- Opowiadanie: vyzart - Upragniona wojna

Upragniona wojna

Poniższy tekst uważam za całkiem udany. Odleżał swoje, dojrzał na dysku i sądzę, że jest całkiem dopracowany. Mam nadzieję, że będziecie podzielać tę opinię.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Upragniona wojna

Nakreślili glify na każdej ze ścian gmachu, unikając spotkania z pilnującymi go strażnikami. Poruszali się tak, by nie uchwyciła ich żadna z kamer monitoringu, a przez wycięty wcześniej otwór w ogrodzeniu przecisnęli się, gdy najbliższy stróż ucinał sobie drzemkę.

Choć raz wizje Melchiora okazały się pomocne.

Baltazar pierwszy przebiegł przez jezdnię. Jego brat podążał tuż za nim, wypatrując niebezpieczeństwa w ciężkim półmroku miejskiej nocy. Chwilę później obaj skryli się w cieniu skrywającym wąską uliczkę między zaniedbanymi kamienicami. Jak na komendę zsunęli z twarzy chusty i spojrzeli po sobie. Baltazar uśmiechnął się szelmowsko. Przekrzywił czapkę, uwalniając spod czarnej wełny kilka migdałowych pukli.

– Jesteś pewien, że to dobry pomysł? – Melchior nie podzielał entuzjazmu brata. – Co, jeśli nas złapią?

– Miałbyś wizję, gdyby rzeczywiście mieli nas złapać.

– Dobrze wiesz, że to tak nie działa – żachnął się młodszy z bliźniaków. – Sam zawsze powtarzałeś, że nie można im ufać.

Baltazar machnął tylko od niechcenia dłonią i odwrócił się, by wyjrzeć za róg uliczki.

– Musielibyśmy mieć szczyny zamiast mózgów, by się teraz wycofać – powiedział trochę zbyt hardo, zupełnie jakby chciał przekonać również samego siebie. – Zresztą to będą tylko małe fajerwerki. Żeby ci cholerni inkwizytorzy wreszcie nauczyli się, że z nami się nie zadziera.

Melchior przełknął ślinę i nie powiedział już nic. Pozostało mu tylko rozejrzeć się badawczo i patrzeć jak jego brat przymknął oczy, a poruszające się miarowo wargi tchnęły życie w Szept.

 

Płomień.

 

Dźwięk zawisł w powietrzu. Jedno słowo, w które na granicy słyszalności wplecione zostały setki innych. Komendy i rozkazy, wszystkie wypowiedziane jednocześnie, ukryte za pojedynczym tchnieniem, które już po chwili rozlało się wokół braci.

Efekty trudno było do końca przewidzieć. Magia, którą znali, nigdy nie dawała się całkowicie ujarzmić. Zaklęcie powinno wzniecić mały pożar i rozpalić glify błękitnym płomieniem. Niegroźna prowokacja, by pokazać inkwizytorom, że nie są niezwyciężeni, nie wywołując przy tym otwartej wojny. I choć Baltazar doskonale wiedział, że efekty jego Szeptów często różniły się od założeń, nic nie mogło przygotować go na to, co zobaczył, gdy zaklęcie wyrwało się na wolność.

Poprzecinana rzędami okien bryła budynku w jednej chwili zamieniła się w wycinek piekła. Szyby zaczęły wyginać się i pękać pod naporem rosnącego wewnątrz żaru. Zupełnie jakby ktoś przed sekundą wlał do środka zawartość pieca hutniczego. Zaraz potem na mury wpełzły płomienie. Ogień lizał ściany, z każdą chwilą wspinając się coraz wyżej, aż wreszcie gmach zamienił się w kolumnę gorejącej czerwieni, której obraz odbijał się w szeroko otwartych oczach starszego z bliźniaków.

– Jasna cholera… – zdążył powiedzieć, zanim poczuł, jak coś twardego uderza go w tył głowy.

 

***

 

– Tragedia w centrum miasta. – Prezenterka patrzy w kamerę, przywdziewając maskę profesjonalnej neutralności. Czarny żakiet podkreśla jej szczupłą sylwetkę, a równo przycięte włosy okalają twarz. – Wczorajszej nocy wybuchł pożar w głównym inspektoracie Wydziału Zwalczania Przestępczości Okultystycznej. Dzięki brawurowej akcji straży pożarnej udało się opanować zagrożenie, choć nie obyło się bez ofiar. Dziesięć osób zmarło na miejscu, dwanaście trafiło do szpitala z ciężkimi poparzeniami.

Nad prawym ramieniem kobiety pojawia się obraz przedstawiający skąpany w płomieniach budynek.

– W studiu jest z nami nadinspektor Wydziału Zwalczania Przestępczości Okultystycznej, pan Lucjan Hardo. – Prezenterka na moment nadaje słowom bardziej pozytywną barwę i patrzy w lewo. Kamera podąża za jej ruchem tak, że po sekundzie w kadrze widać siedzącego obok mężczyznę. – Dobry wieczór, panie nadinspektorze.

Policjant odpowiada skinieniem. Jego włosy naznaczone są pasmami siwizny, a wysokie czoło i okrągła twarz nadają mu wygląd miłego starszego pana, lecz w na wpół przymkniętych oczach czai się złowieszczy błysk.

– Jest pan znany ze swojej niechęci do publicznych wystąpień – kontynuuje dziennikarka, unosząc kąciki ust w profesjonalnym uśmiechu. – Co skłoniło pana do wzięcia udziału w programie?

– Potrzeba, pani redaktor, można by rzec: obywatelski obowiązek. – Mężczyzna unosi dłoń i spogląda na tarczę zegarka. – Pozwoli pani, że zrewanżuję się pytaniem. Jakieś sześć godzin temu skończyły dopalać się ruiny mojego miejsca pracy. Jak pani sądzi, co było przyczyną pożaru?

– O ile mi wiadomo, nie wydano jeszcze oficjalnego oświadczenia w tej kwestii. – Kobieta mówi spokojnie, choć w jej głosie daje się wyczuć nutkę niepokoju. Przesłuchanie na wizji niezbyt jej odpowiada.

– Oczywiście, że nie – stwierdza nadinspektor ożywiony. Jego oczy świdrują rozmówczynię w sposób na co dzień zarezerwowany dla tych, którzy noszą kajdanki na przegubach. – Mam na myśli informacje, które pani koledzy po fachu wykradają moim kolegom po fachu, by miała pani o czym mówić do kamery.

Kobieta odwraca wzrok. Nie wytrzymuje spojrzenia policjanta.

– Nie znaleziono do tej pory niczego, co mogłoby spowodować pożar na taką skalę – mówi wreszcie, z całych sił starając się, by w jej głosie pobrzmiewała pewność siebie.

– Otóż to! – Hardo uśmiecha się, jakby właśnie udało mu się wyjaśnić coś niezwykle istotnego niezbyt lotnemu podwładnemu. – Żadnych materiałów wybuchowych, gazu czy ludzkiej niekompetencji. Nic poza kilkoma grupami wyrysowanych kredą symboli, które dziwnym trafem uniknęły zwęglenia. Czy wie pani, co to oznacza?

– Jestem pewna, że z chęcią mi pan powie – mówi prezenterka, ratując resztki dziennikarskiej godności.

Policjant spogląda wprost w kamerę. Operator wyśrodkowuje na nim ujęcie.

– Drodzy państwo – zaczyna nadinspektor, a kamerzysta w jednej chwili nabiera pewności, że jego spojrzenie przykuwa do odbiorników wszystkich, którzy go teraz oglądają. – Mamy do czynienia z nowym rodzajem terroryzmu. Jestem przekonany, że większość z was do tej pory wiązała magię tylko z zabobonem i kuglarskimi sztuczkami, ale wydarzenia ostatniej nocy udowodniły nam, że czary to zagrożenie. Siła bardzo realna i śmiertelnie niebezpieczna dla nas wszys…

 

***

 

Wyłączyła telewizor, ledwo powstrzymując się przed rzuceniem pilotem w sam środek ekranu. W takich momentach bardzo żałowała, że dała się namówić na jego zakup. Smukłymi palcami bębniła w blat biurka, bezwiednie przygryzając dolną wargę. Zachodziła w głowę, kto mógł być kretynem tak niereformowalnym, by spalić siedzibę inkwizycji. Lista potencjalnych zamachowców, którą od jakiegoś czasu układała sobie w głowie, niestety była dość długa. Odkąd Rada przestała karać śmiercią każdego, kto ośmielił się nie trzymać swych czarodziejskich zdolności w całkowitej tajemnicy przed resztą niemagicznego świata, pojawiło się wielu takich, którzy uważali się za królów wszechrzeczy tylko dlatego, że potrafili sklecić kilka zaklęć.

Wszystko przez tych cholernych naukowców. Gdyby nie oni magowie wciąż uprawialiby swoje rzemiosło na marginesie historii. Przeklęci wizjonerzy chcieli usprawnić pradawne rytuały zdobyczami najnowszej technologii, stworzyć inżynierię magiczną. Obiecywali złote góry, mamili wizją utopii, a w efekcie obudzili tylko drzemiącego od wieków potwora.

Sprowadzili im na karki inkwizycję.

Z zamyślenia wyrwało ją pukanie do drzwi. Nim zdążyła cokolwiek powiedzieć, do środa wpadł niewysoki mężczyzna o pociągłej twarzy i ciemnych włosach.

– Wiesz, co się stało w nocy? – rzucił, uprzedzając reprymendę, którą kobieta chciała dać mu za bezczelne wtargnięcie do jej gabinetu. – Spłonęła…

– Marku – weszła mu w słowo. Jej głos miał ostrość skalpela, w oczach drzemał chłód. – Nie pożyłabym długo jako głowa rodu, gdyby informacje wcześniej docierały do ciebie, niż do mnie.

Mag przełknął ślinę.

– W takim razie wiesz już pewnie, kto za tym stoi?

– A dlaczego powinno mnie to obchodzić? – zapytała z udawaną nonszalancją, choć sama głowiła się nad tą kwestią od paru godzin.

– Dlatego, że to Melchior i Baltazar.  

Świat zamarł. Czarodziejka wpatrywała się szeroko otwartymi oczami w mężczyznę. Słowa uwięzły w ściśniętym gardle, a myśli zamieniły się w chaotyczną plątaninę domysłów i obaw. Dwa oddechy później była już przy nim. Zanim zdołał pojąć, w jaki sposób tak szybko przebyła całą długość pokoju, uderzyła go otwartą dłonią w policzek, wkładając w to cały pulsujący w niej gniew.

– Czy możesz mi łaskawie wytłumaczyć – wysyczała – dlaczego moi najlepsi uczniowie, ci, których miałeś posłać do domu na pogrzeb, uznali, że podpalenie siedziby inkwizycji będzie stosowniejsze od opłakiwania własnego dziadka?!

– Opanuj się, siostro! – krzyknął Marek chwytając dłoń kobiety, nim ta zdążyła ponownie uderzyć go w twarz. – Nie jestem przecież ich niańką!

Szamotali się przez chwilę. Ona próbowała wyładować swój gniew, on starał się do tego nie dopuścić. Wreszcie wyszarpnęła rękę z uścisku brata. Posłała mu złowieszcze spojrzenie i już miała zwyzywać go od najgorszych, lecz zamarła wpół słowa. Przymknęła powieki, nasłuchując, a po chwili gniewny grymas zniknął z jej twarzy. Zastąpiła go maska spokojnej wyniosłości, którą jako głowa rodu zazwyczaj nosiła wśród jego członków.

– Zbierz służbę – powiedziała, patrząc wprost w oczy zdezorientowanego maga. – Schowajcie się w piwnicy. Możesz skorzystać z Bramy, by przenieść ich w bezpieczne miejsce, ale tylko w ostateczności. Mamy gości.

Marek przytaknął bez słowa. Taki błysk widział w spojrzeniu siostry już wystarczająco wiele razy, by wiedzieć, że sprawa musiała być poważna. Położył jeszcze tylko dłoń na ramieniu kobiety i zniknął za załomem korytarza.

Główne schody wili otaczały skrzydłami osiem uformowanych w półokrąg kolumn. Stukot butów czarodziejki na stopniach z litego drewna brzmiał jeszcze bardziej złowieszczo niż zazwyczaj. Zwłaszcza teraz, gdy cała jej postać emanowała nieskrywaną wrogością. Do przestronnego atrium weszła, masując gardło i nadgarstki. Głupio byłoby nabawić się kontuzji po tych wszystkich latach uprawiania rzemiosła.

Nie musiała długo czekać. Tuż za drzwiami usłyszała dźwięk wielu pośpiesznych kroków i już po chwili powietrze wypełnił trzask pękających desek. Kobieta westchnęła zniesmaczona. To były drogie drzwi.

Czarni wbiegli do środka o wiele szybciej, niż można by się spodziewać po obładowanych sprzętem funkcjonariuszach w ceramicznych pancerzach. Wlali się do willi jak chmura burzowa, miotając krzykliwymi rozkazami zamiast gromów. Trzy oddechy później w czarodziejkę celowało już sześć luf karabinów szturmowych. Uzmysłowiła sobie, że musiała być bardzo wysoko na ich liście celów priorytetowych, skoro cały oddział zatrzymał się, by ją pojmać. Nie schlebiało jej to ani trochę.

Odruchowo przygryzła dolną wargę. Najchętniej rozszarpałaby ich wszystkich na strzępy, obróciła w proch i wysłała zapakowanych w małe pudełeczka wprost do samego nadinspektora, ale jako głowa rodu musiała przestrzegać pewnej etykiety. Nawet wobec niemagicznych intruzów.

– W imieniu rodziny Schwarzenbaumów informuję, że nie jesteście mile widziani na terenie tej posiadłości – powiedziała spokojnie. Zupełnie jakby perspektywa rozstrzelania przez zamaskowanych policjantów była czymś niewartym uwagi. – Jeśli nie opuścicie jej w ciągu trzydziestu sekund, zabiję was, a zwłoki rzucę psom, mając jednocześnie nadzieję, że się nimi nie udławią.

– Na kolana i ręce za głowę! – krzyknął jeden z czarnych, ostrożnie posuwając się w stronę czarodziejki. – Tylko tak, żebym je widział!

– Panowie chyba nie do końca zrozumie…

– Ręce za głowę! Nie będę powtarzał!

Tego było już za wiele. Przeklęci inkwizytorzy. Postawili cały magiczny świat na głowie, pojmali najlepszych uczniów czarodziejki, a teraz jeszcze wymachiwali jej przed nosem bronią i rozkazywali jak służce.

Tego zdecydowanie było już za wiele.

Nim mężczyzna zdołał podejść bliżej, czarodziejka Zaszeptała.

 

Śmierć.

 

Słowo wylało się zza jej warg. Gęste i lepkie, ciężkie od komend wplecionych w pojedyncze głoski. Zawisło w powietrzu i pękło z sykiem jak mydlana bańka pełna węży, a już po sekundzie dało się wyczuć, że coś się zmieniło. Powietrze wokół policjantów odrobinę zgęstniało, a na granicy słyszalności pojawił się szum.

Funkcjonariusze zdali sobie sprawę, że coś było nie tak dopiero, gdy jeden z nich chwycił się za pierś i padł na ziemię. Pozostali odskoczyli jak oparzeni, zmieniając szyk i wypatrując źródła ataku. Wtedy trzech z nich odrzuciło karabiny. Spod zerwanych pośpiesznie kominiarek wyłoniły się pobladłe twarze i wybałuszone oczy. Nie mogąc złapać tchu, zaczęli drapać własne gardła, żłobiąc czerwone ślady w skórze.

Ci, którzy jeszcze trzymali się na nogach, wreszcie posłuchali instynktu i wycelowali w czarodziejkę, lecz nie zdołali wystrzelić. Broń wybuchła im w dłoniach, zupełnie jakby w jednej chwili zawiodły wszystkie tkwiące w niej mechanizmy.

Kobieta przyglądała się scenie w napięciu. Dopiero gdy wyczuła, że nic już jej nie zagraża, pozwoliła sobie na chwilę wytchnienia. Oddech nagle stał się chrapliwy, a zmęczenie uderzyło w nią jak sztormowa fala. Włożyła zdecydowanie zbyt wiele mocy w to zaklęcie. W końcu nie mogła wiedzieć, czy oficerowie inkwizycji nie nosili zabezpieczeń. Musiała też jak najmocniej spętać czar, by nie wyrwał się spod kontroli.

Magia rodziny Schwarzenbaumów była w teorii bardzo prosta. Zamieniała miejscami przyczynę i skutek. Siłą wymuszała zaistnienie efektu, zmuszając Świat, by zalepił powstały paradoks, wygenerował powód dla istniejącej już w jego osnowie konsekwencji. Problem polegał na tym, że Świat kierował się sobie tylko znaną logiką i czasem zapełniał dziurę w sposób równie nieprzewidywalny co niebezpieczny.

Dlatego Schwarzenbaumowie zgodzili się na współpracę z naukowcami. By ujarzmić żywioł, zyskać kontrolę nad absolutem.

Teraz musieli za to płacić.

Czarodziejka odwróciła się na pięcie. Czekało ją mnóstwo pracy. Musiała wzmocnić zabezpieczenia willi, skontaktować się z resztą rodziny i sprawdzić, czy inni agenci inkwizycji nie dostali się do środka. Teraz przynajmniej wiedziała, że nic nie zabezpieczało ich przed działaniem magii.

Nagle zatrzymała się w pół kroku. W jednej chwili jej mięśnie stężały, a oczy zwęziły się groźnie. Powietrze wokół zgęstniało, a w uszach pojawił się szum. Nim zdążyła choćby zaimprowizować barierę, uderzył w nią Szept. Nie był tak silny jak ten, którym sama władała, ale wystarczył, by zwalić ją z nóg. Upadła na kolana, ledwie powstrzymując mdłości. Zdołała jeszcze tylko unieść głowę, by zobaczyć na szczycie schodów własnego brata obok uśmiechniętego mężczyzny, którego nie tak dawno widziała na szklanym ekranie.

Potem ogarnęła ją ciemność.

 

***

 

Baltazar siedział oparty o ścianę i wpatrywał się bezmyślnie w drzwi celi. Przed chwilą strażnik wprowadził przez nie jego brata, który leżał teraz bez ruchu na pryczy. Wyglądał jak siedem nieszczęść.

– Wybacz… – wyszeptał Baltazar, odwracając wzrok. Nie pamiętał nawet, ile razy przepraszał już w ciągu tych kilkunastu dni. – To wszystko moja wina.

– Masz rację – odparł Melchior, choć w jego ustach nie brzmiało to jak oskarżenie. –  Ale mleko już się rozlało. Nie ma co płakać.

Chłopak podźwignął się z posłania i przysiadł na jego skraju. Nawet tak niewielki wysiłek wywoływał na jego twarzy grymas bólu. Całe ciało dotkliwie przypominało mu o odbytym dziś przesłuchaniu. Każdy mięsień bolał go w sposób, którego wcześniej nie był w stanie nawet sobie wyobrazić.

A do tego jeszcze ta obręcz. Czuł się z nią jak pies w obroży. Bezustannie wpijała się w szyję tak, że nie mógł się nawet wygodnie położyć. Melchior zresztą wiedział, że nie zdąży już się jej pozbyć. Wczorajszej nocy zobaczył śmierć swoją i brata. Wizja była tak klarowna, jak jeszcze nigdy. Pieczętowała los w sposób nieunikniony, nieodwołalnie stawiała kropkę na końcu ich życia. Wizje Melchiora zawsze się sprawdzały, dlatego tej wolałby nigdy nie zobaczyć. Nie zamierzał jednak tylko bezczynnie czekać na koniec. Miał jeszcze coś do zrobienia, bo pośród obrazów własnej śmierci zobaczył coś jeszcze.

Dlatego złamał obietnicę, daną nauczycielce, gdy kiedyś przyłapała go na kradzieży, i zaczarował kieszenie strażnika.

Dlatego poczeka, aż Baltazar znów pogrąży się w niespokojnej drzemce i schowa skradzioną płytkę tak, by odnaleźć ją mogła tylko jedna osoba.

 

***

 

W pokoju przesłuchań siedziała sama już od dwóch godzin. Strażnik po prostu wprowadził ją tu bez słowa i zamknął drzwi. Pozostało jej tylko usiąść na niewygodnym krześle i czekać. Czarodziejka doskonale rozumiała ideę tej metody, a mimo to zaczynała się niecierpliwić. Bezczynność bardzo ją męczyła.

Wreszcie drzwi otworzyły się, a do środka wsunął się nadinspektor Hardo. Niósł dwa kubki parującej herbaty. Bez słowa usiadł naprzeciwko czarodziejki, a napoje postawił na stoliku między nimi. Wygiął kąciki ust w ten niepokojący uśmiech, który bardzo rzadko schodził z jego twarzy, a który kobieta zdążyła już szczerze znienawidzić. Gdyby nie ta przeklęta obręcz na szyi rozerwałaby tego chłystka na strzępy jednym słowem.

– Proszę wybaczyć spóźnienie – rzucił policjant, prostując się na krześle. Był żylasty i sprawny, a manieryzm starego służbisty kontrastował z aparycją poczciwego staruszka. – Zatrzymały mnie ważne sprawy.

– Nie wątpię – odparła kobieta, krzywiąc się, jakby właśnie zjadła kawałek spleśniałego sera.

– Och, niech pani nie robi takiej kwaśnej miny – stwierdził pojednawczo nadinspektor. Zupełnie jakby był jej najlepszym przyjacielem, a nie kimś, kogo ludzie znęcali się nad nią przez ostatni miesiąc. – Proszę napić się herbaty. Na koszt podatników.

– Nie, dziękuję. Wolałabym nie nadwyrężać jeszcze bardziej budżetu pańskiej instytucji.

– Zupełnie niepotrzebnie. – Nadinspektor zbył kpinę machnięciem dłoni. – Nasz budżet ma się lepiej niż kiedykolwiek i jest to też pani zasługa. Teraz, gdy okazało się, że można zabić sześciu wyszkolonych antyterrorystów jednym słowem, ludzie wreszcie uzmysłowili sobie, że bardzo potrzebują naszych usług.

Czarodziejka przygryzła wargę, z całych sił powstrzymując wybuch gniewu. W takich chwilach chłodny dotyk obręczy na skórze był prawie nie do zniesienia. Oplatała jej szyję jak jadowita skolopendra, gotowa rozsadzić głowę przy najmniejszej próbie użycia magii. Puszczenie wodzy agresji skończyłoby się dla kobiety bardzo nieestetycznym samobójstwem.

– Zniszczę cię – wysyczała tylko, mierząc mężczyznę nienawistnym spojrzeniem. – Wyrwę się stąd i zmiażdżę cię Szeptem, a nawet jeśli jakimś cudem mnie pokonasz, czyjaś magia w końcu cię dosięgnie. Nie zdołasz zabić nas wszystkich.

– Zabić? – Policjant pokręcił głową, zupełnie jakby rozmawiał z dzieckiem, które nie do końca rozumiało zasady rządzące światem. – Po co miałbym to robić? Jestem praworządnym obywatelem. Jedyne, czego pragnę, to opodatkować czary i wypracować system kar za ich nadużywanie. Wy, magowie, jesteście jak nieułożone psy. Trzeba was wytresować, nie uśpić. Psy bywają użyteczne, pani Schwarzenbaum.

Czarodziejka chciała zaprotestować, odwarknąć, że nie da się oswoić magii ani tych, którzy nią władają, ale zamarła wpół słowa. Przecież jej własny brat stał się psem inkwizycji. Ktoś musiał też zaprojektować te czarodziejsko zabezpieczone obroże.

– Swoją drogą pani brat ma się dobrze – dodał mężczyzna z uśmiechem, bezbłędnie odgadując myśli kobiety. – Pełni obecnie funkcję konsultanta do spraw identyfikacji nadużyć okultystycznych. Dość lukratywną funkcję, dodam tylko.

Czarodziejka prychnęła zniesmaczona.

– Ciekawe tylko jak długo będzie jeszcze trwała ta lukratywność.

– Doprawdy, ranią mnie pani oskarżenia. – Nadinspektor zbył słowa kobiety drwiną, lecz ta mogłaby przysiąc, że zobaczyła w jego oczach iskierki gniewu. – Likwidacja użytecznych podmiotów jest skrajnym idiotyzmem, a zapewniam panią, że idioci nie utrzymują się długo na stanowiskach takich, jak moje. Nie, pani Schwarzenbaum, jestem najlepszym przyjacielem tych, którzy dla mnie pracują i największym koszmarem dla całej reszty. Proszę o tym pamiętać.

– Czy mam rozumieć, że to propozycja współpracy? – Kobieta zjeżyła się, lecz policjant powstrzymał cisnącą się jej na usta ripostę uniesieniem dłoni.

– Przecenia się pani – rzucił oschle. – To pożegnanie. Jest pani winna zabójstwa sześciu funkcjonariuszy na służbie. Zgodnie z wyrokiem, który zapadł dziś rano, zostanie pani przeniesiona do celi śmierci, by tam oczekiwać na egzekucję.

– Niech Bóg błogosławi sądy zaoczne – dodał z uśmiechem.

Nim zdążyła zareagować, mężczyzna wstał, pozostawiając na stoliku nietknięte kubki herbaty.

– A co… z moimi uczniami – zdołała wreszcie wydusić z siebie czarodziejka, choć czuła, że straciła cały rezon. Wiedziała, że powinna była myśleć o wszystkich potencjalnie schwytanych członkach rodu, ale w tej chwili tylko dwaj bracia zaprzątali jej świadomość. – Melchiorem i Baltazarem?

Nadinspektor odpowiedział jej uniesieniem kącików ust w sposób tak niewinny, jakby komentował obecny stan zachmurzenia.

– Dzięki zeznaniom i prezentacji naszego nowego konsultanta młodzieńcy zwolnili ostatnio celę, do której się pani wybiera.

 

***

 

Reszta dnia była dla niej tylko ciemną plamą. Pamiętała, że ktoś wyprowadził ją z pokoju przesłuchań i powlókł gdzieś, lecz sceny były jedynie niewyraźną mozaiką wspomnień, niepasującymi do siebie kawałkami układanki, które rozrzucono bezładnie w umyśle.

Gdy wreszcie ocknęła się z wywołanego szokiem letargu, leżała na pryczy otoczona surowością betonowych ścian. Przez dłuższą chwilę wpatrywała się bezmyślnie w chropowaty sufit, aż wreszcie zalała ją fala tłumionych dotąd emocji. Czuła jednocześnie gniew i rezygnację. Żal po stracie uczniów, których traktowała jak synów, mieszał się z niepohamowaną nienawiścią i żądzą zemsty. A gdzieś z tyłu tliła się wola walki. Mała iskierka, która rosła powoli, by w końcu stać się płomieniem trawiącym wszystko inne. Głowa rodziny Schwarzenbaumów nie mogła tak po prostu się poddać.

Wtedy to poczuła. Impuls, który kazał jej poderwać się z pryczy i zacząć działać. Przypadła do ziemi jak w transie, odepchnęła stojące w rogu krzesło i zaczęła drapać podłogę. Wkrótce jej paznokcie były czarne od pyłu, a palce krwawiły spod startej skóry, ale nie mogła przestać. Czuła tu cząstkę swoich uczniów, coś bardzo ważnego, co zostawili jej, nim zaciągnięto ich na szafot. Musiała to odnaleźć, choćby miała rozrywać beton gołymi rękami.

Wreszcie palce natrafiły na szczelinę. Czarodziejka odrzuciła jeszcze trochę pyłu i ostrożnie podważyła luźny kawałek posadzki. Pod nim czekał zakurzony kawałek plastiku.

 

***

 

Nadinspektor Hardo siedział w biurze ochrony placówki. Rozparty wygodnie na krześle obserwował jak kobieca postać przemyka z jednego ekranu monitoringu na kolejne. Na niektórych zatrzymywała się, by powalić zagradzających jej drogę policjantów, przez inne przemykała jako rozmazana smuga. Najwyraźniej sądziła, że jej Szept wystarczy, by całkowicie sparaliżować kamery w budynku i zabić strażników. Myliła się. Nadkomisarz osobiście rekrutował inżynierów pracujących dla WZPO i dbał  o odpowiednią motywację do pracy. Nie było przecież powodu, by nie korzystać z dobrodziejstw inżynierii magicznej również po drugiej stronie barykady. Żeby osiągnąć cel Hardo musiał co prawda zrównać z ziemią siedzibę własnej organizacji i poświęcić kilkunastu dobrych ludzi, ale nie zamierzał marnować więcej zasobów, niż to było konieczne.

– Czy to na pewno dobry pomysł? – Do pokoju wsunął się młody mężczyzna. Zamknął za sobą drzwi, by odgrodzić ich od panującego na zewnątrz chaosu. – Przez tę ucieczkę stracimy poparcie, a dziennikarze nas zamęczą.

Hardo spojrzał na niego przelotnie. Już dawno postanowił wyszkolić obiecującego rekruta na swego następcę, ale młodego czekało jeszcze sporo nauki.

– Dziennikarze powiedzą, co chcemy – odparł po chwili. – Przecież wiesz, że wolne media to bzdura.

– Winą można by obarczyć frakcję konserwatywną – dodał młodzieniec, w lot pojmując, do czego zmierza przełożony. – Zawsze dość otwarcie krytykowali nasze projekty adaptacji zabezpieczeń magicznych.

– Słusznie. Pozbylibyśmy się przy tej okazji paru kretynów ze służby. – Policjant zerknął tajemniczo na młodego. –  Swoją drogą, słyszałem, że spodobało ci się podszywanie się pod strażnika.

Rekrut ledwie powstrzymał prychnięcie. Zamiast tego przyłożył pięść do ust i odchrząknął znacząco.

– Proszę nawet tak nie żartować, panie nadinspektorze. Gdy ten magik próbował wyjąć mi z kieszeni klucz obręczy, prawie zdzieliłem go w twarz mimo rozkazów. – Podwładny zamilkł, zbierając myśli. Przez moment wpatrywał się w sylwetkę czarodziejki przemykającą między ekranami. – Zdaje pan sobie sprawę, że pierwszym, co zrobi ta kobieta po wydostaniu się stąd, będzie zamordowanie własnego brata ze szczególnym okrucieństwem? Stracimy nowego konsultanta.

– Na to właśnie liczę. – Hardo odwrócił się na krześle. Jego usta rozciągnęły się w uśmiech tak złowieszczy, że młody poczuł jeżący włosy dreszcz. – Pan Schwarzenbaum był bardzo użytecznym pionkiem i wzorowo odegrał swoją rolę, ale jego przydatność wyczerpała się po ostatnim procesie i należy się go pozbyć. Potraktuj to jako przestrogę, młodzieńcze.

Rekrut przełknął ślinę. Cofnął się o krok. Najpierw jeden, potem drugi, aż wreszcie odwrócił się na pięcie i niemal wybiegł z biura. Hardo był pewien, że poszedł tam, gdzie będzie mógł się na coś przydać. A od jutra zapewne zacznie pokazywać wszystkim, jak bardzo jest potrzebny.

Ukontentowany policjant zabębnił palcami w blat i wrócił do obserwacji monitorów. W samą porę, by zobaczyć jak brama placówki pęka pod naporem kobiecego Szeptu, ostatecznie otwierając jej drogę ku wolności.

Wolności i zemście.

Hardo uśmiechnął się w duchu. Magowie, których dotąd spotykał byli jak z masła. Gdy tylko robiło się gorąco, topili się. Można było ugniatać ich do woli. Pani Schwarzenbaum była ze stali. Ogień tylko ją hartował. Nadinspektor dał jej już odpowiednią motywację. Teraz należało tylko poczekać, aż ziarno wyda plon. Wiedział, że czarodziejka nie zawiedzie oczekiwań.

Przyniesie mu rewolucję, której potrzebował, by wzbudzić w ludziach strach.

Da wojnę, której pragnął.

Koniec

Komentarze

Tekst ciekawy, klarowny, z fajnymi opisami postaci. Interesujące dla mnie były te niby drobne szczegóły typu: “(…) Wreszcie wyszarpnęła rękę z uścisku brata. Posłała mu złowieszcze spojrzenie i już miała zwyzywać go od najgorszych, lecz zamarła wpół słowa. Przymknęła powieki, nasłuchując, a po chwili gniewny grymas zniknął z jej twarzy. Zastąpiła go maska spokojnej wyniosłości, którą jako głowa rodu zazwyczaj nosiła wśród jego członków“. Lubię takie smaczki w opisach. W sumie, wszystko w tym tekście mi zagrało. Może tylko sama końcówka jest, że tak powiem, trochę przerysowana przez tę stuprocentową pewność inkwizytora-policjanta, że ziści się jego chytry plan. Ludzie, a szczególnie kobiety-magowie, bywają nieprzewidywalni. Może dało by radę pociągnąć to opowiadanie dalej, bo uniwersum wydaje się być dobrze przemyślane i ma potencjał. Aż się prosi o (nieprzewidziany i zaskakujący) ciąg dalszy ; )

...always look on the bright side of life ; )

No dobrze, podzielę opinię Autora. ;-)

Ciekawy pomysł. Jak zwykle u Ciebie, fabuła wciągająca. Zabrakło mi motywacji postępowania brata. Dlaczego tak się zachowywał?

A migdałowe pukle to jakie właściwie? Zgrzytnęły mi skrzydła schodów, ale mogę się mylić.

Oplatała jej szyje jak jadowita skolopendra

dbał odpowiednią motywację do pracy.

Literówka i coś zeżarłeś.

Babska logika rządzi!

Powyższy tekst uważam za całkiem udany. ;) A nawet za po prostu udany. Żałuję, że opowieść zakończyła się tak szybko. Ów żal nie jest jednak oznaką tego, że uważam całość za niedokończoną, bo jak by nie patrzeć, stanowi ona zamkniętą całość. Poznałbym po prostu z wielką chęcią dalszą część historii. Podobał mi się sposób w jaki opisujesz Szept, w ogóle sam jego pomysł wart jest pochwały.

Dobry tekst.

Jeszcze jedna sprawa – skoro jeden z braci zdobył klucz do obroży, dlaczego go nie użył? Jedynie wizja powstrzymała go przed próbą?

Sorry, taki mamy klimat.

Mimo takiego wstępu szczerze nie spodziewałem się, że komentarze będą aż tak pozytywne. Dziękuję.

Jacku, ciąg dalszy widnieje jako jakaś tam perspektywa na przyszłość. Jak słusznie zauważyłeś, skoro już włożyłem jakiś wysiłek w wykreowanie uniwersum, głupio byłoby je od razu porzucić.

Finklo, widzę, że jak zwykle stoisz na straży poprawności tekstu. To dobrze, bo nawet jeśli mówię, że mój tekst jest dopracowany, to i tak zakładam, że ktoś spostrzegawczy zawsze wypatrzy kilka błędów. Motywacji brata nie ma przez oszczędność miejsca. Pisząc opowiadania zawsze staram się w miarę możliwości kondensować historię, nie rozwlekać jej nadmiernie. Ma to swoje plusy, ma minusy – jednym z nich jest to, że nie rozwijam postaci pobocznych, by dodatkowe wątki nie doprowadziły do rozłażenia się fabuły w szwach.

Sethraelu, mój tok rozumowania był taki – jeden z braci w stu procentach wierzył w swoje wizje i sądził, że nawet jeśli otworzy obrożę, to i tak nie będzie wstanie uciec, bo pojmają/zabiją go strażnicy. Dlatego wolał zostawić klucz dla swojej nauczycielki, bo wizja podpowiedziała mu, że jej ucieczka na pewno się uda.

Znakomicie, vyzart, świetny tekst, pochłonąłem go z niekłamaną przyjemnością. Prosty, ale niezwykle obrazowy styl, szczególnie opisy rzucania zaklęć, co za dynamika, no, no. Nie musiałem silić się na wyobrażanie sobie efektów działania szeptu, WIDZIAŁEM je, to znaczy, że talentu Ci nie brak. Bardzo lubię również, gdy opowiadanie, mimo zwartej formy i zamkniętej treści, wygląda jak fragment czegoś większego, czegoś, co łatwo można rozwinąć w powieść, trylogię, sagę. I co napędzi Autorowi rzesze czytelniczych fanów i zarobi miliony. A czemu nie. Nie mogę jeno uwierzyć, że potężni czarodzieje tak naiwnie dają sobą manipulować. No, chyba, że nie dają, a zbyt pewny siebie Hardo wpada we własną pułapkę…

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Faktycznie dopracowane:) Bardzo mi się podobało, plastyczne, wciągające i tylko łatwość z jaką inspektor manipuluje kobietą, która bądź co bądź obiecała mu śmierć trochę zgrzyta

EDIT: Co by nie było zbyt mało do nominacji :): Podobała mi się bardzo kreacja inspektora, dopasowany język, zaciekawił zarysowany w tle świat.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Podobało mi się, chociaż jak na mój gust trochę zbyt skondensowane. Przez co nie do końca podzielam pewność Hardo, że jego sprytny plan się uda, nie do końca przekonuje mnie też defetyzm Melchiora. Nie za bardzo też rozumiem, dlaczego do czarodziejki wysłano antyterrorystów bez żadnych zabezpieczeń (no, chyba  że to część sprytnego planu nadinspektora). Skoro powstała inkwizycja i jakieś tam zabezpieczenia, to chyba wiedzieli, że magowie mogą być niebezpieczni.

Ale przeczytałam z dużym zainteresowaniem, niektóre fragmenty naprawdę zrobiły wrażenie. Czasem ta kondensacja odgrywa swoją rolę – kiedy Hardo mówi, że bracia zwolnili celę, do której zabiorą teraz czarodziejkę – zrobiło mi się chłodno.

Thargonie, Alexie, wyszedłem z założenia, że nawet jeśli czarodzieje posiadają ponadnaturalne zdolności, są tak samo podatni na manipulację, jak cała reszta ludzkości. Zwłaszcza jeśli w grę wchodzą ekstremalne emocje, które nie sprzyjają przecież zdrowemu rozsądkowi. Niemniej, wasze uwagi uważa za cenne i wezmę je sobie do serca następnym razem, gdy będę opierał fabułę o wątek manipulacji.

Ocho, zawsze miałem jakiś tam problem z wyczuciem złotego środka między tekstem nadmiernie skondensowanym a nadmiernie rozwleczony. Najczęściej skłaniam się raczej ku pierwszej opcji, bo wiem, że ja sam raczej wolę teksty skondensowane. Oczywiście są gusta i guściki, więc nie dziwi mnie, że nie każdemu takie podejście się podoba. Dalej, do czarodziejki wysłano antyterrorystów bez zabezpieczeń, by Hardo miał pewność, że będzie ona w stanie ich zabić. Nadinspektor poświęcił własną siedzibę (tak na marginesie dodam, że to właśnie za jego sprawą pożar był tak wielki) i kilku funkcjonariuszy, by pokazać obywatelom, że magia jest niebezpieczna, a tym samym przekonać ich, by dali mu więcej funduszy i władzy na walkę z niebezpiecznymi magicznymi przestępcami. 

Kapitalny tekst!

Podobało mi się wiarygodne zderzenie dwóch światów, ale przede wszystkim – równie wiarygodna, bo dobitnie ludzka – kreacja szarej eminencji, nadinspektora Hardo, który nie cofnie się przed niczym, by osiągnąć upragniony cel. Będzie dążył doń po trupach, gdyż, w jego mniemaniu, cel ów uświęca środki.

Na pochwałę zasługuje także warsztat. Tu niski ukłon. Tekst jest napisany świetnie, napięcie narasta w miarę lektury… czego dowodem jest plama po kawie na moim biurku – czytając, nie mogłem oderwać wzroku od monitora, toteż sięgnąłem po kubek w ciemno :P

Dziękuję za mile spędzoną chwilę. Pozdrawiam.

 

Szczegóły:

 

– Jestem pewna, że z chęcią mi pan powie – mówi prezenterka , ratując resztki dziennikarskiej godności.

Niepotrzebna spacja po “prezenterka”

Funkcjonariusze zdali sobie sprawę, że coś było nie tak dopiero, gdy jeden z nich chwycił się za pierś i padł na ziemię.

Przecinek przed “dopiero” – (…) było nie tak, dopiero gdy (…)

Reszta dnia była dla niej tylko ciemną plamą. Pamiętała, że ktoś wyprowadził z pokoju przesłuchań i powlókł gdzieś, lecz sceny były tylko niewyraźną mozaiką wspomnień, niepasującymi do siebie kawałkami układanki, które rozrzucono bezładnie w umyśle.

Wywaliłbym pierwszy zaimek – Reszta dnia była tylko ciemną plamą. Pamiętała, że ktoś (…)

Nadkomisarz osobiście rekrutował inżynierów pracujących dla WZPO i dbał  o odpowiednią motywację do pracy.

Niepotrzebna spacja po “dbał”.

 

 

Look at every word in a sentence and decide if they are really needed. If not, kill them. Be ruthless. - Bob Cooper

Nic nie ujmując temu tekstowi, odczuwam silne deja vu względem innego opowiadania vyzarta – “Ceny utopii”. Inżynieria magiczna, urząd próbujący zniewolić magów, zapowiedź rewolucji… Oczywiście, pewne szczegóły się nie zgadzają, choćby system magii. Moim zdaniem, ciekawszy w “Cenie…” niż w “Upragnionej wojnie”. 

I oba teksty czyta się jak trochę jak prolog (pfu, pfu i odpukać w niemalowane glifami) do czegoś większego.

Bogusławie, miło słyszeć tyle dobrych słów od ciebie. Jestem aż zaskoczony, że o tym tekście opinie są tak jednoznacznie dobre. No i dzięki za wyłapanie błędów.

Zatraktusie, odczucie deja vu jest o tyle uzasadnione, że oba te teksty dzieją się mniej więcej w tym samym czasie, w tym samym uniwersum. Inżynierowi magiczni, o których wspomina czarodziejka w “Upragnionej wojnie” to ci sami ludzie, o których mówi się w “Cenie utopii”. To samo tyczy się inkwizycji (na marginesie dodam jeszcze, że areszt, w którym przesłuchiwano bohatera “Ceny…” to ten sam areszt, w którym przesłuchiwano bohaterkę “Upragnionej…”). System magii jest różny o tyle, że czarodziejka używa tradycyjnej magii, a inżynier – cóż – inżynierii magicznej. I o ile oba opowiadania mogą funkcjonować jako zamknięte twory, o tyle w domyśle są w jakiś sposób wstępem do większej historii. Wiesz, większej historii włożonej do szuflady z napisem “może kiedyś, później, gdy będę miał czas”. Niemniej cieszę się niezmiernie, że ktoś tu pamięta jakieś moje poprzednie teksty. To w gruncie rzeczy wiele dla mnie znaczy.

Bardzo podobały mi się opisy czarowania oraz główny inkwizytor, pozostali bohaterowie tylko zarysowani, dosyć przewidywalni w swoich rolach. Miłe opowiadanie.:)

Gdyby nie oni [+,] magowie wciąż uprawialiby swoje rzemiosło na marginesie historii.

Główne schody wili otaczały skrzydłami osiem uformowanych w półokrąg kolumn.

willi – l się zgubiło

 

Super opowiadanie! Choć żal trochę, że ten zły nie dostał za swoje :P ale wiem, że to za krótka historia, by mógł. Ach, ja chcę więcej! Planujesz kontynuację, vyzarcie?

 

EDIT:

– bardzo fajny język,

– postaci wyraziste – da się je zarówno lubić, jak i bardzo nie lubić – choć ten zakręt, w którym wychodzi na to, że Hardo pozwolił na pożar już był do przewidzenia – jeden z niewielu elemntów “typowych” w tym opku,

– za mało :P

Tylko nie "Tęcza"!

Ja wiem, że historia jest zakończona, ale ja nie dopuszczam tego do świadomości. MUSI powstać coś dalej. Poza tym dwa zdania na koniec to nie zakończenie, jakiego oczekuję.

Jest klimat, jest akcja, wszystko jak dla mnie logiczne. Czuję niektóre smaczki, podobają mi się wykreowane postacie i ich niejednoznaczność. Ale jak Zatrakus – trochę to jak prolog, który nie ma kontynuacji – pozostawia niedosyt.

 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Historia, ta prawdziwa, zna postacie, nie cofające się przed niczym, co może ułatwić im drogę na szczyt władzy. Inspektor doskonale do nich pasuje, za podręcznikowy wzór może służyć.

Nie zgadzam się z Twoim założeniem, Autorze, iż magowie w ekstremalnych sytuacjach, w skrajnych emocjach i tak dalej dają się urobić jak figurki z plasteliny. Co z panią Schwarcenbaum wobec tego? Dlaczego nie ugięła się?

Tak czy owak, tekst bardzo dobry.

 

Edycja: zastrzeżenie wynika z tego, że napisałeś o tym tak, jak gdyby wszyscy bez wyjątku ulegali presji.

Adamie, sądzę jedynie, że magowie są przede wszystkim ludźmi i są podatni na manipulację tak jak wszyscy – wiadomo – jedni bardziej, inni mniej. Pani Schwarzenbaum się nie ugięła, bo po prostu była osobą nieugiętą. Jeśli chodzi o sam tekst, chyba nie twierdzę w nim nigdzie, że wszystkich magów da się ugniatać, a jedynie, że ci, których spotkał do tej pory Hardo, tacy byli. 

:-) Jak widzę, inaczej patrzymy na magów. :-)

Jestem zdania, że posiadanie określonych uzdolnień, ich rozwinięcie celem wykorzystywania niedostępnych zwykłym ludziom sił, wyłącza magów i maginie z kręgu tych zwykłych ludzi, bo w jakiś sposób zmienia ich psychikę, mentalność. Nie mam na myśli stawania się całkowitymi “odmieńcami”, ale odporność na stresy, na wpływy powinni mieć podwyższoną. Daj przykład środków, jakimi komisarz nakłaniał magów do współpracy, zaznacz, że nie z każdym poszło łatwo, że niektórzy woleli się zabić, niż zdradzić, a uwiarygodnisz na tyle, że “się odczepię”.

O to, to! I wspomnij, z jakiego powodu brat szefowej zdradził rodzinę. Wiem – czepiam się. :-)

Babska logika rządzi!

“mówi prezenterka , ratując“ – zbędna spacja

 

“Reszta dnia była dla niej tylko ciemną plamą. Pamiętała, że ktoś wyprowadził ją z pokoju przesłuchań i powlókł gdzieś, lecz sceny były tylko

 

“Policjant zerknął tajemniczo na młodego.“ – Przepraszam, ale jak się zerka tajemniczo?

 

“ Swoją drogą, słyszałem, że spodobało ci się podszywanie pod strażnika.“ – zabrakło mi tu jednak zaimka zwrotnego.

 

Podoba mi się Twoja wizja magii, podoba mi się całkiem to, co przedstawiłeś… ale przyjmuję to zaledwie jako zarys, pomysł, nie kompletny samodzielny tekst. Przecież historia tutaj dopiero się zaczyna. Kupuję to jako początek czegoś, ale nie jako całość, Vyzarcie. Co Ty na to? ; )

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Świetny tekst z bardzo starannie wykreowanym światem. Czekam na ciąg dalszy.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Niewiele mogę dodać do tego, co już zostało powiedziane, albowiem także uważam, że opowiadanie jest szalenie zajmujące i porządnie napisane. Zaskoczyło mnie, bo myślałam, że rzecz skupi się na magach, a tu, okazuje się, za sznurki pociąga inspektor.

Niestety, ja także pozostałam z niedosytem. Poczułam się trochę tak, jakbym na proszonym obiedzie zjadła przepyszny rosół i spodziewając się, że za chwilę na stole pojawi się sztukamięs w garniturze doskonałych jarzyn, usłyszała – to wszystko, drogi gościu, możesz otrzeć usta, deseru też nie będzie.

A może, Vyzarcie, znajdzie się jakieś ciasteczko…? ;-)

 

Chwi­lę póź­niej obaj skry­li się w cie­niu wą­skiej ulicz­ki mię­dzy za­nie­dba­ny­mi ka­mie­ni­ca­mi. – Wolałabym: Chwi­lę póź­niej obaj skry­li się w wą­skiej ulicz­ce, w cieniu mię­dzy za­nie­dba­ny­mi ka­mie­ni­ca­mi.

Sama uliczka nie daje cienia.

 

Prze­krzy­wił czap­kę, uwal­nia­jąc spod czar­nej wełny kilka mig­da­ło­wych pukli. – Jakie pukle masz na myśli, mówiąc migdałowe?

 

Nic poza kil­ko­ma gru­pa­mi wy­ry­so­wa­nych kredą sym­bo­li, które dziw­nym tra­fem unik­nę­ły zwę­gle­nia. – Czy rysunek wykonany kredą, może ulec zwęgleniu? Czy może miałeś na myśli, że nie spłonęło to, na czym narysowano symbole?

 

Wlali się do willi jak chmu­ra bu­rzo­wa, mio­ta­jąc krzy­kli­wy­mi roz­ka­za­mi za­miast gro­mów.Wlali się do willi jak chmu­ra bu­rzo­wa, mio­ta­jąc krzy­kli­we roz­ka­zy za­miast gro­mów.

 

Pod ze­rwa­ny­mi po­śpiesz­nie ko­mi­niar­ka­mi widać było po­bla­dłe twa­rze i wy­ba­łu­szo­ne oczy. – Skoro kominiarki zostały zerwane, nie można było widzieć twarzy pod nimi.

Proponuję: Spod ze­rwa­ny­ch po­śpiesz­nie ko­mi­niar­ek, wyłoniły się po­bla­dłe twa­rze z wy­ba­łu­szo­nymi oczyma.

 

Nie mogąc zła­pać od­de­chu, za­czę­li dra­pać wła­sne gar­dła, żło­biąc czer­wo­ne szra­my w skó­rze. – Oddech, to wdech i wydech. Szrama jest śladem po zabliźnionej ranie.

Proponuję: Nie mogąc zła­pać tchu/ nabrać powietrza, za­czę­li dra­pać wła­sne gar­dła, żło­biąc czer­wo­ne ra­ny w skó­rze.

 

Broń wy­bu­chła im w dło­niach, zu­peł­nie jakby w jed­nej chwi­li za­wio­dły wszyst­kie me­cha­ni­zmy, które były do tego zdol­ne. – Do czego były zdolne mechanizmy?

Może: Broń wy­bu­chła im w dło­niach, zu­peł­nie jakby w jed­nej chwi­li za­wio­dły wszyst­kie zabezpieczające ją me­cha­ni­zmy.

 

Nagle za­trzy­ma­ła się wpół kroku.Nagle za­trzy­ma­ła się w pół kroku.

 

Przez mo­ment wpa­try­wał się w syl­wet­kę cza­ro­dziej­ki prze­my­ka­ją­cą mię­dzy ekra­na­mi. – Czy czarodziejka rzeczywiście przemykała między ekranami, nie na nich? ;-)

 

Hardo był pe­wien, że po­szedł tam, gdzie bę­dzie mógł się na coś przy­dać. A od jutra za­pew­ne bę­dzie po­ka­zy­wał wszyst­kim, jak bar­dzo jest po­trzeb­ny. – Może w drugim zdaniu: A od jutra za­pew­ne zacznie po­ka­zy­wać/ udowadniać wszyst­kim, jak bar­dzo jest po­trzeb­ny.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Niezwykle wyrazista i schematyczna sylwetka nadinspektora Hardo i pani Schwarzenbaum. Można by uznać, że to typowe charaktery z opowieści lub seriali kryminalnych. Jednak myślę, że ta „przewidywalność” ciekawie wpisuje się w całą fabułę tekstu.

Muszę przyznać, że najbardziej podobał mi się początek – niezbyt udana akcja dywersyjna dwóch niesfornych uczniów; okrutna prowokacja nadinspektora. Określiłabym to jako idealną ilustrację do słów: „Cel uświęca środki” – chcesz wojny, licz się z ofiarami również po twojej stronie barykady. Tu oczywiście zabieg wpasowujący się w charakter Hardo – traktowanie własnych ludzi jak narzędzia, które po utracie przydatności po prostu się wymienia.

Duży plus za opis płonącego budynku i koncepcję „Szeptu” jako aktywatora magii. 

Pomysł zdecydowanie na plus; wydaje mi się, że można go było nawet wykorzystać w jeszcze dłuższej formie, bo na koniec poczułem lekki niedosyt, tak szybko się skończyło. Ciekawie pokazałeś pewne mechanizmy, którymi posługują się “ludzie władzy”, w tym wypadku nadinspektor. Chętnie poobserwowałbym jeszcze ową “brudną grę” Hardo – swoją drogą, bardzo dobrze wykreowana postać; podobała mi się scenka przesłuchania czarodziejki.

Mam wątpliwości, co do tego klucza – raz, że dziwię się postawie jednego z braci, który nie użył klucza, by się ratować, w końcu mógł oszukać przeznaczenie ;) a dwa, że nie znaleziono tego klucza podczas przesłuchania, myślę że poddali braci rewizji.

Wykonanie dobre, czytało się bez zgrzytów.  

Bardzo dobre opowiadanie, trudno dodać coś nowego do powyższych komentarzy. Dlatego nie lubię czytać jako jeden z ostatnich:) Wciągająca lektura, gratuluję pomysłu oraz realizacji.

 

Pozdrawiam

Mastiff

Fajny tekst. Świat przedstawiony, gdzie inkwizycja korzysta z AT, a magowie dążą do wykorzystania technologii, wygląda całkiem ciekawie. Również udana jest kreacja postaci, tak inkwizytora, jak i wiedźmy – tj. czuć, że będzie między nimi nienawiść. Natomiast istotnym minusem teksu jest wyraźny prologowy charakter. I jako wstęp do dłuższej opowieści wygląda interesująco, natomiast samodzielnie pozostawia spory niedosyt. Też zwrócę uwagę na skondensowanie opowieści – to jest dobry zabieg, jak chce się szybko zapoznać czytelnika z prawidłami wykreowanego świata, o ile poruszone wątki zostaną należycie rozwinięte w dalszej części historii. Zatem czekamy ;  )

I po co to było?

Zawiodłem się na tym opowiadaniu. Zaczęło się obiecująco – intryga wydawała się ciekawa, świat przemyślany, a tu trach. Wszystko skrótowo potraktowane, albo jak wolisz, skondensowane.

Wydaje mi się, że warto uczynić tekst skondensowanym jedynie wtedy, jeżeli ten zabieg nie przeszkodzi w dobrym przedstawieniu akcji – tutaj zrobiłeś to nieumiejętnie. Na każdym kroku widać pewne skróty, na których rozwinięcie czeka się w dalszej części opowiadania, a tu nagle zakończenie. Po jedynej scenie z bratem wiedźmy nie widać niczego, co wskazywałoby na to, dlaczego zdradził. Później ten wątek jest olany, a gość potraktowany jako do odstrzału, bo będzie nieprzydatny – dlaczego, właściwie? Motywacja Melchiora jest nawet do zrozumienia – skoro wierzył w słuszność swoich wizji, a poza tym mógł być przekonany, że lepiej będzie uratować nauczycielkę.

Postać nadinspektora jest świetnie przedstawiona, to zdecydowanie mój ulubiony bohater w tym opowiadaniu. Poza nim, reszta bohaterów to kukiełki, nawet sama pani Głowa Rodu wydaje mi się ledwo zarysowana, mimo tego, że włożyłeś w babkę sporo opisów.

Co do skrótowości raz jeszcze – nie spodobało mi się, kiedy po scenie z wywiadem w telewizji przedstawiasz świat po łebkach, byle szybciej, byle coś wyjaśnić – chodzi tutaj o tę współpracę magów z naukowcami.

A na koniec: wydawało mi się bardziej sensowne, że wiedźma w pierwszej kolejności będzie chciała załatwić Hardo, a nie swojego brata.

 

Język:

stwierdza nadinspektor ożywiony.

„Stwierdza ożywiony nadinspektor” brzmi bardziej naturalnie.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Kopia wpisu w temacie Loży:

Zarzucałem Autorowi to i owo w kwestiach związanych z osobami uzdolnionymi magicznie, z reakcjami i postawami tych osób wobec „polowania’ na nie, lecz większą wagę w ostatecznym rozrachunku należy przypisać swego rodzaju opisowi i jednocześnie diagnozie, do czego zdolni są ludzie, których jasno sprecyzowanym celem jest zdobycie władzy. Ani opis, ani diagnoza odkrywczymi nie są, ten motyw aż za często pojawia się w fantasy, ale o wiele rzadziej rozgrywany jest na styku magii z jej brakiem, więc ostatecznie głosuję na TAK.

Nie czytałem poprzedzających komentarzy, więc z góry przepraszam za ewentualną wtórność uwag.

 

No, dopadłem w końcu tekst i… rozczarowałem się rozwinięciem. Bo go nie ma, finał też jak nie finał… 

 

Cieszę się, że wróciłeś do świata technomagii – temat nie jest jeszcze wyeksploatowany, choć nienowy. W twoim wydaniu – ciekawy.

 

Co mi się:

 – przedstawienie konfliktu społecznego

 – ustawienie odwiecznego tematu walki o władzę w perspektywie magii i techniki vs. normalsi

 – cel uświęca środki, jeśli wejdziesz między wrony… Czyli “normalsi” biorą osiągnięcia technomagii i zwracają je przeciw magom

 

Co mi się nie:

 – a czemu tych dwóch łebków podpalało? Jaka była ich motywacja, nawet jeśli wywołana działaniami inspektora?

– kto jest bohaterem? Pani głowa rodu czy pan Przejmę-Władzę-Muahahaha-Inspektor?

– pozaznaczane, ale niedomknięte wątki: wspomniana motywacja bliźniaków, zdrada brata, tajemniczy “strażnik”…

 

Rzecz dobra, ale za bardzo po łebkach potraktowałeś kilka ciekawych motywów. Buuu, nieładnie! Dałeś mi polizać lizaka i zaraz go zabrałeś. Zły jestem. ;-)

 

 

EDIT:

 

Się mnię przypomło:

 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nowa Fantastyka