- Opowiadanie: Cader - Anna

Anna

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Anna

Jest kolejne szare popołudnie. Niebo znów pokryte burzowymi chmurami. Zabawne nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałem słońce w tym miejscu. Auć, znowu ten ból głowy. Pewnie kolejny raz wspomnienia z przeszłości próbują się wedrzeć do mojej głowy. Może, jeśli przypomnę sobie wszystko wreszcie przeszłość da mi święty spokój.

Przybyłem do tego miasteczka o dziwnej nazwie… Nietypowe, że nie pamiętam jak ono się nazywa, zresztą mniejsza z tym. Dziś mija tydzień lub dwa po śmierci mojej żony Anny, która zginęła w wypadku samochodowym. Mieszkaliśmy blisko ruchliwej drogi i na dodatek nasz podjazd z jednej strony odgradzał żywopłot, którym chcieliśmy się odgrodzić od nieprzyjemnych sąsiadów. Gdy Anna wycofywała z garażu samochód, rozpędzona ciężarówka dosłownie zmiotła samochód mojej żony z drogi. Widziałem to wszystko, ponieważ akurat wyjrzałem przez okno by jej pomachać. Byłem w takim szoku, że po chwili uświadomiłem sobie, że nadal macham do niej ręką. Wybiegłem z domu krzycząc jej imię wielokrotnie, powtarzając w myślach: na pewno żyje, nic jej się nie stało, będzie miała tylko kilka siniaków. Ale z każdym krokiem zbliżającym mnie do wraku samochodu coraz bardziej docierała do mnie straszna prawda, że ona nie żyje. Podbiegłem, i gdy spojrzałem na nią po raz pierwszy w życiu musiałem się odwrócić na widok jej twarzy. Była odrapana, jej oczy szkliste i nieruchome patrzące wprost na mnie, krew z rany na głowie spływała cienkimi stróżkami po jej nowej, błękitnej bluzce, którą kupiłem jej zaledwie dwa dni wcześniej. Przemogłem jednak mdlące uczucie i chciałem wyciągnąć ją na zewnątrz jednak drzwiczki nie chciały się otworzyć, więc wyciągnąłem ją przez okno. Ułożyłem na ziemi i przytuliłem do siebie, kołysząc się mamrotałem coś pod nosem, raz po raz wymawiając jej imię i zalewając się łzami. Po pewnym czasie przyjechała karetka i policja, któryś z sąsiadów musiał zadzwonić po nich. Dużo do mnie nie docierało z tego, co działo się wkoło. Po jakimś czasie udało się policjantom odciągnąć mnie od żony, poczym zabrano jej ciało. Kilka następnych dni pamiętam jak przez mgłę. Pogrzeb, kondolencje, uroczystość pogrzebową i wszystko inne. Wszyscy znajomi zapewniali mnie o swojej pomocy w jakiejkolwiek sprawie, jednak w tej najważniejszej nikt nie mógł mi pomóc. Ja chciałem by Anna do mnie wróciła, kochałem ją najmocniej na świecie i chciałem ją odzyskać. Kilka dni po pogrzebie nie mogłem znieść już tej samotności w naszym domu, gdy co noc budziłem się zlany potem, ponieważ gdy za każdym razem zamykałem oczy widziałem wypadek i twarz Anny. Za każdym razem przesuwałem rękę na jej stronę łóżka, ale zawsze natrafiałem na pustkę. Wtedy zakrywałem twarz dłońmi i płakałem.

W końcu musiałem się wyrwać stąd. W czasie drogi postanowiłem wstąpić do jakiegoś baru na jedno piwo, ale z tego jednego zrobiło się kilka i po jakimś czasie zorientowałem się, że jestem pijany. Wyszedłem chwiejnym krokiem na dwór i podszedłem do samochodu. Lekko zamglonymi oczami zobaczyłem, że zbliża się burza, jednak niezbyt mnie to obchodziło, więc ruszyłem dalej. Po godzinie lub dwóch zrobiłem się senny i postanowiłem się zatrzymać na poboczu i przespać do rana. Pamiętam, że gdy zasypiałem deszcz padał już od paru minut i dookoła było słychać błyskawice.

Rano obudziło mnie niespodziewanie walenie w okno samochodu, gdy spojrzałem, kto tak łomocze ogarnęło mnie niejakie zdumienie, ponieważ zobaczyłem jakiegoś gościa, który chciał mi sprzedać gazetę. Pokiwałem głową w odmownym geście, więc człowiek sobie poszedł, a ja przecierając oczy zacząłem się zastanawiać skąd na pustkowiu gazeciarz. Gdy byłem w połowie przeciągania się zorientowałem, że jestem w jakimś miasteczku.

-To niemożliwe przecież… zatrzymałem się na jakimś pustkowiu. – powiedziałem na głos i po chwili rozglądania się dodałem – Chyba.

Musiało być dość wcześnie, ponieważ nie było na ulicy prawie żadnego ruchu. Niebo było szare i nieprzyjemne, lecz nie było chłodno. Wysiadłem z samochodu, by się rozejrzeć. Nie było to wielkie miasteczko. Miało jedną główną ulicę, oraz kilka bocznych. Budynki niewiele się różniły od siebie, wszystkie były podobnej wielkości lub trochę mniejsze. Wyróżniał się jedynie jeden budynek znajdujący się jakieś pięćset metrów ode mnie. Z tej odległości wyglądał na jakiś hotel. Ludzie, którzy wyszli już na ulice, byli ubrani w trochę już niemodne ciuchy, ale wyglądali porządnie. Wzruszyłem ramionami i ruszyłem do pobliskiej restauracji, ponieważ nagle poczułem się bardzo głodny. Restauracja znajdowała się jakieś dziesięć metrów od mojego samochodu. W środku było dość przytulnie, lecz także staromodnie, pod ścianą stała szafa grająca z lat 60 lub 70. Przy ladzie stała starsza pulchna kobieta o spiętych do góry włosach. Miała na sobie jasno niebieski mundurek i biały fartuszek. Usiadłem przy ladzie.

-Dzień dobry – powiedziałem

-Dzień dobry. Co podać? – odpowiedziała

-Hmm cokolwiek byle by było smaczne i żeby było tego dużo – odparła z uśmiechem – Ponieważ jestem bardzo głodny.

-W porządku – odpowiedziała z uśmiechem i podeszła do okienka i coś powiedziała kucharzowi, który akurat się z niego wychylał.

-Musi pan poczekać parę minut. Ale zapewniam, że Pan nie żałuje.

-W porządku.

Siedziałem chwile rozglądając się po lokalu. W końcu zagadnąłem ją jeszcze:

-Przepraszam, może mi pani powiedzieć, gdzie ja właściwie jestem?

Spojrzała na mnie ze zdziwieniem.

-Jak to nie wie pan??

-Niestety nie. Wczoraj trochę za dużo wypiłem chyba, bo myślałem, że zatrzymałem się na jakiejś pustej drodze, a rano patrzę jestem w miasteczku.

-To musiał nieźle pan popić wczoraj…

-Jestem Piotr. Nie lubię jak ktoś do mnie mówi pan.

-Oczywiście. Ja jestem Magda no, więc znajdujesz się w…

Wtedy otworzyły się drzwi znajdujesz wszedł przez nie mój znajomy gazeciarz.

-Witaj Magdo.– spojrzał na mnie i powiedział – Przepraszam jeśli pana obudziłem. Nie chciałem, być natrętny, ale taką mam prace niestety. Nazywam się Mariusz – uśmiechnął się przepraszająco i wyciągnął rękę.

-Nic nie szkodzi. I tak bym pewnie niedługo się obudził. Ja jestem Piotr – odpowiedziałem i uścisnąłem mu rękę.

-Magdo, to samo, co zwykle poproszę.

-W porządku.

I znowu podeszła do okienka kucharza i coś powiedziała. Przy okazji wzięła wystawione przez niego talerze z posiłkiem dla mnie. Postawiła je przede mną, a mnie się ścisnął żołądek z głodu na widok jedzenia, więc niezwłocznie zabrałem się do śniadania. W przerwie poprosiłem jeszcze o szklankę herbaty, którą dostałem po chwili. Gdy pałaszowałem zawzięcie posiłek doznałem dziwnego uczucia, że jadłem już kiedyś coś podobnego, ale nie mogłem sobie przypomnieć gdzie i kiedy. Po posiłku wytarłem twarz chusteczką i spytałem, ile się należy za to wspaniałe jedzenie.

-Nic. Na koszt firmy, ponieważ jesteś tu nowy. Ale następnym razem już nie będzie za darmo – uśmiechnęła się – Mam nadzieje, że jeszcze trochę zostaniesz w naszym miasteczku. Jest tu cicho i spokojnie. W sam raz na odpoczynek. Trafiłeś w sam raz, ponieważ dziś mamy wieczorem zabawę.

Zastanawiałem się czy wyglądam na kogoś, kto potrzebuje odpoczynku, ale odparłem:

-Możliwe, że zostanę tu do jutra, rzeczywiście przydałoby mi się trochę spokoju.

