- Opowiadanie: pabloski198 - Trzynasta rano

Trzynasta rano

Coś w kierunku urban fantasy z elementami horroru. Długo kiełkowało mi to w głowie, gdy przechodziłem wieczorami obok terenów, które stały się miejscem akcji. Nie mam dystansu, więc wszelkie krytyczne uwagi mile widziane.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Trzynasta rano

Po chuj mi to było? Co ja tu kurwa robię? Na jaką cholerę się w to wpakowałem? Czemu te retoryczne pytania zadaję sobie dopiero wtedy, gdy wszystko się spierdoli. Właśnie teraz, gdy leżę w kałuży błota zmieszanego z krwią, wypluwam kawałki zębów i próbuję oszacować, w których miejscach mam połamane kości… A niebo gwiaździste nade mną… Tak, to zajebiście odpowiedni moment na stawianie sobie fundamentalnych pytań.

Odpowiedzi wydają się być proste. Lewe przedramię… na bank złamane. Dobrze, jeśli tylko w jednym miejscu. Prawa ręka… chyba tylko poobijana… cięcie nożem? Nie, to ugryzienie. Już sobie przypominam. Na szczęście powierzchowne. Nogi… zaraz spróbuję wstać… nie jest źle… Najpierw przekręcam się na drugą stronę i podnoszę się na czworaka.

– Ałaaaaaa! Kuuurwaaa! – To żebra. Połamane. Chuj. Podobno złamania żeber nie są groźne, jeśli nie uszkodzą narządów wewnętrznych. Ale kurewsko boli. I to dziwne uczucie… Chyba mam gorączkę… Czuję zapach krwi. Oblizuję wargi… Jeszcze jeden wysiłek…

Dobra, wstałem. Idę. Znaczy nogi jakoś działają… Która godzina?… Zegarek wprawdzie wisi na łańcuszku ale jest rozbity. Wskazówki zatrzymały się na 3:26… Nie wiem, ile czasu leżałem, ale chyba niedługo. Jeszcze powinno być ciemno, ale wszystko widzę. To tyle wiem. Odpowiedzi na pozostałe pytania muszą zaczekać. Będę miał na to czas. Mam nadzieję… Teraz muszę stąd uciekać.

Muszę znaleźć sobie kryjówkę… Choćby norę, w której mógłbym odpocząć i wylizać się z tych ran… Skok przez płot nigdy nie wydawał mi się taki łatwy. Zważywszy na moje obrażenia i na to, że nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy skakać przez płot…

 

***

 

Powiedzieć, że ten parking był beznadziejnie zaprojektowany, byłoby komplementem. On w ogóle nie był projektowany. Ot, w latach prywatyzacji wszystkich i wszystkiego, któryś z nowych biznesmenów, wywodzących się zapewne z lokalnej nomenklatury, która właśnie traciła władzę i starała załapać się na kapitalizm, zagarnął pas wybrukowanej działki na obrzeżach miasta. Ogrodził go, postawił dwie budki na przeciwległych końcach i wywiesił nad bramą cennik….

Wcześniej coś tu było. Albo raczej miało być. Socjalizm lubował się w dużych inwestycjach, które zazwyczaj upadły wraz z ustrojem. Niektóre z nich transformacja zastała w trakcie budowy. Nigdy nie zostały ukończone i poszły na zmarnowanie. Wybrukowany pas ziemi o długości pięciuset trzydziestu ośmiu i szerokości siedemdziesięciu czterech kroków był prawdopodobnie częścią takiej niedokończonej inwestycji. Świadczyłoby o tym otoczenie.

Z jednej strony stał zgrzybiały, brzydki i ponury dwupiętrowy budynek bez okien. Prawdopodobnie w zamierzeniu ówczesnych włodarzy miasta miała to być jakiś hala. Z drugiej strony znajdował się podobny, tylko mniejszy, budynek niewiadomego przeznaczenia. Obecnie przerobiony za unijne pieniądze na rzeźnię. Chociaż słuchając dochodzących stamtąd przeraźliwych odgłosów i wdychając przynoszone stamtąd przez najlżejsze nawet podmuchy wiatru powietrze, trudno było uwierzyć, że normy z Brukseli wprowadziły w tej dziedzinie cokolwiek nowego od czasów średniowiecza.

Ogólnie industrialne i średniowieczne klimaty miały w pewnym sensie poparcie w mitologii mieszkańców pobliskiego blokowiska. Na wspomniane niedokończone budynki, w czasach, zanim gry komputerowe zastąpiły dzieciom podwórkowe zabawy, mówiło się „ruiny”. Miejsce działało na wyobraźnię. To tu odbywały się „solówki” i wojny na kamienie. Potem degustowało się tu tanie wina i smakowało się pocałunki koleżanek ze szkoły. Tutaj cierpiało się z powodu trudności związanych z małą przyswajalnością alkoholu i siarki przez młody organizm. Czyli było w ruinach wszystko, co charakterystyczne dla średniowiecza: pojedynki, romanse i pokuta.

Teraz osierocony przez miniony ustrój budynek służył za noclegownię dla bezdomnych i mnóstwa kundli. Psy, niewidoczne za dnia, wieczorem pojawiały się wokół parkingu niczym zjawy. Nocą teren był patrolowany przez watahy stworzeń, których przodkowie być może kiedyś przypominały pieski znane z telewizyjnych reklam przemielonej razem z kopytami koniny w puszce.

To, co wałęsało się wokół parkingu to były wynaturzone, dzikie bestie z widocznymi bliznami po walkach o należne miejsce w stadzie. Często z oberwanymi uszami, wygryzioną sierścią, bezzębne i kulawe. Stworzenia te obejmowały nocą okolice ruin we władanie. Atakowały wszystko i wszystkich za wyjątkiem swoich współlokatorów.

Symbioza zdziczałych psów z bezdomnymi mieszkającymi w starej hali była niezwykła. Nie podlegała żadnej znanej w cywilizowanym świecie definicji stosunków człowiek – pies. Mieszkańców ruin łączyła niechęć do policji i innych, którzy ośmielili się co jakiś czas wkraczać na ich teren oraz zwyczajna potrzeba ciepła. Bynajmniej nie chodzi tu o jakieś wzniosłe uczucia, tylko dosłownie o ciepło. A że „w kupie raźniej”, zimne noce całe towarzystwo spędzało przytulone do siebie. A może chodziło o coś jeszcze. Coś bardziej nienaturalnego. Wszak nocą dochodziło stamtąd wycie, które sprawiało, że ciarki przebiegały po krzywej ścieżce kręgosłupa i rozbiegały się w kierunku ramion i karku każdego, komu przyszło je kiedykolwiek usłyszeć. Kermit pracując jako stróż na parkingu zdążył się do nich przyzwyczaić.

 

***

 

Ładna noc się zapowiada. Chociaż chłodna. W dzień padało, a teraz nawet chmurki nie widać. Zmianę zacząłem pół godziny temu, o 19:00. Wcześniej zjadłem obiad. Jedyny ciepły posiłek – zupki chińskie. Lubię ich smak, ale moje jelita się po nich buntują. Widocznie są przeciwne tanim posiłkom z proszku i starają się ich pozbywać w najbardziej przykry dla organizmu sposób.

Dla mnie początek zmiany znaczy tyle, że podpisuję listę obecności. A i to nie zawsze. Bo kiedy odrabiam za kogoś nockę, to i ta przyjemność mnie omija. Wtedy tylko symbolicznie zakładam parkingową czapeczkę.

O tej porze roku jest już ciemno. Wychodzę z portierni. Papieros. Dobre pięć minut. Patrzę w niebo gwiaździste nade mną. Pełnia księżyca. Idę w kierunku budki o wymiarach karceru. Około pięciuset trzydziestu kroków. Dystans od portierni do budy przemierzałem tyle razy, że znam każdą dziurę w bruku. Spacerkiem to siedem minut, trzydzieści osiem sekund. Kawa. Dziesięć, do piętnastu minut. Dobrze robi na sraczkę. Zresztą posiedzenie na kiblu, to kolejne minuty. Pobieżny przegląd prasy. Patrzę na zegarek – jeszcze dziesięć godzin, czterdzieści minut, a ja wykonałem już najprzyjemniejsze czynności. Jeszcze raz zaczynam dokładnie czytać gazetę. Artykuł po artykule. Co jakieś trzy kwadranse papieros i spacer po placu. Na portierni mają ciekawiej – trzeba co jakiś czas otworzyć bramę i wypisać kwitek parkingowy. Jak dobrze pójdzie, to może Jacek mnie zmieni.

Ilekroć rozglądam się po oświetlonym latarniami placu, dopada mnie deprecha. Pogłębia się, gdy przypominam sobie kiedy i jak się tu znalazłem.

 

***

 

Kermit trafił na parking kilka miesięcy temu. Było to jakąś logiczną kontynuacją jego życia. Od dziecka mieszkał na pobliskim osiedlu. Tam chodził do szkoły. Rzadko kiedy stamtąd wyjeżdżał. Znał je jak własną kieszeń. Szybko też stał się częścią tego społecznego organizmu. On i jego koledzy byli żółcią osiedla. Nieprzyjemni i niepotrzebni. O takich zawsze źle się mówiło.

Pewnego dnia rodzice Kermita wymienili zamki w drzwiach, nie powiadamiając go wcześniej o tym fakcie. Przeprowadził się niewiele dalej. Tym razem była to niewielka kawalerka. Zajmowały ją cztery osoby. Na wyposażeniu mieszkania były tylko jakieś materace, stół i krzesło. Nikomu chyba to nie przeszkadzało, bo jego współlokatorzy byli studentami chemii i właściwie wszyscy mieszkańcy domu znajdowali się ciągle pod wpływem jakiś bliżej nieokreślonych chemikaliów. Jeśli kiedyś któryś z nich dostanie Nobla, to zapewne właśnie dzięki temu, że za młodu tak ofiarnie poświęcał się nauce. Generalnie sajgon i patologia.

