- Opowiadanie: Wilk który jest - Niebieski wiatr – czerwony wiatr

Niebieski wiatr – czerwony wiatr

Przed lekturą proponuję zaparzyć dobrą herbatę i usiąść wygodnie. ;-)

W środku cytuję: powieści Anatola France’a („Zbrodnia Sylwestra Bonnard”) i Alistair MacLeana („Komandosi z Nawarony”) oraz utwór punkrockowej kapeli Père-Lachaise, którego autorem jest Tomek „Tomczak” Marczak.

Od dawna trzech lat powstaje opowiadanie, które pod względem chronologicznym poprzedza tę historię. Będzie w nim więcej szczegółów dotyczących alpinizmu kosmicznego i kombinezonów wspinaczkowych. Żywię nadzieję, że pojawi się ono tutaj jeszcze tego lata.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Niebieski wiatr – czerwony wiatr

W podziemiach paryskiej siedziby Europejskiej Agencji Kosmicznej „Nova 1” panował przyjemny chłód. Piotr bez przeszkód przebrnął przez formalności w biurze przepustek. Następnie, dzięki użyciu otrzymanego identyfikatora, będącego kawałkiem plastiku ze zdjęciem i kodem QR, przekroczył automatycznie otwierające się bramki. Tuż za nimi, jego skromny bagaż i on sam, zostali prześwietleni przez rosłych młodzieńców z ochrony. Pani z portierni, miłym, acz bardzo stanowczym głosem kazała mu zaczekać na „hostessy”, które go zaprowadzą na miejsce. Plecak polecono mu zamknąć w przezroczystej skrytce z zamkiem szyfrowym. Wykonał to polecenie bez zbędnych uwag, wiedział, że Agencja posiada wyśrubowane standardy bezpieczeństwa.

Zabijając czas, przeglądał kolorowe fotografie zdobiące hol poziomu minus cztery. Uśmiechnął się z dumą, gdy odnalazł łaziki marsjańskie stworzone w XXI wieku na Uniwersytecie Białostockim. Drzwi windy otworzyły się i wyszły dwie dziewczyny mające może po dwadzieścia lat. Urody przeciętnej, ale za to uśmiechnięte szczerze, a nie sztucznie, jak wszyscy, których dotychczas spotkał w tym gmachu. Wsiedli do windy. Zjechali nią zaledwie poziom niżej. Na wprost były drzwi do sali konferencyjnej. Dziewczęta powiedziały, że to tu i ze śmiechem poszły zająć się innymi sprawami wynikającymi z programu ich stażu.

Piotr pomyślał, że sam by tu trafił bez najmniejszego trudu, więc, po co te ceregiele z żeńską asystą? Zapukał, nikt nie odpowiadał, więc nacisnął klamkę i wszedł. W krótkim korytarzu znajdował się mały stolik z kolorowymi czasopismami, wygaszony plazmowy wyświetlacz wysokiej rozdzielczości oraz trzy połączone ze sobą krzesła. Na środkowym siedział olbrzymi mężczyzna, w opiętej marynarce. Wyglądała tak jakby naprędce pożyczył ją od młodszego brata albo wyciągnął z szafy pamiątkę maturalnego balu. Miał około trzydziestki. Gładko ogolona twarz i głowa wskazywały albo na militarne „zacięcie” muskularnego olbrzyma, albo służbę w jakichś elitarnych oddziałach. Olbrzym siedział prosto, wzrok miał wpatrzony w ciemny ekran.

Piotr uśmiechnął się i powiedział wspólną mową:

– Dzień dobry! Pan również na zebranie?

Zamiast odpowiedzi siłacz skinął głową.

Piotr, który należał do ludzi rozmownych i – jak dotąd – nigdy niezapominających przysłowiowego języka w gębie, odebrał to milczenie ze smutkiem. Wszelkie nadzieje na miłą pogawędkę przed zebraniem upadły. Zajął miejsce po lewej ręce olbrzyma, bliżej drzwi wejściowych i zatopił się w myślach.

Jeszcze sześć godzin temu siedział sobie wśród bukowych lasów Pasma Klonowskiego w Górach Świętokrzyskich, w polskim oddziale Europejskiej Agencji Kosmicznej. Znajdował się on w pochodzącym jeszcze z XX wieku zespole budynków po Centrum Usług Satelitarnych. Wielkie anteny zdemontowano już dawno. Same zaś obiekty przebudowano, tworząc z nich kompleks, ciągnący się na wiele pięter w głąb ziemi. Pracował na poziomie „minus osiem”. Zajmował się w Agencji rekrutacjami i doradztwem w newralgicznej strefie doboru kadr do pracy przy eksploatacji odległych planet. Było to zajęcie elitarne i bardzo odpowiedzialne. Błędna decyzja przy rekrutacji nie dość, że mogła doprowadzić do załamania nerwowego operatora robotów, który nie wytrzymał trudów misji, ale również do wielomilionowych strat inwestora. Wysyłanie ludzi w Kosmos wciąż było zajęciem kosztownym (koszt wysłania i utrzymania człowieka na obrzeżach galaktyki był po prostu gigantyczny). Roboty nie mogły zaś pracować same. Zyski z eksploracji w sposób oczywisty musiały przewyższać poniesione wydatki. Takie kontrakty opiewały minimum na dwa lata. Dwa lata w samotności wśród robotów. Do tego kandydat musiał posiadać organizm pozwalający wytrzymać długie kosmiczne podróże i spełniać szereg innych warunków psychofizycznych, z odpowiednią masą ciała włącznie.

Praca Piotra była też wyjątkowo stresogenna. Odreagowywał w trakcie wspinaczki. Jego wejście i „cudowny” powrót z Kosmicznej Góry, której masyw piętrzył się na Czerwonej Planecie, zostały nawet odnotowane w środowisku ludzi zdobywających szczyty szczodrze wypełniające odległe światy. Dzięki temu znalazł sponsora, w postaci producenta kosmicznych kombinezonów wspinaczkowych. Pozwalało mu to ze spokojem planować kolejne ekspedycje, bez martwienia się o finanse.

Sześć godzin temu na biurku jego pokoju zadzwonił wewnętrzny telefon. Sekretarka szefa, nieoczekiwanie miłym głosem, zaprosiła go na pilne spotkanie. Na pierwszym piętrze nad ziemią klimatyzacja była wyłączona. Okna, szeroko otwarte, niosły łagodny szum powoli żółknących liści. Szef powitał go zdecydowanie serdeczniej niż zwykle. Po drugiej stronie biurka siedziało dwóch dżentelmenów, będących mniej więcej w wieku Piotra, czyli trzydziestu pięciu lat. Ubrani byli w ciemne garnitury z lekkiego materiału. Wyjątkowo często spoglądali na eleganckie zegarki, co podkreślało, że się spieszą.

Spotkali się w chwili, w której Piotr po raz kolejny w życiu miał dosyć swojego zajęcia i zastanawiał się właśnie, czy już wypisywać druczek urlopowy (była środa), czy bohatersko dotrwać do końca tygodnia i wziąć urlop od poniedziałku. Propozycja pilnej podróży do paryskiej centrali była wobec tego wyjątkowo kusząca. Poczuł smak dowartościowania, przygody i odprężenia. Urlopu zostało mu tylko dwa dni i to do końca roku. „Przydadzą się na później” – pomyślał z entuzjazmem. „Delegacja” czekała już na niego w sekretariacie, musiała zostać wystawiona, zanim przyszedł na zebranie. Widniał na niej podpis szefa, który w trakcie narady niczego nie podpisywał. Dostał godzinę na spakowanie najpotrzebniejszych rzeczy osobistych. Półtorej godziny później byli już w Warszawie. Odprawa na Lotnisku Chopina poszła błyskawicznie. Pierwszy raz podróżował trybem specjalnym, skracającym procedury do niezbędnego minimum. Dwie i półgodziny zajął przelot do Paryża. Tu, z rąk dżentelmenów w garniturach przejął go szalony motocyklista, który ryzykując życiem ich obu, gnał przez korki. Piotr pierwszy raz w życiu tak mocno obejmował faceta, dawno też tak żarliwie się nie modlił. Dzięki umiejętnościom motocyklisty, a może i pobożności Piotra, w półgodziny cali i zdrowi zajechali pod drzwi nowej siedziby Europejskiej Agencji Kosmicznej.

Tak oto znalazł się na poziomie „minus pięć” paryskiej centrali, zasiadając na krześle obok olbrzyma.

Rozległo się ciche pukanie, po czym drzwi otworzyły się powoli. Stanęła w nich trzydziestokilkuletnia kobieta, w obcisłej granatowej sukience, z dekoltem w karo, ukazującym zarys kształtnych piersi. Miała długie ciemne włosy powleczone lekko modną materią nadającą im przy ruchu ciemnoniebieską barwę. Oczy miała w kolorze nieba przed burzą. Poniżej wysportowanego brzucha znajdowały się krągłe biodra i nogi, które, jak mógł się domyślić idealnie pasowały do wnętrza Agencji Kosmicznej, czyli były nieziemskie.

Uśmiechnęła się pogodnie i ruszyła w ich stronę krokiem, który wyglądał tak, jakby zmagała się z silnym wiatrem. Stanęła na tyle, blisko, że mogli czuć zapach jej perfum. Znów się uśmiechnęła i powiedziała wspólną mową:

– Dzień dobry? Panowie również zostali zaproszeni na spotkanie?

Obaj w milczeniu skinęli głowami.

Obdarzyła ich promiennym uśmiechem i ruszyła w kierunku wolnego miejsca, po prawej ręce siłacza. Piotr odruchowo obrócił głowę. Wzrok zanotował, że granatowa sukienka z przodu sięgająca prawie do kostek, z tyłu ma bardzo długie rozcięcie… Dopiero gdy dama usiadła, umysł Piotra zaczął wygrywać z naturą: zdołał odwrócić głowę i utkwić wzrok w tym samym punkcie, w który wpatrzony był siłacz. Kolejny rozkaz wysłany z mózgu sprawił, że zamknął opadniętą szczękę…

Dziewczyna z gracją sięgnęła po jeden z kolorowych magazynów i pewnie zatopiłaby się w kontemplacji obrazków, gdyby nie wejście grupy mężczyzn.

Idący na przedzie był wyraźnie spocony mimo zbawiennej mocy klimatyzacji. Na rozpiętą koszulę miał wrzuconą lekką marynarkę, taką samą, jaką nosili ci, którzy zabrali Piotra z Polski. Na ściągniętym czole rysowały się wyraźne linie zmarszczek. Krótkie, mocno już posiwiałe włosy miał w nieładzie. Stanął koło rzędu krzeseł i rzucił ponad głowami czekających:

– George Stevens… Zapraszam państwa!

„George Stevens, sam dyrektor Europejskiej Agencji Kosmicznej, no, no!” – pomyślał Piotr. Wstał z krzesła i ruszył za ogromnymi plecami siłacza.

Sala miała prostokątny kształt i powierzchnię około dwudziestu metrów kwadratowych. Wypełniał ją owalny stół, wokół którego stało 12 typowych biurowych krzeseł. Na ścianie po prawej ręce wisiał ekran, identyczny z tym na korytarzu. Naprzeciwko wymalowane było logo Agencji w wersji monochromatycznej. Na wprost drzwi, widniały w ścianie trzy zasłonięte roletami okna… Okna pod powierzchnią ziemi podkreślały operacyjny charakter pomieszczenia. Bez wątpienia skrywały się za nimi lustra weneckie. Sala musiała też być solidnie naszpikowana mikrofonami.

Stevens wskazał im miejsca po stronie stołu znajdującej się bliżej drzwi. Sam zasiadł po przeciwległej stronie, mając za plecami zasłonięte środkowe okno. Świta ulokowała się po obu jego bokach. Po lewej ręce dyrektora zasiadło dwóch oficerów lotnictwa w mundurach sił francuskich. Po prawej dwóch pięćdziesięciolatków w garniturach. Jeden w jasnym, drugi w ciemnym. Obaj łysi i z wąsami.

– Szanowni Państwo, nim zaczniemy, proszę was o oddanie na przechowanie wszystkich komunikatorów, jakie macie przy sobie – rzekł Stevens i nacisnął guzik ukryty pod blatem.

Omalże w tym samym momencie otworzyły się drzwi i weszło nimi trzech młodych mężczyzn odzianych w mundury. Choć byli wyjątkowo rośli żaden z nich nie dorównywał posturą siłaczowi. Olbrzym sprawnym ruchem sięgnął do kieszeni na piersi i wyjął duży, wojskowy komunikator. Wyłączył urządzenie i włożył je do podsuniętego koszyka, wyściełanego jakąś miękką materią. Piotr wyjął z kieszeni spodni oba posiadane urządzenia: firmowe i prywatne. Również wcisnął klawisz „off” i włożył mobile do identycznego pojemnika. W tym czasie młodzieńcy sprawdzili olbrzyma i podeszli do Piotra z ręcznym wykrywaczem elektroniki.

Kolejny koszyk znalazł się przed pięknością. Dziewczyna zrobiła wrażenie po raz drugi. Niebieska, elastyczna bransoletka na lewej dłoni okazała się komunikatorem numer jeden. Piękny designerski model. Wpisując odpowiedni kod można było uzyskać dowolny kolor materiału lub włączyć czujnik, który dostosowywał barwę idealnie do wskazanego kawałka odzieży, czy koloru skóry. Potem zdjęła długie kolczyki, wyglądające jak zwinięte złote węże i długimi paznokciami w kolorze burgunda przełączyła malutkie przełączniki. Chwilę później ten sam los spotkał pierścionek… Następnie z niewidocznej kieszeni w sukience, położonej mniej więcej w połowie wysokości prawego uda, wyciągnęła zdobiony szmaragdami wyjątkowo płaski komunikator. Wystrzeliła w powietrze pogodny uśmiech i powiedziała do nikogo:

– Lubię być w kontakcie.

Stevens zapatrzony w koszyk stojący przed dziewczyną chrząknął i powiedział:

– No tak… Dziękuję panom! – rzucił do mundurowych.

Kiedy zamknęły się za nimi drzwi Dyrektor Europejskiej Agencji Kosmicznej „Nova 1” rozpoczął zebranie. Mówił spokojnie, powoli, jakby z rozmysłem dobierając słowa. Co parę chwil sięgał do lewej kieszeni po chustkę z haftowanym monogramem. Pocił się, mimo że klimatyzacja pracowała bez zarzutów.

– Szanowni Państwo. Dziękuję, że przyjęliście nasze zaproszenie. Jak się domyślacie, sytuacja jest ekstraordynaryjna. Znaleźliśmy się, a wraz z nami rządy kilku krajów oraz inwestorzy prywatni, w wyjątkowo trudnej sytuacji. Ze względu na tajność naszego spotkania będę musiał poprosić was o wyrażenie zgody na udział w misji i podpisanie umów, zanim wyjawię wszystkie szczegóły. Major Hugo wprowadzi was w problematykę w takim stopniu, w jakim jest to możliwe, przed zawarciem oficjalnych zobowiązań.

Hugo podniósł się energicznie. Był szczupły i wysoki o bladej cerze i regulaminowo gładkim licu.

– Szanowni Państwo, zostałem poproszony o wyłuszczenie oczekiwań Agencji. Jeśli wyrazicie zgodę, w ciągu siedmiu dni zostaniecie odtransportowani na obrzeża galaktyki 3107 0814. Następnie transportowiec wejdzie w atmosferę planety, nazwijmy ją, póki co „X”. Z granicy kosmosu skoczycie na spadochronach. Na planecie odnajdziecie bazę założoną przez poprzednią wyprawę. Nawiążecie kontakt z jej uczestnikami i wyślecie informację do Agencji. Później postaramy się was stamtąd wszystkich zabrać. W sumie dwa miesiące przygód i po robocie. Do tej pory wszyscy jesteście, oficjalnie w delegacji tutaj, czyli w paryskiej centrali – zawiesił głos. – Teraz kwestia honorarium…

– Dziękuję Hugo, tę kwestię przedstawię osobiście – wtrącił się Stevens.

Oficer stanął na baczność i kiwnął głową, po czym usiadł. Dyrektor wstał. Otarł pot z czoła i powiedział.

– Misja jest niebezpieczna, przede wszystkim ze względu na prowadzenie jej na granicy dotychczasowych eksploracji kosmicznych. Przed wyprawą będziemy wam mogli dostarczyć mniej danych, niż byśmy chcieli. Do tego ważny jest pośpiech, profesjonalizm i dyskrecja. Jak powiedział Hugo, oficjalnie jesteście w delegacji. Nie możemy, więc przekazać wam dodatkowych środków finansowych w tym okresie, gdyż wzbudziłoby to zainteresowanie organów skarbowych, a może i służb specjalnych. Ze względu na powagę misji, zostałem upoważniony do złożenia państwu następującej oferty – Przerwał, po chwili ciągnął dalej. – W przypadku powodzenia nie będziemy wam mogli zorganizować triumfalnego powrotu ani odznaczyć. Chcemy jednak spełnić po jednym z waszych marzeń. Tych odkładanych na później, skrywanych, takich, na które może brakuje wam funduszy, albo czasu. Nie wnikamy, co to będzie. Nasi prawnicy przygotowali umowy, które oczywiście chronią też interesy firmy, zwłaszcza jeśli chodzi o dochowanie tajemnicy. Na ich podstawie Agencja bierze na siebie pełną odpowiedzialność za realizację tych… hm… gratyfikacji. Do każdej z umów dołączona zostanie koperta zawierająca opis marzenia, które sami sporządzicie. David!

David okazał się jednym z łysych panów siedzących za stołem. Otworzył charakterystyczną dla prawników skórzaną teczkę i wyjął trzy umowy, trzy kartki firmowego papieru, trzy koperty w formacie B5 oraz trzy firmowe długopisy.

– Rozumiem, że sytuacja jest nietypowa – kontynuował swą wypowiedź Stevens. – Nie mogę niestety dać państwu zbyt wiele czasu na zastanowienie. Proszę przeczytać umowy. Przepraszam bardzo, ale macie na to piętnaście minut. Własnym honorem ręczę za ich korzystność.

Olbrzym i piękność sięgnęli po dokumenty, a Piotr jeszcze przez chwilę patrzył na Stevensa. Dyrektor wyglądał na mocno przygnębionego.

Umowa była nadspodziewanie krótka. Wszystkie koszta brała na siebie Agencja. Po ich stronie było wypełnienie misji i dochowanie tajemnicy. W zamian otrzymywali wysoki fundusz emerytalny oraz „spełnienie marzenia”…

– Czas minął, szanowni Państwo mamy dziesięć minut na ewentualne pytania. Jeśli wyrazicie państwo zgodę, będziemy kontynuować naradę. Jeśli nie odtransportujemy was do domów.

– Dlaczego my? – rzekł Piotr.

Stevens uśmiechnął się.

– Odpowiadacie najlepiej oczekiwaniom Agencji i specyfice misji. Niestety tylko tyle mogę powiedzieć.

– Najbardziej podoba mi się fragment o transporcie zwłok na koszt firmy, pod warunkiem, że będzie to możliwe – Piotr uśmiechnął się szeroko. Liczył na jakąś uwagę, od któregoś z pięciu reprezentantów drugiej strony, ale jedyne, co otrzymał to łagodny uśmiech Dyrektora.

– Nie macie państwo więcej pytań? – to odezwał się Hugo, a z tonu wynikało, że takie jest jego życzenie. Piotr popatrzył na piękność i siłacza. Twarz olbrzyma była tak samo nieodgadniona, jak w chwili spotkania. Piękność miała szeroko otwarte, błyszczące oczy i zagryzione bojowo wargi. Żadne pytania więcej nie padły.

– Muszę państwa zapytać teraz o decyzję – powiedział Dyrektor, mocno akcentując słowo „teraz”.

Zwrócił się w stronę siłacza. Ten skinął głową i sięgnął po długopis, by podpisać umowę. Przez głowę Piotra pogalopował dziki tabun argumentów za i przeciw. Jak zwykle bywa w chwili, w której musimy podjąć decyzję, nie mając nawet promila wiedzy, co do jej skutków, zaważył argument miałki – zaledwie dwa dni urlopu, do końca roku. Nim Piotr wykonał ruch w kierunku firmowego długopisu, piękność już dawno oddała umowę. Sprawiała wrażenie tak napiętej, jakby szykowała się do skoku nad przepaścią, którą płynął rwący, górski potok.

– Dziękuję Państwu. Teraz ciąg dalszy. Proszę wypisać swoje marzenie na załączonej kartce. Przypominam – tylko jedno, pod rygorem nieważności. Możecie nie liczyć się z kosztami ani ograniczeniami technicznymi, czy logistycznymi. Przypominam również, że jeśli nie będziecie mogli zrealizować marzenia ze względu na ograniczenia psychofizyczne na przykład, zyskujecie prawo do zgłoszenia kolejnego pragnienia. Wybaczcie, ale na wypisanie kartek też macie kwadrans. Kwadrans od teraz.

Olbrzym zmarszczył brwi. Piękność błyskawicznie sięgnęła po kartkę i zaczęła szybko pisać.

„Oho – ktoś, kto dobrze wie, czego chce. Pozazdrościć…” – pomyślał Piotr.

Ta część umowy stanowiła dla niego największy problem. Najchętniej by z niej zrezygnował, ale dokument, który właśnie podpisał, wykluczał taką ewentualność. Spodziewał się nadto, że prawnik sprawdzi, co ma w kopertach, nim zostaną one zaklejone.

Spojrzał na zegarek, na którym wskazówka sekundowa przemieszczała się nadspodziewanie szybko. Poczuł ukłucie w lewym barku sygnalizujące stres. Rozmasował napięte miejsce prawą dłonią, zamknął oczy i wyrównał oddech. W głowie zaszumiały słowa piosenki:

„O czym byś myślał, gdyby nie rewolucje?

O czym byś marzył, gdyby nie ambicje?

O czym byś mówił, gdyby nie kobiety?

Czego byś pragnął, gdybyś miał już wszystko?”

Nie miał wszystkiego. Nie był też wolny od pragnień. Nie marzył jednak o niczym, co można byłoby kupić. Przynajmniej miał taką nadzieję, że jego marzenia i tęsknoty nie posiadają wymiaru finansowego. Gdyby zaś to wszystko było do kupienia, wcale by tego nie chciał. Wartość spadłaby, do zera…

– Została minuta – dobiegł do jego uszu głos Hugo.

Chwycił długopis i napisał: „Proszę o przekazywanie, co roku, w dniu pomyślnego zakończenia misji, przez kolejnych pięćdziesiąt lat, kwoty 1 000 000 (słownie: jednego miliona) euro na prace i stypendia naukowe, dla studentów polskich uniwersytetów prowadzących badania, które mogą się okazać przydatne w eksploracji kosmosu. Takie jak: logistyka kosmiczna, analizy fauny wszechświata, systemy ratunkowe dla transportowców międzyplanetarnych oraz chemia, fizyka, mechanika i matematyka”. Złożył zamaszysty, czytelny podpis i zagiął w pół kartkę opatrzoną logiem Europejskiej Agencji Kosmicznej.

Wbrew przewidywaniom Piotra prawnik nie czytał komunikatu. Łysi panowie w garniturach poprosili o zaklejenie kopert. Zabrali dokumenty i wyszli.

– A kopie umów? – zapytała piękność.

„I do tego umie dbać o swoje interesy – najniebezpieczniejsza istota na świecie” – pomyślał Piotr.

– Zostaną umieszczone w skrzynkach, wraz z waszymi komunikatorami. Po naradzie osobiście złożycie je w bankowych depozytach. Skrytki są opłacone przez Agencję. Sami ustalicie szyfry.

– Przechodzimy do najważniejszej części spotkania. Majora Hugo już znacie. Poznajcie również generała Ludwika – drugi z mężczyzn w mundurze skinął głową. – Pan generał przedstawi wam zadanie i uzasadni dobór ekipy. Panie generale, proszę.

Generał wstał. Pilotem uruchomił plazmowy ekran. Ukazał się obraz odległej galaktyki. Donośnym głosem powiedział:

– To galaktyka 3107 0814. Słabo znana. Europejska Agencja Kosmiczna bada ją od kilku lat. Eksplorują ja też NASA i Chińczycy. Jak wiecie, wszechświat wciąż się rozszerza. Szansa na dotarcie do kolejnej galaktyki istnieje obecnie tylko przy założeniu bazy pośredniej na tej właśnie planecie.

Laserowy wskaźnik zatoczył koło wokół białej plamki na bezkresnym morzu ciemności.

– Takie wydarzenie przyniosłoby sławę i prestiż nie tylko Agencji, ale pokazało potencjał Europy, jako całości. W kosmosie trwa wieczny wyścig o dominację, o nowe źródła surowców, o zademonstrowanie potęgi… Jest to też swoisty poligon dla nowych technologii. W tę misję zainwestowano gigantyczne środki. Jej niepowodzenie będzie miało ponure konsekwencje, nie tylko dla Agencji, ale i dla rządów Wielkiej Brytanii, Francji i Niemiec, które przekazały na ten cel znaczne fundusze i zbudowały w swoich krajach partnerstwa publiczno – prywatne. Upadek gabinetów może zachwiać stabilnością europejskich rynków i wyrzucić Europę z pierwszej ligi explorerów odległych światów i to na długie lata. Sprawa jest zresztą dużo poważniejsza, niż pewnie wam się teraz zdaje, a prognozy wywiadów, są bardzo niepokojące…

Generał nacisnął na pilocie strzałkę zmieniającą slajd. Plazmowy ekran wypełnił niewyraźny obraz okrągłej planety, bez księżyców, lub pierścieni.

– Oto Biała Planeta. Jedyne miejsce w galaktyce, z którego można wykonać skok międzygalaktyczny. Zdjęcia, które zrobiły teleskopy kosmiczne, pokazały, że składa się ona w całości z lodowych „kolców”. Nie znaleźliśmy miejsca, w którym mogłyby wylądować sondy, czy łaziki. Założyliśmy, że jedynymi, którzy zdołają zbadać planetę, są kosmiczni alpiniści. Zebraliśmy, bardzo dyskretnie, czteroosobowy zespół składający się z dwóch wspinaczy: Berta Robinsona i Ericha Mayera, którym towarzyszyli David Bure – specjalista ds. geologii planet oraz Kevin Marty – ekspert w zakresie budowania kosmodromów w warunkach ekstremalnych.

Piotr podniósł głowę, gdy padły nazwiska Robinsona i Mayera. Byli to przedstawiciele, absolutnej czołówki kosmicznych alpinistów.

– Misja przebiegała spokojnie. Co ważne udało się zachować tajemnicę, mam nadzieję, że w ramach obecnej wyprawy powtórzymy ten sukces – spojrzał znacząco na trójkę „marzycieli”. – We wtorek 1 lipca Zespół, który otrzymał kryptonim „Alfa”, teleportował się z Ziemi w kierunku obrzeży Drogi Mlecznej. Po ośmiogodzinnym odpoczynku nastąpił kolejny „teleporting”. Aż do galaktyki 3107 0814. Tam, po dwóch dniach aklimatyzacji „Alfa” została zaokrętowana na kosmiczny transportowiec i zbliżyła się do atmosfery Białej Planety. Operacja weszła w decydująca fazę. Nie posiadamy… – generał zawiesił głos, po chwili milczenia ciągnął – Nikt nie posiada pojazdów zdolnych wylądować w takich warunkach. Jedyną opcją dotarcia do celu jest skok z poziomu granic atmosfery. Ten newralgiczny element przebiegł bez zarzutów. Wszyscy uczestnicy przesłali komunikat „Potwierdzam lądowanie”. Na wysokości pasa równikowego udało im się założyć obóz, na który składały się dwa namioty tlenowe, wykonane z materiału, który według testów można zniszczyć tylko od środka. Innowacyjna technologia. Można w nich mieszkać przez dwa miesiące bez martwienia się o tlen i żywność. Przed zapadnięciem zmroku nastąpił jedyny kontakt radiowy, bez obrazu. Posłuchajmy!

W Sali konferencyjnej przygasło światło. Piotr od razu rozpoznał głos Ericha, który był jak zawsze pogodny, entuzjastycznie nastawiony do wszystkiego, co go otacza, w szczególności do wyzwań.

„– Alfa do Nova 1, Alfa do Nova 1!

– Tu Nova 1, Alfa słyszymy Cię, ale nie mamy obrazu!

– Na ruchome obrazki to sobie poczekacie do jutra – śmiech. – Potwornie się narobiliśmy, żeby założyć obóz. Materia jest ciężka. Te kolce się kruszą. Trzeba też się było trochę oswoić. Atmosfera według czujnika składa się tylko z przezroczystych, ale zabójczo trujących gazów. Sama materia tylko trochę przypomina lód, czy śnieg. Z bliska wygląda to jak zbieranina jakiegoś pyłu, czy innego proszku z groszku („żart w stylu Ericha” – przebiegło przez głowę Piotra), która Bóg jeden raczy wiedzieć, jak trzyma się w pionie. Próbowaliśmy to zrąbać, ale pozostaje jakiś dziwaczny trzpień, który jest giętki. A pył, czy to inne „coś”, zbiera się wokół niego bardzo szybko i znowu mamy obok „biały kolec jeża”. Marty mówi, że póki, co nie wie, jak cokolwiek na tym zbudować, ale odkąd udało się postawić namioty, entuzjazm mu wzrósł – śmiech.

– Z ciekawostek – atmosfera wcale nie jest tak nieruchoma, jak w trakcie flauty, co sugerowali badacze. Latają tu jakieś wietrzyki. Są ich dwa rodzaje – takie zabarwione na blado niebiesko i na blado czerwono, o ile mężczyzna może mówić o kolorach – śmiech. – Następnym razem wyślijcie tu jakąś kobietę, to wam dokładnie powie, co to za kolor.

Zarówno Piotr, jak i siłacz odruchowo spojrzeli na piękność siedzącą w małej sali konferencyjnej bunkra Europejskiej Agencji Kosmicznej. Nie zareagowała.

Głos z niewidocznych głośników informował dalej.

– No dobra. Jesteśmy potwornie zmęczeni. Skok z bardzo wysoka, kłopoty z biwakiem. Teraz czas na zdrowy sen, jutro nas sobie obejrzycie na „vidjo”. Pozdrowienie od wszystkich! Aha, przy kolejnym kontakcie wyłączcie tę cholerną zwrotną – upierdliwe jest to słuchanie samego siebie. Rozłączam się Nova 1!

– Do usłyszenia jutro Alfa! Cieszymy się, że wszystko idzie pomyślnie. Dobrych snów!”

Taki był koniec komunikatu. Odpowiedź już nie padła. Po minucie, czy dwóch milczenia Ludwik podjął wątek.

– Od tamtej pory, mimo ponawianych stale prób, nie udało nam się nawiązać kontaktu z „Alfą”. Środki łączności po naszej stronie działają bez zarzutów. Misje, tak pionierskie i prowadzone na mało znanych planetach, zawsze mają w sobie coś tajemniczego, magicznego i nieprzewidywalnego. To jak podróże europejskich geografów ze starożytnej Grecji, czy Rzymu, do Afryki środkowej… – dorzucił filozoficznie.

Generał kontynuował bardzo cicho.

– Jak pewnie rozumiecie, nie dysponujemy obecnie statkiem, który mógłby wejść w atmosferę Białej Planety, rozpoznać sytuację i… ewakuować „Alfę”…

Znamy położenie obozu i możemy was dość precyzyjnie wysłać w jego miejsce. Cała wasza misja polega na wylądowaniu na Białej Planecie i nadaniu komunikatu o sytuacji. Następnie macie utrzymać stojącą już bazę, która według zdjęć satelitarnych nie została uszkodzona, do czasu nadciągnięcia kapsuły ratunkowej. Ta będzie gotowa do podróży w ciągu miesiąca. Musimy ją budować w prymitywnych warunkach, jakie dają nasze peryferyjne kosmodromy w galaktyce 3107 0814. Miesiąc to za długo dla „Alfy” – skończy im się zapas tlenu w namiotach. Dlatego też zabierzecie ze sobą baterię tlenową, wystarczającą na kolejne dwa tygodnie, dla dwóch namiotów i takiej liczby osób.

Nie obciążymy was sprzętem do badania planety. Po szczęśliwym powrocie odtrąbimy sukces „Alfy” i rozpoczęcie dalekiej drogi do zbudowania bazy i pierwszego skoku poza ten obszar Kosmosu.

– Na awaryjną ewakuację nie ma zatem co liczyć? – wtrącił się Piotr.

Przerwał mu osobiście Stevens:

– Na pytania przyjdzie jeszcze czas. Panie Generale – proszę.

Ludwik odchrząknął i mówił dalej.

– Teraz przedstawię was sobie nawzajem i zaprezentuję zadania indywidualne, które wam powierzamy. Ze względu na charakter przedsięwzięcia podam tylko wasze imiona oraz, krótko wspomnę o atutach, prezentując je pod kątem przydatności dla samej misji.

– Eve – piękność wyprostowała się na krześle, uśmiech zadowolenia z tego, kim jest, zagościł na jej ponętnych ustach – jest ekspertem w dziedzinie komunikacji z fauną pozaziemską. Jest doktorem i adiunktem w katedrze Poszukiwań Cywilizacji Kosmicznych Uniwersytetu w Heidelbergu. Potrafi rozpoznać sygnały wydawane przez wszystkie prymitywne istoty, które dotychczas udało nam się spotkać we wszechświecie. Zwłaszcza istotne mogą się okazać umiejętności z zakresu rozpoznawania sygnałów agresywnych oraz ustalania ich źródeł. Jest również treserką kosmoidów, międzynarodowym autorytetem, w dziedzinie obłaskawiania tych kosmicznych stworów. Uprawiała też bouldering, poradzi sobie zatem w terenie wymagającym umiejętności wspinaczkowych. Do tego pani doktor teleportowała się więcej razy niż ktokolwiek z obecnych – na te słowa siedzący dotąd spokojnie Hugo nie zdołał zapanować nad mimiką i przez jego usta przebiegł gniewny grymas. Głowa majora obróciła się w kierunku ekranu pokazującego Białą Planetę.

Twarz Eve sprawiała wrażenie, jakby mówiła: „ach, wybaczcie, że jestem, taka wspaniała”.

Generał wskazał na siłacza.

– Gordon – sierżant Royal Marines. Jest nie tylko doświadczonym żołnierzem elitarnej formacji wojskowej, ale również kosmicznym ratownikiem medycznym. Gdyby Eve nie udało się czegokolwiek obłaskawić, choć to mało prawdopodobne – tu uśmiechnął się do piękności, a ta z nieukrywanym zadowoleniem poruszyła się na krześle – to Gordon to zlikwiduje – generał uśmiechnął się jeszcze szerzej. – Będzie również odpowiadał za łączność radiową oraz transport baterii tlenowej. Jest uczestnikiem najbardziej wyczerpujących kosmicznych marszów i zawodów z serii „Strong Man”.

Olbrzym przyjął komunikaty na swój temat ze stoickim spokojem, po czym kiwnął głową, w geście, który można było zinterpretować, jako „dzień dobry wszystkim”.

– Piotr – jako jedyny jest pracownikiem Agencji. To uznany alpinista kosmiczny. Człowiek, któremu udało się przeprowadzić atak szczytowy w warunkach braku wszystkich danych dotyczących funkcjonowania sprzętu i to w szczególnie trudnych warunkach. Osiągnięcie to sprawiło wzrost zaufania, zarówno do możliwości organizmu człowieka, w warunkach wspinaczki kosmicznej, jak i pokazało, gdzie znajduje się margines wytrzymałości nowoczesnego sprzętu. Dzięki jego doświadczeniom udoskonalono wspinaczkowe skafandry kosmiczne, z których będziecie korzystać w trakcie misji. Dodatkowo jest on „ekspertem do spraw samotności”, czyli rekrutuje ludzi, na długie kosmiczne misje.

Piotr siedział ze zwieszoną głową, a krew pulsowała mu w skroniach. Komplementy znosił raz lepiej, raz gorzej. Dzisiaj był dzień na „gorzej”.

Ludwik kontynuował.

– Państwa umiejętności pozwalają bezpiecznie przeprowadzić całą misję. Nie wykryliśmy dotychczas na Białej Planecie niczego, co byłoby formą życia, zgodnie z obowiązującą definicją, ani niczego, co by skłaniało nas do zastanowienia, czy definicji nie należy poszerzyć. Planeta jest jednak mało znana. Dlatego też zadaniem pani doktor, będzie – w przypadku napotkania form – żywych, lub „potencjalnie żywych”, czyli mogących być w przyszłości uznanych za żywe – rozpoznanie ich systemu komunikacji, zwłaszcza zachowań agresywnych. Zadaniem Gordona jest ochronienie was przed ewentualną agresją. Piotr pełni funkcję przewodnika oraz odpowiada za drogi wspinaczkowe. Dodatkowo pokaże wam jak skutecznie przetrwać w ciasnym namiocie, w trakcie oczekiwania na kapsułę ratunkową i nie umrzeć przy tym z nudów (w sali rozległ się nerwowy śmiech, który nie rozładował napięcia).

– Dziękuję generale – rzekł Stevenson.

– Przez najbliższe dni będziecie brać udział w wykładach i analizach opracowanych przez ekspertów z naszej Agencji, ćwiczeniach oraz przygotowaniach do skoku. Wracając do pańskiego pytania – zwrócił się do Piotra. – Nie ma szans na awaryjną ewakuację, ale ryzyko zniwelowaliśmy do minimum. Na miejscu czeka na was baza z tlenem i skoncentrowanymi płynami żywieniowo – nawadniającymi. Musicie po prostu spotkać się z „Alfą”, powiadomić Agencję o pomyślnym spotkaniu i miło spędzić miesiąc na dotychczas nieeksplorowanej planecie. To wszystko.

Nie ma wiele czasu na przygotowania. Postanowiliśmy, że będziecie dowodzić w swoich dziedzinach opisanych powyżej. Za całość odpowiada – piękność wyprostowała się dumnie, – Gordon – dokończył Stevenson. Może Piotrowi się tylko zdawało, a może i rzeczywiście uśmiech Eve nabrał na chwilę cierpkiego wyrazu.

– Ze względu na tajność misji zostaniecie zakwaterowani w bunkrze. Uroki Paryża niestety musicie pozostawić na powrót.

Tym razem Eve była wyraźnie rozczarowana.

Czas przygotowań był męczący. Piotra zastanowiło mocno to, że nie postawiono w ogóle na zintegrowanie zespołu. O 6: 00 pobudka, o 6: 30 śniadanie, które jedli sami w pokojach. Następnie wykłady – też w samotności. Powrót do pokoju na obiad. Prezentacja hipotez dotyczących braku kontaktu. Następnie oswajanie ze sprzętem do skoku z wysokości granic atmosfery Białej Planety i trening sportowy. Ćwiczenia fizyczne były intensywne. Trudno było w ich czasie rozmawiać. Gordon chyba z natury był milczkiem. Na pytania odpowiadał wręcz biblijnie, czyli słowami tak i nie. Zupełnie jakby pozostałe wyrazy, które znał, zużywały mu się od wypowiadania i dlatego je oszczędzał. Często ograniczał się tylko do gestów, głową wyrażając ocenę pozytywną, lub negatywną takiego, czy innego zjawiska, lub kwestii.

Eve, z wdziękiem najedzonej kotki, bawiącej się ofiarą, której już nie ma ochoty konsumować, „puszczała oko” do Gordona. Wprawiało to olbrzyma w wyraźne zakłopotanie, co chyba ją bardzo bawiło. Tak czy inaczej, w trakcie nielicznych wspólnych spotkań zdecydowanie wybierała towarzystwo komandosa.

Zajęcia kończyły się bardzo późno. Piotr zapadał po nich w sen, w momencie zetknięcia się brzegu ucha z poduszką. Tak intensywny rozkład zajęć, w większości wymagających skupienia, wykluczał czas na analizy, czy głębsze refleksje.

Obecność dwóch mężczyzn i atrakcyjnej kobiety wywołała oczywiście żyłkę rywalizacji. W trakcie treningu na ściance wspinaczkowej Piotr postanowił zrobić wrażenia na Eve. Nie bardzo zresztą zastanawiał się nad tym, czemu mu zależy, żeby go polubiła, albo żeby przynajmniej była pod wrażeniem jego osoby. Nie mógł rywalizować z komandosem na sali gimnastycznej, tu był jednak u siebie. Nie czuł się też w żadnym wypadku gorszy od Gordona. Był specjalistą w swojej dziedzinie. Autorem cenionych artykułów o rekrutacjach prowadzonych dla potrzeb eksploracji innych planet. Miał swoje osiągnięcia szanowane przez „wtajemniczonych” lub pasjonujących się problematyką kosmicznych wypraw górskich.

Stali u stóp pięćdziesięciodwumetrowej ścianki wspinaczkowej. Trener omawiał zasady asekuracji. Zwracał uwagę na specyfikę powierzchni, z którą zetkną się na Białej Planecie. Pierwsza weszła Eve. Wchodziła powoli, ale z kocią gracją. Dwa razy musiała zmienić chwyt ręki, która znalazła punkt oparcia zbyt nisko, by móc przesunąć się w górę. Raz obsunęły jej się palce prawej stopy z wyjątkowo płytko wystającej półki. Drugie wejście przeszła bez potknięć i zasiadła na krześle, z którego miała dobry widok na ściankę.

Gordon piął się ciężko, ale skutecznie. Piotr ruszył sprawnie, osiągając szczyt w czasie prawie dwukrotnie lepszym od komandosa, po czym wykonał perfekcyjny „dupo zjazd”. Eve siedziała nieporuszona. Gordon patrzył z miną trudną do odczytania. W Piotrze zawrzało. Odpiął linę asekuracyjną i zaatakował przebytą przed chwilą drogę z wściekłością. Przeskakiwał z wykonanych z tworzywa sztucznego kamieni na wyższe poziomy. Przycisk na szczycie wcisnął w czasie wyrównującym rekord hali… Następnie zszedł w dół tą samą drogą. Zastanawiał się jeszcze jak efektownie zakończyć ten popis, nic mu jednak nie przyszło do głowy. Kiedy był trzy metry nad ziemią, poniżej wsunęła się siatka asekuracji, która wyskoczyła automatycznie, po tym, jak odpiął linę od uprzęży i bez tego zabezpieczenia dotknął pierwszych trzech punktów podparcia.

– O, człowieku… – powiedział muskularny trener, z uśmiechem kręcąc głową.

Wzrok Piotra padł na Gordona, który patrzył na przebytą przez niego drogę i dłońmi, w powietrzu powtarzał ruchy Piotra ze ścianki. Kiedy ich spojrzenia się spotkały, komandos z szacunkiem kiwnął głową. Eve siedziała nieruchomo, ze swoim uroczym i nic niewyrażającym uśmiechem. Następnie lekko ziewnęła, zasłaniając usta dłonią. Po czym wystrzeliła piękne spojrzenie w kierunku trenera i zapytała:

– Czy dzięki temu, że Piotr pobiegł jak małpa, możemy skończyć wcześniej i odświeżyć się przed obiadem? Głodna jeeeeestem…

Trener wyraził zgodę. Po chwili dokładnie tak samo, jak po każdych innych zajęciach, dostali asystę odprowadzającą ich do pokoi. Piotr zastanawiał się jeszcze nad jakąś ciętą ripostą, ale w zmęczonej głowie zapalił się tylko jaskrawy neon, z napisem „pustka”.

Na końcu przygotowań dostali godzinę, na napisanie listów do najbliższych. Korespondencja miała zostać dostarczona na wypadek innej wersji wydarzeń niż szczęśliwy powrót w jednym kawałku. Siedzieli w tej samej sali konferencyjnej, w której usłyszeli pierwszy raz o Białej Planecie i zaginięciu zespołu „Alfa”. Gordon z wyjątkową energią przystąpił do pisania. Stworzył, co najmniej dwadzieścia listów, składających się pewnie z tych samych trzech zdań. Eve napisała jeden, z namaszczeniem odbiła na nim usta, po czym zademonstrowała wszystkim, jak potwornie się nudzi, głośno przy tym ziewając.

Piotr powoli układał zdania jedynego listu, który pisał, czas poświęcając głównie na analizę sytuacji.

Nikt z jego zespołu nie nosił obrączki. Mogło to oznaczać, że oprócz niezaprzeczalnych atutów, jakimi się charakteryzowali, Agencja postawiła na samotników, po których niespecjalnie ktoś będzie płakał. Nie pozwolili im się zżyć w czasie przygotowań. Być może, dlatego, że na miejscu każdy będzie musiał liczyć na siebie i od tej autonomii zależy czy Agencja dostanie to, co chce? Ewentualnie nie chcieli, by ich relacje przeniosły się poza misję, co mogło spotęgować ryzyko ujawnienia całej sytuacji z „Alfą” i nieudaną wyprawą na Białą Planetę. Ponadto każde z nich mieszkało i pracowało w innym kraju, utrzymywanie kontaktów bezpośrednich było, więc i tak poważnie utrudnione. Trzecia możliwość również była realna: ktoś wziął gigantyczne pieniądze za stworzenie ich programu szkoleniowego, a to, że pomysł z brakiem integracji drużyny był absurdalny, to już nie miało żadnego znaczenia…

W ciasnym korytarzu technicznej części Departamentu teleportacji zajęli miejsca w kolejności: Gordon, Eve, Piotr. Olbrzym wkroczył do środka. Zostali na chwilę sami. Piotr powiedział:

– Nie cierpię teleportacji. Zawsze mi się wydaje, że wyjdę z tego koszmaru, jak bohater obrazów Picassa, z nosem na czole, czy coś… Mam też takie uczucie, że w trakcie teleportacji gdzieś ginie jakaś malutka cząstka mnie, której nigdy nie zdołam już odnaleźć…

– A ja lubię! – powiedziała Eve odwracając się w jego kierunku. – Po każdej wychodzę jeszcze doskonalsza! – mrugnęła okiem i przekroczyła drzwi, nad którymi pojawiło się właśnie zielone światło.

Nadeszła kolej Piotra. Z ciemności mającej gwarantować intymność padały słowa:

– Proszę się rozebrać.

Uczynił to.

– Proszę stanąć na taśmie.

Posłusznie wkroczył na podświetlony pas transmisyjny.

– Proszę zamknąć oczy i się odprężyć…

Tego nie dał rady uczynić. Rozpaczliwie próbując wyrównać oddech patrzył na impulsy niebieskich diod okrążające teleporter.

– Proszę wyrównać oddech – powtórzył głos z naciskiem. – Do teleportacji pozostało 45 sekund.

Piotr rozpaczliwie zaczął walczyć z oporem materii ludzkiej. Serce w piersi waliło jak oszalałe. Wiedział, że w teleportacji zdarzały się wypadki, również śmiertelne, choć tę formę podróży określono już, jako bezpieczną. Za największą wadę uznano koszta, które skutecznie uniemożliwiały większości populacji ludzkiej, skorzystanie z tej formy transportu.

Ostatnia myśl Piotra brzmiała „wciągaj zielone, wypuszczaj czerwone”. Było to jedno z ćwiczeń na opanowanie dystresu. Nie wiedział. czy zadziałało. Odzyskał świadomość, co było równoznaczne z odzyskaniem siebie, w bazie teleportacji na granicach Drogi Mlecznej.

Kolejna podróż zawiodła ich do galaktyki 3107 0814. Tu mieli chwilę na spacer po bezcłowym centrum kosmodromu. Eve, zabrała ze sobą Gordona na zakupy, zapewne w charakterze tragarza. Piotr zaś godnie odchorowywał obie teleportacje albo trzęsąc się na niewygodnym krześle poczekalni, albo wymiotując w łazience. Torsje należały do typowego objawu tych podróży, nikogo nie dziwiły…

Dalszą część drogi odbyli uśpieni w hibernacyjnej komorze transportowca. Wybudzono ich na godzinę przed tym nim zbliżyli się do atmosfery Białej Planety. Dwudziestokilkuletni kapitanat żeglugi kosmicznej sprawnie przypomniał im, wbijany do głów w bunkrze Agencji „Nova 1”, plan działań. Zaraz założą kombinezony wspinaczkowe. Na nie kombinezony skoczków, zawierające spadochrony wyposażone w systemy zwane „własną grawitacją”, dzięki czemu nie spadną jak kamienie, ale opadną w miarę spokojnie. Każde z nich ma mapę dotarcia do obozu. Będą mieć w sumie minutę na wykonanie skoku. Na tyle, transportowiec może zbliżyć się do atmosfery, by zdołać bezpiecznie uciec w przestrzeń. Musieli się zmieścić w tym limicie czasu. Możliwości powtórnego nalotu nie było. Transportowiec tracił zbyt wiele energii, w ramach szarpaniny z „grawitacją” planety, by móc ten numer powtórzyć i powrócić do bazy. Skaczą w kolejności: Eve, Piotr, Gordon.

Stali sami w zewnętrznej kabinie transportowca. Drzwi zostały już otworzone. Zegar nad nimi odliczał sekundy pozostałe do skoku. W końcu światło przy drzwiach zajaśniało zielenią i rozległ się dźwięk syreny, sygnalizujący początek tej części operacji. Eve uczyniła krok do przodu i stanęła. Piotr, który gotów, był pobiec w ciemność by mieć to wszystko już za sobą, został zmuszony do pozostania na miejscu.

„Co ona robi!?” – przebiegło mu przez czaszkę. Eve wykonała na lekko ugiętych nogach dwa zgrabne wahnięcia w przód i tył, po czym runęła w otwartą przestrzeń. Piotr cofnął się o metr i pobiegł przed siebie. Po kilku krokach stracił grunt pod nogami i z zawrotną szybkością popędził ku planecie. Dźwięk, który usłyszał wewnątrz hełmu, zasygnalizował konieczność rozłożenia kończyn w celu wyrównania lotu. Ciemność kosmosu zaczęła ustępować szarawej bieli planety. Wydawało mu się, że prędkość spadła. Nie widział już kolistego zarysu globu. Po horyzont ciągnęły się jednolite przestrzenie, niepodzielone na kontynenty. Nieposiadające też mórz, czy gór. Drugi sygnał poinformował go, że otworzył się spadochron. Daleko przed sobą zobaczył czaszę materiałowego skrzydła Eve. Jej spadochron miał kolor jaskrawej zieleni. Czaszy swojego nie mógł obejrzeć, zdwojony kombinezon, nie pozwalał na podniesienie głowy ku górze.

Im byli bliżej, tym wyraźniej i ostrzej rysowały się białe kolce. Zieleń spadochronu Eve znikła gdzieś między nimi. Piotr też znalazł się na ich wysokości. Były wysokie, groźne. Nie było tu żadnej szerszej przestrzeni, na której można by lądować. Poczuł szarpnięcie. Jak na gigantycznej huśtawce poleciał nogami wysoko w górę, po czym wrócił, uderzając plecakiem o kolec. Z góry posypał się biały pył, a on sam zaczął obsuwać się po kolcu w dół. Kiedy zawisł mniej więcej półtora metra nad glebą, przestał się przemieszczać. Szarpnął się kilka razy, co nie przyniosło żadnego rezultatu. Spróbował rozpiąć uprzęż spadochronu, ale w rękawicach kosmicznych okazało się to trudne do wykonania. Sięgnął po nóż przypięty na udzie. Przeciął cztery linki trzymające go nad lewym ramieniem i jak się za chwilę okazało jedną, z tych nad prawym. Skutek – zawisł nieco niżej, podtrzymywany za ramię, jakby szponami niewidzialnego demona. Przełożył nóż do lewej ręki. Zdołał tak przeciąć jeszcze dwie linki. Dyndał już tylko na jednej. Znów przełożył nóż i zaczął nim rozpaczliwie machać. W końcu ostrze sięgnęło celu, a on sam runął na dół, uderzając mocno głową o podłoże.

Usiadł, niebo nad nim było szare i nieruchome. Z kolca, na którym zawisł, osypał się pył, aż do trzech czwartych wysokości patrząc od góry. Rdzeń był ciemniejszy od pyłu. Sterczał dumnie ku niebu, wśród grona swoich kilkudziesięciometrowych braci bliźniaków. Piotr zdołał rozpiąć uprząż. Zdjął kombinezon skoczka i zostawił go na stercie białego pyłu, dochodząc do wniosku, że albo go ktoś kiedyś posprząta, albo uzna, że obecność kombinezonu mu nie wadzi. Tak czy inaczej tego kogoś problem.

Rozejrzał się. Nie było widać ani śladu Gordona, ani Eve. Odsłonił ekran ciekłokrystaliczny, pokazujący zapas tlenu i płynu żywieniowo – nawadniającego. Oba wskazywały na 71 godzin i 45 minut. Podróż z granic atmosfery wraz z szamotaniną ze spadochronem zajęła mu więc kwadrans.

Płyn żywieniowo – nawadniający był wynalazkiem o tyleż genialnym, o ile niebezpiecznym. Potrafił on utrzymać człowieka przy życiu przez dłuższy okres. Z powodzeniem dawał się transportować, magazynować i przenosić. Niestety nie był smaczny. Ba, był okropny w smaku. W ekstremalnych sytuacjach zbyt długiego spożywania tego produktu zdarzały się przypadki śmierci z głodu i odwodnienia (kosmonauci odmawiali przełknięcia choćby jeszcze jednego łyku i nie było mądrego, by ich przekonać…), lub przejedzenia, które następowało tuż po powrocie do bazy, gdzie było normalne jedzenie, z jego ponętną gamą barw i smaków. Granicy swojego organizmu nie znał nikt…

Piotr wcisnął czerwony guzik ukryty tuż obok ekranu na lewej ręce. W kosmos powędrował komunikat, identyczny, jak te, które nie tak znów dawno temu wysyłali ci z „Alfy”: „potwierdzam lądowanie”. Popatrzył przez chwilę na monochromatyczny wąski ekran, którym powinna nadejść wiadomości od „Novej 1”. W tym wypadku miało to być: „OK. – przyjąłem”. Nic się jednak nie pojawiło. „Pewnie za wcześnie” pomyślał Piotr i ruszył w tę stronę, w której zniknęła Eve. Co kilka kroków oglądał się za siebie, by nie przegapić nadchodzącego Gordona, ale nie widział nigdzie zwalistej sylwetki w pomarańczowym kombinezonie, która przemykałaby na tle białych przestrzeni.

Kolce stały gęsto. Rozdzielało je nie więcej niż metr, czy półtora wolnej przestrzeni. Dalej strzelały stromo w górę. Dzięki oglądaniu się za siebie odkrył, że ślady odbite w podłożu po kilku krokach nikną. Przeprowadził drobny eksperyment. Odbił głęboki ślad i obserwował działania materii. Ugięła się, by po chwili odzyskać pierwotny kształt. Zaczął się zastanawiać, jak dać znać Gordonowi gdzie jest, skoro ten nie będzie mógł iść po jego śladach. Nie posiadał jednak niczego, co by mógł wykorzystać do rysowania strzałek, jak w zabawie w podchody. Z zadumy wyrwał go obraz wierzgającej nogi w żółtym bucie.

Przyspieszył kroku. Eve wiła się na ziemi. Przy lądowaniu musiało nią porządnie wahnąć, gdyż spadochron leżał kilka metrów dalej. Między czaszą a kosmonautką znajdowały się, co najmniej cztery kolce, ciasno oplecione, napiętymi do granic możliwości linkami. Dziewczyna przygwożdżona wręcz do podstawy iglicy próbowała dosięgnąć nóż wbity w powierzchnię o kilka zaledwie centymetrów od zasięgu ręki. Podbiegł do niej, twarz miała zdenerwowaną. Powiedział do mikrofonu ukrytego wewnątrz hełmu:

– Eve, spokojnie – jestem przy tobie!.

Przed jego kaskiem przesunęła się szybko bladoniebieska smuga. Nie zastanawiał się nad tym faktem. Wyciągnął swój nóż i przeciął linki. Kobieta usiadła, ciężko dysząc. Schwyciła swój kask rękawicami i przyciągnęła głowę do kolan. Nawet przez kombinezon widział, jak szybko poruszają się od oddechu jej piersi. Łagodnie powiedział:

– Już wszystko dobrze. Uspokój oddech. Wciągaj powietrze nosem, a wypuszczać ustami. Powoli!

 Dopiero teraz dostrzegł bladoczerwone pasmo omiatające kask Eve. Dyszała ciężko, wciąż otulając głowę rękami.

Kucną przy niej i położył dłoń w grubej rękawicy, przez którą bardzo trudno było oddać serdeczności uścisku, na jej ramieniu. Podniosła głowę. Oczy były szeroko otwarte od strachu. Pomyślał – „no cóż – każdy by się zląkł”. Eve poruszyła wargami. Błękitny strumień powietrza omiótł jej kask. „To te wietrzyki opisane przez Ericha” – pomyślał Piotr. I wtedy usłyszał w słuchawkach swój własny głos: „Eve, spokojnie – jestem przy tobie!”, a po chwili: „już wszystko dobrze. Uspokój oddech. Wciągaj powietrze nosem, a wypuszczać ustami. Powoli!”. Kiedy czerwona mgła zniknęła sprzed jego hełmu zobaczył Eve, która znów przyciskała głowę do kolan. Nie podnosząc wzroku, pokazała mu komunikator na lewej ręce. Odczytał zapisy: „Tlen – sześćdziesiąt osiem godzin”. Zużyła go bardzo dużo w trakcie szamotaniny. Na wyświetlaczu widniała też wiadomość od bazy. Brzmiała: „potwierdzam lądowanie”. Piotr odsłonił swój komunikator. „Tlen siedemdziesiąt jeden godzin i szesnaście minut”. Komunikat: „potwierdzam lądowanie”…

Usiadł zebrać myśli.

Rzucił w głębi hełmu:

– Gordon? – Niebieska mgła błyskawicznie pojawiła się przed szybą. Po ułamkach sekund ustąpiła miejsca czerwonej. Wraz ze zmianą barw doleciały do niego słowa: „Gordon?”. Wcisnął raz jeszcze przycisk „potwierdzam lądowanie”, a potem ten sam przycisk dwa razy szybko raz wolno „niebezpieczeństwo!”. Po chwili na ekranie odczytał dwa nowe komunikaty: „potwierdzam lądowanie” i „niebezpieczeństwo”.

Wciąż nie było widać śladu Gordona. Wstał i dotknął Eve. Podniosła głowę. Trzęsła się. „Wybitny specjalista ds. komunikacji pozbawiony możliwości komunikacji” pomyślał. Podał jej rękę. Wstała. Jej oczy przyjęły bojową postawę. Otwartą dłonią wykonała dwa machnięcia przed hełmem. „Aha – niebieski wiatr i czerwony wiatr” pomyślał. I kiwnął głową, na znak, że rozumie. Wskazał też palcem na siebie – najpierw na usta, później na uszy i znów kiwnął głową, starając się pokazać, że jego to też dotyczy.

Poczuł, że serce zaczyna bić mu szybciej. Ofukał się w myślach: „uspokój się człowieku. Masz tlenu na prawie trzy dni. Co z tego, że nie możecie rozmawiać? Piękna pani doktor i tak cię nie uraczyła dotąd zainteresowaniem, więc wyluzuj chłopaku!”. Podziałało, wskazującym i środkowym palcem prawej ręki wykonał na lewej gest marszu, a następnie wytyczył w powietrzu kierunek, który powinien zaprowadzić ich do obozu. W namiotach będą mogli zdjąć kombinezony, a wtedy, – jeśli te wiatry szaleją i wewnątrz – porozumiewać się przy użyciu kartki i ołówka, pisania liter na plecach, czy czegokolwiek. Na pewno też wymyślą jak namierzyć Gordona i wysłać komunikat do „Nova 1”.

Eve kiwnęła głową. Ruszył pierwszy. Brak integracji w trakcie przygotowań sprawił, że nie znali swojej mowy ciała. Nie znali też swojego języka gestów. Kilka razy musieli sobie objaśniać wykonywane znaki. Przy czym i tak nie zawsze rozumieli się do końca. Na przykład w pewnym momencie Eve ścisnęła mocno Piotra za rękę i gestykulując, zaciągnęła za kolec, obok drogi, którą się przemieszczali. Wzięła go za bary i ustawiła tyłem do siebie. Nie pojął, o co chodzi, ale wychowany na literaturze europejskiej wiedział, że „wszystko, co pochodzi od damy, to dobro i łaska”, więc posłusznie wykonał polecenie. Jak się okazało, Eve chciała załatwić jakąś swoją potrzebę fizjologiczną, co robiło się wprost w kombinezon, wyposażony w odpowiednie pojemniki. Chciała z jednej strony zachować intymność tego momentu, z drugiej bała się zostać sama.

Piotr pomyślał, czy jakby puścił zbyt głośnego bąka, takiego, którego dźwięk dotarłby do mikrofonów, to ten dźwięk by powrócił. Uśmiechnął się szeroko. Eve spojrzała zaciekawiona tym uśmiechem i wykonała pytający gest ramionami. Nie potrafił jej tego wytłumaczyć. Z uśmiechem tylko pokręcił głową, żeby zademonstrować, że to nic istotnego. Uśmiechnęła się i ruszyli dalej.

Po ponad dwóch godzinach dostrzegli w oddali jaskrawe płótna obozu. Wprawiło to Piotra w doby nastrój. Zaczął się bawić komunikacyjnymi niedogodnościami. Rzucał w głąb hełmu jak rockowy wokalista do publiczności:

– Tero! – niebieska smuga zabrała dźwięki, które za chwilę oddała mu czerwona – „tero”.

– Terero! – krzyknął Piotr. Dźwięk znów powrócił wraz z czerwoną smugą, którą Erich nazwał w swej relacji wiatrem.

– Terererererero! – kontynuował zabawę kosmonauta. Zdawało mu się, że niebieski i czerwony wiatr bawią się wraz z nim.

Widoczność w trującej atmosferze Białej Planety była nadspodziewanie dobra. Dotarcie do jaskrawych namiotów zajęło im kolejne pół godziny. W końcu stanęli u stóp kolca, do którego przypięty był pierwszy namiot w kolorze różu. Linki rozrzucone były na cztery strony świata i wbite w kilka sąsiednich iglic. „Pewnie wpięli się w same rdzenie” – pomyślał Piotr. Namiot przymocowany był … bokiem. „Jak w tym śpią?” – przemknęło przez głowę Piotra. Przeszli poniżej podłogi, na jego drugą stronę. Tu, ich oczom ukazał się rozcięty materiał wiszący w dół. Widać było ciemne wnętrze, nierozjaśniane choćby najmniejszym blaskiem.

Fioletowy namiot przytwierdzono inaczej. Z trzech kolców zdarto całą pyłową powłokę. Przygięto je, dowiązując linkami do sąsiednich. Z oddali wyglądał na nienaruszony. Kiedy jednak podeszli bliżej zobaczyli, że jego bok również został rozcięty. Na pewno nie było to rozerwanie, gdyż ślady były zbyt równe. Zdecydowanie wskazywały na użycie jakiegoś ostrego narzędzia.

Na powierzchni, wprost pod fioletowym namiotem widniał łagodny wzgórek z pyłu. Piotr podszedł do niego i lekko kopnął. Pył przemieścił się, ukazując coś żółtego. Przyklęknął i szybko zaczął odgarniać rękami biały proszek. Nawet nie spostrzegł, kiedy tuż obok pojawiła się Eve i z równą energią zaczęła usuwać pył. Po chwili ich oczom ukazał się kombinezon, z logo Europejskiej Agencji Kosmicznej „Nova 1”. Licznik ciekłokrystaliczny na ręce odnalezionego kosmonauty, nie pokazywał już żadnych komunikatów. Zmarły leżał na plecach, przyciskając do siebie mocno licznik na trójnogu. Oczy miał zamknięte, twarz ściągniętą bolesnym grymasem.

Rozpoznali tę twarz ze zdjęć. To był David Bure – specjalista ds. geologii. Licznik w jego rękach był równie martwy, jak trzymający go explorer. Przez chwilę lustrowali okolicę wzrokiem. W końcu Eve klepnęła mocno Piotra w ramię i pokazała coś w oddali. Nie dostrzegł niczego… „Nawet wzrok ma lepszy” – pomyślał Piotr z zazdrością, ale i z fascynacją. Ruszyli we wskazanym przez Eve kierunku. Wzgórek z pyłu był większy od poprzedniego. Jak się przekonali, skrywał ciała pozostałych członków „Alfy”. Leżeli koło siebie i wyglądali, jakby odcięto im dostęp powietrza w trakcie jakiejś straszliwej walki. Ciała były pozwijane. Erich Mayer miał w ręce spadochroniarski nóż… Nie było widać, zwłok żadnych przeciwników. Przy zmarłych, czy zabitych nie znaleźli też niczego, co pozwoliłoby im odgadnąć przyczyny tragedii.

Przysypali ponownie ciała pyłem i wrócili do namiotów. Gordon wciąż nie nadchodził. Piotr pokazał na migi Eve, że wespnie się do różowego namiotu. Po kilku krokach zaczął podziwiać kunszt zmarłych wspinaczy. Droga wzwyż była trudna. Materiał osypywał się niemiłosiernie. Iglica chwiała się, uderzając o inne kolce i zrzucając na nich spore kawały białej materii. Na końcu drogi, która wyczerpała go i kosztowała bardzo dużo tlenu, okazało się, że jedyną szansą na wejścia do namiotu zamkniętego od środka jest ściągnięcie go na dół. Piotr przeciął linki. Namiot runął w dół spadając wprost na Eve. Chyba oboje zapomnieli, że w tutejszej atmosferze, nie ma wystarczającego oporu powietrza. Sam Piotr z trudem utrzymał się na iglicy, z której upadek, mógł być wyjątkowo ponury w skutkach. Dramatycznie wolno ruszył w dół. Nim dotarł na twardy grunt, Eve zdążyła wydostać się spod namiotu. W środku znaleźli rozładowaną baterię tlenowa. Namiot musiał, zatem zostać opuszczony gwałtownie, a cały tlen zasilił przez wycięty otwór trująca atmosferę Białej Planety. W namiocie nie było innego sprzętu. Cały więc musiał być zgromadzony w fioletowym. Usiedli na różowej płachcie i patrzyli na mocowanie drugiego namiotu. Posilili się płynem. Eve znów wyskoczyła na stronę, tym razem nie ciągnąc Piotra ze sobą.

Kiedy wróciła, oparli się o siebie plecami zbierając siły. Byli na tym globie już od dwunastu godzin. Nie mogli ze sobą rozmawiać. Nie mogli też nawiązać łączności z „Novą 1”. Dotarli do obozowiska, gdzie odnaleźli trupy członków „Alfy”. Ściągnęli na dół jeden z namiotów posiadający całkowicie rozładowaną baterię tlenową. Dotychczas nie dotarł do nich Gordon. Nie mieli nawet pewności, czy zmieścił się w jednominutowym limicie czasu i wyskoczył z transportowca…

Piotr dobrze teraz rozumiał słowa Ericha, który prosił o wyłączenie „zwrotnej”. Musiało ich przecież spotkać dokładnie to samo. Te pojawiające się skądś kolorowe smugi, z których jedna zabierała komunikat, a druga oddawała go z powrotem. Nie pojmował, czym, lub kim są niebieski i czerwony wiatr. Czy są złe, czy obojętne? A może po prostu bawią się z przybyszami wydającymi dźwięki i później nie mogą zrozumieć, dlaczego te istoty nagle przestają się komunikować i zastygają w bezruchu?

Bez wątpienia mieli do czynienia z formą, która uczyła się i to szybko werbalnego i elektronicznego systemu komunikacji międzyludzkiej. Skutecznie też ten obieg zamykając. Czyniła to z nieznanych powodów. Może wynikało to po prostu z jej natury. Może to był dla niej taki odruch obronny, chroniący planetę przed światem zewnętrznym? A może faktycznie się bawiła, ciesząc się z tych odwiedzin i nieświadomie utrudniając życie przybyszom. Piotr pomyślał, że kiedy „Alfa” wylądowała na Białej Planecie, wiatry jeszcze nie umiały tego, co teraz. W końcu tamtym udało się bez przeszkód nie tylko nadać elektroniczne komunikaty o lądowaniu, ale nawet połączyć się z „Nova 1” drogą radiową. „Szybko się bestia uczy” – pomyślał.

W tym momencie Piotr usłyszał swój spotęgowany oddech. Przed hełmem wirowały niebieska i czerwona mgła, zabierając i oddając dźwięk oddechu. Eve też wstała, zaciskając ręce wokół hełmu. Wstrzymał oddech. Mgły ustąpiły. Szarpnął Eve za rękę. Palcami prawej rękawicy wykonał przed hełmem gest, jakby zatykał sobie nos. Kiwnęła głową. Mgły wokół jej kasku zanikły. Kiedy tylko wracali do oddychania, pojawiały się ponownie, utrudniając widoczność i powodując kakofonię wewnątrz hełmu.

Piotr wyobraził sobie, tę pierwszą noc „Alfy”. Jej członkowie, mimo rozłożenia namiotów, musieli pozostać w kombinezonach, czekając nim płachty ,napełnią się tlenem, a oni sami sprawdzą szczelność zamkniętego obiegu powietrza. Byli zmęczeni, nic więc dziwnego, że podjęli decyzję o nocowaniu w strojach. Kosmiczni wspinacze sypiali tak często, nic nadzwyczajnego. Prawie widział jak budzą się otoczeni niebieską i czerwoną materią. Nie mogą się ze sobą porozumiewać, tkwiąc nieoczekiwanie w chaosie dźwięków, na które składały się oddechy, ich własne słowa i nawoływania. Była noc, krążące wokół kasków czerwone i niebieskie smugi dodatkowo ograniczały członkom „Alfy” widoczność. Nie wiedząc, z czym się właśnie zetknęli, podjęli decyzję, która sprowadziła na nich śmierć. Zmęczenie i strach przed nieznanym to wyjątkowo źli doradcy. W końcu nie od dziś wiadomo, że „szczęście opuszcza ludzi zmęczonych”.

Wstrzymując, co chwila oddech ruszył w kierunku kolców, na których rozpięto drugi z namiotów. Liczył, że bateria tlenowa jest w nim wyłączona. Zdołają ją włączyć, załatać dziurę w namiocie, zdjąć hełmy i znaleźć sensowny system komunikacji. Był coraz bardziej zmęczony hukiem oddechu w hełmie i widocznością ograniczoną przez czerwono niebieską karuzelę. Kiedy dotarł na szczyt, okazało się, że niewidoczne z dołu wejście, też jest zamknięte od środka. Ruszył po uginającym się namiocie, w kierunku rozcięcia w bocznej ściance. Był na wysokości jakichś czterdziestu metrów, kiedy, linki po prawej stronie nagle puściły. Runął głową w dół. Spadając, wydawało mu się, że słyszy poprzez potężny hałas jego własnego oddechu serie karabinu Gordona.

Gdy odzyskał przytomność, jego głowę wciąż otaczała czerwona i niebieska mgła. Leżał, ułożony w „pozycji bezpiecznej”. Spojrzał na nieuszkodzony na szczęście ekran, ukryty pod zasuwką, do której powstania przyczyniły się i jego doświadczenia. Żadnych wiadomości, zapas tlenu – jedna godzina… Spróbował się podnieść. Potworny ból w całej prawej stronie sprawił, że upadł ponownie. Wewnątrz hełmu słyszał teraz oddechy przemieszane z upiornie brzmiącymi jękami pełnymi cierpienia. Zagryzł wargi, aż stróżki krwi pociekły po brodzie. Usiadł, popatrzył na leżącą obok Eve. Wokół jej hełmu również wirowały niebieskie i czerwone pasma. Doczołgał się do niej i spróbował je odgonić jak natrętne muchy. Nie zrobiło to na nich żadnego wrażenia. Wyglądało, jakby przenikały przez jego ręce ukryte w grubych, kosmicznych rękawicach. Pochylił się nad dziewczyną. Przez kłębowisko czerwieni i błękitu dostrzegł twarz z zamkniętymi oczami. Spojrzał na jej wyświetlacz. Zapas tlenu – zero…

Spróbował się podnieść i wtedy do niego dotarło, że gdyby Eve nie żyła, to nie wydawałaby z siebie żadnych dźwięków, a wtedy nie byłoby tego kłębowiska czerwieni i błękitu wokół jej twarzy. W tym samym momencie Eve usiadła, dłońmi schwyciła się za szyję. Starała się zerwać słabnącymi dłońmi hełm. Nie zdołała, upadła na wznak. Mgły odstąpiły od kasku… Piotr mimo to pochylił się nad nią. Leżała nieruchomo, oczy miała szeroko otwarte, usta wykrzywione. Potworny żal i bezsilna wściekłość przepełniły jego serce. Zapłakał, nic nie mógł zrobić, nawet zamknąć jej martwych oczu. Położył ją sobie na kolanach i nieświadomie zaczął się rytmicznie kiwać jak w „chorobie sierocej”. Jego własny ból sprawił, że poczucie rzeczywistości powróciło z całą swoją brutalnością. Ułożył ciało kobiety na płótnie namiotu i przykrył je jego drugim krajem. Spróbował przyklęknąć, ale nie zdołał. Odmówił w myślach, krótką modlitwę, wysilając umysł, by znaleźć słowa wśród huku własnego oddechu. Nim skończył, drobiny pyłu zaczęły od poziomu powierzchni zasypywać martwe ciało…

Usiadł i rozejrzał się po okolicy. Eve nie próżnowała przez ten czas, kiedy leżał nieprzytomny. Zdołała dotrzeć do namiotu, którego strzępy zwisały teraz ledwie kilka metrów nad powierzchnią planety. Wyciągnęła z niego nadajnik i baterię tlenową – pustą… Na nadajniku znalazł dwieście sześćdziesiąt dwie wiadomości ratunkowe w skrzynce wyjściowej i tyleż samo w wejściowej. Spróbowała wszelkich form nawiązania kontaktu z „Nova 1”, jakie były do wykorzystania…

Nacisnął raz jeszcze przycisk klawisza „S. O. S”. Po chwili odebrał swój komunikat w skrzynce wiadomości przychodzących. Z trudem wystukał w rękawicy kosmicznej ten sam komunikat, choć bez kropek. Nacisnął klawisz „wyślij”. „SOS” wrócił dokładnie tak samo, jak „S. O. S”. Dla błękitnych i czerwonych smug treść komunikatu nie miała znaczenia, podobnie jak obecność w nim kropek.

Spojrzał na wyświetlacz. Poziom tlenu gwałtownie zbliżał się do zera. W hełmie wciąż huczał jego oddech. Westchnął ciężko, co powróciło echem, po sekundzie. Szarobiały pył pokrył już w całości ciało Eve otulone namiotem. Piotr rozejrzał się dokoła. Strzępy namiotu i czerwono niebieska materia krążąca wokół jego hełmu stanowili jedyne towarzystwo.

„Dwie minuty” – pomyślał, patrząc na wyświetlacz. – „Dwie minuty do śmierci…” I wtedy się zdecydował. Poluźnił blokady i ściągnął rękawice kosmiczne. Dłonie pozostały w cienkich rękawicach, dających minimalną osłonę. Poczuł chłód, który rozszedł się po całym ciele. Oddech przyspieszył automatycznie, na liczniku zapasu tlenu pojawiło się zero. Podniósł lewą rękę do hełmu i poluzował pierwszą blokadę, później drugą. Serce waliło mu młotem, prawie zagłuszając huk oddechu krążący wewnątrz kasku. Jeszcze jedna blokada i zdołał uchylić osłonę. Do środka wkroczyły czerwone i niebieskie smugi. Poczuł chłód na policzkach i bez ducha runął w dół.

Koniec

Komentarze

przekroczył automatycznie otwierające się bramki. Tuż za nimi, jego skromny bagaż i on sam, zostali prześwietleni przez rosłych młodzieńców z ochrony.

Przepraszam za niezrozumienie. Czy to znaczy, że Piotr roztroił się? Dwóch przeszło, a trzeci, on sam, i bagaż, skromny, zostali prześwietleni “przez rosłych młodzieńców”?

 

Plecak polecono mu zamknąć w przezroczystej skrytce z zamkiem szyfrowym (…) wiedział, że Agencja posiada wyśrubowane standardy bezpieczeństwa.

Rzeczywiście wyśrubowane? Jak w hipermarkecie?

 

Drzwi windy otworzyły się i wyszły dwie dziewczyny mające może po dwadzieścia lat. Urody przeciętnej, (…) Wsiedli do windy. Dziewczęta powiedziały, że to tu i ze śmiechem poszły zająć się innymi sprawami wynikającymi z programu ich stażu.

Czyli dziewczęta pojechały ostro: wysiały i wsiadły, czy może, również w fantastyce dopuszczalna rzecz, krzyczały przez pietra, ze śmiechem.

Zamiast odpowiedzi siłacz skinął głową.

A to nie odpowiedź?

Takie kontrakty opiewały minimum na dwa lata. Dwa lata w samotności wśród robotów.Do tego kandydat musiał posiadać organizm pozwalający wytrzymać długie kosmiczne podróże.

No, dwa lata z podróżą, to na kosmos, chyba niezbyt długo ;)

 

Poniżej wysportowanego brzucha znajdowały się krągłe biodra i nogi, które, jak mógł się domyślić idealnie pasowały do wnętrza Agencji Kosmicznej, czyli były nieziemskie.

To akurat – piękne porównanie. 

 

Może na tym optymistycznym akcencie skończmy, nim herbata się zaparzy i oparzy?

 

Pomysł fajny.

 

Pan Wysokiego Domu

Pomysł ciekawy, szkoda, że w końcu nie wyjaśniasz, o co chodziło z tymi kolorowymi wiatrami. Mam swoją koncepcję, ale nie wiem, czy słuszna.

Przycięłabym opisy na początku. Zauważyłeś, że coś zaczyna się dziać dopiero w drugiej połowie tekstu? Wcześniej jest dotarcie na zebranie i samo zebranie, czyli wstęp. I czy naprawdę trzeba zawiadomić czytelnika, że sala była prostokątna? Większość pomieszczeń tak ma. Czy to ważne, na jaki guziczek trzeba nacisnąć, żeby zmienić slajd?

Wydaje mi się, że niekiedy zapis cyframi jest dopuszczalny, ale zasadniczo liczby słownie. A w dialogach koniecznie. Jak wymówiłbyś 3107 0814?

Pobudka o 6, samotne śniadanie o 6.30. Co robili w międzyczasie?

Dlaczego nie mogli porozumiewać się, pisząc palcem w pyle?

 

Edit: Aha, nie ma potrzeby, aby pisać państwo dużą literą. To nie list.

Babska logika rządzi!

Witam Wilku!

 

Zdecydowanie to twój najbardziej rozbudowany pomysł, choć i tak pozostawiający dużo pytań.

Co, kto zabiło “Alfę”, co się stało z tym komandosem, Gordonem, no i te wiatry.

Jeśli już o nich mowa:

Niebieski i czerwony, przechwytujące komunikaty i prawdopodobnie posiadające szczątkową inteligencje. No, tego chyba nikt nie próbował! Przecierasz szlaki Wilku, brawo!

 

Pomysł, jak zwykle u ciebie, świetny. Choć czuję niedosyt. Za dużo niedopowiedzeń. A ten motyw z spełnieniem marzenia, jako wynagrodzeniem – osobliwe. Z początku myślałem, że może wypisze na tej kartce, że… chciałby umrzeć eksplorując obcą planetę. To by było fajne zamknięcie. Niby przegrał, a zarazem spełnił swoje pragnienie. Po prostu oczekiwałem po tym pomyśle czegoś bardziej rozbudowanego.

 

Podsumowując:

Wilku, twoje teksty dostarczają mi przyjemności i nie żałuję spędzonego z nimi czasu. Podobnie jest tutaj.

Otwieraj kelta ;-)

Pozdrawiam!

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

@Pan

Witaj!

Ile czasu spędziłeś dotąd sam? Z czystej ciekawości.

To jest trochę inny Kosmos, niż znamy obecnie. Zwróć uwagę na czas dotarcia na obrzeża Drogi Mlecznej. Teleportacja daje tę moc, że podróżuje się wyjątkowo szybko. Pozostają dwa lata samotności. I powiem Ci, że to wyjątkowo długo.

 

Nie załapałem z tym roztrojeniem. Ja mam dalej jednego Piotra, z jednym bagażem – serio, serio. Co do standardów bezpieczeństwa i hostess. Tę scenę znam akurat z autopsji i jest to Kancelaria Prezesa Rady Ministrów. :-) Tyle, że windą jechałem piętro wyżej, a nie niżej.

 

W kwestii odpowiedzi w formie skinięcia głową masz rację! :-)

Piękne dzięki za opinie i dobre słowo na temat samego pomysłu! Ruszam parzyć herbatę, to się napijemy razem, chociaż na odległość. Mam nadzieję, że nie odmówisz. ;-)

 

Pozdrawiam! ZB

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

@Finkla

Dzięki za opinię!

 

Kim lub czym są czerwony i niebieski wiatr, to mogą odpowiedzieć, chyba tylko kolejne ekspedycje. O ile znajdzie się kasa, na to, by je wysłać (a jak widać, nie będzie o nią łatwo). W tym wypadku nie jestem specjalnie mądrzejszy od bohaterów. Jest to coś, co skutecznie zamyka obieg komunikacji międzyludzkiej, w tym radiowej i elektronicznej. Szybko się uczy, ale komunikacji każdego z ludzi uczy się od nowa. Rzucając się na Eve i Piotra, niebieski i czerwony wiatr nie posiadają pełni tych umiejętności, przy których użyciu wykończyły najprawdopodobniej Alfę. Zwróć natomiast uwagę, że radzi sobie od początku z komunikacją elektroniczną. Moim zdaniem dlatego, że komunikacja elektroniczna jest jednolita, a z ludzi “każdy jest odrębną jednostką chorobową”. ;-)

 

Myślałem o pisaniu palcem po powierzchni. Doszedłem jednak do wniosku, że “tubylcy” i to uniemożliwią. Całość zaś jedynie rozciągnie jeszcze długość tekstu i tak już okazałego.

 

Liczba szczegółów, czyli prostokątna sala konferencyjna i tak dalej. Eksperci amerykańskiego C.I.A. szykując agentów, na różne ewentualności, uczą ich też dobrze kłamać. Dobre kłamstwo wymaga podania szczegółów. I tu już Grecy mówili, że ten, który oszukał, jest sprawiedliwszym od tego, który tego nie uczynił (chodziło o twórców dramatu). I stąd obecność szczególików. Przemyślę raz jeszcze – obiecuję!

 

Nazwa galaktyki – taka nazwa galaktyki, nie wzbudziłaby mojego zdziwienia. Obiecuję jednak kwestię przemyśleć! Może dorzucę jakąś nazwę slangową, dla potrzeb dialogów. Dzięki za uwagę!

 

Bardzo mnie ucieszyłaś tym, że masz swoją koncepcję, super! Mam nadzieję, że się zechcesz kiedyś podzielić.

 

Pozdrawiam serdecznie, ZB

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

@Nazgul

 

Dzięki! Świetna uwaga o marzeniu! Twoja wersja lepsza od mojej – chylę czoła! :-)

 

Gordon – sam się zastanawiam, co się z nim stało. Jak sądzę, Piotrowi się tylko zdawało, że słyszy odgłosy broni. W mojej wersji rzeczywistości Gordon po prostu nie skoczył.

Śmierć Alfy inspirowana dramatem na przełęczy Diatłowa (przy czym nie znam tego filmu sprzed roku, a kilka artykułów na ten temat). Bo w strachu najstraszliwszy jest sam strach.

 

Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie, ZB

 

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Straszliwie się zmordowałam czytając to opowiadanie.

Dlaczego mało istotne sprawy opisałeś tak drobiazgowo, poświęcając na nie chyba dwie trzecie tekstu, a to co najciekawsze, skondensowałeś w samej końcówce? Bo właśnie końcówka, mimo tajemnicy i niedopowiedzeń, okazała się najbardziej zajmująca.

Wykonanie, niestety, pozostawia bardzo wiele do życzenia.

 

Tuż za nimi, jego skrom­ny bagaż i on sam, zo­sta­li prze­świe­tle­ni przez ro­słych mło­dzień­ców z ochro­ny. Pani z por­tier­ni, miłym, acz bar­dzo sta­now­czym gło­sem ka­za­ła mu za­cze­kać na „ho­stes­sy”, które go za­pro­wa­dzą na miej­sce. Ple­cak po­le­co­no mu za­mknąć… – Czy wszystkie zaimki są niezbędne?

 

Na środ­ko­wym sie­dział ol­brzy­mi męż­czy­zna […] mu­sku­lar­ne­go ol­brzy­ma, albo służ­bę w ja­kichś eli­tar­nych od­dzia­łach. Ol­brzym sie­dział pro­sto… – Powtórzenia.

 

wzrok miał wpa­trzo­ny w ciem­ny ekran. – …wzrok miał wbity w ciem­ny ekran. Lub: …był wpa­trzo­ny w ciem­ny ekran.

 

wciąż było za­ję­ciem kosz­tow­nym (koszt wy­sła­nia… – Nie brzmi to najlepiej.

 

Sześć go­dzin temu na biur­ku jego po­ko­ju… – Sześć go­dzin temu na biur­ku w jego po­ko­ju

 

Dwie i pół­go­dzi­ny zajął prze­lot do Pa­ry­ża.Dwie i pół­ go­dzi­ny zajął prze­lot do Pa­ry­ża.

 

pół­go­dzi­ny cali i zdro­wi za­je­cha­li… – …pół ­go­dzi­ny, cali i zdro­wi za­je­cha­li… Lub: …w pół­go­dzi­nę, cali i zdro­wi za­je­cha­li

 

Miała dłu­gie ciem­ne włosy po­wle­czo­ne lekko modną ma­te­rią na­da­ją­cą im przy ruchu ciem­no­nie­bie­ską barwę. Oczy miała w ko­lo­rze nieba przed burzą. – Powtórzenie.

Zamiast materią, niechby włosy były powleczone substancją lub preparatem.

 

stół, wokół któ­re­go stało 12 ty­po­wych biu­ro­wych krze­seł. – …stół, wokół któ­re­go stało dwanaście ty­po­wych, biu­ro­wych krze­seł.

 

Okna pod po­wierzch­nią ziemi pod­kre­śla­ły ope­ra­cyj­ny cha­rak­ter po­miesz­cze­nia. Bez wąt­pie­nia skry­wa­ły się za nimi lu­stra we­nec­kie. – Czy to znaczy, że lustra znajdowały się za oknami, nie w oknach?

 

– Sza­now­ni Pań­stwo, nim za­cznie­my, pro­szę was o od­da­nie na prze­cho­wa­nie wszyst­kich ko­mu­ni­ka­to­rów, jakie macie przy sobie.– Sza­now­ni pań­stwo, nim za­cznie­my, pro­szę was o od­da­nie na prze­cho­wa­nie wszyst­kich ko­mu­ni­ka­to­rów, które macie przy sobie.

Formy grzecznościowe piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie. Ten błąd występuje w opowiadaniu wielokrotnie.

 

Wszyst­kie kosz­ta brała na sie­bie Agen­cja. – Raczej: Wszyst­kie kosz­ty brała na sie­bie Agen­cja.

 

La­se­ro­wy wskaź­nik za­to­czył koło wokół bia­łej plam­ki… – Nie brzmi to najlepiej.

 

zbu­do­wa­ły w swo­ich kra­jach part­ner­stwa pu­blicz­no – pry­wat­ne. – …zbu­do­wa­ły w swo­ich kra­jach part­ner­stwa pu­blicz­no-pry­wat­ne.

 

W Sali kon­fe­ren­cyj­nej przy­ga­sło świa­tło. – Literówka.

 

Alfa sły­szy­my Cię, ale nie mamy ob­ra­zu!Alfa sły­szy­my cię, ale nie mamy ob­ra­zu!

Zaimki piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.

 

takie za­bar­wio­ne na blado nie­bie­sko i na blado czer­wo­no… – …takie za­bar­wio­ne na bladonie­bie­sko i na bladoczer­wo­no

 

i skon­cen­tro­wa­ny­mi pły­na­mi ży­wie­nio­wo – na­wad­nia­ją­cy­mi. – …i skon­cen­tro­wa­ny­mi pły­na­mi ży­wie­nio­wo-na­wad­nia­ją­cy­mi.

 

Pierw­sza we­szła Eve. Wcho­dzi­ła po­wo­li, ale z kocią gra­cją. – Nie brzmi to najlepiej.

 

Nie wie­dział. czy za­dzia­ła­ło. – Zamiast kropki powinien być przecinek.

 

a on sam za­czął ob­su­wać się po kolcu w dół. – Masło maślane. Czy mógł obsuwać się w górę?

 

Płyn ży­wie­nio­wo – na­wad­nia­ją­cy był wy­na­laz­kiem… – Płyn ży­wie­nio­wo-na­wad­nia­ją­cy był wy­na­laz­kiem

 

Co kilka kro­ków oglą­dał się za sie­bie… – Masło maślane. Czy można oglądać się przed siebie?

Proponuję: Co kilka kro­ków oglą­dał się… Lub: Co kilka kro­ków patrzył za sie­bie

 

Dzię­ki oglą­da­niu się za sie­bie od­krył… – Jak wyżej.

 

– Eve, spo­koj­nie – je­stem przy tobie!. – Po wykrzykniku nie stawiamy kropki.

 

Kucną przy niej i po­ło­żył dłoń… – Kucnął przy niej i po­ło­żył dłoń

 

Na­miot przy­mo­co­wa­ny był … bo­kiem. – Zbędna spacja przed wielokropkiem.

 

Na­miot runął w dół spa­da­jąc wprost na Eve. – Kolejne masło maślane.

 

W środ­ku zna­leź­li roz­ła­do­wa­ną ba­te­rię tle­no­wa. – Literówka.

 

wi­docz­no­ścią ogra­ni­czo­ną przez czer­wo­no nie­bie­ską ka­ru­ze­lę. – …wi­docz­no­ścią ogra­ni­czo­ną przez czer­wo­no-nie­bie­ską ka­ru­ze­lę.

 

Strzę­py na­mio­tu i czer­wo­no nie­bie­ska ma­te­ria krą­żą­ca wokół jego hełmu sta­no­wi­li je­dy­ne to­wa­rzy­stwo.Strzę­py na­mio­tu i czer­wo­no-nie­bie­ska ma­te­ria krą­żą­ca wokół jego hełmu, sta­no­wi­ły je­dy­ne to­wa­rzy­stwo.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A ja tak się starałem, że nawet ilustrację zrobiłem… ;-)

Regulatorzy – cała racja po Twojej stronie. Musze nakraść czasu wiadrem i przeredagować te najstarsze opowieści. Pięknie dziękuję za konstruktywne uwagi!

Z pozdrowieniem, Wilk

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Po Twojej nieobecności, Wilku, widać, że czasu nie masz w nadmiarze, więc życzę Ci serdecznie, aby w tym roku działo się inaczej. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A gdzie ta ilustracja?

Babska logika rządzi!

@Regulatorzy – dziękuję!

 

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

@Finkla – miło, że pytasz! :-)

 

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Super! Mam nadzieję, Wilku, że Twoje ilustracje będą już zawsze nieodłączną częścią każdego opowiadania. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jasne – zacznę od dorobienia obrazków do tych najstarszych. W końcu musi być coś gorsze od samych opowieści. ;-)

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

A co zrobisz, jeśli obrazki wyjdą lepsze? ;-)

Babska logika rządzi!

Nie ma obawy! :-D

Nie jest człowiek większy ani lepszy, gdy go chwalą, ani gorszy, gdy go ganią. (Tomasz z Kempis)

Nowa Fantastyka