-Wydaje mi się, że najspokojniejszym miejscem jest park. Ma na końcu molo, z którego można spoglądać na jezioro. O tej porze roku jest tam bardzo przyjemnie. Tam również odbędzie się zabawa dzisiaj. Trzeba przejść tylko trochę molem, a potem skręcić na główną ścieżkę prowadzącą do środka parku. Na pewno pan trafi.

-Dziękuje, chętnie skorzystam.

-Dziękuje jeszcze raz za smaczny posiłek.

-Do widzenia– odpowiedzieli razem.

-Aha, a jeszcze chciałem się spytać jak dostać się do tego parku? – zapytałem trzymając już drzwi otwarte do połowy.

-Bardzo prosto. Pójdzie pan w stronę hotelu. Skręci pan w drugą uliczkę po prawej stronie i na jej końcu wejdzie pan na ścieżkę, która kończyć się będzie molem. Tak będzie najszybciej – powiedział Mariusz zanim Magda zdążyła otworzyć usta.

-Dzięki. Do zobaczenia wieczorem – powiedziałem i wyszedłem.

Udałem się tak jak mi radzono. Ludzie, których mijałem byli bardzo mili wszyscy się witali ze mną. Jednak mimo takiej przyjemnej atmosfery czułem, że coś jest nie tak, z tym miejscem, jednak nie mogłem określić, co dokładnie. Tak rozmyślając doszedłem w końcu do parku. Wszedłem na ścieżkę i poczułem się od razu trochę lepiej. Wszedłem na molo i podszedłem do barierki, rzeczywiście było tam tak spokojnie i cicho. Szedłem wzdłuż barierek i po chwili się zatrzymałem, by spojrzeć w spokojną toń jeziora. Przypomniała mi się wtedy Anna i zamknąłem oczy, by nie zapłakać znowu. Stałem tak przez chwilę, wtem jednak usłyszałem żeński głos:

-Spokojnie tu prawda?

Otworzyłem oczy i rozejrzałem się na obie strony, ale nikogo nie było.

-Jestem tutaj. Z tyłu.

Odwróciłem się i zaniemówiłem. Ujrzałem Annę, przynajmniej tak przez chwilę mi się wydawało. Jednak to nie była ona, choć bardzo podobna. Miała ciemne, praktycznie czarne długie włosy i ciemne wysokie zamszowe buty na wysokim obcasie, a także bordową spódnicę i bluzkę. Była otulona jedwabnym wielkim szalem.

-Czemu mi się Pan tak przygląda? – spytała z uśmiechem, podobnym do uśmiechu mojej zmarłej żony.

Zamrugałem, zdołałem się jednak szybko opanować.

-Przepraszam, po prostu mi pani kogoś bardzo przypomina, nie chciałem być niegrzeczny… Owszem jest tu bardzo spokojnie – odpowiedziałem trochę zakłopotany.

-Nic się nie stało. – wstała, okazało się, że miała na sobie pelerynę, a nie szal, którym z początku mi się wydawał i dodała podchodząc do mnie wolnym krokiem i wyciągając rękę – Jestem Anna. A pan?

Znowu zaniemówiłem na chwilę, lecz odchrząknąłem i uścisnąłem jej dłoń, która mi przypomniała dotyk dłoni mojej żony:

-Ja jestem Piotr.

-Ładne imię. A kogo, jeśli mogę wiedzieć ci przypominam? – spytała nadal się uśmiechając?

-Moją żonę, też miała na imię Anna. – odpowiedziałem ze smutkiem.

-Miała?

-Niestety tak… Niedawno zginęła w wypadku samochodowym.

-Przykro mi.

-Nie uwierzysz jak mnie jest z tego powodu przykro.

-Uwierzę.

Spojrzałem w jej oczy, które okazały się ciemne jak jej włosy.

-Ja też niedawno straciłam męża. Też miał na imię Piotr jak ty. Tylko, on nie zginął w wypadku… popełnił samobójstwo. Wyskoczył z okna, z tego hotelu – w tym momencie obróciła głowę i wskazała ręką hotel.

-Przykro mi.

Po chwili krępującej ciszy zapytałem

-Pochodzisz stąd?

-Tak. Urodziłam się tu, dorosłam. I jak widzisz nadal tu mieszkam. Mój mąż podobnie.

-Aha. Ja tu dopiero dzisiaj przyjechałem i zapewne jutro wyjadę.

-Szkoda, a będziesz dzisiaj na zabawie?

-Nie wiem. Nie mam zbytniej ochoty na zabawy.