Żeby mieć pieniądze na czynsz, Kermit znalazł pracę w bibliotece. Bibliotekarką była sąsiadka, której chłopak zawsze grzecznie mówił „dzień dobry”. Kiedy szukała kogoś do sprzątania magazynu i czytelni, od razu zaproponowała mu żeby sobie dorobił. Tak więc miał zapewnione jakieś minimum bytowe. Do tego dochodził nieograniczony niczym dostęp do zasobów osiedlowej biblioteki. Wtedy Kermit zaczął czytać, niemal wszystko, co wpadło mu w ręce. Generalnie z braku lepszego zajęcia. Poza tym w wynajmowanym przez nich mieszkaniu panował zajebisty mróz, bo nie stać ich było na ogrzewanie. W czytelni przesiedział całą zimę.

Bibliotekarka dokarmiała chłopaka. Przynosiła do pracy kanapki z serem, a w niedzielę nawet zapraszała na rosół. Poczciwa kobieta. Szkoda, że nie udało się jej uratować z tamtego pożaru…

Nie wiadomo jak to się stało. W jednej chwili Kermit reperował gniazdko elektryczne w magazynie, a za moment paliła się wykładzina i regał z węgierską literaturą. Gaśnica oczywiście nie była sprawna. Chciał uciekać, ale stracił przytomność, gdy przewrócił się na niego regał z Brittanicą. Obudził się dopiero w szpitalu.

W tym samym tygodniu policja aresztowała jego współlokatorów. Nie wiadomo dokładnie za jakie eksperymenty dostali wyroki. Optymistyczna wersja jest taka, że rząd porwał ich i w ukryciu prowadzą badania nad bronią chemiczną, albo lekarstwem na jakieś choroby. To drugie byłoby lepsze. W każdym bądź razie, kiedy Kermit wyszedł ze szpitala, do mieszkania już nie wrócił. Na wszelki wypadek.

W ten sposób w ciągu kilku dni został bez pracy i bez domu. Na szczęście przechodząc obok parkingu zauważył karteczkę z tyleż krótką, co treściwą informacją o tym, że szukają kogoś do pracy. Potrzebowali ludzi na nocną zmianę. Przyjęli go praktycznie od ręki. Tak więc za jednym zamachem znalazł źródło dochodu i miejsce, gdzie mógł nocować.

Brygadzista na parkingu nie był taki poczciwy jak pani bibliotekarka. Kiedy zorientował się w ciężkiej sytuacji chłopaka, szybko nauczył się ją wykorzystywać. Tłumacząc się prawem pracy i jakimiś wewnętrznymi przepisami, powiedział, że oficjalnie nie można mieć zmiany każdej nocy, ale on tak załatwi, żeby było spoko. I załatwił. Kermit odrabiał za niego wszystkie nocki, a płacone miał tylko za to, co było w grafiku.

Praca nie była ciężka. Do obowiązków parkingowego należało spisywanie wjeżdżających samochodów i wystawianie kwitków, na podstawie których pobierało się opłaty. No i raz na jakiś czas trzeba przejść się po terenie z latarką i sprawdzić czy wszystko ok. Ani to specjalnie trudne, ani zanadto męczące. Przynajmniej fizycznie.

 

***

 

21:05. Czas w budzie jest odmierzany przez radiowe serwisy informacyjne. Czasami deszcz zakłóca fale i zniekształca głosy prezenterów. Brzmią jakby nadawali z innej planety.

Z nudów robię obchód… Niebo gwiaździste nade mną… i pode mną. Odbija się od kałuż. Stąpam po niebie. Taplam się w gwiazdach. Jest w tym jakaś poezja. Chwila, gdy czujesz absolut. Ale to chwila. Potem rozglądam się i widzę rząd ciężarówek po lewej stronie i autokarów po prawej.

Jest różnica między kierowcami autokarów i tirów. Ci pierwsi są grzeczni i przyjemni w kontakcie. W końcu pracują z ludźmi na co dzień. Zasadniczo nie wdają się w dyskusje z parkingowymi. Co innego tirowcy. Może nie są mistrzami savoir-vivre’u, za to zazwyczaj przystaną, zagadają, ponarzekają na drogi i fotoradary. Czasami nawet przyniosą jakieś piwo z okazji zjazdu na bazę po tygodniu harówki. To jeden z tych zawodów na świecie, w jakich sam fakt skończenia godzin pracy jest powodem do wypicia. Widać, że tysiące kilometrów samotności w kabinie ciężarówki zostawia na nich ślad. Siedząc sam w tej budzie czuję z nimi jakąś więź.

Z ludźmi z osobówek nie mam do czynienia, bo przyjeżdżają i odjeżdżają zazwyczaj w dzień, a nie na mojej zmianie. Jedno jest wspólne dla wszystkich. Nikt z nich nie ma czasu, żeby przeglądać się w kałużach.

Muszę dziś jeszcze wykonać kilka telefonów. Załatwić parę spraw dla Ivana. W końcu dziś finalizujemy ten przemyt, na którym mu tak bardzo zależy.

 

***

 

Firma Ivana organizowała wycieczki, które były świetną przykrywką dla skarbówki i celników. „Eurotranspol” specjalizował się w pielgrzymkach do świętych miejsc w całej Europie. Ivan dawał proboszczowi upusty, więc ten mobilizował wiernych i tych wyjazdów było całkiem sporo. Przy okazji odwiedzin sanktuariów autokar przewoził towary, które mogłyby zainteresować Interpol. Celnicy w katolickich krajach widząc księdza i rozmodlone dewotki nie sprawdzali zbyt dokładnie pojazdu. Celnicy z państw określających się jako świeckie, patrzyli z pobłażaniem na pątników i też sobie odpuszczali.

Oprócz autokaru Ivan miał jeszcze dwa tiry, których kierowcy byli zmieniani częściej, niż skarpetki brygadzisty. A brygadzista i tak prowadził całkiem higieniczny tryb życia. Firma Ivana miała więc na parkingu w sumie trzy samochody z trefnymi towarami. Nic dziwnego, że potrzebował mieć tu też swojego człowieka. Szybko zorientował się, że Kermit jako jedyny jest tu niemal bez przerwy.

Płacił mu za przekazywanie kierowcom instrukcji i kontakty z klientami. Z czasem zauważył, że chłopak jest bystry i radził się go w technicznych sprawach. Po kilku udanych operacjach Kermit miał już wystarczający kredyt zaufania, żeby stać się jakby przedstawicielem Ivana na parkingu. Kredyt wysoko oprocentowany.

Odsetki naliczane w walucie lojalności i serwilizmu. Bezwzględnie. Kermit wprawdzie nigdy sam nie odwalał dla Ivana czarnej roboty, ale często zlecał ją innym. Właściwie to brzydził się przemocą, kiedy był jej świadkiem. Nie przeszkadzała mu jednak, gdy jej nie widział.

 

***

 

Przeglądam się w szybach okiennych budy. Jak byłem małym chłopcem moja ciocia straszyła mnie, że w lustrze można zobaczyć diabła. Dlatego trochę bałem się luster. Później zastanawiałem się nad tym dziwnym przesądem i doszedłem do wniosku, że jest w tym zajebiście dużo racji. Wszak demon, którego można ujrzeć we własnym odbiciu to nic innego jak zło siedzące w człowieku odkąd Kain zabił Abla.

Po framugach okna pełzają robaki. Przebiegają szybciutko z jednego kąta w drugi jakby nie chciały mi w niczym przeszkodzić. Ale ja mam kupę czasu i spokojnie mogę im go trochę poświęcić. Ich chitynowe pancerzyki odbijają blade światło lampki. Skąd ich tyle o tej porze roku?

Wycie od ruin. To na pewno tylko złudzenie. Wiatr poruszający plandeki naczep od tirów… 21:58 – zdecydowanie za wcześnie na wzrokowo-słuchowe omamy. Chyba powinienem się przewietrzyć.

 

***

 

– Wierzysz w Voodoo?

– Kurwa, Ivan, o czym ty mówisz?

Siedzieli w magazynku – starym kontenerze stojącym na parkingu, za który Ivan uiszczał comiesięczny abonament.

– No wiesz, magia, czary… Te sprawy…

– Aaaa… Coś, jak Harry Potter? – Kermit był w sumie przyzwyczajony do dziwnych pytań swojego szefa. Zazwyczaj odpowiadał na nie z sarkazmem.

– Raczej Harry Angel… Ale pytam poważnie. Wierzysz w takie rzeczy?

– Nie bardzo.

 

***

 

Kiedy pracuje się na nocnej zmianie, w pewnym momencie w umyśle zaczyna się wszystko mieszać. Przesuwają się wskazówki naturalnego zegara mniej więcej o 5-6 godzin. Jestem na takim etapie, że 13:00 jest dla mnie porankiem. Na początku, gdy jeszcze było ciepło wstawałem o tej porze i wychodziłem na spacer. Z czasem przestałem właściwie opuszczać teren parkingu. Na swoją zmianę czekam w portierni. W niektóre dni zdarzało się, że nie widziałem słońca.

A teraz… Niebo gwiaździste nade mną…i chuj mi po tym. 22:22 na elektronicznym zegarku fajnie wygląda, ale ja mam wskazówkowy. Staromodną cebulę na łańcuszku. Po wujku, który zapił się na śmierć. Tak przynajmniej mówiłem kumplom, żeby była ciekawa historia. Naprawdę wujek umarł na zawał siedząc na kiblu. Ale przedmioty, które mają historię, a na dodatek jest w niej alkohol i śmierć, nabierają wartości w oczach słuchaczy. W rzeczywistości znalazłem popsuty zegarek i go naprawiłem.

Ktoś jeszcze o tej porze się kręci przy rzeźni. Pewnie Kaleta ostrzy noże. To się nazywa pracoholik. Od świtu do zmierzchu zarzyna świnie. Musi to lubić. Ciekawe, czy dałby radę oprawić człowieka… Lepiej się poczuję, kiedy on już sobie pójdzie do domu.

