http://greybrow.iq.pl/teksty_old/haiku_ksiazka.html

 

 

...always look on the bright side of life ; )

Jacku, ja chyba źle się wyrażam.  Znam hailu Miłosza (nie wszystkie oczywiście). Dobrze, że je pokazałeś, bo już wiem, co chciałam Ci wytknąć. Miłosz TŁUMACZYŁ haiku, Mea i Jack TWORZYLI.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

@bemik: błagam Cię, są w tym tekście ważniejsze rzeczy niż to… haiku ; / To tylko luźna interpretacja tej nazwy, nikt nie wysyła tego wiersza na festiwal japońskiej poezji wink

...always look on the bright side of life ; )

Wiesz, właśnie miałam Ci to samo zaproponować – dajmy sobie spokój. Wybacz, czepnęłam się pierdoły. Widać powinnam sobie dać na dziś spokój z czytaniem blushbo robię się upierdliwa do bólu. Sama tego nie lubię. Jeszcze raz sorki.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

@bemik: Spoko. Luuuuuuzzzz…. : ) Dzięki za uważne czytanie tekstu. To co wymagało korekty – poprawione yes

...always look on the bright side of life ; )

Jednak nie mogłam odpuścić i doczytałam do końca. Nooo, Jacku, zaniemówiłam, a to rzadko mi się zdarza. Wykreowany przez Ciebie świat nie wymaga moim zdaniem żadnych dodatkowych tłumaczeń. Sprawdziłam sobie znaczenie słowa synestezja – to dużo mi wyjaśniło. Nie wiem, czy nie powinieneś we wstępie odesłać czytelników do odpowiedniego linka. Może inni są erudytami i znają to słowo.

Tekst zrobił na mnie ogromne wrażenie, dużo lepszy od Trzeciego nieba. Jest kompletny. Troszkę mnie pomęczył fragment związany z informatyką, ale nawet ja, totalny informatyczno-komputerowy gamoń, nie poczułam się za bardzo skołowana.

Nie wiem, czy nie szkoda tego tekstu na portal, czy nie powinieneś tego posłać do mc do papierowej fantastyki.

Gratuluję! 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

smiley Dzięki.

...always look on the bright side of life ; )

No! Teraz to jest ciekawie; i świat, i historia.

W temacie haiku zgadzam się z Bemik. Mi też liczba sylab nie pasowała.

C123 i C124 – mam wrażenie, że jedno określenie za jakiś czas przekształca się w drugie. Z D124 i D125 analogicznie. Ale może coś źle interpretuję.

„Naszą wizji z Ulis…”

Tak miało być? Rozumiem urwanie, ale “wizji”?

Zaskoczyło mnie, że zdecydowali się wykasować pamięć jedynemu człowiekowi, który o własnych siłach zrozumiał komunikat. No, kurczę, tak się unikatom nie robi!

 

PS. Adamie – swoim komentarzem przejechałeś przez bandę. ;-) Aż się cw,ctp przypomina.

 

Babska logika rządzi!

“Wlazło” mi w oczy, bo wytłuszczone, jak dla – e, nie powiem, dla kogo… :-)

@Finkla:

 

→ C123 i C124 – mam wrażenie, że jedno określenie za jakiś czas przekształca się w drugie.

C123 i D124 ; ) 

– C : klasyfikacja wypadków dot. pojazdów i maszyn

– D : klasyfikacja dot. wypadków ludzi

 

→ Zaskoczyło mnie, że zdecydowali się wykasować pamięć jedynemu człowiekowi, który o własnych siłach zrozumiał komunikat. No, kurczę, tak się unikatom nie robi!

Zanim wykasowali mu (częściowo) pamięć – napisał wyczerpujący raport, więc to, co chcieli od niego wyciągnąć – mieli w raporcie. Może nie chcieli dopuścić, żeby Jackowi przydarzyło się to, co Mei, może chcieli zlikwidować traumę po jej utracie , albo Królowa uznała, że poradzi sobie bez Jacka… ; )

 

Dzięki, Finklo, za pochwałę i nominację do Biblioteki. Twoje uznanie dla tego tekstu znaczy dla mnie wiele blush.

...always look on the bright side of life ; )

Ooo, popieram, tekst zdecydowanie powinien zaliczyć papier. Bo to definicja prawdziwej SF. Siła takiej fantastyki polega na możliwości kreowania oryginalnego świata nie tylko ku uciesze gawiedzi, ale po to, by móc postawić ważne pytanie i mieć narzędzie do poszukiwania satysfakcjonujacej odpowiedzi. Wykorzystujesz to po mistrzowsku. Kontakt z bytem skrajnie odmiennym, z istnieniem opierającym się na kompletnie innych zasadach, to szalenie trudna sprawa. Bo jeśli założymy, że Obcy są zbyt od nas inni, by móc po prostu wylądować na trawniku pod Białym Domem, zamachać flagami w pacyfki i wypuścić stado białych gołąbków, to co wtedy? Totalna odmienność bytu to skrajnie inny sposób pojmowania rzeczywistosci, jak więc znaleźć płaszczyznę porozumienia? Jakie warunki muszą być spełnione? I tu właśnie pokazujesz swój kunszt, bo sposób, w jaki pokazujesz zasadę działania kodu obcych, drogę przekazania informacji, to najlepszy opis Pierwszego Kontaktu, jaki znam. Serio. Wystarczająco skomplikowany, by pokazać niesamowitą złożoność procesu i wystarczajaco czytelny, bym ja, średnio inteligentny szaraczek, mógł stwierdzić: Aaa, rozumiem. Zaiste, sztuka to niebywała. Szacunek.

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Tak, uznanie Finkli znaczy wiele, ale nie aż tyle, żeby sprawdzić, czy czasem nie ma racji. ;-p

Jak wiecie, wczoraj doszło do wypadku na naszej stacji, określonego w katalogu incydentów jako wydarzenie C123. […] Kilka godzin po incydencie C123, nastąpił inny nieoczekiwany wypadek, oznaczony jako D124.

O godz. 17:25 czasu pokładowego Ulissesa zaczyna się incydent C124. […] Rozpoczyna się incydent D125.

Porównaj te dwa fragmenty. Tak miało być?

Babska logika rządzi!

Tyle zachwytów, a nominacja do piórka gdzie?

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

@Finkla: Kajam się i poprawiam numerację (C123, D124 – w całym tekście konsekwentnie tak samo). Po północy moje szóstki pracowały na rezerwie. Teraz już wszystko powinno być OK. :) Dzięki za uważne czytanie tekstu. Respekt.

...always look on the bright side of life ; )

@bemik, @thargone: A z tym papierem to… ciekawa koncepcja ; ) enlightened

...always look on the bright side of life ; )

A teraz komentarz od twego oddanego czytelnika.

:-)

 

Oj, Jacku, namieszałeś w uniwersum, namieszałeś! Obcy? Zaskoczyło mnie to. Przyznam, że spodziewałem się, że pójdziesz w inną stronę. Skupisz się bardziej na Niebie i jakiejś moralnej puencie, która odmieni Nazgula życie…

 

Tak się nie stało. Tekst jest świetny, ale ja czuję niedosyt. Pomysł świetny, z ogromnym potencjałem, który, odnoszę wrażenie, można było zrealizować… jeszcze lepiej. Rozumiem, że sama treść ma skłaniać do refleksji, ale jeśli chodzi o obcych, za dużo mam pytań. 

Co do głównych bohaterów, też jakoś mnie do siebie nie przekonali. Nawet “odejście” Mei nie wywołało u mnie choć cienia emocji. Ot, kolejna śmierć, papierowej postaci.

A co do fabuły, to pomijając wszystkie “smaczki” (chwała, że są!) i skupiając się tylko na ciągu wydarzeń to całość jest… mało oryginalna. Jeśli chodzi o sam pomysł z przesłaniem informacji od obcych to początkowo pomyślałem, że świetne, później, że przekombinowane. Po co kierowali się takim skomplikowaniem? Jedni powiedzą, że miał to być test, a jego odczytanie to dowód, że jesteśmy gotowi na kontakt, ale ja powiem, że to tylko dowód infantylności obcych bawiących się swą wyższością nad nami. Uważam to za pseudointelektualną grę. Inteligentne stworzenie chcąc nawiązać kontakt sięga po jak najprostsze rozwiązania, by mieć pewność, że zostanie zrozumiany. Choć rozumiem, że moja teoria nie jest zbyt intrygująca i daleko jej od hollywoodzkiej mody odnośnie kontaktu z obcą cywilizacją.

 

Pomarudziłem trochę, ale “Trzecie niebo” mnie zmiażdzyło i jak mówi młodzież, wgniotło mnie w fotel. Dlatego moje oczekiwania były ogromne…

 

Ale opko i tak jest rewelacyjne. Dziękuję ci Jacku za tą dobrą godzinę(!) poświęconą na lekturę. Twoje teksty to dla mnie literackie święto!

 

Pozdrawiam!

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

@Nazgul: Że „namieszałem”? – fakt, uniwersum 3N zaczyna się wzbogacać o zupełnie nowe wydarzenia i zwroty akcji. Nakładanie różnych punktów widzenia to zabieg zawsze karkołomny, szczególnie z punktu widzenia kogoś, kto „przyzwyczaił się” już do jakiegoś „status quo” pierwszej historii.

Jak sam wiesz, w 3N narzekano na brak akcji i wyrazistych bohaterów. Wykonanie „lepszej kontynuacji/kopii” Trzeciego Nieba byłoby zabiegiem bardzo ryzykownym – dlatego zdecydowałem się pójść w zupełnie Innym wink kierunku. Zresztą, myślałem już o tym pisząc 3N (por. 3N: “Po raz pierwszy od wieków Ul był zagrożony biologicznym wymarciem i do samego końca nie można było zlokalizować, skąd nadciąga zagrożenie ani jaki jest jego rozmiar. Niektórzy twierdzili, że to zorganizowany atak obcej cywilizacji, inni – że to po prostu niszczący wpływ Nudy”.)

A co do Twojego niedosytu, to… bardzo dobrze, że go odczuwasz! Lepszy niedosyt niż przesyt, IMO rzecz jasna. Pragnę Cię uspokoić, Drogi Nazgulu, to nie jest raczej ostatnie słowo jeśli chodzi o uniwersum 3N. Wszystko przed nami… – taką mam przynajmniej nadzieję.

Dzięki za ciekawy, bardzo konstruktywny komentarz. Twoje uwagi wezmę sobie do serca… Kto wie, co jeszcze przyniesie przyszłość – co zrobi Jack i Mea wobec zagęszczających się wokół nich wydarzeń… Pozdrawiam!

...always look on the bright side of life ; )

Drogi Nazgulu, nie sądzę, by Obcy prowadzili jakąś grę z Ludzkością, czy próbowali testować nasze metody poznawcze i inteligencję. To po prostu była najprostsza z możliwych dla nich form kontaktu. Dlatego czekali, aż rozwój technologiczny pozwoli ludziom na solidny tuning możliwości umysłu i spektrum poznawczego. Nie mogli po prostu puścić powitalnego spotu na ekranach wszystkich smartfonów na świecie.

Rzeczywiście, “Trzecie niebo” też wbiło mnie w fotel, a raczej w sofę. Szczątkowa fabuła wcale mu nie zaszkodziła, to fabuła własnie jest najsłabszym punktem “Sztuki fugi”.

Co nie zmienia faktu, że to jedno z najlepszych opowiadań, jakie czytałem od dawna.

Pozdrawiam!

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

@thargone

Ja nadal uważam, że inteligentna rasa jeśli naprawdę chciałaby by się z nami skontaktować zrobiłaby to w czytelny, klarowny do bólu sposób. Nie potrzebowaliby takiego pseudotestu, by sprawdzić nasz rozwój intelektualny i technologiczny, bo skoro znają Bacha, to i wiedzą o nas o wiele więcej.

 

To jest jak z eksperymentami z… małpami.

Chcemy, by wykonała jakąś czynnoś i staramy się jej to w oczywisty sposób przekazać, by doszło do wzajemnego ZROZUMIENIA, więc  w takiej sytuacji tworzenie szyfru jest nie oznaką inteligencji, a głupotą. Mądry człowiek dąży do komunikacji w jak najprostszy sposób, a nie używa lingwistycznych zagadek w nadzieji, że w końcu znajdzie się małpka, która to rozszyfruje.

 

 Ale, że literatura potrzebuje nietuzinkowych rozwiązań to szyfr z tego opka, trzeba przyznać, intrygujący. Nie poczytuję go na minus. Po prostu podzieliłem się własną refleksją na ten temat.

Pierwszy kontakt przeważnie buduje się na jakimś skomplikowanym szyfrze, dla mnie to paradoks. Skoro, naprawdę chcą się skontaktować, to szukają najłatwiejszej drogi.

 

Trzeba przyznać Jacku, że twoje teksty skłaniają do refleksji! I to chyba, nie zawsze, na oczekiwane przez ciebie tematy…

;-)

Literatura to osobliwa kreatura, piękna i brzydka, słodka i gorzka, zupełnie jak… miłość.

 

Pozdrawiam!

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

@Nazgul, @thargone: Jeśli tekst skłania do refleksji i stawia pytania, na które nie ma prostych odpowiedzi, to już nie jest źle. To jest bardzo dobrze! : )

Nazgulu, twój punkt widzenia jest do przyjęcia, ale… pod jednym warunkiem: że Obcy (ja wolę sformułowanie Inni) chcieliby kontaktu ze wszystkimi mieszkańcami Układu Słonecznego. Zwróć jednak uwagę na interesującą rzecz: im nie zależy na kontakcie ze wszystkimi – wybierają sobie grono stu czterdziestu czterech tysięcy (w tym Jacka i Meę). Wybierają sobie osoby posiadające pewne konkretne cechy… To nie jest Kontakt nastawiony na ilość, tylko na jakość. Pozostaje tylko pytanie – dlaczego akurat tak to sobie obmyślili… wink

edit: Uważam, że inteligentna rasa jeśli naprawdę chciałaby by się z nami skontaktować zrobiłaby to w czytelny, klarowny do bólu sposób.

Mówisz „czytelny” sposób. Ale co to właściwie znaczy? Zobacz, teraz najprostszym sposobem nawiązania Kontaktu byłyby fale radiowe, ale jeszcze sto dwadzieścia lat temu nikt takiego sygnału z Kosmosu ani by nie wychwycił, ani tym bardziej nie rozkodował. To, co z naszego punktu widzenia wydaje się czytelne i proste, wcale nie musi być takie z punktu widzenia zupełnie odmiennie funkcjonującego bytu. Dziś naukowcy wiedzą o ciemnej materii “tylko tyle”, że powinna być. Ale nie są w stanie ani jej wykryć doświadczalnie, ani zrozumieć, z czego jest stworzona – a przecież wszystko wskazuje na to, że otacza nas ze wszystkich stron. Ciemna materia nie wyśle do nas sygnału radiowego, tak jak w kompletnej próżni nie usłyszymy dźwięku. Nasze oczekiwania względem Kontaktu nie muszą być kompatybilne z oczekiwaniami Drugiej Strony.

...always look on the bright side of life ; )

A co, jeśli to działało w drugą stronę? Znaczy, kod powstał, by ułatwić komunikację, nie utrudnić? Ten Bach, wizje, możliwa do złamania matematyka szyfru, to wszystko po to, żeby przybliżyć, przetłumaczyć język obcych na ludzką sferę pojmowania? Wszak jackowi Obcy różnią się od nas dużo bardziej, niż, powiedzmy, orangutany.

Cóż, możemy temat drążyć, ale to świadczy tylko o klasie opka. Jest to, jak zauważyłeś, Literatura. Wielka litera zamierzona.

Pełen szacun, panie Jacku.

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Sorki, chyba spóźniłem się lekko z ostatnim komentarzem. Racja Drogi Jacku, sto czterdzieści cztery tysiące wybranych, Naznaczony – Mesjasz, że też nie zauważyłem od razu.

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Dlaczego?

;-)

 

Dziwna metoda. Skoro ich kontakt wiąże się z niebezpieczeństwami (przypadek Mei). Zależy im tylkona tych 144 000? Zatakowali tych, których najbardziej się obawiali? A może miała to być jakiegoś rodzaju indoktrynacja, pranie mózgu. W końcu Jack zaklina się, że przybywają w pokoju i nie mają złych zamiarów.

Cholercia. Z tymi obcymi, a raczej przez tak słabe ich nakreślenie biję się teraz z różnymi teoriami. Trzeba przyznać, że to był genialny zabieg – zdradzić tak niewiele.

Choć już wiem o czym będzie kolejne opko;-)

I przyznam, że nie łatwy orzech masz Jacku do zgryzienia!

Masz mnie zaskoczyć;-) Odpowiadając na moje pytania w kolejnym tekście ma mi… szczena opaść;-)

Liczę na ciebie!

 

Jako wskazówkę podam “Piknik na skraju drogi” Strugackich. “Wyjaśnienie” wizyty obcych w tej książce wgniotło mnie w fotel. Zabawne i jednocześnie… straszne.

 

Pozdrawiam!

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

@Nazgul: Spoko. Coś się wymyśli wink

edit: Każda dobra inspiracja jest na wagę złota.

...always look on the bright side of life ; )

A swoją drogą, lubię kiedy dyskusja pod/nad tekstem nie ogranicza się tylko do ogonkologii i wychwytywania potknięć językowych (chociaż, oczywiście, wszystko jest potrzebne). Dobrze jest  podyskutować o ideach, koncepcjach, punktach odniesienia – to zawsze rozwija, skłania do przemyśleń. Możemy się różnić poglądami, ale to przecież nie przeszkadza darzyć się sympatią.

...always look on the bright side of life ; )

Obawiam się, że nie tylko nic mądrego, ale w ogóle niewiele mam do powiedzenia po lekturze Sztuki fugi. Myślę, że opowiadanie przerosło mnie, choć bardziej prawdopodobne jest, że to raczej ja doń nie dorosłam i, nieprzygotowana, nie dostąpiłam łaski pojęcia wszystkich fachowych terminów, które obficie rozmnożyły się w tekście. Pewnie skutkiem tego coś mi umknęło, inne coś nie dotarło, a trzecie coś pozostało niezauważone. Nic na to nie poradzę, ale jestem szalenie odporna na tę wiedzę i chyba tak już pozostanie, aż po kres moich dni.

Mimo wszystko udało mi się doczytać do końca, pojąć ogólny zamysł i docenić urodę zdań. ;-)

 

Nie było po­trze­by ścią­gać tu więk­szej ob­sa­dy. Oszczęd­ność za­wsze była w cenie, nawet w erze wszę­do­byl­skiej roz­rzut­no­ści. – Wolałabym: Nie istniała po­trze­ba ścią­gnięcia tu więk­szej ob­sa­dy. Oszczęd­ność za­wsze była w cenie, nawet w erze wszę­do­byl­skiej roz­rzut­no­ści. Lub: Nie było po­trze­by ścią­gać tu więk­szej ob­sa­dy. Oszczęd­ność wciąż pozostawała w cenie, nawet w erze wszę­do­byl­skiej roz­rzut­no­ści.

 

Widzę ją już z da­le­ka. Ubra­ła się w zwiew­ną, cha­bro­wą su­kien­kę. Ciem­ne włosy upię­ła w fan­ta­zyj­ny kok. – Czy widząc dziewczynę z daleka, można dostrzec, że włosy upięła w fantazyjny kok? ;-)

 

Dwie go­dzi­ny mija jak jedna chwi­la.–  Dwie go­dzi­ny mijają jak jedna chwi­la.

 

Po­śród drzew strze­la w niebo nie­bo­tycz­na pa­no­ra­ma roz­świe­tlo­nych wy­so­ko­ściow­ców Neo Man­hat­ta­nu. – Wolałabym: Po­śród drzew strze­la w chmury nie­bo­tycz­na pa­no­ra­ma roz­świe­tlo­nych wy­so­ko­ściow­ców Neo Man­hat­ta­nu.

 

Mea wpa­tru­je się we mnie tymi swo­imi wiel­ki­mi ocza­mi… – Czy istniała możliwość, by Mea patrzyła tamtymi, cudzymi oczami? ;-)

 

Mu­zy­ka prze­śli­zgu­je się po­mię­dzy otwar­ty­mi kar­ta­mi ar­ku­szy kal­ku­la­cyj­nych, wpla­ta się mię­dzy ko­lum­ny i grafy. – Wolałabym: Mu­zy­ka prze­śli­zgu­je się wśród otwar­ty­ch kar­ta­mi ar­ku­szy kal­ku­la­cyj­nych, wpla­ta się mię­dzy ko­lum­ny i grafy.

 

…wi­ru­ją jak skrzy­dła dmu­chaw­ców na wio­sen­nym wie­trze. – Ponieważ dmuchawce nie mają skrzydeł, proponuję: …wi­ru­ją jak puch dmu­chaw­ców na wio­sen­nym wie­trze.

 

Moje po­wie­ki za­trze­po­ta­ły bez­wied­nie w szyb­kim, nie­re­gu­lar­nym ryt­mie. Widzę i sły­szę wszyst­ko, ale nie mogę się ru­szyć. Wciąż nie mam wła­dzy nad swoim cia­łem. Pierw­sza bitwa i od razu po­raż­ka. Elek­tro­nicz­ny bip anon­su­ją­cy bicie serca wy­peł­nia salę, wy­peł­nia moją głowę, wy­peł­nia wnętrz­no­ści. – Przykład zbędnych zaimków. Wiemy że dziewczyna mówi o własnych odczuciach.

 

Dok­tor Pie Si­lvia­ni (obro­na cy­wil­na, łącz­ność, sys­te­my na­słu­chu)…Dok­tor Pię Si­lvia­ni (obro­na cy­wil­na, łącz­ność, sys­te­my na­słu­chu)…

 

Od czasu do czasu przy­glą­dam się ze­bra­nym już bez więk­sze­go za­in­te­re­so­wa­nia. – Dlaczego zebrani stracili zainteresowanie zebraniem się? ;-)

Może: Od czasu do czasu, już bez więk­sze­go za­in­te­re­so­wa­nia, przy­glą­dam się ze­bra­nym.

 

Je­dy­ne zmy­sły, na któ­rym mogę się oprzeć, to słuch i czu­cie.Je­dy­ne zmy­sły, na któ­rych mogę się oprzeć, to słuch i czu­cie.

 

W roz­gę­stwio­nym mroku widzę setki ko­lumn… – Kiedy mrok jest rozgęstwiony? Czy rozgęstwiony, to inaczej mniej gęsty, czy wręcz przeciwnie?

 

…cichy na po­cząt­ku dźwięk or­ga­nów roz­ra­sta się, po­tę­gu­je z każdą chwi­lą, roz­krza­cza na wiele lśnią­cych… – Wolałabym: …cichy na po­cząt­ku dźwięk or­ga­nów roz­ra­sta się, po­tę­gu­je z każdą chwi­lą, roz­krzewia/ pleni na wiele lśnią­cych

 

…wi­ro­wał jak piór­ko na wie­trze i do­cie­rał do mnie z in­ne­go wy­mia­ru rze­czy­wi­sto­ści. Dźwię­ki na­kła­da­ją się na sie­bie, ale ja nie tracę wątku linii me­lo­dycz­nych – cho­ciaż czuję, że ta mu­zy­ka mnie prze­ra­sta, prze­ma­wia do mnie nie jak po­je­dyn­czy utwór, ale jak dzie­siąt­ki mó­wią­cych do mnie jed­no­cze­śnie ludzi. Tracę po­wo­li ro­ze­zna­nie, gdzie w tym wszyst­kim je­stem ja, a gdzie świat wokół mnie. – Czy to celowe powtórzenia?

 

Nagle czuję dotyk cie­płej dłoni na swoim ra­mie­niu. – Czy bohater mógł poczuć dotyk na cudzym ramieniu? ;-)

 

Naraz dźwię­ki, ogni­ki, lśnie­nia i róż­no­barw­ne szkło wi­ru­ją­cych wi­tra­ży, całe to nie­ziem­skie zbie­go­wi­sko wra­żeń – za­czy­na krą­żyć, tań­czyć, ukła­dać się w naj­pięk­niej­szą, naj­bar­dziej przej­mu­ją­ca wizję, ja­kiej kie­dy­kol­wiek w życiu do­świad­czy­łem. – Zbiegowisko, jeśli już, kojarzy mi się raczej ze zbiegiem okoliczności. Tu proponowałbym: …całe to nie­ziem­skie skupienie/ skupisko wra­żeń – za­czy­na krą­żyć

 

W po­tęż­nej ob­ję­to­ści nawy głów­nej prze­su­wa się drga­ją­cy obłok prze­świe­co­ne­go świa­tłem szkła. – Może: W po­tęż­nej ob­ję­to­ści nawy głów­nej prze­su­wa się drga­ją­cy obłok przesyconego/ prze­nikniętego/ przepojonego/ świa­tłem szkła.

 

Zmora każ­de­go śnią­ce­go wizje – byle by tylko nie za­po­mnieć snu…Zmora każ­de­go śnią­ce­go wizje – byleby tylko nie za­po­mnieć snu

 

…sto czter­dzie­ści czte­ry ty­sią­ce ludzi roz­sia­nych po całej Ukła­dzie Sło­necz­nym do­sta­je szóst­ko­wej za­pa­ści. – …sto czter­dzie­ści czte­ry ty­sią­ce ludzi roz­sia­nych po całym Ukła­dzie Sło­necz­nym do­sta­je szóst­ko­wej za­pa­ści.

 

Zo­sta­łem od­cię­ty od in­for­ma­cji do­ty­czą­cych kon­tak­tu. Nie wi­dzia­łem nic. – Czy w drugim zdaniu nie powinno być: Nie wie­dzia­łem nic.

 

Mo­głem wszyst­ko do­kład­nie prze­my­śleć, za­sta­no­wić się nad sobą i roz­wo­jem sy­tu­acji. Za­sta­na­wia­łem się, czy lu­dzie wie­dzą już… – Może w drugim zdaniu:  Spekulowałem/ Rozważałem , czy lu­dzie wie­dzą już

 

Usi­ło­wa­łem od nowa uło­żyć ele­men­ty tej za­wi­łej ukła­dan­ki. – Może: Usi­ło­wa­łem od nowa uło­żyć ele­men­ty tej za­wi­łej łamigłówki/ zagadki/ puzzli. Lub: Usi­ło­wa­łem od nowa uporządkować/ ustawić ele­men­ty tej za­wi­łej ukła­dan­ki.

 

Ca­łość spra­wy jest na tyle in­te­re­su­ją­ca, że po­chło­nę­ła mój umysł na całe ty­go­dnie…Ca­łość spra­wy jest na tyle in­te­re­su­ją­ca, że po­chło­nę­ła mój umysł na długie ty­go­dnie/ wiele tygodni

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

@regulatorzy: Przybywasz we właściwym momencie! Właśnie miałem zamiar “przeczyścić sobie” jeszcze raz ten tekst ; )

...always look on the bright side of life ; )

Dobrze, że chociaż w ten sposób do czegoś się przydam. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jestem nadal pod wrażeniem tego tekstu, mimo że mogłam go podziwiać od jakiegoś czasu za sprawą bety. Jacku, myślę, że faktycznie powinieneś go wysłać do NF, a z całego uniwersum stworzyć serię opowiadań i po prostu uderzyć do wydawnictwa. Kibicuję Ci z całego serca.

 

PS @Regulatorzy, jesteś dla mnie nieustającą inspiracją (ile rzeczy mi umknęło!), szczególnie dziękuję za to hasło:

 …wirują jak skrzydła dmuchawców na wiosennym wietrze. – Ponieważ dmuchawce nie mają skrzydeł, proponuję: …wirują jak puch dmuchawców na wiosennym wietrze.

:) Jacku, Wiwi – HA! :D

No dobra, myślałem, że będę cokolwiek oryginalny, a tu już kilka (eee, wszyscy komentujący?) osób mnie uprzedziło. W mojej opinii, to nie jest tekst na portal. Jakikolwiek.

To jest utwór na tyle dojrzały i na tyle świetnie napisany, że spokojnie zasługuje na publikację na papierze.

Bardzo spodobała mi się dynamika – to nie tak, że się błyska w tekście na prawo i lewo, ale dialogi i opisy pojawiają się w idealnym momencie, takim, że opowiadanie cały czas utrzymuje maksymalny moment obrotowy. No, to jest już umiejętność pisania najwyższych lotów, szczególnie przy czymś tak długim. Zdania.

Czy tu było cokolwiek niezgrabnego, w ogóle? Jeśli powiem, że czyta się to jak książkę, to czy wystarczy? Ja po prostu nie widzę różnicy pomiędzy czymś, co kupuję za 40,– w takim Matrasie, a Twoim pisaniem.

Wielkie gratulacje. Uff. No i dzięki za zaproszenie do tekstu.

Tak… jestem zazdrosny. ;)

And one day, the dream shall lead the way

Inspiracją? Co też opowiadasz Rooms. Tylko wyłapuję byczki i inne niezręczności. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

 “Jacku, Wiwi – HA! :D“ – Och.. Rooms, ale masz teraz satysfakcję, co? :) może i dmuchawce nie mają skrzydeł, ale mimo wszystko “skrzydła dmuchawców” brzmi lepiej niż jakiś tam puch ;P a poza tym, kto powiedział, że to są takie dmuchawce jakie my znamy…? W świecie wykreowanym przez Jacka są dmuchawce, które skrzydła mają! (taka futurystyczna odmiana). Prędzej czy później będziesz musiała się z tym pogodzić, rooms…. ;)

Każdy koniec daje szansę na nowy początek...

A tak w ogóle ReX87, rooms zgadzam się z wami w zupełności:) Opowiadanie Jacka, tym razem przerosło chyba oczekiwania większości (a już na pewno moje!). Nie ma tu nic przypadkowego, wszystko jest przemyślane i dopracowane. Czytając chce się więcej i więcej…. to naprawdę świetny materiał na książkę:)

Mój postulat jest tylko jeden: Jacku przestań o tym myśleć, tylko to w końcu zrób! :)

A swoją drogą to żal mi d… ściska, że nie umiem tak pisać jak Ty ;p i niestety nie mam nawet złudzeń, że kiedyś osiągnę podobny poziom :/ Jedyne co mi pozostaje to czytać, podziwiać, wychwalać i kibicować… :)

Każdy koniec daje szansę na nowy początek...

Hej, ludzie, o czym Wy tu… wink Myślałem, że już mnie nic nie zaskoczy na tym portalu, ale… myliłem się…

@rooms, @Rex87: Dzięki za opinie o tekście. Istotnie, trzeba będzie pomyśleć o papierowym wydaniu. Trzeba kuć żelazo póki gorące…

@regulatorzy: Tak. Twoje uwagi inspirujące. Czy tego chcesz, czy nie ; )

@ wiwi: Jak Ty się wyrażasz? ; )

 

PS. A te DMUCHAWCE, to będę pamiętał do końca życia. Serio. cool

...always look on the bright side of life ; )

Jacku, bardzo się cieszę, że uwagi inspirują, choć nie przypuszczałam, że mogą ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Żal mi drogi oddechowe ściska… Jacku ;) Brak mi tchu przy Tobie

Każdy koniec daje szansę na nowy początek...

Tzn. twoja twórczość zapiera mi dech w piersiach :)

Każdy koniec daje szansę na nowy początek...

@wiwi: Pamiętaj, że omyłkowo wprowadzone komentarze można zawsze usunąć lub edytować ;)

...always look on the bright side of life ; )

Mam nadzieję, że dyskusja nad merytoryczną (za)wartością tekstu jeszcze się nie zakończyła. Czekam na opinie kolejkowiczów – i nie tylko. Fakt, przeczytanie tekstu, który ma 75k znaków nie jest łatwym przedsięwzięciem – szorty, drable zdecydowanie łatwiej przyswoić. Ale za to jaka satysfakcja, że się startowało w dobrych zawodach i maraton się ukończyło ; )

...always look on the bright side of life ; )

Zabiegany jestem w tym tygodniu (nie mam nawet czasu zając się własnym opowiadaniem), a nie chcę czytać na raty, ani tym bardziej siadać do lektury, gdy przegrywam walkę z opadającymi powiekami. W niedzielę przyszykuję sobie ulubioną kawę, jakąś przekąskę, odpalę Die Kunst der Fuge w tle i z chęcią ponownie odwiedzę świat 3N :)

Look at every word in a sentence and decide if they are really needed. If not, kill them. Be ruthless. - Bob Cooper

Niby nie wypada becie punkty dawać, ale tekst długi to i ciężej o czytelników, a warto przeczytać, choćby dla poznania czegoś innego. Intrygującego. Muszę przyznać, że bardzo ciekawy, napisany charakternym piórem tekst, choć dla mnie – przyznam bez wstydu – trochę za wyniosłym. Szczególnie romantyczne wstawki nie są dla mnie (ale to kwestia już mojego cud charakteru – jestem nieromantyczna do bólu, na widok kolacji przy świecach posmarkałabym się ze śmiechu i spytała mojego faceta, czy chce nam mieszkanie spalić :P). 

Ale wizja ciekawa, tekst płynie, nasycając wyobraźnię czytelnika obrazami bajecznego wszechświata. Osobiście najbardziej podobała mi się scena Mei, a także jej postać :) Zapaść opisana naprawdę przejmująco.

Tylko nie "Tęcza"!

na widok kolacji przy świecach posmarkałabym się ze śmiechu i spytała mojego faceta, czy chce nam mieszkanie spalić :P).  – ja się posmarkałam przy tym tekście, Tenszo. Naprawdę, nic a nic by Cię nie ruszyło?

Jacku, sorry za offtop, ale nie wytrzymałam – co za baba z tej Tenszy?!

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

O ile sam pomysł na tajemniczy kontakt (i to, że ludzie nie byli w stanie go zrozumieć) z ciemną materią uważam za dobry, to całe opowiadanie mnie zmęczyło. Mam wrażenie, że momentami inspirowane Solaris – ale przy tym porównaniu, niestety wypada blado. Opisy wydały mi się zbyt napuszone, pompatyczne (rozbroiły mnie ‘nanokwanty’ – innego uzasadnienia niż modę na przedrostek nano– nie widzę, bo sensu fizycznego to nie ma), momentami wręcz nudne. Sam wstęp mnie mocno zniechęcił – Autor chyba nigdy nie był na wieży kontroli lotów a wiedzę na ten temat czerpał z filmów made in USA. Już dziś mamy systemy naprowadzania na ścieżkę podejścia a w świecie przyszłości potrzeba terabajtów danych wymienianych między pojazdem a wieżą, żeby ustalić samo położenie statku powietrznego natomiast wśród tych danych nie ma prędkości? (bo po co komu radar, który określiłby jedno i 2). Jeśli chodzi o haiku – to z haiku nie ma nic wspólnego. Pomijając już liczbę sylab – gdzie odniesienie do przyrody, wieloznaczność, pole do interpretacji? Naprawdę, trzy linijki stylizowane na poezję nie tworzą haiku. Brakuje mi w całości prawdziwego ‘science’, widzę tylko efekciarskie nazwy i technologię – która sobie istnieje bez rzetelnego podłoża naukowego.

@Bellatrix: Dzięki za opinię. Już samo porównanie mojego skromnego opka do Solaris Lema jest dla mnie zaszczytem. Gdzież mi tam do starego, dobrego Lema i jego wyśmienitego dzieła.

A co do innych rzeczy:

Autor chyba nigdy nie był na wieży kontroli lotów a wiedzę na ten temat czerpał z filmów made in USA.

Nie wiem , czy Cię rozczaruję (czy wręcz przeciwnie), ale interesuję się techniką lotniczą od wczesnej młodości. Kiedyś nawet chciałem iść do Dęblina/Rzeszowa, ale niestety wzrok nie pozwolił. Samoloty to jeden z moich koników, więc kwestia kontroli lotów jest mi szczególnie bliska (do dziś latam wirtualnymi samolotami korzystając z Flight Simulatora X, korzystam m. in. z doskonale odwzorowanych kokpitów i procedur moich ulubionych 767). Nie mylmy podstawowych pojęć: kontrola statków kosmicznych to nie to samo co kontrola samolotów. Ruch lądującego samolotu odbywa się praktycznie w jednej, ustalonej ILS-ami (radiolatarniami) płaszczyźnie, podczas gdy kosmiczny kolos z mojego opowiadania porusza się we wszystkich kierunkach. Dlatego ilość danych gwałtownie wzrasta, szczególnie tych dotyczących prędkości, i dryfu stacji – skorelowanie w czasie rzeczywistym tych danych jest czynnikiem decydującym o sukcesie całej imprezy. Sprawa nie mogła opierać się samym na radarze, ponieważ cały proces odbywał się automatycznie, bez udziału „czynnika ludzkiego”. Sam radar nie przetworzy danych i nie skieruje statku kosmicznego do właściwego doku.

 

→ Co do haiku, ta kwestia została już rozkminiona w komentarzach powyżej. Powoływanie się na kwestię koszerności haiku w tym tekście jest, jak dla mnie, tematem mocno zastępczym. Ale dobrze, idę Wam na rękę, Drogie Czytelniczki. Nie będziemy przecież z tego powodu kruszyć kopii.

 

Brakuje mi w całości prawdziwego ‘science’, widzę tylko efekciarskie nazwy i technologię – która sobie istnieje bez rzetelnego podłoża naukowego.

Odsyłam Cię do fragmentów opowiadania dotyczącego czterowymiarowego wszechświata i roli ciemnej materii. Koncepcję tę oparłem na najnowszych koncepcjach naukowych. Por. wrześniowy Świat Nauki 9(277), Niayesh Afshordi, Robert B. Mann, Razie Pourhausau, Czarna dziura u początku czasu, s. 27-33.

 

 

...always look on the bright side of life ; )

O, widzę, że nie tylko dla mnie naukowe artykuły inspiracją dla twórczości :)

And one day, the dream shall lead the way

Jacku, na Twoja prosbe, jeszcze raz pod tekstem moje uwagi z maila :-)

Twój tekst prze­czy­ta­łam go dwu­krot­nie, po pierw­szym razie zro­bi­łam sobie dwa ty­go­dnie prze­rwy a potem po­now­nie go prze­czy­ty­lam. Jeśli cho­dzi o wra­że­nia, to nie wiem dla­cze­go ,ale druga cześć opo­wia­da­nia wy­da­je mi się znacz­nie lep­sza od czę­ści po­cząt­ko­wej. Może dla­te­go ze w pierw­szej jest sporo fa­cho­wych okre­śleń i taki laik ja ma pro­blem, żeby wgryźć się w ten tekst.  Prak­tycz­nie co zda­nie mu­sia­łam robić pauzę i się chwi­le za­sta­no­wić. Z pew­no­ścią nie jest to hi­sto­ria dla le­ni­wych :-) za­rów­no język, któ­rym się po­slu­gu­jesz, jak i fa­cho­we okre­śle­nia, któ­rych uży­wasz zmu­sza­ją czy­tel­ni­ka do cze­goś wię­cej niż bier­na lek­tu­ra. Ma to swoje plusy i mi­nu­sy, za­le­ży do ja­kiej grupy cZy­tel­ni­kow kie­ru­jesz swój tekst… Wiem, ze to twór­cy kształ­tu­ją gusta, a nie od­bior­cy, ale mimo to, we frag­men­tach, w któ­rych uży­wasz okre­śleń fa­cho­wych, zre­zy­gno­wa­la­bym z am­bit­ne­go ję­zy­ka. Na­to­miast uży­wa­ła go wtedy, gdy treść hi­sto­rii jest znacz­nie ła­twiej­sza do od­bio­ru– np życie pry­wat­ne bo­ha­te­rów. Wpraw­ny czy­tel­nik nie bę­dzie miał z Twoim sty­lem pro­ble­mu, szcze­gól­nie za­pra­wio­ny w s-f na­to­miast mniej do­świad­czo­ny sobie z tym tek­stem nie po­ra­dzi– mój brat. To tyle jeśli cho­dzi o język. Fa­bu­ła jest ge­nial­na, no­wa­tor­ska wdl mnie. Przed­sta­wio­na dys­kret­nie, ze sma­kiem, wdzię­kiem i ele­gan­cja, jeśli mogę użyć ta­kich okre­śleń. Wątek ro­man­tycz­ny i kre­acja głów­ne­go bo­ha­te­ra row­nież bar­dzo dobre. Twoja li­te­ra­tu­ra jest tak am­bit­na pod wie­lo­ma wzglę­da­mi, że warto by za­sta­no­wić się jesz­cze nad jedną rze­czą a mia­no­wi­cie spre­cy­zo­wa­niem głęb­sze­go prze­ka­zu, mam na myśli jed­nej kon­kret­nej kwe­stii, którą chciał­byś tym tek­stem po­ru­szyć, tzn opo­wia­da­nie ma kilka prze­słań i jest kon­ty­nu­acją Nieba, a ra­czej jego uzu­peł­nie­niem , ale hi­sto­ria do­sko­na­ła wdl mnie to taka,która w za­wo­alo­wa­na ale jed­no­znacz­ny spo­sób  po­ru­sza jakaś istot­na kwe­stie. Ta­kiej “pre­cy­zji “ mi za­bra­kło , ale to już po­ziom ge­niu­szu Jacku, co nie ozna­cza, ze jest to pułap dla Cie­bie nie­do­stęp­ny, wręcz prze­ciw­nie ;-)

@Jacek001 – przykro mi, ale wirtualne latanie/kontrole lotów to nie jest to samo, co rzeczywiste. Skoro interesujesz się lotnictwem, to raczej wiesz, że samoloty też są kolosami a mimo to boczny wiatr powoduje odchylenia – ale to się *uwzględnia*, wieża podaje warunki, w jakich przychodzi lądować. W dobie wysoko zaawansowanej technologii, jaką prezentujesz w opowiadaniu, niemożliwym wydaje się być cofnięcie do skomplikowanych obliczeń, wymagających przesyłu mnóstwa danych między statkiem a wieżą i brak odpowiednika ILS’u – zwłaszcza, że jak sam podkreślasz, wszystko miało się odbyć w sposób zautomatyzowany. Radar nie skieruje statku do doku, ale wskaże zbyt duże odchylenie/prędkość.

Co do elementu science – nie miałam na myśli fragmentu o wykorzystaniu koncepcji czarnej materii (teorie jej dotyczące są bardzo różne, niestety nie jesteśmy w stanie stwierdzić, która jest prawdziwa, wszystko opiera się na symulacjach/spekulacjach/obliczeniach/szacowaniach) – to akurat było dobrym pomysłem (co zresztą podkreśliłam w pierwszym komentarzu) – po prostu brakuje mi nauki w Twoim tekście. Opisanie wrażeń bohatera zajmuje dużo miejsca, natomiast nigdzie nie ma opisanych ani nawet wtrąconych podstaw naukowych czegokolwiek, szafujesz nazwami ale nie wchodzisz głębiej. Za dużo pompatyczności, za mało rzetelności – o to mi chodziło, w komentarzu ‘brakuje mi prawdziwego science’. Przy okazji, cyfrom nie przybywa miejsc po przecinku, najwyżej liczbom.

Ps. Jeśli ten tekst nie zasługuje na sześć gwiazdek, to żaden z przeczytanych tutaj tekstów na nie zasługuje, moim skromnym zdaniem. Pozdrawiam autora i chylę czoła. 

@ Bellatrix: Cały czas próbujesz porównywać podchodzenie według przyrządów w ruchu lotniczym do cumowania statków kosmicznych, a to zupełnie inne procedury, w ogóle inne bajki.

A co tego „braku science” w Sztuce Fugi: ostatnią rzeczą jaką chciałbym osiągnąć, to zrobić z tego opka traktat naukowy

PS. Ciemna materia, Droga Bellatrix – nie czarna, tylko ciemna ; )

 

@S. Leiss: “Twoja literatura jest tak ambitna pod wieloma względami, że warto by zastanowić się jeszcze nad jedną rzeczą a mianowicie sprecyzowaniem głębszego przekazu, mam na myśli jednej konkretnej kwestii, którą chciałbyś tym tekstem poruszyć, tzn. opowiadanie ma kilka przesłań i jest kontynuacją Nieba, a raczej jego uzupełnieniem, ale historia doskonała wdl mnie to taka, która w zawoalowany ale jednoznaczny sposób porusza jakąś istotna kwestie”.

 

Zakończenie SzF jest otwarte celowo – jest zaproszeniem do kolejnej części tej historii, która powoli w mojej głowie rozrasta się w coś w rodzaju mikropowieści. W SzF zależało mi na pokazaniu mechanizmu kontaktu z całkowicie odmiennym, nieznanym Bytem – takie było moje podstawowe zamierzenie. Jak sama widzisz tekst ma 75 k znaków. Nie chciałem przedobrzyć z objętością. Stąd odchudzenie tekstu o wątki pierwotnie wchodzące w skład opowiadania (zdradzam tajemnice kuchni, ale – co tam). Zależało mi na tym, aby wciągnąć w klimat tego uniwersum tych, którzy narzekali na brak fabuły i akcji w 3N. Przede wszystkim jednak zależało mi na opisaniu mechanizmu pierwszego kontaktu i podaniu nowej interpretacji ucieczek ukazanych w 3N. Siłą rzeczy te dwa teksty (3N i SzF) nachodzą na siebie, korespondują ze sobą – raczej od tego nie uda mi się uciec… Ale cieszy mnie ogólny Twój odbiór tego tekstu. Wierz mi, Saro, ja się dopiero zaczynam rozkręcać… ; )

...always look on the bright side of life ; )

Dopiero się rozkrecasz??? Boje się, Jacku! :-) 

Naprawdę, nic a nic by Cię nie ruszyło?

Widzisz, ja się teraz chajtam a nawet pierścionka nie chce, bo gdzie ja bym takie błyszczące badziewicho nosiła? Ja nie lubię jak się coś błyszczy na mnie :P A tylko bym się bała, że zgubię.

Więc tak, nic mnie coś nie rusza. Ale mój chłop nie wydaje się tym faktem zawiedziony – czasami kwiatka i książkę mi kupi, co w sumie jest maksem romantyzmu dla mnie :D Ale jeden kwiatek, jakby kase tracił na bukiet to dostałby nim po glowie.

 

Sorry za offtop, nie mogłam się powstrzymać!

Tylko nie "Tęcza"!

W międzyczasie zacząłem sobie czytać inne opki z tagiem “pierwszy kontakt”. Dokopałem się do wariacji CW,CTP. Ciekawe, ciekawe ; ) Powalił mnie, na ten przykład, Fasoletti: http://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/10921

 

...always look on the bright side of life ; )

Mało!

Sztuka Fugi w idealny sposób komponuje się z Trzecim Niebem, ale warto zaznaczyć, że Trzecie Niebo należy przeczytać w pierwszej kolejności – w przeciwnym razie szczęka nie opadnie, w momencie gdy wyjaśnia się przyczyna ucieczek, a zarazem źródło pirackich serwerów. Mi, gwoli szczerości, opadła. Spójny wewnętrznie, niezwykle szczegółowy świat – to główne zalety tego tekstu. Bynajmniej jednak nie wyłączne! Niewymuszony humor (+ 10 do charyzmy, Jacku :)), inteligencja, solidny research, studium ludzkich charakterów i reakcji wobec zdarzeń bezprecedensowych. No, uczta dla oczu i mózgu! Czytało mi się zaskakująco szybko. Wcale nie odczułem długości tekstu. Tematycznie skojarzył mi się z Solaris Lema. Tematycznie oraz warsztatowo, choć nie wiem, czy przypadkiem się nie zapędzam – dawno nie czytałem Lema, niemniej: tak jak w przypadku jego dzieł, podczas lektury Sztuki Fugi, towarzyszyło mi wrażenie obcowania z dziełem wybitnym.

Moja rada (i zarazem wielka prośba): następne opowiadanie z cyklu 3N wyślij do MC, po publikacji w NF (w co nie wątpię i za co trzymam kciuki), wstrzymaj się z publikowaniem kolejnych, napisz jeszcze 4-5 opowiadań i spróbuj zaproponować je wydawnictwom w formie książkowej antologii. Twoja twórczość, Jacku, w mojej opinii, zasługuje, by zaprezentować ją szerszemu gronu czytelników. I tego Ci z całego serca życzę. Pozdrawiam.

Look at every word in a sentence and decide if they are really needed. If not, kill them. Be ruthless. - Bob Cooper

@BogusławEryk: Dzięki za życzliwe słowa – dziś, w czasach twardej konkurencji, mają one dla mnie szczególną wartość. A jeśli chodzi o sposób kontynuacji całej tej historii i Twoje sugestie – tak, BogusławieEryku, takie właśnie mam plany na najbliższą przyszłość. Już pracuję nad kolejnymi tekstami… Trzymaj za mnie kciuki ; )

...always look on the bright side of life ; )

Dobrze, że nie jestem osamotniona w moim dopingowaniu, Ciebie Jacku! :-) podpisuję się pod Erykiem i trzymam kciuki. Ps. I proszę egzemplarz autorski z ładną dedykacją. 

Przyznam, że osobiste kłopoty Jacka i Mei nie wzbudziły we mnie specjalnych emocji, los tych dwojga był mi raczej obojętny. Zwłaszcza Mea została przedstawiona zbyt pobieżnie i schematycznie. Jack – zarozumiały romantyk – przynajmniej wywoływał lekką irytację.

Tak czy inaczej, to jest bardzo dobre, ciekawe science fiction. Podoba mi się pomysł na obcych, na wybiórczy kontakt i na bohatera synestetyka. Widać dbałość o różne elementy świata. Niektóre opisy, w szczególności te ze śnionej katedry, uważam za nadzwyczaj udane.

Myślę, że masz duży potencjał, życzę sukcesów :)

 

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Dzięki ; )

...always look on the bright side of life ; )

Ciekawe spojrzenie na pierwszy kontakt. Opowiadanie dopracowane, nietuzinkowe i ogólnie robiące wrażenie.

Czytałam na raty, ale głównie dlatego, że s-f dla mnie to jednak nie creme de la creme. Ale był to dobrze zainwestowany czas:) No to jesteś w bibliotece.

Co mnie zastanowiło: ile aort miał bohater?

 

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Dzięki, Alex, za życzliwe przyjęcie tekstu. Aorty przeliczone ; ) Pozdrawiam.

...always look on the bright side of life ; )

“Pośród drzew strzela w chmury niebotyczna panorama rozświetlonych wysokościowców Neo Manhattanu. Wyłączam nakładki. Chcę widzieć ją taką, jaka jest naprawdę – bez ulepszeń.“ – to brzmi tak, jakby bohater chciał obejrzeć bez ulepszeń panoramę, nie dziewczynę ; )

 

Przeczytałam. Trwało to długo-długo i było na raty. Myślę, że to jest niezły tekst SF, jak na SF. Części nie zrozumiałam, część wydała mi się przegadana, część mnie lekko znudziła, ale to, co zostało, wydało mi się całkiem interesujące ; P Co, w moim przypadku, jest wynikiem całkiem niezłym, bo SF, a raczej składnik S, to zdecydowanie nie moja bajka ; )

 

Pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

@joseheim: Tak sobie czasami myślę, że moje dwa ostatnio wrzucone teksty troszkę wychodzą poza ramy tego, co nam tym portalu zwykło się uznawać za popularne, zrozumiałe i nietrudne. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle – i chyba nie ma sensu oceniać tego w jakichkolwiek kategoriach. Po prostu te historie są inne – i tyle. A inność czasami odstrasza, a czasami zachęca do bliższego poznania. Tym bardziej dziękuję za przychylną końcówkę recenzji. Pozdrawiam ; )

...always look on the bright side of life ; )

Przeczytałam opowiadanie, przejrzałam komentarze, i poczułam się jak barbarzyńca w ogrodzie. Bo – podobnie jak Regulatorzy – doceniam urodę zdań. Spodobał mi się również koncept synestezji. Tekst płynie spokojnie, elegancko, ładnie. Czego byś nie opisywał, sposób narracji jest podobny, zdania okrąglutkie, nienaganne, ładne. Co prawda wiedziałam, kiedy powinnam się wzruszyć, wzburzyć lub przeżywać razem z bohaterami, bo pokazywały mi to nagłe zagęszczenia wykrzykników (duuużo) – ale wolałabym jednak, żeby nie były mi one do tego potrzebne. :)

Kurczę, doceniam warsztat, pomysł, umiejętności. Ale nic na to nie poradzę, że opowiadanie po mnie spłynęło jak woda po kaczce. Jest mi z tego powodu jednak osobiście jakoś głupio. ;)

 

@ocha: Czyżbyś się usprawiedliwiała? Wierz mi, niepotrzebnie. Nie ma obiektywnych recenzji, są tylko subiektywne bukiety doznań: przebłyski euforii – chwile obojętności. Sam często się na tym łapię jako domorosły krytyk tutejszych opowiadań. Spokojnie, staram się zrozumieć Twój punkt widzenia. Jednakowoż w tyle głowy dudni mi taka oto myśl: a może to, co napisałaś powyżej o Sztuce fugi może być też dla Ciebie jakimś rodzajem feedbacku? Może wkrada się gdzieś niepostrzeżenie jakieś trudne do uchwycenia zmęczenie? No bo sama powiedz, ile można czytać te opowiadania SF? Chciałoby się czegoś innego, świeżego!… No tak, ale to „inne, świeże” może nam przejść koło nosa – i nawet tego nie zauważymy, spłynie po nas jak po kaczce… ; ) Pzdr.