-Przyjdź. Na pewno poprawi ci się humor. Ja też będę – powiedziała z jeszcze ładniejszym uśmiechem.

-W takim razie możliwe, że przyjdę – odpowiedziałem również uśmiechem bardziej z grzeczności niż chęci go odwzajemnienia.

-Muszę już iść. Do zobaczenia na zabawie. – powiedziała i ruszyła powoli w stronę z której ja przyszedłem.

-Do zobaczenia – powiedziałem za nią i ruszyłem w stronę hotelu, zamówić sobie jakiś pokuj na dzisiejszą noc.

Wszedłem na główną ścieżkę, by zobaczyć jak wyglądają przygotowania do dzisiejszej zabawy. W połowie ścieżki drzewa po prawej stronie przerzedziły się i zobaczyłem jakby polanę, na której stała tylko wielka scena, a na niej dwa wielkie kamienne słupy. Trochę to dziwne pomyślałem, ale poszedłem dalej. Chciałem jeszcze na chwilę się położyć i odpocząć przed wieczorem. Po paru minutach stanąłem przed hotelem. Był wyższy niż mi się na początku wydawało. Miał pięć pięter, był drewniany i szary. Na tle nieba wyglądał dość smutnie. Widać, że był już stary. Wszedłem do środka. Było tam dosyć przytulnie, podobnie jak restauracja wystrój pasował bardziej do lat 60 lub 70 niż do dzisiejszych. Za ladą stał stary portier w czerwonym fraku i uśmiechał się życzliwie.

-Dzień dobry. Słucham pana – spytał

-Dzień dobry. Chciałbym wynająć pokój na jedną noc.

-Oczywiście. Chce pan pokój z widokiem na park?

-Może być. Dziękuje.

-Proszę. Pokuj numer 23.

Pojechałem windą na trzecie piętro i udałem się do pokoju według wskazówek portiera. Pokój był dość przytulny. Miał dobrze zasłane łóżko, był dobrze przewietrzony, panowała tam miła atmosfera, w sam raz na odpoczynek. Obok łóżka stała szafka, a na niej lampka do czytania. Poszedłem do łazienki trochę obmyć twarz i usiadłem na łóżku. Z ciekawości otworzyłem szafkę i w szufladzie ujrzałem jakąś książkę. Wyjąłem ją i otworzyłem, okazało się, był to jakiś dziennik. Przeczytałem kilka pierwszych zdań. Okazało się, że właścicielem jest jakiś Piotr. Zaciekawiony położyłem się na łóżku i zacząłem czytać. Po paru stronach trafiłem na fragment, który mnie zaniepokoił

 

19 sierpnia 1890 roku

Dzisiaj postanowiłem opuścić to miasto. Pomimo mojej pięknej żony musze się stąd wydostać. Z moich badań wynika, że to miasto zostało przeklęte w odległej przeszłości za jakąś zbrodnię, która została tu popełniona. Od tamtej chwili pojawia się, co sto lat po to, by zabrać w swoją mroczną podróż kolejne osoby, które do niego trafią. Wydaje mi się to mieć związek z moją żoną, gdyż od kilku dni zachowuje się dość dziwnie, chyba ma to również związek z dzisiejszą wieczorną zabawą, mam przeczucie, że zdarzy się na niej coś strasznego. Próbowałem się wydostać samochodem z miasta jednak, gdy tylko podjeżdżałem do granicy miasteczka mdlałem na chwilę, a jak otwierałem oczy mój samochód był zwrócony stronę miasteczka.

Jednak znalazłem chyba sposób na wydostanie się z tego piekielnego miejsca. Wyskoczę przez okno w mym pokoju, to chyba jedyny sposób, bym nie został potępiony jak ci ludzie.

 

Było jeszcze kilka innych niepokojących fragmentów ale nie miały dla mnie większego sensu. Jeśli tak jest w rzeczywistości to musiałem się spieszyć. Okazało się, że jestem w tym samym pokoju, co zmarły mąż kobiety, którą spotkałem na molo. Nagle pokój rozjaśnił jakiś błysk dochodzący z zewnątrz. Podszedłem do okna i mym oczom ukazał się niesamowity i przerażający widok. W środku parku trwała piekielna zabawa, filary, które widziałem wcześniej płonęły, a między nimi wytworzyła się ściana pulsującego ognia. Dookoła tego zjawiska widać było jakieś tańczące istoty, z tej odległości nie wyglądały na ludzkie postacie. Chciałem odejść od okna i ruszyć w stronę mojego samochodu, lecz zauważyłem, że pod bramą zaczyna zbierać się jakiś tłum, mglistych postaci. Nie mogłem ich zobaczyć dokładnie, gdyż jakby się rozmywały przy dłuższym wpatrywaniu w nie. Na czele tłumu stała kobieta w czerni, domyśliłem się, że była to owa kobieta, którą spotkałem na molo. Zdjęła kaptur, który zakrywał teraz jej twarz, czym omal nie przyprawiła mnie o atak serca. Była to Anna, moja ukochana żona, która została na zawsze w mojej pamięci. Otworzyłem okno, by krzyknąć coś do niej, lecz nie zdołałem wykrztusić ani słowa. Zobaczyłem, bowiem, że jej cera jest bardzo blada, wyglądała jakby była wysuszona, jej oczy pałały jednak niesamowitym czerwonym blaskiem.

-Kochanie, to ja twoja Anna. Przyłącz się do nas, a będę z tobą już na zawsze.– powiedziała głosem mojej żony.

Serce prawie mi stanęło z rozpaczy. Nagle wezbrał we mnie gniew i krzyknąłem:

-Ty nie jesteś moją żoną i nigdy mnie nie dostaniesz!

Skoczyłem w dół. Leciałem i leciałem, wydawało mi się to wiecznością. Słyszałem wściekły okrzyk tej istoty, która imitowała moją żonę. Zamknąłem oczy i … ujrzałem moją Annę, która uśmiechała się do mnie. Więc ja też się uśmiechnąłem.

Ból głowy wreszcie minął. Już się do niego przyzwyczaiłem. Jednak nic sobie nie mogę przypomnieć i wspomnienia nadal mnie będą prześladować. Zza okna słychać oznaki zabawy. Nagle pokój rozjaśnia niesamowity błysk…

Koniec

Komentarze

  1. Pisanie w pierwszej osobie tylko pozornie wydaje się łatwe. A tak nie jest. Bardzo łatwo, to jest wtedy wpaść w nadmiar czasowników dokonanych: spojrzałem, wybiegłem, zrobiłem , płakałem itp. itd. A to się źle czyta.
  2. Powtórzenia w dialogach. Odpowiedziała, odparła, odpowiedziałem itd. To też można inaczej zapisać.

To tyle. :)

Pozdrawiam.

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

znowu ten ból głowy. Pewnie kolejny raz wspomnienia z przeszłości próbują się wedrzeć do mojej głowy

Dziś mija tydzień lub dwa po śmierci mojej żony Anny, która zginęła w wypadku samochodowym

“Dziś mija tydzień lub dwa od śmierci mojej żony (…)

 

nasz podjazd z jednej strony odgradzał żywopłot, którym chcieliśmy się odgrodzić od nieprzyjemnych sąsiadów.

Gdy Anna wycofywała z garażu samochód, rozpędzona ciężarówka dosłownie zmiotła samochód mojej żony z drogi.

chciałem wyciągnąć ją na zewnątrz jednak drzwiczki nie chciały się otworzyć, więc wyciągnąłem przez okno

 

To samo, co w poprzednim tekście: powtórzenia, powtórzenia, powtórzenia… Musisz zacząć posługiwać się synonimami, to jest do nauczenia. Przejrzyj opowiadanie pod tym kątem i spróbuj poprawić poszczególne zdania.

Nie doczytałem do końca. Powtarzają się te same błędy, co w Twoim poprzednim opowiadaniu. Sporo pracy przed Tobą, ale pisz, dużo czytaj i na pewno będzie lepiej.

 

Pozdrawiam

Mastiff

Wciąga!smiley

Wiem, że nie było dobrze:) oba teksty pisałem gdy miałem 17-18 lat może. Od tego czasu sporo się zmieniło… Mam nadzieje ;) To były stare teksty nie poprawiane po latach. Chciałem zobaczyć czy będzie dostrzegalna różnica między starymi a nowymi które będę zamieszczał. Pozdrawiam wszystkich i dzięki za wszelkie uwagi :)

Czekam na komentarze pod nowym tekstem!

Robisz, co możesz, żeby odstraszyć czytelników. Strumień świadomości albo coś do niego podobnego, szalejąca interpunkcja, długaśny drugi akapit, szkolne błędy…

krew z rany na głowie spływała cienkimi stróżkami

Sprawdź w słowniku, co znaczy “stróżka”. Możesz się zdziwić.

Babska logika rządzi!

No cóż, ani wtórny pomysł nie przypadł mi do gustu, ani sposób opowiedzenia historii.

Wykonanie pozostawia bardzo wiele do życzenia, ale najbardziej zbulwersowały mnie hotelowe pokuje do wynajęcia.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka