- Opowiadanie: zygfryd89 - Odcienie bieli, część 8 z 9

Odcienie bieli, część 8 z 9

Oceny

Odcienie bieli, część 8 z 9

Rozdział 39

Skraplanie dusz

 

Po powrocie ze spotkania z Jeremiaszem Hodsem Lydia usiadła w miejscu, gdzie przed laty pracował jej ojciec, i zaczęła rozszyfrowywać notatki. Dotarła ledwo do siódmej strony, w tym czasie we wszystkich okolicznych domach pogasły światła. Nie zamierzała się jednak poddać. Była gotowa siedzieć nad tym do rana.

Rozszyfrowywanie było żmudnym zajęciem. Co pewien czas musiała odrywać wzrok od tablicy szyfrującej, by dać oczom odpocząć od wędrówek pomiędzy wierszami i tabelami wypełnionymi alfabetami. Spoglądała wtedy przez okno w kierunku areny skąpanej w blasku płonących latarni. Budowla wciąż tam stała, czekając na swoją kolejną ofiarę. Pierwsi Osadnicy zbudowali ołtarz, a my arenę.

Z każdą chwilą jej pracy historia Grenie powoli zrzucała z siebie zasłonę szyfru.

Pierwsze notatki nie były szczególnie zaskakujące. Lydia zastanowiła się nawet, dlaczego jej ojciec zaszyfrował te fragmenty, gdyż w większości były to fakty i domysły dobrze znane większości mieszkańców. Być może chciał w ten sposób zniechęcić niepowołaną osobę, w której ręce wpadłyby te zapiski.

Notatnik rozpoczynało kilka krótkich opracowań na temat Pierwszej Osady, które głęboko ją rozczarowały. Nie dowiedziała się niczego nowego. Za to mogłabym do nich co nieco dopisać – pomyślała z uśmiechem.

W kolejnych opracowaniach Rande Ortos skupił się na założeniu Grenie. Tę historię również znała. W jej domu często ją opowiadano. Majętny właściciel ziemski Har Aliton, zachwycony działami Estrova, rodzi w swej głowie pomysł założenia osady gdzieś na północy Astarii. Ponoć co noc miewa sny, które go do tego nakłaniają. W jego życiu, nie wiedzieć skąd, pojawia się Hart Mesten, były drwal, który proponuje dokładną lokalizację osady. Alitona wspierają – jego kuzyn Albert Nadaj i znajomy rybak Marfet Sqon. Ich pomysł dociera do uszu młodego studenta Carta Wolrona, który po zdobyciu dyplomu dołączył do przedsięwzięcia.

Dalej odnalazła kilka wiadomości dotyczących samego procesu zakładania osady, następnie rozpoczynały się opracowania przedstawiające pierwsze lata jej funkcjonowania. Ojciec zanotował znane jej fakty – zaskakująco częste wypady Wolrona nad jezioro, ekscesy Sqona, chorobę Nadaja, pożar jednego z domów.

Była jednak wzmianka, którą ją zaskoczyła.

Dom, w którym mieszkała Lydia, wybudowano dla Cole’a Fortela. Po zagadkowej śmierci pierwszego właściciela, nieruchomość trafiła do stryja jej ojca. Fortel miał wobec niego jakieś stare hazardowe długi. Mężczyzna wprowadził się tu i często gościł jej młodego ojca. Chłopiec spędził w Grenie sporą część dzieciństwa. Zaprzyjaźniał się z przyszłą matką Lydii, która w młodości mieszkała w domu Efetnów. Po śmierci stryja otrzymał w spadku dom, wprowadził się do niego i niedługo potem wziął ślub. Jak się okazało, historia Grenie interesowała go już od dzieciństwa.

Przeczytała na głos:

 

20 STYCZNIA 1952 – FASCYNUJE MNIE PLOTKA, KTÓRĄ USŁYSZAŁEM W DZIECIŃSTWIE PODCZAS WAKACJI U STRYJA. FAKT, ŻE MARFET SQON MIAŁ ROMANS Z ŻONĄ HARA ALITONA, NIE PODLEGA DYSKUSJI. ZASTANAWIAJĄCE JEST JEDYNIE TO, ŻE PIERWSZY WÓJT NIGDY SIĘ TEGO NIE DOMYŚLIŁ. ISTNIEJE LEGENDA, WEDLE KTÓREJ SQON PRZEKOPAŁ TUNEL ZE SWOJEGO DOMU DO DOMU ALITONÓW, BY MÓC WIDYWAĆ SIĘ Z KOCHANKĄ. IM WIĘCEJ DOWIADUJĘ SIĘ O TYM CZŁOWIEKU, TYM MOCNIEJ ZACZYNAM W TO WIERZYĆ. WYSTARCZY SPOJRZEĆ NA UŁOŻENIE DOMÓW.

 

Słyszała o Sqonie różne szalone pogłoski, lecz ta przebiła je wszystkie. Czy coś takiego jest w ogóle wykonalne? – gdy się nad tym zastanawiała, jej głowa osunęła się na tablice szyfrującą. Usnęła.

We śnie stanęła na szycie wieży Tego Który Rozdziela.

Dokonała tego, podążając ścieżką oplatającą strzelistą górę. To tu dopełniła się moja trzecia śmierć. Wędrując, nie zdawała sobie sprawy, że góra jest wieżą. Na ścieżce widywała chudych, medytujących mężczyzn, którzy spoglądali na nią dziwnymi, pozbawionymi życia oczami.

– Wielka woda już nadchodzi! – zawołał jeden z nich.

Lydia bała się, lecz szła dalej. Kilkanaście kilometrów. Taką właśnie odległość miałam pokonać – przypomniała sobie.

Dotarła na miejsce, nie czując zmęczenia. Szczyt wieży okazał się drewniany, prowadziły na niego przeżarte pleśnią schody. Cała konstrukcja wyglądała, jakby zaraz miała się rozlecieć. Z zewnątrz budowla wydawała się solidniejsza, silniejsza. Lydia skupiła się na rozciągającym się przed nią widoku. Po raz pierwszy w życiu objęła wzorkiem całe jezioro Grenie. Wydało się mniejsze niż obserwowane z brzegu. Dalej ujrzała wzgórza, które wznosiły się stromo, jakby las przeciwstawił się ekspansji jeziora poprzez wypiętrzenie terenu. Przeniosła wzrok na południe, zaczęła szukać wioski. Bez skutku.

Nagle jezioro stało się niespokojne. Przypomniała sobie trzecią śmierć i zadrżała. Nieduży zbiornik – uspokajała się. – Nie ma w nim tyle wody, by zalać tę budowlę. Chyba. Jak wysoka ona właściwe jest? Wychyliła się za lico wieży i ujrzała Krisofa, który krążył na dole uzbrojony w kuszę. Nie patrzył w górę, lecz rozglądał się po lesie. Nie spodziewa się mnie tutaj. Przechytrzyłam sukinsyna. Chciało jej się śmiać.

– Lydio – usłyszała głos za swoimi plecami. – Chciałaś mnie odwiedzić. Zaoszczędzam ci więc problemów i to ja odwiedzam ciebie.

Ten Który Rozdzielał wyglądał tak, jak powinien czarodziej – był starcem w szarej szacie z długą siwą brodą. Nieustannie pracował rękami, w których migotały pomarańczowe smugi. Bił od nich niezwykły blask. Lydia nie mogła oderwać wzroku od tego przedziwnego zjawiska. Czy w ten sposób rozdziela? Czy to ten blask widać z wielu kilometrów? Nadzieja malowana światłem.

– Krisof. On cię więzi, mam rację? – było to pierwsze pytanie, jakie przyszło jej na myśl.

– Nie – odpowiedział, nie przerywając swojej pracy.

Lydia była zaskoczona. Szybko jednak nasunęło jej się kolejne pytanie. Najważniejsze.

– Co mamy zrobić? – zapytała z bezradnością w głosie. – Jak mamy uratować osadę?

Starzec się zamyślił. Dumał tak przez chwilę, choć Lydia podejrzewała, że już od dawna ma przygotowaną odpowiedź.

– Jest dla was nadzieja. Musisz przyprowadzić tu Kaia Slanta. Niech ma przy sobie czerwoną książkę.

– I tylko tyle? – zdziwiła się. – To nie będzie trudne.

– Mylisz się, Lydio. Sprowadzenie tu tego chłopaka będzie bardzo trudne.

– Dlaczego?

– Sprawy się skomplikują.

– Oczywiście – przyznała rozgoryczona. – Nie może być zbyt prosto, prawda? Byłoby nudno.

Starzec się roześmiał.

– Trafiłaś w sedno. Nie może być nudno. – Wyciągnął pomarszczoną rękę. – Spójrz, Lydio. Nadchodzi.

Ściana wody pojawiła się znikąd i natychmiast urosła do absurdalnych rozmiarów. Przesuwała się w kierunku wieży, pochłaniając cały świat. Nie, proszę, tylko nie utonięcie.

Gdy woda zabrała ją ze sobą, Lydia otworzyła oczy. Ujrzała Grenie. Cała wioska płynęła we wnętrzu monstrualnej fali. Widziała swój dom i domy sąsiednie, obie wyrwane ulice, na których wciąż paliły się liczne uliczne latarnie, a nawet wzniesioną niedawno arenę. Byli też ludzie. Dziesiątki znajomych twarzy. Umierali. Jeszcze dalej płynęła Pierwsza Osada, wyglądająca jak w dniach świetności. Wysoka wieża rodziny Trutnia obracała się niczym olbrzymie podwodne wiertło. Wokół niej płynęły dziesiątki ciał Pierwszych Osadników. Dalej Lydia ujrzała inne osady, jeszcze starsze. Płynęły ku niej proste drewniane domy i zagrody. Płynęły świątynie, mosty i drogi. Płynęli martwi ludzie, ubrani w skóry zwierząt, które żyły tu tysiące lat temu.

Na końcu przepłynęła wieża, a na jej szczycie nie paliło się żadne światło.

Obudziła się zalana łzami.

Pierwsze kroki skierowała w stronę umywalki. Chciała umyć twarz, lecz z kranu nie popłynęła woda. Wodociąg zamarzł? To się Rost zezłości. Poniekąd żałowała, że nie zobaczy reakcji wójta na fiasko jego koronnego przedsięwzięcia. Czekała ją długa podróż. Postanowiła jak najszybciej wypełnić polecenie czarodzieja. Włożyła ogromną puchową kurtkę, dwie pary rękawiczek i czapkę zasłaniającą całą twarz. Brakowało jej tylko chłopaka.

Nie było go w domu. Rodzice twierdzili, że poszedł do Sqona. Pewnie ich okłamał, gdyż w chałupce rybaka nikogo nie zastała. Lydia odwiedziła oba domy jeszcze dwa razy. Bez skutku. Slant zapadł się pod ziemię. Sprowadzenie tu tego chłopaka będzie bardzo trudne – zapewnił starzec. Udała się na skrzyżowanie.

– Widziała pani Kaia Slanta? – spytała Marię Holbes. Przyszła pora na wydawanie towarów, czym Lydia zajmowała się z Estelą. Dziewczyna jeszcze się nie pojawiła.

– Nie. Pewnie jest tam, gdzie mój stary – warknęła, wciąż obrażona na cały świat za niedawną konfiskatę. Kai miałby leżeć upity pod drzewem? Wtedy sprowadzenie go na szczyt wieży rzeczywiście będzie trudne. Prowadzi na nią wiele schodów.

– Dalej brak wieści o pani mężu? – zapytała z uprzejmości.

– Brak. Zdziwiona? Bo ja nie. Ludzie nieustannie tu giną. Efetny, Murc, mój stary, teraz ten Slant.

Co jeśli ona ma rację? Co jeśli Kai nie żyje? – przeraziła się. Nie, wykluczone. Powiedział trudne, a nie niewykonalne.

Pytała każdego, kto przyszedł po porcję żywności. Nikt nie widział Kaia Slanta.

Gdy wróciła do domu, chłopiec sam ją odnalazł. Wręczył jej list, przekazał wieść o śmierci Sqona i gdzieś uciekł. Lydia nie potrafiła go powstrzymać. Chciała go gonić, lecz nim się zorientowała, Slant zdążył już zniknąć w mroku i padającym śniegu.

Spojrzała na kopertę i przez chwilę zapragnęła przeczytać wiadomość. Nie. Włożyła list do kieszeni, najgłębszej, by jej nie kusił, i wyruszyła ku domostwu Alitonów.

Kilkadziesiąt osób wyczekiwało wokół areny na wydarzenie, o którym Lydię nikt nie raczył poinformować. Po ostatnim zajściu stałam się niepożądanym widzem. Ludzie zerkali na nią zaciekawieni, tymczasem drzwi domu Alitonów otworzyły się i pojawiła się w nich Suzan Orchid. Wyglądała na podejrzanie zadowoloną z siebie.

– Hej, ty – zwróciła się do niej Lydia – jakie to uczucie czekać, aż z twojej winy zginie niewinny człowiek?

Suzan popatrzyła na nią zdziwiona i przerażona. Lydia nie miała pewności, czy Hods mówił prawdę odnośnie gwałtu, lecz to spojrzenie powiedziało jej wszystko. Orchid nie odezwała się ani słowem. Minęła Lydię i zniknęła w tłumie.

Zastała Rosta w salonie. Popijał drinka. Przypominał biznesmana, który odpoczywa po całym dniu spędzonym na ubijaniu interesów. Odwrócił wzrok powoli, jakby rozmowa z nim była zaszczytem, którego by dostąpić, należy odczekać swoje.

– Martiv Sqon nie żyje – zaczęła.

Przyjął to z obojętnością.

– Kto go zabił? Morderca od zatrzymanych zegarów?

– Nie wiem, nie byłam tam. Trzeba zrobić coś z ciałem. Urządzić pogrzeb.

– Nieboszczyk nigdzie nam nie ucieknie – oznajmił. – Powiem Slantowi, by się nim zajął. Staremu. Powiedz mi, Lydio, czemu szukałaś jego syna?

Zaskoczona, nie wiedziała, co odpowiedzieć. Zastanawiała się przez chwilę, po czym wybrała chyba najgorszą możliwą odpowiedź:

– Nie twoja sprawa. Jest Marc?

– Stoi w tłumie. Czeka na dzisiejsze przedstawienie. – Rost zakręcił drinkiem z dziwnym uśmiechem.

– Przedstawienie? Posłuchaj mnie, Rost. Musisz się dowiedzieć. Alwen jest niewinny. Nie zgwałcił tej dziwki. Rozumiesz, co do ciebie mówię? – Spoglądał na nią dziwnym, nieobecny wzrokiem. – Skończ te barbarzyństwa i wypuść go.

– Nie.

– Dlaczego? Po co Orchid cię odwiedziła? Przekonuje cię, byś go zabił, tak? Sączy ci truciznę do uszu!

– Źle ją ocenisz. Suzan była tu wstawić się za Alwenem. Ona ma dobre serce. W swej łaskawości postanowiłem, że ją wysłucham. Alwen otrzyma pewną szansę, lecz i tak musi ponieść konsekwencje swoich działań. Gwałt jest strasznym przestępstwem, lecz nie powinien być karany śmiercią, a, dajmy na to, kastracją. Problem w tym, że Alwen odpowie też za inne paskudne zbrodnie. Działanie na szkodę Grenie. Morderstwa. Te, których dokonał osobiście, i te, które wykonali za niego sprzymierzeńcy. Człowiek od zegarków. Onelia Slant. Nie zapominaj, że Alwen zaplanował zabicie mojej córki. I ten plan się powiódł.

– Twoja córka żyje! – krzyknęła. Jakby na potwierdzenie tych słów Estela zeszła po schodach. Spojrzała na ojca przerażona.

– O czym ty mówisz, tato? – zdziwiła się. Nie doczekała się odpowiedzi. – Posłuchaj, nie rób tego, cokolwiek zamierzasz. Nie mamy tu narzędzi, by kogokolwiek sądzić i wydać sprawiedliwy wyrok.

– Tak się wam tylko wydaje – odparł wójt. – Idźcie, zaraz zjawi się Ox i zaczynamy przedstawienie. Lydio, jeśli tym razem znów je przerwiesz, czeka cię kara.

Estela postawiła się ojcu i Rost pozwolił jej zostać w domu. Lydia wyszła na ulicę, drżąc z gniewu i strachu.

Podeszła do areny. Stojący przy niej ludzie rozstąpili się, jakby w obawie, że kobieta zastrzeli każdego, kto stanie jej na drodze. Nigdzie nie widziała Marca Wolrona. Włożyła dłonie do kieszeni. W jednej wymacała list, a w drugiej pistolet.

– Tym razem niech pani celuje w wójta – odezwała się Kolia Trast, staruszka, najbardziej pobożna osoba w całej wiosce. Wiele osób słyszało te słowa, lecz wszyscy zachowali milczenie.

Lydia zastanowiła się nad tymi słowami. Czy zabijając Rosta i ratując niewinne życie, popełniłabym grzech? Czy byłabym moralnie usprawiedliwiona?

– Podobno skazał ją na areszt domowy, bo zrobiła mu awanturę. Żądała uwolnienia męża – szeptał ktoś za jej plecami. Lydia domyśliła się, że chodzi o żonę Bernarta. Zauważyła jej absencję. Co ciekawe, w tłumie brakowało również Jeremiasza Hodsa, który zwykł nie opuszczać tego typu wydarzeń.

Z ciemności wyłonił się Ox. Zasypany śniegiem olbrzym przypominał gigantycznego bałwana. Udał się do domu Alitonów. Po chwili wyłoniły się z niego cztery ludzkie sylwetki.

Gdy Rost i Ox prowadzili Alwena i Bernarta w stronę areny, Lydia domyśliła się, jaki scenariusz napisano dla dzisiejszego przedstawienia. Jak na potwierdzenie jej domysłów Wieloryb wrócił się do domu i przyniósł z niego tyle broni, że można by nią obdzielić całą średniowieczną armię.

Alwen i Bernart wyglądali okropnie – brudni, zarośnięci i pozbawieni woli życia. Stali na arenie niczym dwa smukłe cienie, czekając na śmierć. Rost natomiast wyglądał na zadowolonego, czego nie można było powiedzieć o Oxie. Największy z rybaków był dziwnie zakłopotany.

Wójt sondował zgromadzenie wzrokiem, stojąc nad areną niczym rzymski cesarz. Przez ułamek sekundy spojrzenia jego i Lydii spotkały się, szybko jednak odwrócił głowę.

– Dzisiejsze igrzyska – rozpoczął uroczyście – dedykuję białemu stworowi. Naszemu przyjacielowi i obrońcy. W podziękowaniu za jego dokonania.

Doprawdy wspaniałe to dokonania rozszarpywać ludzi na strzępy.

Mieszkańcy zaczęli szeptać między sobą.

– Ci dwaj więźniowie – podjął przemówienie, wskazując na arenę – stoczą między sobą uczciwy pojedynek. Będzie tylko jeden zwycięzca. Tylko jeden z nich opuści to koło. Jako że każdy ma szansę na odkupienie win, choćby tych najgorszych, chcę oznajmić, że ci oto więźniowie mają okazję odzyskać wolność. Ten, kto trzykrotnie opuści arenę żywy, będzie mógł odejść.

On oszalał – stwierdziła ze zgrozą. Zastanowiła się, co by się stało, gdyby Alwen rzeczywiście wygrał trzy walki i doszła do wniosku, że i tak nie odzyskałby wolności. To był jakiś podstęp.

W grobowej ciszy, jaka zapadła po przemówieniu, poniosły się echem oklaski. Trosen Alwen stał na środku areny i klaskał, uśmiechając się do Rosta.

– Brawo, mój ty wodzu – przemówił równie uroczyście jak wójt. – Powiedz mi, Rost, wybrałeś już sobie przydomek? Bo wiesz, każdy wielki władca musi mieć przydomek. Proponuję Rost I Odnowiciel. Przecież odnowiłeś Grenie, prawda? Zbudowałeś wodociąg, jeśli dobrze pamiętam. Niestety, gdzieś po drodze straciliśmy prąd.

– Wodociąg zamarzł – zawołał Kolia Trast, wywołując atak śmiechu Alwena.

Lydia miała wrażenie, że Rost zaraz przeskoczy barierkę i własnoręcznie utnie mu głowę jednym z przyniesionych mieczy. Ox szepnął coś, próbując go uspokoić.

– Widzicie – Alwen rozpromienił się, jakby kpienie z Rosta było energią potrzebną mu do życia – takiego człowieka wybraliście na swojego przywódcę. Barbarzyńcę. Nieudacznika. Gdyby chociaż był przystojny – zakpił. – A mogliście mieć mnie. Kryminalistę? – zapytacie. Pragnę wam wszem i wobec oznajmić, że jestem niewinny każdej zbrodni, o którą się mnie oskarża. Gdybym jakimś cudem odzyskał wolność, dajmy na to w tej chwili, rządziłbym zupełnie inaczej. Sam jeden będąc w Pierwszej Osadzie, zacząłem… – atak kaszlu przerwał jego wypowiedź.

O cholera, chyba chce sprowokować przewrót.

Ludzie spoglądali na Alwena, i przez ułamek sekundy kobieta była pewna, że dojdzie do zrywu mieszkańców, uwolnienia więźniów i obalenia wójta. Suzan Orchid spoglądała niepewnie. Bernart posyłał ludziom jednoznaczne spojrzenia, a Alwen szykował się do podjęcia przemówienia. Lydia mocniej zacisnęła dłoń na rękojeści broni.

Tymczasem Rost spoglądał w dal, jakby nieświadom zagrożenia.

– Jest! – krzyknął. – Jest nasz obrońca! Przyszedł na swoje przedstawienie.

Biała bestia kroczyła dumnie ulicą Estrova. Zatrzymała się w sporej odległości od areny, bezgłośnie przypatrując się zgromadzeniu.

Alwen ją zobaczył i w tym momencie opuściła go cała nadzieja.

Lydia nerwowo poruszyła palcami. Mogłabym zastrzelić Rosta, a potem spróbować zabić stwora. Plan brzmiał nieskomplikowanie, lecz nie potrafiła tego zrobić. Umiała zabić psa, lecz nie człowieka, którego jeszcze niedawno kochała. Potrzeba tu kogoś bezwzględnego. Być może Kai by potrafił. Zastanowiła się, gdzie jest teraz chłopak.

Tymczasem Alwen i Bernart zostali zmuszeni do wybierania broni, którymi mieli stoczyć pojedynek. Dwaj najlepsi przyjaciele w osadzie. Miała ochotę krzyczeć.

Stanęli naprzeciwko siebie. Alwen ze śmiesznie krótką halabardą i Bernart z malutkim jednoręcznym mieczem. Obie bronie wyglądały jak zabawki, lecz Lydia podejrzewała, że zostały dobrze naostrzone.

– Zacznijcie walczyć – zawołał wójt.

Nie zaczęli walczyć. Alwen wbił swą broń w ziemie i zaczął odgarniać śnieg, a Bernart obracał miecz w ręku, myśląc nad czymś intensywnie.

Rostowi się to nie podobało.

– Jeśli nie będziecie walczyć ze sobą, każdy z was zmierzy się z białą bestią. Zginiecie obaj – oznajmił.

– Dobrze, wodzu – przemówił Alwen, chwycił pewniej halabardę i obrócił się w stronę Rosta. Boże, dopomóż, zamachnie się na niego. Wtedy jednak biała bestia podeszła bliżej, niemal pod samą arenę, warcząc na niego cicho. Ci gapie, którzy stali jej na drodze, natychmiast przemieścili się na bezpieczną odległość.

Bernart przemówił. Jego głos brzmiał tak cicho, że wszyscy zamilkli, nie chcąc uronić ani słowa.

– Trosen, uratowałeś mi życie nad jeziorem. Życie, którego i tak wiele mi nie pozostało. Dziękuję.

– Ber… – Trosen skoczył ku niemu, opuszczając broń, lecz było za późno. Jego schorowany przyjaciel zdążył przejechać mieczem po swojej lewej ręce, przerzucić broń z dłoni do dłoni i wbić ostrze w prawą rękę. Trysnęła krew, dwa miniaturowe wodospady. Alwen złapał go, gdy opadał na ziemie.

Rozległo się klaskanie. Tym razem to Rost uderzał w dłonie.

– To się nazywa przyjaciel – rzucił drwiąco. – Dobrze ci idzie, Alwen. Przeżyłeś pierwszy pojedynek. Jeszcze dwa zwycięstwa i odzyskasz wolność.

– Pomóżcie mu – krzyknął Trosen, lecz nikt nie miał odwagi się ruszyć. Biała bestia przeskoczyła płot areny i podeszła do umierającego mężczyzny. Alwen odsunął się przerażony, zostawiając Bernarta w kałuży krwi. Ox chwycił więźnia za ramię i wyprowadził z areny.

Ludzie rozpierzchli się do swoich domów. Rost, Ox i Alwen zniknęli z drzwiami posiadłości Alitonów. Bernart leżał na śniegu, najprawdopodobniej już nie żył. Jedynie Lydia została na pustej ulicy.

Bestia wciąż krążyła nad ciałem.

Inne zwierzę rzuciłoby się teraz na mnie. Ono jest inne, inteligentne. Widocznie nie chce mojej śmierci. To dodało jej odwagi. Wyjęła broń i strzeliła. Bestia na jej oczach zniknęła, umykając przed kulą. Już nie wróciła.

Niedługo po tym zjawiła się u Rosta z butelką wina. Zastała go, gdy w samotności wpatrywał się w obraz szczęśliwej osady. Spojrzał na Lydię nieufnie.

– Chciałam przeprosić – oświadczyła, stawiając alkohol na stole. – Naprawdę doceniam, że jesteś naszym przywódcą w tych ciężkich czasach.

To sprawiło mu przyjemność.

Resztę wieczoru spędzili razem. Zjedli kolację we dwoję, gdyż, jak się dowiedziała, Marc i Estela wybrali się do domu Wolronów. Cholera, wciąż mam w kieszeni jego list. Później wypili butelkę wina, którą przyniosła, i kolejną, z prywatnych zapasów Rosta.

Położyli się razem do łóżka i kochali w zimnej, ciemnej sypialni.

Odczekała chwilę, gdy zasnął. Cichutko opuściła łóżko i ubrała się. Włożyła też kurtkę. Czeka mnie sporo chodzenia po mrozie. Na palcach wyszła z sypialni i skierowała się na korytarz.

Klucze do piwnicy ukryte były pod doniczką stojącą przy drzwiach wejściowych. Wyjęła je i ruszyła w kierunku prowizorycznego więzienia. Każdy dźwięk wydawał się absurdalnie głośny, jakby po domu stąpał słoń. Nawet serce biło w jej piersi z taką siłą, że dźwięk ten z pewnością mogłoby wyrwać niedźwiedzia z zimowego snu.

Podeszła do drzwi piwnicy.

Ktoś stał na korytarzu. Lydia widziała ciemną ludzką sylwetkę. Opuściła klucze, które upadły na podłogę z łoskotem, jakby ważyły tonę.

– Niech pani go ratuje – szepnęła Estela i cofnęła się w kierunku schodów.

Skąd ona się tu wzięła? Powinna być poza domem. Nie miała czasu się zastanawiać, otworzyła drzwi i zeszła po schodach.

– Trosen – wyszeptała. – Trosen, uciekaj.

Mężczyzna spał. Nim się przebudził, zorientował w sytuacji, wstał i podszedł do drzwi, minęło tyle czasu, iż Lydia mogłaby przysiąc, że zaczęło świtać.

– Uciekać? Niby dokąd – rozniósł się głos w ciemności. Jego ton był pełen rezygnacji, przepełniony beznadzieją.

– Gdziekolwiek. Może do Pierwszej Osady.

– Już to przerabiałem.

– Wtedy byłeś sam. Myślę, że teraz wielu do ciebie dołączy, wielu przerażonych rządami Rosta. W tym ja. Odwiedzę domy i zbiorę chętnych. Idź. Idź do Pierwszej Osady. Znajdziemy cię tam.

– Ta cała gadka o dowodzeniu – szeptał, gdy znaleźli się na schodach – chciałem tym pokazać, że jestem lepszy od niego. Naprawdę uważasz, że to może się udać? Nowe miejsce, bez Rosta Alitona? Będzie trudno. Poza tym spójrzmy prawdzie w oczy, żaden ze mnie założyciel.

– Żaden z pięciu założycieli nie był człowiekiem lepszym od ciebie. Nie myśl, tylko idź tam. Biegnij!

Trosen Alwen wybiegł przez drzwi i zniknął w mrokach nocy.

Lydia pobiegłaby z nim, lecz w ostatniej chwili przypomniała sobie o liście. Noszę go pół dnia, Kai mnie zabije.

– Estela, jesteś tu jeszcze? – wyszeptała w kierunku ciemności. Przekażę też inną wiadomość. Dziewczyna nie wydała mnie ojcu. Widzi jego szaleństwo. Wraz z Marcem powinna udać z nami w nowe miejsce. – Estela – wyszeptała w kierunku postaci stojącej w ciemnym korytarzu.

Nim zorientowała się, że to nie dziewczyna, było już za późno na ucieczkę. Rost chwycił ją za głowę i rzucił o ścianę.

– Pierdolona zdrajczyni! Wiedziałem, że Alwen ma sprzymierzeńców. Od początku byłaś z nim w zmowie!

Wszystko zniknęło, czuła tylko ból. Stał się jej całym światem, jedyną rzeczą odróżnialną od ciemności. Dopiero po chwili zorientowała się, że leży na czymś zimnym i mokrym. Czymś skrzypiącym. Na podłodze piwnicy.

Krzyczała. Najpierw cicho, lecz po chwili zaczęła wrzeszczeć z taką siłą, że z pewnością musiała zbudzić całe Grenie. Czuła smród i zapach wilgoci. Przypomniały jej się lochy, w których zadano jej siódmą śmierć. Nic nie widziała i piwnica nagle wydała się mała jak pudełko zapałek. Wierzgała całym ciałem, starając się odpędzić atak klaustrofobii.

Zamilkła, gdy gardło rozbolało ją od krzyku. Przewróciła się na bok i zaczęła płakać.

Pistolet – przypomniała sobie. Nie obszukał mnie. Gdy tylko tu zejdzie, rozwalę mu łeb. Wyjęła broń z kieszeni. Była lekka. Zbyt lekka. Skurwiel wyjął naboje. Lydia zastanowiła się, w którym momencie dzisiejszego wieczoru tego dokonał. Pewnie gdy byłam w łazience.

Zamknęła oczy i próbowała zebrać myśli. Trosen Alwen. Miałam zwołać ludzi, którzy go wesprą. Będzie na nas czekał. Jeden samotny dziwak pośrodku lasu. Rost wybuchnie śmiechem, gdy się dowie, jak potoczyła się nasza mała rewolucja. Potem przyprowadzi go z powrotem do osady. Jeśli los da, zdążę mu pomachać, gdy będę walczyć na arenie. Może nawet wystawią nas przeciwko sobie. Lydia się przeraziła. Nie była tak odważna jak Bernart.

Leżała w czerni, czekając na cokolwiek. Czas płynął, lecz nie wiedziała, z jaką szybkością.

Pomyślała o Kaiu, którego miała doprowadzić do wieży. Wszystko przepadło, ich ostatnia nadzieja. Sprawy się skomplikują – przypomniała sobie. Serce zabolało ją na myśl o notatniku, który pozostał na stole. Nikt już nigdy nie miał wyciągnąć z niego żadnych tajemnic.

Notatnik – drgnęła nagle. Istnieje legenda, wedle której Sqon przekopał tunel ze swojego domu do domu Alitonów, by móc widywać się z kochanką.

Wstała z podłogi. Taki tunel z pewnością musiałby łączyć piwnice.

Wystarczy spojrzeć na ułożenie domów.

Posiadłości Sqonów i Alitonów zbudowano blisko siebie, pozostałe były rozrzucone w znacznych odległościach. Sqon i Aliton znali się dużo wcześniej. Byli przyjaciółmi. Czy dlatego Pierwszy Rybak Grenie został założycielem? Chciał złowić żonę swojego przyjaciela? Oba domy dzieliła tylko ulica. Ich podziemne połączenie, dzięki któremu kochankowie mogliby się spotykać, było wykonalne. Co prawda, wciąż było to szaleństwo, lecz Lydia widziała już niejedno.

Zaczęła badać ściany piwnicy. W niektórych miejscach przeszkadzały jej skrzynie, półki czy różnego rodzaju śmiecie. Zrzucała wszystko na podłogę. Rost pomyśli, że wpadłam w szał. Z powodu mroku i dezorientacji nie wiedziała, która ze ścian położona jest przy ulicy, sprawdzała więc wszystkie.

Trafiła na wysuniętą cegłę, ukrytą za starym dywanem. Wyciągnęła ją, włożyła dłoń do szczeliny i wymacała klamkę. Otworzyła ukryte przejście. Fragment ściany był drzwiami, po drugiej stronie obłożonymi drewnem. Gdy je pokonała, trafiła do wąskiego tunelu. Chwyciła ścianę lewą ręką i podążyła przed siebie.

Dotarła do podobnych drzwi. Otworzyła je i znalazła się w innym domu. Kiedyś należał on do Sqonów, dziś do rodziny Holbesów.

W piwnicy paliła się lampka, migocąc radośnie. Było to wielkie pomieszczenie, zapewne tak duże jak piwnica Alitonów. Wszystko było tu zagracone dziesiątkami kartonów i starym sprzętem rybackim, który zapewne pamiętał czasy założyciela. W jednym z rogów dostrzegła najprawdziwszą łódź, która, ustawiona pionowo, dotykała dziobem sufitu. Półki uginały się od sklepowych towarów i pustych butelek po alkoholu.

Na przeciwległej ścianie wisiał zakuty człowiek.

Holbes był nagi i nieprzytomny. Jego ręce krępowały zardzewiałe łańcuchy, a stopy unosiły się pół metra nad ziemią. Lydii zakręciło się w głowie. Jego żona powiedziała, że zaginął. Co ona z nim tu robi do ciężkiej cholery? Czy każdy tutejszy dom musi skrywać jakąś mroczną tajemnicę?

Chwyciła zawieszone na kierownicy roweru kluczyki i oswobodziła pijaka. Zdjęła kurtkę i okryła jego ciało.

– Panie Holbes – plasnęła go w twarz. – Niech się pan obudzi.

Ocknął się. Spojrzał na nią z uśmiechem.

– Masz może, dziewczynko, flaszeczkę? – zapytał z pewną nieśmiałością. – Och, jak mnie bolą ręce.

Otworzyły się drzwi piwnicy, napełniając pomieszczenie nową porcją światła. Maria Holbes stanęła na szczycie schodów z siekierą w dłoniach.

Lydia stanęła jak wryta. To jakiś absurd. Przeżyła tak wiele, by zginąć w tak głupi sposób. Najlepiej byłoby się teraz roześmiać.

– Ty? – zdziwiła się sprzedawczyni. – Myślałam, że to stary się urwał.

– Niech pani posłucha – zaczęła spokojnie. – Nikomu nie powiem, co tu zaszło.

– Oczywiście, że nie powiesz – zapewniła i zeszła na niższy stopień. – Okradłaś mnie, Lydio. Ty i ten buc Aliton. Pieprzeni złodzieje! – wrzasnęła i zbiegła po schodach, zamachując się siekierą. Lydia uskoczyła, wpadając w kartony. Ostrze przecięło powietrze. 

Maria Holbes odwróciła się i wzięła kolejny zamach. Lydia przetoczyła się w prawo. Siekiera wbiła się w miejsce, w którym leżała sekundę wcześniej. Muszę uciekać w kierunku drzwi. Jak na złość Holbes przecinała jej ten kierunek. Sprzedawczyni wyciągnęła siekierę z kartonów i zrobiła krok w kierunku Lydii. Zagania mnie w kąt, z którego nie będę mogła uciec.

Próbowała odbić w kierunku drzwi, lecz siekiera znów przecięła powietrze, zmuszając ją do odskoku. Została zapędzona w sam róg piwnicy.

– Za złodziejstwo najpierw powinnam upierdolić ci łapy – powiedziała i spojrzała w górę. Coś poruszyło się pod samym sufitem. Wiekowa łódź rybacka opadła wprost na sklepikarkę, uderzyła w podłogę, dnem do góry. Holbes krzyczała, uwięziona w niecodziennej pułapce.

Lydia spojrzała na jej męża, który znajdował się w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą stała łódź.

– Dobry zrzut – pochwaliła go, wciąż zszokowana.

– He, he – wskazał na żonę. – Za dziesięć punktów. A ty, dziewczyno, jesteś mi winna flaszeczkę – orzekł z powagą.

– Chce pan dołączyć do nowej społeczności, wolnej od Rosta Alitona? – wyszeptała, wyprowadzając go z piwnicy. – Jakby się pan zdecydował, będziemy czekać w Pierwszej Osadzie.

Potem uciekła. Wiedziała, że musi znaleźć sprzymierzeńców, lecz dzisiejsza noc była spalona. Po ulicach chodzili ludzie. W domach paliły się światła. Całe Grenie było postawione na nogi. Wrócę jutro. Skryła się w lesie. Świat pogrążony był w najstraszliwszej śnieżycy, jaką Lydia widziała w życiu. Biel śniegu i czerń nocy tańcowały w przeraźliwym spektaklu, którego fabułą zdawało się być cierpienie mieszkających tu ludzi.

Skręciła na wschód i pobiegła w kierunku Pierwszej Osady.

 

 

Rozdział 40

Imperium w rozkładzie

 

Gwałtowne śnieżyce nie były w Astarii niczym rzadkim. Suzan w swym życiu widziała ich mnóstwo. To, co rozpętało się nad Grenie w nocy po śmierci przyjaciela Alwena, nie przypominało śnieżycy. Bardziej początek końca świata, lodowe piekło jakby żywcem wyjęte z nordyckiej apokalipsy. Cała wioska pogrążyła się w bieli, wszystko zniknęło w ścianie śniegu. Nawet pozostali mieszkańcy byli zaskoczeni gwałtownością tego zjawiska.

W taką pogodę niewiele rzeczy mogło wyciągnąć ją z domu. Wiadomość o zamieszaniu, które wybuchło gdzieś w głębi wioski, była jedną z nich. Szła ulicą, ze zdumieniem obserwując otoczenie. Śnieg padał tak gęsto, że mógłby wywołać atak klaustrofobii. Nie kierowała się wzrokiem, lecz słuchem, dzięki czemu dotarła na miejsce.

– Co tu zaszło? – spytała Syntię Quart. Kobieta, podobnie jak wielu innych, stała przy arenie, jakby oczekując na kolejne przestawienie.

– Krzyki. Trzaski. Hałasy. Stało się tam coś niedobrego – powiedziała, nie odrywając wzroku od ledwo widocznego domu Alitonów.

W drzwiach pojawił Rost, rozjuszony niczym czarne bydle Bernarta, które niedawno zastrzeliła bibliotekarka.

– Uciekli – oznajmił zaciekawionym ludziom. – Lydia Ortos i Trosen Alwen pogardzili naszą osadą. – Uśmiechnął się niespodziewanie, spoglądając na sypiący śnieg. – Ich wybór. Życzmy im powodzenia na nowej drodze. Przyda się.

 Suzan podziękowała Bogu za śnieżycę. Gdyby nie ona, Rost Aliton pewnie pognałby ich wszystkich na poszukiwania dwójki uciekinierów.

Zmarznięta i zaspana ruszyła w kierunku swojego domu. Mimo nocy i koszmarnej pogody ulica Estrova tętniła życiem. W oknach migotały światła świec i lamp, po ulicach krążyli ludzie. Nikt nie chciał przegapić najnowszych wieści, od tego w końcu mogło zależeć ich życie. A działo się dużo i działo się źle. Z dnia na dzień wydarzenia w Grenie coraz bardziej ją przerażały. Szczytem wszystkiego był wczorajszy wieczór, podczas którego zmusili bezbronnego chudzielca do odebrania sobie życia.

Domyśliła się, że podobny los wkrótce spotka Alwena. Szczerze mówiąc, nie chciała tego. Nienawidziła go i kochała jednocześnie. Mściła się za krzywdy i miała do tego prawo, lecz Aliton chciał go zarżnąć jak zwierzę. Teraz jednak Alwen uciekł, i Suzan uznała, że to jeszcze gorzej. Wójt wciąż stawiał go pod ścianą. Wiedziała, że to kwestia czasu nim Alwen w końcu pęknie. Nie chciałaby się wtedy znaleźć na jego drodze. Miała cichą nadzieję, że mężczyzna w pierwszej kolejność będzie chciał mścić się na Roście, nie na niej.

Zachodziła w głowę, co takiego przerodziło spokojnego i sympatycznego Rosta Alitona w to, czym jest obecnie. Czasami łapała się na tym, że po prostu się go bała. Postanowiła, że tak dłużej być nie może. Postanowiła zapewnić sobie bezpieczeństwo. A najbezpieczniej będzie u jego boku. Nie chcę czekać zamknięta w domu, ślepa na to, co dzieje się w wiosce. Nie chcę kłaść spaść w obawie, że jutro to mnie aresztuje. Zdobędę jego względy. Jeśli mi się poszczęści, może nawet zajmę miejsce bibliotekarki.

Gdy Suzan dotarła do domu, śnieżyca zaczęła ustępować, a po kwadransie nie było po niej śladu. Ktoś na górze chyba sprzyja wrogom Rosta. Wskoczyła do łóżka. Tej nocy marzyła o Roście Alitonie.

Obudziło ją dzwonienie do drzwi. Promienie słońca nieśmiało przebijały horyzont, choć sama tarcza nie była widoczna. Włożyła szlafrok i zeszła na dół.

– Stoję tu już dziesięć minut – oburzył się Ox. Rybak, nie prosząc o pozwolenie, przekroczył próg domu.

– Trudno usłyszeć dzwonienie leżąc w łóżku na drugim piętrze. Chwila. Ty nie powinieneś być w pracy?

– Jestem w pracy. Rost załatwia jakieś sprawy z Ludwikiem Quartem, więc wysłał mnie do ciebie.

Ogarnął ją strach. Rost stał się do tego stopnia nieobliczalny, że mógł posądzić każdego o wszystko, przewinienia prawdziwe i wymyślone. Co gorsza, u Suzan przeważały te pierwsze.

Ox wszedł na drugie piętro, ustawił krzesło pod oknem i usiadł na nim ciężko, wlepiając oko w ulicę.

– Hej! – zawołała. – Mógłbyś to wyjaśnić? Co tu się dzieje?

– Ciszej, kobieto. Całą noc nie spałem. Głowa mnie boli. I jeszcze Rost kazał mi się zająć patrzeniem na dom. Na dom! Znasz nudniejsze zajęcie? Usnę tu, cholera. Tyle dobrze, że ty tu mieszkasz, a nie jakaś pomarszczona starucha.

To miał być komplement?

– Pójdę się przebrać i coś zjeść. Potem mi wszystko wyjaśnisz.

– Jedzenie – ucieszył się Ox. – Przygotuj też dla mnie.

Spojrzała na niego morderczym wzrokiem.

– Pieprz się. Debil, który zbudował ten dom, chciał być nowoczesny i nie wstawił normalnego pieca. Wstawił kuchenkę. I to dziadostwo nie działa. Każdy ciepły posiłek muszę przygotowywać, rozpalając ognisko przed domem.

– Za to masz toaletę wewnątrz budynku – przypomniał jej Ox. – I drugie piętro, na którym jest ciepło. Chętnie zamieniłbym się z tobą na domy.

Gdy wróciła jej gość przysypiał na parapecie. Wsunęła mu talerz pod głowę.

– Opowiadaj – zażądała. – Znów dziki dzieciak nie dał ci spać?

– On? Nie. Ostatnio żona się z nim dogaduje. Dwóch głupoli zawsze znajdzie wspólny język. Może jak ja będę opowiadać, ty uklękniesz i … wiesz co… stęskniłem się za tobą.

– Nie teraz – powiedziała, spoglądając wzrokiem, który natychmiast zawrócił go na właściwy temat.

 – Szkoda. Więc tak. Lydia Ortos była wieczorem w domu wójta i wypuściła Alwena. Rost się wkurwił i zamknął ją w piwnicy. A ta skubana uciekła. – Zaśmiał się rubasznie. – Znalazła tunel do domu Holbesów. Tam również wynikło zamieszanie. Rost niewiele się dowiedział. Stary Holbes zdążył się już upić i na każde zadane pytanie bełkocze w ten sam sposób, a jego żona leży połamana i nieprzytomna. Gdy spytałem wójta, co ma zamiar zrobić z uciekinierami, powiedział, że ma plan co do nich, lecz musi on zaczekać. Pół nocy stawialiśmy zaporę w tym tunelu. Teraz nawet szczur się przez niego nie prześlizgnie. Drugie pół nocy zajęło nam przeszukiwanie domu.

– Czyjego domu? – zapytała, lecz Ox zerwał się nagle i pognał w kierunku wyjścia. – Co jest?! – zawołała, lecz zignorował jej pytanie. Wybiegła za nim na zaśnieżoną drogę.

Kai Slant i Sawion Dorem podążali ulicą Estrova zmarznięci i przygnębieni. Przypominali dwa duchy, które postanowiły postraszyć o nietypowej porze. Ox ruszył w ich kierunku. Przez chwilę odniosła wrażenie, że Wieloryb pochwyci Dorema, lecz on minął mężczyznę i dorwał chłopca.

Slant był zdezorientowany, lecz nie dostrzegła na jego twarzy strachu.

– Co jest, do cholery? – zapytał, próbując wyrwać się z uchwytu.

– Wójt chce się z tobą widzieć.

– Sam pójdę – zdecydował. Ox go puścił.

Wieloryb i Slant ruszyli przodem, Suzan i Dorem podążali za nimi. Sobier Trast, który odśnieżał ulicę, przystanął i, opierając się o łopatę, pokręcił z niedowierzaniem głową. Gdzieś za ich plecami znajdował się dom Slantów. Suzan spojrzała w jego kierunku i przez ułamek sekundy wydawało jej się, że widzi w oknie twarz dziewczynki wpatrującą się w ich niezwykłą procesję.

Na skrzyżowaniu ulic zebrał się spory tłum. Mieszkańcy stali naokoło areny, wszyscy patrzyli w tym samym kierunku. Dostrzegła ojca Kaia Slanta, który rzucił synowi pełne strachu spojrzenie. Kolejne twarze odwracały się w ich stronę. Zapadło milczenie.

Wtedy zobaczyła Rosta i stanęła jak wryta.

Wójt Grenie siedział na pięknym drewnianym tronie, ustawionym na podwyższeniu tuż przed swoim domem. Oparcie zdobiły motywy z mitologii starożytnych Astarów, a nogi przypominały pnie drzew. Na głowie miał drewnianą koronę, która nadawała mu złowrogiego uroku. Pod tronem wylegiwała się biała bestia. Leżała nieruchomo w śniegu, ledwo zauważalna.

Ox postawił chłopca przed obliczem wójta, po czym cichutko odszedł na bok. Stała tam też córka Rosta. Przerażona, szeptała coś ojcu. Ten uciszył ją ruchem ręki.

– Podejdź, Slant – odezwał się wójt.

Chłopiec wciąż wyglądał na mocno zdezorientowanego.

– Rost, przestań – warknął Albert. – Jesteś w błędzie.

– Stajesz przed obliczem Rosta Alitona – przemówił Ox. – Władcy Grenie. Wypadałoby się pokłonić.

Chłopiec nie odrywał wzroku od wójta. Otworzył usta, chciał coś powiedzieć, lecz w ostatniej chwili się powstrzymał. Uśmiechnął się nagle i rzucił tylko jedno krótkie słowo:

– Nie.

Rost nie wyglądał na zaskoczonego.

– Wiesz, dlaczego stoisz przed mym obliczem?

– Ponieważ kompleksy na tle władzy całkowicie odebrały panu rozum? – zapytał, wywołując spore poruszenie. Odważny jest.

– Nie – odparł Rost. – Jeszcze o tym nie wiesz, lecz zdradziecką naturę Lydii Ortos poznało całe Grenie. Ostatnio wiele was łączyło, nieprawdaż? Oczywiście nie jest to powód twojego zatrzymania. Lecz była to cenna wskazówka. Lubisz bawić się wskazówkami, prawda Slant? Dowiedziałem się, że mnóstwo ludzi widziało cię, jak wybiegłeś z domu Sqona po dokonanym tam morderstwie. Zabrałeś nawet jego miotacz harpunów. Ponieważ przepadłeś i nie mogliśmy cię przesłuchać, przeszukaliśmy twój dom. – Rost sięgnął do kieszeni i wyjął dziwaczną, pogniecioną i przypaloną maskę. Przypominała przebrzydły uśmiech. – To było w kieszeni twoich spodni. Ox odnalazł fragment tej samej maski pod spaloną chatką rodziny Alwenów. Nawet głupiec połączyłby to w całość. Wynajął cię, byś zabił mu rodzinę, zgadza się? Zabijałeś dla niego, nawet gdy siedział zamknięty w mojej piwnicy. Powiedz mi, po co zabierałeś baterie z tamtych zegarów? Co symbolizowały zatrzymane wskazówki?

– Może to, że czas pana rządów wkrótce się skończy – odparł. – To moja interpretacja. Prawdziwy morderca pewnie by się z nią nie zgodził. Wyjmował baterie, bo potrzebował ich do latarek. Mieszkał w jaskini.

– Niby kto?

– Rafn… nie pamiętam nazwiska. Nie zna go pan.

– Jakże to wygodne.

Slant wzdrygnął się nagle, jakby dopiero teraz zauważył stworzenie spoczywające pod tronem.

– To bydle powinien pan aresztować. – Na dźwięk tych słów biały stwór podniósł głowę i zawarczał w kierunku chłopca. – To monstrum zabiło Letycię Sqon.

– To nasz obrońca – odrzekł wójt. – Prędzej uwierzę, że ty ją zabiłeś. Ox, zabierz go do piwnicy.

Estela protestowała tak głośno, że ojciec uderzył ją w twarz. Albertowi Slantowi odebrało mowę i tylko gapił się na znikającego w drzwiach domu syna. Ludzie szeptali, lecz cicho, by żadne ze słów nie dotarło pod tron.

Sawion Dorem stanął za jej plecami i przemówił cichym głosem:

– Przerażające, gdy człowiek musi odpowiedzieć za zbrodnię, której nie popełnił, nieprawdaż?

Uciekła od niego. Biegła ulicą Estrova, wpadła do domu i zamknęła na klucz drzwi. Po jaką cholerę dałam się skusić na przyjazd tutaj? Mogłam siedzieć w Wrogelbit. Pierdolony Aliton, to on mnie przekonał.

