- Opowiadanie: Michal Krupa - Bajka o smoku

Bajka o smoku

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Bajka o smoku

Dawno, dawno temu w pew­nej górze za­miesz­kał smok. Nie była to zwy­czaj­na góra a i też smok nie na­le­żał do prze­cięt­nia­ków. Góra pier­wot­nie zo­sta­ła wy­bra­na przez Kra­sno­lu­dy jako przy­szłe ich kró­le­stwo. Małe, brzyd­kie gru­ba­sy pra­co­wa­ły wy­trwa­le i już po za­le­d­wie dwu­stu la­tach mogli wpro­wa­dzać się do niej pierw­si miesz­kań­cy. Na ich czele stał oczy­wi­ście król. Drą­że­nie tu­ne­li trwa­ło jed­nak dalej. Po­wo­dów tego stanu było kilka. Przede wszyst­kim nowe miej­sce stwa­rza­ło zna­ko­mi­te wa­run­ki do roz­mna­ża­nia się kra­sno­lu­dów. Dzie­ci przy­by­wa­ło w za­stra­sza­ją­cym tem­pie no i gdzieś trze­ba było to to­wa­rzy­stwo upchnąć. Po dru­gie góra ta skry­wa­ła ogrom­ne bo­gac­twa. Złoto, sre­bro, dro­go­cen­ne ka­mie­nie… Po trze­cie i może naj­waż­niej­sze, Kra­sno­lu­dy po pro­stu lubią kopać. Taka już jest ich na­tu­ra. Z cza­sem wiele in­nych ras zwie­trzy­ło dobry in­te­res. Lu­dzie, Elfy, Cza­ro­dzie­je przy­by­wa­li w na­dziei za­ro­bie­nia tro­chę kasy na urob­ku kra­sno­lu­dów. Po­wsta­wa­ły mia­sta za­rów­no ludz­kie jak i el­fic­kie. Ci ostat­ni w ogóle jakoś tak trzy­ma­li się z boku. Z po­wo­du ich dziw­nych wdzia­nek po­dej­rze­wa­no, że jest to jakaś szem­ra­na sekta. Nikt jed­nak spe­cjal­nie w to nie wni­kał, bo wy­twa­rza­li naj­przed­niej­szej ja­ko­ści wino a dobry tru­nek ła­go­dzi ludz­kie oby­cza­je. Cza­sa­mi dzie­je się od­wrot­nie, ale jest to temat na inną opo­wieść. Dodam, rów­nie in­te­re­su­ją­cą.

Każdy z każ­dym han­dlo­wał i bo­ga­cił się. Cała oko­li­ca stała się miej­scem mi­ło­ści i so­li­dar­nej współ­pra­cy, lecz na to wszyst­ko, pew­ne­go dnia wle­ciał smok. Był duży, nawet bar­dzo, jak to można wy­czy­tać w sta­rych księ­gach. Smok nie miał za­mia­ru z nikim współ­pra­co­wać ani pytać się o zgodę. Naj­pierw prze­le­ciał nad ludz­kim mia­stem, tak nisko by po­stra­szyć swoim roz­mia­rem, potem za­wró­cił i zio­nął ogniem. Nie chciał palić wszyst­kie­go. W końcu lo­dó­wek jesz­cze wtedy nie znano. Ot taki mały pokaz sił. Lu­dzie bie­ga­li i krzy­cze­li. Ko­bie­ty la­men­to­wa­ły a dzie­ci nie zda­jąc sobie spra­wy z za­gro­że­nia dłu­ba­ły pal­ca­mi w no­sach. Potem nad­szedł czas na mia­stecz­ko po­ło­żo­ne w gó­rach. Ci jed­nak po­sta­wi­li się be­stii, pró­bu­jąc ze­strze­lić ją ze swo­ich pe­dal­skich łuków. Znu­dzo­ny smok, po prze­pro­wa­dze­niu roz­po­zna­nia, skie­ro­wał się już pro­ściut­ko do góry za­sie­dlo­nej przez Kra­sno­lu­dy. To ona go przy­cią­gnę­ła za­pa­chem złota i bo­gac­twa. Naj­pierw smok za­par­ko­wał przed głów­nym wej­ściem do pa­ła­cu wy­ku­te­go w środ­ku góry. Wrota pre­zen­to­wa­ły się bar­dzo oka­za­le i od razu przy­pa­dły smo­ko­wi do gustu. Nie chciał ich roz­wa­lać. Im mniej znisz­czy, tym mniej bę­dzie miał pracy póź­niej. Smok roz­wi­nął skrzy­dła, kilka razy nimi mach­nął i za­pu­kał pa­zu­rem pra­wej łapy w ka­mien­ne drzwi. W środ­ku roz­brzmiał hałas jakby spadł dzwon Zyg­mun­ta. W górze za­pa­no­wa­ła pa­ni­ka. De­li­kat­nie mó­wiąc. Kra­sno­lu­dy zła­pa­ły broń, taką praw­dzi­wą, groź­ną. Ręce Kra­sno­lu­dów, w bo­jo­wym szale, krę­ci­ły młyn­ki cięż­ki­mi mło­ta­mi, to­po­ra­mi oraz ki­lo­fa­mi. Nagle po­sy­pał się na smoka grad ka­mie­ni wy­rzu­ca­nych z otwo­rów przez ko­bie­ce wer­sje kra­sno­lu­dów. Potem wiel­kie, ka­mien­ne wrota otwo­rzy­ły się z hu­kiem i szum drzew oraz śpiew pta­ków zo­stał stłu­mio­ny przez prze­raź­li­wy ryk wo­jow­ni­ków. Byli go­to­wi po­świę­cić życie w obro­nie swo­jej wy­ku­tej oj­czy­zny. Smok spoj­rzał na pę­dzą­cych ku niemu roz­wście­czo­nych obroń­ców. Spa­da­ją­ce ka­mie­nie nie­spe­cjal­nie go ob­cho­dzi­ły, ale zde­cy­do­wa­nie iry­to­wa­ły, dla­te­go od nie­chce­nia, tak by ni­ko­mu nie stała się krzyw­da, pu­ścił ob­ło­czek ognia w kie­run­ku źró­dła. Po czym po­wie­dział:

– Pa­no­wie, co tak ner­wo­wo? Po­roz­ma­wiać przy­by­łem a nie na­pa­rzać się jak zwy­kli lu­dzie.

Na te słowa zgra­ja Kra­sno­lu­dów za­trzy­ma­ła się. Ubić gada? Czy po­słu­chać w spo­ko­ju i może na tym za­ro­bić? Od­wiecz­ne py­ta­nie za­go­ści­ło w gło­wach za­bra­nych.

 Wresz­cie jeden z nich nie wy­trzy­mał:

– Trze­ba było naj­pierw za­dzwo­nić i umó­wić się! Na niego Kra­sno­lu­dy!

Smok po­ki­wał głową i wzbił się w po­wie­trze. Zro­bił małą pętlę nad ze­bra­ny­mi. Po­trze­bo­wał chwi­li tylko dla sie­bie. ”O co im cho­dzi? Chcia­łem ich tylko pa­cy­ficz­nie roz­bro­ić i po­pro­sić by trzy­ma­li sie­bie i swo­ich bli­skich w lo­dzie. Co w tym złego?! Teraz będę mu­siał ich zabić i trochę zniszczyć tę pięk­ną bu­dow­lę pach­ną­cą bo­gac­twem”. Bitwa jed­no­stron­na od­by­ła się szyb­ko i krwa­wo. Nie­wie­lu Kra­sno­lu­dów oca­la­ło a smok jak pla­no­wał, tak wszedł dum­nie do głów­nej sali i za­legł na hał­dach złota. Był zmę­czo­ny, ale i za­do­wo­lo­ny. Miał wresz­cie pięk­ne gniaz­do i mnó­stwo je­dze­nia do­oko­ła niego. Za­mknął oczy i za­snął.

 

Smok prze­bu­dził się. Nie otwo­rzył oczu. Roz­ko­szo­wał się brzęczą­cy­mi mo­ne­ta­mi i szu­mem wia­tru. Otwo­rzył naj­pierw jedno oko, potem dru­gie. Le­ni­wie roz­dzia­wił pasz­czę i wy­cią­gnął długi język. Ziew­nął i prze­cią­gnął się w skar­bie. ”Ależ zgłod­nia­łem! Mu­sia­łem spać dłu­żej niż to mam w zwy­cza­ju”. Po­my­ślał smok wy­cho­dząc na świa­tło dzien­ne. Las był taki sam jak kie­dyś. Ku­si­ło spo­koj­nym lotem po oko­li­cy. Nie po­tra­fił sobie od­mó­wić. „Chwil­kę po­la­tam, roz­pro­stu­ję skrzy­dła i od­wie­dzę to ludz­kie mia­stecz­ko. Po­stra­szę, zjem coś i się za­ba­wię”. Po­my­ślał smok i uśmiech­nął się do swo­je­go planu.

– Jaki ja je­stem nie­prze­cięt­nie mądry. Mó­wiąc to już wzbi­jał się w po­wie­trze wznie­ca­jąc kurz i za­mie­sza­nie wśród miesz­kań­ców lasu.

Smok z peł­nym spo­ko­jem leciał przed sie­bie. Cie­szył się wol­no­ścią i samą chwi­lą lotu. Nagle prze­le­cia­ło obok niego szyb­kie i gło­śne ”coś”. Było po­dob­nych roz­mia­rów co on, ale i tak za duże na co­kol­wiek co było mu znane. Tym bar­dziej smok za­in­te­re­so­wał się la­ta­ją­cym obiek­tem. Pod­fru­nął nieco wyżej i przy­sta­nął w po­wie­trzu za­sta­na­wia­jąc się co za ustroj­stwo na­ru­szy­ło jego prze­strzeń po­wietrz­ną. Lek­kim, opa­da­ją­cym lotem zbli­żył się do dzi­wac­twa. Było kształ­tu ob­łe­go i przy­po­mi­na­ło wy­pro­sto­wa­ny pazur ze …skrzy­dła­mi? Do tego strasz­nie ha­ła­so­wa­ło i zo­sta­wia­ło za sobą śmier­dzą­cy dym. Wpierw miał ocho­tę to po pro­stu cap­nąć zę­ba­mi, ale po­ha­mo­wał się wspo­mi­na­jąc strasz­ny los jaki spo­tkał nie­roz­trop­ne­go Smoka Wa­wel­skie­go. „Jeść to ja będę mięso a nie takie byle co”. I zio­nął ogniem. Tak ob­fi­cie, po smo­cze­mu. Dziw­ny, wy­pro­sto­wa­ny pazur ze skrzy­dła­mi za­pa­lił