...always look on the bright side of life ; )

Dziękuję osobom, które zgłosiły Sztukę fugi do koszyka wyróżniających się opowiadań września. Dzięki wielkie bemik, rooms, jeroh, S. Leiss, BogusławEryk, wiwi! Wasze uznanie jest dla mnie bardzo ważne – dopinguje do dalszej pracy. Pozdrawiam serdecznie smiley.

...always look on the bright side of life ; )

Komentarzy nie czytałem, więc nie zdziwię się, jeśli powtórzę za kimś, kto wypowiedział się wcześniej.

<>

Odczekałem, łudząc się, że z biegiem czasu wykrystalizuje się jedno, konkretne moje zdanie o tekście. Ale jak po przeczytaniu opowiadania stanąłem na swego rodzaju rozdrożu, tak stoję na nim do tej chwili.

Co samo w sobie dużo mówi o klasie, poziomie.

W trakcie lektury nie zwracałem uwagi na przecinki, literówki czy co tam jeszcze mogło się Autorowi przytrafić i przemknąć. Następne poświadczenie klasy, tym razem samej fabuły, realizacji bazowego pomysłu.

Za to później, po odłożeniu ostatniej kartki wydruku, pojawiły się pytania i wątpliwości. Najistotniejsza spośród tych drugich dotyczy samego kontaktu jako takiego. Po pierwsze: bariera praw fizycznych. To najmniej istotna kwestia, bo odpowiedź, że dla cywilizacji odpowiednio wysoko rozwiniętej technologicznie nie ma rzeczy – z naszego punktu widzenia – niemożliwych, narzuca się sama. Po drugie: w jakim celu Tamci zainicjowali kontakt? Jakie w nim widzieli korzyści dla siebie? Co mieli do ewentualnego zaofiarowania ludzkości, w jakim celu chcieli to dać? Przy takiej różnicy poziomów technologii, przy trudnych do wyobrażenia, za to na pewno olbrzymich różnicach kulturowych? To argumenty przeciw kontaktowi, nie za nim… No bo z nudów to chyba jednak nie? Po trzecie: przebieg kontaktu. Nie pasuje mi, za diabła nie pasuje zarysowany przez Autora obraz. Powołam się na już podnoszoną kwestie rozziewu technologicznego. Nie potrafili uniknąć awarii podczas lądowania? Ofiar wśród ludzi? Gdy ktoś mnie zapewnia, że przybywa w pokoju, a jednocześnie powoduje katastrofy i zgony, no to ja dziękuję… Po czwarte: treść komunikatu i forma. Zwłaszcza forma. Po co te gryzmołki między literami? Granice fizyk potrafią przekroczyć, a jednolitego tekstu ułożyć to już nie?

Przyznaję, że Autor ma nadal szanse na objaśnienie podniesionych kwestii w kontynuacji, którą, a jakże, chcę zobaczyć i przeczytać. To nie dla ułagodzenia zgryzionego krytyką Autora – naprawdę chcę tego.

Gratuluję jakże prostego a skutecznego wybiegu w postaci synestezji. Psychologicznie zasadne – również fabularnie, jako wzniesiona przez Tamtych bariera, możliwa do przekroczenia przez jednostki odpowiednio uzdolnione, co podnosi prawdopodobieństwo, iż przekaz nie zostanie rozszyfrowany przez kogoś przypadkowego.

<>

Przyznałeś mi, Jacku, słuszność zdania o szansach ziszczenia wizji o świecie 3N, o szansach przebycia drogi ku niemu. Dlatego wyciągam to, co widzę jako słabości, niedociągnięcia – gdyż ciąg dalszy powinien je unieważnić.

Tak się stanie? ;-)

Pozdrawiam

Ach, Adamie, poruszyłeś wiele ważnych kwestii. Pozwól, że odniosę się do najważniejszych.

 

Po pierwsze: bariera praw fizycznych. Z tą barierą to trochę tak jak z barierą pomiędzy człowiekiem a Bogiem. Niby jest porażająca, niby jest nie do przeskoczenia, a jednak we wszystkich kulturach i czasach pojawia się wizja kontaktu z Innym, czyt. z Absolutem – w tej czy innej postaci. Zresztą, sam stwierdziłeś, że ten aspekt jest niejako poza dyskusją. Tu pełna zgoda.

 

Po drugie: w jakim celu Tamci zainicjowali kontakt?

Niestety, tego zdradzić w tym momencie nie mogę, bo jest to oś całej fabuły i sedno, do którego zmierzać będzie cała historia 3N. Sam wiesz, Adamie, że każde dobre opowiadanie musi mieć jakąś zagadkę, tajemnicę, pytanie domagające się odpowiedzi. Cóż, mogę Cię zapewnić, że odpowiedź na to pytanie istnieje w mojej głowie i jest dla mnie samego – zaskakująca, ale i niezwykle logiczna zarazem.  Sam fakt, że pytasz, po co ciemna materia nawiązała kontakt z jakimiś prymitywnymi ludkami z planety Ziemia – jest dla mnie komunikatem, że całą historię skierowałem na dobre tory. Chciałem sprowokować takie właśnie pytanie: “Po cholerę coś takiego jak inteligentna ciemna materia chce się z nami skontaktować?”. Hmm, a może mamy jednak coś, co jest wyjątkowe w skali wszechświata? Coś, o co warto się do nas osobiście pofatygować? ; )

 

Po trzecie: przebieg kontaktu. Nie pasuje mi, za diabła nie pasuje zarysowany przez Autora obraz. Powołam się na już podnoszoną kwestie rozziewu technologicznego. Nie potrafili uniknąć awarii podczas lądowania? Ofiar wśród ludzi? Gdy ktoś mnie zapewnia, że przybywa w pokoju, a jednocześnie powoduje katastrofy i zgony, no to ja dziękuję…

Wpisujesz się tutaj w wątpliwości Nazgula objawione w komentarzach do tego tekstu. Dlaczego tak, dlaczego nie inaczej? Odpowiedź jest banalnie prosta: nikt z nas nie wie, jak rzeczywiście będzie wyglądał pierwszy kontakt z całkowicie odmienną od naszej cywilizacją – i jakie będą skutki tego kontaktu. Ośmielę, się twierdzić że skutki zawsze będą nieprzewidywalne – zarówno dla nas, jak i dla drugiej strony. Za wszelką cenę chcemy, żeby kontakt wyglądał „po naszemu”, żeby spełniły się nasze najprostsze oczekiwania (cywilizacja radiowa, położona w „bliskiej odległości”, humanoidalna, oparta na węglu, krzemie, wodorze, azocie, tlenie). Ale właściwie – dlaczego? Dlaczego chcemy, aby wszystko zawsze szło po naszej myśli? Dlaczego pragniemy, aby próżnia przemówiła do nas dźwiękiem, a ciemność łysnęła do nas przyjaźnie światłem? Czy nie dlatego, że posiadamy zmysł słuchu i wzroku – i zwyczajnie wygodniej byłoby nam porozumieć się za pomocą “prostego nośnika kodu”? Ale ciemna materia nie ma słuchu ani wzroku, nie może przemówić światłem ani nawet falą radiową. Pojawia się zatem pytanie, jak kontaktować się z czymś, o czym wiemy, że jest – ale czego nie jesteśmy w stanie doświadczalnie postrzegać? I tu jesteśmy zdani na łaskę Obcych (Innych). To oni decydują jak do nas przemówić – nie my. Przypomina mi się analogia: jak ludzie kontaktowali się z Bogiem? Czy nie za pomocą wybrańców, proroków, wieszczy, synestetyków małych i dużych? I to zawsze Bóg mówił pierwszy… No, prawie zawsze ; )

Co do ofiar i katastrof związanych z modelem pierwszego kontaktu – Adamie, sam dobrze wiesz, że każdy nawet, najlepiej skonstruowany plan może mieć słabsze, mniej przewidywalne momenty . Jak już wcześniej wspomniałem, Kontakt z Innym musi zakładać nieprzewidziane skutki. Tak, to była jednych z pierwszych rzeczy, która przyszła mi go głowy pisząc Sztukę fugi: nie wszystko musi pójść dobrze, mogą być wypadki, katastrofy, nieporozumienia. Każdy eksperyment (nawet naukowy) zakłada potencjalne niepowodzenia i ofiary. Dlaczego miałoby być inaczej z pierwszym kontaktem?

Śmiem twierdzić, że nie ma czegoś takiego jak “idealna cywilizacja”. Jestem przekonany, że jeśli kiedykolwiek dojdzie do kontaktu z obcą (Inną) cywilizacją – wymknie się on całkowicie z naszego schematu i postawi nasze pewniki w całkowitym metafizycznym i pojęciowym zawieszeniu. Paradoksalnie – tylko taki kontakt ma sens: nieschematyczny, inny od tego, co sobie wymyślimy, ze wszystkimi plusami i minusami tej sytuacji.

