- Opowiadanie: S. Leiss - Pasek

Pasek

Opowiadanie napisane na konkurs, ale nie wysłane. Pierwszy odcinek z serii.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Pasek

W trak­cie jazdy po­chy­lał się w sio­dle. Śle­dził znu­żo­nym wzro­kiem uszy swo­je­go konia, które od czasu do czasu po­ru­sza­ły się gwał­to­wa­nie, draż­nio­ne brzę­cze­niem na­tar­czy­wych gzów. Po­my­ślał że dla konia musi być to rów­nie iry­tu­ją­ce, jak dla niego de­ner­wu­ją­ce były jego wła­sne myśli, krą­żą­ce ak­tu­al­nie wokół jed­nej rze­czy. Jed­ne­go, je­dy­ne­go przed­mio­tu, któ­re­go bar­dzo po­trze­bo­wał, a któ­re­go po­cząw­szy od tego ranka, nie po­sia­dał.

– Za­baw­ne – my­ślał zi­ry­to­wa­ny – jak jedna, pro­za­icz­na rzecz może spier­do­lić czło­wie­ko­wi cały dzień – sta­ra­jąc się opę­dzić od na­tręt­nych myśli, tak jak jego rumak sta­rał się od­pę­dzić gzy, Za Wszy i Czar­ny je­chał wolno przed sie­bie, nie zwra­ca­jąc uwagi na nic do­oko­ła, poza usza­mi swo­je­go konia. Ranek dawno już minął i za­po­wia­dał się cał­kiem przy­jem­ny dzień. Słoń­ce świe­ci­ło raźno, ale nie za mocno, na twa­rzy można było po­czuć lekki wie­trzyk, a kilka bia­łych chmur nie­spiesz­nie pły­nę­ło po la­zu­ro­wym nie­bie. Tak, po­go­da tego dnia była cał­kiem, cał­kiem, a i dzień mógł­by być przy­zwo­ity, gdyby nie ten jeden mały szcze­gół. Za Wszy nie miał po­ję­cia, jak mógł do tego do­pu­ścić, ale mnie­mał, że stało się to ze­szłe­go wie­czo­ru, kiedy kąpał się w rzece. W trak­cie roz­bi­ja­nia obozu miał przy sobie wszyst­ko, co było mu nie­zbęd­ne, tak jak zwy­kle. Na­to­miast dziś rano oka­za­ło się, że jego oprzy­rzą­do­wa­nie jest nie­kom­plet­ne. Mimo, że spraw­dził cały teren do­oko­ła obo­zo­wi­ska, nie udało mu się od­na­leźć za­gi­nio­nych rze­czy, w tym jed­nej z tych naj­waż­niej­szych. Po dłu­gich po­szu­ki­wa­niach dał za wy­gra­ną, bio­rąc pod uwagę moż­li­wość, że zo­stał okra­dzio­ny, kiedy brał ką­piel lub spał.

– Eszzz… – za­klął pod nosem i po­dra­pał się po ku­dła­tym karku. Po­mi­mo usil­nych sta­rań nie był w sta­nie do­ce­nić ani uroku nad­cho­dzą­ce­go dnia, ani nie­zwy­kło­ści ota­cza­ją­cej go przy­ro­dy. Na nic zdało się ki­ca­nie bia­łych kró­licz­ków, czmy­cha­ją­cych pod zie­lo­ne krza­ki, brzę­cze­nie cięż­kich psz­czó­łek i trele słod­kich pta­sząt. Jego myśli, tak jak mucha nad gów­nem, nie­ustan­nie krą­ży­ły wokół jed­nej rze­czy. Je­chał tak dobrą go­dzi­nę, zanim na dro­dze przed sobą zo­ba­czył ciem­ny kon­tur. Gdy pod­je­chał bli­żej oka­za­ło się że był to czar­ny kot. Za­klął w duchu raz jesz­cze, ale nie za­wró­cił konia. Kot sie­dział przy skra­ju drogi i póki co nie wy­bie­rał się w jej po­przek. Ot, przy­siadł na czar­nej dupie, owi­nął się do­oko­ła ogo­nem i palił fajkę, wy­pusz­cza­jąc kółka si­ne­go dymu, które wzno­si­ły się nad jego głową ni­czym au­re­ola. Kiedy Za Wszy był już cał­kiem bli­sko, kot wstał po­wo­li, i ro­biąc tłu­sty­mi bo­ka­mi prze­ciął mu drogę nie­spiesz­nym kro­kiem.

– Jesz­cze tego mi bra­ko­wa­ło! – wy­mru­czał do sie­bie Za Wszy i Czar­ny, po czym bez zbęd­nych ce­re­gie­li ode­zwał się do kota:

– A teraz ru­szysz swoje wiel­kie dup­sko i prze­le­ziesz z po­wro­tem na drugą stro­nę drogi!

– A dla­cze­go miał­bym niby to zro­bić? – za­py­tał bez­czel­nie kot i wsa­dził sobie peta mię­dzy ostre zęby.

– Bo cię o to pro­szę – od­po­wie­dział Za Wszy – grzecz­nie póki co.

– Phi! – od­parł kocur – Po­proś grzecz­niej, to może grzecz­nie ruszę dupę. A póki co, to grzecz­ność kosz­tu­je.

– Ile?

– A bo ja wiem? A ile masz?

– Nie bądź śmiesz­ny.

– To mam przejść z po­wro­tem czy nie? – spy­tał kot, nieco te­atral­nym tonem

– A kopa w dupę chcesz?

– A może i chcę? Bo co?

– Bo jajco! – od­po­wie­dział Za Wszy i Czar­ny i ze­sko­czył z sio­dła jed­nym zwin­nym susem. W trak­cie tej mę­czą­cej dys­ku­sji do­szedł do wnio­sku, że w sumie to nie ma zna­cze­nia, czy kot prze­le­zie sam, czy go przez tą drogę prze­rzu­ci, naj­waż­niej­sze, żeby zdjąć zły urok, w prze­ciw­nym razie, ten dzień może skoń­czyć się znacz­nie go­rzej niż się za­czął. Ru­szył w stro­nę kota, żeby go zła­pać, albo przy­naj­mniej zmu­sić do uciecz­ki na prze­ciw­ną stro­nę trak­tu. Kiedy już pra­wie go do­padł, po­tknął się jed­nak i jak długi zwa­lił na zie­mię.

– Nosz kur… – po­wie­dział do sie­bie wście­kły nie na żarty Za Wszy. Tym­cza­sem kot wró­cił na prze­ciw­le­gły skraj drogi. Usiadł tak samo jak sie­dział na po­cząt­ku, tyle, że nie mógł się po­wstrzy­mać od wy­bu­chu na­głej we­so­ło­ści. Po chwi­li runął na plecy i prze­wra­ca­jąc się z boku na bok, ta­rzał się ze śmie­chu. Kiedy już się tro­chę wy­ta­rzał, odro­bi­nę spo­koj­niej­szy spoj­rzał na jeźdź­ca za­łza­wio­nym okiem.

– Nie­ład­nie śmiać się z cu­dze­go nie­szczę­ścia – burk­nął Za Wszy i Czar­ny, po­pra­wia­jąc na sobie za­ku­rzo­ną odzież i pró­bu­jąc na po­wrót do­siąść nieco spło­szo­ne­go konia

– Masz rację – od­po­wie­dział kot tro­chę przy­jaź­niej – nie­ład­nie. Tyle, że za­ra­bia­nie na nie­szczę­ściach to mój fach. Każdy robi to, co po­tra­fi naj­le­piej. Nie wiem czym ty się trud­nisz przy­ja­cie­lu, ale mi płacą za sie­dze­nie na tyłku i nie­prze­ci­na­nie drogi po­dróż­nym. Oprócz tego opo­wia­dam im bajki, albo wróż­by, zwij to jak chcesz, no i je­stem nie­oce­nio­nym kom­pa­nem w grze w sza­chy. Mówią na mnie Czar­ny Kot – po­wie­dzia­ło z dumą ko­ci­sko i ukło­ni­ło się prze­sad­nie, ga­sząc przed­tem peta.

