- Opowiadanie: Dzikowy - Pot

Pot

Stare opowiadanie, na którego publikację nie miałem pomysłu. Wrzucam tutaj i niech żyje. Dziś pojawiła się wersja audio grupy GOREktyw.
Smacznego.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Pot

Nigdy nie biorę zimnych pryszniców. Organizmowi wydaje się, że jest rześko, chłodno i przyjemnie, więc głupieje, gdy tylko otwieram drzwi łazienki, żeby odparować lustro. Wtedy fala gorącego powietrza uderza bez ostrzeżenia i po chwili cały spływam potem.

Teraz już nacieram antyperspirantem całe ciało, oczywiście poza twarzą. Ale szyję, za uszami, czoło poniżej linii włosów, szczególnie dokładnie stopy, krocze i między pośladkami. Schodzą mi tego chemicznego syfu w płynach i sztyftach całe opakowania. Wybieram antyperspiranty bezwonne. Perfumy wzmacniają wszelkie zapachy, dlatego szkodzą zamiast pomagać. A te bezwonne pomagają tylko trochę.

W drodze do autobusu skręcam do mięsnego. Taki osiedlowy sklepik z podłym asortymentem, znudzoną obsługą w od dawna niepranych fartuchach i zawsze ze sznureczkiem rozgadanych staruszek, skrupulatnie liczących każdego miedziaka, z pekińczykiem na rękach lub tłustym jamnikiem plączącym się między nogami.

Każda z nich po kolei podchodzi do lady i zadaje te same pytania, tak samo maże palcem po szybie, tak samo wybrzydza.

– A szyneczka ładna?

– Spojrzy, że ładna.

– A baleronik ładny?

– Ładny.

– A pierś kurzęcą to ma ładną?

– Ładną.

Z rosnącym wkurwem słucham tych bezosobowych uprzejmości, oglądam ten pokaz mody mięsnej, nowej rzeźno-garmażeryjnej kolekcji wiosna-lato. Przecież to ścierwo jest, myślę sobie. Ma być smaczne, nie ładne! Ale nie, to nieprawda. Ma być wonne.

Najlepsza jest kilkudniowa wieprzowina. Tutaj można ją wyczuć wcale często, bo babcie kupują jakieś kości na wywar, pięć plasterków najtańszej wędliny, czasem podroby. A szynki i schaby leżą, pokrywają się białym nalotem i zaczynają pachnieć. Jak lukrecja, ale nie tak korzennie, ledwo tylko wyczuwalną nutką mdłej słodyczy. Może brązowy cukier? Też nie to.

W sklepie jest chłodno. Jak w tych sklepach to robią, że we wszystkich mikroskopijnych spożywczakach lodówki wyciskają z ludzi ostatnie cuchnące żulem poty, a w mięsnym jest tak przyjemnie?

Szynki, schaby, łopatki i polędwice czuję coraz mocniej z każdym krokiem bliżej lodówek. Teraz już mogę przestać oddychać przez usta, wychodzę z kolejki, uciekam nosem od spoconej i przetłuszczonej głowy stojącej przede mną niskiej babci z odrostami. Mijam wędliny i idę w stronę mięsa. Wyciągam się, niby zainteresowany, byle tylko sięgnąć nosem za szklaną tarczę sklepowej chłodziarki. Jest mi zimno, czuję pod ubraniem gęsią skórkę, mimo to się pocę. Jeszcze raz nabieram powietrza i wychodzę. Jestem spóźniony.

Klimatyzacja nie działa. Sekundę po wejściu do autobusu czuję, że cuchnę. Pot zmywa cały antyperspirant, koszulka zaczyna się lepić do ciała, majtki wpijać w tyłek, a moszna swędzieć. Skupiam się na nieoddychaniu. Nie mogę oderwać wzroku od przepoconej pod pachą koszuli mężczyzny stojącego obok. Nawet krawat założył, elegancik z Grójca. Krawacik bez marynarki? Następny przystanek i tłum wyraźnie gęstnieje. Z każdych wchodzącym śmierdzielem ubywa tlenu. Jestem teraz wigilijnym karpiem w hipermarkecie. Co trzydzieści sekund muszę zaczerpnąć powietrza i wtedy targają mną torsje. Już się kiedyś zrzygałem w zbiorkomie, dlatego teraz przed wyjściem niczego nie jem przez całą dobę. Chwilę poszarpie i przestanie. Bo czy moje rzygi są lepsze od wydzielin tych śmierdzieli tutaj?