się i za­czął gwał­tow­nie spa­dać na zie­mię. Dymił, hu­czał aż wresz­cie gdy spo­tkał się z zie­mią eks­plo­do­wał. Smok po chwi­li za­trzy­mał się przy wciąż pa­lą­cych się zglisz­czach. Po­wą­chał, obej­rzał i stwier­dził ner­wo­wo, że nie ma po­ję­cia co to ta­kie­go. No cóż, tak bywa w życiu. Na­tu­ra gada jest jed­nak pro­sta i gdy głód krzy­czy zwie­rzak musi re­ago­wać. Nie tak jak czło­wiek na przy­kład. Smok wzbił się w po­wie­trze i za­uwa­żył na ziemi coś czego, gdy tu le­ciał wcze­śniej, nie było. Coś dziw­ne­go, jakby czar­na, wąska rzeka, ale nią na pewno nie było. To czar­ne na­stęp­ne „coś” cią­gnę­ło się do mia­sta, ale mia­sto na razie zo­sta­ło ze­pchnię­te na dal­szy plan. Po tej czar­nej ta­siem­ce, bar­dzo szyb­ko mknę­ły ko­lo­ro­we pu­szecz­ki. Smok zni­żył lot by przyj­rzeć się uważ­niej nie­zna­ne­mu. „A co to jest do roz­dzie­wi­czo­nej el­fi­cy”? Za­py­tał sam sie­bie koń­cząc lot roz­po­znaw­czy. Pętla, lot pi­ku­ją­cy z przy­go­to­wa­niem ob­fi­te­go pło­mie­nia i na­stał czas dzia­ła­nia. Prze­le­ciał bar­dzo nisko nad czar­ną wstąż­ką sie­jąc na niej ogień i znisz­cze­nie. Po czym wy­lą­do­wał na tym czymś czar­nym i spoj­rzał na swoje dzie­ło. Le­ni­wym kro­kiem pod­szedł do pierw­szej, pa­lą­cej się pusz­ki. Do­bie­ga­ły z niej krzy­ki prze­ra­żo­nych ludzi. „Dobry znak”. Po­my­ślał smok i opu­ścił głowę zer­ka­jąc do środ­ka. Fak­tycz­nie. Je­dze­nie po­wo­li do­pie­ka­ło się w ma­lut­kim pie­kar­ni­ku. Ra­dość smoka była ogrom­na. Szyb­kim pod­sko­kiem zna­lazł się przy dru­giej pusz­ce. Tam także kró­lo­wa­ła pa­ni­ka i po­wol­na śmierć pa­lą­cych się ludzi. Spoj­rzał dalej i za­ob­ser­wo­wał kil­ko­ro ucie­ka­ją­cych w po­pło­chu. Za­dzia­łał in­stynkt za­bój­cy. Pod­biegł do nich szyb­ko i cap­nął. Potem na­stęp­ne­go i na­stęp­ne­go. Mó­wiąc szcze­rze smok po­czuł się na­je­dzo­ny, ale nie syty więc wró­cił do pierw­szych obiek­tów za­in­te­re­so­wa­nia. Pa­no­wa­ła w nich już cisza a nad pusz­ka­mi uno­si­ła się woń spa­lo­ne­go mięsa wy­mie­sza­na z czymś innym, nie­zna­nym smo­ko­wi. Roz­szar­pał jed­nak me­ta­lo­wy po­jem­nik i schru­pał za­war­tość. Teraz można było po­wie­dzieć, że żo­łą­dek gada był pełny. Smok był stary i wie­dział do­kład­nie, że po ob­fi­tym po­sił­ku do­pad­nie go sen­ność, ale chciał jesz­cze zro­bić lot po­ka­zo­wy nad mia­stem. Tak dla za­sa­dy, by o nim nie za­po­mnie­li. Wzbił się cięż­ko w po­wie­trze i skie­ro­wał wiel­kie ciel­sko w jego kie­run­ku. Mia­sto uro­sło. Do­słow­nie. Gdy ostat­ni raz nad nim prze­la­ty­wał była to ry­bac­ka osada z ma­ły­mi, ła­two­pal­ny­mi dom­ka­mi. Teraz domy wzno­si­ły się wy­so­ko a mię­dzy nimi roz­cią­gał się la­bi­rynt tych wą­skich, czar­nych ta­sie­mek na któ­rych pa­no­wał nie­opi­sa­ny ruch. Pusz­ki mknę­ły w jedną i drugą stro­nę ha­ła­su­jąc przy tym i smro­dząc nie­sa­mo­wi­cie. Smok zni­żył lot by przyj­rzeć się uważ­niej roz­wo­jo­wi ludz­kiej myśli tech­nicz­nej. Nie chciał ni­ko­go krzyw­dzić. Je­dy­nie może tro­chę po­stra­szyć, jak to miał w zwy­cza­ju. Wle­ciał mię­dzy wy­so­kie bu­dyn­ki i gdy miał już zio­nąć ogniem po­czuł na ciele słabe ude­rze­nie. Wręcz małą eks­plo­zję. Spoj­rzał w tył i zo­ba­czył coś uno­szą­ce­go się w po­wie­trzu. To coś wy­rzu­ca­ło w niego strza­ły za któ­ry­mi cią­gnął się ciem­ny dym. ”Za długo spa­łem. Co ci lu­dzie wy­my­śli­li?” Za­nie­po­ko­ił się i za­miast sta­nąć do otwar­tej walki po pro­stu wzbił się wy­so­ko w po­wie­trze i spoj­rzał na ca­łość z góry. „Na miecz kra­sno­lu­da. Co tu się wy­ra­bia?” Za­da­jąc sobie to py­ta­nie, prze­le­cia­ły obok niego dwa bar­dzo szyb­kie, duże ptaki ha­ła­su­ją­ce jak nic co było mu do tej pory znane. Te dziw­ne ptaki za­wró­ci­ły i wy­strze­li­wu­jąc strza­ły zo­sta­wia­ją­ce za sobą dym, skie­ro­wa­ły się po­now­nie ku zdez­o­rien­to­wa­ne­mu smo­ko­wi. Te ptaki to no pro­ble­mos, ale te strza­ły jakoś tak dziw­nie nie le­cia­ły w linii pa­ra­bo­licz­no-pro­stej, tylko jak wrzód na dupie, kie­ro­wa­ły się w stro­nę smoka. On w bok, one w bok. On do góry, one do góry. Wresz­cie smok miał dosyć za­ba­wy a pełny brzuch do­po­mi­nał się za­le­gnię­cia. Dla­te­go skie­ro­wał się naj­pierw lotem szyb­kim, pi­ku­ją­cym w stro­nę ludz­kie­go mia­sta i gdy miał już pra­wie zde­rzyć się z tą czar­ną wstę­gą mię­dzy bu­dyn­ka­mi, mocno po­de­rwał ciel­sko do góry i roz­po­czął mę­czą­ce wzno­sze­nie. Te prze­dziw­ne strza­ły, na­siąk­nię­te praw­do­po­dob­nie mocą czar­no­księż­ni­ka, nie po­do­ła­ły temu ma­new­ro­wi i roz­trza­ska­ły się w cen­trum mia­sta. Eks­plo­zja była ogrom­na i nawet sa­me­go smoka wy­trą­ci­ła ze spo­koj­ne­go lotu. Mia­sto za­la­ło się pur­pu­rą a potem czer­wie­nią i dymem wzno­szą­cym się ponad chmu­ry two­rząc prze­dziw­ny kształt grzy­ba. Smok wy­lą­do­wał przed swoją norą. Otrze­pał skrzy­dła z sadzy i wszedł do środ­ka. Był senny i tro­chę zdez­o­rien­to­wa­ny. Po­sta­no­wił, że nie może po­zwo­lić sobie na tak długi sen jak ostat­nio. W końcu kto jak kto, ale smok, tej rangi musi być na bie­żą­co z no­win­ka­mi tech­nicz­ny­mi rasy ludz­kiej. No i oczy­wi­ście el­fic­kiej. Nawet nie miał czasu by do tych pe­dal­skich wo­jow­ni­ków zaj­rzeć. Kła­dąc się w swoim zdo­bycz­nym zło­cie po­sta­no­wił, że na­stęp­ny re­ko­ne­sans roz­pocz­nie wła­śnie od Elfów.

Smok spał sobie smacz­nie ba­wiąc się z El­fa­mi w berka. Nagle góra za­drża­ła a wiel­ki huk roz­darł po­wie­trze sali. Ka­wał­ki ka­mien­nych ozdób ukru­szy­ły się od skle­pie­nia i spa­dły na gada. Smok obu­dził się i zanim otwo­rzył oczy, góra za­trzę­sła się po­now­nie. Tym razem huk był bar­dzo do­no­śny.

– Ni­ko­go nie ma w domu!! Wypad!! Krzyk­nął wście­kły smok i głę­biej za­ko­pał się w złotcie. Za­snął, choć wstrzą­sy i od­gło­sy wy­bu­chów jesz­cze przez dłuż­szy czas nie usta­wa­ły. Wresz­cie, po ja­kimś cza­sie, trud­nym do okre­śle­nia, na­sta­ła upra­gnio­na cisza i spo­kój. Smok spał smacz­nie, ale zabawa w berka, niestety, skończyła się na dobre.

 

– To musi być jeden z tych po­pro­mien­nych mu­tan­tów.

– Zo­bacz na czym on leży! Prze­cież to złoto!

– Uwa­żaj! Wiesz prze­cież, że teraz to nawet gówno świe­ci się w ciem­no­ściach.

– W sumie masz rację. No a co zro­bi­my z tym mu­tan­tem? Co to w ogóle jest? Szczur?

Smok uważ­nie przy­słu­chi­wał się roz­mo­wie bez­czel­nie pro­wa­dzo­nej w jego gnieź­dzie. Cier­pli­wość zazwyczaj ma swoje granice,a przyrównanie go do szczura zdecydowanie je przekroczyło. Oczy smoka sze­ro­ko otwo­rzy­ły się a potem zwę­zi­ły.

– Jak mnie na­zwa­łeś czło­wie­ku?

Ludz­kie isto­ty ogar­nął strach czego efek­tem było je­dy­nie nie­kul­tu­ral­ne za­cho­wa­nie, oka­za­ne nieudzie­le­niem od­po­wie­dzi na za­da­ne py­ta­nie. Smok jed­nak miał to w swo­ich wiel­kich, czte­rech li­te­rach, bo uwagę jego przy­kuł wy­gląd ludzi.

– Je­ste­ście El­fa­mi?

– Kim? Od­po­wie­dział py­ta­niem na py­ta­nie jeden z czło­wie­ko­po­dob­nych.

– No El­fa­mi! Tylko Elfy za­kła­da­ją takie dziw­ne wdzian­ka. Lu­dzie są może pro­ści i bar­ba­rzyń­scy, ale przy­naj­mniej ubie­ra­ją się nor­mal­nie. Wam Elfom tylko stro­je­nie się i pu­dro­wa­nie no­sków w gło­wie.

Teraz miej­sce stra­chu za­ję­ło zdu­mie­nie.

– Po­wiem wam jedno. Za­wsze by­li­ście po­pa­pra­ni i lekko cie­pli, ale ta wasza, obec­na moda to jakaś po­mył­ka jest! Ani to ładne, ani sek­sow­ne. Nawet wa­szych, zgrab­nych tył­ków w tym nie widać! Kogo wy macie teraz za pro­jek­tan­tów mody?! Wy­no­cha mi stąd! Od­wie­dzę was jak przyj­dzie mi na to ocho­ta. Aha i jesz­cze jedno. Jak jesz­cze raz na­zwie­cie mnie szczu­rem to wasza śmierć bę­dzie na­praw­dę po­wol­na.

Cisza z obozu przy­by­łych nadal kró­lo­wa­ła.

– Ma­rian, chyba je­stem chory. I to po­waż­nie. Po­wiedz mi, czy ty też sły­sza­łeś tego wiel­kie­go szczu­ra jak mówił po na­sze­mu?

– Noo.

Wię­cej nie zdą­żył po­wie­dzieć. Smok mach­nął ogo­nem i Ma­rian roz­trza­skał się na ścia­nie kom­na­ty ja­kieś trzy metry od pod­ło­gi. Zsu­wał się po­wo­li. Dru­gie­go smok capn­łą zę­ba­mi i po­sta­no­wił po pro­stu zjeść. Nie­ste­ty gryzł i gryzł, ale wdzian­ko nie da­wa­ło się prze­gryźć. Smok mię­to­lił mię­dzy zę­ba­mi gu­mo­wy ko­stium, ale nie dało się wy­ci­snąć nawet odro­bi­ny pach­ną­cej krwi. Ów pe­cho­wiec, bę­dą­cy obiek­tem żu­cia, już dawno zdą­żył za­mie­nić się w krwi­stą breję, ale ska­fan­der ochron­ny trzy­mał jak na­le­ży. Wresz­cie zre­zy­gno­wa­ny smok wy­pluł gumę. Pod­szedł do Ma­ria­na, który zdą­żył do­trzeć już do pod­ło­gi. Smok zio­nął ogniem. Zdzi­wił się bar­dzo gdy zo­ba­czył efek­ty swo­je­go ataku. Kom­bi­ne­zon był je­dy­nie osmo­lo­ny a zza szyb­ki uśmie­chał się Ma­rian.

– Te ska­fan­dry są ża­ro­od­por­ne, głup­ku. Mo­żesz mnie wsa­dzić do wul­ka­nu a mi się i tak nic nie sta­nie, he, he!

– Tak? A co po­wiesz na to?

In­te­li­gen­cja smoka wzbi­ła się pod nie­bio­sa. Wy­su­nął swój naj­ostrzej­szy pazur i do­tknął nim lekko szyb­ki za którą scho­wa­na był twarz Ma­ria­na. Szyb­ka pękła bez trudu, zmie­nia­jąc mo­men­tal­nie uśmiech trium­fu czło­wie­ko­el­fa w pa­nicz­ny strach i prze­ra­że­nie. Smok nie cze­ka­jąc na ewen­tu­al­ne, nie­bez­piecz­ne re­ak­cje Ma­ria­na, przy­ssał swój pysk do ma­łe­go okien­ka, po czym we­ssał za­war­tość kom­bi­ne­zo­nu do pasz­czy. „Dobre, ale mało. Muszę roz­pro­sto­wać kości. Tym razem od­wie­dzę Elfy i zo­ba­czę kto im kroi te durne, gu­mo­we wdzian­ka”.

Smok wy­szedł ze swo­je­go kró­le­stwa i do­znał szoku. Dzień niby chy­lił się ku za­cho­do­wi, ale coś było nie tak. Barwy, ja­kieś takie po­ma­rań­czo­wo-ró­żo­we z czarnymi zaciekami w kształcie chmur. Do tego słoń­ce było bar­dzo wy­so­ko. O tej porze po­wi­nien być błę­kit. Ewen­tu­al­nie chmu­ry a nie to coś. Za­nie­po­ko­jo­ny, wzbił się w po­wie­trze pach­ną­ce też jakoś ina­czej. Skie­ro­wał się w stro­nę ludz­kie­go mia­sta. Nie miał za­mia­ru tam bie­sia­do­wać. Chciał je­dy­nie za­po­znać się z obec­ną sy­tu­acją. Za­miast mia­sta, za­stał je­dy­nie zglisz­cza cze­goś co mogło kie­dyś to przy­po­mi­nać. Nie było wy­so­kich bu­dyn­ków ani szyb­ko po­ru­sza­ją­cych się ma­łych pu­szek z ludź­mi. Wła­ści­wie to nie widać była żad­ne­go ruchu. Ni­cze­go co przy­po­mi­na­łoby życie a tym samym po­si­łek. Smok, lekko ze­stre­so­wa­ny zmie­nił kie­ru­nek lotu ,by od­wie­dzić Elfy. Nie­ste­ty, widok mie­jsca w któ­rym kie­dyś miesz­ka­li, przy­po­mi­nał to co po­zo­sta­ło z mia­sta ludzi. Dziw­ny za­pach, ruiny i brak oznak ja­kie­go­kol­wiek życia. Smok za­wró­cił. Wy­lą­do­wał na spa­lo­nej i mar­twej ziemi nie­opo­dal ludz­kie­go mia­sta i za­sta­no­wił się. „Co oni na­wy­ra­bia­li? Mu­sia­ło pójść na ostro mię­dzy nimi, ale kto wy­grał? Bo ktoś wy­grać mu­siał. Albo … zaraz, zaraz… może to moja wina? Ostat­nio, jak ich od­wie­dzi­łem, to strze­la­li do mnie jak opę­ta­ni… nie ,to nie moż­li­we, że lu­dzie uzna­li, iż to Elfy mnie wy­sła­ły”. Roz­my­śla­nia smoka prze­rwał widok kilku gu­mo­wych osob­ni­ków, trzy­ma­ja­cych w rę­kach ja­kieś dziw­ne urzą­dze­nia. Na­dzie­ja i ra­dość za­go­ści­ły po­now­nie w sercu gada. Z uśmie­chem i w pod­sko­kach do­padł pierw­sze­go z nich. Już wie­dział jak do­stać się do środ­ka, ale ciut udo­sko­na­lił tech­ni­kę. Pierw­sze­go, przy­pad­ko­wo przy­dep­nął przed­nią łapą. Efekt był zdu­mie­wa­ją­cy. Wnętrz­no­ści scho­wa­ne­go w ska­fan­drze czło­wie­ka-el­fa naparłszy na szybkę, rozbiły ją i chlusnęły przez małe okienko po pro­stu chlu­snę­ły przez małe okien­ko. Smok zli­zał ze spa­lo­nej ziemi jesz­cze cie­płe szcząt­ki ciała i stwier­dził, że wła­śnie w ten spo­sób do­pad­nie swoje przy­szłe ofia­ry. Dla­te­go każ­de­go do­go­nio­ne­go osob­ni­ka, za­miast po­że­rać za­dep­ty­wał. Brzuch smoka wresz­cie za­peł­nił się i jak to ze smo­ka­mi bywa, po­czuł się senny. „Dziw­ne te czasy, które na­sta­ły. Idę spać i może gdy się obu­dzę wszyst­ko wróci do nor­mal­no­ści. No i gdzie po­dzia­ły się Kra­sno­lu­dy? Prze­cież znane są z tego, że msz­czą się jak nikt na świe­cie a mnie jakoś od­pu­ści­ły”? Za­my­ślo­ny, z burzą myśli w mózgu, wszedł do sali kró­lew­skiej i za­ko­pał się w bo­gac­twie. Za­snął i śnił kosz­ma­ry.

Smok spał i ro­bił­by to dalej, gdyby nie do­kucz­li­wy hałas do­cho­dzą­cy do jego uszu. Ktoś ewi­dent­nie szpe­rał w zło­cie. Ktoś zi­gno­ro­wał wiel­ką be­stię i po­sta­no­wił ob­ło­wić się. „Na­resz­cie”. Po­my­ślał smok i uśmiech­nął się otwie­ra­jąc oczy.

-Kra­sno­lu­dy! Za­wo­łał, stra­sząc dwóch je­go­mo­ściów. No wresz­cie! Już my­śla­łem, że sobie od­pu­ści­li­ście! Na skar­by smo­ków! Ależ się cie­szę. To co… wy­cho­dzi­my na ze­wnątrz, czy chce­cie się na­pa­rzać w środ­ku? Mo­że­cie wy­bie­rać. Smok z ra­do­ści, aż pod­sko­czył na tyl­nych ła­pach. Go­ście, okre­śle­ni jako Kra­sno­lu­dy, stali w bez­ru­chu pa­trząc z roz­dzia­wio­ny­mi usta­mi na go­spo­da­rza.

– No co? Zdzi­wił się smok. Nie przy­szli­ście po złoto i bo­gac­twa? Ale, zaraz, zaraz… niby wy­glą­da­cie jak Kra­sno­lu­dy, ale jacyś tacy wy­chu­dze­ni je­ste­ście… no i dla­cze­go macie takie pry­mi­tyw­ne pałki za­miast wa­szych słyn­nych mie­czy? Za dużo nie­wia­do­mych, za dużo pytań i za mało od­po­wie­dzi. To, nawet mni­cha wy­pro­wa­dzi­ło­by z rów­no­wa­gi.

– No ga­daj­cie już!!

– Wiel­ka góro mięsa, mó­wisz jak my, ale nic z tego nie ro­zu­mie­my. My nie chce­my złota, po co komu złoto?! My przy­szli­śmy cię ubić, bo głod­ni je­ste­śmy. No i nie je­ste­śmy żad­ny­mi Kra­sno­lu­da­mi!

–  Nie chce­cie złota? Chce­cie mnie ubić i zjeść? No, ale macie na sobie te skór­ki, cho­dzi­cie boso, je­ste­ście brud­ni, za­ro­śnię­ci i śmier­dzi­cie jak nie wiem co, czyli jak Kra­sno­lu­dy. Pa­no­wie, czy kim tam wy je­ste­ście. Bar­dzo się na was za­wio­dłem i muszę was, w takim razie, skon­su­mo­wać. Naj­pierw przy­pie­kę a potem zjem. Co wy na to?

„Ni­by­kra­so­lu­dy” nie słu­cha­ły już smoka i roz­po­czę­ły po­lo­wa­nie. Jeden w po­chy­lo­nej po­zy­cji za­czął prze­su­wać się w prawą stro­nę a drugi w lewą. Obaj trzy­ma­li swoje pałki w po­zy­cji do ataku.

– Pa­no­wie, uspo­kój­my się. Chyba nie chce­my by komuś stała się krzyw­da. Praw­da?

Słowa smoka nie wy­war­ły więk­sze­go wra­że­nia na my­śli­wych, więc go­spo­darz po­sta­no­wił za­pre­zen­to­wać swoją siłę ra­że­nia. Zio­nął ogniem i dum­nie spoj­rzał na przy­by­łych. Jakie było jego zdzi­wie­nie gdy za­miast stra­chu uj­rzał ra­dość na twa­rzach ze­bra­nych. Mało tego, za­czę­li pod­ska­ki­wać i po­kla­ski­wać, ra­du­jąc się prze­ogrom­nie.

– Upo­lu­je­my kupę mię­cha i jesz­cze ogień z niego wyj­mie­my!!

 In­tru­zi z za­pa­łem za­bra­li się do in­ten­syw­ne­go obi­ja­nia gada pałkami. Jeden pod­szedł do głowy a drugi do brzu­cha. Ude­rza­li z za­pa­łem i godną po­dzi­wu za­cię­to­ścią. Wy­da­wa­li przy tym nawet ja­kieś nie­okre­ślo­ne dźwię­ki.

– Co za de­bi­le. Po­wie­dział cicho smok i choć pa­ło­wa­nie spra­wia­ło mu nawet lekką przy­jem­ność, to po­sta­no­wił prze­rwać to iry­tu­ją­ce przed­sta­wie­nie. Capn­łą tego pierw­sze­go. Wrzu­cił mię­dzy zęby i po­łknął. Ten, pa­łu­ją­cy po  brzuchu nawet nie za­uwa­żył znik­nię­cia druha. W pocie czoła na­pa­rzał pałką ile fa­bry­ka dała. Smo­cza głowa zbli­ży­ła się na od­le­głość za­pał­ki do agre­so­ra.

– Czy za­uwa­ży­łeś, że twój kum­pel znik­nął?

– Nie prze­szka­dzaj. Nie mam czasu, muszę cię zabić.

Smok capn­łą i jego. Bez ostrze­że­nia i dal­szej dys­ku­sji. Prze­cią­gnął się, zion­łą ogniem tak dla pod­grza­nia at­mos­fe­ry i wy­gra­mo­lił się z nory.

– Pięk­ny, sło­necz­ny dzień! Niebo błę­kit­ne, sło­necz­ko przy­grze­wa… nic tylko roz­pro­sto­wać skrzy­dła i za­po­lo­wać na coś nor­mal­ne­go. Zjadł­bym je­le­nia, albo łosia, nie! Dwa łosie. Smok wzbił się i uj­rzał coś co spra­wi­ło mu ra­dość. Nie było ludz­kie­go mia­sta, nie było czar­nych wstą­żek, nie było także tej dziw­nej, jo­ni­zu­ją­cej po­świa­ty. Był na­to­miast pięk­ny las, pach­ną­cy zie­le­nią i zdro­wym po­ży­wie­niem. W tej pięk­nej chwi­li smok uj­rzał na po­la­nie pięk­ne­go, do­rod­ne­go łosia. Bez za­sta­no­wie­nia za­pi­ko­wał i zła­pał ofia­rę mię­dzy zęby. Opu­ścił skrzy­dła i siadł na kwie­ci­stej łące. Nie zdą­żył nawet prze­łknąć so­czy­ste­go mięsa, gdy z lasu wy­sko­czy­ła grupa „ni­by­kra­sno­lu­dów” z drew­nia­ny­mi pał­ka­mi.

– Nawet nie my­śl­cie o tym by mnie pa­ło­wać. Od dzi­siaj ja tu rzą­dzę i nawet nie pró­buj­cie mi fikać! Zro­zu­mia­no?

„Ni­by­kra­sno­lu­dy” po­ki­wa­ły twier­dzą­co gło­wa­mi i wy­co­fa­li się w cień lasu.

Tak, wła­ści­wie to mam dosyć wy­le­gi­wa­nia się w kró­le­stwie kra­sno­lu­dów. Od dzi­siaj będę sze­fo­wał i pil­no­wał moich trzó­dek, by znowu nie wpa­dło im coś głu­pie­go do głowy.

Smok wzbił się w powietrze i roz­po­czął lot roz­po­znaw­czy swo­je­go no­we­go kró­le­stwa.

 

Koniec

Komentarze

Lekkim, szybowcowym lotem zbliżył się do ów dziwadztwa.

Błeee.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Witamy na portalu. Przykra sprawa z tymi niedochodzącymi mailami, ale admin jest w wakacyjnych rozjazdach i chwilowo nic z tym nie poradzimy.

 

Nie mogę się odnieść do całości tekstu, ale mój nos zwrócił uwagę na ten fragment:

Powstawały miasta zarówno ludzkie jak made in Elf

Jeśli kraina zwie się Elf, to można użyć formy “made in Elf”. Ale tutaj mamy miasto zrobione co najwyżej “made by elves” or “made in Góra”.

Lecą smoki pod obłoki, wiatr im kręci smocze loki

W sumie racja :( tak to jest gdy porwie człowieka pisarska furia

Czyta się całkiem przyjemnie, gdy nie zwraca się uwagi na błędy. Co nie jest łatwe, bo tych jest sporo.

Pal licho interpunkcję i literówki, choć przynajmniej te ostatnie mógłbyś łatwo poprawić. Wystarczyłoby, żebyś uważnie przeczytał, co stworzyłeś, albo sprawdził pisownię w edytorze tekstu. Szwankuje składnia, leksyka (dobór słów), a nawet fleksja (czyli odmiana wyrazów). Przede wszystkim dziwi mnie nieodmienianie słówka “ów”, mimo że już się z tym spotkałem. Jestem ciekaw, skąd się to bierze. Tzn. ciekaw, skąd w ogóle, gdybyś jednak chciał wyjaśnić, skąd się wzięło u Ciebie, to chętnie przeczytam :) Czasem trzeba się domyślać, o co Ci chodziło. Na przykład, czy jesteś pewien, że wiesz, co znaczy “seksistowski”?

Momentami narracja jest dość chaotyczna.

Aha, dziwi, że quasi-średniowieczne krasnolody posługują się bronią ważoną w “kilo”. Humorystyczna konwencja pozwala lekceważyć pewne niuanse (czytelnik zawsze może uznać, że autor się zgrywa), na które muszą uważać twórcy tekstów poważniejszych, ale to nie ten przypadek. Bo krasnoludy i elfy trochę się gryzą z kilogramami (czy innymi współczesnymi jednostkami miar i wag) również i w komedii, jeśli nie widać, że autor zestawił je z pełną premedytacją.

*

Fragmenty nawet zabawne. Pomysł ciekawy i bardzo fajny. Jak napisałem, jeśli zapomnieć o błędach, czyta się przyjemnie.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Właśnie tego potrzebuję. Plaskacza w policzek a nawet dwa za pośpiech w pisaniu. Dzięki za słowa krytyki

Ejkum, kejkum… Nie czytałeś tekstu przed upublicznieniem?

Skoro przyznajesz rację komentującym, to dlaczego jeszcze nie poprawiłeś wytkniętych błędów? Na przykład tego czegoś wyprodukowanego w elfie.

Ci jednak postawili się bestii próbując zestrzelić ją ze swoich pedalskich łuków.

Przecinek po bestii. Zawsze w zdaniach tego typu – z imiesłowowym równoważnikiem zdania. Koniecznie. W ogóle interpunkcja w Twoim opowiadaniu nawet nie leży – ona nie istnieje.

Znudzony smok po przeprowadzeniu rozpoznania skierował się już prościutko do góry.

A prościutko do góry, to znaczy w którą stronę? Pionowo do gwiazd czy poziomo do królestwa krasnoludów?

Stukilowe młoty, osiemdziesięciokilowe topory i kilofy rozgrzewały ręce i kręciły młynki w bojowym szale.

Grzały własne ręce (trochę dziwne te topory) i same kręciły młynki sobą czy ręce trzymających je krasnoludów (kto wtedy kręcił młynki?)?

Nie specjalnie => niespecjalnie.

Chałdy?! Wstydź się!

Zadając sobie to pytanie przeleciały obok niego dwa bardzo szybkie duże ptaki hałasujące jak nic co było mu do tej pory znane.

Brak co najmniej dwóch przecinków. Ze zdania wynika, że ptaki zadawały sobie pytanie. O to Ci chodziło?

“Wrzut na dupie”?! Jeszcze gorzej – dwa ortografy w jednym słowie!

Dalej już nie wypisywałam błędów – ręce mi opadły.

Masz jeszcze zamieszanie z cudzysłowami. Otwierający powinien być tuż przed wyrażeniem branym w cudzysłów, a nie tuż za słowem je poprzedzającym. Dlaczego uparcie piszesz “capnłą” zamiast “capnął”?

Babska logika rządzi!

Pojechałaś po mnie. Dziękuję za subtelną naganę… mam nadzieję, że tak można powiedzieć, bo ze strachu ąż trzęsą mi się ręce i zwoje nerwowe. Oczywiście poprawię tekst w miarę moich skromnych możliwości.

Ja tam lubię opowiadania o smokach :-) i również debiutowałam historią o smoku z kuuuuuupą błędów, więc się nie łam, Michał..:-) Popraw byki i po sprawie! Opowiadanie super fajne :-), no gdyby nie te błędy, ma się rozumieć. Przed publikacją zawsze proszę dobre dusze o sprawdzenie,  może też tak zrób “następną razą “, bo inaczej bidaaaaa panieeeee :-)

Kilka epizodów z życia smoka, który zaspokoiwszy głód, zasypia i budzi się w coraz to nowych realiach, może i nie jest złym pomysłem, ale niechlujne wykonanie sprawia, że opowiadanie prezentuje się fatalnie. Mnogość wszelkich możliwych błędów nie pozwoliła mi skupić się na treści i skutek jest taki, że przez opowiadanie brnęłam, ustawicznie potykając się. :-(

Mam nadzieję, że Twoje kolejne opowiadanie dostarczy mi więcej przyjemności. ;-)

 

 „…nowe miej­sce stwa­rza­ło zna­ko­mi­te wa­run­ki do roz­ma­ża­nia się kra­sno­lu­dów”. – Nie jestem pewna, czy krasnoludy miały się rozmazać, czy rozmnażać. ;-)

Raz piszesz Krasnoludy, a innym razem krasnoludy. Dlaczego?

 

„…ale jest to temat na inna opo­wieść”. – Literówka.

 

„Kra­sno­lu­dy zła­pa­ły za broń, taką praw­dzi­wą, groź­ną”.Kra­sno­lu­dy zła­pa­ły broń, taką praw­dzi­wą, groź­ną.

 

„Na niego Kra­sno­lu­dy!! – Stawiamy jeden wykrzyknik, czasami, w uzasadnionych wypadkach, trzy. Nie stawia się dwóch wykrzykników.

Ten błąd powtarza się także w dalszym ciągu opowiadania.

 

„Teraz będę mu­siał ich zabić i zadać uszczerb­ku tej pięk­nej bu­dow­li pach­ną­cej bo­gac­twem”. – Można doznać uszczerbku, ale uszczerbku nie można zadać.

 

„…a smok jak pla­no­wał, tak wszedł dum­nym czła­pa­niem do głów­nej Sali i za­legł na hał­dach złota”. – Człapaniem się nie idzie. Można iść, człapiąc.

Czym główna sala zasłużyła sobie, by pisać o niej wielka literą? ;-)

 

„Roz­ko­szo­wał się brzczą­cy­mi mo­ne­ta­mi i szu­mem wia­tru”. – Literówka.

 

„Las był taki sam jak kie­dyś. ku­si­ło spo­koj­nym lotem po oko­li­cy”. – Kropka kończy zdanie. Nowe zdanie rozpoczynamy wielka literą!

 

„Smok z peł­nym spo­ko­jem frun­łą sobie przed sie­bie”. – Literówka, powtórzenie.

Czy smok mógł także frunąć za siebie? ;-)

 

„Lek­kim, opa­da­ją­cym lotem zbli­żył się do dzi­wadz­twa”. Lek­kim, opa­da­ją­cym lotem zbli­żył się do dzi­wac­twa.

 

„…uno­si­ła się woń spa­lo­ne­go mięsa wy­mie­sza­nej z czymś innym, nie­zna­nym smo­ko­wi”. – …uno­si­ła się woń spa­lo­ne­go mięsa, wy­mie­sza­na z czymś innym, nie­zna­nym smo­ko­wi.

 

„Wzbił się cięż­ko w po­wie­trze i skie­ro­wał swoje wiel­kie ciel­sko w jego kie­run­ku”. – Zbędny zaimek. Czy mógł kierować obcym cielskiem?

 

„Nie miał za­mia­ru ni­ko­go krzyw­dzić. Je­dy­nie może tro­chę po­stra­szyć, jak to miał w zwy­cza­ju”. – Powtórzenie.

 

„…gdy miał już zio­nąć ogniem po­czuł na swoim ciele małe ude­rze­nie”. – Zbędny zaimek. Czy mógł poczuć coś na cudzym ciele?

 

„…po­czuł na swoim ciele małe ude­rze­nie. Wręcz małą eks­plo­zję”. – Powtórzenie. Czy uderzenie może być małe? Czy coś mało odczuwalnego wypada porównywać do eksplozji? Czy mógłby poczuć coś na cudzym ciele?

Proponuję: …po­czuł na ciele słabe ude­rze­nie. Jakby małą eks­plo­zję.

 

…strza­ły za któ­ry­mi cią­gnął się ciem­ny dym.” Za długo spa­łem. Co ci lu­dzie wy­my­śli­li”? – Brak spacji po pierwszej kropce, zbędna spacja po otwarciu cudzysłowu.

Pytajnik przed zamknięciem cudzysłowu; ten błąd powtarza się także w dalszym ciągu opowiadania.

 

„Na miecz kra­sno­lu­da. Co tu się wy­ra­bia”?! – Jeśli to jest myśl smoka, wykrzyknik zbędny. Myśli nie słychać. Pytajnik przed zamknięciem cudzysłowu.

 

„Po­sta­no­wił sobie, że nie może po­zwo­lić sobie na tak długi sen jak ostat­nio”. – Powtórzenie.

 

„Krzyk­nął wście­kły smok i głę­biej za­ko­pał się w złoto”.Krzyk­nął wście­kły smok i głę­biej za­ko­pał się w złocie.

 

„Smok spał smacz­nie, ale za­ba­wa w berka nie­ste­ty ode­szła na dobre”. – Zabawy nie przychodzą i nie odchodzą. ;-)

Proponuję: Smok spał smacz­nie, ale za­ba­wa w berka, nie­ste­ty, skończyła się na dobre.

 

„Cier­pli­wość, jak to ma w zwy­cza­ju, ma swoje gra­ni­ce a wła­śnie przy­rów­na­nie go do szczu­ra zde­cy­do­wa­nie prze­kro­czy­ło”. – Powtórzenie. Przekroczono granice cierpliwości, nie cierpliwość.

Proponuję: Cier­pli­wość zazwyczaj ma swoje gra­ni­ce, a przy­rów­na­nie go do szczu­ra zde­cy­do­wa­nie/ właśnie je prze­kro­czy­ło.

 

„…oka­za­ne nie udzie­le­niem od­po­wie­dzi na za­da­ne py­ta­nie”. – …oka­za­ne nieudzie­le­niem od­po­wie­dzi na za­da­ne py­ta­nie.

 

„Cisza z obozu przy­by­łych nadal kró­lo­wa­ła”. – Nie rozumiem tego zdania. Czy może chodzi o to, że wśród przybyłych zapanowała cisza?

 

Owy pe­cho­wiec, bę­dą­cy obiek­tem rzu­cia…”Ów pe­cho­wiec, bę­dą­cy obiek­tem żu­cia

 

„Barwy, ja­kieś takie po­ma­rań­czo­wo-ró­żo­we z za­cie­ka­mi czar­nych chur”. – Co to są chury i w jaki sposób tworzą zacieki na barwach? Bo chyba nie miałeś na myśli czarnych chmur? ;-)

 

„Chciał je­dy­nie za­po­znać się z obec­ną sy­tu­acją. Za­miast mia­sta, za­stał je­dy­nie zglisz­cza…” – Powtórzenie.

 

„Za­miast mia­sta, za­stał je­dy­nie zglisz­cza cze­goś co mogło kie­dyś to przy­po­mi­nać”.Za­miast mia­sta za­stał tylko zglisz­cza cze­goś, co mogło kie­dyś je przy­po­mi­nać.

 

„Ni­cze­go co przy­po­mi­na­ło by życie a tym samym po­si­łek”.Ni­cze­go, co przy­po­mi­na­łoby życie, a tym samym po­si­łek.

 

„Nie­ste­ty, widok mie­scja w któ­rym kie­dyś miesz­ka­li…” – Literówka.

 

„Wy­lą­do­wał na spa­lo­nej i mar­tej ziemi…” – Literówka.

 

„Z uśmie­chem i pod­sko­kach do­padł pierw­sze­go z nich”.Z uśmie­chem i w pod­sko­kach do­padł pierw­sze­go z nich.

 

„Wnętrz­no­ści scho­wa­ne­go w ska­fan­drze czło­wie­ka-el­fa po pro­stu chlu­snę­ły przez małe okien­ko roz­bi­ja­jąc pod swoim na­po­rem szyb­kę”. – Chlusnęły okienkiem, a potem rozbiły szybkę? ;-)

Proponuję: Wnętrz­no­ści scho­wa­ne­go w ska­fan­drze czło­wie­ka-el­fa, naparłszy na szybkę, rozbiły ją i chlusnęły przez małe okienko.

 

„Za­my­ślo­ny i z burzą mózgu wszedł do sali kró­lew­skiej i za­ko­pał się w bo­gac­twie”. – Chyba miało być: Za­my­ślo­ny, z burzą myśli w mózgu, wszedł do sali kró­lew­skiej i za­ko­pał się w bo­gac­twie.

 

„Pa­no­wie, uspo­kuj­my się”.Pa­no­wie, uspo­kój­my się.

 

„In­tru­zi z za­pa­łem za­bra­li się do in­ten­syw­ne­go obi­ja­nia pał­ka­mi gada”. – Co to są pałki gada i co obijali nimi intruzi? ;-)

 

„Ten, pa­łu­ją­cy brzuch nawet nie za­uwa­żył znik­nię­cia druha”. – Czy tam były dwa brzuchy i jeden z nich, ten pałujący, nie zauważył, że drugi brzuch zniknął? ;-)

 

„Od dzi­siaj będę sze­fo­wał i pil­no­wał moich trzo­dek…”Od dzi­siaj będę sze­fo­wał i pil­no­wał moich trzó­dek

 

„Smok wzbił się w górę…” – Masło maślane. Czy można wzbić się w dół? ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tekst poprawiłem. Jak teraz patrzę na moje błędy to w zasadzie była to "oczywista oczywistość". Jeszcze raz dzięki.

Nowa Fantastyka