– Za Wszy i Czar­ny – od­po­wie­dział Za Wszy, nie pa­trząc na Kota. Na piasz­czy­stej dro­dze wciąż le­ża­ły reszt­ki jego roz­trza­ska­nej dumy.

– Też Czar­ny?! – wy­krzyk­nął we­so­ło Kot – Toż my pra­wie jak ro­dzi­na! No już do­brze – dodał spo­le­gli­wie – Nie­ład­ne to było z mojej stro­ny, ale w sumie ty też nie grze­szysz do­bry­mi ma­nie­ra­mi, więc po­wiedz­my że jest fi­fty-fi­fty – dodał, pod­krę­ca­jąc wąsa i pusz­cza­jąc Za Wszy za­wa­diac­kie, zie­lo­ne oko. – Jeśli chcesz, na zgodę opo­wiem ci bajkę. – Za Wszy w pierw­szej chwi­li chciał po­wie­dzieć Kotu, gdzie może sobie rze­czo­ną bajkę wło­żyć, ale po chwi­li za­sta­no­wie­nia do­szedł do wnio­sku, że nie zna do­brze tej oko­li­cy i że nie warto w nowym miej­scu robić sobie wro­gów, szcze­gól­nie z tak bła­hych po­wo­dów. Co praw­da jego duma ucier­pia­ła i to znacz­nie, jed­nak w prze­szło­ści zda­rza­ły mu się dużo więk­sze uchy­bie­nia, więc nie był to in­cy­dent, któ­re­go Za Wszy i Czar­ny nie byłby w sta­nie prze­żyć.

– No dobra – po­wie­dział w końcu – dawaj tę bajkę. – Kot wy­raź­nie się ucie­szył, sły­sząc te słowa. Ob­li­zał ró­żo­wy nos, spoj­rzał w niebo mru­żąc oczy, majt­nął dwa razy ogo­nem, raz na lewą, raz na prawą stro­nę, po czym po­wie­dział:

– Paski, skór­ki i jasz­czur­ki, po­patrz bra­cie na me córki, jedna gruba, jak ma­cio­ra, druga ima się to­po­ra. Po­chyl głowę pod pod­ko­wę, znaj­dziesz zgubę, życie nowe! – za­pa­no­wa­ła głu­cha, nie­koń­czą­ca się cisza. W końcu jako pierw­szy ode­zwał się Za Wszy

– To już? – za­py­tał podi­ry­to­wa­ny

– No… Tak. – od­parł nie­pew­nie Czar­ny Kot.

– W takim razie… Po­dzię­ko­wał. – od­po­wie­dział Za Wszy i Czar­ny tłam­sząc w sobie złość. Wy­szło na to, że Kot znowu zro­bił z niego idio­tę.

– Pro­sił. – od­po­wie­dział Kot i za­do­wo­lo­ny z sie­bie za­pa­lił na­stęp­ną fajkę. Po chwi­li nie­zręcz­ne­go mil­cze­nia Za Wszy minął go spo­koj­nie, nie po­świę­ca­jąc mu wię­cej uwagi. Usły­szał jesz­cze za ple­ca­mi gło­śne „Do zo­ba­cze­nia!” ale nie od­po­wie­dział. Nie miał ocho­ty na po­wtór­ne spo­tka­nie z bez­czel­nym, przy­no­szą­cym pecha mą­dra­lą od szach matów. Miał na­dzie­ję, że Kot wra­ca­jąc na skraj trak­tu od­wo­łał zły urok i od tej pory wszyst­ko ułoży się le­piej tego dnia. A bajka? Co to miało być? Jakaś prze­po­wied­nia, że niby zgi­nie od to­po­ra, albo od gru­bej jak świna córki ko­wa­la? Albo zo­sta­nie za­gry­zio­ny na śmierć przez pa­dal­ca? Kom­plet­ny bez­sens! Jeśli za to lu­dzie go­to­wi są pła­cić Czar­ne­mu Kotu, to on chęt­nie zmie­nił­by pro­fe­sję. Sie­dzi sobie taki na skra­ju drogi, je­dy­ne co musi robić, to nie ru­szać się z miej­sca, gdy ktoś nad­jeż­dża i po­wie­dzieć od czasu do czasu ja­kieś ry­mo­wa­ne dyr­dy­ma­ły. Miód nie ro­bo­ta! Nie kurzy się… Nie to co jego fach. Od ro­bie­nia mie­czem Za Wszy miał już ar­tro­zę w pra­wym barku, nie li­cząc reu­ma­ty­zmu i roz­le­głych blizn, po ra­nach, które otrzy­mał w sto­czo­nych wal­kach. Oprócz tego, od jazdy kon­nej na­ba­wił się he­mo­ro­idów i wy­pa­dły mu dwa dyski. Zda­rza­ło się, że po nocy prze­spa­nej na twar­dej ziemi, nie mógł rano się pod­nieść. Nie do­wi­dział na lewe oko, słabo sły­szał na oboje uszu, a od kilku po­rząd­nych rąb­nięć w czasz­kę, jego pa­mięć nie pra­co­wa­ła już tak jak kie­dyś. Cza­sa­mi my­ślał sobie, że naj­chęt­niej za­mie­nił­by miecz i sio­dło na cie­płe łóżko i grab­ki, ale jakoś nie wie­dzieć czemu, ko­niec koń­ców lą­do­wał z bro­nią w za­krwa­wio­nej dłoni, a do­oko­ła za­le­ga­ły hałdy tru­pów… W wielu re­jo­nach tej ziemi jego sława go wy­prze­dza­ła. Jed­nak taka sława miała su­ro­wą cenę i trze­ba było co­dzien­nie do­ko­ny­wać wy­bo­ru, czy chce się być sław­nym czy zdro­wym.

– No cóż – my­ślał Za Wszy – nie­któ­rzy rodzą się Czar­nym Kotem, a inni rodzą się Za Wszy i Czar­nym. Ale dla­cze­go ja to ja, a Kot to Kot? – na to py­ta­nie Za Wszy nie po­tra­fił zna­leźć od­po­wie­dzi, jed­nak dałby wiele za od­na­le­zie­nie za­gi­nio­nych tego ranka rze­czy. Nie mi­nę­ło pół go­dzi­ny, kiedy do­je­chał do roz­sta­ju dróg. Przy dro­dze pro­wa­dzą­cej na pół­noc stała nie­wiel­ka karcz­ma. Zmę­czo­ny kil­ku­go­dzin­ną jazdą w sio­dle, Za Wszy po­sta­no­wił się w niej za­trzy­mać. Chciał coś zjeść, na­kar­mić i na­po­ić konia, a być może skom­ple­to­wać bra­ku­ją­ce opo­rzą­dze­nie. W po­bli­żu karcz­my nie za­uwa­żył żad­nych in­nych wierz­chow­ców, więc za­po­wia­da­ło się, że bę­dzie w niej je­dy­nym go­ściem. Ze­sko­czył z konia, ale pomny wy­pad­ku pod­czas po­ści­gu Kota, po­ru­szał się po­wo­li i ostroż­nie, uważ­nie pa­trząc pod nogi. W karcz­mie pa­no­wał pół­mrok. Błony roz­cią­gnię­te w ma­łych oknach pra­wie w ogóle nie prze­pusz­cza­ły świa­tła. W po­wie­trzu uno­sił się za­pach go­to­wa­nej ka­pu­sty i ja­kie­goś mięsa. Do­pie­ro teraz Za Wszy usły­szał, jak gło­śno grają mu kisz­ki. Prze­szło mu przez myśl, że gdyby zła­pał Kota, to nie tylko oca­lił­by honor, ale za­osz­czę­dził­by na wik­cie. Jed­nak nie było tak źle. Karcz­ma wy­glą­da­ła ob­skur­nie, więc nie mogła być droga. Zanim Za Wszy zdo­łał ko­go­kol­wiek zo­ba­czyć, usły­szał do­bie­ga­ją­cy od kuch­ni tu­bal­ny głos

– Kaśka, Pe­laś­ka, rusz­cie że się! Mamy gości!

– Go­ścia – po­pra­wił obe­rży­stę Za Wszy. Wła­ści­ciel karcz­my był gruby, wiel­ki, łysy i brud­ny. Do tego wy­glą­dał na oszu­sta i cwa­nia­ka, czyli jak na praw­dzi­we­go karcz­ma­rza przy­sta­ło. Ob­rzu­cił ry­ce­rza nie­zbyt go­ścin­nym, tak­su­ją­cym spoj­rze­niem, po czym za­py­tał:

– Czym mogę słu­żyć ja­śnie wiel­mo­ży?

– Po­sił­kiem dla mnie i owsem dla konia.

– Wedle ży­cze­nia, wiel­moż­ny panie. Roz­gość się, zaraz po­da­my. – Za Wszy i Czar­ny usiadł w rogu ciem­nej izby. Po chwi­li zja­wi­ła się dziew­czy­na, która wy­glą­da­ła jak Kaśka i Pe­laś­ka w jed­nym, lub ra­czej jak cały worek Ka­siek i Pe­la­siek. Ry­cerz pa­trzył w mil­cze­niu jak dziew­czy­na prze­ci­ska się nie­zdar­nie mię­dzy sto­ła­mi z dzba­nem w jed­nej i chle­bem w dru­giej ręce. Kiedy udało już jej się prze­drzeć przez salę, po­sta­wi­ła przed nim z hu­kiem dzban i rzu­ci­ła na śro­dek stołu bo­chen chle­ba, który za­ło­mo­tał na drew­nia­nym bla­cie cięż­ko jak ka­mień. Dzie­wo­ja otar­ła tłu­stą łapką spo­co­ne czoło, po czym sa­piąc roz­po­czę­ła szturm w kie­run­ku po­wrot­nym. Za Wszy i Czar­ny do­tknął nie­pew­nie chle­ba pal­cem i tak jak przy­pusz­czał, bo­che­nek był twar­dy jak stal. Po­sta­no­wił zaj­rzeć rów­nież do dzba­na, ale i to nie było naj­lep­szym po­my­słem. Wino było zwie­trza­łe i cuch­nę­ło octem na milę. Za Wszy nie wie­dział, czy po­wi­nien zło­żyć re­kla­ma­cje na­tych­miast czy po­cze­kać, aż przy­nio­są mu danie głów­ne. Jed­nak kiedy dziew­czy­na przy­nio­sła mu ka­pu­stę i dzika, miło się roz­cza­ro­wał. Por­cja była przy­zwo­icie duża, a mięso kru­che i świe­że. Po­pro­sił więc tylko o dzba­nek wody i drugi bo­chen chle­ba. Dziew­czy­na spoj­rza­ła na niego jak na żar­ło­ka, co w oczach Za Wszy wy­da­ło się dość za­baw­ne, jeśli brać pod uwagę jej ga­ba­ry­ty. Jed­nak po chwi­li przy­tar­ga­ła dzba­nek z wodą i chleb. Tym razem chleb był w miarę świe­ży. Za Wszy i Czar­ny zjadł wszyst­ko, co do ostat­nie­go kęsa. Na­stęp­nie tłuszcz, który zo­stał w misce wy­tarł chle­bem, po czym rów­nież go zjadł. Potem popił wszyst­ko wodą z dzba­na i bek­nął do­no­śnie. Wy­tarł wąsy i brodę wierz­chem dłoni, po­kle­pał się po peł­nym brzuch. Po chwi­li ro­zej­rzał się do­oko­ła sie­bie i nie wi­dząc ni­g­dzie obe­rży­sty ani jego córek, za­czął ostroż­nie zbie­rać się do wyj­ścia. Prze­szedł mię­dzy sto­ła­mi, uchy­lił jak naj­ci­szej drzwi i wy­szedł na za­la­ne słoń­cem po­dwó­rze. Koń stał przy żło­bie, Za Wszy mu­siał mu za­ło­żyć uzdę. Zro­bił to obie­ma rę­ko­ma, a potem zo­stał zmu­szo­ny do po­chy­le­nia się do przo­du. Zanim się pod­niósł, jego wzrok za­trzy­mał się na koń­skich ko­py­tach i w tym samym mo­men­cie nad głową prze­le­ciał mu ze świ­stem jakiś cięż­ki i nie­wia­ry­god­nie szyb­ki przed­miot. Ry­cerz spoj­rzał za sie­bie. W progu stała druga córka obe­rży­sty. Za Wszy i Czar­ny do­my­ślił się kim jest dziew­czy­na, bo wy­glą­da­ła do­kład­nie tak samo jak wła­ści­ciel karcz­my, tyle że była więk­sza od ojca i brzyd­sza. Zanim zdą­żył coś po­wie­dzieć, dziew­czy­na zgro­mi­ła go gru­bym jak u tura gło­sem

– Chcia­łeś uciec bez za­pła­ty, skur­czy­by­ku?!

– Nie, ależ skąd… – ode­zwał się nie­pew­nie ry­cerz, szu­ka­jąc wokół sie­bie przed­mio­tu, któ­rym rzu­ci­ła w niego dziew­czy­na – Szu­ka­łem przy ju­kach sa­kiew­ki, kiedy… Rzu­ci­łaś we mnie ta­sa­kiem?!

– Może ciut się po­spie­szy­łam, ale wy­glą­da­ło na to, że nie masz za­mia­ru re­gu­lo­wać płat­no­ści.

– Mo­głaś mnie zabić! – wrzesz­czał roz­ju­szo­ny Za Wszy i Czar­ny

– Ale nie ubi­łam – od­po­wie­dzia­ła spo­koj­nie dziew­czy­na i splu­nę­ła ob­fi­cie na zie­mię – Płać i za­po­mnij­my o spra­wie.

– A jak nie za­pła­cę, to co? Po­ćwiar­tu­jesz mnie?

– Ona nie, ale ja to zro­bię, jeśli zaraz nie zo­ba­czę pie­nię­dzy! – od­po­wie­dział gbu­ro­wa­ty obe­rży­sta, za­cho­dząc Za Wszy od stro­ny tyl­ne­go wyj­ścia. Ry­cerz do­szedł do wnio­sku, że zro­bi­ło się niecie­ka­wie. Mógł­by im oczy­wi­ście za­pła­cić, gdyby miał czym. Praw­da była taka że nie śmier­dział gro­szem, gdyby było ina­czej za­pła­cił by prze­cież Kotu. Czar­ny Kot był na tyle by­stry lub ja­sno­wi­dzą­cy, że dość szyb­ko wy­cią­gnął wła­ści­wy wnio­sek i niespe­cjal­nie się upie­rał przy po­bra­niu myta. Ale żar­cie w karcz­mie na krzy­wy ryj, to już była zu­peł­nie inna para ka­lo­szy.

– Przy­zna­ję się! – ry­cerz pod­niósł ręce w po­jed­naw­czym ge­ście, po czym na­tych­miast po­chy­lił się do przo­du. I do­brze się stało, bo w jego kie­run­ku po­le­ciał drugi tasak, tym razem mio­ta­czem był sam obe­rży­sta.

– Prze­stań­cie już! – krzyk­nął Za Wszy prze­stra­szo­ny nie na żarty i scho­wał się pod ko­niem – Prze­cież nie za­rżnie­cie mnie z po­wo­du miski ka­pu­sty i su­che­go chle­ba!

– Ja ci dam suchy chleb! Cze­kaj no! Ja ci dam suchy chleb!- krzyk­nął obe­rży­sta i po­pra­wia­jąc por­t­ki na opa­słym brzu­chu, ru­szył szybkim kro­kiem w jego kie­run­ku. Koń sta­nął dęba i za­tań­czył w miej­scu. Za Wszy i Czar­ny znowu usko­czył w ostat­nim mo­men­cie.

– Do­brzy lu­dzie! – sta­rał się ra­to­wać sy­tu­ację – Nie mam pie­nię­dzy, ale mam konia i sio­dło. Jeśli to wam wy­na­gro­dzi krzyw­dy, bierz­cie śmia­ło! – obe­rży­sta spoj­rzał na córkę, a córka na obe­rży­stę. Po chwi­li oboje po­krę­ci­li prze­czą­co głową.

– A co my zro­bi­my z ko­niem? – spy­ta­ła rosła dzie­wu­cha chwy­ta­jąc się pod ma­syw­ne boki – Do ni­cze­go nam się nie przy­da, a żreć musi.

– Racja cór­ciu! – za­wtó­ro­wał jej karcz­marz – A na mięso się nie na­da­je, prze­cież od razu widać, że cha­be­ta jest stara, cud że jesz­cze lezie. – Za Wszy nie miał wię­cej ar­gu­men­tów. Ani do­byt­ku. Prze­cież nie odda im mie­cza. Bez niego był jak bez ręki, a krup­ni­ku na mie­czu prze­cież i tak nie ugo­tu­ją.

– Do­brzy lu­dzie, nie ubi­jaj­cie mnie! – po­pro­sił naj­ład­niej jak po­tra­fił – Jeśli nie chce­cie konia, może mogę wam to jakoś od­pra­co­wać, co? – karcz­marz i córka znowu spoj­rze­li po sobie, po dłuż­szej chwi­li córka ski­nę­ła lekko głową i obe­rży­sta prze­mó­wił, znacz­nie spo­koj­niej i zre­zy­gno­wa­nie

– No do­brze, już do­brze. Niech bę­dzie nasza krzyw­da. Jed­nak jeśli my­ślisz, że o tak się wy­wi­niesz brat­ku, to je­steś w błę­dzie. Szyb­ko tu się u nas wie­ści roz­no­szą, a ja pro­wa­dzę karcz­mę, a nie przy­tu­łek. Naj­pierw ty jeden żar­łeś u mnie za darmo, a za dwie nie­dzie­le będę miał tu na pęcz­ki ta­kich dar­mo­zja­dów jak ty, co za wszy żreć i pić by chcie­li. – Za Wszy prze­łknął gło­śno ślinę, ale się nie ode­zwał. Karcz­marz spoj­rzał na niego spode łba i cią­gnął dalej

– Na nic mi twój koń czy miecz, stra­wy z nich nie ugo­tu­ję. Ale ty mo­żesz zro­bić z nich uży­tek jeśli zdo­łasz i jeśli nie no­sisz ich tylko dla ozdo­by. – ostat­nie zda­nie za­bo­la­ło, Za Wszy może i nie był tak ho­no­ro­wy, jak można było ocze­ki­wać po pa­so­wa­nym ry­ce­rzu, ale mie­czem robić po­tra­fił. Wie­dzie­li o tym nie tylko jego wro­go­wie, któ­rzy gryź­li zie­mię, ale także inni ry­ce­rze z któ­ry­mi wal­czył ramię w ramię oraz wiel­cy pa­no­wie, któ­rzy go za­trud­nia­li. Na Za Wszy można było po­le­gać. Długo nie my­śląc, za­py­tał karcz­ma­rza

– Co miał­bym zro­bić? – obe­rży­sta spoj­rzał na córkę, która po chwi­li kiw­nę­ła przy­zwa­la­ją­co głową, a potem po­wie­dział

– Może le­piej wejdź­my do środ­ka, nie przy­stoi na dzie­dziń­cu kon­wer­so­wać – Za Wszy po­pra­wił odzie­nie, wy­pro­sto­wał się i wszedł do środ­ka. Przez chwi­lę oba­wiał się, że za­rżną go jak świ­nię w karcz­mie, ale wy­glą­da­ło na to, że obe­rży­sta i jego po­cie­cha uspo­ko­ili się nieco, ba, zwra­ca­li się teraz do Za Wszy pra­wie że przy­jaź­nie. Córka karcz­ma­rza za­pro­po­no­wa­ła, że przy­nie­sie piwa, a kiedy wró­ci­ła miała w dru­gim ręku kawał droż­dżo­wej babki.

– Oj, chyba kiep­ski ubi­łem in­te­res – po­my­ślał Za Wszy, kiedy to zo­ba­czył, ale było za późno, żeby pła­kać nad roz­la­nym mle­kiem. Słowo się rze­kło, ze­brał się więc w sobie i po­wie­dział naj­bar­dziej ry­cer­sko jak po­tra­fił

– Mów­cie karcz­ma­rzu, co was drę­czy i jak mogę się wam przy­słu­żyć moim mie­czem – Karcz­marz spoj­rzał za­tro­ska­ny na córkę, a ta za­chę­ci­ła go lek­kim ski­nie­niem głowy

– Pro­blem tu mamy od kilku mie­się­cy…

– My?

– Nasza osada zna­czy się, ale i ja oso­bi­ście rów­nież.

– Grub­sza to bę­dzie im­pre­za jakaś– po­my­ślał Za Wszy, ale nie prze­ry­wał karcz­ma­rzo­wi, który za­czął po­wo­li plą­tać się w ze­zna­niach

– Tem tego… Co to jam chciał po­wie­dzieć…

– Mó­wi­li­ście karcz­ma­rzu, że kło­pot macie.

– A no ten tego… Jakby to tam… że ten… No że…że…

– Smoka tu mamy – córka obe­rży­sty przy­szła ojcu z po­mo­cą

– Za­gnieź­dził się w sta­rym zamku kurwi syn, i ani myśli iść precz, padło zde­chłe! – karcz­marz spur­pu­ro­wiał nagle na na­la­nej twa­rzy, a Za Wszy dla od­mia­ny po­bladł – Ze­żarł już wszyst­ko w oko­li­cy, co mógł ze­żreć, po­miot ewo­lu­cyj­ny, a teraz mamy stra­cha, że jak owce i krowy się skoń­czy­ły to za dzie­ci się za­bie­rze albo ze te, no, dzie­wi­ce. – Za Wszy po­ki­wał na znak zro­zu­mie­nia głową i za­czął się po­wo­li za­sta­na­wiać, czy gdyby jed­nym szyb­kim cię­ciem po­wa­lił obe­rży­stę, to czy dziew­kę rów­nież mu­siał by usiec, czy mógł zbiec bez do­dat­ko­wych ofiar

– A ja córki mam dwie, dzie­wo­je jak ma­rze­nie, lękam się o nie, tylko pa­trzeć jak po­two­ra po­rwie mi którą, bę­dzie strę­czyć albo pożre, albo co. – Za Wszy i Czar­ny po­my­ślał sobie, że takie dzie­wi­ce, ja­ki­mi karcz­marz dys­po­no­wał na skła­dzie, lekką ręką dałby by radę na­strę­czyć smoka. Być może oka­zał­by się wcale uży­tecz­ny, pa­lił­by by pod kuch­nią, po­lo­wał i przy­cią­gał gości jako lo­kal­na atrak­cja tu­ry­stycz­na. Bo swoją drogą ob­skur­nej obe­rży przy­da­ła­by się mała, ku­chen­na re­wo­lu­cja, więc ścią­gnąć smoka wcale nie by­ło­by takim głu­pim po­my­słem. O ile smok chciał­by współ­pra­co­wać, a nie je­dy­nie siać strach i po­żo­gę. I żreć. Ry­cerz za­trzy­mał jed­nak dla sie­bie swoje prze­my­śle­nia i wró­cił do opra­co­wy­wa­nia planu uciecz­ki.

– Jeśli ze­chciał­by szla­chet­ny ry­cerz smoka ubić, to nie tylko wio­skę i mnie ocali, ale i te dwie dzie­wusz­ki, które żyją w stra­chu – oczy Za Wszy za­trzy­ma­ły się na to­po­rze, za­tknię­tym, za pa­skiem córki karcz­ma­rza – Dla­te­go był­bym skłon­ny nie tylko da­ro­wać dług wiel­mo­ży, ale także oddać jedną z moich sto­kro­tek. Którą, to już za­le­ży od wiel­moż­ne­go pana, obie jak te róże, ale tego mówić nie muszę, pan ry­cerz oczy ma i po­my­ślu­nek też. – sły­sząc ostat­nie zda­nie ojca, uzbro­jo­na w tasak ku­chen­ny karcz­mar­ka, za­ru­mie­ni­ła się jak róży przy­sta­ło.

– Ło­la­bo­ga­re­ty! – po­my­ślał Za Wszy – To się na ro­bi­ło! – z jego wni­kli­wej ana­li­zy wy­ni­ka­ło, że miał do wy­bo­ru trzy wyj­ścia, ale żadne nie przed­sta­wia­ło się ró­żo­wo. Pierw­sze, naj­mniej ho­no­ro­we, ale naj­roz­sąd­niej­sze obej­mo­wa­ło na­tych­mia­sto­wą uciecz­kę, a wcze­śniej za­bi­cie obe­rży­sty i być może rów­nież jego córki. Dru­gim wyj­ściem była walka ze smo­kiem i sa­mo­bój­cza śmierć w jego pasz­czy. Trze­cim – wy­gra­na walka ze smo­kiem i prze­sra­ne życie, w ob­ję­ciach jed­nej ze zło­tych córek karcz­ma­rza.

– No dobra, gdzie ten smok? – spy­tał Za Wszy pew­nym gło­sem

– Na­praw­dę? Wiel­moż­ny pan chce to zro­bić?

– Nie chcę, ale zro­bię. Może je­stem bied­ny i nie za­wsze hm hm za­cho­wu­ję się jak ry­ce­rzo­wi przy­sta­ło, ale słowo się rze­kło…

– Tatku, nie bądź głupi! On da dra­pa­ka, jak tylko go stąd wy­pu­ści­my!

– Eszzz – po­my­ślał Za Wszy – Nie udało się! Jed­nak warto było spró­bo­wać… – Jak coś mówię, to mówię – po­wie­dział pa­trząc twar­do na dziew­kę. Ta skru­szy­ła się nieco pod ostrym spoj­rze­niem Czar­ne­go ry­ce­rza, ale ustą­pić nie chcia­ła

– Jaką bę­dzie­my mieli gwa­ran­cję tatku, że on do­trzy­ma słowa?

– Chodź­cie ze mną – za­pro­po­no­wał za Wszy – po­ka­że­cie mi gdzie mon­strum ma le­go­wi­sko.

– Hmm… Zgoda – po­wie­dział karcz­marz po chwi­li na­my­słu

– Eszzz – po­my­ślał Za Wszy – Znowu się nie udało! – do­szedł do wnio­sku, że jeśli teraz jego plan po­zby­cia się karcz­ma­rza się nie udał, to może wy­my­śli coś po dro­dze. Je­dy­ne czego chciał, to jak naj­szyb­ciej od­da­lić się od tego prze­klę­te­go miej­sca. – W takim razie ru­szaj­my! – po­wie­dział sta­now­czym tonem

– Ru­szaj­my – po­wtó­rzył karcz­marz i zdjął brud­ny far­tuch – Ty zo­sta­niesz z Kaśką – po­wie­dział do córki obe­rży­sta – i obie bę­dzie pil­no­wać obej­ścia – Za Wszy wes­tchnął nie­znacz­nie, wy­raź­nie mu ulży­ło, ale dziew­czy­na nie spusz­cza­ła go z oka.

– Nie ma mowy! Idę z wami! – karcz­marz spoj­rzał na córkę i po chwi­li mil­cze­nia po­wie­dział:

– Zgoda, ty upar­ta kozo. Znam cię na tyle do­brze, żeby wie­dzieć, że i tak po­sta­wisz na swoim. – zła­pał córkę za po­li­czek czu­łym ge­stem i wy­tar­mo­sił jak worek kar­to­fli. Za Wszy stra­cił reszt­ki na­dziei. Prze­łknął gło­śno ślinę i za­pisz­czał:

– Ru­szaj­my.

Po chwi­li cała trój­ka zna­la­zła się na za­la­nym słoń­cem po­dwó­rzu. Za Wszy i Czar­ny za­sta­na­wiał się jesz­cze przez chwi­lę, czy by nie wsko­czyć na konia i nie ru­szyć ga­lo­pem na oślep przed sie­bie, ale szyb­ko przy­po­mniał sobie le­cą­cy nad swoją głową tasak oraz pre­cy­zję z jaką ów tasak zo­stał rzu­co­ny. Po­czuł mię­dzy ło­pat­ka­mi fan­to­mo­wy ból i w jed­nej chwi­li po­sta­no­wił, że nie do­sią­dzie konia, żeby go nie ku­si­ło. W dro­dze do opusz­czo­ne­go zamku za­py­tał obe­rży­stę o smoka. Jak wy­glą­da, ja­kich jest roz­mia­rów, czy ktoś go może wi­dział.

– Smok jak to smok – od­po­wie­dział mu obe­rży­sta nieco enig­ma­tycz­nie – Jak smok wy­glą­da każdy wie – ry­cerz wy­wnio­sko­wał z tej wy­po­wie­dzi, że karcz­marz oso­bi­ście smoka nie wi­dział i pew­nie tylko su­ge­ro­wał się re­la­cja­mi in­nych na­ocz­nych świad­ków. Po nie­ca­łej go­dzi­nie mar­szu do­tar­li w końcu do cze­goś, co przy­po­mi­na­ło ruiny opusz­czo­ne­go zamku. Wszę­dzie do­oko­ła wa­la­ły się zbie­la­łe kości i reszt­ki pa­dli­ny róż­nych zwie­rząt – kóz, owiec, a nawet krów i koni. Kiedy byli już zu­peł­nie bli­sko Za Wszy za­uwa­żył, że od­wa­ga opu­ści­ła nieco karcz­ma­rza i jego córkę.

– Kmieć to za­wsze kmieć– po­my­ślał z dumą Za Wszy i Czar­ny i ru­szył raź­niej w stro­nę ruin. Nie mi­nę­ły trzy ude­rze­nia serca, gdy spo­śród murów do­biegł ich prze­ra­ża­ją­cy ryk. Ry­cerz ro­zej­rzał się wokół sie­bie, ale po karcz­ma­rzu i jego córce nie zo­sta­ło nic poza uno­szą­cym się w od­da­li tu­ma­nem kurzu.

– Przy­naj­mniej ich mam z głowy – zdą­żył po­my­śleć Za Wszy i Czar­ny zanim z ruin do­biegł go ko­lej­ny ryk – ale co teraz? – nie było czasu na dłuż­sze roz­my­śla­nia, bo ze za­wa­lo­ne­go ka­mie­nia­mi dzie­dziń­ca po raz trze­ci roz­legł się do­no­śny smo­czy skrzek. Za Wszy do­szedł do wnio­sku, że smok z pew­no­ścią wy­czuł obec­ność nie­pro­szo­nych gości. Po­my­ślał jesz­cze przez chwi­lę o uciecz­ce, ale był świa­do­my, że na jego sta­rym wa­ła­chu mu się to nie uda. Wie­dział do­sko­na­le, że smoki po­tra­fią latać i że przy ewen­tu­al­nym ataku z po­wie­trza nie miał­by naj­mniej­szych szans. Nie mając in­ne­go wy­bo­ru, wyjął z juków swój ogrom­ny, cięż­ki miecz i ru­szył wolno przed sie­bie. Przy wej­ściu na dzie­dzi­niec skrę­cił w prawo i scho­wał się za fra­mu­gą bramy. Do­brze zro­bił, bo po chwi­li bramę wy­peł­nił cuch­ną­cy siar­ką pło­mień.