Usiadła w kuchni i próbowała się uspokoić. Muszę tam wrócić – zdecydowała. Muszę ofiarować mu swoją wierność. Muszę zdobyć jego zaufanie. To obecnie jedyne dobre wyjście z tej sytuacji.

Wyszła z domu i ruszyła w stronę tronu.

Przez cztery kolejne dni zdołała wypracować sobie pozycję i wpływy, o jakich pozostali mieszkańcy Grenie mogli tylko pomarzyć.

Pierwszą uzyskaną korzyścią była zmiana miejsca zamieszkania. Suzan pożaliła się, że boi się czyhającego w lesie Alwena. Wójt zaproponował, by wprowadziła się do niego. Koniec z ogniskami pod domem – pomyślała z radością. Po przeniesieniu swoich rzeczy, ugotowała obiad, do którego zasiedli w dwójkę.

– Córka się buntuje – wyjaśnił. – Wciąż siedzi u chłopaka. – Podczas posiłku nie zdjął z głowy korony. Suzan udawała, że jej nie widzi.

Po obiedzie wybrał się z Oxem wymierzać sprawiedliwość. Kolia Trast, staruszka, której Suzan prawie nie znała, została skazana za działania przeciwko władzy. Podobno źle wyrażała się o wójcie. Zamknięto ją w piwnicy razem ze Slantem.

Suzan nocowała w jednym z pokoi na piętrze. Jej próba zaciągnięcia Rosta do łóżka spełzła na niczym.

– Nie – stwierdził tamtego wieczoru. – Nie po tym, czego ostatnio doświadczyłem.

Ranek kolejnego dnia przywitał ich bezchmurnym niebem i trzaskającym mrozem. Aliton wybrał się do domu Holbesów w celu ukarania starego pijaka, lecz go nie zastał. Wkrótce zewsząd zaczęły docierać do nich informacje o ludziach, którzy nie stawili się w pracy. Suzan otrzymała zadanie zebrania listy wszystkich obecnych w wiosce mieszkańców, by zbadać wielkość ubytku populacji Grenie.

Znalazła go przed domem. Siedział na swym tronie. Spędzał na nim coraz więcej czasu. Biała bestia nie odstępowała go ani na krok. W tej chwili wylegiwała się w cieniu areny, wyciągając cielsko na śniegu.

– Brakuje trzynaściorga osób – wypowiedziała drżącym głosem, klęcząc przed jego obliczem. – Kilku Trastów, starego Holbesa, Syntii Quart, żony Bernarta, Toneja Murca – zrobiła krótką pauzę i dodała – Marca Wolrona i twojej córki. – Rost przyjął to zadziwiająco spokojnie, lecz jego spojrzenie nie podobało się Suzan. – Wszyscy wymknęli się w nocy i podążyli w nieznanym kierunku.

– W nieznanym kierunku – powtórzył, krzywiąc się. Podparł brodę ręką i zadumał się na moment. Przy odrobinie dobrej woli i mocno mrużąc oczy, można by go było wziąć za prawdziwego króla. – Będziemy patrolować ulice – zarządził. – Do wieczora drwale i Quart mają postawić resztę latarni. Potrzebuję zaufanych ludzi do patrolowania. Może… Dorem, brat Oxa, sam Ox… może Quart. Zapytaj też drwali i rybaków, którzy z nich zechcieliby się tego podjąć. Wszyscy mają być uzbrojeni. Nikt więcej nie ucieknie.

Mylił się. Następnej nocy uciekły dwie kolejne osoby.

Trzeciego dnia Kolia Trast zmarła w piwnicy domu Alitonów. Albert Slant ją pochował, lecz Aliton nie pozwolił, by ktokolwiek uczestniczył w pogrzebie.

Resztę dnia podzielił na dwa zajęcia – siedzenia na tronie i wpatrywanie się w obraz wiszący w salonie.

– Mój dziadek, Frast Aliton, był wielkim człowiek – wyjawił jej, gdy siedzieli razem w salonie. – Zastał Grenie drewniane, a zostawił murowane. Czy i ja zostanę w ten sposób zapamiętany?

– Zostaniesz zapamiętany – zapewniła.

Chwilę później dotarła do nich kolejna tragiczna wiadomość. Dwaj wykonujący zawód rybaka mężczyźni, których Suzan zbyt dobrze nie znała, utopili się, gdy pękł pod nimi lód na rzece Grenie.

– Ta tragedia obciąża Alwena – stwierdził, nie odrywając wzroku od obrazu. – Mieliśmy trzech rybaków, lecz przez niego na rzece musieli łowić pracownik sklepu i jubiler. Niedługo za to zapłaci.

Następnej nocy nikt nie uciekł, a mimo to populacja znów zmalała. Snujący się po ulicach członkowie patrolu usłyszeli hałasy jako pierwsi. Chwilę później rozbudziły całą wioskę. Biała bestia wdarła się do jednego z domów i zagryzła trzy osoby.

– Widocznie byli skrytymi wrogami osady – skwitował Rost, gdy rankiem rodzina przyszła prosić go o sprawiedliwość.

Suzan była coraz bardziej przerażona. Ludzie uciekają do Alwena. Ja nie mogę tego zrobić. Jestem w pułapce. Po raz milionowy pożałowała, że przyjechała do tej dziury. Oddałaby wszystko, by być teraz gdzie indziej.

Zjedli obiad w milczeniu. Zegar na ścianie salonu tykał głośno, a uwiecznieni na fotografiach ludzie przyglądali im się uważnie. Rost odstawił talerz i spojrzał jej w oczy. Nie podobał jej się ten wzrok. Czuła, jak drżą jej ręce.

– Wysyłam cię do osady Trosena Alwena – zdecydował.

Było to tak absurdalne, że nie potrafiła wydusić z siebie słowa. Oczekiwała, że Rost zaraz wybuchnie śmiechem, lecz tak się nie stało.

– W jakim celu? – zapytała po chwili milczenia.

– Może najpierw przedstawię ci kilka moich długofalowych pomysłów. Zrobię to, gdyż jesteś godna zaufania, prawda? – Pokiwała głową. – Nasze małe imperium musi się rozrastać. Chcę się wpisać na karty historii. Dranie z Astarnort poczuli zagrożenie i ukryli całe miasto. Wiedzieli, że wkrótce ich zaatakujemy. Szykuję ludzi do walki, Suzan. Planuję uczyć ich strzelania z łuku i walki na miecze. Jak w dawnych imperiach. Robię to, gdyż mamy wroga. Trosen Alwen założył swe gniazdo żmij w miejscu Pierwszej Osady. Już teraz moglibyśmy tam pójść i puścić ich siedlisko z dymem, lecz nie zrobimy tego. Chcę, by ich upadek był powolny i bolesny. Ty go rozpoczniesz. Wyślę cię jako negocjatorkę. Staniesz oko w oko z Alwenem, lecz twoim zadaniem nie będą negocjację. – Wyjął z kieszenie niewielki sztylet. – Twoim zadaniem będzie zabicie Alwena. Upadek przywódcy zrodzi w ich szeregach chaos.

Podał broń rękojeścią do przodu.

– Jest piękny – to był jedyne, co przyszło jej do głowy. Wlepiła spojrzenie w Rosta, jakby liczyła, że odwoła tę szaleńczą misję.

– Wybrałem ciebie, gdyż chciałem dać ci okazję do zemsty. Skrzywdził cię. Teraz ty skrzywdź jego.

To prawda, skrzywdził mnie, lecz nie w sposób, o jakim myślisz. Uniosła broń.

– Nie trafię tam – wydukała. – Nie wiem, gdzie jest ta osada.

– Ox cię poprowadzi. Chcę, byś poszła tam jeszcze dziś. Ubierz się ciepło – poradził opiekuńczym głosem.

Czy powinnam mu się postawić? Nie potrafiła, zbytnio się bała. Poradzę sobie. Zawsze umiałam sobie radzić w życiu.

Wieloryb nie był zadowolony z kolejnego zadania.

– Jestem najbardziej zapracowaną osobą w Grenie – żalił się, gdy wyruszyli w stronę Pierwszej Osady. – Ostatnio nie mam czasu nawet na sen. Dzieciak znów szaleje. On i moja stara przestali się dogadywać. Chłopiec szybko się uczy, pewnie stał się mądrzejszy od niej.

 W miarę jak pogrążali się w głębi lasu, światła latarni powoli nikły za ich plecami. Otaczała ich ciemność, której przeciwstawiał się jedynie księżyc na niebie. Suzan spojrzała na jego tarczę, widoczną wśród koron drzew. Odbijał światło intensywnie, był bliski pełni. Ox nie wziął latarki, gdyż stwierdził, że znakomicie radzi sobie w ciemnym lesie.

– Co to za tajemnicza misja? – zapytał. – Masz zabić Alwena? – rzucił żartem.

– A żebyś wiedział. – Ox wytrzeszczył na nią swoje oko. – I co ty na to?

– Rost przesadza. Już od dawna. Do dziś mnie wstrząsa na myśl o tej staruszce, która zmarła w piwnicy. Sam musiałem ją wynieść. Ona… ona… – Wzdrygnął się. – Gdybym mógł cofnąć czas, w wyborach zagłosowałbym na Alwena.

Gdybym ja mogła cofnąć czas nigdy bym tu nie przyjechała. Na szczęście zawsze jest okazja, by naprawić swoje błędy.

Przebijali się przez śnieg, który miejscami sięgał jej ud. Było to potwornie wyczerpujące, lecz nie dała po sobie poznać zmęczenia. Pierdolone zadupie na końcu świata. Jebany przedsionek arktycznego piekła. Przejście przez most było prawdziwym koszmarem. Był śliski jak tafla lodu i kołysał się niczym pijak wracający z libacji, lecz po chwili Suzan za nim zatęskniła, gdyż znów weszli w śnieg .

– Dobra – Ox zatrzymał się i wskazał palcem ciemność – idź przed siebie jeszcze dwieście metrów. Tam jest Pierwsza Osada. Ja tu zaczekam. Streszczaj się.

Tchórz.

Dotarła na wskazany obszar i westchnęła rozczarowana. Spodziewała się, że zastanie w tym miejscu jakieś budowle, schronienia, cokolwiek. Tymczasem jedynym elementem oddzielającym tę część lasu od reszty było mniejsze zagęszczenie drzew. Ruiny pewnie ukrył śnieg. Wędrowała po dawnej polanie, szukając czegoś, co mogła przeoczyć. Nieopodal mignęła sylwetka dużego zwierzęcia. Nie zdążyła mu się przyjrzeć.

Gdzie oni są? Co powiedział Trosen na arenie? Chwalił się, że był tu i coś zaczął. Bajkopisarz. Wszyscy rządzący tylko by się chwalili wyimaginowanymi sukcesami.

– Halo! Jest tu ktoś?! – wrzasnęła, a jej głos poniósł się echem. To miejsce jest przerażające. Prawdziwy cmentarz.

Za jej plecami coś kroczyło po śniegu. Odwróciła się i ujrzała ludzką sylwetkę. Duch – pomyślała w pierwszej chwili. Zjawa jednego z dawnych osadników. Duch podszedł bliżej, w ręce trzymał pistolet. Suzan go poznała. Jeden z chłopców z drugiej ulicy.

– Ty jesteś?

– Marc Wolron – odpowiedział. – Czego pani chce?

– Spotkać się z Trosenem Alwenem.

– Powiadomię go, lecz nie obiecuję, że tu przyjdzie. Proszę się odwrócić i zamknąć oczy. Jeśli po chwili się nie zjawi, niech pani stąd odejdzie.

Odwróciła się. Z kieszeni wyjęła sztylet i włożyła do rękawa kurtki. Czekała. Minęło kilka minut, lecz nie zamierzała dać się odesłać do domu. W końcu usłyszała kroki stawiane na śniegu.

Alwen wyglądał inaczej niż w dniach, w których walczył na arenie. Ogolił się i przebrał, co uwydatniło zmiany, jakie zaszły w nim ostatnimi czasy. Schudł i zmarniał, w wyniku czego postarzał się o dziesięć lat. Co więcej, wyglądał na poważnie chorego. Chwiał się na nogach. Towarzyszyła mu bibliotekarka. Była uzbrojona. Suzan mogłaby przysiąc, że gdzieś w głębi lasu mignął Wolron.

– Czego chcesz? – zapytał niespodziewany założyciel, podchodząc powoli.

Suzan wyjęła sztylet. Obróciła go ostrzem do siebie, pokazując, że nie ma złych zamiarów.

– Rost wysłał mnie na negocjacje. Tak miałam ci powiedzieć. Prawda jest taka, że kazał mi cię zabić.

Alwen się roześmiał. W śmiechu tym nie było wesołości, a raczej pogarda i szyderstwo skierowane do całego świata.

– Jakie królestwo, tacy asasyni – podsumował. – Schowaj ten sztylet, bo mnie kusisz, kobieto. – Wykonała polecenie. – Więc nie chcesz mnie zabić – kontynuował. – I co? Mam ci za to podziękować?

Muszę to umiejętnie rozegrać.

– Rost już dawno wszedł na ścieżkę, z której nie ma powrotu. Niedługo upadnie. Większość tyranów upada. Ludzie się zbuntują, a wtedy nawet zwierz mu nie pomoże. Słyszałam o waszej historii, o tym, jak przegnaliście tamtego mordercę, Szwendacza.

– Wieszczysz więc jego upadek i chcesz się zabezpieczyć – podsumował. – Być wtedy po wygranej stronie. Sprytnie.

Suzan wzięła głęboki oddech i wyrzuciła to z siebie:

– Zabiję Alitona. Ox to dureń, przekabacę go. Bestia… z nią może być problem, ale od czego są pistolety. Zresztą, pozostawię to Wielorybowi. Gdy skończę sprawę, będziesz mógł przejąć rolę Rosta, lecz chcę gwarancji, że nie będziesz się na mnie mścił. Dotrzymasz słowa, prawda? Nie jesteś Rostem Alitonem, by czynić podobne potworności.

Alwen zastanowił się, jakby szukał podstępu w jej słowach.

– Jeśli chcesz, próbuj. Gdy zabijesz Rosta i bestię, przyjdź tu. Dopiero wtedy pogadamy na temat twojej amnestii.

– Chłopak – wtrąciła się bibliotekarka.

– Och, zapomniałbym o najważniejszym. Kai Slant musi przeżyć. Uwolnisz go, najlepiej przyprowadź tu do nas.

Mają wzgląd na to, co się dzieje w wiosce. Imponujące.

– Dobrze. Trosen, gdzie wy żyjecie? – popuściła wodzę ciekawości. – Gdzie ta wasza nowa osada?

– Nie wiesz? – spytał, po czym zakrztusił się atakiem kaszlu.

– Nie.

– I znakomicie. – Odwrócili się i podjęli wędrówkę przez śnieg.

– Przepraszam – powiedziała. Nie było to szczere, lecz zawsze mogło jej pomóc. – Przepraszam za wszystko, co ci zrobiłam.

Alwen jakby tego nie słyszał. Kroczył ku ciemności, by po chwili zniknąć w lesie.

Ox spał pod drzewem. Szturchnęła go nogą, wyrywając z jakiegoś intensywnego snu. Przeciągnięcie Wieloryba na swoją stronę okazało się najłatwiejszą częścią całego planu. Skrzywił się jedynie, gdy usłyszał o swej roli w ubiciu bestii, lecz Suzan obiecała mu kilka zupełnie nowych rodzajów nocnych doznań i rybak skapitulował pod naporem jej argumentów.

– Podczas jutrzejszego śniadania – zdecydowała. – Bestia zapewne będzie się wylegiwać pod tronem. Ja zajmę się Rostem. Prawdę mówiąc, czasami mam wrażenie, że w tym duecie to on  jest prawdziwą bestią… Spójrz! Strzelaj do niego!

Zdezorientowany Ox wyciągnął broń i wystrzelił w stronę biegnącego po śniegu zwierzątka.

– Masz jakąś fobię związaną z lisami? – zapytał.

– Nie. Potrzebna nam krew na sztylecie.

Gdy dotarli do wioski, Rost siedział na swym tronie, wpatrując się w puste, oświetlone ulice. W okolicznych domach nie paliły się żadne lampy. Ale oni tam są, ukryci w ciemności. Być może nawet przypatrują się tej scenie. Suzan wręcz czuła strach mieszkańców. Gdy uwolnię ich od Rosta, pokochają mnie jeszcze bardziej – uśmiechnęła się w duchu.

Uklęknęli przed tronem.

– Alwen nie żyje – zameldowała, pokazując sztylet.

Rost wziął broń do rąk i wpatrywał się w nią przez chwilę.

– Rzeczywiście, krew – stwierdził.

Za ich plecami pojawiła się biała bestia. Kroczyła lekko i powoli. Jakby odcinała im drogę ucieczki. Nie. Po prostu wędruje. Nie mogę popadać w paranoję. On przecież nie może wiedzieć. Nie może.

Wiedział. Uśmiechnął się paskudnie i pomachał sztyletem.

– Kolejna zdrada. Zabolałaby mnie, gdybym nie zdążył się przyzwyczaić. Pierdoleni kłamcy. Sługusy Alwena. Powiedz mi, Suzan, dlaczego zaufałaś człowiekowi, który zniszczył ci życie, a zdradziłaś mnie, choć dałem ci dom, pracę i szansę na lepszą przyszłość?

Poruszała bezgłośnie wargami, próbując powiedzieć cokolwiek. Ox trząsł się, bryzgając śniegiem we wszystkich kierunkach.

– Przepraszam – wydukała. – Przepraszam za wszystko, co ci zrobiłam.

– Przeprosiny przyjęte – odpowiedział Rost po krótkim namyśle. W Suzan na chwilę wstąpiła nadzieja, która szybko prysła. – Liczę, że pójdziecie grzecznie do mojej piwnicy. Kto się przeciwstawi, już dziś podejmie walkę z moim pupilkiem. Jeśli będziecie grzeczni, dostaniecie czas, by się do niej przygotować.

Poszli za nim bez słowa sprzeciwu.

 

 

Rozdział 41

Konflikt na włościach

 

Tej zimy Elia przekonała się, że uwięzienie jest bardzo szerokim pojęciem.

Na przykład Grenie uwięzione było w nicości, gdy cały otaczający je świat przepadł. Mieszkańcy wioski uwięzieni byli pod jarzmem Rosta Alitona, a jej brata przetrzymywano w piwnicy, gdzie czekał na proces. Elia natomiast była obecnie zamknięta w dwóch więzieniach. Jednym było kalectwo, z którym wciąż próbowała się oswoić, a drugim jej dom. Od czasu pojmania brata nie opuściła go ani razu.

Dnie spędzała z mamą, która na przemian płakała lub wypatrywała przez okno, jakby oczekiwała, że Kai niedługo pojawi się w ogrodzie, tak jak tamtego dnia, gdy wrócił z internatu. W tym czasie ojciec pracował na cmentarzu lub bezskutecznie postulował u wójta. Nie mogąc znaleźć sobie zajęcia, sama często spoglądała na przykryte śniegiem Grenie. Kai gdzieś tam był. Pod ziemią, w ciemnym i zimnym miejscu. Gdybym mogła chodzić, poszłabym i uwolniłabym go.

Jej pozostałe zajęcia ograniczały się głównie do spania lub czytania książek. Wydawało jej się, że pochłonęła wszystkie znajdujące się w domu. Nie ruszyła jednak tej w czerwonej okładce. Stała się dla niej tabu, tak silnym, że bała się nawet o niej myśleć. Wiedziała, że książka po raz kolejny może pokazać jej przyszłość brata. Bała się, że ujrzy jego rychłą śmierć.

Nadeszła pora obiadu i Elia podjechała do kuchni. Przez okno wpadały nieśmiałe promienie niewidocznego na niebie słońca, zbyt słabe, by posiłek mógł odbyć się bez wsparcia blasku świec. Mama usmażyła dziś rybę, do której dołączyła kilka ogórków. Racje żywnościowe w Grenie kurczyły się z dnia na dzień.

– To niesłychane, że nie mamy tu ani jednego hodowcy i musimy racjonować żywność jak podczas wojny – smęciła, podając jedzenie do stołu.

Elia zastanowiła się, co dziś zjadł Kai. Czy w ogóle coś zjadł.

– Mamo, wyjdziemy po obiedzie na spacer? – zapytała z nadzieją.

– Nie, kochanie. Siedź w domu, tu jesteś bezpieczna.

Kai poszedłby ze mną. Obroniłby mnie przed każdym niebezpieczeństwem.

– Dlaczego, mamo? Moglibyśmy pójść pod dom pana wójta. Może udałoby się nam zobaczyć z Kaiem.

– Nie – ucięła gwałtownie.

– Porozmawiam z panem Alitonem. Mnie posłucha. Przekonam go, żeby uwolnił Kaia.

– Nie! – krzyknęła jej matka. – Siedź swym pokoju i się nie wychylaj. Przez ciebie wciąż musimy tu siedzieć! Gdybyś się nie szwendała po lesie, nie musiałabyś jeździć na tym wózku. Ucieklibyśmy stąd!

Elia nie rozumiała, dokąd chciała uciec jej matka, mimo to łzy napłynęły jej do oczy. Zostawiła obiad, chwyciła za koła wózka i odjechała w stronę swojego pokoju.

– Córeczko, przepraszam – wyłkała kobieta, lecz Elia nie miała zamiaru zawrócić. Zamknęła się w pokoju. Wpuściła tylko Groszka. Pies wychudł ostatnimi czasy, a jego sierść wyblakła. Ułożył się koło dziewczynki, wesoło merdając ogonem. Tylko on nie ma do nikogo pretensji.

Elia płakała tak długo, że świeca stojąca na biurku skurczyła się do połowy pierwotnego rozmiaru. Przez ten czas matka pukała do niej trzykrotnie, lecz dziewczynka zbywała ją za każdym razem. Niech mnie zostawią i uciekną, jeśli tak bardzo tego chcą. Mają wprawę. Kaia również zostawili samego sobie, by wychowywał się w obcym mieście.

Pomyślała o dniu, w którym ulepiła przed domem śnieżny zamek. Brat chciał, by przeczytała czerwoną książkę, lecz ona go nie posłuchała. Zbytnio się bała. On na jej miejscu z pewnością by się nie bał. Zawsze był odważny.

Elia także zapragnęła taka być. Otworzyła szufladę i wyjęła swój przedziwny portal do przedziwnych czasów. Jego okładka w blasku świecy wyglądała jak stara, zaschnięta krew.

Podjechała bliżej biurka, by uchwycić lepsze światło. Jeśli zobaczę śmierć Kaia, zrobię wszystko, by jej zapobiec – obiecała sobie, po czym otworzyła na pierwszej stronie.

„Konflikt na włościach – krótka historia pewnego zatargu i ludzi, którzy go kreowali” – przeczytała tytuł. Odetchnęła z ulgą. Nie sugerował on nic, co mogłoby być związane z jej bratem.

„W dniu, w którym przybyli, szalała burza” – brzmiały pierwsze słowa.

Elia w całym w swym życiu nie widziała równie dziwacznego nieba. Jego fragment nad południowym brzegiem jeziora Grenie, a właściwie nad jeziorem Północny Lazur, pokryty był granatowymi, gęstymi chmurami, z których padał rzęsisty deszcz i raz po raz trzaskały błyskawice. Pozostała część nieba, widoczna w kierunku północnym, była bezchmurna. Słońce świeciło tam intensywnie jak w najcieplejsze dni lata. Burza przybyła z południa – zdała sobie sprawę.

Wybrzeże wyglądało podobnie jak w wizji, podczas której po raz pierwszy poznała człowieka imieniem Krisof. Tym razem wszyscy mieszkańcy byli zgromadzeni przy głównej drodze, oczekując czegoś z podnieceniem. W tłumie stał grubas, który towarzyszył Krisofowi w gospodzie. Była z nim kobieta, pewnie żona, i gromadka dzieci. Ujrzała też inną znajomą twarz – władcę osady, łysego, wytatuowanego mężczyzną, który wydał Krisofowi pozwolenie na wyprawę. Siedział dumnie na koniu, otoczony przez kilku wojowników.

Oczy wszystkich zwrócone były na południe, więc i Elia spojrzała w tym kierunku. Wysadzana kamieniami droga cięła osadę na dwie części niczym nóż, dalej skręcała i niknęła wśród drzew. Wyglądała niczym pułapka prowadząca wędrowców do skrytej gardzieli lasu. Po chwili oczekiwania z traktu wyłoniło się dwóch mężczyzn na koniach. Pierwszego poznała od razu, był to Krisof, ubrany w skórzaną zbroję, uzbrojony w kuszę. Wydawał się nieco starszy niż w chwili, gdy widziała go po raz ostatni. Towarzyszył mu starzec ubrany w grube szaty, o pomarszczonej, szarej twarzy i długiej, białej brodzie. Jechał na koniu niepewnie, jakby był zmęczony podróżą. Poznała go dopiero po chwili. To był ten sam śmieszny staruszek, który kazał jej spisywać wszystkie wizje.

Z nieba biły błyskawice, gdy Elia przeciskała się pomiędzy nieświadomymi jej istnienia ludźmi, by znaleźć lepszą pozycję. Obaj jeźdźcy podjechali do łysego lorda i zeszli z koni. Krisof klęknął.

– Panie, oto obiecana pomoc – powiedział, wywołując radość tłumu.

– Wybacz, panie, że nie uklęknę – odezwał się starzec. – Ból w kolanach mi nie pozwala. Jak z pewnością dostrzegliście, me lata młodości dawno już minęły.

