- Opowiadanie: Michal Krupa - Diabelska robota

Diabelska robota

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Diabelska robota

 

Niebo, jak co dzień, miało barwę smoły. Czarna i gęsta poświata zalegała nad okolicą a dwóch, nieszczęsnych stróżów prawa, doglądało zapomnianych okolic krainy. Tak jak zwykle, nic specjalnego się nie działo. Gwałty, morderstwa, bijatyki były na porządku dziennym i co najważniejsze, jak najbardziej dopuszczalne. Bogdan i Zbigniew, bo tak nazwano ich jeszcze na ziemskim świecie, przechadzali się wśród zła i nienawiści, wyszukując oznak dobra i prawości. Nuda, nuda, nuda. Tak można podsumować ich przemyślenia podczas wypełniania obowiązków służbowych. Bogdan i Zbigniew skręcili w mniej popularną ulicę. Mieściły się na niej punkty darmowego żywienia, działające na pograniczu prawa piekielnego. Ich głównym hasłem było „Nie dajmy umrzeć z głodu najsłabszym demonom! Oni też muszą coś jeść”! Jednak każdy doskonale wiedział, że w owej części miasta panoszy się dobro i miłość do bliźniego. Bogdan, choć nie należał do nadgorliwych służbistów, wyjął swój bat i broń długą, ostrą, zwaną potocznie dzidą. Zbigniew poszedł w jego ślady, choć najpierw wysłał krótką informację do centrali gdzie się znajdują i w którym kierunku podążają. Szli lekko przygarbieni, gotowi do natychmiastowego użycia podstawowego wyposażenia stróżów prawa. Im bardziej zagłębiali się w ulicę, tym mocniej oślepiał ich blask dobra. Nie była to oczywiście poświata typu „mega światło”, ale i tak różniąca się od smolistej czarności panującej w ich ojczyźnie. Szli i szli a właściciele sklepów i jadłodajni witali ich szczerymi uśmiechami podkreślonymi szeroko otwartymi ramionami. „Typowe, nie nasze zachowanie, ale niestety na pograniczu prawa”. Skwitował Bogdan, będący już na skraju typowego wybuchu dzikiego szału mordowania niewinnych. „Jeżeli są tu w Piekle, to aż tak niewinni nie mogą być”. Pomyślał i szedł dalej. Byle dalej i oby nie pojawił się ten jasny promień, zdradzający gniazdo rebelii, lub innej terrorystycznej organizacji.

– Zdzisiu, chyba się udało.

– Że co?

– No, sprawdziliśmy trzeci rejon i nic nam się nie stało. To dobrze, no nie?

– No, niby tak…

– Co, no niby tak?!

– Bogdanku ty mój. Czas by coś się wydarzyło! Jakiś „akszyn”! Rozumiesz?

– Rozumiem. Co mam nie rozumieć. Za dwa lata, tylko dwa lata, kończy się nam pierwsza zmiana. Potem zabalujemy na Ziemi!

– Eee tam… dwa lata… ty wiesz ile to jest?

– No według naszego czasu to niewiele, ale według czasu ziemskiego to… dwa lata.

– To szmat czasu! Zbigniew nie dawał za wygraną, mając chyba coś na myśli. – A co by się stało, gdybyśmy użyli jednego z tych supertajnych przejść o których nikt nie wie oprócz oczywiście przemytników?

– Nie za bardzo pojmuję twój tok szybkiego myślenia Zbigniewie.

– No, Bogdan… daj się ponieść fantazji, dawnym czasom i potrzebie dawnych, dobrych imprez. Co ty na to? Hę?

– Zdzisiu mów do mnie po normalnemu, bo nie rozumiem, choć bardzo się staram.

– Pierdolmy tę nudną służbę i dajmy czadu w boskich zaświatach! Nikt się nie dowie, bo i dlaczego? Skoczymy na jednego przez ten tunel „czasołączący”, zabawimy się i wrócimy jakby nigdy nic do naszego Piekła. Wylądujemy tu za dwa dni i zgłosimy do centrali, że te pomioty z partyzantki zagłuszyli nasze komunikatory. Potem wejdzie oddział specjalny. Spali ogniem wszystko co napotka na swojej drodze a my, Bogusławie teraz słuchaj, my awansujemy! Nie będziemy szlajać się po ulicach i wreszcie zasiądziemy za biurkami pachnącymi palonym ciałem i siarką.

– W sumie napiłbym się jednego i tak tutaj nic nie dzieje się specjalnego. Pod jednym warunkiem, że ciebie proszę. Byle nie do centrum! Przejdźmy do jakiejś speluny na peryferiach Nieba. Tam zaczniemy i sam Lucyfer wie, gdzie skończymy.

Zbigniew uśmiechnął się tylko na słowa Bogdana. Podniósł głowę i powiedział.

– Jeżeli tak, to znam doskonałe przejście do super odjechanej, mało przyjemnej knajpki. Chodź za mną i ignoruj zesłanych, bijących jasnym światłem. To, tak zwany procent pomyłek podczas wysyłki dusz. Im bliżej będziemy przejścia, tym więcej ich zobaczysz, ale nie pękaj. Oni są totalnie niegroźni. Generalnie powinni być w niebie, ale to nie nasze zmartwienie.

 

 

– Słucham. Lucyfer nie miał w zwyczaju przedstawiać się gdy ktoś do niego dzwonił. Nie robił tego w sumie nawet wtedy, gdy on dzwonił do kogoś. Stanowisko, które piastował wyrobiło w nim poczucie wyższości nad innymi mieszkańcami Piekła.

Część Lucek. Tu Piotr. Co u ciebie?

Lucyfer słysząc głos Piotra z Nieba spiął się. „Jakaś zadyma i będą kłopoty”. Pomyślał odpowiadając sztucznie uprzejmym głosem:

– Wszystko w porządku, a u ciebie? Zapytał, choć to jak się miewał szef wszystkich aniołów miał wzorcowo w swoich diabelskich, czterech literach.

– Mogłoby być lepiej.

– Jeżeli cierpisz z powodu wilgoci i chłodu, zlatuj do mnie. U nas się wygrzejesz.

– Lucek… mamy dość sporych rozmiarów problem, więc nie wydurniaj się.

– Dobra, przepraszam. Jaki problem? Wysłałeś swoich zwiadowców do Piekła i zniknęli? Czy może za bardzo hajcujemy w kotłach i sadza osiada się na waszych czyściutkich piórkach?

– Lucyfer!! Na rany Jezusa! Przestań błaznować! Myślisz, że dzwonię do ciebie, bo się nudzę? Dzisiaj rano dorwaliśmy dwóch twoich robiących ostrą zadymę w centrum miasta. Są w areszcie i czekają na proces. Lepiej byłoby gdybyś pofatygował do mnie tę swoją owłosioną dupę i to już. Twoi chłopcy przegięli i to ostro. Jak tego nie zatuszujemy, to wyjdzie wojna jak nic. Rozumiesz Panie Rogaty?

– Oczywiście, zaraz będę. Przygotuj jakieś wino, albo coś podobnego.

Kurwa. Co za kretyni. Tyle razy mówiłem, że jak na imprezę to na Ziemię. Ewentualnie przedmieścia Nieba, ale nie do miasta i to do centrum! Szlag by trafił!  A jeśli jeszcze popełnili wykroczenia małego kalibru, to ich wypatroszę. Lucyfer mówił na głos sam do siebie, chodząc w tę i z powrotem w swoim wielkim gabinecie. Wreszcie zatrzymał się przy oknie. Stał tak chwilę, wpatrując się to w krajobraz Piekła, to w swoje odbicie w szybie. „Piękny ten płaszcz, koszula też niczego sobie. Fajnie wyszły te złote wszywki na kołnierzyku. No nic. Trzeba się teleportować do Piotrka”. Skwitował swoje przemyślenia szef Piekła.

Lucyfer poprawił jeszcze marynarkę i pstryknął. Po chwili stał już na Placu Głównym Niebiańskiego Miasta. Jak tu zimno, smutno i czysto. Jakaś masakra! Tego Lucyfer nie powiedział na głos. Nie lubił prowokować aniołów. Nie mają ani krzty poczucia humoru a zawistne bestie jak nie wiadomo co. Lucyfer wyróżniał się w białym tłumie skrzydlatych. Nie był to jednak dla niego problem. Szedł wolnym krokiem w kierunku głównej siedziby Piotra. Lucyfer uśmiechnął się złowrogo, gdy wyobraził sobie, jakie perwersyjne rzeczy chętnie zrobiłby z mijanymi anielicami. Na całe szczęście, oczywiście dla anielic, Lucyfer dotarł do drzwi gmachu. Zapukał w nie zdobioną laską i czekał, aż służba je otworzy. „Ach, gdybym tak dostał z dziesięć sztuk na użytek własny… Zapytam Piotrka. Może ma jakieś anielskie towary, które ma zamiar zesłać do Piekła”. Na tę myśl Lucyfer zamlaskał i przełknął ślinę.

 

 

– Bogdan? Żyjesz?

– Zdzisiu, teraz mamy przesrane. Jak Lucek się dowie, to nas usmaży w kotle ofiarnym.

– Ale mnie bańka naparza. Ty, pamiętasz w ogóle co my wczoraj robiliśmy? Ja, rozumiesz ty mnie, pamiętam tylko tyle, że piliśmy w barze „Dziewiczą Posokę”

a potem jak dostałem czymś twardym w łeb. Ale chce mi się pić!

– Był jeden bar, potem drugi… i tak trafiliśmy z przedmieść do centrum. Pamiętam tylko, że robiliśmy zadymę, no a potem też cios w głowę i ciemność. Mamy przesrane.

– Bogdan? Nie pamiętam wszystkiego, ale jak się nasi o ty dowiedzą, to normalnie bohaterami zostaniemy!

– Jak wyjdziemy stąd żywi.

– My już jesteśmy martwi. Nie pamiętasz? Toż to razem napiliśmy się tego spirolu od ruskich i obudziliśmy się obok siebie w Piekle. Gorzej być już nie może.

– Może , może. Jak Lucyfer tu wpadnie to nas rozmaże na ścianach.

 

 

– Wejdź Lucyferze.

– Czemuż tak oficjalnie drogi Piotrze?

– Bo kurwa mamy problem wagi międzygalaktycznej. Siadaj. Chcesz wina, wody, wódki?

– Wasza woda ognista jest całkiem znośna, poproszę o szklanicę. Bez dodatków. Im bardziej gorąco tym lepiej.

– Jesteś zboczony, wiesz o tym?

– Tak wiem i lubię to, a ty?

– Co, ty?

– Czy lubisz jak zagrywam perwersyjnie? Masz też ciągoty do małego sado-maso, prawda?

– Lucku, przestań pieprzyć! Sprawa jest poważna i nieważne co nas łączy prywatnie. Zapomnij o tym. Teraz rozmawiamy jak szef z szefem i musimy coś postanowić.

– Mianowicie co?

– Twoi chłopcy zrobili zadymę. Ok, rozumiem spalone domy, sklepy i posągi. Tak bawicie się tu i tam. Mogę przymknąć oko także na obite ryje aniołów i wyrwane pióra. To wszystko dałoby się zamieść pod dywan. Gorzej jednak z gwałtami i to w miejscu publicznym, a biorąc pod uwagę ilość pechowych anielic… ciężka spawa.

– Ciężka jak ciężka… każda suczka marzy o porządnym przeleceniu. Nawet te wasze anielice.

– Lucek, przestań! Oni dopadali nasze kobiety jak samce w rui! Na pieska! Wyobrażasz to sobie?! Nie skończyli jeszcze z jedną a doskakiwali już do następnej! Istna sodoma i gomora. Burdel to za mało powiedziane! Lucek. Oni spalili pół centralnego miasta i przelecieli kilkadziesiąt pobożnych anielic! Co odpowiesz mi na to?!

– Tobie odpowiem, że żal mi anielic, ale jak tak popatrzeć obiektywnie, to chłopaki dali radę, w końcu to diabły…

– I najważniejsze. Przypadkową ofiarą gwałtu, była żona mojego szefa straży przybocznej.

– No to kanał. On nie odpuści. Będzie wojna. Masz jakiś pomysł Piotrku?

– Nie i to mnie właśnie martwi.

Nagle w gabinecie pojawił się błękitny obłok, potem trzasnęły trzy malutkie błyskawice i przed zebranymi pojawiła się postać starego, brodatego mężczyzny. Piotr momentalnie padł na kolana. Lucyfer stał i dumnie wypiął pierś.

– Witam panowie. Mam problem i muszę prosić was o pomoc.

– My też mamy problem i to z gatunku tych bardzo ciężkich. Lucyfer spojrzał w oczy przybysza.

– Lucyferze, powiem to w ten sposób. Wasz największy problem jest niczym w porównaniu z moimi drobnymi kłopotami. Na przykład. Najpierw na liście są paskudne hemoroidy, nie pozwalające mi rozsiąść się na tronie, potem długo, długo nic a potem wasze nierozwiązywalne problemy. To, z czym JA do was przychodzę stoi w hierarchii problemów o wiele wyżej niż moje problemy zdrowotne. Czy to jasne?

– Oczywiście. Przepraszam. Lucyfer wykonał lekki skłon oddając cześć starcowi.

– No tak, ale widzę, że nie zaangażujecie się dość dobrze, jeżeli coś tam będzie was trapić. Zróbmy tak. Ja wam pomogę a wy mnie? Umowa?

– Och wielki i miłosierny Bogu. Jesteś naszym światłem i nadzieją! Piotr będąc nadal na klęczkach wzniósł ręce do góry.

– Dobra, dobra. Nie przesadzaj Piotr. Wstań, bo jeszcze reumatyzmu dostaniesz. Posłuchajcie. Mój syn znowu dał nogę. Niby było już dobrze, poddał się terapii, był pod ciągłą opieką psychologów i innych najlepszych specjalistów. Nawet zaczął się uśmiechać. No, ale wczoraj zwiał. Moi aniołowie przeszukali już Niebo i przedmieścia.

– Nic o tym nie wiem. Piotr poczuł się lekko zdezorientowany.

– Bo nie miałeś wiedzieć. I nie przerywaj mi, bo jestem stary i stracę wątek. Jeszcze raz. W Niebie go nie ma. W Piekle chyba też nie, ale masz tam Lucku tyle gorących tuneli, że żaden szpieg nie dał rady się przez nie przedostać. Tam go raczej też nie ma, ale mógł skusić się sławą tych waszych diabelskich melin. Pozostaje jeszcze Ziemia. Chciałbym byście go tam poszukali, znaleźli i w całości dostarczyli do mojej kwatery głównej. Raczej szybciej niż później. No a ten wasz problem?

– Przez dwóch debilnych diabłów szykuje się wojna totalna. Aniołowie już zbierają się w pełnym uzbrojeniu na Placu Głównym. Nawet słychać ich pokrzykiwania. Poskarżył się Piotr.

Bóg podszedł do okna i otworzył je. Tłum początkowo nie zauważył kto to, ale głęboki i donośny głos, uciszył zebranych bardzo szybko.

– Ty! Zawołał Bóg.– Tak ty! Nie wymachuj tak tym mieczem, bo jeszcze zrobisz sobie krzywdę! Wojny nie będzie, bo ja Bóg tak postanowiłem. Są ważniejsze teraz sprawy, więc idźcie do domów i zapomnijcie o sprawie. No już!

Bóg odwrócił się do Piotra i Lucyfera po czy powiedział:

– No to po sprawie. Lucyferze, jeżeli ta wojna miała wybuchnąć z twojego powodu, to ty w takim razie, odpowiadasz za odnalezienie mojego syna. Czekam na szybkie rezultaty. Bóg momentalnie zamienił się w błękitną chmurkę, strzeliły małe pioruny i po gościu pozostał jedynie zapach zjonizowanego powietrza.

 

 

– Przeczytam teraz akt oskarżenia a wy potwierdzicie, lub nie. Zrozumiano?

Bogdan i Zbigniew pokiwali głowami, które strasznie ich bolały a suchość w gardłach doprowadzał do szału. Musieli jednak przez to przejść. W końcu stali przed najwyższym sądem nieba.

– Pięćdziesiąt brutalnie zgwałconych anielic i to w pozycji na pieska. Trzy doszczętnie spalone sklepy, dwie restauracje i dwanaście marmurowych pomników. Załatwianie potrzeb fizjologicznych w miejscach publicznych. Jest jeszcze parę drobniejszych wykroczeń… zobaczmy… Obskubanie z piór trzech zacnych aniołów, podpalenie dwóch innych i wysprejowanie wulgarnych napisów na brutalnie przytrzymywanych aniołach. ”Jestem pedałem”, „Dupa”, „Jestem diabłem w przebraniu”. Okropność. Czy przyznajecie się do popełnienia tych czynów?

Bogdan dumnie wypiął pierś.

– Tak, przyznaję się. „Choć nic z tego nie pamiętam, ale w Piekle jak się o tym dowiedzą to będziemy bohaterami”. Dopowiedział sobie w myślach.

Zbigniew także odpowiedział potwierdzająco.

– W takim razie wrócicie teraz do celi i poczekacie tam na wyrok.

 

 

Do dwóch więźniów nie wszedł jednak anioł. Lucyfer usiadł na pryczy i spojrzał na swoich diabłów. Zapadła cisza, którą mógł przerwać jedynie on, szef wszystkich piekielnych.

– Niezła imprezka. Muszę wam to przyznać, ale po jakiego grzyba pchaliście się do miasta?! Pięćdziesiąt anielic… ładny wynik, ale nie przyszedłem was tutaj wychwalać. Nie będę was wprowadzać w detale, ale do wojny między światami nie dojdzie, jeżeli znajdziemy syna Boga.

– Jezus znowu nawiał?

– Tak i my, wy go znajdziecie. Sprawa wygląda tak. Wysyłam was na Ziemię i macie dwa dni, by go przyprowadzić z powrotem całego, zdrowego i szczęśliwego. Jeśli mu włos z głowy spadnie, albo co gorsza wróci w plastikowym worku, to zadam wam najgorsze tortury na jakie nas stać tam na dole. Zrozumiano? Macie dwa dni.

– Nasze, czy ziemskie dwa dni? Zapytał Zbigniew.

– Ziemskie!

– Mało czasu, bardzo mało szefie.

– I macie go coraz mniej, więc przygotowujcie się. Wysyłam was do Paryża. Tam zbierają się te wszystkie artystyczne ćpuny i imprezowicze, którzy określają się mianem celebrytów.

 

 

– I co robimy? Paryż jest wielki jak Jezioro Lawy, a i tak nie wiadomo czy on tutaj jest. Stwierdził zrezygnowany Bogdan.

– Gazety. Jeżeli jest w mieście to na pewno jest o nim głośno. Masz jakieś aktualne zdjęcie syna Boga?

– Nie, ale chyba się za bardzo nie zmienił. Facet, ciemne, długie włosy, biały, wysoki i przystojny. Fajne ciacho.

– Ty zobacz! Czy to może być on? Zbigniew prawie przebił palcem gazetę wskazując wielkie zdjęcie.

– …Jim… Morrison… The Doors…Koncert dziś wieczorem. To musi być on! Pójdziemy na ten koncert. Najpierw upewnimy się, że to on a potem go capniemy.

– Plan doskonały, wręcz perfekcyjny. Pierwszy raz tego dnia uśmiechnął się Zbigniew.

 

 

W wielkiej sali tłum oczekiwał wyjścia na scenę gwiazdy wieczoru. Wreszcie pojawił się ten, którego podejrzewano, że jest prawdziwym Jezusem. Tłum ryknął na powitanie, ale on nawet na nich nawet nie spojrzał. Chwycił się jedynie mocno stojaka na mikrofon i zapalił papierosa. Po chwili dźwięki instrumentów rozlały się po sali hipnotyzując zebranych.

– Boguś to musi być on. Zobacz, przecież on jest tak naprany, że ledwo stoi. Poczekamy do końca koncertu i łapiemy go  jak tylko nadarzy się okazja. Ciekawe, czy on będzie tak tylko kiwać się z tym drągiem, czy jednak coś zaśpiewa, albo zaryczy. Zbigniew zainteresował się występem zespołu.

– No, pomyśl jaki będzie ubaw jak nasz ofiara puści pawia z tej sceny na swoich fanów.

 

Niestety, aby dostać się na zaplecze sali koncertowej trzeba było posiadać specjalne pozwolenie, a ci którzy go wymagali, byli bardzo szerocy w barkach. Wyglądali na takich, którzy najpierw biją a potem pytają, dlatego Boguś i Zdzisiu uelastycznili nieco swój plan. Poczekali cierpliwie, aż zespół i Jim, jak kazał się nazywać na Ziemi, opuszczą budynek i pojadą na dalszą imprezę. Na miejsce alkoholowego dobicia się, zespół wybrał mały pub, w bocznej uliczce Paryża. Porywacze zatarli ręce i wkroczyli do knajpy, depcząc Jima prawie po nogach. Zasiedli przy barze a oczekiwanie na dogodny moment porwania, uprzyjemniali sobie ziemskim piwem. Nagle Jim-Jezus wstał i chwiejnym krokiem ruszył w kierunku łazienki. Bogdan i Zbigniew nie czekali. Teraz, albo nigdy. Zatrzasnęli drzwi za sobą i przewrócili zaskoczonego mężczyznę.

– Cześć Jezus. Mamy dostarczyć cię do domu. Twój tata się martwi. Idziesz po dobroci?

– O co wam chodzi? Ja nie jestem żadnym Jezusem!

– Dobra, czyli nie chcesz współpracować. Zobacz to. Bogdan wyciągnął rękę ze szklaną strzykawką. – To jest podwójna dawka, najmocniejszej heroiny. Ciało umrze w pięknym odlocie a my poczekamy jak zmartwychwstaniesz.

– Ja nie jestem Jezusem! Jestem Jim Morisson! Ja nawet nie wierzę w Boga!

– No to teraz przesadziłeś, bratku! Zdzisiu, przytrzymaj chłopaka.

Podanie narkotyku odbyło się bardzo sprawnie, pomijając oczywiście próby wyrwania się ofiary. Jim-Jezus zwiotczał, opierając głowę o sedes.

– Jak myślisz, kiedy wyjdzie? Przecież nie może siedzieć w tym ciele bez końca? Zagadał Zbigniew.

– Nie wiem, uważam, że technika poszła do przodu od ostatniego razu jak zmartwychwstał. Myślę, że maksymalnie godzina.

Po dwóch godzinach diabły zaczęły się lekko niepokoić. Może silna dawka heroiny powaliła także duszę Jezusa?

– Trzeba skontaktować się z Lucyferem. Bogdan przejął inicjatywę.

– To my. Szefie, ile potrzeba czasu na zmartwychwstanie?

Maksymalnie godzina. Co się dzieje?

– No to mamy mały problem, bo minęła właśnie druga godzina a tu cisza jak makiem zasiał.

Jak go zabiliście to….Dobra, gdzie jesteście?!

– W łazience takiej jednej knajpy. Namierzy nas szef przez urządzenie kontaktowe.

- Dobra zaraz będę, tylko stań na środku łazienki, żebym przypadkiem nie wylądował w jakimś kiblu.

– Gotowe.

Ledwo Bogdan wypowiedział słowo a Lucyfer zmaterializował się obok niego.

– Gdzie on jest?

– Tam, leży jak martwy z przyklejoną twarzą do sedesu.

– Przecież to nie Jezus! Wy kretyni! To Jim Morrison! Znam go, bo fajnie zagrywa w klimatach dekadenckiej psychodelii.

Diabły spojrzeli na siebie ze zdziwieniem i nutką strachu.

– Znajdźcie mi prawdziwego Jezusa. Jego zostawcie. Niech ludzie się nim zajmą. Zegar tyka!

Lucyfer zniknął i zostawił Bogusia ze Zdzisiem zupełnie samych obok ciała podobno słynnego muzyka. Wyszli bez słowa. Noc była ciepła, ale i tak za zimna jak dla prawdziwych diabłów. Postanowili rozgrzać się filiżanką gorącej, czarnej kawy.

 

 

– Bogdan widziałeś? Zbigniew nagle ożywił się w sposób znaczny.

– Co widziałem? Jestem tak zmęczony, że nic już nie widzę. Odpowiedział Bogdan.

– Ten facet tam przy barze. Dostał szklankę wody a gdy ją dotknął woda zamieniła się w czerwone wino. To Jezus!

Bogdan zainteresował się i spojrzał na mężczyznę.

– Myślisz, że on jest Jezusem? Krótkie, przetłuszczone włosy, twarz zapadnięta, chudy jak moja żona i jeszcze te ręce. Zobacz jak mu się trzęsą!

– Nie mamy nic do stracenia. Podejdziemy i po prostu go zapytamy.

Bogdan oparł się o blat baru i powiedział:

– Jesteś Jezusem?

– Zależy kto pyta. Odparł nieznajomy.

– Przybyliśmy cię zabrać z powrotem. Idziesz?

– Nie jesteście aniołami. Czuję od was smród siarki. Czyżby ojciec zdecydował się na piekielnych?

– Jesteśmy stróżami prawa w Piekle, a dlaczego to my ciebie szukamy to już inna bajka. Trochę skomplikowana, mogę dodać.

– Opowiedzcie.

– Nie mamy czasu.

– Ale ja mam i to sporo.

– Nie no, Jezus, nie wygłupiaj się!

– Pójdę z wami dobrowolnie, ale tylko wtedy jak zabalujecie ze mną tej nocy i opowiecie mi waszą historię. Dodam jedynie, że będzie ostro. Ostatnia impreza musi być niezapomniana. Zgoda?

– Zgoda, ale my tak za bardzo nie stoimy przy kasie.

– O to się nie martwcie. Mam takie cudowne spodnie a raczej kieszenie. Zawsze gdy wkładam do nich dłonie to wyciągam banknoty. Jak już padniecie, to sam, osobiście odprowadzę was do tych waszych nor w Piekle a sam dobrowolnie wrócę do ojca.

– To się jeszcze okaże, kto kogo przepije, szczylu! Podjął wyzwanie Bogdan a Zbigniew zaśmiał się głośno i jakoś tak diabelsko.

 

 

Bogdan ostrożnie otworzył jedno oko. Był u siebie, na swoim legowisku w ciepłej norze. Nie zmieniało to faktu, że czuł się potwornie. Nawet nie miał jeszcze kaca. Wiedział z doświadczenia, że najgorsze jeszcze przed nim a dzisiejszy dzień zaliczy do nieudanych. Nie miał siły skoncentrować się na tyle, by przypomnieć sobie w jaki sposób znalazł się tu gdzie właśnie jest. Bogdan otworzył drugie oko i podniósł lekko głowę. Zobaczył Zbigniewa, który właśnie opłukiwał swój diabelski pysk w przepływającej obok nory małej rzeczce.

– Zdzisiu? Powiedz mi, że wszystko w porządku, że Jezus żyje a Ziemia jest na swoim miejscu.

– Zbyt dużo pytań, zbyt mało odpowiedzi. Odparł Zbigniew i siadł obok Bogdana.– Też za dużo nie pamiętam, ale jak już wracaliśmy to trochę wytrzeźwiałem. Chyba przez to, że musieliśmy cię nieść przez całe Piekło. Jezus, tak jak obiecał dostarczył nas do nory, choć sam przyznał, że pierwszy raz imprezował z takimi twardzielami jak my. Ty padłeś pod sam koniec, gdy mieliśmy wspinać się na wieżę Eiffla.

– Ale stoi nadal, ta wieża?

– Chyba tak. W każdym bądź razie, Jezus zrobił tak jak obiecał. Wrócił do domu. Równy gość z niego.

– Chyba muszę się położyć. Nie przeżyłbym takich imprez dzień w dzień.

– No, muszę przyznać, że synalek Boga jest zaprawiony w bojach i mój rozsądek podpowiada mi, by trzymać się od niego z daleka.

Nagle do nory wkroczył diabeł-kurier. Wręczył zapieczętowane listy i zniknął. Diabły nerwowo rozwinęli kartki papieru i zamarli ze strachu.

– Szef nas wzywa. Natychmiast.

– Myślisz, że jednak Jezus się przekręcił?

– Mam nadzieję, że nie. Odparł Zbigniew, choć obecnie niczego nie był pewien.

 

 

– Długo myślałem co z wami zrobić. Lucyfer siedział za swoim wielkim biurkiem i mówił w zamyśleniu. – Bo tak, zabić was nie mogę, a co gorsze po tych waszych wyczynach w Niebie staliście się bohaterami narodowymi. Popularnością prześcignęliście nawet mnie. Za to właśnie chciałbym was zabić, ale nie mogę! Teoretycznie społeczeństwo piekieł oczekuje, że was awansuję a wtedy będzie jeszcze gorzej. I wiecie co? Bóg ponownie mnie uratował. Przed chwilą dostałem od niego rozkaz z klauzulą wypełnienia w trybie natychmiastowym. Właściwie to mi już nie podlegacie tylko waszemu nowemu szefowi.

Diabły spojrzeli na siebie ze zdziwieniem.

– Nie wiem co wy tam nawyprawialiście z Jezusem, ale tak jak zawsze sprzeciwiał się prywatnej ochronie, tak teraz chce abyście to właśnie wy pilnowali go przez całą dobę na okrągło. Gratuluję awansu, no i cóż, chyba już się więcej nie zobaczymy. Lucyfer wstał i uścisnął łapy zszokowanych, byłych stróżów prawa w Piekle.

Diabły zdały sobie sprawę, że od tej chwili rozpocznie się dla nich prawdziwe piekło bez taryfy ulgowej.

 

 

Koniec

Komentarze

Autorze, nie chcę Cię martwić, ale termin przysyłania opowiadań na Grafomanię 2014, minął już jakiś czas temu, a konkretnie 31 marca 2014 roku. :-(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

no to macie problem z odnawianiem strony… 

Niby tak, ale był też podany termin – 31 marca. :)

Mee!

Niby tak :)

:-) :-) :-) 

Wystarczy za komentarz?

PS. Bój Ty się najbardziej znanego redemptorysty… :-)

Opowiadanie fajne – spodobała mi się fabuła.

Tylko ta Grafomania… Sprawdziłeś przed publikacją, na czym polega ten konkurs?

Babska logika rządzi!

:) uśmiech czyni cuda

Grafomanię zamieniłeś na ślepopisanie? Rozumiem, że wybierasz konkursy na chybił trafił. Więc pewnie nie inspirowałeś się żadnym błędem poznawczym. No i termin zgłaszania tekstów już upłynął.

Gotowe.:)

Obrazoburcze, czyli fajnie! Ah, wiesz, co mi wpadło do głowy? Żebyś wysłał to opowiadanie do RM! Skandal ogólnokrajowy gwarantowany.

Ale… mi ta konwencja nie przeszkadza, wręcz przeciwnie, lubię ją. Pamiętaj jednak gdzie żyjesz i nie zdziw się, jeśli niektórzy za to opowiadanie cię znienawidzą…

Mogę pobawić się w zgadywankę, co do Twoic inspiracji?

  1. Kabaret (nie pamiętam nazwy) skecz: polacy w niebie (chyba)
  2. komiks “Lucyfer”

Przed czytaniem skonsultuj się z lekarzem bądź farmaceutą. Lub psychologiem.

Owszem, opowiadanie w jakiś sposób zabawne, ale prezentuje, moim zdaniem, dość nieskomplikowany i mało wyszukany, rodzaj humoru, za którym po prostu nie przepadam.

Bogdan i Zbigniew – pijane diabły, demolujące otoczenie i bzykające wszystko co chodzi, z wyjątkiem zegarków, wypadły w moich oczach dość żałośnie. Spodziewałam się po nich większej fantazji, a zachowali się jak angielscy turyści w Krakowie.

A tak na marginesie – nie uważam, by gwałcenie, choćby anielic, stanowiło powód do dumy i było śmieszne. :-(

Podoba mi się szorstka przyjaźń władców Piekła i Nieba, świadomych konieczności dobrej współpracy, dla wzajemnego zapewnienia sobie racji bytu. ;-)

Z pełnym uznaniem przyjmuję wątek uciekniętego Jezusa, choć już pomylenie go z Jimem Morissonem zalatuje mi tanią komedią pomyłek i pójściem na łatwiznę.

I jeszcze jedno – zupełnie nie rozumiem, dlaczego Bogdan nazywa Zbigniewa Zdzisiem?

 

„Pier­dol­my nudną służ­bę i dajmy czadu w bo­skich za­świa­tach!”Pier­dol­my nudną służ­bę i dajmy czadu w bo­skich za­świa­tach!

 

Choć za mną i igno­ruj ze­sła­nych, bi­ją­cych ja­snym świa­tłem”. – Pewnie miało być : Chodź za mną i igno­ruj ze­sła­nych, bi­ją­cych ja­snym świa­tłem.

 

Szlak by tra­fił!”Szlag by tra­fił!

 

„Jak jesz­cze ich wy­kro­cze­nia będą ma­łe­go ka­li­bru to ich wy­pa­tro­szę”. – Powtórzenie.

Proponuję: A jeśli jesz­cze popełnili wy­kro­cze­nia ma­łe­go ka­li­bru, to ich wy­pa­tro­szę.

 

„Masz też cią­go­ty do ma­łe­go sa­do-ma­cho, praw­da?” – Czy nie miało być: Masz też cią­go­ty do ma­łe­go sa­do-ma­so, praw­da?

 

„Po­cze­ka­my do końca kon­cer­tu i ła­pie­my go w jak tylko nada­rzy się oka­zja”. – Zbędne w.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Abstrahując już od tego czy grafomania, czy nie – opowiadanie jest całkiem fajne. Miejscami można się uśmiechnąć, jest tu też jakaś refleksja. A za to zawsze plus.

Nowa Fantastyka