– Osz ty brat­ku! – po­my­ślał Za Wszy. Po­cząt­ko­wo brał pod uwagę moż­li­wość ne­go­cja­cji ze smo­kiem, jed­nak nie­go­ścin­ne za­cho­wa­nie gada wska­zy­wa­ło na to, że ra­czej nie poj­mie on ar­ty­ku­ło­wa­nej mowy i roz­sąd­nych ar­gu­men­tów. Bydle było z całą pew­no­ścią stwo­rze­niem pry­mi­tyw­nym i po­zba­wio­nym kul­tu­ry oso­bi­stej, więc in­te­li­gent­na kon­wer­sa­cja nie wcho­dzi­ła w ra­chu­bę. Za Wszy od­cze­kał jesz­cze chwi­lę i tak jak się spo­dzie­wał, smok rzy­gnął ogniem raz jesz­cze. Kiedy tylko pło­mień znik­nął, Za Wszy i Czar­ny prze­tur­lał się na śro­dek dzie­dziń­ca i za­szedł smoka z boku. To zna­czy pra­wie za­szedł, po­nie­waż znowu był zmu­szo­ny po­chy­lić się szyb­ko do przo­du. W tym samym mo­men­cie smok od­wró­cił pysk w jego kie­run­ku i splu­nął czer­wo­nym jak lawa pło­mie­niem. Za Wszy po­czuł cie­pło na ple­cach. Ogień minął go tylko o włos. Po chwi­li uniósł głowę i do­strzegł mo­co­wa­nie że­la­znej bramy, która kie­dyś bro­ni­ła wej­ścia na dzie­dzi­niec zamku, a teraz była stale unie­sio­na. Mo­co­wa­nie było prze­sta­rza­łe, kon­struk­cję sta­no­wił pęk prze­gni­łych lin. Ry­cerz prze­szedł na czwo­ra­kach tak szyb­ko jak po­tra­fił w tam­tym kie­run­ku. Smok zbli­żył się do niego na nie­bez­piecz­ną od­le­głość i jesz­cze raz strze­lił stru­gą pło­mie­ni. W ostat­nim mo­men­cie Za Wszy prze­tur­lał się w bok. Zbu­twia­łe liny za­ję­ły się ogniem.

– Teraz albo nigdy! – po­my­ślał Za Wszy, chwy­cił por­t­ki w garść i nie pa­trząc za sie­bie, rzu­cił się w kie­run­ku bramy. Tak jak prze­wi­dy­wał, smok pu­ścił się za nim w po­ścig. Ry­cerz prze­bie­rał no­ga­mi ile sił. Usły­szał nad głową chrzęst że­la­znej kraty. Mo­co­wa­nie po­lu­zo­wa­ło się i w chwi­li gdy Za Wszy prze­kro­czył próg dzie­dziń­ca, brama opa­dła z hu­kiem. Za Wszy po­biegł dla pew­no­ści kil­ka­dzie­siąt me­trów dalej i do­pie­ro potem się od­wró­cił. Jego plan się po­wiódł. Brama opa­da­jąc przy­trza­snę­ła smo­ko­wi ogon. Wście­kła be­stia wyła i pluła ogniem na lewo i prawo. Za Wszy ści­snął miecz w dłoni. Teraz za­bi­cie smoka było o wiele ła­twiej­sze, ale jakoś zro­bi­ło mu się żal by­dla­ka. Prze­cież to nie jego wina, że uro­dził się smo­kiem, a nie wie­wiór­ką. Pod­szedł do smoka na bez­piecz­ną od­le­głość i choć po­mysł wydał mu się bez­na­dziej­ny, prze­mó­wił do smoka tymi sło­wa­mi

– Smoku! – gad nie prze­stał ani na chwi­lę mio­tać się, pró­bu­jąc uwol­nić przy­trza­śnię­ty ogon – Nie chce cię ubi­jać! Bo niby dla­cze­go miał­bym? Lubię zwie­rząt­ka, kie­dyś ho­do­wa­łem kotka, ale potem na­stą­pi­łem na niego le­ciut­ko i ten, tego… Mniej­sza o to. Wiesz, na­le­żę nawet do Ligii Ochro­ny Przy­ro­dy!

– Po­cze­kaj – syk­nął smok – Jak się tylko uwol­nię, to po­ka­żę ci kurwa zwie­rząt­ko!

– Aaa… To jed­nak ludz­ka mowa nie jest ci obca?! Jed­nak po­tra­fi­my się nor­mal­nie ko­mu­ni­ko­wać, a nie tylko rzy­gać ogniem na wszyst­kie stro­ny! Mów no teraz, jak na spo­wie­dzi, cze­muś, że te, no te, dzie­wi­ce strę­czył?!

– Że niby jak?! – wark­nął smok – Co że niby ro­bi­łem?

– No ten, nie­waż­ne zresz­tą! Nie je­steś tu mile wi­dzia­ny, smoku! Żar­łeś na krzy­wy ryj krowy, świ­nie, kozy?! Dobre było? To teraz za­bie­raj tłu­sty od­włok i wynoś się, albo będę tu mu­siał eu­ta­na­zji do­ko­nać zaraz!- smok szarp­nął się dziko, ale na nic to się zdało. Brama była zbyt cięż­ka i po­trze­ba by z dzie­się­ciu chło­pa, żeby unieść ją do góry.

– A jak mam to niby we­dług cie­bie zro­bić?!- wrza­snął smok, wście­kły nie na żarty – Czyż­byś nie za­uwa­żył, że przy­trza­sną­łeś mi tą cho­ler­ną bramą, mój ogon?!

– Sam sobie przy­trza­sną­łeś – od­parł fi­lu­ter­nie Za Wszy i za­chi­cho­tał cicho – Gdy­byś nie był takim cha­mem nie­uży­tym, mo­gli­by­śmy po­roz­ma­wiać, zanim się­gną­łem po roz­wią­za­nia ra­dy­kal­ne. Sam je­steś sobie wi­nien! – smok utkwił w ry­ce­rzu wście­kłe spoj­rze­nie, ale nic nie po­wie­dział. Za Wszy cią­gnął dalej – Tak jak po­wie­dzia­łem, nie chcę cię za­bi­jać, smoku. Od­le­cisz stąd na za­wsze, strę­czyć gdzie in­dziej i za­po­mni­my o całej spra­wie.

– A jak mam niby od­le­cieć, kiedy mój ogon przy­trza­snę­ło to że­la­stwo, co? – par­sk­nął smok

– Ogon ci urżnę – od­parł spo­koj­nie Za Wszy – Wy­bie­raj, albo łeb, albo ogon. – smok po­cząt­ko­wo nic nie po­wie­dział, a potem wy­buchł hi­ste­rycz­nym śmie­chem. Za Wszy przy­glą­dał mu się w mil­cze­niu opar­ty o miecz.

– Nie są­dzi­łem, że kie­dyś tego do­ży­ję! – po­wie­dział po chwi­li smok – Po trzy­stu sześć­dzie­się­ciu trzech la­tach po­ko­na­ny przez ry­ce­rza bez paska w por­t­kach, tfu! – splu­nął na zie­mię kulką ognia – No do­brze mi­strzu. Widzę, że wy­bo­ru nie mam. Jeśli mnie nie uwol­nisz, to ska­pie­ję tu z głodu, albo przyj­dzie mo­tłoch i do­bi­je mnie wi­dła­mi… Jed­nak, swoją drogą, skąd wiesz, że cię nie za­bi­ję, kiedy mnie uwol­nisz?

– Nie wiem – od­parł spo­koj­nie Za Wszy – ale wciąż mam swój miecz, a ty bę­dziesz cięż­ko ranny. Gdy­bym był tobą, wo­lał­bym życie bez ogona niż bo­ha­ter­ską śmierć.

– Ogon mi od­ro­śnie – od­parł smok – a cie­bie mógł­bym zabić i tak.

– Ja rów­nież mógł­bym cię zabić smoku, choć­by teraz, ale tak jak po­wie­dzia­łem, nie chcę tego robić, więc wy­bie­raj i nie trać wię­cej mo­je­go czasu.

– Zgoda – po­wie­dział w końcu smok. Za Wszy spoj­rzał w jego żółte śle­pia i przez chwi­lę pa­trzy­li tak na sie­bie, on i smok. W końcu chwy­cił miecz do ręki, prze­szedł kilka kro­ków i spoj­rzał w niebo. Zmru­żył oczy jakby coś zo­ba­czył. A potem po­ka­zał pal­cem do góry i po­wie­dział:

– O, tam! – smok spoj­rzał od­ru­cho­wo w tamtą stro­nę i w tym samym mo­men­cie Za Wszy i Czar­ny jed­nym spraw­nym cię­ciem od­rą­bał smo­ko­wi ogon. Smok zawył prze­cią­gle, aż w ru­inach po­sy­pał się gruz.

– Umiesz robić mie­czem – wy­sa­pał po chwi­li

– Wiem – od­parł ry­cerz  – To je­dy­ne co po­tra­fię robić – po­wie­dział smut­no. Na­stęp­nie smok ude­rzył kilka razy skrzy­dła­mi o zie­mię i bro­cząc krwią, wzbił się w po­wie­trze. Po chwi­li przy­po­mi­nał na nie­bie ogrom­ną, czar­ną, groź­ną chmu­rę. Za Wszy spoj­rzał na smo­czy ogon i na skórę, która go okry­wa­ła

– W końcu będę miał pasek! – ucie­szył się – I to cał­kiem przy­zwo­ity! Ry­cerz bez paska to jak kurwa bez fran­cy – po­my­ślał fi­lo­zo­ficz­nie Za Wszy. I choć brak paska ura­to­wał mu tego dnia życie i to kil­ka­krot­nie, to nie mógł się do­cze­kać kiedy zdej­mie skórę ze smo­cze­go ogona, wy­pra­wi ją i po­tnie nie dłu­gie ka­wał­ki. Miał dosyć cią­głe­go schy­la­nia się po opa­da­ją­ce spodnie i świe­ce­nia gołą dupą. Do­szedł rów­nież do wnio­sku, że de­ner­wo­wa­nie się na przej­ścio­we prze­ciw­no­ści losu nie ma naj­mniej­sze­go sensu, bo życie i tak pod­su­nie za­wsze ja­kieś roz­wią­za­nie, tak jak było w jego przy­pad­ku. Ko­niec koń­ców, nie tylko do­ro­bił się paska, w do­dat­ku ze smo­czej skóry, ale za jed­nym za­ma­chem ura­to­wał wio­skę, karcz­mę, smoka i strę­czo­ne przez smoka, te, jak im tam, dzie­wi­ce. Poza tym zjadł za dar­mo­chę i to do­brze, na­kar­mił konia i oca­lił honor. Tak. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wy­szło. Nie my­śląc już nic wię­cej, Za Wszy i Czar­ny za­brał się do ro­bo­ty.

Kilka dni póź­niej prze­jeż­dżał tą samą drogą, na któ­rej sie­dział wcze­śniej Czar­ny Kot. I choć ostroż­nie omi­nął przy­droż­ną obe­rżę i kło­po­tli­we­go karcz­ma­rza, nie chcąc wda­wać się w szcze­gó­ły opo­wie­ści o walce ze smo­kiem, to li­czył jed­nak, że spo­tka przy dro­dze Kota. Nie po­my­lił się. Kot sie­dział w tym samym miej­scu co po­przed­nio i jak to miał w zwy­cza­ju palił fajkę.

– Ładny pasek – po­wie­dział na przy­wi­ta­nie i pu­ścił dym ró­żo­wym nosem

– Dzię­ki! – od­po­wie­dział Za Wszy – A ta twoja bajka…

– Spraw­dzi­ła się?

– Spraw­dzi­ła się – przy­znał Za Wszy – Dzię­ki raz jesz­cze.

– Nie ma za co! – od­parł Kot i zga­sił kipa czar­ną łapą.

– Głu­pio wy­szło ostat­nim razem… – po­wie­dział Za Wszy pa­trząc w zie­mię przed sobą

– Nie ma spra­wy – od­parł szyb­ko Kot – Na szczę­ście nie mia­łeś wtedy paska! – obaj za­śmia­li się gło­śno.

– To do zo­ba­cze­nia – po­wie­dział po chwi­li ry­cerz

– Że­gnaj – po­wie­dział Kot, pa­trząc w niebo i uśmie­cha­jąc się do sie­bie. Za Wszy i Czar­ny nie po­wie­dział już nic wię­cej, ale od­czuł lekki smu­tek na myśl, że nigdy nie zo­ba­czy już Czar­ne­go Kota, bo jakby nie pa­trzeć, uczci­we było z niego ko­ci­sko. I do tego ja­sno­wi­dzą­ce! Po­go­nił wa­ła­cha i ru­szył na­przód, przed sie­bie. Na prze­dzie cze­ka­ły na niego nowe przy­go­dy.

Koniec

Komentarze

Chociaż nie jestem jakimś wielkim fanem fantasy, to opowiadanie się przeczytało – sam nawet nie wiem kiedy! Ciężko też ze mnie wydobyć autentyczne salwy śmiechu – a tu śmiałem się jak podchmielona dziewica. Niech to wystarczy za całą recenzję tego opowiadania. Oczywiście, są jakieś literówki, niedociągnięcia małe i większe, ale jest zbyt gorąco i duszno, żeby teraz o tym pisać. Zresztą wszystko wynagradza fraza: ”Paski, skórki i jaszczurki, popatrz bracie na me córki…”. Bardzo dobry debiut. Świetna kreacja bohaterów. Fajne, naturalne dialogi. Nic się nie dłużyło. Dobra rozrywka. Czegóż chcieć więcej od zacnej literatury fantasy? devil

...always look on the bright side of life ; )

Dzieki! smiley

Sympatyczna historia, fajne imię dzielnego rycerza. Zgadzam się z Jackiem, że trochę rzeczy jeszcze można poprawić. Pauzy oddzielamy od sąsiadujących słów spacją. Obustronnie.

nie ładnie => nieładnie. W ogóle często piszesz rozłącznie coś, czego człowiek nie powinien rozdzielać.

tą bajkę => tę bajkę.

Babska logika rządzi!

Dzięki! :-)

Gdyby nie te drobne usterki, czyli myślniki zamiast półpauzy w dialogach, ten tekst byłby idealny. Plus poprawa niektórych błędów, o czym wspomnieli Finkla i Jacek. Generalnie sympatyczna opowieść. Luźna i interesująca. Świetny tekst, udany debiut.

"Wszyscy jesteśmy zwierzętami, które chcą przejść na drugą stronę ulicy, tylko coś, czego nie zauważyliśmy, rozjeżdża nas w połowie drogi." - Philip K. Dick

Oj…Dziekuje :-D

Ps. Kurtka, ale obciach… Nie mam pojęcia co to "półpauza" jest… Już Finkla chyba o tym mówiła, ale wstyd się było przyznać, że nie wiem o co się rozchodzi…:-D

Półpauza to taka pozioma kreseczka średniej długości – o, taka. Krótsze nazywają się dy-wi-za-mi. Tutejszy edytor automatycznie zmienia dywizy na półpauzy (mniej więcej zgodnie z zasadami), jeżeli doda się te nieszczęsne spacje po bokach.

Babska logika rządzi!

Dziękuję za wyjaśnienie :-)

Och, S. Leyss! Dlaczego, ach, dlaczego zepsułaś mi przyjemność czytania, debiutując tak strasznie źle napisanym opowiadaniem?

Przez ten tekst powinno się płynąć, mknąć, galopować, a Ty sprawiłaś, że potykałam się i przewracałam co chwilę. Zamiast skupić się na rewelacyjnych przygodach zacnego rycerza i z radością śledzić jego dyskursy już to z Kotem, już to z karczmarzem i córkami, a w końcu ze smokiem, musiałam walczyć z bykami, starać się nie zauważać, że zlekceważyłaś interpunkcję, że zapis dialogów woła o pomstę do nieba. Tak się nie robi! :-(

Mam nadzieję, że zdarzyło się to pierwszy i ostatni raz, że lektura Twoich kolejnych opowiadań dostarczy mi wyłącznie przyjemności. ;-)

 

„…krą­żą­ce ak­tu­al­nie wokół jed­nej rze­czy. Jed­ne­go, je­dy­ne­go przed­mio­tu któ­re­go ak­tu­al­nie bar­dzo po­trze­bo­wał…” – Powtórzenie.

 

„Ranek dawno już minął i za­po­wia­da­ło się na cał­kiem przy­jem­ny dzień”. Ranek dawno już minął i za­po­wia­da­ł się cał­kiem przy­jem­ny dzień. Albo: Ranek dawno już minął i za­nosi­ło się na cał­kiem przy­jem­ny dzień.

 

„Za Wszy nie miał po­ję­cia, jak mógł do tego do­pu­ścić, ale przy­pusz­czał…” – Wolałabym: Za Wszy nie miał po­ję­cia, jak mógł do tego do­pu­ścić, ale mniemał

 

„Mimo, że prze­szu­kał cały teren do­oko­ła obo­zo­wi­ska, nie udało mu się od­na­leźć za­gi­nio­nych rze­czy, w tym jed­nej z tych naj­waż­niej­szych. Po dłu­gich po­szu­ki­wa­niach dał za wy­gra­ną…” – Proponuję w pierwszym zdaniu: Mimo, że sprawdził cały teren do­oko­ła obo­zo­wi­ska

 

-Eszzz….– za­klął pod nosem i po­dra­pał się po ku­dła­tym karku”. – Proszę o podjęcie decyzji, które znaki masz zamiar stosować, zapisując dialogi. Nie mieszamy dywizów z półpauzami. Dywiz, półpauza i pauza są znakami typograficznymi i wyglądają tak: – dywiz, – półpauza, – pauza. Dla większej jasności zajrzyj jeszcze tutaj: http://pl.wikipedia.org/wiki/Pauza_%28znak_typograficzny%29

Wielokropek ma zawsze tylko trzy kropki.

Tu jest poradnik, jak zapisywać dialogi. http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

 

„W trak­cie tej me­czą­cej dys­ku­sji do­szedł do wnio­sku…” – Mówili po koziemu? ;-)

 

Tym cza­sem kot wró­cił na prze­ciw­le­gły skraj drogi”.Tymcza­sem kot wró­cił na prze­ciw­le­gły skraj drogi.

 

Nie ład­nie śmiać się z cu­dze­go nie­szczę­ścia…”Nieład­nie śmiać się z cu­dze­go nie­szczę­ścia

 

„-Masz rację– od­po­wie­dział kot tro­chę przy­jaź­niej– nie ład­nie”.  – Masz rację – od­po­wie­dział kot tro­chę przy­jaź­niej – nieład­nie.

 

„…ale mi płacą za sie­dze­nie na tyłku i nie prze­ci­na­nie drogi po­dróż­nym”. – …ale mi płacą za sie­dze­nie na tyłku i nieprze­ci­na­nie drogi po­dróż­nym.

 

Nie ładne to było z mojej stro­ny…”Nieładne to było z mojej stro­ny

 

„Za Wszy minął go spo­koj­nie, nie po­świę­ca­jąc mu wię­cej uwagi”. – Drugi zaimek zbędny.

 

„…albo od gru­bej jak świni córki ko­wa­la?” – …albo od gru­bej jak świnia, córki ko­wa­la?

 

„…to on chęt­nie zmie­nił by pro­fe­sję”. – …to on chęt­nie zmie­niłby pro­fe­sję.

 

„Zda­rza­ło się, że po prze­spa­nej na twar­dej ziemi nocy, nie mógł rano się pod­nieść” – Wolałabym: Zda­rza­ło się, że po nocy prze­spa­nej na twar­dej ziemi, rano nie mógł się pod­nieść.

 

„…że naj­chęt­niej za­mie­nił by miecz i sio­dło na cie­płe łóżko…” – …że naj­chęt­niej za­mie­niłby miecz i sio­dło na cie­płe łóżko

 

„…więc za­po­wia­da­ło się na to, że bę­dzie w niej je­dy­nym go­ściem”. – …więc za­po­wia­da­ło się, że bę­dzie w niej je­dy­nym go­ściem. Lub: …więc za­nosiło się na to, że bę­dzie w niej je­dy­nym go­ściem.

 

„…ale za­osz­czę­dził by na wik­cie”. – …ale za­osz­czę­dziłby na wik­cie.

 

„…z dzba­nem w jed­nym i chle­bem w dru­gim ręku”. – Wolałabym: …z dzba­nem w jed­nej i chle­bem w dru­giej ręce.

 

„…wy­tarł chle­bem, po­czym rów­nież go zjadł”. – …wy­tarł chle­bem, po­ czym rów­nież go zjadł.

 

„Ry­cerz obej­rzał się za sie­bie”. – Masło maślane. Czy można obejrzeć się przed siebie?

Powinno być: Ry­cerz obej­rzał się. Lub: Ry­cerz spojrzał za sie­bie.

 

„Ry­cerz do­szedł do wnio­sku, że zro­bi­ło się nie cie­ka­wie”.Ry­cerz do­szedł do wnio­sku, że zro­bi­ło się niecie­ka­wie.

 

„…i nie spe­cjal­nie się upie­rał przy po­bra­niu cła”. – Pewnie miało być: …niespe­cjal­nie się upie­rał przy po­bra­niu myta.

 

„…ru­szył wart­kim kro­kiem w jego kie­run­ku”. – …ru­szył szybkim/ żwawym/ raźnym/ szparkim  kro­kiem w jego kie­run­ku.

Wartko coś płynie lub toczy się.

 

„…więc ścią­gnąć smoka wcale nie było by takim głu­pim po­my­słem”. – …więc ścią­gnięcie smoka wcale nie byłoby takim głu­pim po­my­słem.

 

„Nie mając in­ne­go wy­bo­ru, wyjął z juk swój ogrom­ny, cięż­ki miecz…”Nie mając in­ne­go wy­bo­ru, wyjął z juków swój ogrom­ny, cięż­ki miecz

 

„Ry­cerz prze­bie­rał co sił w no­gach”.Ry­cerz prze­bie­rał nogami ile sił.

 

„No ten, nie ważne zresz­tą!”No ten, nieważne zresz­tą!

 

Czyż byś nie za­uwa­żył, że przy­trza­sną­łeś mi tą cho­ler­ną bramą, mój ogon?!”Czyżbyś nie za­uwa­żył, że przy­trza­sną­łeś mi tą cho­ler­ną bramą, mój ogon?!

 

„Na szczę­ście nie mia­łeś wtedy paska!- oboje za­śmia­li się gło­śno”Na szczę­ście nie mia­łeś wtedy paska! – obaj za­śmia­li się gło­śno.

Oboje, to pan i pani, a tu jest dwóch samców – rycerz Za Wszy i Czarny i Czarny Kot. ;-)

Oboje to także drewniane instrumenty dęte.

W dodatku na końcu zdania brakuje kropki, nie po raz pierwszy, ani jedyny.

 

„…bo jak by nie pa­trzeć, uczci­we było z niego ko­ci­sko”. – …bo jakby nie pa­trzeć, uczci­we było z niego ko­ci­sko.

 

„Po­go­nił wa­ła­cha i ru­szył na przód przed sie­bie”.Po­go­nił wa­ła­cha i ru­szył naprzód, przed sie­bie.

 

Na­przo­dzie cze­ka­ły na niego nowe przy­go­dy”.Na ­prze­dzie cze­ka­ły na niego nowe przy­go­dy.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziękuję :-)

Szczerze napisawszy, liczyłem na to, że jakaś Dobra Dusza pochyli się nad twoim tekstem i wychwyci potknięcia (dzięki, regulatorzy!). Popraw się na przyszłość, bo… – po prostu warto. Jeśli w przyszłości zadbasz o edycję, twoje teksty zyskają na wartości – mniej więcej o 100 procent.

...always look on the bright side of life ; )

Postaram się, ale łatwo nie będzie… Nie mieszkam w Polsce, w domu też nie mówimy po polsku. Dużo czytam, ale to nie rozwiązuje problemu, niestety… Mam program korygujący, to co zobaczy to naprawi… A reszta… Eszzzz, szkoda gadać. Jestem wdzięczna za wskazanie błędów, będę się starać, ale zanim wszystko ogarnę, dostanę po łbie jeszcze parę razy :-) Ale co mi tam :-) od konstruktywnej krytyki nikt jeszcze nie umarł, prawda? A może i mi w tym pomylonym łbie coś zostanie :-)

A tak na marginesie, to wstydzę się okropnie za te byki :-D część już poprawiłam ..No i cieszę się, że udało mi się wywołać uśmiech. Dobrze wiedzieć, że nie tylko ja miałam ubaw z tego opowiadania :-D

wink

 

...always look on the bright side of life ; )

Nowa Fantastyka