Władca spoglądał na niego z ciekawością i niepewnością.

– Jak ci na imię? – zapytał.

– Nie chcę, byście łamali sobie języki na mym prawdziwym imieniu, więc możecie zwać mnie Flamma. Znaczenie tego słowa podobne jest do znaczenia mej prawdziwej godności.

Władca przywitał go, a potem zaprowadził do swej siedziby. Towarzyszył im Krisof i wielu mężczyzn, którzy wydawali się czymś w rodzaju rządzącej elity. Usiedli w niewielkiej sali, w której większość pomieszczenia zajmował długi stół, a na ścianach wisiało ze sto sztuk broni różnych rodzajów. Dach przeciekał, na stole tworzyły się malutkie kałuże. Kilka kropel wody spadło na starca, a ten wzdrygnął się gwałtownie. Gdy tylko usiedli, trzy kobiety zaczęły podawać posiłki.

– Skąd pochodzisz, Flamma? – zapytał władca.

– Urodziłem się w Adezonti, wiele, wiele lat temu. Spędziłem tam większość życia.

– Większość?

– Na stare lata postanowiłem odpocząć, więc wyjechałem i wybudowałem sobie odosobnienie.

– Gdzie?

– W lasach Adezontii.

Władca oburzył się, jakby starzec paskudnie z niego zażartował. Elia stała obok niego i widziała kawałki jedzenia wypadające z jego ust.

– Powiedziałeś, że opuściłeś to miejsce!

– Tak zrobiłem. Odosobnienie było w innej Adezontii. Czułem się jednak swojsko. Las pozostał ten sam. Gdyż jest tylko jeden las.

Władca naburmuszył się, a potem niespodziewanie roześmiał. Najprawdopodobniej nie chciał wnikać w sprawy, których zrozumienie go przerastało.

– Jak go znalazłeś? – władca zwrócił się do Krisofa.

– Popytałem w okolicy. Znali go tam. – Mężczyzna spuścił oczy, jakby chciał ukryć coś wstydliwego. – Potem odbyłem podróż do tej innej… rzeczywistości i tam go odnalazłem. Siedział w wieży i spoglądał na las. Wyjaśniłem mu sytuację, po czym zgodził się nam pomóc.

Władca przeniósł wzrok na starca.

– Nasuwa się pytanie, czy jesteś w stanie to zrobić? Czy dasz radę pokonać Władcę Zamku?

– Nie wiem – odpowiedział z zaskakującą szczerością. – Wciąż niewiele o nim wiem. Gdy go lepiej poznam, będę mógł ocenić me szanse. W każdym razie dam z siebie wszystko. Powiedz mi, panie, gdzie zamieszkam? Chciałbym zająć wieżę, najlepiej taką, z której będę widział ten zamek. I niech wznosi się nad jeziorem, uwielbiam jeziora. Musi też być z dala od ludzi, nie chcę, by mi przeszkadzano. Najlepszą lokalizacją byłoby północne wybrzeże Północnego Lazuru.

Łysy lord łypał na niego podejrzanie.

– Dałoby radę zbudować taką budowlę, problem w tym, że wciąż nie jestem przekonany co do twej wartości. Nie obraź się, dobry człowieku, lecz równie dobrze możesz być oszustem, który chce pożyć tu na nasz koszt. Musisz udowodnić swe umiejętności.

– Niech wam będzie – zgodził się czarodziej. – Wiecie, czym są kreacje? To takie nieprawdziwe światy, stworzone przez naprawdę potężnego czarodzieja. Wykreowałem ich w swym życiu setki, tysiące. Czy boicie się nieprawdziwej śmierci? Ty, panie, albo ty, Krisof?

Obaj zaprzeczyli.

– Zabiorę was więc do mej ulubionej kreacji – postanowił z niekrytym zadowoleniem.

W oka mgnieniu znaleźli się w przepięknym ogrodzie, który rósł w cieniu olbrzymiego pałacu. Elia nie potrafiła oderwać wzroku od tysięcy kwiatów, które porastały każdy skrawek ziemi. W całym swym życiu nie widziała równie pięknego miejsca.

– Widzieliście kiedyś równie piękne miejsce? – zapytał Flamma, jakby odgadł jej myśli. – Jak to zwykle bywa, piękno bywa zdradliwe. Roi się tu od śmiertelnych pułapek. Nasze zadanie polega na wędrówce wśród kwiatów. Musimy przeżyć i odnaleźć drogę na kolejny poziom.

– Poziom? – zapytał władca. – Co to znaczy?

– Ogród podzielony jest na sekwencje – odparł z dumą.

– Ile ich wykreowałeś?

– W tej chwili jest ich osiem, lecz myślę o zwiększeniu tej liczby. Tworzę to miejsce od trzystu lat. I wciąż udoskonalam. To jak będzie, panowie? Ruszamy? Nasze szanse są wyrównane. Ty, panie, jesteś doświadczonym wojownikiem, który zapewne wychodził cało z niemniej zdradliwych miejsc, Krisof jest młody i zwinny, a ja mą starość nadrabiam znajomością zagrożeń.

Elia zaczęła się bać. Nie była ani doświadczona, ani zwinna, a już z pewnością nie znała zagrożeń tego miejsca.

Wędrowali przez dywan kwiatów, uważnie stawiając kroki. Stary czarodziej pewnie parł naprzód, pozostali wybrali swoje trasy. Gdyby byli mądrzy, szliby za nim – pomyślała. Tak właśnie czyniła.

Coś łupnęło pod ich stopami.

– Odskoczcie! – krzyknął czarodziej.

Elia zrobiła kilka kroków do tytułu, obserwując, jak przed jej oczami z ziemi wyrasta gigantyczny pal. Czarodziej pozostał w bezruchu, Krisof obalił się na ziemię, tonąc w kwiatach. Łysy władca miał mniej szczęścia. Ostrze zaczepiło o tył jego zbroi i podniosło go na kilka metrów.

– Nie pomagajcie mi! – krzyknął i zaczął kołysać się niczym wahadło. Po chwili obrócił się, odczepił ubiór, zszedł po palu i miękko zeskoczył na ziemię.

Nim dotarli do schodów prowadzących na drugi poziom, uaktywnili dwie kolejne pułapki. Krisof o mało nie wpadł do dołu, w którym egzystowały dziwaczne stworzenia, przypominające Elii skrzyżowanie węża i szczura, a po chwili łysy władca poparzył sobie rękę, gdy z ust ustawionego na polu posągu buchnęła chmura ognia.

Drugi poziom ogrodu pełny był niezwykłych roślin. Choć Elia czytała książki i oglądała programy o tematyce przyrodniczej, mogłaby przysiąc, że w życiu nie spotkała się z żadnym przedstawicielem tutejszej flory.

– Nie ulegajcie pokusom – ostrzegł czarodziej, po czym jego towarzysze rozeszli się w różnych kierunkach, by móc z bliska obserwować rosnące tu cuda. Elia podeszła do dziwacznego drzewa, którego zespół pni tworzył kształt sfery, a wspólna korona rosła w jej środku.

– Elio – usłyszała za swoimi plecami i zatrzymała się przerażona. Musiałam się przesłyszeć. Nikt nie wie, że tu jestem. – Elio – powtórzył głos.

Na pobliskim pniu, wygiętym tak, że przypominał krzesło, siedziała stara kobieta. Wydawała się mieć z tysiąc lat. Spoglądała na dziewczynkę oczami pełnymi mądrości. Po chwili podniosła głowę, szukała czegoś, wędrując wzrokiem po niebie, a jej twarz wykrzywiła się w wyrazie ekscytacji.

– Mogę sprawić, że znów będziesz chodzić, Elio – przemówiła niespodziewanie. – Chcesz tego, prawda? Niczego na świecie nie pragniesz bardziej.

Dziewczynka przez chwilę spoglądała na nią w milczeniu.

– Nieprawda – rzekła. – Zamiast chodzić, wolałabym, aby mój brat wyszedł z więzienia. By żył jeszcze wiele lat.

– To jest możliwe – odpowiedziała. Nie odrywała wzroku od nieba. – Sprawię, by tak się stało, lecz w zamian będziesz musiała pozostać w tym ogrodzie. Na wieczność.

Elia zrobiła dwa kroki do tyłu, wpadając na krzew wyrastający wprost z powietrza. Odwróciła się i uciekła.

– Nie kochasz swojego brata! – zawołała staruszka. – Teraz już każdy o tym wie!

Biegła przed siebie, aż dotarła do schodów. Bardzo długo czekała na pojawienie się towarzyszy. Krisof i lord przybyli niemal w tym samym czasie, czarodziej chwilę po nich. Ruszyli na trzeci poziom.

Kolejne miejsce porastały jedynie żywopłoty, tworząc skomplikowany labirynt.

– Przygotujcie się na spotkanie z przerażającą istotą – rzekł czarodziej, prowadząc ich przez wąską, zieloną uliczkę. Skręcili w prawo. Elia szła dwa kroki za nimi.

Usłyszeli ryk, ogłuszający i podobny do wydawanych przez zwierzęta, lecz z pewnością wydobył się z gardła człowieka. Z uliczki labiryntu wyłonił się rycerz zakuty w czarną zbroję. Był ogromny, przypominał ożywiony posąg. Zza przyłbicy patrzyło na nich dwoje świecących oczu. Nosił dwuręczny miecz, większy od Elii.

Rycerz z rykiem rozpoczął szarzę. Czarodziej odsunął się od swych towarzyszy, cały czas obserwując ich z zaciekawieniem.

Nie widzi mnie. Nie widzi – powtarzała sobie Elia, lecz to nie uwolniło jej od strachu. Tamta stara kobieta również miała mnie nie widzieć.

– Uciekajcie – krzyknął staruszek, lecz oni go nie posłuchali. Krisof wystąpił naprzód, chcąc przyjąć na siebie uderzenie. Gdy olbrzymi miecz przeciął powietrze, młodzieniec uchylił się, rzucił ku ziemi i uderzył w nogi rycerza. Ten padł na brzuch, wysuwając oręż przed siebie. Obok obalonego wojownika pojawił się łysy władca. Wyrwał mu broń i zatopił ostrze w szyi, rozgniatając naszyjnik zbroi.

– Nie, nie, to nie tak! – oburzył się czarodziej. – Mieliście uciekać!

– Mało przerażający ten twój przeciwnik – stwierdził władca. – Nieraz biłem się ze straszniejszymi. Powinieneś go zastąpić innym.

– Nie – oburzył się. – Jest dobry. Nie ingerujcie w me dzieło. Nie lubię tego.

– Opowiedz nam o kolejnych poziomach – rozkazał. – To interesujące miejsce, lecz nie mam ochoty poznawać całego.

Staruszek spiorunował go pełnym rozczarowania wzrokiem. 

– No dobrze. Czwarty poziom porasta wodna roślinność. Zadanie polega na przetrwaniu zalewającej fali i dopłynięciu do miejsca, w którym umiejscowiłem schody. Piąty porasta dżungla, a świat obraca się tam w różnych kierunkach. Tam, gdzie jest ziemia, po chwili pojawia się niebo. Trzeba być zwinnym jak małpka, by nie spaść. Szósty przejdzie tylko mędrzec. Mnóstwo tam zagadek i wyzwań, którymi śmiałków dręczą żyjące drzewa. Siódmy porasta zwykły las mieszany. Niezwykłą rzeczą jest w nim czas, płynący w różnym tempie, czasem nawet wstecz. Poziom ten jest bodaj najbardziej skomplikowany, musielibyście go zobaczyć, by zrozumieć, jakimi zasadami się kieruje.

– No, a ósmy? Ostatni?

– Ósmy jest najtrudniejszy. To najwspanialsze miejsce, jakie kiedykolwiek istniało. Każdy, kto tam trafia, widzi je inaczej. Każdy czyni je swoim rajem. Czasami pojawiają się bliscy śmiałka i żyją tam razem z nim. Trudność polega na tym, że tego poziomu nikt nie ma ochoty opuścić.

– Czyli pokusa – zauważył Krisof. – Nieco to wtórne. Drugi poziom jest podobny.

– Nie – zaprzeczył czarodziej. – Zapewniam, że nie.

Elia bardzo chciała zobaczyć ósmy poziom. Wlepiła błagalne spojrzenie we władcę, choć zdawała sobie sprawę, że mężczyzna jej nie widzi.

– Dobrze – zaczął. – Widziałem już wystarczająco wiele. Dostaniesz tę wieżę.

Wrócili do siedziby władcy. Pozostali siedzący przy stole nie wydawali się zdziwieni ich przenosinami. Możliwe, że nawet nie zdali sobie z nich sprawy.

– Wciąż nie rozumiem waszej mocy – wyznał lord. – Skąd się bierze? A znikanie, które praktykuje Krisof? O co w tym chodzi?

– Moc bierze się z natury – wyjaśnił czarodziej. – Żyjemy w świecie, nawet nie zdając sobie sprawy, że tuż obok znajdują się identyczne, najczęściej puste światy bliźniacze. Jest ich wiele, lecz natura, która je porasta, jest tylko jedna. Jest spoiwem, dzięki któremu możemy przenikać pomiędzy rzeczywistościami. Ci potężniejsi potrafią jeszcze więcej – widzą na odległość, zaglądają w przyszłość i przeszłość, potrafią materializować rzeczy nieistniejące. Potrafią wchodzić w ludzkie sny.

– Czy potrafią, dajmy na to, podróżować w czasie? – zapytał Krisof. – Albo ożywić umarłego?

– Kto wie – rzucił wymijająco. – Wciąż nie poznałem granic możliwości. – Zadumał się na chwilę. – Jedzmy – zachęcił. – Jedzenie wciąż jest ciepłe.

Po chwili Elia przeniosła się w inne miejsce. Był to dziedziniec zamku. Wokół wznosiły się białe mury i wysokie wieże. Budowla wyglądała na opuszczoną, lecz było to mylne wrażenie. Tuż obok studni stał mężczyzna o czarnych włosach, ubrany w białe szaty. Spoglądał w kierunku bramy. Wyłonił się z w niej znany jej czarodziej. Z wysiłkiem zszedł z konia i podszedł do mężczyzny.

– Gdybym wiedział, ile wysiłku to pana kosztuje, to ja bym się pofatygował – zaczął młodszy z mężczyzn, wyciągając rękę w geście powitania. – W pana wieku takie podróże mogą być groźne. Każde złamanie może mieć smutne konsekwencje.

Czarodziej nie podał mu ręki.

– Ty jesteś Władcą Zamku, prawda? – zapytał, rozglądając się po budowli.

– Zgadza się. Pan nie musi mi się przedstawiać. Każdy chyba słyszał o Czarodzieju Tysiąca Światów.

– Nie tak brzmi me imię – oburzył się.

– A powinno. Piętnowanie nieudaczników to przydatna rzecz. Bo jesteś nieudacznikiem, prawda… Flamma?

– Okaże się.

– Nie wiem, z jakiej dziury Krisof cię wyciągnął, czarodziejski odpadzie, i nie wiem, po co tu przyjechałeś, skoro nie masz szans podjąć ze mną walki, ale przyznaję, że twoja obecność bardzo mnie ożywiła. Zrobiło się ciekawie, co mnie cieszy. Nie znoszę nudy.

– Skoro tak, powinieneś zamieszkać w jakimś ciekawym miejscu. Dużym mieście.

Władca zamku się roześmiał.

– Tam nie mógłbym robić tego, co robię. Wracając do tematu, czego ode mnie chcesz? Porady? Nauki? Może pragniesz odmiany? Chcesz, by stary Flamma zamieni się w młodego Flammula? – Elia zaczęła zastanawiać się nad znaczeniem tych obcych słów, lecz nic nie wymyśliła. Postanowiła, że po powrocie zapyta o to rodziców.

– Jesteś zbyt pewny siebie – powiedział stary czarodziej.

– Mam powody.

– Uważasz, że nikt nie może się równać z twoją potęgą?

– Z żyjących? Jest kilku, nie mówię, że potężniejszych, ale możliwe, że równie potężnych. Wszyscy egzystują gdzieś daleko. Poza moją siostrą, lecz ona na szczęście jest ode mnie młodsza i miałem szansę od dziecka nad nią pracować. Podsumowując, zdziadziały nieudacznik na pewno nie jest dla mnie przeciwnikiem. Jestem jednak ciekaw, co wymyślisz. Czekam.

– Mam kilka pomysłów i młodego ucznia.

– Krisofa, tak? Coś tam umie, lecz niewiele. Zatrzymam go sobie, skoro tak bardzo ci na nim zależy. Już od dawna siostra zrzędzi mi o jakimś towarzystwie. Krisof nada się w sam raz. Nadi nie będzie wybrzydzać, ona potrafiłaby się zakochać nawet w niedźwiedziu.

– Krisof nie przystanie do ciebie – odparł pewnym głosem. – Powiedz mi, bo niesłychanie mnie to ciekawi, co tak cię zdeprawowało?

Władca Zamku się zamyślił.

– Słyszałeś o Niszczycielu z Aros czy Defragmentatorze Licznej Ery?

– Słyszałem.

– Źli ludzie. Chaotyczni rzeźnicy. Czarne postacie ukrytej historii.

– Chcesz przebić ich dokonania?

– Nie. Jestem ich całkowitym przeciwieństwem. – Uśmiechnął się, pokazując zęby. – A Krisofa przyprowadź w najbliższych dniach albo sam go sobie wezmę.

Odwrócił się i opuścił dziedziniec.

Tysiąc gwiazd zamrugało do Elii, gdy pojawiła się na szczycie wieży. Krisof i Flamma stali tuż obok, opierając się o blanki. Spoglądali w stronę jeziora, którego czarna tafla przypominała monstrualną nicość. Południowy brzeg był niewyraźną plamą światła, podłużną i smukłą, przypominającą świecącego węża. Jeszcze dalej widać było niewielkie skupiska jasności, ukryte wśród lasów. Jedno z nich górowało nad pozostałymi. Pochodziło z zamku, który z tej odległości wydawał się mniejszy niż pudełko zapałek.

– Tyle gwiazd – powiedział Krisof, spoglądając w niebo. – Wydają się być blisko siebie, ale to pewnie złudzenie. Co pan o tym sądzi?

Z jakiegoś powodu słowa te zasmuciły starca.

– Obserwatorzy Gwiazd, którzy przybyli w te okolice tysiąc lat temu, głosili podobne tezy – to było wszystko, co miał w tej sprawie do powiedzenia. – Tysiąc lat temu – powtórzył. – Byłem wtedy młody. Ile bym dał, by znów się taki stać.

Elia spojrzała na starca. Wcale nie wydawał jej się taki stary. Widziała w swym życiu starzej wyglądające osoby – dziadka, który nie był jej dziadkiem, czy Tyanę Efetn. Staruszka, która chciała zatrzymać ją w ogrodzie, była jeszcze starsza.

– Dlaczego chce pan, żebym zamieszkał w tej wieży? – zapytał nagle Kriosf. – Wydaje mi się, że nie chodzi tylko o naukę.

– Dobrze ci się wydaje. Więcej nie powiem.

– Jak pan sobie wyobraża naszą współpracę, skoro nie jest pan szczery? – zapytał ze złością. – Ciągłe tajemnice. Nie wiem nawet, dlaczego porzucił pan krainę, w której żył całe życie. Ludzie opowiadali różne plotki, tak sprzeczne, że w żadną nie byłem w stanie uwierzyć.

– Wstydzę się o tym mówić.

– Chcę to wiedzieć, inaczej zaraz wracam do domu.

Czarodziej westchnął, zdając sobie sprawę, że został przyparty do ściany. Zaczął swoje wyznanie:

– Jest w Adezontii pewien gród, położony w rozległej dolinie, otoczony hektarami łąk i pól uprawnych. Byłem świadkiem jego powstania, jego początków i rozwoju. Przez lata mieszkałem w okolicznym mieście, lecz w późnym okresie życia, przeniosłem się do tego właśnie grodu. Ludzie tam mieszkający ugościli mnie, powierzyli zaszczytną funkcję i zabudowali dla mnie wieżę, ja natomiast miałem strzec ich przed wędrownymi bandami, które od lat plądrowały okolicę. Plan był prosty. Gdy zauważono zbójów, ukrywałem cały gród i jego mieszkańców, przenosząc fragment rzeczywistości do innego świata. Jakież było zdziwienie i złość bandytów, gdy po raz pierwszy zastali pustą łąkę w miejscu, gdzie mieli nadzieję szybko się wzbogacić. W miejscu, gdzie przecież wzniesiono gród. Odjechali, lecz takich wędrownych band było więcej. Odwiedzali dolinę regularnie i regularnie odchodzili z niczym. – Zrobił pauzę sugerującą, że doszedł do przełomowego momentu opowieści. – Ludzie mnie szanowali, uwielbiali. Wszystko było dobrze, aż do pewnego dnia, w którym doniesiono mi o kolejnej zbliżającej się grupie. Niezwłocznie zabrałem się do dzieła. Może był to skutek rutyny, starości lub zmęczenia, a może wszystkiego po trochu, lecz popełniłem błąd. Owszem, osada zniknęła, lecz każdy z około tysiąca jej mieszkańców został przeniesiony do osobnego świata. Przerażony, postanowiłem ich poszukać, lecz nie okazało się to łatwe. Trzy lata intensywnej pracy, a mimo to nie odnalazłem wszystkich. Niektórzy nie dożyli tego czasu, inni zdecydowali się na eskapady w głąb tych pustych krain, wielu z tych, których odratowałem, zmieniło się do tego stopnia, że nie potrafili już żyć w cywilizowanym świecie. Całe społeczeństwo rozpadło się przez mój błąd, którego nie zdołałem naprawić. Po wszystkim uciekłem z ogarniętego chaosem grodu i zaszyłem się w sąsiednim świecie. Stworzyłem dla siebie wieżę i w spokoju czekałem na śmierć. Ty mnie jednak znalazłeś i zaufałeś mi. Nie zawiodę twych nadziei.

Krisof milczał przez chwilę. Elia zastanawiała się, czy czasem nie pogoni staruszka, każąc mu wracać do miejsca, z którego go przywiózł, lecz nic takiego się nie stało.

– Chodźmy spać – oznajmił.

Tuż pod szczytem wieży znajdowała się niewielka, okrągła komnata. Stały tam dwa łóżka, okrągły stół, a także regał z kilkoma księgami. Cztery okna wychodziły na cztery strony świata. Tuż pod sufitem tańczył ogromny, dziwaczny płomień, który musiał być dziełem czarodzieja. Ogrzewał i oświetlał komnatę.

Położyła się na podłodze, tuż obok nich, i zasnęła.

Obudziło ją płakanie.

Flamma siedział przy stole, łkając jak małe dziecko. Nigdzie nie widziała Krisofa. Zabrał go – domyśliła się. Porwał go do zamku.

W mgnieniu oka przeniosła się pod zamkowe mury. Czarodziej podjechał do bramy konno, zatrzymując wierzchowca przed zamkniętą kratownicą.

– Hej! – zawołał donośnym głosem. – Hej, wiem, że tam jesteś! Porozmawiaj ze mną!

Zniecierpliwiony czarodziej jeździł w tę i nazad, aż Elii zakręciło się w głowie.

– Powiedziałem ci, że go zabieram. Czego ode mnie chcesz? – zabrzmiał z góry poirytowany głos. Władca stał na szczycie wieży. Przypominał ostatniego, niezmordowanego obrońcę dawno podbitej warowni. Wydaje się stąd taki malutki.

– Wypuść go, inaczej cię zabiję!

– Zaryzykuję odmowę.

– Nie złamiesz go, kurwi synu! Nigdy nie będzie ci służył!

– Prawdę mówiąc, jak dotąd dzielnie opiera się mej propozycji. Zamknąłem go w lochu, dając mu czas do namysłu. Każdy mięknie w lochu. Sam z tym trochę eksperymentowałeś, prawda?

To zaskoczyło czarodzieja.

– Daj mi chwilę, muszę z nim porozmawiać.

– Nie. Chcesz odbyć dialog, to wejdź do jego snu. No chyba że nie potrafisz dokonać nawet tak elementarnej rzeczy? – Nawet z tak dużej odległości Elia widziała blask jego wyszczerzonych zębów.

Stary czarodziej odwrócił się i pognał ku rzece.

Zamek zniknął i Elia znalazła się w siedzibie łysego władcy. Gospodarz siedział naprzeciwko czarodzieja. Dyskutowali o czymś.

– Jestem całkiem zadowolony z twojej służby. Od czasu gdy przyjechałeś, jezioro się uspokoiło. Białej bestii również nikt nie widział.

– Jak dotąd interweniowałem trzykrotnie – wtrącił czarodziej. – Powstrzymuję te potworności.

– Jedyny problem to ten młodzieniec, Krisof – zauważył.

– Właśnie o nim chciałem porozmawiać. Nasz przyjaciel uwięziony jest w zamkowych lochach. Władca Zamku chce go przeciągnąć na swoją stronę, lecz nie zdoła tego uczynić. Musimy pospieszyć mu na ratunek.

– Chcesz forsować zamek? – zapytał z niedowierzaniem.

– Nie. Mam zmyślniejszy plan. – Ściszył głos. – Chcę dostać się do zamku z armią, oswobodzić Krisofa i ostatecznie ukatrupić rodzeństwo. To może się udać, gdyż zadziałamy z zaskoczenia. Potrzebuję grupę zaufanych i silnych mężczyzn, którzy zajmą się kopaniem tunelu.

– To zajmie całe wieki – zauważył władca.

– Nie, jeśli im pomogę. Dokopiemy się do lochów, uwolnimy Krisofa i z jego pomocą zajmiemy zamek.

– W którym miejscu chcesz rozpocząć tunel? I dlaczego uważasz, że nie zauważy naszych działań?

– Zaczniemy w podziemiach waszej najświętszej świątyni.

– Przecież to bardzo daleko od zamku! Co więcej, to profanacja!

– Nie – przerwał mu czarodziej. – To jedyny dobry wybór. Miejsce, które zagwarantuje nam dyskrecję.

Otoczenie po raz kolejny się przeobraziło. Elia stała teraz na szczycie białej, okrągłej wieży, wyrastającej z zamkowego muru. Nie była tak wysoka jak wieża czarodzieja, lecz z racji położenia rozciągał się z niej lepszy widok na okoliczne osady. Jakby olbrzym podziurawił las i pozostawił światełko w każdej dziurze.

Pojawił się Władca Zamku, machając pochodnią. Tuż za nim szedł Kriosof, wychudzony, brudny, odziany w podarte łachmany. Władca pchnął go do przodu, rozbudzając w Elii niepokojące myśli. Chce go zrzucić z wieży. Odskoczyła na bok, przerażona.

Jej przypuszczenia nie okazały się słuszne.

– I co powiesz? – zapytał więźnia, wskazując okolicę machnięciem ręki. – Piękna noc, nieprawdaż?

– Noc jak noc.

– Mylisz się, mój przyszły sługo. Spójrz w górę.

Elia zrobiła to szybciej od mężczyzny. Księżyc wisiał na niebie w towarzystwie tysięcy gwiazd. Jego tarcza nie była srebrzysta, lecz czerwona.

– Przyszliśmy tu oglądać niebo? – zapytał Krisof. Usiadł, gdyż nie miał siły stać.

Czy właśnie tak wyglądają ludzie w niewoli? – Zadrżała na myśl, że taki los spotkał Kaia.

– Nie – odpowiedział. – Wybierz jedną osadę. Oprócz tej nad jeziorem. No, szybko! Powiem ci o niej coś niezwykłego.

Krisof przesunął się ku krawędzi i spojrzał na las.

– Ta po drugiej stronie rzeki – wskazał palcem. – Tam, gdzie stoi ta wysoka wieża strażnicza.

– Dziękuję. Nie mogłem się zdecydować, której osady nie zniszczę dzisiejszej nocy.

Elia zatkała usta z przerażenia. Krisof spoglądał na mężczyznę z pogardą i złością.

– On ci na to nie pozwoli.

Władca roześmiał mu się w twarz.

– Oj, Krisof. Nic tak naprawdę o mnie nie wiesz. Zostań mym sługą, a się dowiesz. To jest ci pisane.

– Nie chcę z tobą dyskutować. Zaprowadź mnie do lochu.

– Nie mogę – odparł lord, uśmiechając się szyderczo. – Wiesz, że w tej chwili głęboko pod nami, twój zgrzybiały cudak prowadzi armię, by cię uwolnić? Myśli, że o tym nie wiem. Wysłałem ku nim moje zwierzę.

– Białego stwora? – spytał przerażony.

– Nie. Do tego trzeba czegoś… subtelniejszego. Giną tam, Krisof. Giną w ciemnościach i smrodzie, i nie ma dla nich ratunku. Podejrzewam jednak, że czarodziej ujdzie z życiem. Teraz spójrz na jezioro.

Tafla Północnego Lazuru zakotłowała się gwałtownie. Czarne, wysokie fale zaczęły uderzać w brzeg, na którym wznosiła się osada łysego lorda. Przypominały żywy organizm, który atakował z coraz bardziej opętańczą furią.

– Teraz na południe – rozkazał.

Gdzieś w głębi lasu, wybuchł gigantyczny pożar. Języki ognia strzelały w górę, jakby chciały dosięgnąć czerwonego księżyca.

– Zawsze wygrywasz, prawda? – zapytał Krisof.

– Tak. I ciebie też złamię. Zostaniesz mym sługą, jestem o tym przekonany.

Usta Krisofa wydęły się w tajemniczym uśmiechu.

– No to się, kurwa, zdziwisz – rzucił mu prosto w twarz.

Ułamek sekundy później Krisof rzucił się na mężczyznę i wyrwał z jego ręki pochodnię. Elia dostrzegła, jak Władca próbował go powstrzymać czarami, lecz był bezsilny. Młodzieniec przyłożył ogień do swych szat, by po chwili zamienić się w wielką, ludzką pochodnię. Płonął, lecz nie ogarnął go lęk. Podszedł do krawędzi wieży, jakby chciał pokazać całemu światu swoje poświęcenie.

– Starzec byłby z ciebie dumny – powiedział Władca Zamku tonem będącym mieszkanką złości, rozczarowania i podziwu. – To ciebie powinni nazwać Flamma. Przykro mi, że mnie nie zrozumiałeś. Do zobaczenia.

Elia nie patrzyła na płonącego mężczyznę, podążyła za władcą w dół schodów. Przeszli przez długi, ciemny korytarz i wszyli na dziedziniec. Nadi stała tam w czerwonym blasku. Płakała. Brat przytulił ją i zaczął szeptać do ucha słowa, których dziewczynka już nie usłyszała.

Zamek zniknął i Elia znów znalazła się pod wieżą Flammy. Choć zdawało jej się, że trwa ta sama noc, gdyż na niebie wciąż wznosił się czerwony księżyc, okolica bardzo się zmieniła, a sama budowla wyglądała na nadgryzioną przez czas.

Ze szczytu wieży coś spadło. Widziała niewyraźny kształt, który mknie ku ziemi i znika w koronach drzew. Co to było?

Chwilę później znalazła się w swym pokoju.

Konflikt na włościach – pomyślała, gdy skończyła notować swe doświadczenia. – Wynikły z niego same złe rzeczy. Elia spojrzą na swe notatki i stwierdziła, że nie potrafi tego połączyć w całość. Tylko jedną rzecz wiedziała na pewno. Musiała pogodzić się z mamą.

Położyła się spać, a we śnie spotkała śmiesznego czarodzieja. Usiadł na jej łóżku i spojrzał na nią z troską.

– Zanotowałaś wszystko? – spytał.

– Tak, choć nie musiałam. Pamiętam każdą scenę.

– Znakomicie. Elio, twoja rola już prawie dobiegła końca. Doskonale sobie poradziłaś, lecz mam do ciebie jeszcze jedną prośbę. Ostatnią. Noś przy sobie czerwoną książkę i swe notatki. Nigdy się z nimi nie rozstawaj. Kto wie, może niedługo zjawi się tu twój brat? On będzie potrzebował tych papierzysk.

Obudziła się nad ranem i podekscytowana usiadła w wózku. Jej brat mógł być tu w każdej chwili. Wzięła do ręki czerwoną książkę, notatki i czekała przy oknie.

Gdy spojrzała w niebo, uznała, że wciąż śni. Księżyc wyglądał zupełnie jak w nocy, podczas której spłonął Krisof. Nie wiedziała, co to znaczy. Nie przejęła się tym. Czekała na brata.

 

 

Rozdział 42

Założyciel

 

– Trosen! – krzyknął znajomy głos, wyrywając go ze snu. – Trosen! Budź się! Idą po ciebie!

Powoli wracała mu świadomość. Ktoś, najprawdopodobniej właściciel głosu, ścisnął go za przedramię i pociągnął. Poczuł palący ból. Ujrzał szare ściany. Usłyszał odgłos trzaskającego ognia.

– Trosen, musisz się schować – poradził głos. Czy to Bernart? Przyjaciel, który oddał za mnie życie?

Pożółkły sufit wyglądał dziwnie znajomo. Kraty w oknie ułożone były we wzór, które fascynował go całe trzy lata. Zorientował się, gdzie jest. Poczuł lęk, paniczny i paraliżujący. Nie. Proszę. Dlaczego chcą akurat mnie? Niech wezmą kogoś innego, kogokolwiek. Oni wszyscy zasługują na wizytę w Piekle, lecz nie ja. Ja jestem niewinny.

Leżał na pryczy jak sparaliżowany, słuchając odgłosów kroków dobiegającego z więziennego korytarzu. Były coraz groźniejsze. W ich tle, nie wiedzieć czemu, roznosił się dźwięk trzaskającego ognia.

Kroki ucichły pod drzwiami. Mógłby krzyknąć, lecz nie miał na to odwagi.

– Skąd wiedziałeś, że po mnie idą? – zapytał człowieka, który dzielił z nim celę. – Kto ci o tym doniósł?

– Nikt. To cykl – wyszeptał. – Niedługo kolej na ciebie, a potem na kolejnych trzynastu. Staniesz się niczym Pierwszy Osadnik, a kolejni utworzą dwa słowa. – Przyłożył palec do ust. – Lecz cichutko, to nasza mała tajemnica. Ona jeszcze o niczym nie wie.

– Ona?

– Dwulicowa istota – zaśmiał się, obnażając zęby. – Jej rozpacz potrwa wieki. Mówiłem jej, że spojrzała na niewłaściwą ulicę.

Drzwi otworzyły się z przeraźliwym piskiem. Trosen chciał uciec, schować się, lecz nie miał na to szans. Pięć ciemnych sylwetek przestąpiło próg celi. Pochwycili go i zaczęli ciągnąć do Piekła.

Był zbyt przerażony, by iść, dlatego go wlekli. Mógł jedynie powłóczyć nogami w rytm melodii wydawanej przez trzaskający ogień. Prowadzili go korytarzami, które zdawały się nie mieć końca. Wszystkie były szare i wypełnione dziwnym zapachem, który doskonale pamiętał. Wtem popchnęli go na schody, gdzie o mało nie połamał sobie nóg. Schody zastąpił kolejny korytarz, a kolejny korytarz zamienił się w kolejne schody.

– Pamiętasz legendę, prawda? – zapytał jeden z nich.

Pamiętał.

W końcu znaleźli się w Piekle. Ściany były tu paskudnie brązowe, a całe pomieszczenie oświetlała zwisająca niczym pająk na nici żarówka, która bez zapału zastępowała żyrandol. Wnętrze podzielono na szereg mniejszych pomieszczeń, a każde było puste i obskurne. W izdebce, do której go zaprowadzili, korzeń drzewa przebijał sufit. Wyglądało to naturalnie, niczym zamierzona część wystroju. Nie wiedzieć czemu, przeraziło go to. Gdzie ja właściwie jestem? Za jego plecami tlił się ogień. Trzaskał coraz głośniej.

Stanęli nad nim w szeregu i wreszcie mógł ujrzeć ich twarze. Znał je. Nie z więzienia, lecz ze starej fotografii.

– Dlaczego? – zapytał zrozpaczonym tonem. – Przecież chciałem dobrze. Ratowałem ich. Kontynuowałem wasze dzieło!

Cart Wolron uderzył go w twarz. Trosen upadł na podłogę. Har Aliton zaśmiał się w głos, a po chwili przyłączyli się do niego pozostali założyciele.

– Dlaczego mnie tu zabraliście? – mogli go zabić, wiedział, że tak się stanie, lecz chciał znać odpowiedź na to pytanie.

Hart Mesten klęknął koło niego i wyjaśnił ze spokojem.

– Nie jesteśmy założycielami. Prawdziwi założyciele nie żyją. Podajemy się za nich, by dać ci lekcję. Lekcję, od której zależy twoje życie.

W jego głowie kotłowało tysiąc myśli, lecz wciąż nic nie rozumiał.

– Gorączka nieco opadła – usłyszał kobiecy głos. Powoli powracał z przerażającego świata snu. Lydia siedziała na pniu drzewa, tuż obok niego. – Niepotrzebnie wyszedłeś wtedy na mróz. Ja i Marc pogadalibyśmy sobie z tą twoją… znajomą.

– Śniłem o strasznym miejscu – powiedział z wysiłkiem. Bolało go całe ciało i był potwornie osłabiony. Chwycił go kolejny atak kaszlu.

– O Grenie pod rządami Rosta Alitona? – zapytała półżartem.

– Nie.

– Opowiedz, jeśli ci ulży.

– Gdy odbywałem wyrok w Wrogelbit, prześladowało mnie pewne miejsce – małe pomieszczenie piwniczne w podziemiach więzienia. Nazywaliśmy je Piekłem. Ekipa rządzących skazańców, za pozwoleniem strażników, a czasami przy ich współudziale, dawała tam lekcje więźniom z marginesu. Komu konkretnie? Na dnie więziennej hierarchii byli ci, którzy siedzieli za krzywdzenie dzieci i mundurowi. Po nich gwałciciele. Trafiali do Piekła, a po takiej wizycie nawet kilka miesięcy spędzali w szpitalu. Słyszałem historie o zabójstwach, które tam dokonywano. Najsłynniejsza legenda dotyczyła człowieka, który wyrwany ze snu i zaprowadzony do Piekła był tak zdezorientowany, że wciąż trzymał w ręce poduszkę. Ponoć zadusili go właśnie tą poduszką. Nie wiem, ile było w tym prawdy. Na szczęście nigdy tam nie trafiłem, choć jestem pewny, że byłem na liście oczekujących. Zdążyłem opuścić więzienie bez tej potwornej lekcji. I właśnie to miejsce przed chwilą mi się przyśniło. Nie wiem, co to może znaczyć.

– Pewnie nic. Sny najczęściej nie mają żadnego znaczenia. Wiedz, że jesteś tu bezpieczny, Trosen – zapewniła.

Nie jestem. Ty też nie jesteś. Nikt nie jest. I wszyscy o tym wiemy.

– Przyniosłaś ten obiecany aparat? – zapytał żartem. – Co nasze wnuki będą sobie wieszać w salonach? Trzeba uwiecznić nowych założycieli.

Lydia lekko uniosła kąciki warg.

– Śpij. Najpierw musisz wyzdrowieć. Nie zrobię ci zdjęcia, gdy wyglądasz jak śmierć na chorągwi.

Kąpiel w lodowatym jeziorze zaowocowała chorobą, która trawiła całe jego ciało, lecz jeszcze gorsza choroba toczyła jego umysł. Trosen nie był pewien, czy walka o zdrowie ma sens. Od chwili, gdy stracił rodzinę, całe jego życie zaczęło niewiele go obchodzić.

Śmierć krążyła nad Alwenem niczym padlinożerca nad wciąż żyjącą ofiarą. Wymknął się jej podczas zatonięcia kutra, dwukrotnie na arenie i niezliczoną ilość razy w lesie. Dlaczego? Czy jest w tym jakiś cel? Mam żyć, by uczynić coś ważnego?

Staniesz się niczym Pierwszy Osadnik – usłyszał we śnie.

Jeśli tkwiły w nim jakiekolwiek resztki chęci życia, paradoksalnie zawdzięczał to Rostowi Alitonowi. Gdy wójt Grenie umrze, Trosen Alwen z pewnością nie będzie miał po co żyć.

Przed oczami wciąż widział spopieloną chatkę. Tamtego dnia, gdy zabito jego rodzinę, długo włóczył się po lesie, zupełnie bez celu, czując straszliwą pustkę, jakby ktoś nagle wyssał z niego duszę. Dotarł do ruin Pierwszej Osady i rozpalił ognisko w dawnym kamiennym piecu.

Było mu ciepło. Usnął.

Rankiem odkrył, że nocował w towarzystwie nieboszczyka. W piecu leżały ludzkie szczątki. Postanowił je pochować, by choć na chwilę nadać życiu cel.

Wegetował w ruinach kilka kolejnych dni.

Pewnego ranka otworzył oczy i stwierdził, że cała polana usłana jest ludzkimi ciałami. Zupełnie jakby przespał jakąś krwawą bitwę. Trupy – kobiety i mężczyźni, w różnym wieku, z przeróżnymi ranami – leżały w śniegu w dziesiątkach póz. Jedno ciało znalazł na przedziwnym ołtarzu, którego, mógłby przysiąc, jeszcze wczoraj tu nie było.

Znów nadał życiu sens.

Grzebał ciała bez wytchnienia. Kopał coraz głębiej, aż dokonał kolejnego niezwykłego odkrycia. Pod środkiem polany natrafił na stare, kamienne piwnice, które z pewnością pamiętały czasy Pierwszych Osadników. Pomieszczenia zachowały się w niedorzecznie dobrym stanie. Mieścił się w nich dorosły człowiek, były zaskakująco rozległe, podzielone na kilka niewielkich komór. W środku odnalazł ludzkie szczątki, bronie myśliwskie, przegniłe ubrania i skrzynie, a nawet najprawdziwszą lunetę. Zachodził w głowę, jak to miejsce mogło przetrwać tyle czasu nienaruszone.

Pomimo smrodu, nieporządku, ciemności i zaskakującego podobieństwa do jego wyobrażeń więziennego Piekła, uznał, że to znakomite schronienie.

Później pracował, bez przerwy, bez wytchnienia. Choroba postępowała, lecz to nie miało dla niego znaczenia. Oczyścił miejsce, zbudował ukryte wejście, zapewnił wentylację i ogrzewanie. Zrobiłby wiele więcej, gdyby Rost Aliton i jego białe kurwiszcze nie złapali go wtedy w lesie.

Usłyszał kroki. W ich schronieniu dźwięk niósł się równie głośno jak po więziennym korytarzu. Wrócił Marc Wolron. Chłopiec usiadł przy nim, bardzo blisko pieca, i zaczął ogrzewać dłonie, jednocześnie zdając relację.

– Nie udało się im. Drwale twierdzą, że Orchid i Ox zostali zatrzymani przez Rosta, gdy tylko przekroczyli granicę osady.

– Dziwne – stwierdziła Lydia bez cienia rozczarowania. – Aliton musiałby być wszechwiedzący. Podejrzewam, że to kolejna sztuczka z ich strony.

– Jest jeszcze coś – zaczął chłopiec, wyraźnie przerażony. – Widać księżyc. Być może to tylko moja wyobraźnia, ale wydaje mi się, że jest… jakby nieco czerwonawy.

– Nadeszła więc odpowiednia chwila – wykrztusił Alwen, a jego słowa mieszały się z atakami kaszlu. – Koniec z poleganiem na osobach trzecich. Musimy sami zaatakować. Jest nas siedemnastu. Aliton ma tylko bestię. Jeszcze dziś wchodzimy do Grenie i zaprowadzamy porządek.

Lydia spojrzała na niego z litością.

– Pójdziemy, lecz ty tu zostaniesz. Trosen, ledwo żyjesz. Powiem ci coś szczerze. Wiele dla nas zrobiłeś, lecz w tej chwili byłbyś tylko obciążeniem. Gdy pokonamy Rosta, wrócimy po ciebie.

– Nie tylko pan nie nadaje się do tej wyprawy – wtrącił Marc. – Pan Holbes, nie wiedzieć skąd, skombinował sobie alkohol i teraz leży w kałuży własnych wymiocin.

Lydia spuściła głowę, jakby zawstydzona.

– Czy to ma mnie pocieszyć? – oburzył się Trosen.

Nastała długa chwila milczenia.

Wiedział, że będą chcieli go tu pozostawić. Nie rozumieli go. Nie potrafili dostrzec, co tak naprawdę trzyma go przy życiu. Przez Alitona zginęła moja rodzina. Doczłapie się do Grenie, choćby na czworaka.

W noc potwornej śnieżycy, gdy Lydia uwolniła go z piwnicy wójta, dobiegł do Pierwszej Osady, usiadł w śniegu i czekał. Potwornie się wychłodził, stracił czucie w większej części ciała, ponownie odmroził sobie palce u rąk i nóg, lecz nie zmierzał przestać czekać. Bibliotekarka zjawiła się, budząc go ze snu. Wyjawił jej położenie schronienia, a ona zaniosła go bez wysiłku, jakby nic nie ważył. Napaliła w piecu i razem leżeli przy cieple.

– Jutro wybieram się do Grenie – oświadczyła tamtej nocy. – Zwołam więcej ludzi, mam też do załatwienia kilka innych spraw.

Jak się okazało, nie musiała tego robić. Ludzie sami przyszli. Holbes pod wpływem alkoholowego upojenia wyjawił, że zamierza wyruszyć do Pierwszej Osady, gdyż boi się żony, która, jego zdaniem, w każdej chwili mogła ozdrowieć. Tym samym wyjawił miejsce ich ukrycia, niespodziewanie inicjując migrację. Ludzie przyszli, taszcząc wielkie torby, jakby wybierali się na wakacje. Alwen byłby pod wrażeniem, gdyby tylko miał na to siły. Z wdzięczności dla nowego założyciela zrobili mu łóżko ze ściętych pni i koców. Ktoś nawet przyniósł mu poduszkę. Zakwaterowali się w taki sposób, by pozostawić mu na wyłączność jedno pomieszczenie, te, w którym grzało największe palenisko. Trosen musiał przyznać, że jego nowe mieszkanie jest całkiem przytulne. Gdy nie spał, głównie obserwował korzeń przebijający strop i zastanawiał się, w jaki sposób cała ta konstrukcja nie została zasypana. Lubił też wkładać odmrożone palce do ognia. Czuł wtedy ból, który przywracał mu jasność myślenia.

Spędził w łóżku kolejne dni, a stan jego zdrowia ani trochę się nie polepszył.

Mieszkańcy Trzeciej Osady, jak zwykli ją nazywać, przynosili jedzenie, drewno na opał, organizowali zabawy, szpiegowali poczynania Alitona i planowali go obalić, lecz on tylko leżał i chorował. Kiepski ze mnie założyciel. Może przynajmniej wpiszą mnie do księgi rekordów jako założyciela najkrócej istniejącej osady. Nie chciał tak myśleć. Choć wszedł czerwony księżyc, wciąż była jeszcze szansa, a przynajmniej tak powiedziała mu Lydia.

– Dobrze. Przeprowadźcie atak beze mnie. Wierzę w was – powiedział, odwracając wzrok.

– Wreszcie mówisz mądrze, Trosen – przyznała Lydia. – Po pokonaniu Alitona pierwsze co zrobię, to zaprowadzę chłopca do wieży. Jest szansa na ratunek, czarodziej tak powiedział. Przydasz nam się żywy, gdy ocalimy osadę. Będzie czekać nas wiele wspólnych dni. Nadejdzie lato. Długie i ciepłe.

Ciepłe lato. Śniłem o nim wczoraj. I o mieszkańcach Grenie, szczęśliwych, nieskłóconych, wolnych od zła.

– Powodzenia panie Alwen – powiedział Marc. – Pana walka jest równie ważna.

Oboje opuścili jego siedzibę. Nie mogę przespać momentu, w którym wyruszą. Pójdę za nimi. Dotrę do Grenie. Wszystko zobaczę. A potem…

Zamknął oczy i przypomniał sobie ostatni sen. Wciąż go nie rozumiał. Czuł gorąco płynące z paleniska. Pocił się obficie. Wydawało mu się, że jego ciało kołysze się w rytm trzaskającego ognia. Dźwięk ten był dla niego bardzo bolesny, przypominał mu płonącą drewnianą chatkę.

Czy ktoś wszedł do mojej izdebki? – pomyślał na granicy snu i jawy. Zdawało mu się, że słyszy kroki.

Przyjdą po ciebie. Staniesz się niczym Pierwszy Osadnik – przypomniał sobie słowa ze snu. W jaki sposób można stać się Pierwszym Osadnikiem, skoro oni żyli setki lat temu? – zastanawiał się. Nie słyszał już kroków, jedynie trzaskający ogień. To musiał być sen – zdał sobie sprawę.

Staniesz się niczym Pierwszy Osadnik.

Jaka cecha mogłaby mnie upodobnić do Pierwszych Osadników? Co ich łączyło? Żyli w tych lasach. Polowali, łowili, karczowali las.

Zostali wymordowani.

Staniesz się niczym Pierwszy Osadnik.

Ktoś przyłożył poduszkę do jego twarzy i zacisnął, pozbawiając go oddechu. Próbował walczyć, krzyczeć, lecz był na to zbyt słaby. Pragnął ujrzeć twarz napastnika, lecz nie było mu to dane. Domyślał się, na czyje zlecenie działa.

Po chwili po prostu się poddał.

Oby im się udało – pomyślał w ostatniej chwili życia.

 

 

Rozdział 43

Pelargonia

 

– Złap mnie! – Estela Aliton ubrana jedynie w cienką, białą sukienkę uciekała boso przez zaśnieżony, ciemny las. Odwróciła się nagle i pomachała ręką, uśmiechając się tajemniczo. – Złap mnie! – ponowiła wołanie i pognała przed siebie.

Niełatwo było ją dojrzeć na tle wszechobecnej bieli. Komponowała się z nią idealnie. Jej sylwetka wydawała się przezroczysta, ruch sukni przywodził na myśl śnieżną zawieję. Marc biegł za nią slalomem pomiędzy drzewami. Dyszał ciężko ze zmęczenia i drżał z powodu mrozu. Nie miał szans jej dogonić.

– Estela! Zatrzymaj się! Zmarzniesz!

Zaczekała na niego na niewielkim wzniesieniu i z uśmiechem pokręciła głową. Światło księżyca odbijało się w jej zielonych oczach.

– Nie zmarznę, a wiesz dlaczego?

Nie wiedział.

Być może Estela odpowiedziała na własne pytanie, lecz Marc tego nie usłyszał. Otworzył oczy, zbudził się ze snu. Leżał na wyścielonym stosie gałęzi w jednej z izdebek w podziemiach Pierwszej Osady. Położył dłoń w miejscu, gdzie powinna spać dziewczyna.