 

***

 

Z rzeźni w ciągu dnia dochodziły przeraźliwe odgłosy. Ale nocami było generalnie cicho. Dlatego tamtego popołudnia nie zwróciło niczyjej uwagi przeraźliwe wycie, które rozlegało się w gospodarczej części budynku… krzyk… prawie ludzki.

– To niewiarygodne… – Doktor Więcicki grzebał w ogromnej martwej maciorce.

– No i mnie cóś nie pasowało, panie doktorze. – Jan Kaleta oprawiał mięso od dobrych czterdziestu lat i na anatomii trzody znał się pewnie niezgorzej jak dyplomowany weterynarz.

– To sensacja naukowa! – Lekarz nie mógł się opanować.

– Panowie, nie ma co dyskutować! – Szef był zainteresowany tylko jednym – Doktorze, czy to mięso można dać na eksport?

– Chyba pan nie rozumie – Więcicki poprawił okulary i popatrzył na właściciela rzeźni. – To coś… – wskazał na truchło wyjęte z rozkrojonego tucznika – to coś ma ludzkie narządy wewnętrzne…

– Jak to?

– Nie wiem. Czytałem o eksperymentalnych przeszczepach ludziom świńskich narządów, ale to tutaj to jakby hybryda międzygatunkowa.

– Że co?

– Jakby to powiedzieć… to biologicznie człowiek w świńskiej skórze… Ja to muszę zabrać do dalszych badań. Zgłosić, pokazać kolegom…

– Czyli trza to zakopać. I przebić osikowym kołkiem – zamruczał Kaleta – Idę po łopatę.

– To trzeba pokazać światu! – Doktor nie przejął się zabobonnym rzeźnikiem. Szef siarczyście zaklął.

– Doktorze, a nie da się jakoś tego po cichu… Przecież mnie tu zaraz jakąś kontrolę naślą… – Po chwili zastanowienia właściciel rzeźni zaczął łagodnym tonem. – Pan to jakoś zabierze i sobie będzie kroił, ale nie powie pan skąd to ma…

Więcickiemu przez myśl przebiegła wizja przedstawiająca jego samego w bogato wyposażonym laboratorium dotowanym przez szalonego miliardera, który chce stworzyć nową rasę pół-ludzi, pół-zwierząt.

Za dużo filmów – odezwała się ta bardziej racjonalna część jego umysłu – Niemniej takie badania mogłyby przynieść zyski…

– Wie pan, ale dla dobra nauki musiałbym to wywieźć gdzieś za granicę. A na to trzeba pieniędzy.

– Czyli załatwione?

Więcicki wyszedł zadowolony. Szef poszedł do gabinetu. Tylko Kaleta został wśród rozbabranych świńskich wnętrzności. Słyszał, jak jego pracodawca wykręca numer na staromodnym tarczowym telefonie.

– Kurwa, Ivan. Coś ty mi tu przywiózł?!… Jak to „o co chodzi?” O te twoje świnki… Jaka „eksperymentalna hodowla”? Nie chce tego więcej! Na dodatek miałem kontrolę weterynaryjną i doktorek coś kombinuje!… Tak… Więcicki… Dobra… Na razie.

Po chwili szef wyszedł z gabinetu. Popatrzył jeszcze raz na truchło i po chwili zadumy odezwał się do stojącego w ciszy Kalety:

– Panie Janku, niech pan toto zakopie. – Zastanowił się jeszcze moment i dorzucił niepewnie – No i przebije osikowym kołkiem… Na wszelki wypadek.

 

***

 

23:35, Jacek kręci się po placu. Za nim, jak zwykle, łażą jakieś kundle. Pojawiają się tylko wtedy, gdy on ma zmianę. Młody próbował mi kiedyś rozkminiać, że wyczuwają w Jacku dobrego człowieka i dlatego do niego lgną. Ja trzymam się tego, że czworonożni przyjaciele poczciwego grubasa latają za nim, bo on bez przerwy je dokarmia. Prawda pewnie leży pośrodku.

– Kermit, jak chcesz, to idź teraz na portiernię. Ja spróbuję przespać się w budzie. – Wchodzi do portierni i bierze kurteczkę z haka. Za nim wloką się dwie suki.

– Kurwa, Jacek, znowu wpuściłeś tu te kundle? Jakby jeszcze mało było smrodu po twojej wizycie w kiblu… – Psy, jakby wiedziały, że o nich mówię, warczą na mnie groźnie.

– Biorę suki do budy, to tamte na zewnątrz może sobie pójdą. A przynajmniej nie będą tak szczekać. – tłumaczy Jacek smarując stary chleb karmą dla psów.

– To i kanapki im nawet robisz? – powtarzam ten gryps już pewnie dziesiąty raz w tym miesiącu. Ale Jacek i tak się śmieje.

– No ta, kanapeczki! Ha ha ha! Chcesz jedną?

– Eeee, bez keczupu, to nie… – mówię to za każdym razem. Jacek się rechocze.

Wychodzi. Siadam przed telewizorem. Widzę, jeszcze światło latarki w ciemnościach i potężną sylwetkę Jacka.

 

***

 

– Kermit, możesz tu na chwilę? – krzyknął stojący obok jeepa Ivan.

– Ta, już idę. – Kermit nieśpiesznie ruszył w jego kierunku.

– Zapalisz? – Ivan wyciągnął paczkę w kierunku parkingowego. – Fajne macie te pieski. – Wskazał na wałęsające się za płotem mieszańce.

– Ta? Możesz sobie kilka wziąć. Na koszt firmy. 

Ivan był łasy na wszelkie promocje, ale chyba zrozumiał żart, bo swoim zwyczajem szybko przeszedł do konkretów:

– Słuchaj, dwie sprawy. Trzeba zająć się pewnym doktorkiem. Weterynarz. Niech to będzie jakoś tak naturalnie… Nie wiem… Liczę na twoją inwencję. Tu masz jego nazwisko i adres – Podał chłopakowi złożoną kartkę. Ten schował ją do kieszeni. – Na tej kartce jest coś jeszcze. Szykuję duży interes. Nie ma mowy o wpadce. Dlatego potrzebuję dobrej skrytki. Masz tam napisane wymiary i wagę towaru. Wymyśl, gdzie to można upchać i wytłumacz to naszemu mechanikowi. Niech przystosuje odpowiednio autokar.

– Dobra, pomyślę… A, byłbym zapomniał. Był tu komornik. Wypytywał o ciebie.

– Daaaa… – Zamyślił się Ivan. – I co mu powiedziałeś?

– Żeby się poszedł jebać.

– I bardzo dobrze. Tak trzeba.

– Nim też mam się zająć?

– Nie, nim nie. Urzędnik państwowy. Takich warto mieć w kieszeni, a nie w trumnie. – Ivan uśmiechnął się paskudnie i poklepał chłopaka po przyjacielsku. Popatrzył ponad nim i szybkim niepozornym ruchem wyrwał mu kilka włosów.

– Ała. Co robisz? – Kermit złapał się za głowę.

– Nic, nic… Siwiejesz stary… Dobra, spadam na razie. A ty wracaj do roboty. Patrz, klient przyjechał. – Wskazał w stronę bramy, gdzie akurat zajechał znajomy tir.

Kermit pokazał kierowcy, gdzie zaparkować i dając znaki latarką, odpowiednio pokierował go na stanowisko między dwoma innymi ciężarówkami. Kiedy skończyli, podszedł do szoferki.

– Jak tam, panie Marku? – Kermit lubił pana Marka, który był kierowcą z dwudziestoletnim stażem. Bez wypadku. Kiedyś pan Marek chciał zeswatać go ze swoją córką, ale dziewczyna nie podzielała entuzjazmu ojca w stosunku do parkingowego.

– Cześć Kermit. Ale szychtę zaliczyłem. Dwadzieścia cztery godziny za kółkiem.

– Skąd?

– Z Neapolu.

– Ładnie. Gratulacje. A teraz fajrant, co?

– Nie bardzo… W przyszłym tygodniu znowu tam jadę. Ja już za stary jestem na takie eskapady. Ale Justynka teraz studia zaczyna i pieniądze są potrzebne.

 

***

 

Północ. Czas płynie coraz wolniej. Mały lampowy telewizor odbiera tylko jeden kanał. I to wyjątkowo gówniany. W weekend o tej porze jeszcze coś się jeszcze da obejrzeć. Ale dziś środek tygodnia.

Gapię się więc tępo w czarno-biały ekran. Nie mając nawet świadomości, że właśnie oglądam program, w którym jakaś laska namawia ludzi do dzwonienia i układania wyrazu z podanych literek. Za ułożenie poprawnej odpowiedzi telewizja, w osobie wspomnianej dziewczyny, płaci niezłą kasę. Przynajmniej stąd tak to wygląda. Młody próbował nawet kiedyś dzwonić, ale tylko inkasowało mu z konta 3,66 za połączenie i miły kobiecy głos zachęcał, żeby zadzwonił jeszcze raz. Lepiej by wykorzystał tą kasę dzwoniąc na jakąś sex linię.

Wszystko było zapięte na ostatni guzik. Teraz trzeba tylko czekać na jednego z kierowców Ivana z ładunkiem. Nie powiedział kto to będzie. Zresztą nieważne. Najważniejsze to zaopiekować się ładunkiem…

 

***

 

Doktor Więcicki zostawiał czasami swoją fiestę na parkingu. Dziś po południu wyjeżdżał będąc w wyjątkowo dobrym humorze.

– Dzień dobry, może podwieźć? – zaoferował się widząc, że Kermit wychodzi z parkingu.

– Nie, dziękuję. Ja tylko do sklepu… – Zastanowił się chwilę – A właściwie, to chętnie skorzystam.

Wsiadł do auta.

– Pan doktor już po pracy? Dopiero trzynasta. Rano…

– Hahaha. Rzeczywiście wygląda pan tak, jakby dopiero wstał z łóżka.

Kermitowi nie wydawało się to śmieszne.

– Widzę, że pan doktor w dobrym humorze…

– Jutro jadę z rodziną na urlop. – Więcicki uśmiechnął się szeroko.

– A dokąd, jeśli można zapytać?

– A można, można… W Alpy, na narty…

– Oooo… Fajnie. Lubi pan sporty zimowe?

– Ja osobiście to nie bardzo, ale żona jest świetna na stoku. No i mały też nie może się doczekać, żeby zobaczyć góry.

– Ile chłopak ma lat?

– Pięć!

– Eeee, to już duży kawaler… O, tu proszę mnie wysadzić.

Więcicki zatrzymał się i Kermit wysiadł.

– Dziękuję za podwiezienie i udanego wypoczynku życzę! – rzucił na pożegnanie.

– Dziękuję i do widzenia.

 

***

 

Po tej akcji wycofuję się z interesu. Ivan obiecał mi taką kasę, że może wreszcie się stąd wyrwę. Czas pomyśleć o przyszłości. Czas się zmienić. Znaleźć sobie jakąś fajną dupeczkę… może Edyta… W końcu laska niczego sobie. I, muszę przyznać, że mam do niej słabość. Przy niej staję się jakby lepszym człowiekiem.

 

***

 

Edyta była panią kierowcą. Kobieta z tych o nienachalnej urodzie, ale niewątpliwym uroku ujawniającym się przy bliższym poznaniu. Dodatkową perwersją było to, że jeździła karawanem przerobionym z radzieckiej czajki. Prawdziwe cacko. Zazwyczaj karawanów nie zostawia się na parkingach, ale Edyta miała blisko do domu. I nie widziała w parkowaniu tutaj swojej czajki niczego niestosownego. W ogóle nietypowa niewiasta.

Kiedy Kermit spotkał ją pierwszy raz, wysiadała z karawanu w trupio bladym makijażu, w powłóczystej czarnej sukience. Naprawdę groteskowy widok. Brakowało tylko jakiejś gotyckiej muzyki w tle. Potem okazało się, że nie zdążyła przebrać się po występie w jakimś spektaklu eksperymentalnego teatru w reżyserii kolegi, dlatego tak wyglądała. Na co dzień była uśmiechnięta, oszczędnie umalowana i miała zdrową cerę. Ubierała się wprawdzie w białą, męską koszulę i ciemny żakiecik, żeby zachować powagę jako współczesny odpowiednik Charona przewożący swoją Czajką nieboszczyków z zakładu pogrzebowego Styx na cmentarz. Ale, jako że nie musiała wysiadać z karawanu – trumnę nosili mężczyźni – do tego poważnego, u góry, stroju, nosiła niebieskie dżinsy i zielone tenisówki.

– Słuchaj, mogę sobie dziś zaparkować?

– Głupie pytanie.

-No, ale dziś… jakby to powiedzieć… mam w środku ładunek. – Kiwnęła swoją ciemną grzywką, wskazując na tył karawanu, gdzie leżała trumna.

– Z wkładem?

– Nom – przytaknęła niepewnie – Nie będzie ci przeszkadzać?

– Raczej nie.

– Dzięki. Kochany jesteś. – Kiedy się uśmiechała, człowiek był w stanie zapomnieć, że z tyłu samochodu leży trup. Kermit teraz też się tak poczuł.

– Może… może wejdziesz na kawę?

– Chętnie, tylko zaparkuję.

Siedzieli tak przy ciepłej farelce. Ona mówiła, a on słuchał. Lubił jej słuchać. Miała dar opowiadania najbardziej banalnych historyjek w przejmujący sposób.

– Skąd się wzięła twoja ksywka? – zapytała przechodząc od opowieści o funeralnym make’upie pewnego znanego, według niej, muzyka do osoby parkingowego.

– Co?

– Dlaczego „Kermit”? – Patrząc na niego nie mogła nie znać odpowiedzi na to pytanie. Był przeraźliwie chudy i miał wyłupiaste oczy. Rzeczywiście przypominał żabę z telewizyjnego show. Do tego ta zielona bluza. Widocznie chciała, żeby coś o sobie opowiedział, bo nie wierzył, że sama na to nie wpadła.

– Dzieciaki w szkole tak wymyśliły i zostało. – Nie lubił mówić o sobie zbyt wiele.

– Myślę, że słodko. – Ach, ten jej uśmiech.

– Dzięki.

 

***

 

Tak, czas z tym skończyć. To nie dla mnie. Owszem, lubię planowanie i organizowanie akcji. Nawet bardziej niż same profity. Ale, do kurwy nędzy, to nie skończy się dobrze. Kryminalni może nie są tacy bystrzy, jak to pokazują w telewizji, ale głupi też nie są. Wiadomo, wpadnie kilku kierowców, może też paru gości od mokrej roboty, ale Ivan jest bezpieczny. A co ja?

Ja do nich nie pasuję. Ja potrzebuję spokoju. Ja nie lubię przemocy. Ja jestem zbyt wrażliwy.

 

***

 

– No panowie… i po co ta krew wokoło? – Kermit wszedł do magazynku, w którym dwóch karków Ivana rozmawiało przy pomocy pięści z jednym z dłużników. – Przestańcie już. Ja tu interesy prowadzę. Idźcie sobie na papierosa. – Para osiłków z ociąganiem odstąpiła od bitego.

– Panie Marku… – Kermit zwrócił się do mężczyzny ze złamanym nosem. – Lubię pana i naprawdę przykro mi, że to tak wyszło. – Wciągnął głośno powietrze. – Niepotrzebnie się pan zapożyczał u Ivana. Mówię to z prawdziwej sympatii. No i jak pan teraz wygląda? – Rzucił mu zwilżony ręcznik. – Niech się pan wytrze. Nie chce pan chyba, żeby Justynka takiego pana zobaczyła. Apropos… Kiedy ją pan ostatni raz widział? Dawno pewnie… Odkąd wyjechała na studia, to coraz mniej macie okazji, a ona tam sama w akademiku z niebieskimi roletami…

– Ty, skurwysynu… tylko się do niej zbliżysz…

– Spokojnie, bo zaraz przyjdą tamci koledzy – Wskazał w kierunku, gdzie stali chłopcy od Ivana i rozmawiali o proteinach, odżywkach i o tym, ile który wyciąga na klatę. – A ja naprawdę nie lubię ich metod… Wolę inne… Justynka jest bezpieczna… Póki co… A nasz problem… Mówiąc „nasz” mam właściwie na myśli pana, panie Marku… Nasz problem możemy rozwiązać inaczej.

 

***

 

1:19. Łuskam orzechy włoskie. Laskowe są smaczniejsze, ale z włoskimi jest więcej roboty, więcej dłubania. Przyjemniej czas leci. Słonecznik też jest do tego dobry, ale sezon słonecznikowy się skończył parę miesięcy temu, więc zostały tylko orzechy.

Są trzy podstawowe metody jedzenia orzechów włoskich:

Pierwszy – na chama, czyli jemy wszystko jak leci. Oprócz skorupek oczywiście. Sposób szybki, więc na parkingu praktykowany rzadko. Kojarzy mi się raczej z przystankiem autobusowym.

Drugi – na Indianina – starannie rozbijamy każdego orzecha i oczyszczamy przypominającą wyglądem mózg część jadalną z cieniutkiej skórki. Każdemu kawałkowi poświęcając odpowiednio dużo czasu i uwagi. Jest to metoda najpopularniejsza na parkingu.

I ostatni – na smakosza. To dla wyrafinowanych i wyjątkowo cierpliwych. Generalnie jak powyżej, z tym że nie zjadamy od razu oczyszczonego kawałka, ale odkładamy go na zaimprowizowany z kartki papieru talerzyk i konsumujemy dopiero, gdy uzbiera się przynajmniej garść oskalpowanych „mózgów”. Dzięki czemu możemy cieszyć się pełnią smaku orzecha…

Nie powiem Ivanowi, że z tym kończę. Nie jestem samobójcą. Za dużo wiem, żeby zwyczajnie iść na emeryturę. Po prostu zniknę pewnego dnia. Wyjadę gdzieś, dokąd bilety są kurewsko drogie, za to życie jest tanie i beztroskie. Gdzie zamiast orzechów laskowych będą kokosy, a zamiast jabłek – banany.

 

***

 

Pieniądze z abonamentów i biletów dobowych wystarczały zaledwie na opłaty i pensje dla pracowników. Prawdziwy interes parking robił dzięki umowie z drogówką. To tu odholowywano samochody po wypadkach, stłuczkach i te, które zatrzymano tymczasowo. W tym kryły się prawdziwe pieniądze, bo można było żądać od właścicieli zatrzymanych aut praktycznie każdej sumy w granicach rozsądku. Wprawdzie zdarzało się, że nikt nie odbierał wraku po wypadku, bo zwyczajnie się nie opłacało, ale bilans i tak wychodził dodatni.

– Co tam, panie Zdzisiu? – Kermit uścisnął wielką grabę laweciarza.

– Ało. Ten tam, świeć Panie nad jego duszyczką, wpierdolił się pod tira. Jechał z rodziną w Alpy. Ledwo do Austrii dojechali… A żona i dzieciak… Wszyscy teraz jak konserwa w puszce. Najświętsza panienka nie dałaby rady uratować. A podobno doktór to jakiś. Kurwa jego mać, weterynarz. Więcicki, w papierach stoi.

– No tak, panie Zdzisiu. Nie znasz dnia, ani godziny. Jak to powiadają…

– Ano. Jak zejście komu Bóg zasądził, to za chuja rady nie ma. – wygłosił natchnionym tonem mężczyzna.

– A ten tir też nasz. Nawet może znasz tego kierowcę… Taki Marek… Kojarzysz?

– Nie. Zupełnie nie. – Kermit wyglądał naprawdę wiarygodnie.

– No trudno. To on, ten Marek, strasznie w szoku. Płakał i trząsł się, jak go widziałem. Szkoda skurwysyna. Teraz zabiorą pewnie prawo jazdy, a jak, nie daj Boże do pierdla wsadzą… A on sam córkę wychowuje, wiesz? Ładna dziewczyna, czasami po niego przyjeżdżała na parking. Naprawdę nie kojarzysz? Taka blondynka…

– Nie. Już mówiłem, że nie.

 

***

 

2:38. Budzi mnie dzwonek do bramy. Te kilka sekund, kiedy ze snu wyrywa cię jakiś spóźniony kierowca i z ciepłej portierni musisz wyjść na zimno, to chwila kiedy nienawidzisz wszystkich i wszystkiego. Dlatego nie lubię być w portierni przy bramie. Dużo fajniej jest w budzie na drugim końcu placu. Fakt, że jest tam nudno, pusto, a bliskość ruin w pełni księżyca, z jakiś irracjonalnych powodów, czasami przyprawia o ciarki na plecach, ale przynajmniej można się tam spokojnie wyspać.

– Dyśka? Co ty o tej porze?

– Daj spokój. Otwieraj. Kto jest z tobą na zmianie?

– Jacek. Śpi w budzie.

– Dobrze.

– Słuchaj. Wdepnęłam w niezłe gówno. Musisz mi pomóc. – Przyznam, że to nie są słowa, które o tej porze chce usłyszeć od kobiety zmęczony facet. – Wiem, że mówiłeś, żebym trzymała się z dala od Ivana, ale potrzebowałam kasy… Miałam tylko mu coś przewieźć w swoim karawanie…

– Ja pierdolę… – Nie chcę słyszeć tego, co mi teraz powie… – Nie dowiozłaś tego?

 

***

 

Plan był idealny. Nie mogło się nie udać. Tak właśnie to wyglądało wtedy, gdy Kermit tłumaczył swój pomysł Ivanowi. „Eurotranspol” zorganizuje wycieczkę do Ziemi Świętej, skąd ma pochodzić kontrabanda. Kermit nie wiedział co to, ale było ciężkie, więc kazał mechanikowi wzmocnić podwozie.

Kiedy się mówi o czymś, co ciebie nie dotyczy, słowa mają tak naprawdę niewielką wagę. „Spowodować wypadek” brzmiało w sumie bardzo niewinnie wtedy, gdy o tym rozmawiali. Teraz, gdy Kermit widział na ekranie telewizora jak izraelscy sanitariusze noszą kolejne czarne worki z ciałami pasażerów, a polscy politycy solidaryzują się z rodzinami ofiar, właściwie też nic nie czuł. Obraz przekazywany przez kamery z helikoptera był nierealny. Kolejny medialny spektakl. Coś, co się wydarzyło gdzieś daleko. Gdyby nie przekaz satelitarny w ogóle nikt by o tym nie wiedział. Kierowcy autokarów na parkingu nie komentowaliby tego od samego rana. Przechodzący ulicą ludzie nie witaliby swoich znajomych zwrotami typu:

– A słyszał pan, co się stało?

– Tak, to straszne, proszę panią.

– Tragedia. I tyle ludzi.

– A jaki młody kierowca…

Nie kiwaliby współczująco głowami nad losem nieznanych im pasażerów pątników z pielgrzymki „Eurotranspolu”.

W każdym bądź razie pierwsza, można powiedzieć, kluczowa, faza ukończona. Teraz czas na fazę drugą – mniej spektakularną, ale równie ważną. Trzeba poczekać na oficjalny komunikat o ofiarach śmiertelnych. I mieć w pogotowiu odpowiednią ilość karawanów…

 

***

 

– Pokaż mi to! – Nie chciałem, żeby zabrzmiało to jak rozkaz, ale chyba się nie udało.

– Kermit, co ty? – Zdziwienie w jej głosie miesza się z przerażeniem.

– No Dyśka, ciekawy jestem, co jest takie drogocenne dla Ivana. – Edyta chyba przestraszyła się mojego tonu, więc uspokoiłem głos. W środku jednak nie jestem spokojny.

– Nie mam tu tego. – Ona jest spokojna. Ona już wie, że mi zależy. Wie, że nie jestem po jej stronie. Wie, że jej nie pomogę.

– Otwieraj samochód! – Już nie starałem się udawać opanowania. Nie umiałem. – Natychmiast! – Tak bardzo chciałem, żeby ta akcja się udała. Żeby to był happy end ze mną i Edytą w roli głównej. A ona wszystko spierdoliła!

Dziewczyna posłusznie otwiera bagażnik i cofa się zrezygnowana. Zaczynam nerwowo szarpać za trumnę, żeby ją wyciągnąć. Ciężkie to i nieporęczne.

– Aaaaaaaaaaa! – Upuszczam trumnę, bo coś właśnie chwyta mnie zębami za prawe przedramię. Odruchowo łapię lewą ręką łopatę, która na szczęście jest na wyposażeniu karawanu i markuję silny cios. Ogromny pies odskakuje w cień. Ale nie zamierza uciekać. Szykuje się do kolejnego skoku.

Trzykrotny huk i bestia pada. Odwracam się w kierunku, z którego padły strzały. Ivan z uśmiechem na twarzy i glock’iem w dłoni.

– Witam dzieciaczki. Miło, że wszyscy w komplecie.

– Cześć. Dzięki, ale sam bym sobie poradził z tym kundlem. – Kurwa, tego brakowało. Teraz to już po nas.

– Jasne. Widzę właśnie. – Ivan wskazuje na moje przedramię. Ja też zerkam. Rana wygląda paskudnie, ale nawet tak bardzo nie krwawi. Właściwie to czuję, jak się goi.

– No i towar na miejscu. Wiedziałem, że dziewczyna dobrze się spisze. A i wiadomo, wóz radzieckiej produkcji też nigdy nie zawiedzie… – Klepie po masce karawanu. – Chociaż pistolet wolę niemiecki. Jest bardziej… precyzyjny. – Opuszcza broń i podchodzi do trumny. Otwiera wieko i uśmiech schodzi mu z twarzy. Błyskawicznie wymierza glock’a prosto w Edytę.

– Gdzie to jest, dziwko?!

– Co tu się dzieje?! – Od strony budy biegnie Jacek. Widocznie obudziły go strzały. – Zaraz dzwonię na po… – Przerywa mu wystrzał. Pada martwy mącąc gwiazdy w kałuży. Ivan znowu celuje w dziewczynę.

 

***

 

Jan Kaleta nie spał mimo późnej pory. Czuł, że coś jest nie w porządku. Że dzieje się coś dziwnego. Nikt mu nie wierzył, że w ruinach żyją istoty będące na wpół ludźmi, na wpół zwierzętami. Ale on swoje wie. Do tego to dziwadło w rzeźni kilka dni temu…

Dlatego całą noc przygotowywał broń wedle rytuałów, których uczył go jego ojciec. Ojca nauczył dziadek. I tak od pokoleń. Bo kiedyś było inaczej. Zanim przyszła cywilizacja, te wszystkie nowe wynalazki, ludzie prowadzili nieustanną walkę z istotami nocy.

Walkę, zdawałoby się wygraną, skoro ludzie opanowali większość globu, a bestie zostały zepchnięte do małych enklaw. Miejsc przeklętych. Takich, jak te ruiny obok. Dlatego tu się zatrudnił. Żeby pilnować porządku. Dlatego stał teraz w ciemnościach z naostrzonym nożem, który dostał od ojca. Nóż miał zatopioną w ostrzu nitkę minerału, na który wrażliwe było wszelkie niecne cholerstwo. Dlatego Kaleta, gdy tylko usłyszał wystrzały, mimo swoich sześćdziesięciu lat, pobiegł lekko niczym młodzieniaszek w stronę parkingu.

 

***

 

– Gdzie to zapodziałaś?! – Iwan krzyczy na Edytę wymachując przed nią pistoletem.

– Zostaw ją! – Nie wiem co we mnie wstępuje. Rzucam się na Ivana. Jednak jest silniejszy. Odparowuje cios i błyskawicznie uderza. Przewracam się i widzę, jak Edyta zaczyna uciekać… Dobrze dziewczyno! Byle dalej. Uda jej się. Po chuj się odwracasz! Biegnij. Ona odwraca się i patrzy na mnie z przerażeniem. Jakbym był jakimś potworem. Ivan strzela, dziewczyna pada na bruk. Ale żyje.

Wstaję. Czuję zew. Chcę wziąć leżącą obok łopatę i zapierdolić nią Ivana. Kurwa, nie mogę jej chwycić… Moje dłonie… Sierść i pazury…

Pękają żarówki w pobliskich latarniach. Nie obchodzi mnie to. Mrok to moje królestwo. Czym się stałem? Czuję zew. Czuję zapach krwi. Próbuję uśmiechnąć się, ale moja twarz nie jest już moją twarzą. Jest wilczym pyskiem… Myślenie zmienia się w instynkt. Rozszarpię skurwysyna pazurami i kłami.

Skok, mimo ciemności, jest precyzyjny. Słyszę jego jęk. Czuję smak jego krwi. Ivan krzyczy. Leży na ziemi. Wyciąga coś z kieszeni. Nagły ból przenika całe moje ciało.

Skurwysyn trzyma w rękach jakąś laleczkę. Śmieje się głośno. Łamie laleczce lewą rękę. To pękają kości mojej łapy… Ivan wstaje. Upuszcza kukłę na ziemię i depcze jej korpus… Coś mnie uciska, nie mogę oddychać. Obraz się rozmywa. Niebo gwieździste nade mną… Tracę świadomość. Ostatnie co widzę, to mój zegarek tuż przy twarzy… 3:26…

 

***

 

Edyta umierała katowana przez Ivana. Nie chciała powiedzieć mu tego, o co pytał. Nie przywiozła ładunku, na którym mu tak zależało. Nie to, że nie chciała. Zlecenie jak każde inne. Nawet lepiej płatne. Ale już pierwszej nocy, kiedy zatrzymała się na postój w drodze powrotnej, miała sen.

Śniło jej się, że stała sama pośrodku ogromnej hali otoczona wielkimi psami. Warczały. Wszystkie. Nagle nieprzyjazne odgłosy ucichły, a z kąta sali wyszła ku niej kobieta-kot. „Kotołacica” chciałoby się powiedzieć. Smukła, z białym futrem o fizjonomii kocicy, poruszająca się na czterech kończynach. Piękna pośród okaleczonej, ohydnej zwierzęcej zbieraniny wokół. Inne stworzenia składały jej pokłony.

Kobieta-kot onieśmielała Edytę swoim pięknem. Przysiadła na wprost niej. Nie przemówiła, tylko patrzyła jej prosto w oczy.

„Dziewczyno, los cię przysłał tu, gdzie jesteś, byś wypełniła misję…” Edyta słyszała w swojej głowie. „Ten ładunek, to skarb, który nie może trafić tam, gdzie go wieziesz… Żaden śmiertelnik nie może tego posiąść na własność, bo to nim zawładnie. Bo harmonia świata zostanie zachwiana.”

Edyta obudziła się spocona. Sen powtarzał się przez kolejne dwie noce. Coraz bardziej sugestywne obrazy, w które coraz bardziej zaczęła wierzyć. Kobieta-kot przenikała głęboko w jej świadomość. Mówiła o tym, że skarb należy zwrócić siłom, które są starsze od ludzkiej cywilizacji. Obiecywała, że stworzenia, które są jej posłuszne, będą pomagać Edycie. Że Natura, Siły Nadprzyrodzone, Magia i Harmonia… I Edyta jej uległa.

Kiedy zawiozła skarb w miejsce, które wskazała jej biała Kotołacica, sny przestały ją dręczyć. Pojawiły się za to wątpliwości. Przecież Ivan ją zabije. Tylko dlatego, że zaczęła wierzyć w powtarzaną w kółko bzdurę o misji, powołaniu, czy czym tam jeszcze. Nikt jej nie pomoże. Znowu jest sama…

Postanowiła zwrócić się o pomoc do jedynego człowieka okazującego jej choć odrobinę sympatii. Może nawet czegoś więcej. Czuła, że Kermit może ją ochronić.

Umierała spokojnie. Nie czuła bólu. Mogłaby nawet odczuwać satysfakcję, że Ivan był wściekły. Przegrał. Dotychczas uważała, że kiedy się umiera, mało znaczące jest moralne zwycięstwo. Ale tylko to jej pozostało.

Mało ważne jest to, że jej oprawca nie zdążył nawet wytrzeć krwi z butów, a dopadła go sfora wściekłych psów. Że nie był w stanie się przed nimi obronić, bo atakowały w stadzie i nie bały się śmierci. Nie wystraszył ich huk z pistoletu.

Jan Kalata przybiegł, gdy było już po wszystkim. Najpierw znalazł to, co zostało z ciała Ivana. Rozszarpane, pogryzione kawałki mięsa. Kilka kroków dalej leżała jeszcze ciepła Edyta. Umierała.

Minął ją, bo czuł, że znajdzie kogoś jeszcze. Tuż przy końcu placu. Leżał ten, którego szukał. Człowiek-wilk. Kaleta zbliżył się do niego ostrożnie. Widział, jak wilkołak się krztusi. Jak powoli wstaje. Słyszał, jak wyje. Jak szuka drogi ucieczki. Próbuje przeskoczyć przez płot. Pierwsza porażka. Był widocznie osłabiony, bo chwieje się na łapach.

Chwila nieuwagi, na którą czekał Kaleta. Rzeźnik wbił swój nóż tylko raz. Pewnie, pod lewą łopatkę. Prosto w serce. Jest w końcu mistrzem w zabijaniu. Umie zrobić to tak, by zwierzę się nie męczyło. Niemalże bezboleśnie. Ale wilkołak ostatnim swoim tchnieniem wydał przeraźliwy ryk.

Kaleta był do tego przyzwyczajony. Wie, że to nie krzyk spowodowany fizycznym bólem. Wszak ciało nieszczęśnika jest już dawno martwe. W tej chwili umarło to coś wewnątrz. To, co różne religie różnie nazywają.

Pod nogami Jana Kalety leżał nagi i pokrwawiony trup Kermita. A nad nim było tylko niebo gwiaździste.

 

Koniec

Komentarze

Bardzo interesująca i wciągająca historia. Niby po pierwszej części wszystko jasne, a jednak nie, jednak ciekawi aż do końca.

Interpunkcja do dopracowania. Na przykład: pisząc zdania złożone z imiesłowowym równoważnikiem zdania, musisz wstawić przecinek.

Sztycha czy szychta?

Babska logika rządzi!

Dzięki :)

 

“szychta” poprawiona ;)

Niebo gwiaździste nade mną… i pode mną. Odbija się od kałuż. Stąpam po niebie. Taplam się w gwiazdach. Jest w tym jakaś poezja. Chwila, gdy czujesz absolut. Ale to chwila. – to piękne

Właściwie to brzydził się przemocą, kiedy był jej świadkiem. Nie przeszkadzała mu jednak, gdy jej nie widział. – a to takie bardzo prawdziwe

Powtórzę za Finklą – bardzo ciekawa i interesująca historia. Stworzyłeś fantastyczny klimat, jakiego nie spodziewałabym się po okolicy, w której dzieje się historia: parking to nie miejsce na paranormalny świat.

Bardzo dobrze poprowadziłeś akcję – do końca trzyma w napięciu. Do tego smaczki, jak wynotowane powyżej.

Zerknij też w Hyde Parku na poprawny zapis dialogów, bo zdarzają Ci się błędy.

No dobra, lecisz do biblioteki i nominuję Cię do piórek we wrześniu.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Jedno z tych opowiadań na NF, które zdecydowanie warto przeczytać mimo ponad 40k znaków. Bardzo fajnie napisane, szczególnie fragmenty z 1-osobową narracją. I przede wszystkim – wciąga.

Szkoda tylko, że trochę błędów się znalazło. Jakaś tam literówka, czasem coś źle z dialogami czy interpunkcją. Ale ogólnie to nic wielkiego.

Szczerze mówiąc spodziewałem się czegoś innego pod koniec. Zwłaszcza po tych wyrwanych włosach wyobraziłem sobie inny ciąg dalszy, dlatego troszkę (choć też bez przesady) się zdziwiłem. Ogólnie: fajnie opowiedzina historia ;)

O właśnie, Perrux przypomniał o wyrwanych włosach – też się zastanawiałam, do czego to posłuży. Materiał genetyczny, żeby wrobić Kermita? Nie posłużył do niczego. To po co o tym napisałeś, pabloski?

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Ha! Chciałem trochę tego voodoo przemycić

[SPOILER]

(“Skurwysyn trzyma w rękach jakąś laleczkę. Śmieje się głośno. Łamie laleczce lewą rękę. (…)“)

 

trochę ukazać stosunek bohaterów do sił nadprzyrodzonych, a trochę zmylić trop.

Ale pomysł z materiałem genetycznym też dobry. Można było napomknąć, żeby jeszcze zagmatwać ;)

 

PS: jak się cytuje samego siebie to chyba nie powinien być “cudzysłów” tylko… co? “swoisłów “(?)

 

Dzięki za budujące opinie :)

własnosłów?

Przeoczyłam tę laleczkę voodoo

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Zacznę od potknięć.

Żeby mieć pieniądze na czynsz Kermit znalazł pracę w bibliotece.

Przecinek po “czynsz”.

Poza tym w wynajmowanym przez nich mieszkaniu był zajebisty mróz, bo nie stać ich było na ogrzewanie.

Praca nie była ciężka. Do obowiązków parkingowego należało spisywanie wjeżdżających samochodów i wystawianie kwitków, na podstawie których pobierało się opłaty. No i raz na jakiś czas trzeba było przejść się po terenie z latarką i sprawdzić czy wszystko ok. Nie było to ani specjalnie trudne, ani zanadto męczące. Przynajmniej fizycznie.

– To niewiarygodne… – doktor [Doktor, z dużej] Więcicki grzebał w ogromnej martwej maciorce.

– To sensacja naukowa! – lekarz [jaw wyżej] nie mógł sie opanować.

– Panowie, nie ma co dyskutować! – szef [jw.] był zainteresowany tylko jednym [+.] – Doktorze, czy to mięso można dać na import?

– Czyli trza to zakopać. I przebić osikowym kołkiem. [kropka niepotrzebna] – zamruczał Kaleta [w tym miejscu już tak :)] – Idę po łopatę.

Błędów w zapisach dialogowych jest więcej, ale nie ma sensu, żebym wypisywał tu wszystkie.

Kiedy Kermit spotkał ją pierwszy raz wysiadała z tej swojej Czajki w trupio bladym makijażu, w powłóczystej czarnej sukience.

Przecinek po “raz”.

Ale jako, że nie musiała wysiadać z karawanu – trumnę nosili mężczyźni – do tego poważnego, u góry, stroju, nosiła niebieskie dżinsy i zielone tenisówki.

Ale, jako że (…)

Kiwnęła swoją ciemną grzywką wskazując na tył karawanu, gdzie leżała trumna.

Przecinek po “grzywką”.

Patrząc na niego nie mogła nie znać odpowiedzi na to pytanie.

Jak wyżej. Przecinek po “niego”.

W tym były prawdziwe pieniądze, bo można było żądać od właścicieli zatrzymanych aut praktycznie każdej sumy w granicach rozsądku. Wprawdzie zdarzało się, że nikt nie odbierał wraku po wypadku, bo zwyczajnie się nie opłacało, ale bilans i tak był dodatni.