 

Po czwarte: treść komunikatu i forma. Zwłaszcza forma. Po co te gryzmołki między literami? Granice fizyk potrafią przekroczyć, a jednolitego tekstu ułożyć to już nie? Owszem, tu mogę się z Tobą zgodzić: można byłoby z tego zrezygnować na rzecz czegoś „bardziej finezyjnego”. Posłużyłem się tu pewnym skrótem (nie, nie myślowym), ponieważ nie chciałem zanudzać Czytelnika kolejnymi sążnistymi opisami, jak to ze skomplikowanego kodu przetworzonego i skompilowanego przez synestetę Jacka, po długiej i żmudnej analizie, banda naukowców wyciągnęłaby dajmy na to… kompletny obraz chemicznej i fizycznej struktury Wszechświata. To byłoby bardziej ekscytujące… Wierz mi, do samego końca zastanawiałem się, czy użyć tego “gryzmołkowego uproszczenia”. Ale wszak motyw CW,CTP. – jest na tym portalu wiecznie żywy ; ) Dlaczego z niego rezygnować? Być może, w rozszerzonej wersji tekstu, wywalę ten fragment i zastąpię nowym, bardziej prawdopodobnym ; )

<>

– Przyznałeś mi, Jacku, słuszność zdania o szansach ziszczenia wizji o świecie 3N, o szansach przebycia drogi ku niemu.

Tak i wcale nie zaprzepaszczam tej możliwości. Właśnie na tym polega bieżący suspens losów 3N – kontynuacja tej historii może nas ze sobą pogodzić ; ) Na tym ma, zresztą, polegać „świeżość zakończenia” całej opowieści: z jednej strony chcę zanegować możliwość istnienia idealnego (a przecież dystopijnego) świata bez wojen, z drugiej chcę umieścić ludzkość w zupełnie innym wymiarze bytowania. Tak, Adamie, ta droga jest jak najbardziej do przebycia. Pytanie tylko, czy wydarzy się to na tym portalu – czy może już w jakiejś bardziej tradycyjnej, papierowej formie ; ) Co się wydarzy ze światem 3N? – czas pokaże. Mogę Cię zapewnić, że prace nad ciągiem dalszym trwają ; ) Pozdrawiam smiley.

...always look on the bright side of life ; )

Wydaje mi się, że obszerność Twoich odpowiedzi może świadczyć, iż “dotknąłem” istotnych spraw i tematów. Przyznaję, że moje poglądy na te kwestie wydawać się mogą uproszczonymi, nawet życzeniowymi, ale nie sądzę, bym za szybko i za łatwo je zmienił. Nazwijmy to moim własnym wymogiem wobec wyższego od nas intelektu, wobec posiadaczy wyższych od naszych technologii: primum non nocere… Zaczynając od wywiercenia w mrowisku dziury, włożenia tam kostki TNT i zdetonowania, nigdy nie poznamy fizycznego i społecznościowego kształtu mrowiska. Pomyłka? Może zaistnieć, ale ze strony o niższym poziomie…

Tak czy owak, po pierwsze czekam na kontynuację, po drugie zagłosuję pozytywnie.

I co Ty na to? :-)

Dzięki, Adamie. Postaram się nie zawieść ; ) Pzdr.

PS. Twoje wskazówki i rady biorę do serca. Człowiek uczy się przez całe życie…

...always look on the bright side of life ; )

Również czekam na ciąg dalszy – koniecznie na papierze :)

Look at every word in a sentence and decide if they are really needed. If not, kill them. Be ruthless. - Bob Cooper

Ja na razie – dostrzegając, że wątek będzie rozwijany – kupuję obraz pierwszego kontaktu. Ta synestezja stanowi bardzo ciekawe rozwiązanie, w szczególności z uwzględnieniem muzyki klasycznej. Wątek “miłosny” nie jest zbyt udany, początek również nieco odstaje od clou opowiadania. Ogólnie rzecz biorąc, podobało mi się opowiadanie i wydaje mi się, że stanowi kawałek niezłej literatury. O ile dobrze pamiętam, to “Solaris” był o niemożności porozumienia się między człowiekiem, a tamtym odmiennym bytem, tu zaś kontakt został zainicjowany – pewnym minusem jest poszatkowanie skończoności opowieści na opowiadania i pozostawienie czytelników z pewnym dylematami, które być może zostaną rozstrzygnięte w dalszych częściach. 

I po co to było?

Podobieństwo Sztuki fugi Jacka i Solaris Lema, imo, polega na ukazaniu przez obu Autorów obcej egzystencji, jako bytu skrajnie odmiennego aniżeli wszystkie formy życia dotychczas znane ludzkości.

Look at every word in a sentence and decide if they are really needed. If not, kill them. Be ruthless. - Bob Cooper

Dołączcie do “Solaris” “Fiasko”.

Abstrahując od prowadzonych powyżej dyskusji, w które nie zamierzam się wtryniać, odniosę się po prostu do samego tekstu.

Powiem tak: za dużo wykrzykników – zdecydowanie za dużo wykrzykników. Ale poza tym to opowiadanie jest kwintesencją skondensowanej zajebistości w najczystszej postaci – mówią kolokwialnie. Ostatnimi czasy coraz bardziej wkręcam się w teksty SF, więc taka tematyka tym bardziej do mnie przemawia. Szczerze powiedziawszy twój styl pisania wymaga przyzwyczajenia i momentami (zwłaszcza w opisie snu) zahacza niebezpiecznie o granicę koherencji, ale gdy po kilku akapitach trybiki w mózgu czytelnika przerzucą się na adekwatny tryb odbioru, opowiadanie czyta się świetnie. Nie jest to tekst napisany w łatwy sposób, ale niezmiennie bardzo dobry.

Cieszy mnie fakt, że opowieść „zaczyna wciągać”. Inspiracja Lemem pewnie gdzieś w głębinach podświadomości zaistniała, choć pisząc Sztukę Fugi nie miałem na myśli żadnego konkretnego utworu (serio). Jeśli chcecie wiedzieć, to bezpośrednio przed 3N i SzF przeczytałem raz jeszcze Ślepowidzenie Wattsa. Lema oczywiście czytam nieustannie i uważam go za mistrza gatunku. Ostatnio odświeżyłem sobie na ten przykład Kongres futurologiczny.

Co do wykrzykników, przejrzę jeszcze raz tekst pod tym kątem.

Dzięki za pozytywny odbiór. Pozdrawiam : )

 

...always look on the bright side of life ; )

Napisałem dłuższy komentarz, ale problem z internetem spowodował, że moje słowa zaginęły w cyberprzestrzeni:) Krótko: bardzo ciekawy tekst, jedno z lepszych opowiadań, jakie miałem okazje przeczytać na portalu w ostatnim czasie.

Pozdrawiam

Mastiff

Kopia wpisu w temacie Loży:

Obszernie wypowiedziałem się pod tekstem i, zgodnie z deklaracją głosuję, pomimo zastrzeżeń wymienionych w komentarzu, głosuję na TAK.

Bohdanie, Adamie – dzięki ; ) Pozdrawiam.

...always look on the bright side of life ; )

Wow! Poziom tego tekstu rozłożył mnie na łopatki. Wszystko jej takie przemyślane, dopracowane,… Masz wyjątkowy talent Jacku001:) Mocno wybijasz się ponadprzeciętną moim zdaniem. Zgadzam się z poprzednikami, że tekst zasługuje na druk. Takiej “perełki” szkoda na portal dla amatorów (nie uwłaczając nikomu, skądinąd nie najgorszych).

Muszę nadrobić jeszcze zaległość w kwestii “Trzeciego Nieba”, właściwie to nie wiem czy nie powinnam była od tego zacząć.. ale Sztuka Fugi przerosła moje najśmielsze oczekiwania, co do opowiadań sf, których się naczytałam niemało:) Świat jaki wykreowałeś, cała ta koncepcja zawiera w sobiegłębię… Tekst jest wielopłaszczyznowy, bardzo spójnie łączysz wiele różnych aspektów, dotykasz tylu kwestii – jestem pod wrażeniem:)

Fabuła i bohaterowie też na plus:) Cieszy mnie, że pojawia się bohater kobiecy (często brak tego w tekstach strikte sf). Myślę jednak, że wątek Mei powinien być nieco bardziej rozbudowany. Chciałoby się jej więcej:) he he Być może przemawia przeze mnie zwykła “solidaroność jajników”, ale takie jest moje skromne zdanie;)

Czy oprócz portalu gdzieś się jeszcze udzielasz Jacku? Masz na swoim koncie już jakieś publikacje? Gdzie je można znaleźć?

 

 

Nigdy nie mów nigdy!

Katko, dzięki za miłe słowa. Kontynuacja SzF właśnie “się pisze“. Pytanie, w jaki sposób objawi się Czytelnikom portalu i NF – pozostaje otwarte ; ) Myślę, że wiele spraw zacznie się wyjaśniać w najbliższym czasie. Jestem świeżo po spotkaniu fanów naszego fantastycznego portalu w Łodzi i jestem przepełniony pozytywną energią, wena jest – więc moje teksty , w tej czy innej formie, na pewno do Ciebie trafią. Jak będę miał jakieś konkretne informacje w tej sprawie – odezwę się do Ciebie. Pozdrawiam.

...always look on the bright side of life ; )

Podobało mi się :)

Nowa Fantastyka