Nie wyczuł jej. Wymknęła się. Znowu.

W ostatnich dniach często go opuszczała, a każde z tych wydarzeń budziło w nim paniczny lęk. Bał się, że dziewczyna uciekła, ktoś ją zabrał lub stała się rzecz jeszcze gorsza. Były to myśli tak przerażające, że budziły w nim dziwne napady, podczas których płakał, nie mogąc nad sobą zapanować. Stracił całą rodzinę, i nie mógł pozwolić, by to samo stało się z Estelą.

Od nocy śmierci Artura dziewczyna spała przy nim, trzymała za rękę, oczekiwała, aż wróci do zdrowa. Trzy doby później był już w pełni sił. Nagrodziła go pocałunkiem za dzielność i nim się zorientował, kochali się w jej łóżku. Nigdy nie przeżył czegoś równie wspaniałego, nawet gdy był z tamtą… kobietą. Nie, o tym lepiej nie myśleć.

Obudził się tamtej nocy i zauważył, że nie ma przy nim Esteli. Nie żyje – uświadomił sobie. To był tylko sen. Nigdy nie powróciła do życia. Z wszystkich myśli ta była najgorsza. Najbardziej przerażająca na świecie.

Po chwili pojawiła się w pokoju, przemykając cichutku. Położyła głowę na jego piersi.

– Dlaczego jesteś zdenerwowany? – spytała.

– Nie było… cię…

– W kuchni byłam, głuptasie. Nie słyszałeś, jak mi w brzuchu burczało? Tak głośno, że niedźwiedzia by obudziło.

Roześmiali się. Zasnął szczęśliwy.

Od tamtego czasu spędzali ze sobą każdą wolną chwilę.

Ucieczka była ich wspólną decyzją. Na ich oczach Rost Aliton zaczął zmieniać się niczym Greo z opowieści Jeremiasza Hodsa. Jego bliskość była niebezpieczna. Udali się do Pierwszej Osady. Ich nowy dom okazał się zimny, ciasny i ciemny, lecz dawał poczucie bezpieczeństwa.

Marc zapalił świecę i wyszedł z izdebki. Przez głowę przeleciało mu mnóstwo niepokojących myśli. Jej ojciec mógł tu się zakraść i porwać jego ukochaną. Władca zamku mógł wpuścić tu jedno ze swych zwierząt. Nadi z zazdrości mogła ją zabrać lub po prostu zastrzelić tak jak jego ojca. Nie, słyszałbym huk wystrzału. Wszystkich by obudził.

Estelę otaczało tysiąc różnych niebezpieczeństw, przed którymi nie potrafił jej obronić.

Szedł przez pomieszczenie, które przy odrobinie dobrej woli można by nazwać korytarzem. Słyszał chrapanie dobiegające z odleglejszych komór. Ruszył w ich kierunku.

Najpierw zobaczył odbicie w lustrze wody, która zebrała się na podłodze piwnicy. Sylwetka dziewczyny była niewyraźna, ciemna i dziwnie zniekształcona.

– Topiący śnieg nas zalewa – powiedziała. – Pewnie przez ogrzewanie. Co nie zmienia faktu, że wciąż jest tu zimno.

Nie zmarznę, a wiesz dlaczego?

– Chodź do łóżka. – Chwycił ją za dłoń i zaprowadził do izdebki. Wciąż ma napady dezorientacji.

Gałęzie zatrzeszczały niczym prawdziwe łóżko, gdy wtuliła się w niego. Potem nastała cisza. Przypomniał sobie dzieciństwo, podczas którego on i jego przyjaciele bali się duchów nawiedzających nocą Pierwszą Osadę. Kto by wtedy pomyślał, że zamieszkamy w tym miejscu. Kto by pomyślał, że to nie duchów będę się bać?

Zasnął i nic mu się nie śniło.

– Marc – zbudził go głos Lydii. – Chodź ze mną.

Zostawił śpiącą dziewczynę i ruszył za bibliotekarką. Zaprowadziła go do pomieszczenia, które zamieszkiwał Trosen Alwen. Chłopiec spodziewał się kolejnej dyskusji odnośnie ataku na wioskę, tym bardziej się zdziwił, widząc, że mężczyzna śpi.

– Nie obudzi go pani? – spytał.

– On nie żyje, Marc – powiedziała, wprawiając go w osłupienie. – Zmarł we śnie. Prawdę powiedziawszy, i tak długo wytrzymał, biorąc pod uwagę stan zdrowia. To wszystko, przez co przeszedł…

Marc klęknął koło ciała i przeżegnał się.

– Co teraz? – zapytał głosem tak słabym, że ledwo słyszalnym na tle trzaskającego ognia.

– Nic się nie zmieniło. Kontynuujemy jego dzieło.

To, co Lydia nazywała jego dziełem, Marcowi wydawało się zbiorowym samobójstwem. Nie chciał do niego dopuścić. Wizja Esteli ginącej z ręki własnego ojca prześladowała go od chwili, gdy usłyszał o planie ataku. Miał pewien pomysł. Chciał rozegrać to inaczej.

Zawahał się i zaproponował, jego zdaniem, najlepsze wyjście z sytuacji:

– Pójdę do Grenie, lecz sam. Jeśli wypuścimy się gromadą, dojdzie do masakry, lecz jeden człowiek umknie niezauważony. Myślę, że do piwnicy Alitonów prowadzą jeszcze inne nieodkryte przejścia. Pani ojciec wspominał o tym w swoich notatkach. Postaram się uwolnić Kaia i zabrać list.

List. Lydia opowiadała mu o jakiejś arcyważnej notatce, którą przed śmiercią zaadresował do niego Martiv Sqon. Miał mu ją przekazać Kai, lecz dał kopertę Lydii, a ta nieopatrznie zostawiła notatkę w kieszeni swej kurtki, którą nakryła starego Holbesa. Holbes twierdził, że zostawił ubranie w domu, gdyż było na niego za małe, a poza tym nie podobał mu się krój. Nie pamiętał gdzie. Marc podejrzewał, że będzie musiał przeszukać cały dom.

– Jeśli się nie uda – kontynuował – jeśli zginę lub wrócę z pustymi rękami, wtedy nadejdzie czas, by uderzyć całą siłą. Proszę jednak, by… nie mieszać w to Esteli. Niech ona nie walczy, ukryje się tu i czeka.

Lydia spojrzała na niego niepewnie. Żegna się ze mną wzrokiem. Podejrzewa, że nie ujdę stamtąd z życiem.

– Rost cię znajdzie i zabije – stwierdziła, potwierdzając jego przypuszczenia.

– Przywróciłem do życia jego córkę. Ma do mnie, nazwijmy to, sentyment. – Nie powinienem używać tego słowa.

– Czy mógłbyś przynieść coś jeszcze? – Lydia wydawała się nieco zawstydzona. – Notatnik mojego ojca. Został u mnie w domu. Drzwi wejściowe powinny być otwarte. Znajdziesz go na stole, w pokoju na piętrze.

– Nie ma sprawy.

Nie był pewien, czy pożegnać się z Estelą. Postanowił nie budzić dziewczyny. Niczym nie ryzykuję. Śmierć i tak krąży nad nami. Ona to zrozumie.

Nie spała. Czekała na niego przy wyjściu. Marc musiał wszystko jej wyjaśnić. Płakała, nie chciała go puścić. Wyrwał się z jej uścisku, pocałował ją w usta i wyszedł z ruin na mroźną, zimową powierzchnię. Nie obejrzał się za siebie.

Nad Pierwszą Osadą wisiał księżyc przypominający ciekawskie oko wypatrujące ich kryjówki. Marco odniósł wrażenie, że mieni się bardziej intensywną czerwienią niż w chwili, gdy widziała go po raz ostatni. Równie zastanawiający był fakt, że chłopiec nie przypominał sobie, by kiedykolwiek widział księżyc o tej porze roku.

W lesie było tak cicho, że niemal słyszał mruganie gwiazd. Razem z księżycem obserwowały, jak Marc przemierza zaśnieżony las. Przypomniał sobie słowa, które kiedyś usłyszał, lecz nie pamiętał, kto ani kiedy je wypowiedział. Mały księżyc nie zrobi ci krzywdy. Bój się całego nieba. Raz za razem wznosił ku gwiazdom zaniepokojone oczy.

Był już przy moście, lecz wciąż nie miał dokładnego planu działania. Sformułował go dopiero, gdy stanął u podnóża Grenie. Widział sylwetki domów stojących po wschodniej stronie ulicy Estrova. W żadnym nie paliło się światło. Czyżbym przybył za późno? Wziął głęboki wdech i zaczął analizować sytuację. Dom Suzan Orchid stoi opuszczony, podobnie jak dom Efetnów i oba domy Trastów. Podszedł bliżej i ujrzał chybotliwe światło bijące z okien posiadłości Slantów. Odetchnął z ulgą. Ulica była pusta, lecz nie zaryzykował wyboru tej trasy. Udał się na południe i okrążył osadę.

Jako pierwszy cel obrał dom pani Lydii. Ta część wyprawy wydawała się najłatwiejsza. Budynek stał przy samym lesie. Gdy chłopiec się z niego wyłonił, przywarł do tylnej ściany i niczym alpinista pokonujący wąską górską ścieżkę obszedł dom.

Drzwi były otwarte. Miał przy sobie latarkę, lecz nie odważył się jej użyć. Szedł po ciemku. Uderzył nogą o framugę, zahaczył ręką o wystającą skądś klamkę i potknął się o przedmiot, na którego identyfikację nie pozwolił mrok. Dotarł na pierwsze piętro i odnalazł notatnik.

Z pokoju, w którym się znajdował, rozciągał się widok na większą część Grenie. Podszedł do okna, by poznać sytuację panującą w wiosce.

Dostrzegł arenę, obleczoną blaskiem latarni. Drewniane słupy ciągnęły się przez obie ulice, a ich szczyty płonęły intensywnie. Niedobrze. Tron był pusty. Rost Aliton stał na środku wyludnionej, zaśnieżonej ulicy. Ubrany był w tunikę, w dłoni trzymał łuk, a na głowie dzierżył koronę. Przypominał władcę upadłego królestwa, który, nie zważając na okoliczności, urządził sobie jednoosobowy turniej łuczniczy.

Marc ujrzał drugą sylwetkę, która wyłoniła się z głębi ulicy. Jeremiasz Hods szedł przez śnieg powoli, patrolując. Bardzo niedobrze.

Aliton naciągnął łuk i przez chwilę Marcowi wydawało się, że chce zastrzelić szlachcica. Strzała pomknęła jednak w innym kierunku, prosto w wiszącą na arenie tarczę. Trafiła bardzo blisko środka.

Marc nigdzie nie widział białej bestii, lecz podejrzewał, że wyleguje się gdzieś w śniegu. Albo stoi za moimi plecami.

Przeniósł spojrzenie na dom Holbesów. W oknie na parterze dostrzegł jakiś ruch. Maria Holbes. Doszła do siebie. Przecudnie. To tyle w kwestii odzyskania listu. Idę po Kaia.

Opuścił dom pani Lydii i umknął do lasu.

Następny przystanek zaplanował w ogrodzie Holbesów, który znajdował się po drugiej stronie ulicy, o rzut kamieniem od drzwi domu Alitonów. Niestety, nie mógł tak po prostu tam pobiec. Zbyt blisko skrzyżowania. Musiał nadłożyć spory dystans. Szedł równolegle do drogi, po czym na wysokości swojego domu przebiegł przez ścieżkę prowadzącą do kamieniołomu i znalazł się po drugiej stronie ulicy. W tym miejscu jego misja wkroczyła na nowy poziom trudności; jego sylwetka stała się widoczna z okien domów stojących na ulicy Estrova.

Przykucnął pomiędzy zaśnieżonymi zaroślami. Było mu zimno, nie czuł własnego ciała. Serce biło mu jak oszalałe. Rost Aliton był tak blisko, a w dodatku drzwi jego domu, znajdowały się od strony ulicy. Nie wiedział, czy będą otwarte. Ogarnęło go zwątpienie.

Pomyślał o studni i tunelu, który zaprowadziłby go do piwnicy domu, lecz słyszał, iż wójt zablokował przejście. Jeśli Kai nie zdołał stamtąd uciec przez tyle dni, nie sforsuję tego przez jedną noc.

Dywersja. Słowo to pojawiło się nagle w jego umyśle i nie chciało go opuścić. Muszę odwrócić uwagę Alitona, a wtedy dam radę przebiec ulicę i wejść do jego domu. Dywersja.

W kieszeni miał zapałki.

Mógł podpalić dom wójta, lecz miał przeczucie, że Aliton prędzej pozwoli więźniom spłonąć, niż wyprowadzi ich na ulicę. Nie wspominając o tym, że mieszkała tam również Estela. Myślał o podpaleniu swego domu, lecz wybudował go jego dziadek, którego co prawda nie znał, lecz słyszał o nim wiele dobrego. Nie mógł tego zrobić.

W Grenie stały jednak puste budynki, do których nikt nigdy nie wróci. Na przykład dom Szwendacza. Niestety stał po drugiej stronie ulicy, poza tym Sqon, Artur i Kai odrestaurował go tak pieczołowicie, że nie miał serca go spopielić. Pozostała mu chatka Onelii Slant. Starucha otruła Estelę. To byłaby jego zemsta. Chatka i tak rozpadnie się za kilka lat – doszedł do wniosku.

 Przebiegł na wskroś fragment lasu, który porastał przestrzeń pomiędzy ulicami. Miejsce to zawsze przypominało mu nóż, wymierzony prosto w skrzyżowanie. Stara chata Slantów na tle pozostałych domów przypominała skansen, relikt dawnej epoki, który od dawna psuje wizualnie okolicę. Gdy wyjął pudełko zapałek, poczuł wyrzuty sumienia.

– Robię to dla twojego wnuka – wyszeptał w kierunku domu, jakby spodziewał się, że duch staruszki wciąż w nim przebywa.

Podłożył ogień w kilku miejscach i zerwał się do biegu.

Wrócił pod dom Holbesów i skrył się w śniegu. Rost Aliton i jego bestia spoglądali na północ. Sam nie odważył się spojrzeć w tamtym kierunku, lecz obraz pożaru dokładnie odmalował się w jego wyobraźni. Gigantyczne ognisko wyrastające wprost ze śniegu.

Wójt nie ruszył się z miejsca. Wie. Domyślił się, że to dywersja. Nie pójdzie tam.

Nagle wypowiedział słowa, których chłopiec nie usłyszał, i ruszył wraz z bestią ku ulicy Estrova.

Gdy oddalili się na bezpieczną odległość, Marc wystrzelił jak z procy ku drzwiom domu Alitonów. Pomyślał o liście, którego nie będzie miał okazji odnaleźć. Miał jednak nikłą nadzieję, że Kai zdążył zapoznać się z jego treścią.

Wbiegł na ulicę. Uliczne lampy oświetlały ją tak intensywnie, że poczuł się jak zbieg, na którego skierowano wszystkie więzienne reflektory. Podbiegł do drzwi i szarpnął za klamkę. Były zamknięte. Szarpnął ponownie. Wciąż bez powodzenia. Postanowił rozbić okno, lecz nie widział żadnego kamienia, cegły ani czegoś podobnego. Powinienem użyć ręki. Zamieniła się w kamień. Albo tego notatnika. Waży chyba z kilogram.

Nagle stanął jak wryty. Rost Aliton wracał. Biała bestia kroczyła posłusznie u jego boku. Szli ku skrzyżowaniu, szli w jego kierunku.

Wójt zatrzymał się niespodziewanie i spojrzał za siebie. Stwór podążył jego śladem. Aliton z kimś rozmawiał, pewnie z Hodsem. Marc dostrzegł swoją szansę. Przebiegł ulicę i dotarł pod drzwi domu Holbesów. Był osłonięty, lecz tylko do czasu, aż władcy osady nie zbliżą się do skrzyżowania.

Aliton skończył rozmawiać i ruszył ku sercu swego królestwa.

Plan uwolnienia Kaia nagle wydał mu się niewykonalny. Równie dobrze jego przyjaciel mógłby znajdować się na Marsie, nie miał szans do niego dotrzeć.

Musiał się schronić, lecz był zbyt przerażony, by uciec. W przypływie paniki naparł na klamkę z taką siłą, że wpadł na korytarz. Natychmiast zamknął drzwi i starał uspokoić drżące ze strachu ciało.

– To ty?! – usłyszał głos Marii Holbes, dochodzący z jednego z pokoi. – Wiedziałam, że wrócisz, stary opoju! Chodź tu do mnie i to zaraz!

Przez kolejną minutę nie odważył się wykonać ruchu. Naszła go absurdalna myśl, iż powinien zamiauczeć. W końcu usłyszał chrapanie i ruszył przed siebie. Leży w łóżku. Jest połamana. Nic mi nie zrobi – uświadomił sobie, a z myśli tej wynikła kolejna – mogę odnaleźć list.

Jasnozielona kurtka, której szukał, mogła być wszędzie. Marc poruszał się w egipskich ciemnościach po wnętrzu domu, w którym nigdy nie był. Próbował trafić do piwnicy. To nie mogło się dobrze skończyć. Zrzucił coś na ziemię. Roztrzaskało się pod jego stopami. Włamywaczem to ja nie zostanę.

Pierwsze napotkane drzwi prowadziły do komórki, tak zagraconej, że odważył się na chwilę zapalić latarkę, by zrewidować jej zawartość. Nie było tam żadnej kurtki. Za kolejnymi drzwiami krył się pokój, urządzony jakby dla małego dziecka. Pomieszczenie wyglądało na nieużywane od lat. Co dziwne, Marc nie przypominał sobie, by sklepikarka kiedykolwiek była w ciąży.

Za trzecimi drzwiami odkrył schody do piwnicy. Wreszcie mógł bez lęku włączyć latarkę. Panował tu potworny bałagan. Ze ściany zwisały łańcuchy, łódź rybacka leżała na podłodze, zajmując sporą część pomieszczenia, a połowa tutejszych śmieci posiekana była siekierą. Odnalazł drzwi prowadzące do tunelu, gdyż Lydia dokładnie podała mu ich lokalizację. Przeszedł przez nie.

Był pod ulicą Estrova, gdzieś w pobliżu skrzyżowania. Zadrżał na myśl, że Rost Aliton może znajdować się tuż nad nim. Krocząc przez tunel, ujrzał skręt prowadzący do znanego mu, tajemniczego pomieszczenia. Oświetlił je latarką, której blask zalśnił w czerwonych oczach drewnianego smoka. To jego królestwo. Rosta Alitona najwyraźniej nie zainteresowała ta przedziwna izba, gdyż nic tu się nie zmieniło się od czasu ostatniej wizyty Marca. Ruszył przed siebie. Dalszą część tunelu odgrodzono ceglanym murem. Nie zaskoczyło go to. Kai znajdował się tak blisko, że gdyby Marc krzyknął, przyjaciel pewnie by go usłyszał, lecz nie mógł się do niego dostać.

Opuściwszy piwnicę, chłopiec nabrał nieprzyjemnej pewności, że kurtka znajduje się w sklepie. Pomieszczenie sklepowe mieściło się w tym samym budynku, lecz prowadziło do niego oddzielne wejście, do którego klucz miał Rost Aliton. Ruszył na piętro bez większych nadziei.

Ciuch wisiał na krześle w jednym z małych pokoików. Tuż obok stało wiekowe łóżko, mały piecyk i stary telewizor. Na ścianie wisiał obraz, którego treści nie widział w ciemnościach.

Otworzył kopertę. Postanowił zapoznać się z treścią tu i teraz. Nakrył się grubym kocem i włączył latarkę. Serce głośno biło mu w piersi, jakby przeczuwało, że treść nie przypadnie Marcowi do gustu. Oby ten list był wart mojego poświęcenia. Zaczął czytać.

 

Drogi Marcu Wolronie,

W liście tym chciałbym Ci opowiedzieć o mojej młodości i o Ann Wolron. Być może wiele o niej słyszałeś, była siostrą twojego pradziadka i moją żoną. Zajmowała się rybactwem, podobnie jak ja. Razem wypływaliśmy na jezioro Grenie, które było wtedy zdatne do połowów. A przynajmniej tak nam się zdawało. Moja żona zginęła na tym jeziorze. Zostaliśmy zaatakowany przez bestię, która żyła w głębinach. Skoro czytasz te słowa, ja również zginąłem, mierząc się z tą potworą.

Tuż po jej pogrzebie stało się jednak coś dziwnego. Dostałem list, który zawierał wiersz. Nie znałem adresata, lecz podążyłem za jego treścią i odnalazłem ją. Moja żona wróciła do mnie cała i zdrowa. Przeżyliśmy wspólnie kilka miesięcy.

To, co z czasem zacząłem dostrzegać, przeraziło mnie. Długo to trwało, lecz w końcu spojrzałem prawdzie w oczy. To nie była moja żona. To była obca kobieta, która się za nią podawała.

Gdy nabrałem pewności, zabrałem tę osobę nad jezioro i odbyłem z nią szczerą rozmowę. Przyznała się do uzurpacji. Powiedziała, że robi to, gdyż ma sentyment do rodziny Wolronów. Wyrzuciłem ją z łodzi, by utonęła w jeziorze. Czy naprawdę zginęła, nie jestem w stanie Ci powiedzieć. Niedługo po tych wydarzeniach wyjechałem z Grenie.

Chcę Cię ostrzec, Marcu Wolronie. Przyjrzyj się córce wójta. Przyglądaj się uważnie, gdyż twoja sytuacja wydaje się bliźniaczo podobna do mojej. Oczywiście mogę się mylić. Ta dziewczyna może być tym, za kogo się podaje.

Moim celem było tylko Cię ostrzec. Osąd należy do Ciebie.

Pozdrawiam z zaświatów, Martiv Sqon.

 

Zrzucił z siebie koc z taką siłą, że przeleciał cały pokój. Zaczerpnął oddechu. Dziesiątki moli pofrunęły w górę, uciekając przed światłem latarki.

Latarka! Zgasił ją.

Rozbolał go brzuch, a ręce drżały mu jak oszalałe. Przypomniał sobie sen, Estelę biegającą po lesie. Nie zmarznę, a wiesz dlaczego? Bo nie żyję. Schował list do kieszeni. Nie chciał wierzyć w to, co przeczytał. Poczuł, jak całe jego życie gaśnie niczym dopalająca się świeczka. Był tak zły, że gdyby biała bestia pojawiła się w tym pomieszczeniu, to on rzuciłby się na nią i rozszarpał jej gardło.

Najgorsze było to, że nie wiedział, czy to prawda.

Czy w tym pokoju dorastał Martiv Sqon? – zaciekawił się nagle. Czy w tym łóżku kochał się ze swoją żoną, która naprawdę nią nie była? Miał nadzieję, że nie. Kiedy przebudowano dom Sqonów? Nie wiedział.

Muszę stąd uciec, bo zwariuję.

Podszedł do okna, by przyjrzeć się ulicy. Czerwony księżyc wciąż wisiał nad osadą, przypominał krwawą ranę zadaną niebu. Marc dostrzegł płomienie i dym unoszące się nad ulicą Estrova, lecz wioska wciąż pogrążona była w ciszy. Spodziewał się zbiegowiska ludzi, zamieszania. Widział światła w wielu domach, lecz nikt z nich nie wyścibił nosa.

Rost Aliton stał pod areną i patrzył wprost na niego.

Niemożliwe – starał się myśleć racjonalnie, co przychodziło mu z trudem. Nie widzi mnie w ciemnościach.

Mnie nie, lecz mógł dostrzec światło latarki – dodał jakby inny głos. – A jedyna lokatorka tego domu leży połamana w łóżku. Na parterze.

Zaczął się trząść. Mam uciekać? Ujrzy mój ruch. Opanował się i stał nieruchomo jak posąg. Nie widzi mnie.

Wójt przywołał do siebie białego potwora i ruszyli w kierunku domu Holbesów.

Wiedział, że musi się ukryć. Spojrzał na pokój. Nie odnalazł w nim dobrego miejsca. Wybiegł na korytarz. Odnalazł linkę i pociągnął, spuszczając drabinę prowadzącą na strych. Ta o mało nie uderzyła go w głowę. Umknął w ostatniej chwili. Wdrapał się na górę i zamknął wejście.

 W tym momencie usłyszał odgłos dobiegający z parteru – dwa rodzaje kroków – ciężkie, głośne ludzkie i ledwo słyszalne zwierzęce. Ta bestia mnie wywęszy – pomyślał przerażony.

Zaczął zastanawiać się, w jaki sposób mógłby zablokować drabinkę, lecz nic nie przychodziło mu do głowy. Odgłos kroków był coraz bliższy. Prawdopodobnie weszli na piętro. Słyszał ciche warczenie i ludzki szept. Mówi coś do tego potwora. Rozmawia z nim jak z człowiekiem. Wiedział, o czym.

Był w pułapce. Oczami wyobraźni widział rękę wójta, która wyłania się z ciemności, by pociągnąć za linkę. Może ją przegapi – łudził się. Może zawróci.

Kątem oka zauważył okno. Było małe, a na szybie zgromadziła się warstwa śniegu, lecz prowadziło na zewnątrz pułapki. Podbiegł, chwycił za klamkę, otworzył i zaczął się przeciskać.

Dach był zaśnieżony, stromy i śliski. Jeden nieostrożny ruch i będzie można mnie położyć tuż obok Marii Holbes. Dostrzegł dużą zaspę, która utworzyła się ze śniegu osuwającego się z dachu.

Zsunął się po pochyłości, a następnie skoczył.

Nie pamiętał, jak wydostał się z śnieżnego kopca. Jego świadomość jakby przeskoczyła od razu do kolejnego aktu dramatu. Biegł ulicą Estrova, uciekał.

Ujrzał Jeremiasza Hodsa, który spacerował powoli, ubrany w ciepły, czarny płaszcz.

– Panie Hods! – zawołał. Mężczyzna nie zdziwił się na jego widok. – Kim jest kobieta, którą przywróciliśmy do życia? Estela? A może ktoś inny? Może to twoja przyjaciółka z zamku?! – ryknął do niego.

Jeremiasz pozostał niewzruszony.

– Nie wiem tego na pewno – zaczął szeptać – lecz ze smutkiem przyznaję, że drugi wariant wydaje się dużo bardziej prawdopodobny.

Popchnął go z całej siły. Hods upadł na śnieg.

Nim Marc zdołał wyprowadzić pierwszy cios w leżącego sąsiada, Rost Aliton wyłonił się z głębi ulicy Estrova. Biegł w jego kierunku, machając trzymanym w ręku łukiem.

Uciekł. Dotarł do granicy lasu, gdzie setki drzew rzucało niewyraźne cienie, a biała pokrywa intensywnie odbijała czerwone światło księżyca. Nigdzie nie widział bestii. Tym bardziej się bał. Potwór mógł pojawić się w dowolnej chwili w dowolnym miejscu. Mógł wygramolić zza najbliższego drzewa, wyskoczyć ze śniegu lub po prostu pojawić się na jego drodze. Starał się o tym nie myśleć. Starał nie oglądać się za siebie.

Starzała przemknęła kilka centymetrów od jego głowy. Marc jęknął i o mało nie upadł. Aliton wciąż go gonił. Przebijał się przez śnieg z gracją pługa. Chłopiec przyspieszył resztkami sił. On także się zmęczy. Jest starszy ode mnie. 

Druga strzała chybiła o dobre kilka metrów. Wójt krzyknął z furią.

Marc zastanawiał się, co pocznie, gdy dobiegnie do Trzeciej Osady, a Aliton wciąż będzie go gonił. Nie będzie mógł tam wejść, schować się. Zdradziłby wówczas położenie kryjówki. Skazałby na śmierć niewinnych ludzi. Wśród nich Estelę. Jeśli to rzeczywiście ona.

Dotarł do mostu. Przebiegł po nim błyskawicznie, nie myśląc, jakie to niebezpieczne. Gdy dotarł na drugi brzeg rzeki, nagle wpadł mu do głowy pomysł. Miał szansę zgubić pościg. Wyjął zapałki, potarł główkę i przyłożył płomień do lin pełniących funkcję balustrady. Chodź były oblodzone, zajęły się ogniem.

Rost Aliton przebył połowę długości mostu, nim ujrzał zmierzające ku niemu płomienie. Odwrócił się, zerwał do biegu, uskoczył na drugi brzeg.

Cała konstrukcja zajęła się ogniem. Dopiero po chwili Marc zorientował się, że nie trzyma w ręku skórzanego notatnika. Książka wypadła mu, gdy biegł przez most. Widział ją, zaklinowaną między balami. Płonęła. Historia Grenie. Nikt już jej nigdy nie odczyta. Chwilę później most zerwał się, wpadając na pokrytą lodem rzekę. Ciepło stopiło lód, zatapiając drewno, liny i dzieło życia Rande Ortosa.

Rost Aliton stał na drugim brzegu rzeki, patrząc na niego oczami łaknącymi mordu.

– Oddaj moją córkę, pieprzony złodzieju! – krzyknął, napinając łuk.

Twoja córka prawdopodobnie nie żyje – mógłby mu powiedzieć, lecz było to tak okrutne, że nie przeszło mu przez gardło.

Strzała wystrzelona przez Rosta chybiła o kilka metrów. Marc umknął do lasu, nim wójt zdołał znów napiąć cięciwę.

Trzecia Osada pogrążona była w charakterystycznej dla siebie ciszy. Większość ukrywających się tu ludzi spała. Godzina musiała być późna, lecz Lydia czekała na niego. Marc podszedł do paleniska, starając się ogrzać zmarznięte ciało. Trosen Alwen wciąż leżał w swym łożu. Wyciągał ku nim martwą głowę, jakby był spragniony nowych wieści z osady. Osady, którą powinien był rządzić.

– Można by pomyśleć, że żyje, lecz to tylko złudzeniewyszeptała Lydia, patrząc na nieboszczyka.

Serce ścisnęło mu się na myśl o Esteli.

Bibliotekarka spojrzała na Marca z podziwem. Nie spodziewała się, że ujdę z życiem.

– Nie dałem rady oswobodzić Kaia, lecz przeczytałem list.

– Czy było w nim coś ważnego?

Co mam jej odpowiedzieć? Sam nie wiedział.

– Może tak, może nie. Nie wiem. Jego treść dotyczyła tylko mojej osoby – skłamał.

– Zdobyłeś dziennik? – spytała po chwili, choć Marc wiedział, że kobieta zna odpowiedź.

– Nie było go w miejscu, które pani wskazała. Ktoś musiał go zabrać – skłamał ponownie, by ukryć swoją porażkę.

– Jak wygląda sytuacja w wiosce?

– Ulice są puste, ludzie pozamykali się w domach. Aliton i bestia krążą na zewnątrz. Wójt paraduje z łukiem.

– Pójdziemy tam nad ranem – zdecydowała. – Rost w końcu pójdzie spać. Sami też potrzebujemy snu.

Nie sprzeciwił się jej planom. W milczeniu pomaszerował ku swej izdebce. Tylko kilka kroków, lecz dla Marca Wolrona był to najtrudniejszy marsz w życiu. Chciał wierzyć, że Estela, którą za chwilę ujrzy, jest tą samą dziewczyną, z którą spędził dzieciństwo, kąpał się w jeziorze, chodził po lesie. Przez chwilę żałował, że przeczytał ten list. Po tej myśli naszła kolejna: – Może powinienem udawać, że nic się nie stało? Uwierzyć, że to prawdziwa Estela?

Najgorsza w tym wszystkim była możliwość, że oskarży dziewczynę, a ona okaże się niewinna. Wtedy jedyne co mi pozostanie, to wskoczyć do rzeki. Jeśli jednak przypuszczenia Sqona okażą się prawdziwe… wtedy również pozostanie mi wskoczyć do rzeki.

Estela miała łzy w oczach. W świetle świec lśniły niczym niewielkie kryształy. Niczym księżyc, który ujęła w dłonie.

– Wróciłeś – ucieszyła się tonem, w którym wyczuł nutkę fałszu. Oczywiście, że wróciłem. Już ty zadbałaś, by biały stwór mnie nie ścigał.

– Nadi? – zapytał.

Ujrzał w jej oczach przerażenie i nabrał pewności.

– Dla ciebie mogę być Estelą – powiedziała. – Znakomicie mi to szło, przecież się nie zorientowałeś! Chodź ze mną do zamku, przekonam brata, byś z nami zamieszkał. On wybrał kogoś innego, lecz zdołam go przekonać. Proszę – wypowiedziała przez łzy.

– Nie.

– Chcesz więc żyć ze swoimi ludźmi? Zgodzę się na to. Będą twoją Estelą. Ocalę wioskę, a ty zostaniesz nowym wójtem. Udusiłam Alwena, byś ty mógł zostać nowym dowódcą. Nadajesz się, Marc. To twoje przeznaczenie.

Na dźwięk tych słów zakręciło mu się w głowie.

– Zabiłaś także Estelę, prawda? Zrobiłaś to rękami Onelii Slant. Tak jak mojego ojca. Zniszczyłaś… – nie potrafił dokończyć. Dziewczyna próbowała go objąć. Odepchnął ją. – Mam jeszcze trzecie życzenie, prawda? – Uśmiechnął się niespodziewanie.

W jej oczach ujrzał strach.

– Tak – potwierdziła niechętnie.

– Na zawsze zniknij z mojego życia. Odpierdol się ode mnie! Nie chcę cię znać!

Zamknął oczy, gdyż one go okłamywały. Widział Estelę płaczącą i zdruzgotaną. Odwrócił się i upadł na posłanie. Usłyszał, jak odchodzi.

Płakał, wspominając piękną dziewczynę o jasnych włosach i zielonych oczach, która pewnego letniego dnia udawała, że złapała w dłonie księżyc. To było tylko złudzenie. Tak naprawdę trzymała w nich jego serce.

Usnął i śnił o Grenie. Miejscu pięknym, spokojnym i ciepłym.

– Marc – obudził go głos Lydii. Kobieta była blada i przerażona. Stało się coś niedobrego – Gdzie jest Estela? – zapytała.

– Nie żyje.

– Co?! Jak?

– Od trucizny dwa miesiące temu – wypowiedział lodowatym tonem.

Lydia jakby zrozumiała.

– Posłuchaj, Marc. Oni nie żyją.

– Kto? – zerwał się na równie nogi.

– Wszyscy, którzy byli tu z nami. Tonej Murc, Holbes, żona Bernarta, Trastowie, Syntia Quart… nie żyją. Zabito ich we śnie. Każdy miał na czole wydzierganą krwawą literę. Niektóre z nich były… jakby przekreślone.

Marc podszedł do pierwszego ciała. Syntia Quart, kobieta, która kiedyś próbowała zastrzelić swojego męża, leżała w swym posłaniu. Na jej czole wycięto „S”. Marc przyklęknął przy kolejnym nieboszczyku. Flen Trast, którego matka umarła w piwnicy domu Alitnów, miał na czole wyciętą literę „M”.

Trzynaście ciał. Marc obejrzał je wszystkie i bez problemu ułożył dwa słowa.

 

SENTYMENT

MIŁOŚĆ

 

– Pani Lydio, chyba czas na nas – wypowiedział głosem bez jakichkolwiek emocji, chowając do kieszeni pistolet ojca. Nie potrafił z niego korzystać, lecz z tym jednym strzałem powinien dać sobie radę… – Wracamy do Grenie.

 

 

Rozdział 44

Sąd pod czerwonym księżycem

 

Ze snu, spokojnego i wspaniałego, wyrwał go odgłos kroków. Gdzieś nad ich głowami Rost Aliton zaczął wędrować po swym domu. Jego stąpanie brzmiało tak donośnie, że przypominał odgłos uderzenia młota o drewnianą tarczę. Może on tak naprawdę wali czymś w podłogę, by wzbudzić w nas strach? Kai wyobraził go sobie, klęczącego w salonie swego domu i tłukącego wielkim młotem w posadzkę. Było to nawet zabawne. Mógł oczywiście spojrzeć na Alitona swoim darem, lecz nie zamierzał go marnować na taką błahostkę. Niech stuka, jeśli mu to sprawia przyjemność.

– Idzie do nas – stwierdził Ox. – Zaraz będziemy jeść.

Albo walczyć na arenie. Kai czekał na to z niecierpliwością. Aliton obiecał, że zmierzą się z białym stworzeniem, a chłopiec miał z potworem wiele rachunków do wyrównania.

Kroki robiły się coraz głośniejsze. Wszystko wskazywało na to, że Imperator Rost Aliton zaraz objawi im się w drzwiach. Ox poderwał się nagle, lecz ułamek sekundy później zamarł w bezruchu.

– Przepraszam. Ty weź jedzenie, Slant – wydukał.

Kai musiał przyznać, że mężczyzna szybko się uczył. Pierwszy posiłek podany po uwięzieniu tej dwójki Wieloryb zabrał i pożarł, ani myśląc, by podzielić się z nim albo Suzan. Niedługo po tym Kai podszedł do niego i przeprowadził konwersację, nie używając ani jednego słowa. Nie musiał nawet sięgać po żyletkę, którą Aliton przeoczył podczas sprawdzania jego ubrań. Po prostu chwycił go za szyję i to wystarczyło, by mężczyzna trzy razy większy od niego poryczał się jak małe dziecko. Raz jeszcze próbował się buntować i chłopiec był zmuszony powtórnie go uspokoić. Wieloryb przeprosił i przekazał mu dowodzenie w tej niezwykłej celi.

Suzan Orchid doceniła jego interwencję. Rozmawiała z nim rzadko, lecz przyjaźnie, podczas gdy Viela Oxa całkowicie ignorowała. Kai wiedział, że kobieta chce się z nim zaprzyjaźnić, gdyż w tej chwili było to dla niej korzystne. Zgodził się na to, cały czas zachowując ostrożność.

Niedawno, trzy dni temu, a może dziś rano, Ox przeszedł nawrócenie. Zaczął się kajać, dużo się modlił i prosił nijaką Mari, by mu wybaczyła. Jeśli Kai dobrze pamiętał, tak ma na imię jego córka, która przed kilkoma laty wyjechała na południe.

Inaczej było z Suzan Orchid. Z tego co wiedział, miała na sumieniu o wiele większe przewinienia, lecz nie odczuwała żadnej skruchy lub głęboko kryła swoje myśli.

Sam również zrobił rachunek sumienia. Ucierpiało przez niego tak wiele osób: Letycia, Martiv Sqon i wszystkie pozostałe ofiary Rafna. Sam Rafn również był w pewnym sensie jego ofiarą. Nie mógł też zapomnieć o wydarzeniach ze stolicy. To tam popełnił najcięższe grzechy.

Postanowił je odpokutować po swojemu – przemocą i zemstą. Chciał ubić bestię, co otworzy mu drogę do pokonania Rosta Alitona. Wiedział jednak, że nie będzie mógł go zabić. Imperator nie może zginąć z niczyjej ręki. Błędne koło przemocy musi zostać zatrzymane.

Można by pomyśleć, że najgorsza w uwięzieniu jest monotonia. Kai jej nie odczuwał. Niczym kinowy widz obserwował wydarzenia z okolicy, używając swych niezwykłych umiejętności. Widział Trosena Alwena, który leżał martwy w swoim łóżku. Ujrzał swoją siostrę, która spała przy oknie, nieświadoma, że tuż obok płonie dom ich babci. Widział Marca Wolrona, który ucieka przed oszalałym Rostem Alitonem, umykając przed strzałami z łuku.

W tej właśnie chwili spoglądał jak Estala, która nie jest Estelą, morduje żonę Bernarta, jednocześnie wycinając na jej czole ranę w kształcie litery „O”. Poruszała się tak chicho, że nie zbudziła leżącego metra dalej Flena Trasta. Biedny Marc.

Drzwi otworzyły się i piwnicę zalała fala światła, atakując ich oczy. Musieli zacząć przyzwyczajać się do jasności. Wraz z posiłkiem zawsze otrzymywali lampę, która przez krótki okres oświetlała całe pomieszczenie.

– Panie Aliton! – zawołała Kai. – Może pan wypróżnić wiadro z nieczystościami? Już dawno…

– Nie – przerwał. – Już wam nie będzie potrzebne. Idziecie pod sąd.

Sąd. W jego ustach słowo to zabrzmiało naprawdę przerażająco. Obudziło w Kaiu dawno zapomniany lęk przed sprawiedliwą karą.

Nareszcie.

Imperator zaprowadził ich pod arenę. Biała bestia kroczyła u jego boku z taką wiernością, że przez chwilę chłopiec odniósł dziwne wrażenie, iż parodiuje jego chód. Oprócz nich i patrolującego gdzieś w oddali Jeremiasza Hodsa na ulicy nie było żywej duszy. Ogień tańczył zawzięcie na szczytach wszystkich latarni, poza jedną, która na ich oczach zgasła, pogrążając w ciemności otaczający ją fragment ulicy. Na niebie wznosił się czerwony księżyc. Kai nie był zdziwiony. Wiedział o nim. Obserwował go już wcześniej swym darem. On również mnie obserwuję. Paskudne, krwawe oko. Widz rządny krwi.

Aliton przywiązał całą trójkę do areny. Chłopiec miał okazję przyjrzeć mu się z bliska. Postrzał się o piętnaście lat. Oczy imperatora wydawały się mętne i zapadłe, a skóra przybrała odcień paskudnego ciemnego różu. Skutek odmrożeń. Jak długo on siedzi na tym zimnie?

Odsunął się od nich, poprawił koronę i przemówił:

– Zastanawiacie się pewnie, gdzie podziało się zbiorowisko, które zawsze towarzyszyło naszej arenie? Dlaczego pozostawiły was własne rodziny? Nie miejcie do nich pretensji, ogłosiłem godzinę policyjną. Byłem zmuszony to zrobić. Każdy, kto wyjdzie z domu, musi liczyć się z wyrokiem śmierci.

Jakby na potwierdzenie tych słów, bestia zawarczała.

Wójt zaczął odgarniać śnieg, który krył jego kolekcję broni.

– Rost – wysyczał Ox. – Jestem niewinny. Zawsze byłem twym wiernym towarzyszem.

– Nie mów do mnie! – ryknął tak głośno, że rybak skulił się niczym bezbronne zwierzę. – Jestem Imperatorem, twym panem! Masz się do mnie zwracać „Wasza Miłość”! I tylko klęcząc!

Wieloryb próbował uklęknąć, lecz nie pozwoliły mu na to skrępowane na wysokości piersi ręce. Tymczasem zza areny wyłonił się Jeremiasz Hods. Zatrzymał się i spojrzał na nich anemicznym wzrokiem.

– Idź stąd! – zawołał Aliton. – Tutaj nie musisz patrolować.

– Tak jest, Wasza Miłość – powiedział cicho i odszedł.

Rost odprowadził go wzrokiem, zaciskając zęby z dziwną złością. Uspokoił się, gdy tylko szlachcic zniknął ze sceny jego przedstawienia.

– Jesteście tu, by odpowiedzieć za swoje winy – powiedział, podnosząc łuk ze śniegu. Zawiesił go na plecach. – Będziecie mierzyć się z obrońcą Grenie w uczciwej walce. Ox! – zawołał, omal nie przyprawiając Wieloryba o zawał serca. – Będziesz pierwszy.

– Prooss… – próbował błagać, lecz był zbyt przerażony.

– Wiesz, o co jesteś oskarżony? – Ox pokręcił głową z wyrazem twarzy, który z pewnością mógłby należeć do jakiegoś świętego. – Planowałeś dwa morderstwa. Spiskowałeś z tą tutaj kobietą, by pozbawić życia mnie i naszego obrońcę. Chciałeś zachwiać równowagę Grenie. Wiem jednak o dużo poważniejszych grzechach, które popełniłeś w przeszłości, zabójco krewnych.

Ox pobladł.

– Nikogo nie zabiłem! – krzyknął, wydobywając z siebie resztki odwagi.

– Owszem zabiłeś. Wiem o wszystkim. Twoja córka, Mari. Pamiętam ją. Niezbyt ładna, otyła dziewczyna. Bardzo późno dowiedziałeś się, że jest w ciąży, prawda? A gdy to się stało, wygnałeś ją z domu. Umarła w lesie, zabita przez Szwendacza. Morderca twojej córki, wychował twojego wnuka! Nawet ten zwyrodnialec, okazał więcej empatii od ciebie. 

– To nie… nie… moja wina. Nie… miałem pojęcia, co się z nią…

– Wiem też, kim był ojciec dziecka. – Uśmiechnął się. – Znasz może młodego człowieka, który tuż po wspomnianych przeze mnie wydarzeniach podjął pracę na łodzi rybackiej i łowił z tobą przez siedem lat? Nigdy nie mówił zbyt wiele… Podziwiam go. Myślisz, że przez ten cały czas planował wywrzeć na tobie jakąś spektakularną zemstę? Niestety, wasz kuter został zaatakowany i musiał improwizować. Szkoda, że wybił ci tylko oko.

Rost Aliton podszedł do rybaka i przeciął jego więzy zakrwawionym sztyletem. Kazał wybrać broń. Wieloryb chwycił największy z mieczy i wszedł do środka kręgu. Przez chwilę stał pewnie, niczym jeden ze śniegowych olbrzymów, które według legend starożytnych Astarów zamieszkiwały te lasy przed tysiącami lat.

A później Imperator zatrzasnął furtkę i Ox zmarniał w ułamku sekundy. Biała bestia natychmiast wskoczyła do środka i stanęła naprzeciwko niego, warcząc głośno.

Kai chciał mu pomóc. Mógłby spróbować przytrzymać potwora, gdy ten będzie się przenosić, lecz nie był pewien, czy zdoła to zrobić. Pod tamtym drzewem nie dałem rady – pomyślał z bólem.

Jak się okazało, stwór nie zamierzał nigdzie uciekać. Zbliżył się do Oxa, sycząc. Ten zamachnął się mieczem. Bestia odskoczyła, by po chwili wyprowadzić kontratak. Przejechała pazurami po nodze Wieloryba, który zachwiał się, omal nie upadł. Chciała skoczyć mu do gardła, lecz musiała umknąć przed silnym uderzeniem.

Kai zdał sobie sprawę, że nie ma możliwość ingerować w walkę. Spojrzał na Rosta, który zdążył usadowić się na swym tronie. Oglądał swe przedstawienie w skupieniu, podpierając brodę dłonią. Gdzieś w głębi ulicy stał Jeremiasz Hods, który również przypatrywał się temu widowisku. Duch Pierwszej Osady. One naprawdę istnieją.

Ox dzielnie bronił się przed dwoma kolejnymi atakami bestii, lecz każdy z nich zmuszał go do cofania. W końcu potknął się na nierówności śniegu i upadł na plecy. Mimo to zdołał jeszcze raz obronić się przed ofensywą stworzenia.

Zaczął panikować. Machał mieczem jakby na oślep. Stwór cofnął się o krok, nabrał rozpędu i przeskoczył całe olbrzymie ciało rybaka. Wylądował tuż za jego głową. Ox pchnął mieczem w tamtym kierunku, lecz wyprowadzone w tej pozycji cięcie było bardzo słabe. Bestia uchyliła się i skontrowała, chwytając go za gardło. Po chwili było już po wszystkim.

Suzan Orchid zaczęła krzyczeć, jakby wreszcie dotarła do niej powaga sytuacji.

– Dorem! – zawołał władca. – Skoro tak bardzo cię tu ciągnie, przydaj się na coś i usuń ciało. Suzan, teraz czas na twój sąd. Zarzuty, o jakie cię oskarżam, są identyczne jak w przypadku Viela Oxa. Oczywiście poza tym ostatnim. Wiele o tobie myślałem i przewidziałem dla ciebie zupełnie inny rodzaj kary.

Kobieta spoglądała na niego, jakby przemawiał w jakimś obcym języku.

– Jaki… Wasz Miłość?

– Nie urodziłaś się tu. Pogardzasz tym miejscem. Pogardzasz nami. A jednocześnie uważasz się za najsprytniejszą osobę na świecie. – Podniósł się z tronu, wywołując u kobiety odruch obronny. – Uważasz, że wyjdziesz cało z każdej sytuacji. – Podszedł do areny i przeciął jej więzy. – Idź więc. Do lasu. Nie wracaj do wioski, bo cię zabiję. Zobaczymy, czy dasz radę przetrwać. Każdy mieszkaniec Grenie czy Pierwszej Osady, choć wiele można im zarzucić, dałby radę. Udowodnij, że potrafisz rozróżniać odcienie bieli.

Kobieta spojrzała na niego, a następnie zerwała się do biegu i zniknęła w ciemnościach lasu.

– Kai Slant – uśmiechnął się Rost. – Nasz największy zbrodniarz. Twe przewinienia zna chyba każdy.

– Wasza Miłość – odezwał się Hods. Szlachcic zdążył już wynieść ciało z kręgu. – On jest niewinny. Pragnę za niego poświadczyć. – Uklęknął pod areną.

– Nie. Będzie walczył. – Rost przeciął więzy chłopca i zmusił do wybrania broni.

Wybór Kaia padł na włócznię. Podparł się niczym starzec laską i zaczął powoli kroczyć w kierunku furtki areny.

Hods nie dawał za wygraną.

– Czy Wasza Miłość pamięta naszą rozmowę podczas obławy prowadzonej na Trosena Alwena? Wasza Miłość powiedział wtedy, że w zamian za przywróceni córki do życia mogę prosić o cokolwiek zechcę i zostanie to spełnione.

Biała bestia czekała na rozwój sytuacji. Kai i Hods, stojąc po różnych stronach drewnianej przegrody, spoglądali na Rosta Alitona.

 – O to więc prosisz, Dorem? Bym uwolnił zbrodniarza? Sam mi opowiadałeś, że Pierwsi Osadnicy w taki sposób rozwiązywali nieporozumienia. Nieprawdaż, Dorem? A może powinien zwracać się do ciebie prawdziwym imieniem? Myślisz, że nie wiem, kim jesteś, Hods? Myślisz, że nie wiem, jaką truciznę sączysz nam do uszu od początku swego pobytu?!

Sięgnął do kołczanu, zerwał z pleców łuk i wymierzył w dezorientowanego mężczyznę. Strzała przemknęła przez lodowate powietrze i przebiła bok szlachcica, przybijając jego ciało do płotu areny.

– Oczywiście, że nie spełnię twojej prośby – stwierdził Aliton. – Nawet nie zobaczysz walki, gdyż będziesz patrzył na mnie.

Hods próbował się poruszyć, uwolnić, lecz nie zdołał. Klęczał na śniegu, a jego plecy przymarzały do zewnętrznej części areny.

Rost Aliton opuścił łuk i usiadł na tronie. Zrobił to tak nieporadnie, że Kai przez chwilę miał nadzieję, iż zmarznięty wójt rozpadnie się na tysiąc kawałeczków niczym kryształ lodu. Tak się jednak nie stało.