Wysiadam dwa przystanki dalej. Zostały mi ze trzy kilometry marszu, ale już nie mogłem. Wsiadła bowiem kobieta w żakiecie, wymalowana, wyperfumowana szanelem numer 5, okrutnie kotrapunktującym jej własny odór, a do tego strasznie waliło jej z sandałów. Szpony miała tak zagrzybiałe, że same się poruszały, jak miechy, sącząc do autobusu smród gnijącego zrogowaciałego naskórka. Wysiadłem, żeby nie zemdleć.

Dotarłem do stacji metra. Lubię metro o tej godzinie i o tej porze roku. Wdmuchiwane do wagonów powietrze jest rześkie, przesycone zapachem wilgotnego betonu i smarów. Takie inne, takie niebiologiczne. Ciekawe, jak by w metrze pachniała wieprzowina? Znowu te myśli.

Nie jadam mięsa. Jest cudowną dekoracją, ze swoją fakturą, chłodną powierzchnią i aromatem. Nie wolno go tak po prostu przerobić na gówno, przepuszczać przez gardło, przełyk, żołądek i jelita; nie można miażdżyć zębami uporządkowanych włókien, palić kwasami. Szczególnie że jest tak całkowicie i nieodwracalnie martwe, inaczej niż na przykład marchewka czy awokado. Te pozostają świeże długo po zerwaniu. Dojrzewają ułożone na talerzu. Mięso wycinasz z truchła i jeszcze przed wycięciem ono zaczyna już się rozkładać, kruszeć, nabierać tego cudownego zapachu. Czemu ludzie niszczą je przyprawami? Nie wiem.

Twarzą do drzwi wagonu stoi chłopak. Obserwuję naprzemiennie to jego plecy, to front odbijający się w szybie. Jest młody, ma jakieś dwadzieścia, może dwadzieścia parę lat, ale już z zakolami. I te koszmarnie zaburzone proporcje! Wielka głowa z odstającymi uszami, chudy i krótki tułów z rękami jak patyki, tak samo chudymi, pokrzywionymi i sękatymi. A poniżej wielkie dupsko cudem utrzymywane na koślawych nogach ze stopami na zewnątrz. W dodatku ma wyraźny talent do podkreślania swoich defektów! Zbyt ciasna koszula w pomarańczowy drobny deseń, zapięta (a jakże!) pod szyję, spodnie z paskiem gdzieś w okolicach żeber i znoszone pantofle-giganty, w których wygląda jak nieszczęśliwy klaun. Oglądam go dokładnie. Twarzy nie widzę – szyba to jednak marne zwierciadło. Pod pachami zauważam mokre plamy, włosy układają mu się w zroszone potem kępki, ciemna smuga biegnie wzdłuż kręgosłupa. Założę się, że brodzi w swoich butach jak w cuchnącym bagnie, a skórę na stopach ma pomarszczoną od wilgoci. Wyobraziłem to sobie i aż mnie zemdliło.

Wysiadam razem z nim. Idę otoczony jego obrzydliwymi oparami, wiatr własny jego rozkładu spowalnia mój krok, ale muszę go dogonić. Wyciągam z torby krótką pałkę i wtykam mu w nerkę.

– Nie odwracaj się, chyba że chcesz mieć dziurę na wylot – ostrzegam nienaturalnym głosem, bo nie mogę nabrać wystarczająco dużo powietrza. Ależ on cuchnie! – Teraz wyjdziemy na powierzchnię i powoli pójdziemy, gdzie ci każę. Przytaknij! – poleciłem. Uczynił to bez chwili zwłoki.

Poprzednio zdarzało mi się zabierać im portfele. Tak dla niepoznaki, że niby jestem zwykłym rabusiem. Czasami działało, bo ludzie myśleli, że w jakimś zaułku puszczę ich wolno, skoro mam już ich przetłuszczony skórzany skarb z gotówką, kartami płatniczymi i zdjęciami, które tam są ku pamięci, ale nikt o nich nigdy nie pamięta, nie dostrzega, płacąc za gazety i podpaski. Teraz nie zabieram portfeli. Niech myślą, że spytam o to później.

Czasami zastanawiałem się, czy nie iść tyłem, żeby nie tonąć w ich smrodzie. Teraz tak robię dopiero, gdy docieramy do starej rozdzielni prądu, ukrytej głęboko w krzakach, gdzie nikt nas nie dostrzeże.

Czy przerażony człowiek nie powinien swoim smrodem wzbudzać litości? Byłby to sensowny mechanizm obronny, taka ostatnia deska ratunku. A może to mój mechanizm zawodzi, bo mam ochotę zajebać studencika tu i teraz, na oczach wszystkich ignorujących nas przechodniów. Powstrzymuję się jednak – na zewnątrz jest za ciepło.

Dochodzimy do budynku, a raczej budyneczku. Chłopak z wysiłkiem otwiera przerdzewiałe drzwi na przerdzewiałych zawiasach. Wchodzimy w ciemność, w chłód, otacza nas woń mięsa. Nie, w tej chwili nie ma tu żadnego, ale te mury pamiętają, zazdrośnie przechowują zapachy, mimo szorowania szczotą drucianą. Czy może tylko mi się zdaje? Czuję tę woń nawet w swojej piwnicy, a przecież tam już od lat…

– Powoli sięgnij po portfel – rzucam bez powodu, chyba tylko po to, żeby pomyślał, że przeżyje, żeby przestał tak cuchnąć strachem.

Portfel oczywiście trzyma w tylnej kieszeni spodni, ciasno opiętych na nieproporcjonalnym dupsku. Przez chwilę próbuje go wyciągnąć, ale blokuje mu się dłoń wetknięta po nadgarstek. Wpada w panikę i zaczyna się komicznie szarpać. Dobra, starczy tej komedii.

Nie słyszę krzyków. Poprzednio też nie słyszałem. Czuję tylko wyziewy smrodu, czasem maskowanego tiktakiem fetoru bakterii beztlenowych, czasem wczorajszej imprezy, czasem przeziębienia. Tak pokracznie się rzucają po podłodze z połamanymi rękami, z obitym żebrem, dwoma, dziesięcioma, brocząc krwią. Za pierwszym razem uderzyłem od razu w potylicę, ale zapach był jakiś niepełny, brakowało w nim krwi. Teraz najpierw rozbijam mięso, a dopiero potem, żeby krążenie za szybko nie ustało, rozbijam głowę. Nie mam jeszcze wprawy, więc czasem potrzebuję kilku ciosów. Po tym ostatnim robią pod siebie.

Nie jest to idealne miejsce. Owszem, panuje tu chłód, ale brakuje przewiewu, przez co w jednym kącie zapach jest zbyt intensywny, a w drugim prawie niewyczuwalny. Gdyby jeszcze był tu prąd, to mógłbym postawić wentylator lub dwa. W rozdzielni nie ma jednak prądu. Śmieszne, prawda?

Zbędne resztki topię w rzece. Resztę rozwieszam na linach, jak pranie. W krzakach obok znalazłem drewniane krzesło, które ostatniemu właścicielowi najwyraźniej służyło za drabinkę przy malowaniu sufitu – całe jest poplamione białą farbą. Ustawiłem je w strategicznym miejscu. Potem pewnie będę je musiał przestawić, ale to się jeszcze zobaczy, za dwa dni, gdy mięso zacznie… pachnieć.

 

Warszawa, lipiec 2013

 

Koniec

Komentarze

Mocne, zapachniało mi “Padliną” :) Plastyczne i woniejące. Podobało mi się. Zdanie ze zdjęciami w portfelu trochę przydługie – zamotałam się, kto nie dostrzega, płacąc, a kogo się nie pamięta. 

 

Nad całym opowiadaniem unosi się wyczuwalny, a nawet wręcz namacalny, fetorek.

 

…ucie­kam nosem od spo­co­nej i prze­tłusz­czo­nej głowy sto­ją­cej przede mną ni­skiej babci z od­ro­sta­mi. – Tak z ciekawości – co babci odrastało? ;-)

Proponuję: …ucie­kam nosem od spo­co­nych i prze­tłusz­czo­nych włosów z odrostami, sto­ją­cej przede mną ni­skiej babci.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nieczęsto zdarza mi się tu czytać tekst, który skutecznie przytrzymuje moją uwagę od początku do końca. Jest w tym pisaniu coś świeżego, obiecującego – coś, nad czym warto pochylić się na dłużej. Czuć powiem świeżości…

...always look on the bright side of life ; )

Dziękuję za uwagi i miłe słowa.

@regulatorzy:

Odrosty w domyśle są odrostami farbowanych włosów. To chyba pierwsze skojarzenie, szczególnie w kontekście głowy, dlatego pozwoliłem sobie pominąć rozwijanie.

@ rooms

Zdanie jest przydługie, ale jeżeli je przesłuchać (nie przeczytać), to się broni. Jest to chyba jedyny tekst, z którego od strony formy jestem względnie zadowolony.

 

Jeszcze raz dziękuję.

"Białka były czerwone, a źrenice większe niż całe oczodoły"

To Twoje opowiadanie, Dzikowy, moje uwagi to tylko sugestie i wcale nie musisz z nich korzystać. Ty decydujesz o kształcie swojego opowiadania. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ale chciało Ci się przeczytać i skomentować. Czuję się zobowiązany odnieść do uwag. 

"Białka były czerwone, a źrenice większe niż całe oczodoły"

Nawet gdyby mi się nie chciało, to powinnam przeczytać i zostawić ślad, jako że dodałeś opowiadanie w mój dyżur. ;-)

Ale niniejszym oświadczam, że lektura Potu nie sprawiła mi żadnej przykrości, wręcz przeciwnie. Lubię czytać dobrze napisane teksty, a Twój do takich zaliczam ;-D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Brawo. Opowiadanie naprawdę na poziomie, napisane po prostu dużo lepiej niż to, co najczęściej widuje się na tym portalu. Jestem pod wrażeniem.

Jestem też zadowolony z lektury. Nawet bardzo.

Ciekawe opowiadanie, może nie do końca dla mnie, ale i tak potrafię docenić sprawność języka i dosyć sugestywnie opisane zapachowe odczucia bohatera. Do poprawienia:

jak by w metrze

jakby – razem

Tylko nie "Tęcza"!

Niezły tekst. Przyzwoite wykonanie, fajny klimat. 

Dzięki za komentarze.

@ Tensza:

w tym wypadku rozdzielnie:

“Ciekawe, jak by w metrze pachniała wieprzowina?” można zamienić na “Ciekawe, jak w metrze by pachniała wieprzowina?”, żeby mniej kłuło w oczy.

 

"Białka były czerwone, a źrenice większe niż całe oczodoły"

Klimatyczne, plastyczne opowiadanie. Choć klimaty nie moje, a i zaskoczenia nie było, to wciągnęło.

Dodaj tagi, upewnij się, że wstawiłeś pokazowy fragmencik i daj znać – to przyklepie Bibliotekę.

Pozdrawiam

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Dodałem, daję, dzięki.

*czymkolwiek jest biblioteka :)

"Białka były czerwone, a źrenice większe niż całe oczodoły"

Sprawnie napisane, ciekawy pomysł. Nie moje klimaty, ale i tak patrzę na warsztat, który u Ciebie, jest na dobrym poziomie.

"Wszyscy jesteśmy zwierzętami, które chcą przejść na drugą stronę ulicy, tylko coś, czego nie zauważyliśmy, rozjeżdża nas w połowie drogi." - Philip K. Dick

Dobry horror.

Niezły tekst.  Na plus trzeba zaliczyć konsekwentny nastrój i udane – celne w zgryźliwości – opisy.  Za to zupełnie nie kupuję metody wyrwania tego ludka: bohater nie ma pewności, jak zareaguje zaczepiony typ – a rzecz się przecież dzieje w metrze, ludzie, kamery oraz cieć, a nadto trzeba wejść po schodach i przejść przez bramkę, nie mówiąc o spacerku przez Warszawę w takim dość nienaturalnym układzie. 

Wydaje mi się, że lepiej byłoby zatem przeorganizować scenkę i umieścić ją nie w metrze, a na jakimś zadupiu.

I po co to było?

@syf.: Niestety (bardzo niestety) akt agresji wobec drugiej osoby w tłumie zazwyczaj jest ignorowany. Tym bardziej ignorowany, im więcej ludzi. Lubię “testować” opisywane sytuacje, dlatego kilka razy dzisiaj w metrze, na bramkach i na peronie szturchnąłem osoby przede mną. Nie tylko nie zareagował nikt postronny, ale same “tknięte” osoby rzuciły “przepraszam” i dalej mnie ignorowały.

"Białka były czerwone, a źrenice większe niż całe oczodoły"

Tekścik sugestywny w swojej narracji, ale daleki jestem od zachwytu. Nie moje klimaty – chyba nigdy nie będę potrafił docenić tego typu prozy :) Nie można wszak odmówić opowiadaniu pewnej oryginalności – “pewnej”, bo i podobne teksty czytałem, “oryginalności”, bo zbyt wiele ich nie było. Wiem też, że niełatwo napisać tego typu historię tak, by była napisana dobrze. A tutaj się udało.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Mocne, przesiąknięte smrodkiem, ale… Co, sama opowiastka dotyczy tylko kompulsywnego pragnienia poczucia tego mięsnego fetorku? Ciut naciągane, za to dobrze zrobione.

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nie przemówiło do mnie. Może dlatego, że zapach wieprzowiny mnie nie pociąga. Ani w metrze, ani poza nim.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka