- Opowiadanie: czester - Krew brata Szymona

Krew brata Szymona

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Krew brata Szymona

Krakowski rynek wypełniała zwykła jemu wrzawa podnoszona głosami dziesiątków kupców, zdzierających gardła sławiąc żarliwie walory wystawianych przez siebie towarów i w zacięciu negocjując ceny ze zwabionymi do ich stoisk kupującymi. Mężczyzna odziany w nieco zbyt ciepłą jak na wczesne lato ozdobną szubę przeciskał się przez gwarliwy tłum złożony z zamożnych mieszczan oraz ich żon, pochłoniętych bez reszty łowami artykułów na tyle drogich i kunsztownych, by były w stanie dotrzymać kroku ambicjom swych przyszłych właścicieli. Żadnemu z usiłujących przykuć jego wzrok towarów nie udało się wszakże zjednać sobie uwagi owego mężczyzny, który odwiedzał największe w Koronie skupisko handlu z jasnym zamiarem.

Po chwili marszu ujrzał on cel swojej wizyty. Nieomal wciśnięty pomiędzy dwa o wiele okazalsze stoiska niepokaźny kramik zdawał się z pełnym zamysłem stronić od wzroku wszechobecnej ciżby, będąc gotowym odsłonić swe oblicze wyłącznie temu, komu nie braknie bystrości, by dostrzec go na przekór panującemu zgiełkowi. Również wszystek tego, co kryło jego skromne wnętrze, ustępowało zgoła wystawnym dobrom, jakimi zwykło się obracać w tej części rynku. Na kawałku pokrywającego drewniany blat płótna w równych rzędach spoczywały w nim, wręcz epatując swą pospolitością, proste symbole kultu oraz podobizny świętych i błogosławionych, wyciosane bez kunsztu w drewnie bądź też odbite w tanim metalu. Gdy tylko mężczyzna zbliżył się do zapomnianego, zdawałoby się, kramu, spoza lady niby znikąd wyrosła wciśnięta w karmazynowy pątlik, rumiana głowa niskiego człowieczka.

– Podejdźcie bliżej, panie – rażący głos sprzedawcy miał w sobie coś ze skrzeku. – Spojrzyjcie proszę na rękodzieło najbieglejszych artystów starego Krakowa, tworzone ku chwale Najwyższego i orszaku jego świętych. Czyjego wstawiennictwa szukacie? Może miła okaże się wam brzozowa miniaturka brata Szymona z Lipnicy, uzdrowiciela chorych? Jego miłosierdzie uchroni was przed morem i zarazą, pomoże też uśmierzyć bóle członków i podagrę. Potrzeba wam pomyślności w handlu? Pozwólcie tedy, że zainteresuję was medalionem z obliczem świętego Homobonusa, pobłogosławionym przez samego biskupa Filipa.

– Obawiam się, że nie waści figurek i obrazków, jakkolwiek ładnych, poszukuje mój pan – odparł nieznajomy.

W drobnych oczkach, tonących w krągłościach nalanej twarzy kupca, dało się zauważyć błysk nieufności.

– Czymże innym miałbym więc służyć waszmości? Choć bowiem dobroć Stwórcy jest nieskończoną i zawżdy nie braknie jej dla nikogo, od siebie zaofiarować mogę jedynie to, co zdołały wykonać pracowite ręce naszych zdolnych rzemieślników.

– Powtarzam, mojego pana nie interesują ryciny ni figurki. Miast nich chętnie zapoznałby się za to z dobrodziejstwami waści relikwiarza, o których cudownej mocy słyszał nieraz od swych przyjaciół, także to, że miałyby one być władnymi uchronić od diablich suchot.

– Wybaczcie, panie, ale uwadze umknąć musiała mi wasza godność?

– Me imię nie jest tu istotne. Ważnym, że pan mój, jaśnie marszand Krajewski, zaprasza was dziś na sutą wieczerzę do karczmy Pod Złotym Dzbanem, licząc przy tej okazji gorąco na możliwość bliższego przyjrzenia się temu, czego nie zwykliście otwarcie wystawiać na swym straganie. Zapewniam, że jest on gotów bardzo sowicie wynagrodzić waszą fatygę. Prócz tego, przez wzgląd na wartość podróżującego z waścią towaru, pośle po was orszak, którym dotrzecie wprost na miejsce spotkania i z powrotem.

– Wiele waść obiecujecie. Skąd wszak mieć mam pewność, czyli nie jest to zaś zwykły blef?

– Też coś! – głos rozmówcy nieprzeparcie wyrażał najświętsze oburzenie. – Masz waść sporo czelności, by w tym tonie odpowiadać na skierowane ku wam zaproszenie od jednego z najmożniejszych kupców Krakowa, gdy ten skłonny jest szczodrze opłacić wasze usługi, a może i rozważyć, czyby nie rzec o was ciepłego słowa w odpowiednio postawionym gronie. Pomyśleć tylko, że panowie Woynert i Podolski, którym wszak nie odmówiliście pomocy, wyrażali się o was tak przychylnie…

Na dźwięk znajomych nazwisk z oczu karzełkowatego kupca zniknęła czujność, dając przesłonić się blaskowi chciwości podsyconej widmem czekających go zysków. W tym momencie fałszywy posłaniec wiedział już, że zaślepiony własną pazernością lichwiarz połknął jego przynętę.

 

***

 

Zmrok zdążył przykryć doszczętnie ulice Krakowa, kładąc kres hałaśliwej krzątaninie targowego dnia, gdy w dyskretnej osłonie ciemności pod tylne wejście najznamienitszej pośród miejskich austerii zajechał w ciszy czarny kształt powozu. Z jego wnętrza wyłoniła się po chwili niezgrabna, przysadzista sylwetka, w krótkich swych rękach ściskająca kurczowo kanciasty przedmiot, szybkim krokiem wpadając do wnętrza gospody.

 

***

 

– Rad jestem wielce, żeście skłonnymi okazali się przyjąć wnet me zaproszenie – przemówił zza suto zastawionego stołu brodaty jegomość. – Jak sami widzicie, kuchnia nie poskąpiła nam dziś specjałów, mnie zaś nie w smak biesiadować samemu. Siądźcie tedy i wieczerzajcie ze mną, coby nie dać dobrej strawie pójść na grzeszne zmarnowanie.

Jako iż w zwyczaju przybysza nie było odwlekać sposobności skorzystania z oferowanych mu posiłków, zwłaszcza tych w rodzaju uczty, do jakiej właśnie go proszono, ukłoniwszy się niedbale w wyrazie podziękowania, ruszył z werwą w kierunku pustego siedziska ulokowanego na wskroś stołu od gospodarza.

Gospodarz wieczerzy, splótłszy ręce pod brodą, przez chwilę przyglądał się w milczeniu gościowi, który to jął z miejsca obgryzać żarłocznie fragment soczystej pieczeni wołowej, nim zabrał ponownie głos:

– Ufam, iż podróż przebiegła waści bez problemów?

Pytanemu z widocznym oporem przychodziło oderwanie się od uroków pochłanianej strawy.

– Przy obstawie, jaką łaskawi byliście mi zapewnić, nie mogło być o tym mowy, miłościwy panie – odparł wreszcie, przełknąwszy łapczywie kęsy.

– Ulgą mi to słyszeć – gospodarz zwrócił wzrok ku drewnianej szkatule ułożonej przez towarzysza na pustym fragmencie blatu tuż w skromnym zasięgu jego rąk. – Mniemam, że w skrzynce, którą z sobą wnieśliście, znajdę coś, co niechybnie wzbudzi moje zainteresowanie?

Zrozumiawszy, że dalsze raczenie się dobrodziejstwami wieczerzy będzie musiało zaczekać, aż niecierpliwemu klientowi dane będzie poznać stan jego inwentarza, handlarz wytarł pokryte tłuszczem ręce w poły kaftana i sięgnął po pudełko.

– Nie mylicie się, panie. Przynoszę wam najznakomitsze pamiątki błogosławionych żywotów świętych braci, zasiadających obecnie w łasce u boskiego boku, jakie ci pozostawili po sobie w szczodrym darze – począł perorować w natchnieniu kupiec. – Pomnijcie, że przez baczenie na nielichą potęgę drzemiącą w mych towarach, nie zwykłem ukazywać ich każdemu, kogo tylko najdzie ochota mnie o nie zagadywać. Za chlubę poczytuję sobie, iż do grona swych klientów zaliczam wyłącznie szacownych panów oraz damy, co do najcnotliwszego obejścia w uczynku i mowie których miałem sposobność przekonać się własnymi oczy, lub też tych, za których ręczyli oni swym szlachetnym słowem. Choć zatem obu nam nie przyszło dotąd poznać się in persona sua, w tym wyjątkowym przypadku, mości marszandzie, chluba opiewająca wasze znane na cały Kraków nazwisko była mi wystarczającą rękojmią. Pozwólcie tedy, że ukażę wam błogosławione relikwie, które niechybnie wybawią duszę waszą od ciążących jej utrapień. Mówiono mi, panie, iż upatrujecie remedium zdolnego ustrzec was przed diablimi suchotami?

– Jest tak, jak wam rzeczono, zacny kupcze. Nie ma już zgoła dnia, w którym nie przyszłoby mi zwiedzieć się, że oto kolejnego z moich kamratów dosięgnąć zdołały szpony upiornej zarazy. Począłem przeto trwożyć się tako o mnie, jak i mą familię. Z obawy przed chorobą surowo wzbroniłem żonie i dziatkom wychodzić w miasto gdziekolwiek indziej niż na coniedzielną sumę. Sam też nie opuszczam już domostwa tak często jak niegdyś, jednakże marszand nie może przecie zwyczajnie zaszyć się we własnych ścianach, jako ten kret w swym kopcu, i nie wyściubiać poza nie nosa. Wciąż muszę wszak przyjmować klientów, a także posyłać ludzi na mym kontrakcie w najróżniejsze zakątki miasta, by mnie tam reprezentowali. Kto wie, czy który z nich nie przywlecze kiedy za sobą przeklętej choroby?

Wprawdzie wykupiłem kilka mszy w intencji zdrowotnej i nie ustaję w modlitwach do Najwyższego, ale wnosząc po tym, co ludzie gadają, i tego może być mało, bo za zarazą stać mają jakoby same diabły, co żerują na ludzkim grzechu, a ichniego draństwa nie lza powstrzymać choćby i najgrubszym ścianom, gdyby nawet człek próbował zaś szukać przed nim ochrony w odosobnieniu. Jedynie wstawiennictwo świętych patronów może pomóc mi wytrwać w czystości myśli i ducha, które ustrzegą mnie od zakusów złego – wyszeptał z bojaźnią gospodarz.

Słuchający w nabożnym milczeniu lichwiarz zużywał resztki ogłady, by tylko nie wybuchnąć śmiechem w obliczu naiwnej przemowy fundatora jego nad wyraz sutej wieczerzy. Podszyte lękiem i ignorancją słowa, podobne tym, których zasłyszał na pęczki z ust przyjmujących go wielmożów Krakowa, rozbrzmiewającego niosącymi się jak okiem sięgnąć wieściami o wiszącym nad grodem widmie zarazy, zwiastowały nieprzyzwoicie wysoki zarobek, jaki niechybnie spłynie na niego tej nocy. Przybrawszy wyuczony, dobrotliwy uśmiech, oszust uchylił wieko szkatuły.

– Możecie być spokojnymi, panie, bo wasza nieprzejednana prawość i trwałość w wierze łacno uczynią czcigodnym świętym o wiele prostszym wypełnienie ich ku panu posługi. Mam tu przeto coś, co pomoże utrzymać zarazę z dala od waści ducha i ciała – w pulchnej dłoni mówiącego pojawiła się wydobyta z głębi relikwiarza kępka związanego sznurkiem włosia. – Ten oto kosmyk pochodzi wprost z przenajświętszej głowy wielebnego Szymona z Lipnicy, oddanego Bogu prezbitera, którego starania pomogły onegdaj krakowskim ulicom uwolnić się z jarzma śmiercionośnej cholery. Choć ten czcigodny mąż wciąż czeka uznania Stolicy Piotrowej, które to wszak jest sprawą niechybną, warto upraszać się jego przychylności już teraz, nim do naszego świętego zwracać o wsparcie poczną się walnie wierni ze wszystek zakątków świata.

– Mówicie, że ta mała kępka uchroni mnie od diablich suchot?

– O ile tylko pozostaniecie czyści w duchu, z opieką świętego brata Szymona niegroźna będzie wam choroba, nawet gdyby w progach waszych stanął sam czort, zanosząc się od kaszlu.

– Zaprawdę, wszystko to dzięki jednemu tylko kosmykowi?

– Nie byle jakiemu kosmykowi, panie. Oferuję wam przecie najprawdziwszą relikwię tego, który w czasach moru i zarazy nie poprzestaje sprawować z niebios pieczy nad chorymi i bolejącymi, jakoż czynił to przez cały święty swój żywot. Miejcie baczenie, iż niejeden kłamstwem podszyty krętacz na moim miejscu gotowym byłby obdzielać was tym, co ogłaszałby pamiątkami po innych patronach, jacy cieszyli się uznaniem zeszłymi laty, kusząc waść niską ceną. Ja zaś otwarcie mówię: nie zakonnik Michał z Giedroyciów, nie milczący Świętosław, wreszcie nie pobożny Izajasz, ani żaden inny z błogosławionych mężów, jakich nosiła krakowska ziemia, nie umiłował sobie tego roku naszego grodu tak, jak uczynił to opiekun chorzejących Szymon.

– Pozostaje mi tedy zaufać waści zaleceniu i poddać się opiece świątobliwego brata z Lipnicy.

– Słusznie postępujecie. Baczcie tylko, panie, by zabierać z sobą kosmyk, gdziekolwiek się nie udacie, a strzec go przy tym musicie jak oka we własnej głowie. Zwęszywszy, jaki skarb nosicie u boku, licho ni chybi zaraz pocznie nastawać, by zaprowadzić was ku jego utracie. Za nic przeto nie wolno wam go zagubić, bo choć diabeł samemu sięgnąć łapskiem po święty przedmiot niewładnym, zwykła wasza nieuwaga najmilszym mu będzie konfratrem.

– Sam Pan mi świadkiem, iż gotowym w najmniejszym szczególe przestrzegać wszystkiego, co tylko waść nakażecie.

– Spokojnym tedy zostawiać z wami tę cenną relikwię, bom pewien, że właściwie się z nią obejdziecie. Przy tej wszakże okazji nie wolno nam zgoła zapomnieć o jaśnie pana najbliższych – handlarz zwrócił pukiel do pudełka, sięgając tymczasem po nowy okaz. – Krew, którą widzicie w trzymanej przeze mnie ampułce, płynęła onegdaj w ciele Szymona z Lipnicy. Za jej zbawiennym działaniem, gdy waść pójdziesz doglądać interesu chroniony mocą błogosławionego kosmyka, patron otoczy swą opieką także resztę waszej familii. Wystarczy ku temu, by każdego wieczora przed snem waści małżonka wraz z dziatwą namaściły sobie nią nos i usta, którymi to drogi zwykła wkradać się w człeka choroba, a zaraza snadnie ominie progi waszego domostwa.

Gospodarz odchylił się w krześle.

– Nalegacie waść, bym kazał rodzinie mazać się krwią człowieka, którego, o ile pamięć mnie nie myli, do mogiły zagnała cholera? – w jego tonie dało się wyczuć dostrzegalną zmianę.

– Nie lękajcie się. To, co zdolnym było zaszkodzić owemu cnemu mężowi, gdy wciąż stąpał po ziemskim padole, nijak ma się dłużej jego świętych szczątków, skoro tylko zdążył wstąpić w kręgi królestwa niebieskiego – ręczył niezrażony handlarz.

Na twarzy uchodzącego za marszanda mężczyzny zagościł pobłażliwy uśmiech.

– Tuszę, że zasłudze jego świętości każesz mi waść przypisywać także, iż krew, jaką miano wedle słów waszych utoczyć braciszkowi, któremu wszak przyszło pożegnać się z tym światem już bez mała wiek temu, zdolną była zachować kompozycję niezmienioną prawie, niż gdyby pozyskano ją przed paroma tylko godzinami?

Milczenie handlarza zdradzało zaskoczenie, z jakim spotkała się nowo odkryta u jego rozmówcy skłonność ku czynieniu rzeczowych uwag. Ten krótki moment wahania w zupełności wystarczył odmienionemu gospodarzowi.

– Dłużej nie zniosę już tej szopki – oznajmił. – Wysłuchawszy nabożnej tyrady, jaką uraczyłem cię na wstępie, byłeś pewnikiem kontent nie gorzej niż lis, co trafił nocą nieupilnowanego kurnika pełnego śpiących kokoszek. Podobne brednie pletli wszak wszyscy ci, którzy płacili krocie za skarby twej trefnej szkatułki. Sądziłeś więc, że i tym razem uda ci się przetrzebić zasoby kiesy kolejnego gamonia. Niestety dla ciebie, dziś to ty padłeś ofiarą oszustwa, diable – rzekłszy to, gospodarz wejrzał wprost w oczy tkwiącego w osłupieniu kupca.

Pojęcie znaczenia wszystkiego, co wyrzekł jegomość, który jeszcze niedawno uosabiał każdy z ideałów jestestwa mieszczańskiego półgłówka, zajęło zdumionemu lichwiarzowi chwilę. Gdy jednak dotarło do niego wreszcie, w jakiej przeto znalazł się sytuacji, wnet odskoczył od stołu niczym poparzony.

– Kto was na mnie nasłał?! Nie wiecie nawet, z kim próbujecie zadrzeć! – warknął.

Nieznajomy uniósł brwi.

– Czyżby? Obawiam się, diable, że to raczej ty zdajesz się nie mieć pojęcia, kto w istocie jest gospodarzem uczty, na której tak układnie raczyłeś się zjawić. Podpowiem ci tedy, jeśli twój własny rozum jeszcze tego nie uczynił, że taki ze mnie marszand, jak z ciebie sławiący imię Pana pobożny handlarz relikwii.

Zrazu pokryte ledwie krwistymi wypiekami tłuste lico lichwiarza z każdą chwilą przybierało coraz bardziej jaskrawe odcienie czerwieni, których nie szło mylić dłużej z jakąkolwiek pośród barw właściwych ludzkiemu obliczu. Kaprawe oczka mikrusa po brzegi wypełniła smolista czerń. Spod przywierającego do czaszki pątlika poczęły wyzierać dwa podobne koźlim rogi. W tyle za baniastą sylwetką kupca wyrosły z niej gruby na pięść ogon omiatał zamaszyście podłogę izby. Naprzeciw gospodarza stał, szczerząc w złowrogim grymasie kły, najprawdziwszy w świecie diabeł.

– Patrzcie no tylko, czyli nie nabrałeś zgoła kolorytu! – zadrwił zasiadający wciąż u stołu mężczyzna.

– Nader ci do śmiechu jak na kogoś, kto za chwilę pożegna się ze swoim pyszałkowatym życiem – cedził przez obnażone zębiska bies.

– Ach tak? To ci dopiero! Skoroś taki mocny w gębie, ciekawym tedy, jakim też sposobem upatrujesz mnie owego żywota pozbawić? Czy myślisz może, żeś zdolnym sprostać temu, czego nie potrafił twój czarci kuzyn spod Wieliczki, który czynił mi niedawno zapowiedzi wielce podobne twoim nim posłałem go wprost w ramiona wiekuistego mroku? On, jak i zresztą większość ziomków waszych, jacy niefart mieli napotkać mnie u kresu swej potępieńczej drogi.

Jaskrawe niby ogień oblicze diabła zdawało się zblednąć nieco.

– O czym też wy… Gadajcie, coście za jeden! – wykrzyknął przybysz z piekieł.

– Me nazwisko powinno być ci już wiadomym, chyba że twa czarcia natura rozumu poskąpiła ci w równej części co urody.

Diabeł wzdrygnął się, dając krok w tył.

– Twardowski! – syknęły jego wargi.

– We własnej osobie, diable – oczy ujawnionego mistrza nauk tajemnych mierzyły w krępą postać czarta najchłodniejszym pośród spojrzeń. – Nie trudź się tylko myśleniem, by umykać przede mną, dawszy drapaka za drzwi, czy też przez okno. Na nic byłoby ci teraz choćby i próbować się do nich zbliżyć, bo całą izbę otoczyłem zawczasu kręgiem magicznym, w który sam żeś wdepnął, rzuciwszy się od progu ku wystawionemu tu jadłu niczym wygłodniały kundel na kości po królewskiej wieczerzy.

Dopiero pod wpływem słów mistrza usidlony podstępem bies przyuważył na podłodze ślad kredy, który okrążał ich obydwu cienką, acz starannie nakreśloną linią. Zdawszy sobie sprawę ze skutków własnej nierozwagi, zaklął siarczyście, jak na diabła przystało.

– Czego ode mnie chcecie? Co też takiego wam uczyniłem, że na mnie nastajecie? – pytał głosem, któremu wyraźnie brakło dawnego rezonu.

– Tyś osobiście nie zawinił mi w żaden sposób, diable. Póki co chcę od ciebie jedynie tego, byś opowiedział mi prawdę o tych rzekomych relikwiach, z którymi tak dumnie obnosisz się po salonach i alkierzach Krakowa. Tylko tym razem szczerze.

– Prawdę? A cóż komu po niej? Poprzez me towary daję wszak ludowi to, czego ten pragnie najżarliwiej, niezależnie, czy też miały one cień styczności z tymi, których woła on świętymi, czy nie. Czymże bowiem jest człowiek w wielkim przestworze świata, którego władnym pojąć nie pisane mu stać się do końca krótkich dni jego? Niczym więcej niźli ten wiecheć miotany wichurą, którego złamać w pół mógłby byle lepszy podmuch. Nie chcąc pogodzić się z własną ślepotą i słabością, wy, ludzie, poczęliście obwieszać się zaklętymi talizmanami i uciekać w mrzonki pustych obrzędów i rytuałów, wierząc, że dają wam one moc czynienia uległą sobie nieprzejednanej względem was doli. Nie liczy się przy tym wcale, że trud wasz jest próżnym, bo i nie temu służy przecie cała ta błazenada. Snadź jedynym prawdziwym jej skutkiem i celem jest zdławienie gorzkiego wam uczucia niemocy. Ciżbie nie trzeba przeto waszej prawdy, panie Twardowski. Ponad nią ceni ona sobie kojący mit, który rada jest przyjmować z mych rąk. Gotowi byście tedy byli ot tak jej go odbierać?

Mistrz zaklaskał w dłonie.

– Wielce poruszająca przemowa – zaiste godna krętackiego języka diabła, a może nawet i zawołanego kupca. Doprawdy pysznie zabawiasz mnie swoimi wymyślnymi słowami, wiedz jednak, że nie dalej jak trzy księżyce temu zasłyszałem rzecz nie mniej ciekawą od tego, co prawisz teraz, i to z ust nikogo innego jak imć czorta Barnaby, mianującego się podówczas twym dobrym znajomkiem. Widzisz, trafiło mi się przyłapać go z zamysłem, gdy u rogatek Wieliczki oddawał się swym conocnym harcom, ganiając zdybane przy obejściu dziewki i niszcząc plony zmorzonym snem rolnikom. Jak już napomknąłem, twoim wzorem groził mi on natychmiastowym ukróceniem dni mego jestestwa i zapewniam, że był o wiele bardziej obrazowy w opisie tego, co spotkać mnie przy tym miało z jego szponów i kopyt. Kiedy to jednak z boleścią dla siebie przekonał się, że niepodobnym będzie mu uczynić zadość składanym płomiennie obietnicom, przemówił innym zgoła głosem. Błagając, bym łaskaw był darować mu życie, obiecywał, że wyjawi mi w zamian coś, co ni chybi doczeka się mego zainteresowania. Rzekłem, że wysłucham, co też ma do powiedzenia, nim podejmę względem niego decyzję. Jął tedy opowiadać, jak to zrazu jego diabli kumoter z Krakowa, czyli ty, nawiedziłeś go, oferując pełen antałek wybornej nalewki miodowej prosto ze stołecznego szynku w zamian za pomoc w dopełnieniu swego zamysłu. Jeszcze tamtej nocy udało ci się z przekupionym Barnabą u boku uprowadzić z pobliskiego obejścia trzy jałówki, które właściciel ich planował ubić, gdyż zdawały mu się chorowite i mogłyby popsuć zdrowie innych zwierząt. Tym, czego nie wiedział ów gospodarz, a co wiadomym było tobie, i czym ku własnej zgubie nie omieszkałeś podzielić się z kumem Barnabą, było to, że podkradziona trzódka cierpiała na suchoty, które to wszak groźne są i dla człowieka. Jak więc widzisz, opowieść twego pomagiera w istocie dała mi do myślenia. Wynagrodziłem go za nią śmiercią o wiele mniej okrutną i bolesną, niż on sam mi ją przyrzekał.

Wróćmy jednak do głównego wątku naszej historii. Dziwnym trafem, niedługo po ukradkowym zniknięciu chorych krów wewnątrz murów Krakowa zaczęto gęściej zapadać właśnie na suchoty. Tymczasem po miejskich salonach rozeszła się wieść o pewnym obrotnym sprzedawcy relikwii, który to dawno był już przestrzegał przed nadejściem tejże zarazy, a którego mające uchronić od niej świętości wnet zyskały niespotykane wręcz wzięcie wśród wysoce uposażonych figur krakowskiego światka, bo i zresztą takie tylko mogły sobie na rzeczone dobra pozwolić, jako że handlarz ów nie zwykł tanio się z nimi rozstawać. Zarabiać na rzekomym środku przeciwko śmiercionośnej przypadłości, która wszak rozprzestrzenia się za jego właśnie sprawą? Przyznaję, iż do twych metod nijak mają się najnikczemniejsze choćby wybiegi, jakich dopuszczali się znani mi adepci sztuki handlu.

– Schlebiacie mi, panie Twardowski. A Barnabę i jego długi ozór niechaj bez reszty pochłoną mroki bezkresne, w które całkiem słusznie żeście go posłali.

Wargi mistrza wykrzywiły się w sardonicznym uśmiechu.

– Ot, i cała diabla solidarność – skwitował. – Srogi wydałeś dziś osąd wobec ludzkiej mej braci. Koniec końców wyszło jednak na to, że to tobie, diabłu samemu, podług tego, co wieściłeś jej właśnie ułomnością, śniło się do tej pory, iż sprawujesz panowanie nad czymś, co przerastało cię po całości.

Diabelskie rysy przybrały gniewny wyraz.

– Patrzcie go tylko, odezwał się wielki uczony, co sam obwołał siebie mistrzem – warknął czart. – Mnie będzie strofował, kiedy sam łudzi się, jakoby jego starania miały byle to cień znaczenia. Wierzysz, że ubijając w tuziny zastępy diabłów, czynisz może wielkie dobro i odkupisz tym kiedy swą duszę? Ha! Niedoczekanie! Ona dawno już nie twoją i wiesz ty o tym doskonale! Pan mój rychło doczeka dnia, gdy wypełnią się zapisy waszego układu. Znikniesz wtenczas z tej ziemi ty, a wkrótce potem i wszelka pamięć o tobie i twych uczynkach. Tak właśnie! Żaden trud twój nie ma już znaczenia, odkąd podpisem krwi własnej zaprzedałeś na wieczność swą butną duszę!

– Dość już czasu straciłem po próżnicy, pobłażając twym igraszkom, diable – rzekł sposępniały nagle mistrz, szykując się, by rzucić zaklęcie.

Zmiarkowawszy zamiar mistrza, diabeł, za nic mając swą tuszę, wystrzelił zwinnym susem poprzez stół, celując wysuniętymi pazurami w gospodarza. Wystarczyły jednak drobny ruch mistrzowej ręki i cicha inkantacja jego ust, by czarcie cielsko w połowie morderczego skoku zawisło bez ruchu ponad stertami jadła. Gdy tylko mistrz dokończył dzieła kolejnym czarem, diabeł rozprysnął się niby na dziesiątki niewidocznych kawałków, zostawiając po sobie jeno drażniący nozdrza odór piekielnej siarki. Mistrzowi po zniknięciu czorta długo jeszcze zdawało się, iż z najgłębszych czeluści zaświatów wciąż dociera ku niemu jego szyderczy rechot. Zgodnie z przewidywaniem, w tyle głowy odezwało się nazbyt dobrze znane, przeklęte uczucie.

 

***

 

W zaciszu swej pracowni mistrz pochylał się nad pełnym rozmytych znaków i wyblakłych ilustracji manuskryptem, oparłszy skronie o czubki palców, przebarwionych stycznością z szeregiem ingrediencji, poza nim nieznanych większości uczonych mężów tego świata. Napady pulsującego bólu, które od czasu utarczki z diabłem przed siedmioma nocy poczęły ze wzmożoną siłą przypuszczać szturm na jego głowę, traciły w końcu na mocy, stając się ledwie przebrzmiewającymi echami wcześniejszych kaźni. Mistrz wreszcie znów był w stanie zebrać na tyle uwagi, by oddać się należycie prowadzonym studiom.

Odkrywając sekrety wiedzy, zatartej działaniem zgubnego dla wszystkiego co materialne czasu, mistrz poczuł nagle zimny dreszcz, jaki przewędrował wzdłuż jego schylonych do lektury pleców. Czarnoksiężnik doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co niechybnie nastąpi lada chwila. Zamknąwszy powieki, spokojnie wyczekiwał nadejścia znienawidzonego dźwięku. Niedługo czekać musiał, aż rzęsisty trzepot skrzydeł obwieścił przybycie niechcianego posłańca. Mistrz rozwarł oczy i zwrócił chmurne oblicze w kierunku olbrzymiego czarnego kruka, który przysiadł na skraju okiennej ramy, nic nie robiąc sobie z tego, iż pieczołowicie domknięte drzwi i okiennice żadną miarą nie dawały ni jemu, ni żadnemu z innych jego powietrznych braci sposobności przedostania się ku wnętrzu mistrzowej pracowni.

– Skoroś już przygnał tu swoje piekielne truchło, zostaw, co masz zostawić, i oszczędź mi zbędnej fatygi – rzekł oschle gospodarz.

Niewzruszone słowami mistrza ptaszysko trwało dalej w bezruchu. Westchnąwszy, uczony podniósł się i zbliżył do zwierzęcia dzierżącego w dziobie pokaźnych rozmiarów krwistoczerwoną kopertę. Jak zawsze, tak i teraz, gdy tylko mistrz odebrał z uścisku czarciego sługusa skierowaną ku sobie wiadomość, ten znikał w okamgnieniu, pozostawiając w swym miejscu pustkę, czyniącą niewiarygodnym to, że ledwie przed sekundą miast niej znajdować mogło się tam cokolwiek zgoła innego. Mistrz nie musiał otwierać koperty, by odgadnąć treść nakreślonego ozdobnym, zamaszystym pismem, przepojonego tonem minoderii i fałszywej poufałości listu, do którego dostępu bronił woskowy lak z odbiciem fasady sygnetu. W odcisku widniał ślad litery „M”, której górne części wyginały się w sposób przywodzący na myśl rogi kozła, zaś zwieńczenie jednej z jej nóg przechodziło w oplatający cały symbol wzór kształtem podobny do zakręconego ogona.

„Drogi Przyjacielu Twardowski”, głosić będą pierwsze słowa wiadomości, w ślad za którymi pójdą wyrazy troski o dobre samopoczucie odbiorcy, narażane na szwank nękającymi go ustawicznie napadami migrenowymi, wraz z nieszczerymi życzeniami udanego zdrowia. Piszący w dalszej kolejności nie omieszka napomknąć, z jaką przykrością powitał fakt, iż kolejny wasal jego zmuszony był rozstać się z ziemskim żywotem na skutek bezwzględnego aktu powziętego z rąk odbiorcy listu. Zaraz uspokoi jednak, przekonując, że incydent ten, jakkolwiek mu niemiły, nijak nie wpłynie na trwałość serdecznej, w jego oszczerczym mniemaniu, między nimi zażyłości. Kończąc, przypomni, że jeśli tylko drogiemu jego przyjacielowi nieznośnym będzie borykać się dłużej z próżnymi trudami człowieczej doli, wiążący go pakt daje mu możliwość rychłego uwolnienia się spod jarzma tychże. Przy okazji nadmieni też, iż stolica Italii bogata jest o tej porze roku w widoki, jakich nikt nie powinien poskąpić sobie choćby to i raz w życiu.

Kiedyś mistrz usiłował palić zamknięte w pstrych kopertach listy, lecz ogień, co oczywista, ani myślał się ich imać. Jedynym środkiem ku zaradzeniu przeklętej korespondencji było pozwolić jej rozpłynąć się w nicość, co następowało jednak dopiero po uprzednim przeczytaniu drażliwej jej treści co do kropki kończącej ostatnie zapisane diablim piórem zdanie.

Gotowy dopełnić urągającego mu rytuału alchemik sięgał już po nóż do otwarcia listu, gdy od strony drzwi pracowni dobiegło go ciche pukanie.

– Wejdźcie, Macieju – rzekł mistrz.

W progu izby zjawił się, już bez zdobnej szuby, a w pospolitej roboczej koszuli, młody Maciej, wierny sługa mistrza.

– Wybaczcie, że przeszkadzam wam w pracy, mistrzu – przemówił młodzian. – Przybyłem donieść o stanie naszych jałówek.

– Czyżby w końcu zmogła je choroba?

– Co do jednej, mistrzu. Od kilku dni trzymałem je w pełnym odosobnieniu, jak nakazaliście, stąd nie miały sposobności podłapać zarazy inaczej niż przez krew, którą kupczył ów bies, po tym jak zmieszaliśmy ją z ich paszą.

– Upewniliśmy się tedy, że właśnie w niej źródło miała cała plaga. Byliście już u każdego, kogo czart zdążył obdzielić swoimi wołowymi relikwiami?

– Tak, mistrzu. Choć tłumaczyłem im, jak sprawy stoją, nie wszyscy zrazu chcieli poddać się oglądowi konsyliarza, ni też myśleli rozstawać się z posiadanymi szczątkami krowich świętych. Ten czy drugi próbował nawet wymóc na mnie odkupienie ich za nieprzyzwoicie wysoką stawkę, na całe szczęście widmo klątwy, jaką groziłem w przypadku odmowy wydania przedmiotów, zdołała przemówić im do rozumu.

– Dobrze się spisaliście. Co stało się potem z tym, coście od nich zebrali?

– Wrzuciłem wszystek do dołka wykopanego za murem miasta i potraktowałem ogniem, po czym dla pewności przysypałem jeszcze garścią wapna. Chorobą nikomu już nie zagrozi.

– Sam lepiej bym temu nie zaradził. Zdaje się, Macieju, że temat diablich suchot możemy uznać wreszcie za skończony.

Na maciejowe oblicze wstąpił cień zgryzoty, który nie uszedł wszak uwadze jego opiekuna.

– Cóż to, Macieju? Czy jest coś, o czym mi nie mówicie?

– Mistrzu… – zaczął niepewnie uczeń. – Powinniście wiedzieć, że odkąd zasiedliście tu, w pracowni, uszu mych dobiegały wieści o napływie kolejnych relikwii strzegących rzekomo przed zapadnięciem na diable suchoty, które krążyć mają już po całym Krakowie. Ktoś zdążyć musiał zająć miejsce tamtego czarta – stwierdził ponuro Maciej.

Mistrz nic nie odparł na nowinę, jaką mu przedstawiono, zwiesiwszy jedynie milczącą głowę.

– Czy mam zacząć tropić nowe ich źródło? – dopytywał Maciej.

Plecy mistrza oparły się o tył krzesła, a on sam, złożywszy trzymaną w dłoni kopertę na blacie stołu, zwrócił oczy ku oknu, w którym jeszcze przed momentem stroszyło pióra czarne kruczysko, w odpowiedzi rzekłszy nieobecnym głosem:

– Nie, Macieju. Musimy wreszcie pogodzić się, iż są w tym świecie rzeczy, nad którymi nigdy nie będzie dane nam zyskać panowania.

 

Od autora:

 

Konkursowym motywem w opowiadaniu jest oczywiście: pl.wikipedia.org/wiki/Z%C5%82udzenie_kontroli

Koniec

Komentarze

Poległem ;(

Autorze! Przymiotnik – rzecz dobra, ale co za dużo…

 

W drobnych oczkach, tonących w bezmiarze krągłości nalanej twarzy kupca, dało się zauważyć błysk nieufności.

Bezmiar krągłości nalanej twarzy? O zgrozo!

Look at every word in a sentence and decide if they are really needed. If not, kill them. Be ruthless. - Bob Cooper

odparł wreszcie, przełknąwszy łapczywe kęsy.

“Łapczywie” lepiej by pasowało.

 

Co się tyczy wykonania: konstruujesz rozbudowane zdania, czasami zbyt rozbudowane, co może przeszkadzać w lekturze. Nie poległem jednak, jak mój przedmówca. Przyznam wręcz, że mi się podobało. 

Już na wstępie zaskoczyły mnie dwie kwestie. Pierwsza: na skutek sceny, w której Maciej odwiedził na targu kupca-diabła, zrodziło się we mnie przekonanie, że to pomocnik i jego mistrz – początkowo rzekomy marszand – są przedstawicielami tej złej strony, która żywi niecne zamiary wobec biednego kupca. Jak potem okazało się, ani uczony nie był marszandem, ani – co bardziej zaskakujące – handlarz relikwiami nie był do końca tym, za kogo się podawał. Spodobało mi się to odwrócenie ról Dobrego i Złego bohatera. Druga kwestia: byłem pewien, że fałszywemu marszandowi zależy na ograbieniu kupca z będących w jego posiadaniu relikwii. Rozmowa w gospodzie nadal utwierdzała mnie w przekonaniu, że te skarby rzeczywiście są cenne i lada chwila handlarz zostanie ich pozbawiony w jakiś podstępny sposób. I jedna trafna, rzeczowa uwaga mistrza dotycząca konsystencji krwi Szymona z Lipnicy – obrót spraw o sto osiemdziesiąt stopni. Mistrz faktycznie posłużył się fortelem, ale w zupełnie innym celu, niż pierwotnie podejrzewałem. Za to – duży plus.

Udało Ci się zbudować fajny klimat – Kraków, XVI wiek, czary, alchemia etc. Lubię takie opowieści, urzekają mnie swoją tajemnicą. Myślę, że gdyby nie limit znaków, świat przedstawiony byłby jeszcze bogatszy. Wszystko zmierzało jednak ku tematowi konkursu i takie na koniec odniosłem wrażenie, że owo “złudzenie kontroli” zostało wciśnięte trochę na siłę.

Opowiadanie warte przeczytania.

 

Koncepcja bardzo ciekawa, spodobała mi się.

Obawiam się jednak, że przegiąłeś z językiem. Nie tylko w sensie długich i zawiłych zdań. Przede wszystkim z powodu słów nie pasujących do kontekstu: podwoje kramiku, tani kruszec, patron wieczerzy, lichwiarz jako synonim handlarza, liczba mnoga dziatwy… Jesteś pewien, że znasz znaczenie tych wyrazów?

 

Edit: Wydaje mi się, że handlarz nie powinien być w stanie przedostać się przez krąg w żadną stronę. Ale to chyba niesprawdzone dane. ;-)

Babska logika rządzi!

By zrozumieć, co Autor chciał powiedzieć, musiałam dwu– a nawet trzykrotnie czytać wiele zdań, a nawet całe fragmenty tekstu. Pojęcie ich sensu z marszu, jest dla mnie niemożliwe. Autor użył tylu ozdobników i dziwacznych sformułowań, że w rezultacie mamy wiele zdań wywołujących wesołość, choć piszący z pewnością nie miał zamiaru nikogo rozśmieszać. Potraktowana po macoszemu interpunkcja, także nie ułatwia sprawy.

Pewnie nieświadomie, Autor jeszcze znakomicie utrudnił lekturę, na co już zwróciła uwagę Finkla, używając słów, których właściwego znaczenia chyba nie zna.

Przeczytałam połowę opowiadania i, niestety, odpuszczam. Może jeszcze tu wrócę, ale na razie nawet zapowiedź zaskakującego zakończenia, nie jest w stanie nakłonić mnie do kontynuowania lektury. :-(

 

Kra­kow­ski rynek wy­peł­nia­ła zwy­kła jemu wrza­wa pod­no­szo­na gło­sa­mi dzie­siąt­ków kup­ców… – Wolałabym: Kra­kow­ski rynek wy­peł­nia­ła zwy­kła wrza­wa, wzmagana gło­sa­mi dzie­siąt­ków kup­ców

 

…gło­sa­mi dzie­siąt­ków kup­ców, zdzie­ra­ją­cych gar­dła sła­wiąc żar­li­wie wa­lo­ry wy­sta­wia­nych przez sie­bie to­wa­rów i w za­cię­ciu ne­go­cju­jąc ceny ze zwa­bio­ny­mi do ich sto­isk ku­pu­ją­cy­mi. – Ze zdania wynika, że kupcy jednocześnie zachwalali towary i negocjowali. ;-)

Wolałabym: …gło­sa­mi dzie­siąt­ków kup­ców. Jedni zdzie­ra­li gar­dła zachwalając to­wa­ry, inni zawzięcie targowali się z ku­pu­ją­cy­mi.

 

Rów­nież wszy­stek tego, co kryły jego skrom­ne po­dwo­je – Podwoje, z definicji, są okazałe. A to co okazałe, nie może być skromne. ;-)

 

…wy­cio­sa­ne bez kunsz­tu w drew­nie bądź też od­bi­te w tanim krusz­cu. – Kruszec, to cenny metal. Coś, co jest cenne, nie może być tanie. ;-)

 

Choć bo­wiem do­broć Stwór­cy jest nie­skoń­czo­nąChoć bo­wiem do­broć Stwór­cy jest nie­skoń­czo­na

 

Miast nich chęt­nie za­po­znał­by się za to z do­bro­dziej­stwa­mi waści re­li­kwia­rza… – Pewnie miało być: Miast nich, chęt­nie za­po­znał­by się z zawartością waści re­li­kwia­rza

 

Waż­nym, że pan mój, ja­śnie mar­szand Kra­jew­ski… – Obawiam się, że w czasach które opisuje Autor, pojęcie marszand, nie było znane.

 

…pośle po was or­szak, któ­rym do­trze­cie wprost na miej­sce spo­tka­nia i z po­wro­tem. – Przyprowadzą i odprowadzą? A wieczerza? ;-)

Orszakiem się nie podróżuje. Orszak, to grono ludzi towarzyszący ważnej osobie.

 

Na dźwięk zna­jo­mych na­zwisk z oczu ka­rzeł­ko­wa­te­go kupca znik­nę­ła czuj­ność (…) za­śle­pio­ny wła­sną pa­zer­no­ścią li­chwiarz po­łknął jego przy­nę­tę. – To mały osobnik w pątliku był kupcem, czy lichwiarzem?

 

…pod tylne wej­ście naj­zna­mie­nit­szej po­śród miej­skich au­ste­rii za­je­chał w ciszy czar­ny kształt po­wo­zu. – Skoro w ciszy zajechał tylko kształt, to ciekawi mnie, co stało się z turkoczącym powozem i ciągnącymi go, stukającymi kopytkami, konikami? ;-)

 

Z jego wnę­trza wy­ło­ni­ła się po chwi­li nie­zgrab­na, przy­sa­dzi­sta syl­wet­ka, w krót­kich swych rę­kach ści­ska­ją­ca kur­czo­wo kan­cia­sty przed­miot, szyb­kim kro­kiem wpa­da­jąc do wnę­trza go­spo­dy. – Bardzo osobliwy widok, albowiem mnóstwo dzieje się naraz – zrozumiałam, że z kształtu powozu wyłania się, jednocześnie wpadając do wnętrza gospody, przysadzista sylwetka z, co prawda krótkimi, ale własnymi rękami.. ;-)

 

…ukło­niw­szy się nie­dba­le w ge­ście po­dzię­ko­wa­nia… – Gest, to ruch ręki, towarzyszący mowie. Ukłon nie jest gestem. :-(

 

…ru­szył z werwą w kie­run­ku pu­ste­go sie­dzi­ska ulo­ko­wa­ne­go na wskroś stołu od go­spo­da­rza.W jaki sposób lokuje się siedzisko na wylot/ na przestrzał/ na oścież/ przez/ do głębi/ całkowicie stołu? ;-)

A pewnie chodziło o to, że krzesło było ustawione po przeciwnej stronie stołu.

 

Pa­tron wie­cze­rzy, spló­tł­szy ręce pod brodą… – Raczej: Fundator wie­cze­rzy, spló­tł­szy ręce pod brodą

 

…jął z miej­sca ob­gry­zać za­pal­czy­wie frag­ment so­czy­stej pie­cze­ni wo­ło­wej… – Zapalczywość, to skłonność do gniewu, wybuchu, agresji. Czy gość faktycznie jadł pieczeń gniewnie, wybuchowo i agresywnie? ;-)

Pewnie miało być: …jął z miej­sca ob­gry­zać za­chłanni kawałek so­czy­stej pie­cze­ni wo­ło­wej

 

…od­parł wresz­cie, prze­łknąw­szy łap­czy­we kęsy. – Czy łapczywe kęsy także chwytały i pochłaniały co popadło, by nasycić własną łapczywość? ;-)

Pewnie miało być: …od­parł wresz­cie, łapczywie przełknąwszy kęsy.

 

Zro­zu­miaw­szy, że dal­sze ra­cze­nie się do­bro­dziej­stwa­mi wie­cze­rzy… – Wolałabym: Zro­zu­miaw­szy, że dal­sze ra­cze­nie się smakołykami/ specjałami/ frykasami wie­cze­rzy

 

chlu­ba opie­wa­ją­ca wasze znane na cały Kra­ków na­zwi­sko… – Chluba nie zwyczaju opiewać niczego. ;-)

 

Z obawy przed cho­ro­bą su­ro­wo wzbro­ni­łem żonie i dzia­twomZ obawy przed cho­ro­bą, su­ro­wo wzbro­ni­łem żonie i dzia­twieLub: Z obawy przed cho­ro­bą su­ro­wo wzbro­ni­łem żonie i dzia­tkom

 

…a także po­sy­łać ludzi na mym eta­cie w naj­róż­niej­sze za­kąt­ki mia­sta… – Obawiam się, że w czasach które opisuje Autor, pojęcie etat, nie było znane.

 

Słu­cha­ją­cy w na­boż­nym mil­cze­niu li­chwiarz zu­ży­wał reszt­ki ogła­dy, by tylko nie wy­buch­nąć śmie­chem… – Wolałabym: Słu­cha­ją­cy w na­boż­nym mil­cze­niu, li­chwiarz powstrzymywał się/ powściągał się/ hamował się resztką ogła­dy, by nie wy­buch­nąć śmie­chem

 

Pod­szy­te lę­kiem i igno­ran­cją słowa, po­dob­ne tym, któ­rych sły­szał już na pęcz­ki – Wolałabym: Pod­szy­te lę­kiem i igno­ran­cją słowa, po­dob­ne tym, któ­re sły­szał już po wielokroć

 

Mo­że­cie być spo­koj­ny­mi, panie…Mo­że­cie być spo­koj­ni, panie

 

…co ogła­szał­by pa­miąt­ka­mi po in­nych pa­tro­nach, jacy cie­szy­li się uzna­niem… – …co ogła­szał­by pa­miąt­ka­mi po in­nych pa­tro­nach, którzy cie­szy­li się uzna­niem

 

…ani żaden inny z bło­go­sła­wio­nych mężów, ja­kich no­si­ła kra­kow­ska zie­mia… – …ani żaden inny z bło­go­sła­wio­nych mężów, których no­si­ła kra­kow­ska zie­mia

 

Bacz­cie tylko, panie, by za­bie­rać z sobą ko­smyk, gdzie­kol­wiek się nie uda­cie…Bacz­cie tylko, panie, by za­bie­rać z sobą ko­smyk, dokądkol­wiek się uda­cie

 

…han­dlarz zwró­cił pu­kiel do pu­deł­ka… – Po obfitej i łapczywie jedzonej kolacji, mógł zwrócić nawet pukiel… ;-)

Wolałabym: …han­dlarz włożył pu­kiel do pu­deł­ka

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję wszystkim, którzy porwali się na lekturę mojego opowiadania, niezależnie, do którego jego miejsca zdołali w niej wytrwać. ;) Dziękuję też za udzielone komentarze, zarówno te przychylne, jak i te znacznie mniej.

 

By odpowiedzieć na kilka uwag zawartych w tych ostatnich:

 

Określenie „lichwiarz” po raz pierwszy pada w zdaniu, którego treść ujawnia prawdziwy charakter obydwu uczestniczących w rozmowie przy straganie mężczyzn – fałszywego pośrednika oraz lichwiarza właśnie, który to dopiero od zaznaczenia tego kontekstu funkcjonować zaczyna w tekście pod tym mianem. Nie jest więc ono traktowane jako bezpośredni synonim handlarza.

 

Dziwię się, że oceniającym nie na miejscu wydaje się określenie „patron wieczerzy”, które jest przecież jak najbardziej poprawne.

 

Co do pozostałych uwag, kajam się za wytknięte w nich niedociągnięcia i z pewnością uwzględnię ich treść w ewentualnych poprawkach do tekstu. Dziękuję też za sugestie dotyczące kwestii czysto stylistycznych.

 

Miłej resztki weekendu! :)

Przykro mi, Czesterze, ale nie mogę się Tobą zgodzić.

Za SJP: patron – 1. «zasłużona i zwykle nieżyjąca już osoba, której imię nadawane jest jakiejś instytucji lub jakiemuś miejscu»  2. «osoba święta lub bóstwo opiekuńcze, któremu oddano w opiekę jakiś kraj, obiekt, osobę lub grupę» 3. «święty, którego imię nadawane jest przy chrzcie» 4. «osoba lub instytucja opiekująca się kimś lub czymś» 5. «prawnik sprawujący bezpośrednią opiekę nad pracą aplikanta» 6. «w starożytnym Rzymie: patrycjusz sprawujący opiekę nad wyzwolonymi niewolnikami lub klientami»

 

W świetle powyższego, nadal uważam, że ktoś wydający kolację i zapraszający na nią gości, nie jest patronem rzeczonego posiłku, jest jego fundatorem. Dziś powiedzielibyśmy, sponsorem.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jako[,] iż w zwyczaju

 

Lichwiarz zgrzytnął. Ogólnie jednak wariacja na temat legendy Twardowskiego bardzo mi się spodobała. Szczególnie język – barwny i budujący klimat, choć delikatnie trącący grafomanią.

Fabuła pozostawia trochę do życzenia moim zdaniem – niewiele w zasadzie się stało w całym opowiadaniu, ot diabeł znaleziony i poskromiony. Niemniej, twoje dzieło sprawiło, że jeszcze raz będę się musiał zastanowić, zanim wybiorę najlepsze konkursowe teksty.

Tak czy siak, gratuluję udanego debiutu na forum.

"Nie wierz we wszystko, co myślisz."

Nowa Fantastyka