Biała bestia przeskoczyła próg areny i spojrzała na Kaia czarnymi, świecącymi oczami.

– Zabiłaś Letycię – wyszeptał, kierując grot włóczni w jej kierunku. – Zabiłaś moją babcię. Połamałaś moją siostrę. A wiesz, co robię z tymi, którzy krzywdzą moich bliskich?

Odpowiedzią był zamach włócznią wyprowadzony ze zwinnością, o jaką się nie podejrzewał. Bestia uskoczyła na bok, lecz Kai błyskawicznie zmienił kierunek ruchu broni. Wydawało się, że zaskoczona potwora nie ma szans na uniknięcie uderzenia. Lecz wtedy przeniosła się do innego świata. Kai podążył za nią.

Ośnieżona, pusta polana wyglądała na wymarłą. Wokół niej rosły sosny sięgające ku niebu, na którym lśniły jedynie gwiazdy. Szaleniec, który wybrałby się na spacer po tym lesie, zobaczyłby podobnego lwu białego potwora i nastoletniego chłopca dzierżącego włócznię, którzy pojawiają się i znikają niczym dwa duchy, niezdecydowane, w którym świecie chcą żyć.

Kai nie potrafił zranić stwora, a on nie potrafił zranić jego. Tańczyli tak oświetlani przez różne nieba wielu światów. Nie wiedział, czy walka trwa dopiero chwilę, czy całą wieczność. Wiele by dał, by choć na chwilę ujrzeć wyraz twarzy Rosta Alitona, lecz było to zbyt niebezpieczne.

Chłopiec wyprowadził cięcie tak szybkie, że mógłby nadziać na ostrzę muchę, lecz bestia uskoczyła. Podążył za nią, odpierając kontratak. Z każdą chwilą czuł się coraz silniejszy.

Dlaczego Hods nie podróżuje z nami? – zastanowił się. Mógłby uwolnić się z tej pułapki.

Kai machał coraz szybciej. Włócznia stała się jego trzecią ręką. Grot rysował niezwykłe, niewidzialne kształty, przecinając arktyczne powietrze. Bestia wiła się energicznie, była tak szybka i sprawna, jak żadne zwierzę być nie powinno. Obnażyła swą nierzeczywistość. Tańczyła w rytm włóczni, wykonując szaloną kombinację uników.

Kai wyprowadził kolejny szybki cios, podobny do wszystkich poprzednich…

…i trafił. Zaskoczony, jęknął głośno. Bestia się nie przeniosła. Wreszcie udało mu się ją przytrzymać. Wydarł włócznię z jej boku i krzyknął tak głośno, że pewnie usłyszeli go w podziemiach Pierwszej Osady. Wziął kolejny zamach. Bestia umykała mu przez kilka światów, lecz w końcu zatrzymał ją po raz drugi i ranił, tym razem bliżej głowy.

Po trzecim ciosie bestia padła na śniegi areny Grenie. Kai wyciągnął żyletkę i wrzucił jej do pyska. By mieć pewność. Z trzech ran zwierzęcia sączyła się krew, zmieniała kolor futra z białego na czerwony.

Rost Aliton patrzył na niego sparaliżowany ze strachu lub zimna. Bardziej przypominał błazna niż króla. Śmieszny człowiek ze śmiesznym kawałkiem drewna na głowie, siedzący na mrozie na śmiesznym krześle.

Kai zszedł z areny i przyklęknął przy Jeremiaszu. Mężczyzna krwawił równie obficie jak biała bestia.

– Myślisz, że on dotrzyma obietnicy? – spytał drżącym głosem. – Czy za chwilę wrócę do mojego domu? Czy ujrzę moją żonę? Czy wyprawią mi powitalną ucztę?

– Mam nadzieję, że tak – powiedział. Nie wiedział, czy powinien wyjąć strzałę tkwiącą w jego ciele. On umiera. Nie pomogę mu.

 – Przepraszam was za wszystko – powiedział słabym głosem. – Nie jestem tak silny jak Krisof.

Kai nie wiedział, o czym on mówi. Miał do niego inne pytanie. W tej chwili najważniejsze na świecie.

– Jeremieszu, co wiesz o trzecim zwierzęciu? Zabiliśmy pozostałe dwa, więc teraz Władca Zamku na pewno spuści je ze smyczy. Czym ono jest?

– Jak mówiłem… nigdy go nie widziałem. Coś… słyszałem. Stwór z jeziora działał w wodzie, biały lew na lądzie… a ten… bodaj… w powietrzu.

– Tylko tyle? Przypomnij sobie coś jeszcze – prosił.

– Władca był z niego… bardzo dumny. Powiedział, że jest najpotężniejsze ze wszystkich. Najbardziej przerażające jest w nim… to, że wcale nie wygląda groźnie. Jak… zwykłe zwierzę… wtapia się… w las. Człowiek, który je zobaczy… nie zwróci na nie uwagi.

– Wspaniale – mruknął.

– Do… zobaczenia, Kai. Gdzieś, kiedyś… w czyimś śnie.

Chłopiec spojrzał w jego umierające oczy i przez ułamek sekundy był bliski odkrycia jakiejś wielkiej tajemnicy. Niemal ujrzał obraz, który wyłonił się z połączenia wszystkich elementów układanki. Uczucie to natychmiast minęło.

Obserwował, jak jego sąsiad odchodzi z tego świata. Nie chciał go już – pomyślał ze smutkiem. – Pozwolił mu umrzeć.

Rost Aliton siedział na swym tronie odrętwiały z zimna. Mógł jedynie ruszać oczami. Gdyby wzrok mógł zabijać, padłbym trupem. Przez chwilę Kai miał ochotę położyć dłonie na jego zimnej szyi, lecz wiedział, że nie może tego zrobić.

– Zamarznij – nakazał mu. – Przerwij spiralę przemocy. Wiem, że to nie twoja wina. To nie była też wina Artura, ani wszystkich poprzednich.

Odwrócił się w stronę ulicy Estrova i ruszył w kierunku domu. Elia tam na mnie czeka, ona…

Stanął jak wryty.

Nie, to niemożliwe. To zbyt absurdalne, by mogło być prawdą.

Od początku wakacji pod oknem jego siostry mieszkała sroka. Zwykły ptak, jakich wiele spotyka się w lesie. To niemożliwe – pomyślał, lecz pognał w kierunku swojego domu.

Gdy przestąpił próg, nie uderzyła go fala ciepła. Elia karmiła ją z ręki. Otwierała okno i wpuszczała do domu. Zaczął się bać.

Znalazł ojca leżącego w przedpokoju. Miał wydłubane oczy, a z niezliczonych ran sączyła się krew. Kawałek dalej leżała jego matka. Jej ciało było w jeszcze gorszym stanie.

Wbiegł do pokoju Elii. Ptaszysko siedziało na dziewczynce, dziobiąc ją w dłoń. Wszędzie wokół wózka rozsypane były ziarna. Słysząc Kaia, sroka zerwała się do lotu i umknęła przez otwarte okno.

– Kai, wróciłeś – wyszeptała słabym głosem Elia. Jej ręce i twarz pełne były krwawiących śladów po dziobnięciach. – Przeczytaj notatki i weź książkę – poprosiła i straciła przytomność.

Ułożył ją na łóżku, owiązał bandażami okaleczone miejsca. Zamknął okno i usiadł przy siostrze. Nie wiedział, co począć. Odruchowo chwycił zapiski i zaczął czytać.

Gdy skończył, wciąż niewiele rozumiał. Wiedział jednak dwie rzeczy – musiał wyruszyć do wieży i nie mógł zostawić tu Elii. Ubrał ją ciepło, wziął na ręce i ruszył przed siebie.

Koniec

Komentarze

Co jeśli ona ma rację? Co jeśli Kai nie zginął?

chyba nie zginął

Twoja córką żyje!

córka

W tym rozdziale jest naprawdę sporo powtórzeń – przesiałabym go pod tym kątem. Od pewnego momentu zaczęłam wypisywać przykłady, ale jak na ironie wtedy sytuacja uległa znacznej poprawie, więc mam tylko dwa:

Doprawdy wspaniałe to dokonania rozszarpywać ludzi na strzępy.

Ludzie zaczęli szeptać między sobą.

Każdy wydawany przez nią dźwięk wydawał się

 

zawołał Kolia Trast,

zawołała

 

"Podobała" mi się śmierć Bernarta – to znaczy, smutno mi się zrobiło i źle, czy chyba efekt zamierzony.

 

Idź po Pierwszej Osady.

do

ścianę lewą ręka

ręką

 

Śmierć Holbsowej też mi sie podobała, ale Lydia jest bystra – mogłabym chociaż spróbować ją nabrać na pustą broń, którą miała. Wiesz takie "wyciągnęła pustą spluwę" i wtedy ten motyw z łódką.

 

Rozdział 39 – ogólnie ten rozdział bardzo mi się podobał. Wszystkie śmierci dla odmiany wywołały jakieś emocje (satysfakcje lub smutek), poza tym zaskoczyła mnie zarówno rola jaką przeznaczyłeś Alwenowi, jak i podstęp Lydii (przespać się z Rostem w tej sytuacji to już poświęcenie). No to, co robiła Holbsowa to już mnie kompletnie zwaliło z nóg xD

Tylko nie "Tęcza"!

O rety, ale się tego nazbierało. Zaraz poprawiam.

A o tym pistolecie, szczerze mówiąc, kompletnie zapominałem. Ale jak teraz to analizuję, to pistolet Lydia trzymała w kieszeni kurtki, a kurtką nakryła Holbesa. Jeśli nie pomyślała o tym od razu (tak jak i autor nie pomyślał) to jak Holbes szarżowała po schodach, to Lydia nie miała czasu odzyskać broni. 

To można tylko wspomnieć “cholera! broń została w kurtce” ;)

Tylko nie "Tęcza"!

mścić się Roście

na 

Rost stał do tego stopnia

się

– Sam pójdę – zdecydował. Ox go puścił.

Wieloryb i Slant puścili się przodem

który odświeżał ulicę,

odśnieżał?:)

Chłopiec nie odrywał wzroku na wójta.

od

– To bydle powinien pan aresztować. – Na dźwięk tych słów biały stwór podniósł głowę i zawarczał w kierunku chłopca. – To monstrum zabiło Letycię Sqon.

Błąd. Letycię zabił potwór z jeziora. Biały stwór skrzywdził Elię chociażby.

 

Sawion Dorem stanął za jej plecami i przemówił cichym głosem:

– Przerażające, gdy człowiek musi odpowiedzieć za zbrodnię, której nie popełnił, nieprawdaż?

to mi się podobało :D

– W jaki celu?

jakim

z kolejnego zdania.

zadania

Ostatnio nie ma czasu nawet na sen

nie mam

Otaczały ich ciemność

Otaczała

na jego tarczę, widoczna wśród

widoczną

Bestia zapewnie będzie

zapewne

 

Rozdział 40 – mam taki mały problem – czy Kai nie mógł sie przenieść? Skoczyć do drugiego świata, przejść parę kroków, wrócić i tym samym się uwolnić? Poza tym bardzo fajny i wciagający rozdział ;) Znowu śmierci bardziej mi sie podobały, bo nawet gdy nie wzbudzały uczuć odnośnie ofiar, to jednak potęgowały niechęć do Rosta.

 

Tylko nie "Tęcza"!

czy Kai nie mógł sie przenieść? Skoczyć do drugiego świata, przejść parę kroków, wrócić i tym samym się uwolnić?

 

Problem jest taki, że biały stwór poszedłby za nim. A nawet jeśli by go nie było, to raczej Kaiowi niewiele by to dało. Bo gdzie miałby uciec? O pomyśle Lydii i Alwena jeszcze nie wiedział. A zabić Rosta też nie mógł, bo klątwa przeszłaby na niego. Jest jeszcze kwestia tego, że do tej pory Kai ani razu nie przeniósł się oficjalnie do innego świata. Pod drzewem próbował, ale nie wiedział, czy mu się udało. (Po przeczytaniu całości możesz zakwestionować to stwierdzenie, ale to dość skomplikowane. Wiem, że bełkoczę, ale nie chcę spoilerować. :)

A jak już siedział w piwnicy, to też nie miałoby to sensu. Ja na jego miejscu, jako początkujący z czarami, bałbym się, że przeniosę się do świata dwa metry pod ziemią i umrę ;] Lepiej było po prostu iść, jak polecił Rost, i czekać na rozwój wypadków.

 

Błąd. Letycię zabił potwór z jeziora. Biały stwór skrzywdził Elię chociażby.

Letycia zginęła pod drzewem, w lesie, tak ja Ysenia, z łap białego potwora. Ten wodny już wtedy nie żył.

 

który odświeżał ulicę,

odśnieżał?:)

No, wiesz, dezodorantem :) U Ciebie taj nie robią ?:D

 

Dzięki za czytanie i cieszę się, że Ci się podoba :) Mam nadzieję, że kolejne rozdziały utrzymają poziom.

Letycia zginęła pod drzewem, w lesie, tak ja Ysenia, z łap białego potwora. Ten wodny już wtedy nie żył.

Pomyliło mi się z żoną Martiva (bo nazwisko to samo). Ona nie miała jakoś podobnie na imię?

Tylko nie "Tęcza"!

Ann Sqon.

Nie wiem, czemu byłam pewna, że jej imię zaczynało się na L – i myślałam, że o niej mówi Kai szczególnie, że o śmierci Letycii jakoś tak oficjalnie nie powiadomiono wioski. No, ale do imion to nigdy nie miałam głowy.

Tylko nie "Tęcza"!

Na przykład Grenie uwięzione była nicości,

ke?

Mieszkańcy wioski uwięzieni był pod

byli? ;)

 

Rozdział 41 – ciekawi mnie, czemu to właśnie Elia spisuje książkę. Czy jest ku temu jakiś powód, czemu Lidia nie mogła sprawować takiej roli, etc. No i śmierć Krstofa? WTF! Jest parę rzeczy, których się nie spodziewałam. Innych się domyślam, ale czemu Kristof dalej “żyje” pojęcia nie mam.

Tylko nie "Tęcza"!

Jeżeli istnieją jacyś inni czytelnicy oprócz Ochy i Tenszy, uspokajam, że nie zapominałem i zamierzam wkleić ostatnią część w odpowiednim czasie :)

wciąż był jeszcze szansa,

była

Pragnął ujrzeć w twarz napastnika

bez "w"

Rozdział 42 – nie lubiłam jakoś wybitnie Alwena, a jak zaczęłam to musisz go zabijać. Okrutny jesteś, zygfrydzie ;) I myslałam, że wiekszą rolę mu przypiszesz. A tu tak znowu: "pach pach i po sprawie".

Tylko nie "Tęcza"!

Dzięki za komentarz :) Cieszę się, że nie zapominałaś o moich wypocinach :)

chrapaninie dobiegające

ke?

Rost Aliton był się tak blisko

był się i zmył się :D

 

Nie wspominając o tym, że był to również Esteli.

Co był również?

 

który porastał przestań pomiędzy

przestań?

 

I znowu podłożenie ognia jest takie… za proste. Zapałkami? Ja nawet grilla zapałkami nie rozpale.

 

Wbiegł na ulicę. Uliczne

Przebijał się przez śnieg z gracją pługa.

Dobre xD

Płakał, wspominając piękną dziewczynę o jasnych włosach i zielonych oczach, która pewnego letniego dnia udawała, że złapała w dłonie księżyc.

Ładne :)

Rozdział 43 – dziwi mnie, że Marc nie wziął jakiekolwiek broni do osady. Duży plus za to, że nie miałam pojęcia co się wydarzy w tym rozdziale. Po wstępie domyśliłam się, że to niby-Estela zabiła Alwena, ale cała reszta była raczej zaskoczeniem. Było mi bardzo szkoda, że Nadi okazała się podszywać pod Estelę. Miałam nadzieję na jakąś grubszą magię – szczególnie, że Sawion postawił tę regułę “niedawno zmarłej” osoby. W sumie gdyby powiedział, że tylko Estelę może ożywić to bym od razu się domyśliła się, że to Nadi (bo ciągnęło ją do Wolronów). Nie wiem, co niby chciałaby osiągnąć, gdyby Marc podjął inna decyzję. Uwodziłaby go w ciele dziecka? A może czuła pewność, że wybierze, jak wybrał?

No i znowu wszyscy giną. Ech. Nie lubię tego. Już nie chodzi nawet o to, że znowu prosto, szybko, rach ciach, głowa ścięta. Po prostu łudziłam się jeszcze, że ktoś z tej przeklętej osady przeżyje. Chyba właśnie pozbawiłeś mnie ostatnich iskierek nadziei ;)

 

EDIT: Ale bardzo mi się podobało wytłumaczenie, dlaczego niektórzy sądzili, że Martiv utopił własną żonę, a on upierał się, że zginęła przez bestię.

Tylko nie "Tęcza"!

zaczął powoli kroczył w kierunku

kroczyć

Obserwował, jak jego sąsiad odchodzi z tego świata.

To brzmi co najmniej dziwnie. Taka łzawa scena i ten "sąsiad".

Rozdział 44 – na początku uderzyło mnie, że Hods nie "skakał" – ale szybko to ładnie sam przytoczyłeś. Zawiodła mnie trochę historia Oxa – miałam nadzieję na bardziej znaczącą intrygę, a nie tylko taką "poboczną" historyjkę. Ale!

Śmierć Jeremiasza mnie naprawdę zasmuciła. Ta jego nadzieja opruszona płatkami zwątpienia. Nie wierzę, że trafił do domu. I dlatego mi źle. Chyba nawet śmierć Asper mnie tak nie wzięła.

I ta walka Kaia. To chyba mój ulubiony rozdział tej części. Emocjonalny, z hakczykiem na końcu. Chcę więcej :D

PS. Oczywiście, że nie zapomniałam o twoim tekście, zygfrydzie. Po prostu ostatnio walczyłam (dosłownie!) z własnym tekstem, który ni cholery nie chciał współpracować z pierwotnymi założeniami :(

Tylko nie "Tęcza"!

Dzięki, Tenszo, za wizytę. Rozumiem, że ten niepokorny tekst to ten z betalisty? To chętnie pobetuję.

 

Przez weekend postaram się ogarnąć ostatnią część.

 

 

Nie wiem, co niby chciałaby osiągnąć, gdyby Marc podjął inna decyzję. Uwodziłaby go w ciele dziecka? A może czuła pewność, że wybierze, jak wybrał?

Myślę, że mieli pewność co do wyboru Marca.

Tak, to ten teksty :) potworek z aspiracjami na opowieść, której nie mam czasu pisać.

No to czekam na kolejne części!

Tylko nie "Tęcza"!

Musiałam sobie troszkę odświeżyć poprzednie rozdziały, żeby sobie przypomnieć co nieco.

Na razie przeczytałam rozdział 39. Generalnie podobał mi się, bo działo się dużo i lubię takie klimaty szaleństwa. Mam jednak wrażenie, że nieco zaniedbałeś opis emocji. Np. jak Lydia idzie z Rostem do łóżka, no to, kurczę, w takiej sytuacji naprawdę dla niej mega przeżycie. A Ty to skwitowałeś jednym zdaniem.

Ale miło tu wrócić. :)

Ocho, dzięki za wizytę. Jakbyś czegoś nie pamiętała, mam chyba gdzieś streszczenie wszystkich rozdziałów, po kilka zdań każdy (taki 14-stronicowy koncept, który pisałem do jakiegoś wydawnictwa.

Akurat też się zabierałem za Twoją “Gorączkę”. Postaram się jutro dać opinię.

 

A jak tam “Droga królów”? Zajebiste, co nie :)

O, bardzo proszę o streszczenie na maila! 

“Droga królów” jest super. Wiesz, dla mnie trochę za dużo tych kamieni, mocy-śmocy i takich tam, bo ja tam lubię prosto i bez ozdobników, ale i tak pochłaniam, jak tylko mam chwilę.

Mam tylko wrażenie, że mój kochany Kaladin zaraz zacznie się upgradować jak w jakiejś grze komputerowej. Ale cóż, przeżyję, i tak jest fajny! Chociaż – na szczęście – nie tak podobny do mojego Asgera, jak mi się początkowo wydawało. ;)

Tak, streszczenie okazało się przydatne. :)

 

Przeczytałam rozdziały 40 i 41. Obydwa były ciekawe. :)W 40 działo się dużo, nie do końca przekonała mnie metamorfoza Suzan i Oxa. To znaczy – rozumiem, że Suzan się bała, jednak proces zdobywania przez nią pozycji u boku Rosta, a też zmiana frontu – no, trochę po łebkach poszło. Podobnie Ox – o ile u Suzan motywacją był pewnie strach, to mam wrażenie, że u Oxa rzeczywiście nastąpiło jakieś przełamanie. I w sumie jedno zdanie o tym jest.

Może się czepiam, ale ja lubię takie klimaty, takie psychologiczne krawędzie. Kręcą mnie te rzeczy po prostu, o! :)

 

W ogóle, gdybym miała coś zarzucać (tak już bardziej całościowo) – to właśnie jakąś połebkowość, brak pogłębienia bohaterów. I sama nie wiem, co z tym zrobić, bo doświadczenia w pisaniu powieści nie mam żadnego, a ta Twoja jest przecież tak obszerna, że trudno jeszcze coś poszerzać. I doznałam pewnej iluminacji, którą zapisuję, bo zapomnę, mimo że słuszności tezy pewna nie jestem.

Może chodzi to o to, że masz tu za dużo postaci, które mają równorzędną lub niemal równorzędną pozycję? Starasz się dokładnie opisać, wytłumaczyć, pogłębić każdą z nich. A gdyby wyjąć – powiedzmy – trzy i z ich perspektywy pokazywać pozostałe? Wtedy, być może, charaktery i przemiany innych dałoby się przekonująco nakreślić kilkoma zdaniami, paroma scenami.

Ale nie wiem, tak się tylko zastanawiam.

 

Wrócę. :)

Zygfrydzie, wrócę do “Odcieni…” jak się tylko chociaż trochę ogarnę z Dragonezą. Przepraszam, ale się nie wyrabiam. “Drogę królów” też musiałam odłożyć. ;(

Ok, rozumiem. Też miałem zamiar przeczytać wszystkie dragonezy, ale to było dawno… No, dwadzieścia parę zaliczyłem, to chyba nie jest tak źle (no dobra, jak to się przeliczy procentowo, to jest źle). Ale jeszcze walczę :)

Niedługo tu wrócę. Pamiętam! ;)

:)

P.S.  Skończyłaś już “Drogę królów”?

Wolałabym nie odpowiadać na to pytanie, bo jeszcze ktoś pomyśli, że się nie przykłada(ła)m do Dragonezy tak, jak powinnam. ;)

Nie spodziewałeś się już, co?

Przepraszam, nawet nie mogę napisać, że zapomniałam, bo pamiętałam. Tylko od stycznia nie mogę nadążyć za życiem.

Twoje streszczenie znów okazało się przydatne.

 

Rozdział 42 – przyznam, że trochę się pogubiłam. To znaczy – jak się wczytałam, to pojmuję i rozumiem wydarzenia, ale z punktu widzenia Trosena dzieje się tu dużo: sen, retrospekcje, czas rzeczywisty. Takie szybkie przeskoki mącą przekaz i nieco osłabiają klimat.

 

EDIT

Rozdział 43

– Choć do łóżka. – Chwycił ją za dłoń i zaprowadził do izdebki. Wciąż ma napady dezorientacji. – Chodź. :)

Więc tak – generalnie mi się podobał, jest ciekawy, sprawa z Estelą fajnie rozegrana. Z tymi trupami… To już nawet nie chodzi o to, że jest ich tak dużo, tylko sprawia to wrażenie jakiejś wyliczanki, takiej pospiesznej i mimochodem. 

Chyba Ci to już pisałam, ale podczas czytania tego rozdziału znowu naszła mnie ta refleksja. To powieść, rozmiarowo obszerna, a jednak mam wrażenie, że wiele spraw opisałeś pobieżnie, bez pogłębienia, na czym jednak tekst traci. I doszłam do wniosku, że być może dzieje się tak ze względu na zbyt dużą ilość równorzędnych bohaterów. 

Ocho, cały czas wierzyłem, że wrócisz :)

 

Coś w tym jest, o czym piszesz. Przyznam, że trochę chciałem wypełnić tekst wydarzeniami i gęstą fabułą, bo chyba w tym się czułem najmocniej. Wiele wątków i bohaterów – to też trochę pokłosie tego, że sam lubię takie historię. Ale trochę się dzięki temu nauczyłem i już drugą powieść staram się snuć nieco wolniej, mocniej zarysowując, hmm, chyba wszystko.

 

Chyba nie bez przyczyny te opowieści fantasy rozpisuje się na niezliczone ilości tomów. :) U Ciebie to jest dodatkowo zagęszczone, bo opisujesz wydarzenia, które miały miejsce na ograniczonej przestrzeni i w ograniczonym czasie.

 

Przeczytałam ostatni rozdział tej części i dodam tylko, że znieczulasz tymi śmierciami. One przestają wywoływać wrażenie. Kai też (wciąż) wydaje mi się przekozaczony.

Zauważyłam, że głównie zrzędzę, ale tak naprawdę jestem pod wrażeniem historii i Twojej wyobraźni. Zrzędzę, bo widzę, że potencjał nie został całkiem wykorzystany, na pewno przede wszystkim z tego powodu, że nie miałeś jeszcze wówczas doświadczenia. 

Nowa Fantastyka