Że nie był w stanie się przed nimi obronić, bo było ich za dużo i nie bały się śmierci.

 

-------

 

A za to:

 

Z nudów robię obchód… Niebo gwiaździste nade mną… i pode mną. Odbija się od kałuż. Stąpam po niebie. Taplam się w gwiazdach. Jest w tym jakaś poezja. Chwila, gdy czujesz absolut. Ale to chwila.

 

i za to:

 

Ogólnie industrialne i średniowieczne klimaty miały w pewnym sensie poparcie w mitologii mieszkańców pobliskiego blokowiska. Na wspomniane niedokończone budynki, w czasach, zanim gry komputerowe zastąpiły dzieciom podwórkowe zabawy, mówiło się „ruiny”. Miejsce działało na wyobraźnię. To tu odbywały się „solówki” i wojny na kamienie. Potem degustowało się tu tanie wina i smakowało się pocałunki koleżanek ze szkoły. Tutaj cierpiało się z powodu trudności związanych z małą przyswajalnością alkoholu i siarki przez młody organizm. Czyli było w ruinach wszystko, co charakterystyczne dla średniowiecza: pojedynki, romanse i pokuta.

 

oraz za to:

 

Kiedy się mówi o czymś, co ciebie nie dotyczy, słowa mają tak naprawdę niewielką wagę. „Spowodować wypadek” brzmiało w sumie bardzo niewinnie wtedy, gdy o tym rozmawiali. Teraz, gdy Kermit widział na ekranie telewizora jak izraelscy sanitariusze noszą kolejne czarne worki z ciałami pasażerów, a polscy politycy solidaryzują się z rodzinami ofiar, właściwie też nic nie czuł. Obraz przekazywany przez kamery z helikoptera był nierealny. Kolejny medialny spektakl. Coś, co się wydarzyło gdzieś daleko.

 

powinieneś dostać, co najmniej, nominację do piórka! :)

 

Ogólne wrażenia bardzo pozytywne. Potrafisz budować duszny, mroczny klimat, trzymać czytelnika w napięciu. Warsztat masz dopracowany, ba, godny pozazdroszczenia. Opisy niezwykle obrazowe, trafne porównania. Słowem: wyśmienity tekst. Mrok, brud, krew, uczucie niepokoju – to lubię :)

Look at every word in a sentence and decide if they are really needed. If not, kill them. Be ruthless. - Bob Cooper

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

 

W tekście jest sporo małych błędów. Radzę się zapoznać z instrukcją zapisu dialogów. Poza tym raz piszesz Ivan, raz Iwan. Nie wiem, mnogość drobnych potknięć jakoś tak psuła mi przecież całkiem niezłą lekturę. Ciekawy tekst. Ale przydałoby mu się “przesianie”.

Tylko nie "Tęcza"!

Z całą pewnością tekst ciekawy, dobrze napisany, na tle innych opowiadań wybijający się na niepodległość. Ale są też słabe punkty, a przynajmniej takie, które domagają się podszlifowania/przemyślenia.

 

1. Sposób narracji. Stosujesz naprzemiennie pierwszo i trzecio osobową. Pytanie za sto punktów: po co? Jeśli chciałeś w ten sposób „wzmocnić wiarygodność” Kermita, to wystarczyło całą narrację poprowadzić w pierwszej osobie. A tak powstaje miszmasz, który mnie osobiście zmęczył – tym bardziej, że w “akapitach pierwszoosobowych” stosujesz niepotrzebną, moim zdaniem, kursywę, a kursywa męczy przy dłuższym czytaniu, szczególnie na monitorze czy tablecie.

 

2. Wiarygodność psychologiczna protagonisty. Kim jest Kermit? Wrażliwym molem książkowym odtrąconym przez rodziców, cytującym na każdym kroku sentencję Kanta, czy bezwzględnym mordercą bez cienia skrupułów? Kermit mówi o sobie: Ja do nich nie pasuję. Ja potrzebuję spokoju. Ja nie lubię przemocy. Ja jestem zbyt wrażliwy. Jest to zapisane w 1 os., a więc jeszcze bardziej wzmacnia wagę tej wypowiedzi. A potem – wiemy co się dzieje. Kermit z zimną krwią uśmierca dziesiątki osób i gdy (…)  widział na ekranie telewizora jak izraelscy sanitariusze noszą kolejne czarne worki z ciałami pasażerów, a polscy politycy solidaryzują się z rodzinami ofiar, właściwie (…) nic nie czuł. I dosłownie w chwilę potem planuje drugą fazę operacji. To mocno kłuje w oczy – ta niekonsekwencja jest, niestety, mocno widoczna w różnych partiach tekstu, a przecież to właśnie na narracji protagonisty ma się opierać cały emocjonalny fun tej historii.

 

3. Drobne nieporadności typu:

 

Celnicy w katolickich krajach widząc księdza i rozmodlone dewotki nie sprawdzali zbyt dokładnie pojazdu. Celnicy w krajach katolickimi nie będących z zasady nie mieli ochoty sprawdzać autokaru, w którym w upalny dzień mieszał się zapach formaliny i potu. Mógłbyś mnie oświecić, które kraje są katolickie, a które nie, bo ja, szczerze napisawszy, nigdy nie spotkałem się z taką klasyfikacją.

 

– miarkuję silny cios: literówka, ale akurat w tym momencie bardzo widoczna (jeśli to nie literówka, to w takim razie co? Nie mówi się/pisze : “miarkować cios”. Cios można wymierzyć, zadać, otrzymać, zamarkować, ale nie miarkować).

 

– Opis śmierci Edyty. Było nie było, scena finałowa i co? – Edyta umierała w męczarniach. Ale za chwilę mamy: Umierała spokojnie. Nie czuła bólu. I zaraz potem: Umierała bez nadziei. Bez wiary. No, niestety brak konsekwencji w opisie ja tu widzę.

 

4. Metodologia planowania zbrodni doskonałej. W jaki sposób Kermit zsynchronizował ten wypadek, w którym brał udział Więcicki? Więcicki, w papierach stoi. A ten TIR też nasz. Nawet może znasz tego kierowcę… Taki Marek… Kojarzysz? Po prostu jestem ciekawy, bo to akurat jest dla mnie b. tajemnicze – jak doszło do tego wypadku? Wszak Marek był kierowcą z dwudziestoletnim stażem. Bez wypadku. A córka poszła na studia… Hmmm…

 

Reasumując: to wcale nie jest zły tekst! W ogólnym zamyśle, sposobie poprowadzenia akcji i wyborze środowiska, w którym rozgrywa się fabuła – wszystko bardzo fajnie pomyślane. Wydaje mi się, że trzeba jeszcze popracować nad „ogonkologią” (jak wspomniała Tensza, tekst wymaga przesiania) i przede wszystkim konsekwencją prowadzenia narracji – i będzie dobrze, a może nawet bardzo dobrze. Pozdrawiam.

...always look on the bright side of life ; )

Dzięki za życzliwe opinie i wnikliwe analizy błędów, z których sobie nie zdawałem sprawy, a które teraz widzę dosyć wyraźnie. Najbardziej wstyd mi tej niekonsekwencji, bo zawsze staram się zwracać na to uwagę, a tu taki wyraźny przykład. Podobnie z przesiewaniem tekstu.

Planowanie zbrodni doskonałej pominąłem z premedytacją. Raz, że nie uważam jej za istotny element opowieści. Dwa, że obawiam się wymyślać tego typu plany, bo łatwo wpaść w pułapkę i zamiast fajnej intrygi mógłby wyjść banał.

Pozostałe uwagi na pewno wezmę do serca przy pisaniu następnych tekstów.

Nawiążę krótko do wypowiedzi Jacka

Sposób narracji. Stosujesz naprzemiennie pierwszo i trzecio osobową. Pytanie za sto punktów: po co?

W pierwszej chwili chciałem bronić wyboru Autora, bo wszak tekst przypadł mi do gustu w takiej formie, w jakiej go podano. Jednak przemyślałem sobie tę kwestię i muszę zgodzić się z Jackiem. Mamy tu niepotrzebny miszmasz. Wydaje mi się, że opowiadanie zyskałoby, gdyby zastosować weń narrację wyłącznie pierwszoosobową, ale też straciło przy narracji wyłącznie 3-os. Nie dlatego, że jeden sposób wychodzi Ci, Autorze, gorzej, a drugi lepiej (w obu przypadkach jest zacnie), po prostu ta konkretna historia aż prosi się o opowiedzenie jej słowami i głosem wewnętrznym Kermita :)

Pozdrawiam.

Look at every word in a sentence and decide if they are really needed. If not, kill them. Be ruthless. - Bob Cooper

Pabloski, gratuluję bardzo udanego debiutu. ;-)

Mimo że opisane sprawy nie należą do przyjemnych, opowiadanie niezwykle przypadło do gustu i przeczytałam je z przyjemnością. Zgadzam się z zastrzeżeniami wcześniej komentujących i mam nadzieję, że Twoje kolejne opowiadania będą coraz lepsze.

Dla mnie, od dziś, żaden parking już nie będzie taki sam…

 

Tym razem była to nie­wiel­ka ka­wa­ler­ka. Zaj­mo­wa­ło ją czte­ry osoby.Zaj­mo­wa­ły ją czte­ry osoby.

 

…współ­lo­ka­to­rzy byli stu­den­ta­mi che­mii i wła­ści­wie wszy­scy miesz­kań­cy domu znaj­do­wa­li się cią­gle pod wpły­wem jakiś bli­żej nie­okre­ślo­nych che­mi­ka­liów. Jeśli kie­dyś któ­ryś z nich do­sta­nie Nobla, to za­pew­ne wła­śnie dzię­ki temu, że za młodu po­świę­ca­li się nauce. – Czy wszyscy mieszkańcy domu poświęcali się nauce, w nadziei dostania Nobla, czy tylko studenci chemii? ;-)

 

Tak więc miał za­pew­nio­ne pewne mi­ni­mum by­to­we. – Wolałabym: Tak więc miał za­pew­nio­ne jakieś mi­ni­mum by­to­we.

 

Chciał ucie­kać, ale prze­wró­cił się na niego regał z Brit­ta­ni­cą i stra­cił przy­tom­ność. – Regał z taka zawartością, kiedy się przewróci, zawsze traci przytomność. ;-)

Proponuję: Chciał ucie­kać, ale stracił przytomność, kiedy prze­wró­cił się niego regał z Brit­ta­ni­cą.

 

Jest róż­ni­ca mię­dzy kie­row­ca­mi au­to­ka­rów i TIRów. – Jest róż­ni­ca mię­dzy kie­row­ca­mi au­to­ka­rów i tirów.

Uwaga dotyczy także tego błędu, powtarzającego się kilkakrotnie w dalszej części opowiadania.

 

Cel­ni­cy w kra­jach ka­to­lic­ki­mi nie bę­dą­cych z za­sa­dy nie mieli ocho­ty spraw­dzać au­to­ka­ru, w któ­rym w upal­ny dzień mie­szał się za­pach for­ma­li­ny i potu. – Do wcześniejszego pytania Jacka001, w sprawie krajów katolickich, dołączam swoje – skąd w autokarze pielgrzymkowym zapach formaliny?

 

W nie­któ­re dni zda­rza­ło się, że nie wi­dzia­łem Słoń­ca.W nie­któ­re dni zda­rza­ło się, że nie wi­dzia­łem słoń­ca.

 

– To nie­wia­ry­god­ne… – dok­tor Wię­cic­ki grze­bał w ogrom­nej mar­twej ma­cior­ce. – Źle zapisujesz dialogi. Zajrzyj tutaj: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

To sen­sa­cja na­uko­wa! – le­karz nie mógł sie opa­no­wać. – Literówka.

 

…szef był za­in­te­re­so­wa­ny tylko jed­nym – Dok­to­rze, czy to mięso można dać na im­port? – Import, to przywóz z zagranicy. W jaki sposób szef chciał importować mięso z własnej rzeźni? ;-)

 

Nie chce tego wię­cej! – Literówka.

 

Dok­tor Wię­cic­ki zo­sta­wiał cza­sa­mi swoją Fie­stę na par­kin­gu.Dok­tor Wię­cic­ki zo­sta­wiał cza­sa­mi swoją fie­stę na par­kin­gu.

Do­dat­ko­wą per­wer­sją było to, że jeź­dzi­ła ka­ra­wa­nem prze­ro­bio­nym z ra­dziec­kiej Czaj­ki.Do­dat­ko­wą per­wer­sją było to, że jeź­dzi­ła ka­ra­wa­nem prze­ro­bio­nym z ra­dziec­kiej czaj­ki.

Nazwy samochodów piszemy mała literą.

Uwaga dotyczy także tego błędu, powtarzającego się kilkakrotnie w dalszej części opowiadania.

 

Rze­czy­wi­ście wy­glą­da pan tak, jakby do­pie­ro wstał z łózka. – Literówka.

 

…z za­kła­du po­grze­bo­we­go Styx na cmen­tarz.  – …z za­kła­du po­grze­bo­we­go Styks, na cmen­tarz.

 

Nie ki­wa­li­by współ­czu­ją­co gło­wa­mi nad losem nie zna­nych im pa­sa­że­rów… Nie ki­wa­li­by współ­czu­ją­co gło­wa­mi nad losem niezna­nych im pa­sa­że­rów

 

Nie umia­łem. –Na­tych­miast! – Brak spacji po półpauzie.

 

Do tego te dzi­wa­dło w rzeź­ni kilka dni temu…Do tego to dzi­wa­dło w rzeź­ni, kilka dni temu

 

Walkę, zdało by się wy­gra­ną, skoro lu­dzie opa­no­wa­li więk­szość globu… – Wolałabym: Walkę, zdawałoby się wy­gra­ną, skoro lu­dzie opa­no­wa­li więk­szość globu

 

…a be­stie zo­sta­ły ze­pchnię­te do ma­łych en­klaw. Miejsc prze­klę­tych. Takie jak te ruiny obok.Takich, jak te ruiny obok.

 

Nóż miał za­to­pio­ną w swoim ostrzu nitkę mi­ne­ra­łu… – Czy nóż mógł mieć nitkę minerału zatopioną w ostrzu innego noża? ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Przeraża mnie to, że sam dostrzegam te wszystkie błędy dopiero, gdy ktoś mi je nie wskaże. Dajmy na to regał z Brittaniką tracący przytomność… przecież czytałem to zdanie wielokrotnie… ech :/

 

Tłumaczę się z “krajów niekatolickich”. Miałem na myśli państwa świeckie. Takie, kojarzone ze “zgniłym zachodem”. Nietrafiony skrót myślowy. Mea Culpa.

 

Chciałbym się za to wybronić z zastosowania podwójnego sposobu narracji. Chodziło mi o różne punkty widzenia wydarzeń – emocjonalny i obiektywny. Eksperyment uważam za wykonany. Natomiast nie do końca udany. Kilka osób już to zauważyło. Sam też na to wpadłem, że ciekawiej się robi w narracji pierwszoosobowej. Jest to dla mnie jakiś wyznacznik na przyszłość.

Bardzo trudno jest zauważyć błędy we własnym tekście, więc nie przerażaj się zanadto, nie stresuj, tylko po napisaniu odłóż tekst na dwa, albo i trzy tygodnie, i wtedy, kiedy już trochę zapomnisz co napisałeś, przeczytaj ponownie. Zdziwisz się, ile dostrzeżesz. Myślę, że w czasie takiego trzytygodniowego leżakowania usterki dojrzewają i potem łatwiej je zauważyć. Wskazane jest powtórzenie całej peracji.

Mnie czasem pomaga zmiana czcionki. Natychmiast ukazuje mi się to, co jeszcze przed chwilą było niewidoczne.

Powodzenia. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wszystko pięknie, pabloski198, tylko dlaczego nie poprawiłeś do tej pory błędów, które podali Ci na tacy Uważni Czytelnicy (szczególnie regulatorzy)? Przecież ktoś poświęcił na to swój cenny czas. Tak ciężko wejść w edycję i przeczyścić tekst? Do czasu poprawienia tych błędów cofam swoją nominację do Biblioteki. Rzadko mi się coś takiego zdarza (szczerze napisawszy, pierwszy raz), ale widzę, że jest to chyba jedyny sposób, żeby Cię jakoś zdyscyplinować i zachęcić do korygowania własnych niedociągnięć.

...always look on the bright side of life ; )

Jacku – widzisz, ja daje punkt dopiero jak poprawią. Monitoruję sobie temat cichutki, a jak wezmą się do roboty to nawet nie wiedzą, co ich do biblioteki posłało ]:->

Tylko nie "Tęcza"!

Ech, komentarz mi zjadła awaria…:/

Udany pomysł. Mnie akurat pasuje podwójna narracja – pierwszoosobowa okroiłaby wiedzę czytelnika tylko do tego, czego doświadczył Kermit. A co z wizją Edyty? Co z Kaletą? Odświeżony motyw wilkołaka – sprawnie i interesująco. Popraw błędy. Witam na portalu. :)

Poprawione/zmienione. Przynajmniej te wskazane przez komentujących + coś tam znalazłem.

“Styx” to taki ukłon w stronę nazewnictwa firm. Nie tylko ze wspomnianej branży.

Niekonsekwencja w postępowaniu bohatera została. Prześledziłem to, co wskazał Jacek. Tu właśnie wychodzi po co była podwójna narracja. Kermit brzydzi się przemocą, kiedy sam o niej mówi. A postępuje całkiem odwrotnie.

OK. Nominacja powraca ; )

...always look on the bright side of life ; )

Dobry tekst. Mi się osobiście podobała podwójna narracja, bo fajnie pokazywała hipokryzję Kermita. Połowę tekstu przeczytałam nieco wcześniej i błędy przeszkadzały, ale druga część właściwie czytała się sama:)

To zdaje się, że lecisz do biblioteki:)

 

EDIT: Aaa, zapomniałam wspomnieć o liczebnikach – na dobrą sprawę powinny być słownie. I jak na początku kermitowych wstawek raczej nie gryzą, to już 24 godziny w dialogu to czyste Złooo.

A we fragmencie reprezentacyjnym masz cyferki. Blech;P

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Zostawiłem te godziny cyfrowe w narracji Kermita (dzięki temu widzę je tak, jakby wyświetlały się na elektronicznym zegarku w parkingowej budzie) , pozostałe zmieniłem.

Dzięki wszystkim za opinie i rady. Szczególnie te niesamowicie wnikliwe. Jednocześnie podbudowały mnie i uzmyslowiły braki, więc chyba spełniły swoje zadanie.

I dzięki za bibliotekę.

Nareszcie miałem święty spokój i mogłem poczytać tekst o długości powyżej przeciętnej.

Przeczytałem i z pewnego rodzaju zasmuceniem stwierdziłem podczas przeglądu komentarzy, że praktycznie wszystko zostało napisane, i to dobre, i to złe. Trudno, tak mają ostatni na mecie…

Pozostaje jedna uwaga: w życiu nie ośmieliłbym się tworzyć takiego bohatera, który cytuje Kanta, ale postępuje jak nie napiszę co / kto. Wiem, rozumiem, to świetny chwyt, otwierający wielkie możliwości – lecz w przypadku innych typów głównych postaci.

Muszę przyznać, że czytało mi się całkiem nieźle, ale krótko.

Do:

 lokalnej koniunktury

Naprawdę: ko, ko?

A nie:  no me, me

:)

Pan Wysokiego Domu

Poprawione no me, może Pan czytać dalej, drogi Panie ;)

Dość,  dość…  – posługując się lokalnym dialektem. 

;) 

Pan Wysokiego Domu

Nowa Fantastyka