- Opowiadanie: Dzikowy - Nojmanki

Nojmanki

Klasyczne sf, klasyczny motyw ucznia czarnoksiężnika.  Opko powstało przypadkiem, gdy szukałem informacji dotyczących projektu Orion i zakopałem się w życiorysach mózgowców zaangażowanych w projekt Manhattan.

GOREktyw wypuścił audio, zatem można również skosztować interpretacji Błarza. Smacznego.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Nojmanki

„Większość naszych wielkich wynalazków i genialnych osiągnięć zawdzięczamy lenistwu, czy to narzuconemu, czy dobrowolnemu. Umysł nasz lubi być karmiony, jak łyżeczką, pomysłami innych ludzi, jeśli się go jednak pozbawi tej pożywki zaczyna, zrazu niechętnie, myśleć samodzielnie, a tego rodzaju myślenie, proszę pamiętać, jest myśleniem oryginalnym i może przynieść bardzo cenne rezultaty”.

A. Christie

 

Świt i poranek minęły nawet nie zauważyłem kiedy, i teraz słońce jasną smugą oświetlało stół, sprawiając, że jaskrawe jeszcze kilka godzin temu światło warsztatowej lampki było zupełnie niewidoczne. Przetarłem piekące oczy i przeciągnąłem się, czując, jak protestują mięśnie i stawy, zastygłe po wielu godzinach siedzenia w jednej pozycji. Najbardziej dokuczał kark. Już niedługo, pomyślałem, oceniając postępy. Na szalce Petriego powoli powstawała nadal niewidoczna gołym okiem konstrukcja. Gotowe już mikroskopijne sześcioboczne cegiełki dokładałem ostrożnie do pozostałych. Przez chwilę zafascynowany obserwowałem przez okulary mikroskopu, jak łączą się ze sobą, poruszają, zmieniają układy, ucząc się i szukając optymalnego kształtu. Doświetlałem je, żeby nie zabrakło im energii, ale najwyraźniej wolały światło słońca od mojej starej lampy z energooszczędną żarówką spełniającą jakieś tam kolejne normy. Teraz powoli wędrowały w stronę światła, połączone w nieforemne bryły z jednym odnóżem. Przypominały koślawe plemniki.

Nazwałem je „nojmanki” od nazwiska pomysłodawcy. Pierwotny projekt zakładał, że do osiągnięcia sumarycznej odpowiedniej mocy obliczeniowej wystarczą siedemdziesiąt dwa elementy. Potem stanęło na 144, bo złożone z segmentów roboty za wolno się uczyły korzystania ze swoich połączeń magnetycznych i atomowych mikrosilniczków. Te najsprytniejsze już drugiego dnia zbierały pozostałe do kupy, ale często były odpychane. Śmieszne to było polowanie. Po tygodniu wszystkie już połączyły się ze sobą, ale w tym miejscu jakby utknęły. Zmieniały układy, kształty, konstelacje, ale robiły to zupełnie bezmyślnie i bez celu. Zniecierpliwienie zwyciężyło lenistwo i ponownie zasiadłem na kilka dni do manipulatorów i do mikroskopu.

Ostatnią, dwieście osiemdziesiątą ósmą nojmankę ukończyłem przed świtem. Chyba w czwartek, bo straciłem rachubę. Całe nowe stadko położyłem obok cegiełek z pierwszej serii i z napięciem obserwowałem, jak łączą się w jeden organizm. Chyba przysnąłem, bo po chwili nieświadomości poczułem uderzenie okularu mikroskopu w czoło. Zostawiłem moje pieszczochy i położyłem się w fotelu. Łóżko na piętrze było stanowczo zbyt daleko od mojego eksperymentu, a nie chciałem nosić ze sobą szkiełka – mógłbym zdmuchnąć małe jak drobina kurzu stworzonko.

Znów świt? Znaczy, że spałem kilkanaście godzin. Natychmiast po przebudzeniu podbiegłem do mikroskopu. Na szkiełku leżał całkiem zgrabny żuczek. Albo jakiś inny robaczek, z kilkoma odnóżami, a może kołami? Nie widziałem, tak szybko nimi przebierał. Pincetą dołożyłem kilka przygotowanych wcześniej opiłków metali. Wasz pierwszy posiłek. Smacznego, kochane nojmanki.

Natrętnie wracałem do mikroskopu. Próbowałem czytać, ale nie mogłem się skupić. Zastanawiałem się, czy papier też mogą zjeść? A może farbę drukarską? Trzeba będzie kiedyś spróbować, gdy już będzie ich więcej. Po kilku godzinach żuczek wyraźnie urósł. Wokół niego walały się mikroskopijne strzępki metali, a sam robot siedział teraz na opiłku miedzi, jak biedronka na źdźble trawy, i odnóżami odcinał z niego drobne kawałki. Każdy z nich obrabiał tak długo, aż powstawał kolejny sześciobok, identyczny z tymi, z których był zbudowany. Doczepiał go do swojego korpusu i wracał do odcinania. Rósł w oczach. A jaki był mądry!

Jest ich już osiem. Teraz ich liczba rośnie wykładniczo. Regularnie łączą się ze sobą i wymieniają informacje. Potem rozdzielają się, szybko ujednolicają kształty lub wyjmują z siebie pojedyncze cegiełki, z których lepią kolejne nojmanki. Zaczęły też emitować sygnały radiowe, czyli mogę wgrać im program. Gdy transmitowałem, wszystkie stały jak zasłuchane. Czułki ani drgnęły, kroku nie zrobiły, tylko zapamiętywały polecenia od stwórcy: „Nie chcę nic robić. Macie mnie wyręczać we wszystkim”.

Są już dostrzegalne gołym okiem. Biegają po całym mieszkaniu i wybierają sobie co bardziej smakowite kąski. Zjadły mi komputer i czajnik. Teraz same grzeją mi wodę na herbatę, ale komputera jeszcze nie potrafią zastąpić. Wciąż jest ich za mało, chociaż pewnie liczba poszła w miliony. Wczoraj nie mogłem włączyć światła. Prawdopodobnie zjadły instalację, ale za to, gdy szedłem do sypialni, usunęły mi z drogi krzesło, o które najpewniej bym rozbił sobie goleń.

Przestałem schodzić na parter. Nie muszę, bo wszystko, czego potrzebuję, nojmanki dostarczają mi do łóżka. Wychodzę jeszcze do toalety, ale nie muszę spłukiwać wody. Ba, nawet z mycia zrezygnowałem, bo gdy tylko chcę się opłukać, oblega mnie mrowie robotów i z chirurgiczną dokładnością usuwa wszystkie wydzieliny, brud i roztocza. Jeszcze nigdy nie czułem się tak świeżo. Wczoraj pomyślałem, że dobrze byłoby się ostrzyc. Hm, może następnym razem wyjdzie im lepiej.

Wyszło lepiej. Chyba zauważyły, że czyszczenie łaskocze, dlatego któregoś ranka obudziłem się zupełnie wydepilowany. Teraz czuję się bardziej komfortowo.

Bolało jak sto skurwysynów! Gdy spałem, nojmanki wlazły mi do głowy i przypięły się do mózgu. Teraz jeszcze skuteczniej mogą spełniać moje zachcianki, ale ten ból! Dopiero po podłączeniu mogłem im uzmysłowić, że przekładanie moich własnych cegiełek w ciele jest bardzo, ale to bardzo nieprzyjemne. Chyba zrobiło im się przykro, bo przez cały dzień schodziły mi z drogi.

Problem chodzenia do kibla rozwiązany. I dobrze, bo z całej toalety zostało tylko kilka płytek na ścianach i pokrywka od kosza na pranie. Łóżko oraz pozostałe meble zbudowane są teraz z nojmanek. Mogę robić pod siebie – od razu to wchłaniają i przetwarzają. Mam też wiszący z sufitu monitor, a wszystkimi aplikacjami mogę sterować przez to ustrojstwo, które mi wsadziły do głowy. Nie przełykam, ale wynegocjowałem, żeby pokarmy przynajmniej na chwilę przykładały mi do języka, szczególnie że gotują wyśmienicie. Od tygodnia nie odczuwam też pragnienia. Ciekawe, którędy dostarczają wodę?

Okazało się, że nie mam nóg. Nie zauważyłbym tego w ogóle, gdyby nie nowy rodzaj nojmanek w kolorze blizny na moim prawym kolanie. Mięsne i inne organiczne widziałem już wcześniej. Pewnie wyczyściły mi lodówkę, bo niektóre pachniały czosnkiem, inne parmezanem. Kiedy próbowałem je namówić, żeby przynajmniej gównianych nie robiły, bo smród, to straciłem powonienie. I tak go nie potrzebowałem.

Moje nowe nogi sprawdzają się fenomenalnie. Dostałem je, gdy zamierzałem wyjść na zebranie wspólnoty. Podobno na osiedlu zaczęła się fala kradzieży i dewastacji. Udawałem, że nic o tym nie wiem. Muszę jeszcze wymyślić jakieś uzasadnienie dla drugiego piętra w moim segmencie szeregowca. Tylko raz o tym pomyślałem i po chwili stało. W stanie surowym, co prawda, ale zawsze. Dobrze, że nie zapragnąłem reaktora atomowego w piwnicy.

Domyślałem się, że coś jest nie w porządku, ale nie zdążyłem zareagować. A powinienem był, gdy zauważyłem, że zniknęły paznokcie. Choć ostatnio prawie nie korzystałem z rąk, to byłem do nich emocjonalnie przywiązany. Nojmankowe ramiona są we wszystkich aspektach lepsze, to prawda, ale zaczynam się obawiać, że to nie koniec i muszę na przyszłość być bardziej czujny.

Teraz to już przegięły! Kutasa mi ucięły, zabrały układ pokarmowy, a skórę zastąpiły fotoogniwami. Oczywiście nadal gotują, na naprawdę światowym poziomie, ale nawet nie widzę tego jedzenia. Wyniosły mój język do kuchni i tam przykładają do tych wszystkich befsztyków, deserów i innych specjałów. Chyba spodziewały się lania, bo za nic nie mogłem ich zmusić, żeby mi uformowały kończyny. Wieczorem miałem nowego kutasa. Przesadziły. Gdy stanął, mało sobie zębów nim nie wybiłem. A raczej wybiłbym, gdybym je miał.

Reaktor zauważyłem gdy nagle zacząłem widzieć całe spektrum promieniowania elektromagnetycznego, nie tylko światło. Nojmanki już dawno zdemontowały oświetlenie w domu, więc gdy w przypływie nieuzasadnionej złośliwości chciałem zejść do salonu, żeby włączyć lampę, na gwałt próbowały uformować świetlówkę w ikeopodobnej oprawie. Wyszło pięknie, ale i tak kpiłem, że marna ta żarówka, prąd żre, a światła nie daje. I że abażur koślawy, niesymetryczny, toporny. Dostałem za swoje – wzrok zastąpiły mi sztucznym, poza tym mogłem formować sobie oczy z nojmanek w dowolnym miejscu domu. Takim właśnie okiem zajrzałem do piwnicy i dostrzegłem promieniowanie jądrowe. Kazałem im tę bombę rozebrać.

W słoneczne dni wynoszą mnie na dach i rozpościerają, żebym szybciej się naładował. Dopiero wtedy widzę, że została mi tylko głowa i to mocno już zdekompletowana: bez języka przechowywanego w kuchni i bez oczu zastąpionych nojmankowymi implantami. Ale już się do tych niespodziewanych amputacji przyzwyczaiłem.

Ostatnio próbowałem wprowadzić trochę zmian do programu, ale nagle interfejs zaczął szwankować i nie mogłem nawet pasjansa ułożyć, a co dopiero grzebać w kodzie. A ten jest teraz ogromny! Po kilku próbach zaprzestałem wysiłków. No cóż, każdy ma taki dzień, że się z komputerem nie dogada. Potem o tym zapomniałem. Zresztą ostatnio zapominam o wielu rzeczach.

Jestem wirtualnym mistrzem świata! Nojmanki wygrywają za mnie wszystkie konkursy i turnieje, o jakich pomyślę. Jakie są zdolne! Taką piękną symfonię napisały, a jakie wiersze! Trochę zbyt matematyczne, wszystkie akcentowane na trzy i na sześć, ale mimo to jestem z nich dumny. Czasami wydaje mi się, że nie muszę już nawet myśleć…

Sonda von Neumanna – hipotetyczne urządzenie zdolne do powielania się przy wykorzystaniu otaczających je surowców.

Warszawa, czerwiec 2013.

Koniec

Komentarze

Przetarłem piekące oczy i przeciągnąłem się, czując, jak protestują mięśnie i stawy, zastygłe po wielu godzinach siedzenia w jednej pozycji. – to zdanie mi jakoś tak nie pasuje. 

 

Ogólnie nie moje klimaty, więc tekst średnio do mnie przemawia. Złym go nazwać nie można, ładnie to napisane w sumie jest. 

Przyjemny szorcik, muszę przyznać, taki odprężający przerywnik. To również nie moja tematyka, przez co początek mnie nieco odstraszył (takie takie fizyczno-chemiczne opisy), ale technikaliów jest mało i szybko przechodzimy do konkretów ; )

 

Napisane sprawnie, a tekścik ma wydźwięk ironiczno-rozrywkowy, w sam raz do kolacji.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Podobało mi się, nie oczekiwałam takiego zakończenia. Czytało się bardzo przyjemnie.

Zasadniczo. ;-)

Zniecierpliwienie zwyciężyło lenistwo

Czyli kto wygrał?

Babska logika rządzi!

Świetny pomysł! Im dalej w tekst tym ciekawiej.

Z błędów:

– Raz piszesz, że segmenty to sześcioboki, a potem stają się sześcianami.

– "[…] usunęły mi  z drogi krzesło, o które najpewniej bym rozbił sobie goleń." – Fatalnie to brzmi pod względem stylistycznym.

Przerażająco zabawne.

 

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Tekst dobry, bardziej przypominający powiastkę filozoficzną niż twarde SF – ale to nie wada w tym konkretnym przypadku, a zaleta. Jedyne, co może trochę zirytować uważniejszego czytelnika to naiwność protagonisty, który (pomimo swojego wykształcenia i doświadczenia) nie wie, nie przeczuwa nawet, jaki będzie finał całej tej historii. Ale – jeśli się będziemy trzymać konwencji powiastki filozoficznej – jakoś to się wszystko będzie kupy trzymać.

...always look on the bright side of life ; )

Dzięki za uwagi.

“Sześcian” poprawiłem, ale w słuchowisku niestety zostanie.

@jacek001: starałem się podkraść nieco z głupawych przygód Ijona Tichego, więc Twoje wnioski są właściwe.

"Białka były czerwone, a źrenice większe niż całe oczodoły"

Mniam:-) Nie ma to jak usluzne nano w twoim domu:-) Naiwność protagonisty rzeczywiście kluje. Tłumacze to sobie jednak dość wczesną inwazją na mózg. Dzięki za mile spędzony czas.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dobre, dobre. Czuję posmak absurdu jak Lema, aż chyba coś sobie odświeżę, bo dawno nie czytałam. Natchnąłeś mnie :)

Wstęp mi się dłużył. Nudnawy wydał. Ale potem bardzo mi się. Wizja na swój sposób napawająca nieco lękiem, ale na ten motyw z kutasem roześmiałam się szczerze xD

Tylko nie "Tęcza"!

Bardzo przyjemny szort. Naiwność bohatera trochę zgrzyta, ale znani mi geniusze też byli życiowo nie ogarnięci. Fragment reprezentacyjny na miejscu?

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Dzięki za dodanie. Jeszcze 142 cegiełki. :)

"Białka były czerwone, a źrenice większe niż całe oczodoły"

Gratulacje. Tak trzymać.

...always look on the bright side of life ; )

Wielkie dzięki za kawałek porządnego SF. To, że przypomina powiastkę filozoficzną? Bardzo słusznie. SF od zawsze stanowiło znakomity grunt pod tego rodzaju rozważania, chętnie uprawiany przez wielu. Plus dla Ciebie, Dzikowy, za wykorzystanie tego potencjału. A naiwność wynalazcy nie razi. Co było pierwszą komendą wydaną Nojmankom? “Nie chcę nic robić. Macie mnie we wszystkim wyręczać.” Nasz bohater miał wyraźnie określony cel swojej pracy, choć zapewne nie był świadomy wszystkich szczegółów efektu końcowego. I myślę, że nie chciał być. Tak czy owak, kuku na muniu miał od początku. Tworzyć rewolucyjną technologię, owoc nieprzeciętnego talentu i tytanicznego wysiłku, mając na uwadze jedynie wygodę leżenia i robienia pod siebie, kompletnie olewając niewyobrażalne możliwości, jakie technologia owa daje? To trochę jak termojądrowy toster. Albo wormhole zamiast spłuczki.

Opowiadanko broni się więc nie tylko na poziomie metaforycznym, ale też jako twarda, solidna SF. Gratulacje.

Lubie jednak, gdy krótka historia kończy się jakimś tłistem, scenariuszowym fajerwerkiem, a tu niemal od początku wiedziałem jak cała heca się skończy. Ale nic to. Nie zepsuło to wcale przyjemności obcowania z tym sympatycznym tekstem.

No proszę. miało być zgryźliwie, a tu całuski, cukiereczki, ciasteczka. Eh, za dobrze ludzie piszecie…

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

To jest jakaś epidemia świetnych opowiadań – kolejne, do którego nie mogę się przyczepić. Zaczynam czuć frustrację … ;) A przed wakacjami było zupełnie na odwrót.

Czytało się lekko, przyjemnie i z zaciekawieniem.

 

Świetny pomysł, niezłe wykonanie. Zakończenie łatwe to przewidzenia, ale w przypadku tego tekstu nie jest to bynajmniej wada, bo chociaż domyśliłem się jak bohater – mniej więcej – skończy, śledzenie opisanego procesu dostarczyło mi wyłącznie przyjemność :)

Pozdrawiam.

Look at every word in a sentence and decide if they are really needed. If not, kill them. Be ruthless. - Bob Cooper

Żałuję, że znalazłam Nojmanki dopiero teraz, ale cieszę się, że w końcu tu dotarłam.  Chyba nie muszę dodawać, że przeczytałam z przyjemnością. ;-)

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cieszę się z Twojej oceny w imieniu nojmanek. ;)

"Białka były czerwone, a źrenice większe niż całe oczodoły"

;-D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka