- Opowiadanie: lionheart - I już się nie odnajdziemy

I już się nie odnajdziemy

Pierwsze opowiadanie wychodzi z szuflady. Przyjemnej lektury (:

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

I już się nie odnajdziemy

Senną ciszę przerwał znienacka przenikliwy, piskliwy wrzask, który narastając zdawał się wwiercać boleśnie w czaszkę, wypełniając ją nieznośnym, wibrującym ciężarem. Mężczyzna mimowolnie skulił ramiona, pochylając głowę, ale spojrzenie ocienionych kapturem podróżniczego płaszcza oczu nie przestawało czujnie omiatać spowitej duszącym dymem okolicy. Orientował się w swoim położeniu, porównując krajobraz rozpościerający się przed oczami z mapą, którą oglądał jeszcze zanim opuścił dom. Podróżnik stał na skraju wzniesienia, będącego granicą między górzystym terenem rozciągającym się na przestrzeni wielu mil za nim, a pokrytą spaloną, czerwonawą ziemią doliną, w którą miał teraz zejść po zboczu. Górskie łańcuchy otaczały ją ze wszystkich stron, odizolowywały od reszty świata, czyniąc ją nieprzystępnym, wręcz wrogim miejscem. Właściwie to cieszył się, że wreszcie opuszcza góry, choć był świadom faktu, że oto rozpoczyna się najbardziej nużący etap jego wędrówki, że czeka go wiele godzin monotonnego marszu przez dolinę. Odkąd jego koń poślizgnął się niefortunnie, złamał nogę i wędrowiec był zmuszony zabić cierpiące zwierzę, poruszał się na piechotę. Znacznie go to spowolniło, ale – wierzchem czy na własnych nogach – był zdeterminowany, żeby dotrzeć do celu. Kończyły mu się jednak zapasy jedzenia i wody mimo tego, że znacznie zmniejszył swoje posiłki i starał się polować na górską zwierzynę gdy tylko nadarzyła się ku temu okazja. Uszczuplone zapasy martwiły go, gdyż miał do przebycia jeszcze daleką drogę, jeśli dobrze oceniał odległość do celu. Prawdę mówiąc, była to jego pierwsza taka długa, samotna wyprawa, ale w myślach wciąż nazywał się „podróżnikiem”. Dodawało mu to nieco pewności siebie, choć wciąż pozostawał tym samym Sydorem-z-Przeprawy, południowcem, głową wygasającego rodu, samotnikiem, który przed zaledwie sześcioma tygodniami opuścił swój dom.

Dolina była bardzo nieprzyjaznym miejscem dla samotnego człowieka. Przecinała ją tylko jedna wąska rzeka, wzdłuż której wędrowiec zamierzał się poruszać, by nie oddalać się zbytnio od źródła wody. W ten sposób opuści dolinę przynajmniej milę bardziej na zachód niż planował, ale przynajmniej nie umrze z pragnienia. Wiedział też, że miejsce to zamieszkują dzikie, koczownicze plemiona, których należało się za wszelką cenę wystrzegać. Mówiono, że to ludożercy i, mimo że Sydor wcale w to nie wierzył, wolał unikać kontaktu z tubylcami, którzy z pewnością nie mieliby dobrych zamiarów wobec samotnego wędrowca. Co gorsza, dolina była pustkowiem; nie zdołał dostrzec żadnego miejsca, które nadawałoby się na kryjówkę, ani jednego kamienia czy drzewa, na którym mógłby się oprzeć podczas odpoczynku. Krótsza droga wciąż go kusiła (wszystko, byleby jak najszybciej wydostać się z tego okropnego miejsca!), ale obawiał się, że oddalenie się od rzeki będzie dla niego oznaczało skrajne odwodnienie lub nawet śmierć. Liczył też na to, że w wodzie żyją jakieś stworzenia – ryby, a może nawet żółwie – które będzie mógł upolować i zjeść.

Rozległ się kolejny pisk, ale tym razem podróżnik pozostał niewzruszony. Uniósł głowę i spod kaptura dostrzegł dwa czarne punkciki na niebie, które kołowały nad okolicą, porozumiewając się ostrymi, donośnymi krzykami. Sydor nie miał najmniejszych wątpliwości, że były to smoki, choć nigdy wcześniej nie widział tych stworzeń. Cóż innego mogłoby szybować po niebie, jeśli nie te gady? Co prawda jeszcze nie tak dawno temu były one strzeżone przez magów i alchemików lorda Tilnara, który sprawował najwyższą władzę na kontynencie, ale wydostały się na wolność wkrótce po wybuchu wojny. Mówiono, że przyczynili się do tego skrytobójcy lorda Alarrana, oni i pozostający na ich usługach nekromanci. Przez pewien czas smoki siały spustoszenie na kontynencie, paląc wszystko, co znalazło się w zasięgu ich wzroku, lecz potem nagle zniknęły. Wyglądało na to, że znalazły schronienie w dolinie, że to pustkowie im odpowiadało. Przez myśl wędrowca przemknęło pytanie, co właściwie jedzą te wielkie gady, ale szybko przestał się nad tym zastanawiać. Wyciągnął z podróżnego worka suszone mięso, usiadł, opierając się plecami o kamień i zamyślił się, sięgając pamięcią do wydarzeń sprzed czterech lat.

On sam był wówczas właściwie nikim, zwykłym właścicielem malutkiej twierdzy gdzieś na skraju wielkiej puszczy, przy rzece Ao. Jego zadanie polegało na strzeżeniu przeprawy i pobieraniu myta, które było następnie odprowadzane do skarbu królestwa. Nie miał zbyt wielu zajęć – w czasach pokoju na kontynencie panował leniwy spokój, mało kto podróżował, a jeśli nawet, to decydowano się raczej na korzystanie z brodów na rzece, z prostej przyczyny – nikt nie kazał za to płacić. Sytuacja zmieniła się dopiero wtedy, gdy wybuchła wojna.

Sydor do tej pory nie był pewien, co było bezpośrednią przyczyną konfliktu. Do jego twierdzy docierały jedynie plotki, każda bardziej nieprawdopodobna od innych. Większość z nich jednak koncentrowała się wokół osoby młodego dziedzica tronu, Zarana, który – podobno nieświadomie – zerwał sojusz z rodem Alarrana. Według niektórych zabił on swoją narzeczoną, córkę lorda, inni mówili, że nakryto go z giermkiem w niedwuznacznej sytuacji, jednak najbardziej prawdopodobnie brzmiało to, że młodzieniec zerwał zaręczyny z lady Belise, biorąc cichy ślub z dziewczyną niskiego pochodzenia. Wściekłości lorda Alarrana nie dało się opanować i Zaran zginął jako pierwsza ofiara tej wojny, pchnięty sztyletem, gdy przechodził przez dziedziniec własnego domu. Oba stronnictwa zwołały chorągwie i rozpoczęły się walki, najpierw na małą skalę, potem przeradzając się w coraz większe bitwy. Sydor dostał rozkaz wyruszenia wraz ze swoimi ludźmi do miejsca, gdzie zbierały się wojska lorda Tilnara, jednakże wkrótce potem, gdy byli już niemal gotowi do wymarszu, niewielki oddział zamaskowanych zbrojnych porwał jedynego syna podróżnika. Zagrożono, że chłopiec zginie, jeśli oddziały Sydora wezmą udział w walkach po stronie Tilnara. Dni, które zostały mu dane na podjęcie decyzji były zimne i ponure; podróżnik nie potrafił wybrać między rodziną a złożoną przed laty przysięgą wierności. Wreszcie miłość ojcowska zwyciężyła, a żołnierze lorda Alarrana, aby upewnić się, że Sydor nie zrobi niczego nierozsądnego, zabrali ze sobą jego syna jako zakładnika. Sforsowali przeprawę i wyruszyli, żeby pokonać lorda Tilnara i królewskie wojska w bitwie, na otwartym polu. W tym czasie zostały uwolnione smoki, a układ sił na kontynencie odwrócił się. Podróżnik bał się cokolwiek zrobić, obawiając się, że jego syn zostanie zabity. Chłopiec był jedyną rodziną jaka mu pozostała po śmierci żony i siostry; nie chciał go stracić, nie chciał zostać zupełnie sam na świecie. Gdy tylko wieści o zakończeniu wojny dotarły do jego twierdzy, Sydor samotnie wyruszył do Yezy, gdzie był przetrzymywany jego syn. Przeprawę i zamek pozostawił pod dowództwem swojego jedynego doradcy i zarządcy, Bolata Kadyrowa.

Od czterech lat nieustannie dręczyło go poczucie winy. Jak mógł dopuścić do tego, by jego jedyny syn, jego dziedzic, został porwany i wykorzystany przeciwko niemu? Czy nie powinien był mimo wszystko dochować wierności lordowi, nie zważając na swoje uczucia? Co właściwie było słusznym wyborem? Tam, gdzie żył, w oddaleniu od wielkich miast, to rodzina i przyjaciele byli najważniejsi, sprawy kontynentu i dworskie rozgrywki nie miały żadnego znaczenia. Nie mógł ryzykować utraty jedynego syna, to by go złamało. A z drugiej strony – wtedy i tak najprawdopodobniej by zginął podczas bitwy, wypełniając przysięgę. Czy to ważne, co stałoby się po jego śmierci z zamkiem i przeprawą? I tak by już tego nie wiedział, nie wierzył w bogów ani życie po śmierci, a z bliskich, których los go obchodził, pozostał mu tylko syn. Chciał tylko spokoju, nie mieszać się w wojny, nie przykładać ręki do rozlewu krwi, żyć w sennej stagnacji, od czasu do czasu rozkazując, aby opuszczono zwodzony most. Czy właśnie to sprawiło, że wybrał życie swojego syna? Przecież jego „wojska” i tak by wiele nie zmieniły, Tilnar i tak by przegrał, a syn podróżnika byłby wówczas martwy. Dlaczego to musiało być takie trudne? Dlaczego dalej musi być?

Uderzył otwartą dłonią w kamień i ostry ból przywrócił mu trzeźwość umysłu. „Muszę iść, pomyślał, nie mogę się zatrzymywać, nie teraz.” Wziął głęboki oddech i ruszył wąską, stromą ścieżką w dół.

 

Maszerował nieprzerwanie przez kilka godzin, aż do świtu, nie zatrzymując się nawet na posiłek – przywykł do jedzenia w marszu. Skupił się na dotarciu do rzeki, w której chciał zasilić będące już na wyczerpaniu zapasy wody. Oceniał, że przejście przez dolinę zajmie mu nie więcej niż siedem, osiem dni. Jeśli będzie oszczędzał prowiant i utrzymywał szybkie tempo, uzupełnienie zapasów stanie się konieczne mniej więcej po przebyciu połowy drogi.

Postawił stopy na spalonej ziemi doliny niecałą godzinę po wschodzie słońca i postanowił poszukać miejsca, w którym mógłby odpocząć, odkładając dotarcie do rzeki na następną noc. Wolał spać w dzień i iść w nocy; czuł się wtedy bezpiecznie. Położył sobie pod głową worek podróżny, na udach – wyciągnięty z pochwy miecz („Dlaczego nie zabrałem kogoś ze sobą? Moglibyśmy teraz na zmianę trzymać wartę.”) i zasnął, gdy tylko zamknął oczy.

Śnił mu się dom, jaki pamiętał ze swojego dzieciństwa. Matka i ojciec siedzieli przy stole, jedząc i śmiejąc się, a on, razem z siostrą, karmił pod stołem psy resztkami mięsa. Błazen żonglował pustymi kielichami, dzwonki na jego czapce dźwięczały. Nagle obraz zmienił się – siedział w bibliotece ze swoją żoną, która opierała głowę na jego ramieniu; przed sobą miał otwartą książkę. Przeczytał głośno pierwsze słowa, na które padł jego wzrok – „rozdzielą nas i już się nie odnajdziemy”. Ruelei wzdrygnęła się, a on poczuł coś, co sprawiło, że popatrzył w dół, na swój brzuch, i zobaczył olbrzymią plamę krwi.

Obudził się nagle, zerwał się na równe nogi, przygotowany do walki, ale dolina była pusta i cicha. Powoli zapadał zmrok, a smoki wciąż krążyły po niebie, lecz tym razem w ciszy. Otrząsnął się, schował miecz do pochwy, zjadł kilka kawałków suszonego mięsa, wypił łyk wody i ruszył w dalszą drogę, w stronę rzeki.

W miarę zbliżania się do niej zdał sobie sprawę z tego, że w wodą jest coś nie tak. Była zielonkawa, nieprzezroczysta, cuchnęła zgnilizną. Ze zrezygnowaniem założył, że była zatruta, a w każdym razie nie nadawała się do picia. Wiedział, że znalazł się w beznadziejnej sytuacji – w jego bukłaku nie zostało już prawie nic, a miał przed sobą jeszcze kilka dni marszu, zanim trafi do Yezy, która już majaczyła na horyzoncie – za bardzo jednak obawiał się, że ta dziwna woda może go zabić, żeby zaryzykować i napić się. Noc była zimna, więc przynajmniej nie potrzebował ochłodzenia, choć jego język zaczynał się już robić nieprzyjemnie suchy, a mięśnie nóg pobolewały od ciągłego marszu. Mimo tego czuł, że da radę jeszcze długo iść.

Przystanął na moment, żeby lepiej przyjrzeć się rzece, ale wyglądała zbyt niepokojąco, zbyt nienaturalnie. Przeklął cicho i ruszył dalej, narzucając sobie szybkie tempo, żałując, że musiał zabić swojego konia. Gdyby podróżował wierzchem, mógłby zaryzykować nawet zajeżdżenie zwierzęcia i zmusić je do cwału, byleby jak najszybciej opuścić dolinę. Nie był w żaden sposób przywiązany do tego konia, nie odczułby najmniejszych nawet wyrzutów sumienia, gdyby śmierć wierzchowca przyczyniła się do ocalenia jego własnego życia. Wszystko, żeby wydostać się z tego przeklętego miejsca. Sydor po raz kolejny zaczął się zastanawiać, czy nie podjął błędnej decyzji, wybierając tę drogę. Początkowo chciał okrążyć dolinę, w górach mógłby znaleźć schronienie, źródło wody, zwierzęta, na które potrafił polować. Na pustkowiu oprócz suchych traw nie rosły żadne rośliny, nie natknął się też do tej pory na żywe stworzenia (za wyjątkiem smoków, które niestrudzenie krążyły po niebie, jakby były gotowe w każdej chwili zanurkować w dół, chwycić go w swoje szpony, rozerwać na strzępy), a jedyna rzeka, do jakiej udało mu się dotrzeć, była najwyraźniej zatruta. Z drugiej strony dolina kusiła o wiele krótszą drogą, a jeśli Sydor o czymś marzył, to tylko o jak najszybszym powrocie do domu. Pomyślał, że zatrucie rzeki mogło być sprawką jednego ze stronnictw w czasie wojny, desperacką próbą osłabienia wroga zanim jeszcze dojdzie do bitwy. Nikogo przecież nie obchodziło, że mogło to doprowadzić do śmierci jakiegoś samotnego, wyczerpanego wędrowca.

Pogrążony w myślach Sydor maszerował, starając się nie zważać na coraz mocnej doskwierające pragnienie, a potem także i głód, gdy skończyło mu się nawet twarde mięso, które musiał przez dłuższą chwilę żuć, żeby dało się je przełknąć. Tak minęły mu kolejne trzy dni i trzy noce, przerywane jedynie niespokojnym snem z coraz gorszymi koszmarami, w których raz po razie umierał, czy to we własnym łóżku, w lesie, czy w obcym, ciemnym pomieszczeniu. Pod koniec czwartej nocy wędrówki zaczął majaczyć. Wydawało się mu, że widzi swoją siostrę, jeszcze młodą i zdrową, zanim umarła na chorobę płuc. Uśmiechała się do niego i machała, jakby zachęcając do dalszego marszu, ale gdy chciał do niej podbiec, chwycić ją za rękę, jej sylwetka rozmywała się we mgle. Szedł dalej, usilnie próbując myśleć o synu, o tym, że wkrótce wrócą razem do domu, że będzie mógł kupić dwa konie za bezużyteczne w dolinie złote i srebrne monety ciążące mu w kieszeniach i galopować do uraty tchu, że gdy będą wracali, jego żona, jego słodka Ruelei, wyjdzie im na spotkanie… Ale nie, przecież ona nie żyje. Czy może jednak? Nie był już tego pewien. Wyrzucał sobie, że był taki lekkomyślny, taki głupi, dlaczego uparł się na samotną podróż? Dlaczego, skoro nigdy wcześniej nie oddalał się tak bardzo od swojego domu? Czy aż tak było mu spieszno, żeby zobaczyć, kim stał się jego syn po tych czterech latach rozłąki? Bał się, tak bardzo się bał, że chłopiec będzie zupełnie obcym dla niego człowiekiem. Uświadomił sobie, że nie może przywołać z pamięci jego twarzy. Przed oczami zaczęły mu latać czerwone i żółte plamy, jakby małe, szydercze słońca, ale nie przestawał iść, dopóki nie potknął się, przewrócił i uderzył ciężko całym ciałem o spaloną ziemię, tracąc przytomność.

 

Tym razem we śnie przyszła do niego żona. Mówiła coś łagodnym głosem, ale nie rozumiał słów. Dotykała jego twarzy gładkimi, delikatnymi dłońmi, a on wreszcie poczuł się bezpieczny, spokojny. Wydawało mu się, że o coś go prosi, ale wciąż mówiła w obcym języku. Odgarnęła z twarzy białe włosy, włosy o niepokojąco innym kolorze od tego, który zapamiętał, ale to przecież była jego żona, na pewno. Dlaczego w jej twarzy był nieznany mu, dziki wyraz? Wyglądała obco, a jednocześnie wciąż był pewien, że to była jego Ruelei. Chciał chwycić ją za ręce i obiecać, że zrobi wszystko, czego tylko zapragnie, ale ona zniknęła, gwałtownie, jakby w wybuchu ognia.

Pojawiły się nowe odczucia, nowe bodźce. Sydor najpierw poczuł suchość w ustach, potem pulsujący nieznośnie ból w skroniach. Poruszył na próbę palcami u rąk i nóg, ale nie odważył się otwierać oczu.

Próbował sobie przypomnieć, co właściwie się stało, ale nic to nie dało, marsz przez dolinę rozmył się w jego wspomnieniach. Skupił się na rozróżnianiu dźwięków dobiegających z otoczenia. Słyszał trzaski, jakby ktoś dorzucał drewna do ogniska i natychmiast, jakby ten bodziec uruchomił kolejny zmysł, poczuł zapach piekącego się mięsa, który sprawił, że ślina napłynęła mu do ust. Słyszał ludzkie głosy, wiele ludzkich głosów, ale było ich za dużo, żeby zdołał rozróżnić pojedyncze słowa. Wydawało mu się, że gdzieś na granicy zasięgu jego słuchu parskały i tupały konie. Najbardziej wyraźnym odgłosem, jaki do niego docierał, był głośny, radosny śmiech dwojga ludzi, chyba kobiety i mężczyzny.

Otworzył oczy. Wokół panowała ciemność i potrzebował dłuższej chwili, żeby dostrzec w niej chociaż niewyraźne kształty. Leżał na miękkiej skórze w namiocie o kilku ścianach różnej długości, nieregularnym, jakby stawianym w wielkim pośpiechu. Nie dostrzegł w nim żadnych przedmiotów oprócz jego własnego worka podróżnego – chyba, bo w mroku wszystko było niewyraźne – rzuconego niedbale w kąt. W namiocie nie było nikogo oprócz niego, więc ostrożnie usiadł, wspierając się na dłoniach, krzywiąc się z bólu. Jego głowa nieprzyjemnie pulsowała, a gdy jej dotknął, poczuł pod palcami zaschniętą krew. Musiał w coś uderzyć podczas upadku. Wraz z tą myślą pojawił się piekący wstyd, bo przecież zawiódł jak nigdy wcześniej. Był głupcem, naiwnym głupcem, a teraz najprawdopodobniej stracił wszelkie szanse na odzyskanie syna. No i pozostawała jeszcze jedna kwestia, której Sydor zupełnie nie mógł zrozumieć. Kto go uratował? Gdyby nie czyjaś pomoc, najprawdopodobniej byłby teraz martwy, a przecież nie liczył, nie mógł liczyć na niczyją pomoc na tym cholernym pustkowiu. A jednak byli tam jacyś ludzie, którzy zabrali go ze sobą, ocalili przed śmiercią. Dlaczego? Jaki mogli mieć w tym cel? Przecież nie był nikim ważnym, nie uzyskaliby za niego zbyt wielkiego, może nawet żadnego okupu, ale czy mogli o tym wiedzieć? Przypomniał sobie o koczownikach i zadrżał mimowolnie. Ci ludzie, jeśli to oni go uratowali, nie mogli mieć wobec niego dobrych zamiarów, na pewno był dla nich tylko bezimiennym południowcem, kimś obcym, zagrożeniem. Czego mogli od niego chcieć? Nie znał ich języka, jak miałby się z nimi porozumieć? Jak miałby błagać, żeby pozwolili mu odejść? Może chcą go zabić, złożyć w ofierze jakiemuś swojemu bogu, może upiec nad ogniem i zjeść? Bez względu na to, jakie możliwości przychodziły mu do głowy, przyszłość rysowała się zdecydowanie ponuro. „Wszystko jedno, niech się dzieje, co chce, pomyślał, zrezygnowany. Byle szybko.”

Co czuje człowiek, gdy umiera? Sydor właściwie pogodził się z myślą, że wkrótce umrze, bo i dlaczego koczownicy mieliby okazać mu łaskę? Uderzył go paniczny strach przed bólem i jego serce zaczęło bić tak szybko, że aż przycisnął ręce do piersi i spróbował się uspokoić, biorąc kilka głębokich oddechów. Skarcił się w myślach za tę reakcję, chociaż był świadom tego, że nigdy nie był odważny. To jego siostra była tą dzielną, ale jego siostra nie żyła. Birgitta nigdy by tak nie panikowała jak on w tym momencie, nie, ona by wyszła z namiotu i stawiła czoła losowi z tym swoim uroczym, ale i groźnym uśmiechem i wesołym błyskiem w oku, który zgasł dopiero w chwili jej śmierci. Pomyślał, że tak właśnie powinien zrobić, że bezczynne czekanie na nic się nie zda.

Ktoś odpiął mu od pasa pochwę z mieczem; gdy zdał sobie z tego sprawę, poczuł się niemal nagi. Nawet sztylet z cholewy buta gdzieś zniknął, był bezbronny. Prawdę mówiąc, nie był biegły walce na miecze, ale zimne, stalowe ostrze dodawało mu nieco otuchy. Kto wie, jaką bronią posługują się dzicy? Być może udałoby mu się ich utrzymać na dystans przez jakiś czas, gdyby tylko miał miecz, może to dałoby mu szansę na ucieczkę. Dostrzegł swój łuk i kołczan ze strzałami leżący tuż obok worka (dlaczego go nie zabrali?), ale była to wyjątkowo niepraktyczna broń w bliskim starciu. Pomyślał o swoim synu i o tym, jak niewielkie ma szanse na zabranie go do domu. Czy Bolat Kadyrow zaniepokoi się, gdy nie powrócą? Czy wyśle kogoś, by ich odnalazł? Nie przewidział takiej możliwości; był zbyt pewny, że mu się uda, samemu, bez niczyjej pomocy.

Jedyną szansę widział w zabraniu swoich rzeczy, wymknięciu się po cichu z namiotu i szaleńczym biegu tak długo, dopóki nie opuszczą go siły, dopóki nie znajdzie bezpiecznej kryjówki. Pragnienie nie było już tak dotkliwe jak przed upadkiem, jakby ktoś cierpliwie zwilżał jego wargi mokrym materiałem, gdy był nieprzytomny. Krew pulsowała mu w skroniach. Musi uciekać najdalej, jak tylko zdoła. Miał nadzieję, że dzicy nie odeszli daleko od miejsca jego upadku, bo inaczej straci orientację na pustkowiu. Liczył na to, że nie jest przez nikogo pilnowany i dzięki temu uda mu się uciec.

Naciągnął kaptur płaszcza na oczy, ostrożnie stawiając stopy przeszedł przez namiot i chwycił swoje rzeczy. Nałożył strzałę na cięciwę, na wypadek, gdyby ktoś go zauważył, chociaż nie liczył na to, że łuk dałby mu jakąkolwiek przewagę. Zbliżył się do jednej ze ścian namiotu i nasłuchiwał przez chwilę, ale żaden dźwięk go nie zaniepokoił, więc ostrożnie odsunął szorstki materiał i wyślizgnął się na zewnątrz.

Uderzył go powiew chłodnego, nocnego powietrza; wyprostował się, obserwując otoczenie. Znajdował się w środku obozowiska złożonego z kilkunastu namiotów. Zobaczył też, że niedaleko od niego wciąż płonie ognisko, choć niebo zaczynało już jaśnieć, zbliżał się świt. Ostrożnie odwrócił się od ognia i chciał rzucić się do biegu, ale tuż przed nim wyrosła nagle, jakby spod ziemi, kobieca postać trzymająca w ręce zakrzywiony nóż wycelowany prosto w pierś Sydora.

Dzika cmoknęła z zadowoleniem, wyszczerzając zęby w szczerbatym uśmiechu. Podróżnik przyjrzał się jej dokładniej, wiedząc, że zanim zdążyłby podnieść łuk, zdążyłaby pchnąć go ostrzem. Była wysoka, wyższa od niego, ale bardzo chuda, ubrana tylko w przepaskę na biodrach i kawałek materiału osłaniający jej piersi. Twarz o ostrych i niespecjalnie urodziwych rysach otaczała burza skołtunionych, ciemnych włosów; jej skóra miała oliwkowy, niezdrowy odcień.

Warknęła coś do Sydora, ale nie znał języka, którym się posługiwała. Wskazała ostrzem noża na łuk, który wciąż kurczowo trzymał i wykonała gest sugerujący, że chce, żeby podróżnik go wyrzucił, co też zrobił. Był gotowy do ucieczki, czuł, jak napinają się jego mięśnie, ale nie mógł się poruszyć. Kolejnym gestem kobieta nakazała podróżnikowi się odwrócić i, przyciskając mu do gardła nóż trzymany w prawej ręce, a lewą ściskając go za ramię, poprowadziła go między namiotami w stronę ogniska.

– Uciekać, ja zabija – wysyczała mu do ucha; ze zrozumieniem tego nie miał najmniejszego problemu.

Gdy dotarli do przygasającego już ognia, kobieta pchnęła podróżnika do przodu i krzyknęła coś zachrypniętym głosem. Sydor zachwiał się, ale nie upadł; wycofał się kilka kroków, trzymając przed sobą ręce wyciągnięte w obronnym geście. Mężczyźni i kobiety, którzy spali dookoła ognia obudzili się na krzyk dzikiej. Było ich piętnaścioro, niektórzy zupełnie nadzy, inni ubrani równie skąpo jak koczowniczka, która przyprowadziła podróżnika Większość skoczyła na równe nogi, zaczęli się wzajemnie przekrzykiwać, wymachując rękami. Kobieta, która stała najbliżej podróżnika, miękkim ruchem pchnęła go na skóry, na których wcześniej leżała, ale dzika z nożem stanowczo szarpnęła ją za ramię i odsunęła od Sydora, który właśnie próbował się podnieść. Wstrząs pogorszył ból w jego skroniach. Był zbyt oszołomiony, by się bronić, gdy pochwyciło go kilku koczowników, którzy następnie związali mu ręce i nogi i zostawili pod strażą potężnego, łysego mężczyzny o ciele pokrytym bliznami. Nomadzi kłócili się między sobą przez chwilę, która dla podróżnika zdawała się być wiecznością, aż wreszcie donośny krzyk, jakby rozkaz, sprawił, że umilkli i zamarli w bezruchu.

Kobieta, która krzyknęła, wyglądała najbardziej dostojnie ze wszystkich. Okryła się tygrysią skórą, lecz pod nią była naga; jej piersi falowały, gdy lekko przeszła między ludźmi i pochyliła się nad Sydorem. W świetle ognia wyraźnie ujrzał jej przystojną, lecz surową twarz, nierówne zęby i krótkie, białe włosy.

– Idziesz ze mną – powiedziała bez śladu obcego akcentu, a potem dodała coś w języku dzikich, na co łysy mężczyzna podniósł podróżnika i rozciął sznury krępujące mu kostki.

Ostre szarpnięcie mężczyzny wyzwoliło w Sydorze ukrytą gdzieś głęboko wolę walki. Gdy tylko poczuł, że ma wolne nogi kopnął swojego przeciwnika w krocze, potem niewprawnie uderzył skrępowanymi dłońmi jednego ze zbliżających się dzikich i już chciał uciekać, wykorzystując krótki moment dezorientacji, ale zanim zdążył zrobić choć jeden krok, kilkanaście rąk pochwyciło go, przewróciło twarzą w dół, na ziemię. Piach zazgrzytał mu między zębami.

– Palec – usłyszał głos białowłosej kobiety. Ktoś rozciął pozostałe więzy, wykręcił mu lewą rękę do tyłu i przytrzymał z olbrzymią siłą. Poczuł bolesny nacisk w kręgosłupie, gdy jeden z dzikich przycisnął go do ziemi kolanem. Zanim uświadomił sobie, co się dzieje, usłyszał świst i ból eksplodował w jego dłoni, tam, gdzie jeszcze kilka sekund temu miał mały palec. Wrzasnął tak, jak jeszcze nigdy nie wrzeszczał, ból odebrał mu zdolność jasnego myślenia. Poddał się. Oczy zaszły mu łzami, gdy próbował się opanować i przestać krzyczeć. Przygryzł sobie język i mimowolnie splunął śliną pomieszaną z piachem i krwią. Zamrugał kilkakrotnie, próbując pozbyć się z oczu upokarzającej wilgoci. Stał się kłębkiem bólu, upokorzoną istotą.

Sydor znów został brutalnie postawiony na nogi i pchnięty do przodu. Czyjeś silne dłonie, dłonie ze wszystkimi palcami, poprowadziły go za beztrosko stąpającą białowłosą kobietą w głąb obozowiska, do jednego z namiotów. Gdy wreszcie stanęli, dzika odprawiła swojego współplemieńca niedbałym machnięciem ręki. Zrzuciła z siebie skórę i odwróciła się do podróżnika, zupełnie naga. Dopiero teraz zobaczył, że wcale nie była tak przystojna, jaką wydała mu się w pierwszej chwili. Była wyjątkowo jak na kobietę umięśniona, miała śniadą skórę, ale najbardziej dziwne, wręcz niepokojące, były jej białe włosy – nie siwe, ale białe jak mleko. Pomyślałby, że była albinoską, gdyby nie jej duże, złote oczy i ciemna skóra. Przyciskając do piersi okaleczoną, zakrwawioną rękę, podróżnik odsunął się nieco, odwracając wzrok od nagiego ciała kobiety, wciąż oszołomiony bólem. Wyraźnie ją to rozbawiło, bo zaśmiała się ostrym śmiechem, w którym nie było radości.

– Dlaczego się mnie wstydzisz? – zapytała, podchodząc do Sydora. Ujęła jego podbródek w dłoń i łagodnie obróciła, zbliżając swoją twarz do jego twarzy. Wzdrygnął się mimowolnie. – Od teraz będziesz mój, musisz się przyzwyczaić do takiego widoku. Nie lubię, jak coś mnie krępuje.

Znów się zaśmiała. Sydor oceniał swoje szanse. Mógłby ją zabić, udusić (co na pewno spowodowałoby prawdziwą agonię w okaleczonej dłoni, ale to nic, przetrwałby to), przecież była zupełnie bezbronna, mógłby ją udusić i uciec, to tylko kobieta, może tym razem by mu się udało, a nawet jeśli nie, to wolałby umrzeć, niż być zniewolonym przez tych ludzi. Nie było czasu na wahania. Chciał już zacisnąć swoje zakrwawione palce na jej szczupłej, długiej szyi, jego ręce drgnęły, ale ona tylko się uśmiechnęła, odsłaniając zęby.

– Nie myślisz chyba o zrobieniu czegoś głupiego? Przed namiotem stoi czterech uzbrojonych strażników. Jeśli coś ich zaniepokoi, nawet za długa cisza, zabiją cię. Znają się na zabijaniu i sprawianiu bólu.

Przełknął ślinę. Z pewnością było dokładnie tak, jak mówiła; gdy przyjrzał się dokładniej, zobaczył zarysy ludzkich sylwetek prześwitujące przez materiał namiotu.

– Skąd wiesz, że chciałem coś zrobić? – odważył się zapytać nieco drżącym głosem.

– Czyli przyznajesz się, że chciałeś?

Znowu śmiech, tym razem głośniejszy, wibrujący. Klasnęła w dłonie; po krótkiej chwili do namiotu weszło dwóch mężczyzn, niosących balię z parującą wodą. Postawili ją na ziemi, ukłonili się nisko i wyszli.

– Ja jestem Yvanna, a ty jesteś moim niewolnikiem. Jutro wypalimy ci piętno na policzku, ale dzisiaj będziesz jeszcze nieskalany. Och, oczywiście – uśmiechnęła się, – musisz spełniać wszystkie moje rozkazy i nawet nie próbuj czegoś, czego mógłbyś potem żałować. A teraz mnie umyjesz – dodała, wchodząc do balii. – Potem ja pozwolę się umyć tobie, bo okropnie śmierdzisz, ale to jedyny raz. Niewolnicy nie powinni kąpać się w tej samej balii, co ich właściciele. A jak już oboje będziemy czyści, zastanowię się, na co mam ochotę.

 

Następnego dnia koczownicy wypalili Sydorowi na lewym policzku okrągłe niewolnicze piętno. Dwóch mężczyzn przytrzymywało go za ręce, ale nawet nie próbował się wyrywać. Wypchnął ból gdzieś poza granice świadomości, pogodził się ze swoim losem. Od razu po tej operacji dzicy skuli mu nogi prymitywnym łańcuchem, na tyle ciasno, żeby nie mógł biec. Ogniwa były zardzewiałe i poplamione czymś, co wyglądało jak zaschnięta krew, ale wciąż trzymały mocno. Łańcuch z początku ciążył Sydorowi okropnie, lecz po kilku dniach przestał zwracać uwagę na grzechotanie, które towarzyszyło każdemu jego krokowi. Po pierwszych godzinach spędzonych w namiocie Yvanny wycofał się w głąb siebie, odgradzając się od innych ludzi, od swojej obecnej sytuacji, od wszystkich tych piekących, wstydliwych myśli. Jego ruchy stały się powolne, machinalne. Jedna z dzikich kobiet opatrzyła mu rękę i rana goiła się dobrze, ale i tak, gdy tylko mógł, bezwiednie przyciskał okaleczoną dłoń do piersi. Dzicy przemieszczali się z miejsca na miejsce co kilka dni, musiał więc stale pracować, składać namioty, dźwigać na plecach rzeczy Yvanny, pomagać przy rozkładaniu nowego obozowiska, nosić wodę z ukrytych pod ziemią studni, czyścić i ostrzyć broń… Gdy zapadał zmierzch, był tak zmęczony, że chciał tylko się położyć i zamknąć oczy, zapomnieć o tym, gdzie jest i kim się stał, nie pozwalano mu jednak na to. Nocami był potrzebny Yvannie równie bardzo jak za dnia, choć wcale nie chciał jej oglądać, dotykać, całować. Gdy jednak spróbował odmówić, chwyciła bicz i wymierzyła mu kilka mocnych razów, po których stracił na chwilę przytomność. Gdy się ocknął, był już całkowicie uległy. Nie zapominał jednak, choć czasem myślał, że wolałby zapomnieć, że kiedyś – chyba w innym wcieleniu, przecież odkąd pamiętał, był niewolnikiem białowłosej Yvanny w skórze tygrysa, Yvanny o złotych oczach i okrutnych dłoniach – miał syna, którego mu odebrano i którego zawiódł.

Minął może tydzień, może miesiąc, może rok, a może całe stulecie, gdy Sydor zaczął się budzić z odrętwienia. Na początku miał jedynie przebłyski świadomości, jednak były one za krótkie, żeby mógł podjąć wtedy jakiekolwiek działanie. Pobyt wśród koczowników sprawił, że stał się fizycznie silniejszy, bardziej wytrzymały, ale także i dzikszy. Mało mówił i mało myślał, tylko czasem wzbierała w nim dziwna, paląca nienawiść do ludzi, którzy go otaczali. Chciał wtedy ich wszystkich pozabijać, odrąbać im dłonie i stopy, spalić ich ciała i zatańczyć dookoła ognia. Gdy patrzył, jak Yvanna mruży w rozkoszy oczy i uśmiecha się do niego, miał ochotę rozszarpać jej gardło i uciekać, najdalej jak tylko zdoła w żałosnej karykaturze biegu, do której mógł zmusić swoje skute łańcuchami nogi, potykając się i przewracając, czołgając się i wstając ponownie, wreszcie wolny. Był jednak świadom tego, że musi mieć plan, plan i broń, którą wywalczy sobie wolność. Nie był pewien, co mógłby zrobić, jak doprowadzić do swojego uwolnienia, nie myślał o tym. Miał przed oczami jeden cel – być znowu wolnym człowiekiem i tego celu trzymał się kurczowo, ten cel go napędzał, dawał mu siły do przetrwania kolejnych dni i nocy.

 

Sydor nigdy nie dowiedział się, dlaczego tak się stało. Wracał właśnie od studni, dźwigając wiadra z wodą, gdy usłyszał krzyki dobiegające od obozowiska. Dzicy, którzy mu towarzyszyli, bliźnięta Saarinen i Sakkari, od razu rzucili się biegiem, zupełnie nie zwracając na niego uwagi. Machinalnie poszedł za nimi, tak szybko, jak tylko pozwalały mu na to spętane nogi, ale wtedy uderzyła go myśl, że lepszej szansy już mieć nie będzie, że musi uciekać najszybciej jak tylko zdoła, w góry, gdzie nikt go nie znajdzie. W tym momencie usłyszał ogłuszający ryk i zobaczył słup ognia wybuchający w miejscu, gdzie wcześniej było obozowisko; chwilę potem ziemia zatrzęsła się i skrzydlaty kształt wzbił się z niebo z głośnym piskiem.

Podróżnik nie mógł uwierzyć w to, co widział. Powoli, kołyszącym krokiem, zbliżał się do obozowiska. Chciał zobaczyć śmierć ludzi, którzy go zniewolili, jeśli naprawdę umierali.

Namioty płonęły, koczownicy zamienili się w żywe pochodnie, ale pochodnie przecież nie wrzeszczą z bólu tak rozdzierająco, tak dramatycznie. Odór spalonego ciała był na tyle silny, że poczuł mdłości. Patrzył, oniemiały, gdy jedna z płonących postaci wybiegła poza granicę obozowiska, kierując się ku niemu, z ogarniętymi płomieniami rękoma wyciągniętymi przed siebie. Rozpoznał te ręce, choć skóra na nich była już doszczętnie spalona. Rozpoznał łysą teraz głowę, wykrzywione w agonalnym grymasie resztki ust i coś, co kiedyś było złotymi oczami.

– Ty! – wykrzyczała Yvanna chrapliwym głosem. Upadła na kolana, a potem twarzą do ziemi, jej ciałem wstrząsnęły drgawki i skonała z jedną ręką wyciągniętą w stronę podróżnika.

Smok, który chwilę wcześniej zawisł w powietrzu, zniżył lot i wylądował na ziemi, tuż przed stopami Sydora. Mężczyzna cofnął się odruchowo, potknął się i przewrócił na plecy, z przerażeniem patrząc na skrzydlatą bestię. Była olbrzymia; płomienie złowieszczo migotały w jej zielonych łuskach. Smok pochylił kształtną głowę i spojrzał podróżnikowi prosto w oczy swoimi jadowicie żółtymi ślepiami. Powoli, jakby z namysłem, otworzył paszczę, z której wydobył się wąski strumień ognia skierowany na pętające kostki Sydora łańcuchy. Metal stopił się, boleśnie parząc nogi wędrowca, więc gwałtownie szarpnął nimi na boki, zrzucając kajdany i już był wolny, mógł uciekać. Smok odbił się mocno od ziemi i odleciał, dołączając do swojego szybującego w przestworzach towarzysza, przywołując go ostrymi wrzaskami.

Obie bestie na niebie zaczęły kołować coraz bliżej siebie, wciąż głośno piszcząc, jakby triumfowały. Sydor odkopał na bok resztki łańcuchów, roztarł obolałe kostki i wstał, krzywiąc się mimowolnie. Rozejrzał się dookoła, szukając majaczącego w oddali zarysu zamku – dlaczego zamku? – i był tam, był tak blisko, że chciał od razu zerwać się do biegu i nie zatrzymywać się, dopóki nie dotrze do celu. Ruszył jednak spokojnym krokiem, starając się przypomnieć sobie kim był, co chciał zrobić, dlaczego tak gorączkowo myślał o ucieczce. Wszystkie wspomnienia, które zatarły się podczas niewoli, zalały go niemal orzeźwiającą falą, powróciła zdolność jasnego myślenia, zniknęło otępienie. Zabierze swojego syna i wrócą razem do domu, wreszcie do domu.

 

Powtarzał to sobie przez cały czas, nawet gdy przystawał na chwilę, by gołymi rękami odkopać ukrytą w ziemi studnię, unieść pokrywę, wydobyć pełne wiadro i napić się kilka łyków cudownie zimnej wody. Powtarzał sobie to również wtedy, kiedy załomotał do bram zamku.

– Nie potrzebujemy tu żebraków – powiedział znudzony strażnik, wyglądając przez małe okienko.

– Jestem Sydor-z-Przeprawy i przyszedłem tu po swojego syna.

Okienko zatrzasnęło się i podróżnik usłyszał, że strażnik gdzieś odchodzi. Po kilkunastu minutach brama otworzyła się i dwóch mężczyzn w bogato zdobionych zbrojach, z dłońmi opartymi na rękojeściach mieczy, poprowadziło Sydora przez dziedziniec, po schodach, przez korytarz, do wielkiej sali, u szczytu której stały dwa proste, kamienne trony. Na jednym z nich siedział lord Alarran, siwowłosy mężczyzna o niedźwiedziej posturze, a na drugim jego drobna, brzydka żona. U stóp lorda leżała cętkowana pantera, machając od niechcenia ogonem. Z prawej strony tronów stał gruby mężczyzna o nieprzyjemnym wyrazie twarzy, ubrany w kolorowe jedwabie, z lewej zaś – rycerz w zbroi, opierający się na mieczu. Obaj wpatrywali się uważnie w twarz Sydora. Po plecach przebiegły mu ciarki.

Podróżnik uklęknął na jedno kolano, uświadamiając sobie, jak niedorzecznie musi wyglądać z niewolniczym piętnem na twarzy, bez jednego palca, ubrany tylko w brudną przepaskę na biodrach, cały pokryty pyłem i kurzem. Czy go poznają?

– Wstań, Sydorze, przyjacielu – powiedział lord Alarran. Wędrowiec podniósł się powoli, uważnie omiatając wzrokiem salę. Wzdłuż ścian ustawieni byli strażnicy, naliczył ich przynajmniej trzydziestu. – Powiedziano mi, że przyszedłeś tu zobaczyć swojego syna.

– Nie zobaczyć, ale zabrać do go domu – powiedział cicho podróżnik. Lord skinął na jednego ze strażników.

– Przyprowadź chłopca.

Mężczyzna ukłonił się nisko i odmaszerował.

– Zabieram go do domu – powtórzył Sydor nieco bardziej stanowczo. Nagle uderzył go strach, że Alarran może nie zechcieć oddać mu syna, a on nie będzie mógł nic z tym zrobić.

– Jesteś pewny, że ten chłopiec zechce pójść z kimś, kto podaje się za jego ojca, ale wygląda jak brudny, zapchlony niewolnik? Tutaj niczego mu nie brakuje.

– Oddaj mi mojego syna.  

– Oto i on – lord wskazał ręką na chłopca, który w tej chwili został wprowadzony do sali.

Z początku podróżnikowi wydawało się, że przyprowadzili mu jakieś obce dziecko, ale gdy przyjrzał się uważnie, zobaczył, że to jego syn, tylko zupełnie odmieniony. Był bardzo bogato ubrany, trzymał w ręce turniejowy miecz, najwyraźniej został właśnie oderwany od ćwiczeń. Dorósł i zmężniał, wyglądał poważniej niż na swoje czternaście lat. Zapuścił długie do ramion włosy, ale jego policzki wciąż były gładkie, a w oczach igrały wesołe ogniki. Coś w sercu podróżnika drgnęło; wreszcie zobaczył swojego syna, już nie chłopca, ale młodego mężczyznę. Teraz nadrobią stracone lata, zabierze go do domu, nikt ich nie rozdzieli. Osiągnął dopiero półmetek swojej podróży, ale odtąd będzie już tylko łatwiej. Będą razem, przecież niczego innego nie pragnął.

– Panie – powiedział chłopiec, kłaniając się lordowi Alarranowi lekko, ale z szacunkiem.

– Przybył twój ojciec, żeby zabrać cię do domu, Nassirze.

Ramiona podróżnika drgnęły, jakby chciał wyciągnąć ręce do syna, ale powstrzymał się.

– Mój ojciec? A-ale jutro Jalian miał mnie zabrać na polowanie, no a przecież mój ojciec mnie oddał, więc dlaczego teraz przyszedł?

Sydor poczuł bolesny ucisk w gardle.

– Wszystko ci wyjaśnię, tylko chodźmy już do domu. To nie jest miejsce ani dla ciebie, ani dla mnie – niemal krzyknął, teraz już nie mogąc się powstrzymać przed podejściem do syna, ale zanim do niego dotarł, strażnicy zagrodzili mu drogę.

– Jesteś teraz w moim domu i będziemy dyskutować na moich zasadach – odezwał się lord ze swojego tronu. Jego żona poruszyła się niespokojnie, patrząc uważnie to na strudzonego podróżnika, to na przystojnego chłopca, który był jego synem.

– Możesz zostać z chłopcem, jeśli chcesz – ciągnął dalej lord z dziwnym błyskiem w oczach – ale nie pozwolę wam odejść. Przeprawa i tak jest już moja. Twój zarządca zdradził cię, gdy tylko dałem mu do tego okazję, a wy możecie mi się jeszcze przydać. Wybieraj – albo zostajesz tutaj z chłopcem, albo umierasz.

Podróżnikowi nagle zrobiło się zimno, okropnie zimno. Spodziewał się trudności, obawiał się drogi, bał się, że jego syn umarł, że on sam zginie, zanim się zobaczą, ale nie oszustwa. Przecież nie tak się umawiali! Nassir miał wrócić do domu, gdy wojna się skończy, jeśli Sydor pozostanie bezstronny. Nie złamał żadnego punktu tej umowy, więc Alarran, jeśli ma honor, też nie ma prawa tego robić!

Wezbrała w nim wściekłość, krew zawrzała w żyłach. Nie myślał o tym, co robi, gdy z przepełnionym żalem rykiem rzucił się na lorda, chciał go udusić, tak jak wcześniej… Kogo?

Sześciu strażników stanęło między podróżnikiem a lordem z wyciągniętymi mieczami, ale nie mogli go zatrzymać, nie tak łatwo. Stanął, a właściwie osunął się na kolana, dopiero gdy poczuł najpierw niepozwalający mu iść dalej opór gdzieś w brzuchu, a potem drętwe zimno, rozchodzące się po całym ciele. Spojrzał w dół wystarczająco szybko, by zobaczyć wysuwające się z trzewi ostrze i szybko rosnącą plamę krwi. Przycisnął dłonie do brzucha i podniósł wzrok. Lord skinął głową, uśmiechając się z dziwnym okrucieństwem. Coś przecięło powietrze ze świstem.

 

Przystojny chłopiec, wciąż kurczowo ściskając turniejowy miecz, patrzył z otwartymi ustami na głowę swojego ojca, która potoczyła się po posadzce, by zatrzymać się tuż przed jego stopami, wciąż z wyrazem niedowierzania w niewidzących oczach.

Koniec

Komentarze

Hmmm, doczytałam do pierwszej luki w tekście i nic mnie nie zainteresowało. No biją się, no stosują nieczyste zagrania, no latają smoki, no wędruje facet. Tekst, jakich wiele. Ale przynajmniej napisany poprawnie.

W ten sposób opuści dolinę przynajmniej milę bardziej na zachód niż planował, ale przynajmniej nie umrze z pragnienia.

Powtórzenie.

najbardziej prawdopodobnie => najprawdopodobniej

Babska logika rządzi!

Niby pomysł jest, ale tekst jakoś nie wciąga. Przeczytałam pierwszy akapit, znużył mnie i resztę tylko przejrzałam.

Przeczytałam z obowiązku. Opowiadanie dość monotonne, by nie powiedzieć, nudne. Przez połowę tekstu bohater przemierza dolinę i wspomina przeszłość. W drugiej części, nie wiadomo jak, dostaje się do niewoli, z której po jakimś czasie, nie wiadomo jak długim, wyzwala go smok. Dlaczego? Też nie wiadomo.  Jak dla mnie, to zdecydowanie za mało. :-(

Zdecydowanie nadużywasz zaimków, jest też sporo powtórzeń. :-(

Mam nadzieję, że lektura Twojego kolejnego opowiadania, dostarczy mi więcej przyjemności. ;-)

 

„W ten spo­sób opu­ści do­li­nę przy­naj­mniej milę bar­dziej na za­chód niż pla­no­wał, ale przy­naj­mniej nie umrze z pra­gnie­nia”. – Powtórzenie.

Proponuję: W ten spo­sób opu­ści do­li­nę co ­naj­mniej milę bar­dziej na za­chód niż pla­no­wał, ale za to nie umrze z pra­gnie­nia.

 

„Sydor do tej pory nie był pe­wien, co było bez­po­śred­nią przy­czy­ną kon­flik­tu”. – Powtórzenie.

Proponuję: Sydor do tej pory nie miał pe­wności, co było bez­po­śred­nią przy­czy­ną kon­flik­tu.

 

„Wziął głę­bo­ki od­dech i ru­szył wąską, stro­mą ścież­ką w dół”. – Oddech, to wdech i wydech. Nie można wziąć głębokiego oddechu.

Proponuję: Nabrał głę­bo­ko powietrza i ru­szył wąską, stro­mą ścież­ką w dół. Lub: Wziął głę­bo­ki wdech i ru­szył wąską, stro­mą ścież­ką w dół. Albo: Głęboko od­etchnął i ru­szył wąską, stro­mą ścież­ką w dół.

 

(„Dla­cze­go nie za­bra­łem kogoś ze sobą? Mo­gli­by­śmy teraz na zmia­nę trzy­mać wartę.”) – Jeśli to myśli Sydora, nawiasy są zbędne.

 

„…zdał sobie spra­wę z tego, że w wodą jest coś nie tak”. – Literówka.

 

„…spró­bo­wał się uspo­ko­ić, bio­rąc kilka głę­bo­kich od­de­chów”. – Jak wyżej.

 

„…był bez­bron­ny. Praw­dę mó­wiąc, nie był bie­gły walce na mie­cze…” – Powtórzenie.

 

„…jak ko­czow­nicz­ka, która przy­pro­wa­dzi­ła po­dróż­ni­ka Więk­szość sko­czy­ła na równe nogi…” – Brak kropki na końcu pierwszego zdania.

 

„Wstrząs po­gor­szył ból w jego skro­niach”. – Wolałabym: Wstrząs nasilił ból w skro­niach.

 

„Za­mru­gał kil­ka­krot­nie, pró­bu­jąc po­zbyć się z oczu upo­ka­rza­ją­cej wil­go­ci. Stał się kłęb­kiem bólu, upo­ko­rzo­ną isto­tą”. – Powtórzenie.

 

„Sydor od­ko­pał na bok reszt­ki łań­cu­chów…” – Czy resztki łańcuchów były zakopane? ;-)

„Sydor od­ko­pnął na bok reszt­ki łań­cu­chów…”

 

„Po kil­ku­na­stu mi­nu­tach brama otwo­rzy­ła się…” – A jakimiż to chronometrami, w tej krainie, w której smoki pod niebem latały, odliczano minuty? ;-)

 

„…do wiel­kiej sali, u szczy­tu któ­rej stały dwa pro­ste, ka­mien­ne trony”. – W którym miejscu znajduje się szczyt sali? ;-)

 

„Nagle ude­rzył go strach, że Alar­ran może nie ze­chcieć oddać mu syna…” – W jaki sposób uderza strach?

Może: Nagle poczuł strach, że Alar­ran może nie ze­chcieć oddać mu syna

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka