- Opowiadanie: Krzysztof_Adamski - Ślady we krwi

Ślady we krwi

Początkowo pomysł na jedno opowiadanie, niekontrolowanie rozrósł się na dwa tomy powieści.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Biblioteka:

regulatorzy

Oceny

Ślady we krwi

– Cześć, Maz, skarbie, jest stary?

– Proszę, proszę… – Mazeara podniosła wzrok znad jakichś pochłaniających jej uwagę dokumentów i posłała gościowi swój najsłodszy uśmiech. – Jedyny w swoim rodzaju, inspektor Malakiasz, zaszczyca nas swoją osobą!

– Mówił ci już ktoś, że pięknie wyglądasz, siląc się na złośliwość? – Policjant podszedł bliżej i przysiadł na skraju biurka, przy którym urzędował sekretarka. Zdjął z głowy elegancki kapelusz i pochylił się do niej poufale.

– Tak, ty. – Mazeara roześmiała się perliście i, jak zawsze, gdy miała do czynienia z szarmanckim detektywem zalotnie odrzuciła z twarzy niesforny blond kosmyk. Inspektor był przystojny, czarujący i potrafił w kilka sekund zjednać sobie każdą przedstawicielkę płci pięknej. Wysoki, dobrze zbudowany, nienagannie ubrany. Jego oliwkowa skóra pachniała najlepszą wodą kolońską, a wypielęgnowane czarne włosy i okalająca szeroką szczękę bródka, były zawsze idealnie przycięte. Całości wizerunku dopełniały smukłe, lekko skręcone rogi, tak bardzo charakterystyczne dla demonów szóstego kręgu. Sam Malakiasz doskonale zdawał sobie sprawę ze swoich zalet i zdecydowanie zbyt często je wykorzystywał. W przypadku długonogiej, mającej do niego dużą słabość Mazeary, zadanie to było dość proste.

– Zły?

– Zły nie… Wściekły! – Osobista sekretarka nadkomisarza Hazzara doskonale znała zasady ulubionej gry swojego rozmówcy, dlatego pochyliła się jeszcze bardziej, pozwalając mu zajrzeć głębiej w swój dekolt. – Co znowu nabroiłeś?

– Eeee… Nic szczególnego… Słuchaj, kochana… Zostawmy tego starego pryka i uciekajmy stąd! Mal i Maz, to mogłoby się nam udać!

– Mal i Maz, powiadasz? – Ogień w czerwonych oczach Mazeary ostygł błyskawicznie. Sukub, gładząca figlarnie dłoń inspektora wbił nagle pazury w skórę jego przesadnie zadbanej dłoni. – A co z resztą twoich dziewczyn? Z tą tancerką z „Żaru” i bliźniaczkami od Meteorosa? One też uciekają z nami?

– Ranisz mnie, skarbie…

– To dobrze, czas najwyższy, byś poznał, jak to smakuje. Idź, stary pryk Hazzar kazał cię wezwać, jak tylko przywleczesz tu swoje niesubordynowane dupsko. – Zimny jak lód syk Mazeary nie pozostawił złudzeń, co do możliwości kontynuacji tak dobrze zapowiadającego się flirtu. Wciąż niezrażony, Malakiasz wstał i, nałożywszy na głowę kapelusz, ruszył w stronę gabinetu swojego przełożonego.

– Kolacja później…?

– Mam inne plany… Zresztą, nie umawiam się z umarlakami, a sądząc po porannych rykach Hazzara, po rozmowie z nim dużo z ciebie nie zostanie. Pospiesz się, odwlekanie nieuniknionego na wiele ci się nie zda.

Już nie tak pewien siebie, Malakiasz stanął przed drzwiami, za którymi urzędował jego pryncypał. Z pewnym wahaniem i przy akompaniamencie szyderczego chichotu odprowadzającej go wzrokiem Mazeary, nacisnął solidną, mosiężną klamkę.

Chociaż przygotowany był na najgorsze, wewnątrz przywitała go złowroga cisza. Siedzący za biurkiem z litego drewna, równie masywny jak sam mebel, nadkomisarz Hazzar spojrzał na niego znad szkieł okularów i nawet nie mruknąwszy powitania, wrócił do przeglądania jakiegoś raportu. Inspektor usiadł grzecznie naprzeciwko szefa i, biorąc za dobry znak, kłęby gryzącego dymu, bijące od dopalającego się popielniczce cygara, zapalił papierosa. To najwyraźniej wystarczyło, by zdetonować chwilowo uśpiony gniew nadinspektora.

– Ponad trzydziestu rannych?! – Wściekły demon zerwał się ze swojego miejsca i cisnął papierami w twarz Malakiasza. – W tym ośmiu ciężko?! Doszczętnie zniszczona stacja metra? Starty, lekko szacując, na półtora miliona szekli!?

– Obcy… – Słowa uwięzły w gardle inspektora, zatrzymane błyskawiczną klątwą jego rozjuszonego przełożonego.

– Nawet nie próbuj! Obcy?! Domyślam się, że to w ramach zapobiegania wywołanej ich inwazją panice, w samym centrum miasta, zaledwie dwieście metrów od ratusza pojawił się… – Hazzar przez chwilę grzebał w porozrzucanych dookoła papierach, by znalazłszy wreszcie ten właściwy, unieść go do oczu i znad okularów odczytać interesujący go fragment. – …Trzydziestometrowy, wściekły olbrzym, którego powstrzymanie przed zdemolowaniem magistratu, wymagało zaangażowania sił specjalnych i pięciu zastępów straży pożarnej? Dobrze rozumiem?

– Zaklęcie mi zrykoszetowało… – Na zniecierpliwione skinienie dłoni Hazzara, Malakiasz odzyskały zdolność artykułowania myśli. – Pech chciał, że akurat trafiło w Muzeum Historii Naturalnej…

– Ty idioto! Przerobiłbym twoje jaja na sakiewkę, gdyby tylko zmieściło się w niej więcej niż trzy marne szekle!

– Szefie… Proszę… – Takie słowa padały z ust inspektora niezwykle rzadko i to zazwyczaj w czterech ścianach tego właśnie gabinetu. Nie było w tym zresztą nic dziwnego – widok rozwścieczonego do białości nadkomisarza, sprawiał, że każdemu przechodziła ochota na jakiekolwiek próby konfrontacji z nim. Mimo wylewającego się spod przepoconej koszuli, pokaźnego brzuszyska i nałożonych na nos śmiesznie małych okularów, niemądrze byłoby go lekceważyć. Masywne baranie rogi zdobiące jego łysą czaszkę jednoznacznie świadczyły o wysokim statusie społecznym, przynależnym demonom czwartego kręgu. Oprócz drzemiącej w jego pozornie ociężałym ciele mocy, nadkomisarz miał władzę i nieraz bezlitośnie ją wykorzystywał. – Próbowaliśmy negocjować, ale on wpadł w szał… Tak zresztą jak oni wszyscy… Potem sprawy wymknęły się spod kontroli… Przepraszam, wiem, że daliśmy dupy…

– Miło widzieć, że wreszcie trochę zmiękłeś. – Chociaż jego twarz wciąż drżała od z trudem kontrolowanej wściekłości, nadkomisarz wyraźnie zaczynał się już uspokajać. Usiadł, wywołując jękliwy protest trzeszczącego pod jego ciężarem fotela i przypalił zmaterializowane w jego palcach cygaro. – Chociaż udało wam się go schwytać w dostatecznie nienaruszonym stanie?

– Nie do końca… To znaczy, nie!

– Martwy? Jakoś mnie to wcale nie dziwi. Wieczorem mam spotkanie z burmistrzem, rozumiesz, że będę musiał się sporo nagimnastykować, by to wszystko odkręcić…

– Dziękuję, szefie!

– Nie dziękuj mi! – Ponownie ryknął nadinspektor, niemal opluwając rozmówcę żarzącym się tytoniem. – Daję ci sześć godzin! Jeżeli do tego czasu nie wrócisz z odpowiedzią skąd i, co ważniejsze, dlaczego tak często ostatnio odwiedzają nas obcy, to lepiej nie wracaj wcale! Rozumiesz mnie, Malakiaszu?!

– Tak jest, szefie! Oczywiście, szefie, dziękuję, szefie!

– Won! – Gdyby Malakiasz nie dbał o to, co pomyśli niewątpliwie podsłuchująca pod drzwiami Mazeara, najchętniej wybiegłby z gabinetu. Zamiast tego pospiesznie, aczkolwiek zachowując resztki godności, wycofał się na zewnątrz. Ignorując podśmiewującego się za plecami sukuba, szybkim krokiem ruszył w stronę wyjścia z komisariatu.

 

*

 

Nawet niefortunne wydarzenia minionej nocy nie były w stanie zepsuć dobrego samopoczucia Jamaleusa. Grzejąc się w porannym słońcu, oparty o dopiero co wypolerowaną do połysku maskę samochodu, demon pełną piersią cieszył się życiem. A powodów do szczęścia starszy posterunkowy Jamaleus miał sporo. Urodzony w ubogiej rodzinie, jako jedyny z siedmiorga rodzeństwa mógł mówić, że odniósł w życiu sukces. Zamieszkujące podmiejskie getta, demony najniższych kręgów rzadko osiągały tyle co on. Mimo iż niżej niż jego rodzina stały jedynie trudniące się żebractwem gremliny, on był na tyle inteligentny i ambitny, by zrealizować swoje marzenie i dostać się do policji. Chociaż szczytem jego możliwości okazała się drogówka, dla demona ósmego kręgu był to nie lada wyczyn i awans społeczny. Po kilku latach wzorowej służby, nieprawdopodobny zbieg okoliczności dosłownie zderzył ze sobą losy jego i inspektora Malakiasza. Ten początkowo nie planował kontynuować przypadkowej znajomości, a tylko jednorazowo wykorzystać ją dla celów prowadzonego wówczas śledztwa. Stało się inaczej. Kontakty, jakie Jamaleus posiadał w nizinach społecznych, w połączeniu z zaskakującą bystrością jego umysłu, sprawiły, że Malakiasz dostrzegł w nim pewien potencjał. Tak zrodziła się ich długoletnia, niezwykle owocna współpraca. Inspektor wykorzystał swoje liczne znajomości, by załatwić nowemu znajomemu przeniesienie do dochodzeniówki, wraz ze skierowaniem do komisariatu, w którym on sam służył. Przydzielenia Jamaleusa do jego zespołu było już czystą formalnością. Głównie dlatego, że sam widok czarnej skóry, bawolej postury i takiej też fizjonomii posterunkowego, odstręczał każdego szanującego się policjanta. Detektywowi to natomiast nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie, z nowego układu czerpał pełnymi garściami. Sam Jamaleus nie miał nic przeciwko temu, nawet, jeżeli wiązało się to z pełnieniem roli szofera, tragarza i, ogólnie mówiąc, speca od najczarniejszej roboty.

Dobrze zapowiadający się dzień stał się jeszcze lepszy, gdy demon dostrzegł partnera, w pośpiechu niemal staczającego się ze schodów komisariatu. Już z daleka widać było, że na ogół zbyt pewny siebie inspektor tego ranka dostał ostro po grzbiecie. Starając się nie dać poznać po sobie dzikiej satysfakcji, ruszył się i otworzył przed towarzyszem drzwi auta.

– Jedź. – Malakiasz jak zwykle zajął miejsce pasażera i natychmiast przypalił papierosa.

– Dokąd, szefie? – Chociaż toporne rysy posterunkowego pozwalały mu idealnie maskować emocje, wolał nie drażnić partnera, nie chcąc by część wylanego na niego szamba przypadła w udziale również i jemu.

– Jedź! Zamknij się i daj mi w spokoju pomyśleć! No? Na co czekasz, cielaku jeden!?

Przyzwyczajony do humorów inspektora, Jamaleus posłusznie uruchomił samochód i włączył się do leniwego o tej porze ruchu. Przez kilka długich minut jechali w milczeniu, pozwalając drodze nieść ich w bliżej nieokreślonym kierunku.

– Cyganka! Jedziemy do Jasminy!

– Nie za wcześnie?

– Nie, jeżeli nie chcesz wrócić do wlepiania mandatów za nieprawidłowe parkowanie!

– Szefie, spokojnie, tylko pytam.

– Dobra, przepraszam… – Czwarty papieros oraz kontrolne sprawdzenie wizerunku w lusterku wyraźnie ukoiły lekko nadwyrężone nerwy inspektora. – Torba ciągle w bagażniku?

– Oczywiście.

– No to świetnie, możesz skręcić tutaj.

 

*

 

Odrapane drzwi, przed którymi policjanci stanęli pół godziny później, doskonale wpisywały się w wystrój całego budynku oraz otaczającej go dzielnicy. Podobnie jak pokryte obłażącą, brązową farbą ściany ciasnej klatki schodowej, ozdobione były nasmarowanymi sprayem napisami, z których „Precz z odmieńcami!!!” i „Zdychaj wiedźmo!” były tymi najmniej obraźliwymi.

– Tego chyba nie było tu ostatnim razem… – Malakiasz pochylił się nad jakimś bohomazem, próbując odszyfrować niechlujne pismo autora. – Co jest, kolego? Źle ci w rodzinnych stronach?

– Denerwują mnie takie teksty. – Rzeczywiście, Jamaleus wydawał się spięty duszną, przytłaczającą atmosferą getta. – Nie wiesz jak to jest tutaj się urodzić i mieszkać przez większą część życia…

– Nie martw się, załatwimy to najszybciej jak się tylko da. – Trzykrotne, donośne stuknięcie w drzwi, prawdopodobnie poderwało na nogi wszystkich mieszkańców budynku. – Policja, proszę otworzyć!

Mimo iż na dźwięk ostatnich słów inspektora z kilku sąsiednich mieszkań dały się słyszeć głośne szepty i odgłosy pośpieszne przesuwanych mebli, za drzwiami panowała absolutna cisza.

– Mówiłem, że może być za wcześnie. Jasmina pracuje na nocnej zmianie, gdzieś w centrum. Klientów przyjmuje dopiero po południu. Albo jeszcze nie wróciła, albo wciąż odsypia.

– Nie wydaje mi się… – Malakiasz uważnie przyjrzał się framudze i zardzewiałej klamce. – Zawsze tak się zabezpiecza?

– Niby jak, tym złomem? – Pozbawiony daru drugiego wzroku i praktycznie nieposiadający jakichkolwiek zdolności magicznych, Jamaleus w drzwiach widział jedynie kolonię korników. Dlatego też stanął z boku i, zrzuciwszy z pleców ciężką torbę, z zaciekawieniem przyglądał się pracy partnera.

– Kilka klątw, nic imponującego… Mogłyby powstrzymać co najwyżej miejscowych rabusiów. – Pod dotykiem dłoni inspektora, drzwi rozjarzyły się świetlistą pajęczyną wtopionych w nie zaklęć. – Były jeszcze dwie na schodach, ale myślałem, że to przypadek… Dobra, szkoda czasu, otwieraj.

– Policja! Otwieramy drzwi! – Kiedy sprawne dłonie Malakiasza zerwały ostatnią z magicznych nici, Jamaleus zawołał już tylko dla formalności. Jeszcze zanim dokończył wykrzykiwać ostrzeżenie, uderzone jego potężnym barkiem, drzwi wpadły do środka mieszkania. Demon z bronią w ręku zwinnie podążył ich śladem, w ciągu kilkunastu sekund przeszukując zagracone, dwupokojowe mieszkanko.

– Pusto… – Upewniwszy się, że jest bezpiecznie, schował swój pokaźny rewolwer do przypiętej pod pachą kabury.

– Tak myślisz? – W takich chwilach, Jamaleus zaczynał naprawdę podziwiać swojego partnera. Malakiasz zapodział gdzieś swoją arogancję i cwaniacką pozę, momentalnie zmieniając się w rasowego śledczego. Magicznie wzmocnione zmysły inspektora bez problemu odnajdywały niedostrzegalne dla Jamaleusa szczegóły. Inne, zdecydowanie bardziej oczywiste wskazówki łączył ze sobą jego pracujący na najwyższych obrotach umysł. – Herbata jeszcze ciepła… A tutaj… – Chociaż widać było, że nie sprawia mu to specjalnej przyjemności, detektyw zajrzał do stojącej w kącie kuwety. – Czyściutko… O jest i nasz kolega… – Najwyraźniej chcąc przekonać się, co tak ciekawego można znaleźć w jego toalecie, duży, trójkolorowy kocur zajrzał pod ramieniem grzebiącego w niej demona. – Coś nam powiesz?

Kot nie zaprotestował, gdy inspektor wziął go na ręce. Spokojnie umościł się w zgięciu jego ramienia i mrucząc z lubością, pozwolił delikatnie podrapać się za uchem. Kiedy stopień rozmarzenia zwierzęcia osiągnął już odpowiedni poziom, lewa dłoń Malakiasza sięgnęła do kieszeni płaszcza. Srebrny łańcuszek, na którym przywieszono czaszkę niewielkiego nietoperza, rozwinął się i niemal natychmiast naprężył. Zsynchronizowany z myślami kota, artefakt jednoznacznie wskazał w stronę tapczanu, stojącego na samym środku pokoju. Trzymający się nieco z tyłu, Jamaleus bez zbędnych słów zachęty po cichu podszedł do mebla i jednym szarpnięciem otworzył jego pudło. Chwilę później, potężne łapy wygrzebały spomiędzy pościeli wierzgającą i wściekle syczącą staruszkę, przy okazji podrywając do lotu pokaźną chmarę oburzonych napaścią moli.

– Dzień dobry, Jasmino! – Nie zważając na wirujące dookoła klątwy, inspektor usiadł na chyboczącym się krześle i zapalił papierosa. – Postaraj się, proszę, oszczędzić naszego dobrego Jamaleusa, on wykonuje tylko moje rozkazy…

– Wynoś się stąd, Malakiaszu, dobrze ci radzę!!! – Mimo iż chrapliwy szept cyganki aż kipiał wściekłością, w jej czarnych oczach detektyw dostrzegł coś jeszcze. Paniczny, zwierzęcy strach.

– Po co ta wrogość? Zresztą, jaką krzywdę mogą zrobić mi twoje śmieszne zaklęcia? – Na potwierdzenie swoich słów, inspektor znudzonym ruchem dłoni rozproszył wszystkie klątwy, nim zdążyły całkowicie oblepić ściskającego kobietę posterunkowego. – Przyszliśmy do ciebie w gości, a ty tak nas witasz?

– Przyjdźcie w przyszłym tygodniu, albo nawet jutro! Dzisiaj nie mam dla ciebie czasu!

– Niestety, nas on też pogania, dlatego pozwól, że chwilę jednak porozmawiamy. Dzisiaj. Teraz. – Malakiasz rzeczywiście wolałby porozmawiać po dobroci, ale niesłabnący opór cyganki nie pozostawił mu specjalnego wyboru. Tuż przed twarzą wciąż wierzgającej cyganki, pazurem nakreślił w powietrzu magiczny pentagram. Gdy figura została domknięta, jej kontury rozbłysły czerwonym światłem i równie szybko rozpłynęły się w powietrzu.

Jasmina momentalnie zwiotczała. Jamaleus ostrożnie ułożył ją na tapczanie, pod głowę podkładając jakąś koszmarnie brudną poduszkę.

– Pytanie pierwsze. Te klątwy na schodach i drzwiach przygotowane były dla nas?

– Tak. – Usta pogrążonej w letargu Jasminy poruszyły się sztywno.

– Dlaczego nie chciałaś z nami rozmawiać?

– Bałam się.

– Czego?

– Śmierci. – Zniecierpliwiony Inspektor przewrócił oczyma. Niestety, zaklęcie, którym spętał cygankę, chociaż gwarantowało lakoniczną prawdomówność ofiary, wymagało dokładnego precyzowania pytań.

– Z naszych rąk…? Moich?

– Tak.

– Dlaczego… – Widząc, że rozmowa może tak trwać bez końca, detektyw dobrze zastanowił się nad następnym pytaniem. – Miałaś wizję?

– Tak.

– W której ja ciebie dzisiaj zabijam?

– Tak.

– Tym sposobem daleko nie zajdziemy… – Pstryknięciem palców zerwał zaklęcie, przywracając Jasminie jej dawny bojowy nastrój. Gdyby ponownie nie przytrzymał jej Jamaleus, prawdopodobnie rzuciłaby się na Malakiasza z pazurami. – Posłuchaj. Posłuchaj! Nie planowaliśmy wyrządzić ci żadnej krzywdy! Naprawdę, do teraz nawet nie przyszłoby mi to do głowy! Proszę, porozmawiajmy…

Spokojny, niemal hipnotyzujący głos inspektora był kolejnym, niezwykle przydatnym orężem w jego detektywistycznym arsenale. Również teraz, delikatne, celnie wypowiedziane słowa wydawały się wreszcie dotrzeć do skulonego ze strachu umysłu starej cyganki.

– Obiecujesz?

– Zapewniam cię, że nie po to tu przyszliśmy. Potrzebujemy twojej pomocy.

– Do… Dobrze, mów, czego chcesz? Zrób nam świeżej herbaty, Jamaleusie, wiesz gdzie jest.

– Ja dziękuję. – Malakiasz nie zamierzał ryzykować spożywania czegokolwiek przygotowanego w tym mieszkaniu. – Ale ty oczywiście się napij.

Podczas gdy Jamaleus zniknął w miniaturowej kuchni, inspektor spokojnie pozwolił cygance poprawić wymięte ubranie i potargane, całkowicie siwe włosy. Z pewnym, dobrze skrywanym rozbawieniem, obserwował, jak stara kobieta bezskutecznie próbuje doprowadzić się do ładu. Poczynił przy tym kilka ciekawych spostrzeżeń. Mimo podeszłego wieku, widać było, że Jasmina za młodu musiał być dość ładna. Jej ciało, mimo wyraźnie odciśniętego na nim piętna czasu, zachowało smukłą sylwetkę i prawidłowe proporcje. Pozbawione wampiego seksapilu, charakterystycznego dla sukubów, rysy cyganki były łagodne i intrygujące. Wrażenie to nieco słabło, na widok jej ostrych zębów, pionowych źrenic oraz lekko szpiczastych uszu. Kto wie, gdyby to spotkanie miało miejsce kilkadziesiąt lat wcześniej, być może inspektor zdobyłby potrzebne mu informacje w zgoła inny, jakże przyjemniejszy sposób.

Wraz z pojawieniem się na stole szklanki z parującą, niepokojąco żółtawą cieczą, Malakiasz wrócił do przerwanej rozmowy.

– Widzisz… Chcielibyśmy, żebyś powiedziała nam coś na ten temat. – Zachęcony skinieniem głowy, Jamaleus cofnął się na klatkę schodową, z widocznym wstydem mijając zniszczoną framugę i wyważone skrzydło drzwi. Chwilę później, wrócił dźwigając dużą, czarną torbę. Upuszczony pakunek stuknął głucho o podłogę, tuż obok stóp wyraźnie zaintrygowanej nim cyganki. Ciekawość przeszła w mieszaninę strachu i obrzydzenia na widok tego, co ukazało się oczom zebranych po rozsunięciu zamka torby przez Malakiasza.

Na tym etapie trudno było ocenić, czy ziemista, lekko już napuchnięta twarz obcego zastygła w wyrazie wściekłości czy też może przerażenia. Nienaturalnie wybałuszone oczy oraz podbarwiona krwią piana zastygła na jego nabrzmiałych ustach, mogły świadczyć równie dobrze o jednym jak i o drugim.

– Obcy?! – Staruszka wzdrygnęła się i odruchowo wtuliła w przeciwną część tapczanu. – Zabiliście go? Jamaleusie, jak możesz brać w tym udział? Gdyby twoja matka…

– Jasmino, to był wypadek. Pojawił się ni stąd ni zowąd w samym centrum miasta. Chcieliśmy go powstrzymać, zanim wywołał ogólną panikę. – Tym razem odpowiedział Jamaleus, pozwalając swojemu partnerowi niepostrzeżenie rzucić kilka niezwykle pomocnych w przesłuchaniu uroków. – On nie chciał współpracować, wpadł w szał… Kiedy go wreszcie obezwładniliśmy, po prostu sam wyzionął ducha.

– Możesz nam coś o nich powiedzieć? O obcych?

– Znam tylko kilka starych legend, niemal bajki dla dzieci.

– Opowiedz nam, mamy trochę czasu. – Malakiasz powoli naginał wolę cyganki, już niemal całkowicie oplątanej jego subtelnymi zaklęciami.

– Przybyli z innego wymiaru, gdzieś poza wiecznym mrokiem. Podobno, tak mówiła mi moja prababka, kiedyś nasze światy były o wiele bliższe, niemal połączone. Dzieląca je bariera była tak cienka, że zarówno im, jak i nam zdarzało się przenikać na drugą stronę. Czasem takie odwiedziny miały bardzo dramatyczny przebieg, innymi razy wręcz przeciwnie. Z takich… mezaliansów miała właśnie zrodzić się moja rasa.

– Twoja prababka, czy mówiła ci coś jeszcze? – Wirujące w pobliżu zaklęcie przypomnienia bezszelestnie wpełzło do lewego ucha Jasminy. Ta, niczego nieświadoma, zamyśliła się głęboko, z wyraźnym trudem odnajdując dawno zatarte wspomnienia.

– Potem, niespodziewanie nasze światy się od siebie oddaliły, łącząca je więź została bezpowrotnie zerwana.

– Widzisz, moja droga, wbrew temu co mówisz, oni nadal jakimś cudem się tutaj pojawiają. Kiedyś zdarzało się to raz na kilkaset lat, ostatnio o wiele częściej. – Malakiasz, lśniącym czubkiem buta ostrożnie trącił spoczywające w torbie zwłoki. – Ten tutaj jest ósmym w przeciągu pół roku. Mój szef obawia się, że szykuje się nam inwazja. Podobno najwięksi magowie magistratu ryją po księgach w poszukiwaniu odpowiedzi.

– Niech sobie szukają! Nie znajdą! Oni są z innego świata, tutaj nasza magia się ich nie trzyma, tak jak atrament nie trzyma się papieru. Jedyne ślady po nich są we krwi, naszej krwi… – Głos nagle wzbił się na wyższy, zdecydowanie obcy ton. Rozumiejąc, że przywołał ducha wspomnianej prababki, Malakiasz uśmiechnął się porozumiewawczo do swojego półdrzemiącego partnera.

– A czy nasza magia działała w ich świecie? – Rzucone mimochodem pytanie nie uszło uwagi rozbudzonego nagle Jamaleusa. Starszy posterunkowy spojrzał z uwagą na inspektora, po czym utkwił badawcze spojrzenie w napiętej twarzy cyganki.

– To zależy…

– Od czego?

– Nie… Nie wiem… – Wyraźnie rozluźniające się rysy Jasminy obwieściły przedwczesny koniec działania zaklęcia. Malakiasz zganił się w duchu za zbytni pośpiech, zwłaszcza, że ofiara rozproszonego czaru stała się na niego chwilowo niewrażliwa.

– Dziękuję, to dużo nam wyjaśniło. Pozostała jeszcze jedna sprawa… Czy mogłabyś z nim porozmawiać?

– Co!? Oszalałeś! – Kobieta zerwała się na nogi, płosząc przysłuchującego się rozmowie, zwiniętego obok w kłębek kota. – Wiedziałam, że chcesz mnie zabić! Ręce z daleka, Jamaleusie, bo matka już nigdy nie rozpozna twojej poharatanej gęby!

– Przesadzasz Jasmino, nekromancja nie jest przecież aż tak niebezpieczna, jak się to powszechnie uważa… – Ponownie, posterunkowy przejął pałeczkę, kątem oka widząc, jak jego partner desperacko próbuje ocalić ostatnie z zaklęć, niezerwanych jeszcze przez ciskającą się cygankę.

– Tak? To może sam jej spróbuj, krowia mordo?

– To było niepotrzebne i niespecjalnie miłe, Jasmino. Poza tym, przecież sama przed chwilą mówiłaś, że nasze zaklęcia nie mają na nich żadnego wpływu. O czym sami mogliśmy się wczoraj naocznie przekonać…

– Ale może ty, skoro w twoich żyłach płynie jakaś część ich krwi, zdołałabyś? – Porzuciwszy próby ocalenia prującej się sieci zaklęć, wtrącił Malakiasz.

– Ryzyko jest zbyt duże! Zginę, widziałam to!

– Moja droga, chyba się nie zrozumieliśmy… – W słodkim dotąd głosie inspektora zgrzytnął błękitny lód.

– Każdy kiedyś umrze. Możesz nam pomóc i zaryzykować, albo zwyczajnie odmówić. Pierwsza możliwość nie oznacza pewnej śmierci, druga, cóż… – Powolnym ruchem położył na stole swój dwulufowy rewolwer. – Wręcz przeciwnie…

– Blefujesz! Wynocha mi stąd! – Wbrew jej hardym słowom, w oczach cyganki ponownie błysnął strach.

– Wiesz, że nie. Widziałaś to przecież!

– Szefie, nie możemy jej… – Jamaleus zamilkł, uciszony władczym uniesieniem dłoni partnera.

– Możemy, sprawa jest tego warta! Twoja odpowiedź?

– Masz złoto? – Po chwili namysłu, Jasmina z rezygnacją spuściła wzrok i czule pogłaskała natrętnie dopominającego się pieszczot kota.

W odpowiedzi, Malakiasz uśmiechnął się szeroko i z wewnętrznej kieszeni płaszcza wyciągnął błyszczącą kusząco monetę.

 

*

 

– Ciało tutaj. Tutaj, mówię! Ręce wzdłuż tych dwóch linii. – Jamaleus cierpliwie, po raz kolejny zmienił ułożenie ciała obcego względem wyrysowanego na podłodze pentagramu. – Dobrze, weź młotek i wybij mu przednie zęby, to chyba potrafisz?

Malakiasz przyglądał się temu z boku, z braku papierosów, dłubiąc wykałaczką w ustach. Nieprzyjemny dźwięk miażdżonych zębów sprawił jednak, że zrezygnował nawet z tego. Kręcąc z dezaprobatą głową, Jasmina wsunęła w powstały otwór długą czarną świecę. Dwie nieco mniejsze wcisnęła w dłonie nieboszczyka, którą następnie pieczołowicie obwiązała szarym ze starości bandażem.

– Daj monetę. Dobrze… W celu zmniejszenia ryzyka, ograniczę się tylko do przekazu werbalnego. Na początku pozwólcie mu się wygadać i nie mówcie jeden przez drugiego, zrozumiano? – Równoczesne skinienie dwóch rogatych głów wystarczyło za odpowiedź. Cyganka przymknęła powieki i mrucząc coś pod nosem, cisnęła monetę na ziemię. Wirujący złoty krążek przez chwilę kręcił się bezładnie, by w końcu, natrafiwszy na linię opisanego na pentagramie okręgu, już stabilnie ruszyć jej śladem.

Przez kilka długich minut nic się nie wydarzyło. Zarówno Jasmina, jak i obaj towarzyszący jej policjanci w milczeniu śledzili tor krążącej dookoła ciała monety. Kiedy po raz trzeci minęła świeczkę trzymaną w lewej dłoni obcego, ta nagle rozjarzyła się zielonkawym blaskiem. Chwilę później to samo stało się ze świeczką wciśniętą w jego prawicę, a na końcu w usta. Wciąż wirując, moneta zatrzymała się na wysokości głowy obcego, i jeszcze bardziej przyspieszyła obroty wokół własnej osi.

– Przygotujcie się… – Jasmina mówiła z wyraźnym trudem. Pot, obficie spływający po jej pooranej zmarszczkami twarzy, świadczył o kolosalnym wysiłku, jakim przypłacała utrzymanie zaklęcia. – Nie mamy dużo czasu…

W tej chwili, od błyszczącej sfery, w którą zmieniła się wirująca szaleńczo moneta dał się słyszeć wyraźny głos.

– Jest tu kto? Hej! Słyszy mnie ktoś?

– Tak, już do ciebie idę… Jego dusza utknęła w mroku i nie może odnaleźć drogi do ich zaświatów… – Malakiasz przyjął wytłumaczenie skinieniem głowy, pozwalając kobiecie skupić się na jej zadaniu.

– Chryste panie! Nareszcie! – odpowiedział głos z drugiej strony. 

– Zostań tam, gdzie jesteś.

– Dobrze, ale proszę cię, pospiesz się! Tu jest tak pusto…

– Trochę mi to zajmie, może opowiesz mi, jak się tutaj dostałeś? – Cyganka wskazała palcem na inspektora, dając mu do zrozumienia, że reszta należy już do niego.

– Nie wiem… Boże, wyszedłem tylko na chwilę po chleb! Było już dość późno, więc poszedłem na skróty… Zwykle omijam tę uliczkę, bo zawsze roi się tam od jakichś podejrzanych typów, ale naprawdę mi się spieszyło. – Zagubiona dusza paplała bez wytchnienia, ewidentnie uradowana jakimkolwiek towarzystwem. – …Nikogo jednak tam nie było, więc pomyślałem, że mam szczęście… Potem był ten dziwny błysk i chyba umarłem, bo nagle znalazłem się w piekle! Za wszystkich stron otoczyły mnie straszliwe, rogate bestie! Te okropne, wyszczerzone wściekle pyski, te przekrwione, gorejące nienawiścią oczy! Próbowałem uciec, ale one były wszędzie! Ścigali mnie i pobili! Potem chyba straciłem przytomność…

– Nie próbowałeś walczyć? – Inspektor złowił porozumiewawcze spojrzenie Jamaleusa i pokręcił tylko głową.

– Z tymi bestiami?! Człowieku, nie widziałeś ich! Poza tym, jestem zwykłym księgowym, a nie jakimś Johnem Rambo! Chciałem się gdzieś schować, przeczekać…

– Czy pamiętasz gdzie się zmater… Gdzie się pojawiłeś?

– Co to ma do rzeczy? Wiem! To był chyba parking podziemny. Wjechałem ruchomymi schodami do czegoś, co wyglądało jak zwyrodniała parodia centrum handlowego. Tam otoczyły mnie te okropności!

– Spróbuj przypomnieć sobie jakieś szczegóły…

– Później, najpierw mnie stąd wyciągnij!

– Pospiesz się! Tracimy go… – Ciałem Jasminy szarpnęła nagła fala spazmów. Wirująca na podłodze moneta zaczęła wyraźnie gubić rytm i szybko czernieć na krawędziach.

– Pomyśl! Bez tego ciebie stąd nie wyciągniemy!

– Cholera! Pamiętam jakiś napis… Zaha…Raha coś tam…? Nie mam pojęcia! – W tej samej chwili, zupełnie już czarna moneta, z fałszywym brzękiem wytoczyła się poza pentagram i ostatecznie znieruchomiała. Rytuał dobiegł końca, pozostawiając obu policjantów z zaledwie kilkoma mglistymi poszlakami, a cygankę na skraju wytrzymałości fizycznej i mentalnej.

– Możemy go jeszcze raz przywołać? Złoto to nie problem! – Malakiasz dopadł do drżącej na całym ciele kobiety i energicznie potrząsnął jej barkami. Ta początkowo obrzuciła go jedynie ciężkim, pełnym wyrzutu spojrzeniem, by, gdy wreszcie zdołała wyrównać oddech, kościstym palcem wskazać leżący na zakurzonej podłodze, sczerniały kawałek metalu.

– Głupcze, jego dusza spopieliła się jak ten kruszec! Teraz leży tam już tylko pusta, wypalona skorupa. Jakby nie wystarczyło, że go zabiłeś…

– Mówiliśmy ci, że było inaczej.

– Nie obchodzi mnie to. Idźcie już sobie, chyba starczy mi wrażeń jak na jeden dzień. Traficie do drzwi, prawda?

– Tak, oczywiście. – Inspektor posłał Jasminie jeden ze swoich najlepszych uśmiechów, na widok którego ta skrzywiła się boleśnie. – Dziękujemy ci bardzo, niezwykle nam pomogłaś. Jamaleusie, spakuj ciało i poczekaj na mnie w samochodzie. Pozostała nam jeszcze do uregulowania kwestia twojej zapłaty, Jasmino…

Staruszka nic nie odpowiedziała, tylko usiadła na tapczanie i, gładząc grzbiet kota, smutnym wzrokiem odprowadziła wychodzącego z torbą Jamaleusa.

– Wiesz… Naprawdę tego nie planowałem. – Podjął Malakiasz, gdy ucichły już kroki schodzącego po schodach demona. Następnie spokojnie podszedł do stołu i podniósł leżący obok rewolweru kapelusz.

– Wiem. Ale to już się stało, prawda?

– Niestety tak, przepraszam i jeszcze raz bardzo ci dziękuję. – Jasmina nie zdążyła nawet drgnąć, gdy szybkim niczym myśl ruchem, inspektor poderwał broń i wypalił w sam środek jej chudej piersi. Obie lufy plunęły ogniem niemal równocześnie. Niemal, gdyż nabój wystrzelony z dolnej, krótszej, opuścił ją z minimalnym opóźnieniem względem górnej. Pierwszy, widmowy pocisk, nasączywszy się mocą runów wygrawerowanych wewnątrz lufy, uderzył w wątłe ciało, zrywając z niego wszelkie ochronne zaklęcia i chwilowo dezaktywując działanie ewentualnych talizmanów ochronnych. Ułamek sekundy później, drugi, wykonany z dobrego, staromodnego ołowiu, już bez jakichkolwiek przeszkód ostatecznie zerwał nić życia Jasminy.

Z autentycznym żalem wypisanym na twarzy, detektyw przez moment w milczeniu obserwował znieruchomiałe ciało cyganki. Nagle, jakby niespodziewanie sobie o czymś przypomniał, wyciągnął przed siebie dłoń i wymruczał wiązankę kipiących mocą słów. Wsiąkająca w narzutę tapczanu, smolista posoka Jasminy zawrzała momentalnie. W ciągu kolejnych paru uderzeń serca, z ciemnej cieczy oddzieliło się kilka wyraźnie jaśniejszy, jaskrawo czerwonych pasm, które leniwie uniosły się w stronę zawisłej na ciałem dłoni. Zaledwie cal od niej, czerwień zbiła się w jednolitą masę, by po chwili uformować niewielki rubin.

– Śladem jest krew… Zobaczymy. – Klejnot powędrował do jednej z kieszeni eleganckiego płaszcza.

Najwyraźniej lokatorzy sąsiednich mieszkań zbyt dobrze znali smutną rzeczywistość życia w getcie, by wykazać choćby cień niezdrowego zainteresowania hałasami zza ściany. Przez nikogo nie niepokojony, Malakiasz spokojnie zszedł po schodach i wsiadł do czekającego pod budynkiem samochodu.

 

*

 

– Powiesz coś?

– Nie. – Ostrożnie przebijając się przez stopniowo gęstniejący ruch miasta, Jamaleus udawał całkowicie pochłoniętego swoim zadaniem.

– Przestań, przecież cię znam. Wyrzuć to z siebie!

– Nie musiałeś!

– Musiałem i nawet ty dobrze o tym wiesz!

– Mogłeś to załatwić inaczej!

– Bzdura, nie można igrać z przeznaczeniem! – Awaryjna paczka papierosów, ukryta w schowku na rękawiczki, czekała na takie właśnie okazje.

– Jasmina mogła się przecież pomylić! Kilka kieliszków absyntu za dużo i wszystko jest możliwe.

– Oczywiście… – Malakiasz wreszcie pokonał opór zamkniętej paczki i łapczywie zaciągnął się tytoniowym dymem. – Przypadkiem trafnie przewidziała, że akurat tego dnia ją odwiedzimy, ale już w sprawie własnej śmierci coś jej się pomieszało? Według ciebie to brzmi przekonująco?

– Nie… – Jamaleus wymruczał niechętnie, dając upust emocjom poprzez bezlitosne wytrąbienie jakiegoś wlekącego się lewym pasem zawalidrogi.

– Mamy zresztą poważniejszy problem…

– Hazzar. Co zamierzasz mu powiedzieć?

– Jakoś nie jestem gotów przyznać się, że zdemolowaliśmy pół miasta w pogoni nie za najeźdźcą, ale za zbłąkanym, przerażonym i całkowicie niegroźnym turystą… Mogę sobie wyobrazić, co by z nami zrobił…

– To co? Czas ucieka…

– Pozwól, że to ja ciebie o coś zapytam… Czy to – Inspektor zatoczył palcem ponad głową, nieokreślonym gestem wskazując wnętrze samochodu. – …Jest szczyt twoich ambicji? Czy rola lokalnego bohatera klasy robotniczej zupełnie ci wystarcza, czy też chciałbyś w życiu czegoś więcej?

– Widziałeś jak tam jest. Byłbym głupcem, gdybym nie potrafił docenić szczęścia, które mnie spotkało.

– Nie odpowiedziałeś na moje pytanie. – Malakiasz przypalił kolejnego papierosa i, po chwili namysłu, podsunął paczkę pod nos kierującego pojazdem demona. – Wiesz, że ani ty, ani ja, wyżej rogów nie podskoczymy. Zawsze będziemy popychadłami takich gnid jak Hazzar, burmistrz, czy te lenie z magistratu. Zwłaszcza ty, szansę na awans masz znikome. Przynajmniej tutaj…

– Co sugerujesz? – Z pewnym wahaniem, Jamaleus sięgnął po papierosa i wetknął go w kącik swoich wielkich ust.

– Słyszałeś co ona powiedziała. Nasze światy były kiedyś połączone, wygląda na to, że jakimś cudem znowu się do siebie zbliżyły. Gdzieś otworzył się portal, do którego przypadkiem wpadają ci z tamtej strony. Założę się, że te cwaniaki w magistracie wcale nie szukają sposobu na powstrzymanie inwazji obcych. Oni sami ją planują! Prawdopodobnie tylko przez swoją arogancję oraz przekonanie o własnej wyższości i nieomylności, nie skorzystali jeszcze z pomocy jakiegoś cygana. – Wymawiając słowo pomoc, Malakiasz palcami wykonał w powietrzu ruch oznaczający cudzysłów. – To, że Hazzar tak nas ciśnie, oznacza jedynie, że wciąż tego nie zrobili.

– Powiesz mi w końcu, co planujesz, szefie?

– Znaleźć portal przed nimi! Przejść na drugą stronę i spróbować tam się urządzić! Sam widziałeś i słyszałeś, jacy oni są żałośni i słabi! Tu jesteśmy nikim, tam moglibyśmy być naprawdę kimś! – Słysząc te słowa, Jamaleus zahamował ostro, w ostatniej chwili unikając zderzenia z jadącym przed nim pojazdem. – Uważaj co robisz!

– Oszalałeś? Oni nam na to nie pozwolą! W końcu sami odnajdą portal – wtedy nie będziemy mieli żadnych szans!

– Dlatego właśnie czas jest na wagę złota! Musimy dostać się tam pierwsi i albo znaleźć sposób na zamknięcie portalu, albo wykorzystać tę przewagę, by jak najlepiej przygotować się na przybycie naszych rodaków. Pytanie tylko, czy chcesz zostać tutaj i czyścić buty lepszym od ciebie, czy tam być kimś więcej? Przemyśl to, masz jeszcze… – Malakiasz ostentacyjnie spojrzał na platynowy zegarek, zdobiący jego lewy przegub. – …Niecałe dwie godziny.

– Nie poganiaj mnie!

– Oczywiście, zastanów się dobrze… Niech to mrok pochłonie, zapomniałem o czymś! Zawracaj! – Inspektor wystawił na dach leżącego przy fotelu koguta i uruchomił wyjącą potępieńczo syrenę. – Jedź do getta, szybko!

 

*

 

Ryk syreny zajeżdżającego pod budynek samochodu, był wystarczającym sygnałem dla jego mieszkańców, by ponownie zajęli się oni swoimi sprawami. Wchodząc po skrzypiących schodach, inspektor ponownie nie napotkał nikogo na tyle niefrasobliwego, by wejść w drogę stróżowi prawa. Tak jak je zostawili, drzwi mieszkania Jasminy leżały na podłodze wśród odłamków wyłamanej framugi. Wnętrze jednak wyglądało już nieco inaczej, niż gdy opuszczali je kilkadziesiąt minut wcześniej. Ktoś, prawdopodobnie któryś z usłużnych sąsiadów, zadał sobie trud doszczętnego splądrowania mieszkania, jeszcze zanim ciało jego lokatorki zdążyło dobrze ostygnąć. Połamane meble, rozpruta pościel i wyrzucona na podłogę zawartość szafek, świadczyły dobitnie, że odbyło się to w dużym pośpiechu i prawdopodobnie zostało przerwane przez pojawienie się policyjnego samochodu. Ciało Jasminy leżało obok zdemolowanego tapczanu, a dwa oberżnięte palce jej prawej dłoni, sugerowały, że nawet jej tandetna, sztuczna biżuteria znalazła swojego amatora. Obok twarzy martwej cyganki przycupnął kot, najwyraźniej zastanawiający się, od którego z jej oczu powinien zacząć nieuchronnie zbliżający się posiłek. Na widok detektywa, zwierzę miauknęło przyjaźnie i, przeciągnąwszy się leniwie, podeszło do drzwi. Malakiasz uśmiechnął się pod nosem i delikatnie podniósł kocura z podłogi. Umoszczone wygodnie na rękawie jego jasnego płaszcza, zwierzę usnęło niemal natychmiast. Kot z pełną obojętnością przespał marsz w dół schodów oraz całą drogę samochodem do mieszkania inspektora. Tam, z typową kocią nonszalancją, kontynuował drzemkę na ulubionym fotelu inspektora, budząc pytające spojrzenie Mazeary, która wpadła z niezapowiedzianą wizytą kilka godzin później.

Koniec

Komentarze

Dobrze się czyta, ciekawy tekst. Tylko historia wydaje mi się niedokończona. Co było dalej? Dlaczego wrócił do mieszkania?

Językowo nieźle, ale masz trochę literówek. Niekiedy źle zapisujesz dialogi. Tutaj jest wątek między innymi o tym. Przykłady innych rzeczy do poprawki:

Mazeara podniosła wzrok znad jakiś pochłaniających jej uwagę dokumentów i posłała gościowi swój najsłodszy uśmiech.

Jakichś.

pięknie wyglądasz siląc się na złośliwość

Przecinek po ‘wyglądasz’. Jak zawsze w zdaniach z imiesłowem.

jedynie jednorazowo wykorzystać ją dla celów prowadzonego wówczas śledztwa. Stało się jednak inaczej.

Za dużo podobnych wyrazów tu się zebrało.

Wynoś się stąd Malakiaszu, dobrze ci radzę!!!

Wołacze, Krzysztofie, oddzielamy od reszty zdania przecinkami. Obustronnie.

– Chryste panie! Nareszcie!

W całym tym dialogu nie jest jasne, kto którą kwestię wypowiada. Ale w ustach każdego z uczestników “Chryste” chyba brzmiałoby dziwnie.

Babska logika rządzi!

Dzięki za wnikliwą analizę i kilka dobrych sugestii. Po co wrócił do mieszkania? Po kota, oczywiście :) A co do Chrystusa, cóż dość wyraźnie wskazuje on, kim tak naprawdę są owi “Obcy” :)

Historia niewątpliwie doczeka się dalszego ciągu, wyszedł z tego całkiem zgrabny pierwszy rozdział. 

Jeszcze raz dziękuję i pozdrawiam!

Krzysztof

– Ciało tutaj. Tutaj, mówię! Ręce wzdłuż tych dwóch linii [+.] – Jamaleus cierpliwie, po raz kolejny zmienił ułożenie ciała obcego względem wyrysowanego na podłodze pentagramu.

 

Znakomicie napisana, wciągająca historia, szczegółowo przemyślany świat (czego najlepszym przykładem jest rewolwer inspektora), szkoda tylko, że zakończenia jakby brak…

Dziękuję i pozdrawiam.

Look at every word in a sentence and decide if they are really needed. If not, kill them. Be ruthless. - Bob Cooper

Tylko trzy komentarze pod takim tekstem? 

Bardzo ciekawa historia i cieszę się, że ją dalej rozwinąłeś. Powiedz mi, wysłałeś gdzieś chociaż pierwszy tom tej swojej powieści? Ktoś się tym zainteresował?

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

@ bemik –  Powyższy tekst napisałem z myślą o “zaistnieniu” tutaj ponad dwa lata temu. Chciałem (dla odmiany, bo miałem już wtedy na koncie jedną czterotomową powieść) spróbować się z krótszymi formami. Niestety, z miejsca zaprzyjaźniłem się z inspektorem Malakiaszem i zacząłem zadawać sobie pytanie, co było dalej… Zamiast pisać opowiadania, wsiąkłem na półtora roku w kolejną powieść… Dlatego też, nie mogąc pochwalić się niczym więcej, szybko wycofałem tekst, który nie zdążył doczekać się większej ilości komentarzy.

A co do zainteresowania wydawców, to wysłałem moje “dzieła” do chyba wszystkich krajowych wydawnictw i jedynym, co udało mi się osiągnąć, było kilka niespełnionych dotąd obietnic :-)

Spróbowałem selfpublishingu, ale też bez spektakularnych sukcesów.

Nie chciałem zbyt nachalnie promować tutaj mojej twórczości, a szczególnie teraz, widząc jaką ilość błędów wychwytujecie w tekstach mojego autorstwa (a które umknęły mi podczas kilkukrotnych rereadingów), zacząłem wątpić w jej jakość  ;-)

Z drugiej strony, jeżeli przygody inspektora Malakiasza przypadną czytelnikom NF do gustu, bardzo chętnie opublikuję tutaj kolejne rozdziały.

Krzysztof

Myślę, że warto coś z tym zrobić. Może spróbuj wykreować jakieś opowiadanie z tego uniwersum, z tymi bohaterami i podeślij do Nowej Fantastyki albo do Smokopolitan (tylko tu chyba musi być nieco krótsze). Może gdyby Cię tam wydrukowali, byłby początek jak u Sapka. 

A z wydawnictwami może spróbuj (tam, gdzie złożyli jakieś obietnice) podpytać ponownie.

Poza tym co roku jest konkurs na powieść, zdaje się, że nazywa się to Debiut roku – chyba też warto próbować.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Hej, cieszę się, że tak uważasz :-) Opowiadanie z uniwersum nawet mam, ale jest ono prequelem całej historii, dopisanym już po jej zakończeniu – nie wiem, czy będzie ono strawne dla czytelnika, który nie przełknął wcześniej reszty :/

Do owych wydawców pukałem już tyle razy, że nie zdziwiłbym się, gdyby zdążyli mnie otagować jako spamera – milczą zawzięcie ;-)

A o Literackim Debiucie Roku rzeczywiście zapomniałem. Z tego co pamiętam, zgłoszenia ruszają zwykle na początku roku, pewnie spróbuję (chociaż mam wrażenie, że organizatorzy nie celują w fantastykę).

Pozdrawiam!

Krzysztof

Jak na pierwsze rozdziały powieści – może być, chociaż trochę to rozwlekłe.  Ale jak na skończone opowiadanie – zdecydowanie przegadane. Za dużo słownej waty i zbędnego opisywactwa szczegółów, mało albo nic nie wnoszących do fabuły.

.Tak mi się coś wydaje, że przydałaby się lektura opowiadań Chandlera.

Pozdrowka.

.

Pomysł się rozrósł i istnieje pewnie w innym świecie, nic więc dziwnego, że Ślady we krwi zdają się być urwane, a kończąc się, pozostawiają czytelnika z przykrą niewiedzą i niezaspokojoną ciekawością, co dalej. Mimo wszystko przeczytałam z dużą przyjemnością. ;-)

 

– Ko­la­cja póź­niej..?– Ko­la­cja póź­niej?

Wielokropek ma zawsze trzy kropki.

 

i nawet nie mruk­nąw­szy po­wi­ta­nie… – Literówka.

 

że to w ra­mach za­po­bie­ga­nia wy­wo­ła­nej ich in­wa­zją się pa­ni­ce… – Co tu robi zaimek?

 

do jego ko­mi­sa­ria­tu. Przy­dzie­le­nia Ja­ma­leu­sa do jego ze­spo­łu było już czy­stą for­mal­no­ścią. Głów­nie dla­te­go, że sam widok jego czar­nej skóry… – Czy wszystkie zaimki są niezbędne?

 

Naj­wy­raź­niej chcąc prze­ko­nać się, co tak cie­ka­we­go można zna­leźć w jego to­a­le­cie, duży, trój­ko­lo­ro­wy kocur zaj­rzał pod ra­mie­niem grze­bią­ce­go w niej de­mo­na. – Nie wiem, jak to jest w świecie, w którym żyje ten kot, ale w naszym nie występują trójkolorowe kocury, trójkolorowa może być tylko kotka.

 

Ja­ma­leus ostroż­nie uło­żył na tap­cza­nie, pod głowę pod­kła­da­jąc jej jakąś kosz­mar­nie brud­ną po­dusz­kę. – Drugi zaimek zbędny.

 

– Z na­szych rąk..? Moich?– Z na­szych rąk? Moich?

 

Cza­sem takie od­wie­dzi­ny miał bar­dzo dra­ma­tycz­ny prze­bieg… – Literówka.

 

wci­snę­ła w dło­nie nie­bosz­czy­ka, która na­stęp­nie pie­czo­ło­wi­cie ob­wią­za­ła… – Literówka.

 

to samo stało się ze świecz­ką wci­śnię­tą w jego pra­wi­ce… – Literówka.

 

Chcia­łem się gdzieś scho­wać, prze­cze­kać … – Zbędna spacja przed wielokropkiem.

 

Zaha…Raha coś tam..?Zaha… Raha coś tam?

 

dając upust emo­cją po­przez bez­li­to­sne wy­trą­bie­nie… – …dając upust emo­cjom, po­przez bezlitosne wytrąbienie

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy – Ponownie dziękuję! Zaimkoza jest ostatnio moim wrogiem nr 1, obiecuję się z nią rozprawić jak najszybciej.

Zastrzeliłaś mnie z tym trójkolorowym kotem – już myślałem, że cała koncepcja opowieści runęła w gruzach (przyznam, że trochę mi zajęło zrozumienie, gdzie właściwie wskazałaś błąd :-D). Potem zacząłem ryć w źródłach… Rzeczywiście,  tricolor występuje przeważnie u kotek, a u kocurów niezwykle rzadko. Bardzo, baaaaaaardzo rzadko – idealnie dla moich celów ;-) (uff…)

Jeszcze raz dzięki! 

Krzysztof

Cieszę się Krzysztofie, że uznałeś uwagi za przydatne. ;-)

Ogromnym zadowoleniem napawa mnie także to, że informacja o kociej trójkolorowości przyda się w Twojej opowieści. ;-D

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dobrze się czyta, choć muszę przyznać trochę racji Rogerowi, że trochę za dużo “zapisywactwa szczegółów” – pewne rzeczy można było opisać zwięźlej. Ale i tak jest fajnie – bardzo obrazowo. Z tym portalem i obcymi to ciekawy pomysł, zachęcający do przeczytania dalszego ciągu.

Zakończenie tej części mogło być lepsze – powrót po kota (jakakolwiek pisana mu jeszcze rola w tej powieści) jest słabym finałem – czy to opowiadania, czy to rozdziału. Już miałem nadzieję, że jak Malakiasz wróci na miejsce zbrodni, to zobaczy cygankę leżącą w pentagramie, co świadczyłoby o tym, że właśnie ktoś na niej dokonał rytuału nekromancji, chcąc się czegoś dowiedzieć… to by było nie tylko finałem mocniejszym, ale też dość ciekawym ponownym wykorzystaniem wcześniejszego motywu – takie nawroty dobrze utrwalają w czytelniku pewne kwestie. 

No, ale skończyło się na kocie…

Ogólnie: bardzo pozytywnie, choć z pewnymi mankamentami.

– Cześć[+,] Maz, skarbie, jest stary?

– To dobrze, czas najwyższy, byś poznał[+,] jak to smakuje.

Rozumiesz mnie[+,] Malakiaszu?!

– Tak jest[+,] szefie! Oczywiście[+,] szefie, dziękuję[+,] szefie!

Wołacz nigdy nie bywa sam, zawsze występuje w towarzystwie jakiegoś znaku interpunkcyjnego ;)

Gdyby Malakiasz nie dbał o to, co pomyśli, niewątpliwie podsłuchująca pod drzwiami Mazeara, najchętniej wybiegłby z gabinetu.

Ten drugi przecinek jest potrzebny? Jeśli to ma być wtrącenie, to powinno się skończyć przed Mazearą, ale ja bym go wyrzuciła i potraktowała podsłuchującą Mazearę jako dookreślenie (mam nadzieję, że to słowo znaczy to, co mi się wydaje). Gdyby nie dbał, co pomyśli podsłuchująca, wybiegłby.

Ten[-,] początkowo nie planował kontynuować przypadkowej znajomości, a tylko jednorazowo wykorzystać ją dla celów prowadzonego wówczas śledztwa.

Inspektor wykorzystał swoje liczne znajomości, by załatwić nowemu znajomemu przeniesienie do dochodzeniówki, wraz ze skierowaniem [do] komisariatu[+,] w którym on sam służył.

Już z daleka widać było, że na ogół zbyt pewny siebie inspektor[-,] tego ranka dostał ostro po grzbiecie.

Czwarty papieros oraz kontrolne sprawdzenie wizerunku w lusterku[-,] wyraźnie ukoiły lekko nadwyrężone nerwy inspektora.

Niepotrzebnie oddzielasz przecinkiem podmiot od orzeczenia, one się lubią ;)

Mimo, iż na dźwięk ostatnich słów inspektora, z kilku sąsiednich mieszkań dały się słyszeć głośne szepty i odgłosy pośpieszne przesuwanie mebli, za drzwiami panowała absolutna cisza.

Po co te dwa pierwsze przecinki? Nawet jeśli to miałoby być wtrącenie, to zaczynałoby się po iż.

I coś się posypało.

– Postaraj się[+,] proszę[+,] oszczędzić naszego dobrego Jamaleusa, on wykonuje tylko moje rozkazy…

Z pewnym, dobrze skrywanym rozbawieniem obserwował, jak stara kobieta bezskutecznie próbuje doprowadzić się do ładu.

Tak jakbyś chciał zrobić z dobrze skrywanym wtrącenie, a potem się rozmyślił.

Na tym etapie[-,] trudno było ocenić, czy ziemista, lekko już napuchnięta twarz obcego zastygła w wyrazie wściekłości czy też może przerażenia.

Kiedy go wreszcie obezwładniliśmy[+,] po prostu sam wyzionął ducha.

– Zostań tam[+,] gdzie jesteś.

– Trochę mi to zajmie, może opowiesz mi[+,] jak się tutaj dostałeś?

Ogólnie podobało mi się :)

 

Znam tylko pięć liter ;)

Anet, czytając ten tekst po takim czasie, sam nie wiem, czym kierowałem się przy wstawianiu tych przecinków… Niemniej bardzo cieszę się, że dranie nie popsuły Ci lektury :D

Krzysztof

Nowa Fantastyka