- Opowiadanie: zygfryd89 - Odcienie bieli, część 5 z 9

Odcienie bieli, część 5 z 9

Oceny

Odcienie bieli, część 5 z 9

Rozdział 23

Leśne zjawy

 

– Żyje tam potwór – oznajmił Martiv Sqon, gdy Lydia zapytała go o tajemnice jeziora Grenie. – Podobna krakenowi poczwara, która porywa nieszczęśników w głębiny. Pani się jednak nie martwi, ten problem już wkrótce zostanie zażegnany – uspokoił z uśmiechem, który uwydatnił na jego twarzy pajęczynę zmarszczek.

Lydia nie dowierzała staruszkowi, odnotowała jednak kolejny powód, dla którego lepiej trzymać się z daleka od jeziora. Śmierć przez utonięcie, dodatkowo w uścisku bestii. Wzdrygnęła się.

Stali przed sklepem, czekając na otwarcie. Wczoraj lokal był zamknięty z powodu dwóch odbywających się w Grenie pogrzebów. Lydia nie potrafiła sobie przypomnieć, by za jej życia wydarzyła się podobna tragedia.

Ceremonie odbyły się z dwugodzinnym odstępem, co kosztowało wiele wysiłku rodzinę Slantów. Rost nie chciał się zgodzić, by panią Onelię chowano w tym samym dniu co jego córkę.

– Powinni wrzucić tę starą kurwę do rzeki – powiedział Lydii w przypływie złości.

Staruszkę pochowano z samego rana. Na pogrzebie zjawiło się ledwie kilkanaście osób. Czy właśnie w takich okolicznościach żegnano inne osoby, które zapisały czarne karty historii Grenie? Takie jak Cole Fortel czy Hart Mesten? Splugawione dusze – jak zwykł mawiać jej ojciec. A co ze Szwendaczem? On nie doczekał się nawet pogrzebu. Co właściwie zrobiono z jego ciałem? Oprócz rodziny Onelii zjawili się głównie starsi mieszkańcy – Gloria Efetn, Martiv Sqon, Sobier Trast czy Ludlow Ox. Pojawiła się również Kaite Alwen i oczywiście Lydia. Wszystko odbyło się bardzo szybko. Nawet ksiądz wyraźnie nie miał ochoty rozczulać się nad morderczynią.

Pogrzeb Esteli zgromadził z kolei całą wioskę. Ceremonia była długa i na swój smutny sposób piękna, nawet śnieg przestał wówczas padać.

Tego dnia Rost, który od śmierci córki postarzał się o kilka lat, osiągnął apogeum rozpaczy. Lydia próbowała go wspierać, lecz nie odniosła żadnych sukcesów. Świat wójta nagle ograniczył się do policyjnego dochodzenia i obrazu, który przytargał z piwnicy i zawiesił w salonie.

– Piękny prawda? – spytał dzień po śmierci córki, po długim wpatrywaniu się w dzieło. – Przedstawia szczęśliwych mieszkańców. Wiesz, że przypomniał mi niedawny sen? Niebywałe, prawda? W tym śnie widziałem naszą dzisiejszą osadę, w której wszyscy byli szczęśliwi. W tym śnie moja córka żyła. – Znów zapadł w swój przedziwny letarg – stan, w którym wydawało się, że jego dusza nagle opuściła ciało. Niespodziewanie znów przemówił, cedząc dwa krótkie słowa: – Sprytni są.

– Kto jest sprytny? – spytała zaniepokojona.

– Moi wrogowie. I ci, którzy ich wspierają. – Spojrzał na nią zaczerwienionymi oczyma, jakby nagle dokonał niezwykłego odkrycia. – Tylko ta biała bestia mi pomogła. Mój obrońca. Anioł stróż.

Lydia nie sądziła, by zwierzę, które rozszarpało staruszkę na strzępy, mogło być czyimkolwiek aniołem stróżem.

Zgon Onelii przysporzył policji nie lada problemów. Dwadzieścioro czworo świadków widziało podobną lwu bestię, która rzuciła się na kobietę. Policjanci, słysząc te słowa, łapali się za głowy. Poproszono o ekspertyzę zoologa, który uznał, że kobieta została zagryziona przez wilka.

– Śnieg sprawił, że wydawał się biały. A może był to wilk albinos? – domniemywał policjant, który przekazywał im informacje o toczącym się dochodzeniu.

Wilki nie podchodzą tak blisko ludzkich osad.

W sprawie Esteli orzeczono, że zgon nastąpił w wyniku zatrucia wywarem z konwalii.

– Straszny pech – stwierdził ten sam policjant, zwracając się do Rosta. – Gdyby to pan wypił tę substancję, skończyłoby się na zwykłym zatruciu, a nie na śmierci.

Zabezpieczono ślady obecności Onelii w posiadłości Alitonów, a w jej domu znaleziono kocioł trucizny, więc sprawa stała się oczywista. To staruszka otruła dziewczynę.

O Grenie znów zrobiło się głośno w całej Astarii. Reporterzy niczym namolne muchy krążyli po całej wiosce, co rusz zaczepiając jakiegoś mieszkańca.

– Nic nie zwiastowało tragedii, ale wie ktoś, co siedzi w ludzkich głowach? – zapytała cały kraj Maria Holbes.

– Onelia to takie dobre dziecko – stwierdziła zawzięcie Tyana Efetn.

– Znałam ją od zawsze i nie wierzę w to, co się stało – dodała córka seniorki.

– Mieszkam tu od niedawna, lecz w tym okresie poznałam więcej dobrych ludzi niż przez resztę życia. To niepojęte – rzekła Suzan Orchid.

Gdy tylko Lydia dostrzegała wędrującego po Grenie reportera, uciekała jak najdalej. Wszystko to wydawało jej się bezcelowe. Ludzie z południa nie odkryją prawdy, ale ja mogę to zrobić.

Kiedyś, trzy miesiące temu lub jak to woli przed siedemdziesięcioma milionami lat, nie dawało jej spać ciche skamlenie. Mieszkała wówczas w koronie monstrualnego miłorzębu, skąd miała doskonały widok na całą okolice. Widziała lasy, równiny i rzeki meandrujące w taki niezwykły sposób, że w świetle zachodzącego słońca przypominały skomplikowany układ krwionośny. Skamlenie – cicha, pisząca, nieprzerwana symfonia jakiejś leśnej zjawy – pojawiało się za każdym razem, gdy próbowała zasnąć. Noc w noc. Doprowadzało ją to do szału. Pewnego dnia zdenerwowała się do tego stopnia, że nie zważając na niebezpieczeństwo, rozpoczęła poszukiwania. Rozwiązała tajemnicę. Odkryła małego dinozaura zakleszczonego w wystających z ziemi korzeniach. Wyjęła nóż, który lata temu zrobiła z kamienia, i uwolniła zwierzę. Gdyby była to historia opowiedziana przez jej babcię, kiedy zwierzę by urosło, woziłoby Lydię na grzbiecie i chronił przed innymi drapieżnikami. To była jednak historia z czerwonej książki, w związku z tym dinozaur po uwolnieniu odgryzł jej trzy palce. Mimo to Lydia była z siebie zadowolona. Zatamowała krwawienie, odkaziła ranę i poszła spać.

– Zabiję tę potworę osobiście – przekonywał Martiv Sqon.

– Dobrze by było. Życzę powodzenia – rzuciła nieprzekonana Lydia, wchodząc do sklepu. Może powinnam mu udzielić wskazówek, jak się postępuje z niebezpiecznymi bestiami?

Od kilku dni w Grenie utrzymywała się dodatnia temperatura, która skutecznie zwalczała wszelki śnieg, lecz niebo pokrywały szare chmury, świetnie komponujące się z nastrojami mieszkańców. Gdy wracała do domu, zaczął padać lekki deszcz. Wielki pies szczekał zza żywopłotu otaczającego dom Bernartów, powodując u Lydii podwójny strach. Był to czarny doberman, wyglądający jak pupil samego diabła. Podobno nawet Bernart bał się tego zwierzęcia, w związku z czym rzadko spuszczano je z łańcucha. Psem zajmowała się żona rybaka.

Lydia dostrzegła otwartą bramę. Byle był uwiązany – prosiła. Ze strachu przeszła na drugą stronę ulicy. To musi dziwnie wyglądać, lecz wolę dożyć kolejnego dnia. Na szczęście dla niej pies miał u szyi łańcuch, i Lydia bezpiecznie dotarła do domu, gdzie zaczęła szykować się do wyjazdu.

Resztę dnia spędziła w pracy.

Gdy opuściła budynek szkoły, nad Astarnort zapadał zmrok. Dni stawały się coraz krótsze, i Lydia zatęskniła za minionym latem. Miasto przeciwstawiło się ciemności, rozświetlając szeregi ulicznych latarni. Ich blask powoli przybierał na sile, przez co przypominały dziesiątki niewielkich, wschodzących słońc.

W świetle tym ujrzała znajomą postać. Ulicą szła Maya Nadaj. Gdy kobieta dostrzegła grupę mieszkańców Grenie, odwróciła głowę i przyspieszyła kroku. Poza Lydią, nikt jej nie rozpoznał. Pięć minut do odjazdu autobusu. Zdążę. Pobiegła w jej kierunku.

– Czego chcesz? – rzuciła zawstydzona, gdy Lydia przybliżyła się na odległość wyciągniętej ręki. Kobieta niosła olbrzymią siatkę wypełnioną zakupami, którą zakryła się w dziwnym odruchu. Przyspieszyła kroku.

– Chciałabym porozmawiać o człowieku, który kupił od pani dom. Co wie pani na jego temat?

Maya przestała uciekać. Wie, że nie chcę jej oskarżać.

Usiadły na ławce.

– Lepiej trzymaj się od niego z daleka, dziecko. To bardzo niebezpieczny człowiek. Jeśli mu się narazisz, skończysz jak ja albo jeszcze gorzej.

– Niebezpieczny? W jakim sensie?

Maya zaczęła się trząść.

– Zmusił mnie – wydukała. – Zmusił mnie do sprzedaży domu, a teraz wszyscy myślą, że nie szanuję woli męża.

– Zmusił? W jaki sposób?

– On… robił różne… magiczne rzeczy. To jakiś czarnoksiężnik. Przez niego zginęły jaki. Musiałam uciekać.

Zginęły? Po co miałby zabijał zwierzęta, skoro mógł je sprzedać?

– To więc za jego sprawką opuściła pani dom? Dlaczego tak bardzo chciał się wprowadzić?

– Nie wiem. Nie widziałam go od tamtej pory. Sam odesłał mi rzeczy. Meble, dywany, wszystko mi odesłał.

Chciała zapytać, co takiego właściwie uczynił jej Sawion Dorem, lecz nie miała serca. Maya była tak przerażona, że Lydia bała się, iż kobieta straci przytomność lub stanie się coś jeszcze gorszego.

– Rozumiem – powiedziała spokojnym tonem.

 – Co tam się tam u nas dzieje? – spytała. – Słyszałam straszne rzeczy, a nie mam odwagi przyjechać. Czy to prawda, że Onelia otruła córkę wójta?

– Tak, wiem, że to nieprawdopodobne. – Wszystko co złe zaczęło się od czasu przyjazdu naszego nowego sąsiada. – Nawet bardzo nieprawdopodobne. Myślę, że to te magiczne rzeczy, o których pani wspomniała. Niech się pani cieszy, że już nie mieszka w Grenie. – Maya pokiwała głową w geście zrozumienia. – Powodzi się tu pani? – spytała Lydia po chwili milczenia.

– Tak, znów pracuję w szpitalu. Wciąż mam tam kilka znajomości, więc powrót nie był trudny.

Autobus do Grenie wyłonił się z półmroku i przejechał obok kobiet.

O kurwa. Osiemnaście kilometrów piechotą. Znowu. A może…

Pożegnała się z Mayą w ułamku sekundy i pobiegła za autobusem. Tak szybko machała rękami, że przypominała indyjską boginię Kali, czym skupiała na sobie uwagę nie tylko całego autobusu, ale również połowy miasta. Kierowca wyraźnie nie był zadowolony, że musiał na nią zaczekać.

Cały wieczór spędziła z Rostem. W milczeniu oglądali film, podczas którego mężczyzna zasnął. Czekała na ten moment. Po cichutku opuściła salon i skierowała się do wyjścia.

Jesienny chłód uderzył w nią gwałtownie, gdy tylko przekroczyła próg domu. Zbliża się kolejne ochłodzenie. Krocząc ciemną, opuszczoną ulicą, raz po raz spoglądała w okna sąsiednich domów. Wielka sylwetka Oxa krążyła po kuchni w poszukiwaniu jedzenia. U Bernartów zgasły światła, lecz nie zanosiło się, by szczekający w ogrodzie pies dał im zasnąć. W jednym z okien domu Wolronów dostrzegła ciemną sylwetkę, lecz nie potrafiła rozpoznać, który to z braci.

Przekroczyła granicę lasu i szybko ujrzała skrytą wśród drzew posiadłość Sawiona Dorema. Przemalował dom na czerwony kolor – dostrzegła pomimo ciemności. Okropność.

Ostrożnie zmierzała w kierunku budowli. Co ciekawe, nie bała się. Choć odczuwała strach przed żywopłotami, ciemnymi piwnicami i innymi równie dziwnymi rzeczami, nocna konfrontacja z wyjątkowo niebezpiecznym człowiekiem nie budziła w niej żadnych emocji. Poza ciekawością.

Potknęła się o coś i upadła na ziemię z takim hukiem, że z pewnością przebudziła połowę wioski. Szybko zerwała się na nogi i doczłapała do okna.

Spojrzała do wnętrza domu i ujrzała gołe ściany. Pomieszczenie było zupełnie puste. Jak człowiek może żyć w takich warunkach?

Podeszła do drugiego okna. To samo. Dostrzegła jedynie ślady po wyniesionych meblach i zdjętych obrazach. Zaczęła się niepokoić. Być może jeszcze nie zdążył się wprowadzić – oszukiwała samą siebie. Być może mieszka na piętrze.

Zrobiła kilka kroków i zajrzała przez kolejne okno.

Sawion Dorem stał w pustym pokoju i spoglądał prosto na nią. Lydia odwróciła się i zaczęła uciekać, lecz upadła ponownie. Po chwili mężczyzna pojawił się tuż przy niej, wyciągnął rękę i pomógł wstać.

– Odwiedziny gości to zawsze miłe doświadczenie – gdy mówił z jego ust wydobywała się para, przyjmująca rozmaite kształty – lecz uprzednie zapowiedzenie oraz dzienna pora z pewnością czynią je jeszcze milszymi.

– Przyszłam, by szczerze porozmawiać – oznajmiła. – Kim pan jest? W jakim celu się pan tu wprowadził? Czemu wygonił pan Mayę Nadaj?

– Patrząc na złe rzeczy, których doświadcza wioska, uważam, iż postąpiłem słusznie, wpływając na przeprowadzkę poprzedniej lokatorki tego tu dobytku.

W tym akurat może mieć rację. Rozmowa z tym człowiekiem była dziwnym przeżyciem. Lydia spojrzała mu w oczy i od razu zorientowała się, że nic nie wskóra. Mimo to próbowała.

– Nie nazywa się pan Sawion Dorem, prawda?

To go wyraźnie zaskoczyło.

– Kto tak twierdzi? – zapytał niepewnie.

– Człowiek z kuszą. Ten, który towarzyszy Temu Który Rozdziela.

– Ależ skomplikowane nazewnictwo. Nie łatwiej nazwać się Sawion Dorem? – zażartował. Lydia po raz pierwszy zobaczyła, jak się uśmiecha, lecz nawet w tym uśmiechu było coś gorzkiego. – Czy ten człowiek z kuszą wyjawił swe imię? Czy czasem nie brzmiało ono Krisof?

– Nie. W ogóle mało mówił. Głównie strzelał.

– Młody człowiek o jasnych włosach?

– Tak.

Sawion zadumał się na chwilę.

– To mógłby być Krisof, gdyby nie fakt, że od dawna nie żyje. Jego śmierć… – nie dokończył. Zamyślił się ponownie, krzywiąc usta w dziwnym grymasie. – Chce pani wejść do środka? Nie ma tam zbyt wielu wygód, lecz lepsze to niż jesienny chłód.

– Nie – ucięła. – Kim jest ten Krisof?

– Nikim wielkim, choć wielu go za takiego uważało. Zrobił coś nieważnego. Coś, co dało ludziom tylko złudną nadzieję – powiedział ze smutkiem. – Nie chcę już o nim rozmawiać. Jest zimno, więc proszę się pospieszyć. O co chce mnie pani zapytać?

– O pana imię.

– Sawion Dorem. Coś jeszcze?

– Dlaczego pana dom jest pusty?

– Nie przywykłem do wygód. Czułbym się wśród nich nieswojo. Coś jeszcze?

Miała pustkę w głowie. I tak nic mi nie powie.

– Wdziałam wieżę – rzuciła na odchodne. – I dowiem się prawdy.

– Ja widziałem zamek – odparł Sawion. – I wciąż nie wiem, czym jest ta prawda.

– Jaki zamek?! – wykrzyczała, lecz on nie odpowiedział. Odszedł. 

 Gdy wracała do domu, cała ulica pogrążona była we śnie. Idealną ciszę przerwało nagle niskie warczenie. Dobywało się z kierunku jej domu.

Pies Bernarta. O ja pierdolę. Stanęła jak wryta. I co teraz? Może Krisof Kusznik zjawi się ze swoją kuszą, by mnie uratować? Akurat.

Złudna nadzieja.

Zastanowiła się, w którą stronę powinna uciekać. Odgłos dobiegał z tyłu jej domu. Zerwała się do biegu, rzuciła ku drzwiom, wpadła do środka i zamknęła zamek na dwa spusty. Następnie wyruszyła na poszukiwania pistoletu.

Uzbrojona, zbliżyła się do okna. Gdzie jesteś, czarny potworze?

Coś wbiegło do piwnicy, głośno hałasując. Lydia nie miała pojęcia, w jaki sposób to coś tego dokonało. Piwnica, Boże, dlaczego?

Odgłosy umilkły. Lydia wyobraziła sobie zastygłego w bezruchu dobermana, który czeka na nią w ciemności. Czeka, by otworzyła drzwi, świecąc swoimi małymi oczkami.

Wyciągnęła broń i skierowała się ku schodom. A jeśli to nie pies? Może to Cole Fortel wrócił z zaświatów, by zagrać w swoją upiorną ruletkę? Zapaliła światło.

Chłopiec czmychnął błyskawicznie, przeciskając się przez piwniczne okno. W ręku trzymał słoik z przetworami. Kompot z jabłek. Nie wiedziałam, że wilki lubią jabłka.

Policjanci, którzy krążyli po Grenie, dostali nowe zadanie. Każdej nocy czekali w domu Lydii na wychowanka Szwendacza. Nie dało to rezultatu, więc najsprytniejszy z nich zbudował pułapkę.

– Gdy chłopiec wróci po jedzenie, proszę z zewnątrz przeciąć linkę.  Zostanie wtedy uwięziony w środku – poinstruował ją policjant.

Lydia spojrzała na niego z politowaniem, lecz nie odezwała się ani słowem. Przynajmniej posprzątali mi piwnicę.

Przypomniała sobie, że już od jakiegoś czasu ginęły jej różne przetwory. Musiał przychodzić pożywiać się od dawna. Jednak wilki podchodzą blisko ludzkich osad.

 

 

Rozdział 24

Zaginiony skarb Rudobrodego Łupieżcy

 

Tamtego dnia ośmioletni Artur stanął na szczycie kamieniołomu, przekonany, że wreszcie odnalazł skarb.

Mylił się. W miejscu, gdzie las ginął nagle, przeradzając się w kilkumetrowe urwisko, dostrzegł leżącą na ziemi kartkę. Był rozczarowany. Kolejna wskazówka.

Instrukcja pozostawiona przez brata brzmiała niedorzecznie:

 

Osiem kroków do przodu i trzy do tyłu.

 

Głupota – doszedł do wniosku. Jak mam zrobić osiem kroków? Tam jest przepaść.

Bawili się w piratów. Wraz z Kaiem mieli podążać za wskazówkami pozostawionymi przez Marca, aż dotrą do skarbu. Artur wyprzedził przyjaciela i dotarł na miejsce jako pierwszy.

Ponownie spojrzał w dół i złapał się pobliskiego pnia, gdyż zakręciło mu się w głowie. Nie miał szansy zejść w tym miejscu.

– Niegdyś te pagórki były wysokimi górami, następnie, wiele lat później, skuł je lód – opowiedział mu kiedyś tata.

Wapienie, z których zbudowane było wzgórze, na początku lat sześćdziesiątych stały się przedmiotem eksploatacji. Pewnie do dziś znikłoby pół góry, gdyby nie seria śmiertelnych wypadków wśród pracowników kamieniołomu. W latach siedemdziesiątych obiekt porzucono. Pozostała po nim jedynie ta skalna ściana – widziana z góry tworzyła kształt półksiężyca, zupełnie jakby we wzgórze wgryzł się olbrzym – i zarośnięta, zapomniana ścieżka, którą dojeżdżano z Grenie.

Osiem kroków do przodu i trzy do tyłu. Niby jak? Czy Marc sobie żartuje? To na pewno jakaś pułapka.

Kai wypadł z lasu i zaczął kroczyć ścieżką, prowadzącą na szczyt kamieniołomu.

– Masz skarb? – spytał zdyszany, gdy stanął koło Artura.

– Nie, spójrz, to bez sensu. Koniec gry! Zmiana! Teraz ja chcę być piratem! – zawołał, przeczuwając, że jego brat gdzieś tam jest. Rzeczywiście, Marc wyszedł z lasu i stanął na dnie dawnego wyrobiska.

– Nie nadajesz się na pirata! – zawołał, by go sprowokować. – Nie rozwiązałeś nawet tej prostej zagadki. Jak chcesz znaleźć skarb?

– Nieprawda. Nadaję się!

– Pirat jest bezwzględny – dodał Kai. – Topi ludzi w morzu.

– Nie mamy tu morza – stwierdził bezradnie.

Kai posłał Arturowi zrezygnowane spojrzenie. Wrócił na ścieżkę, zszedł na dół, podszedł do skalnej ściany i odmierzył pięć kroków. Podniósł kamień i wyjął czekoladę.

To rzeczywiście było proste. Gniew i rozczarowanie minęły szybko, gdyż Kai podzielił tabliczkę na trzy części i rozdał przyjaciołom. Usiedli na wapiennych głazach i zajadali się w milczeniu.

Siedem lat później Artur Wolron stał się świadkiem najprawdziwszej morskiej bitwy.

Galeon „Niepokorność” pod dowództwem osławionego Kaia Slanta dokonywał właśnie abordażu na okręt pedagogicznych przekonań nauczyciela fizyki. Obaj kapitanowie stanęli naprzeciw siebie, rozpoczynając szermierkę słowną.

Stary fizyk rzeczywiście wygląda jak pirat – zdał sobie sprawę. Był stary, barczysty, brakowało mu ręki. Szkoda, ze ma protezę zamiast haka. A ta broda! Mógłby ją podpalać, by budzić grozę w swych wrogach. Nawet chodzi jak kuternoga.

Nauczyciel stracił rękę podczas wykonywania jakiegoś eksperymentu  lata temu. Od tamtego czasu stał się niesłychanie wredny. Nikt nie śmiał mu podskakiwać, nawet Rafn odnosił się do niego z grzecznością.

Nikt oprócz Kaia. Chłopak kłócił się z nim zawzięcie o wyniki ostatniego sprawdzianu, jakby zależał od nich los całego Nowego Świata. Ten awanturnik ściągnie nas wszystkich na dno.

Napotkał spojrzenie Letycii i dostrzegł dezaprobatę w jej spojrzeniu. Złapała się teatralnie za głowę. Artur uśmiechnąłby się, gdy wciąż potrafił. Zamiast tego odpowiedział identycznym gestem, czym rozśmieszył dziewczynę.

Letycia w ostatnich dniach bardzo się otworzyła. Wciąż nie cierpiała Grenie, a wypadki z domu Alitonów wywołały u niej atak silnej paniki, lecz wszystkie te okropne wydarzenia bardzo ich do siebie zbliżyły. Pomiędzy nią a Arturem nawiązało się niezwykłe porozumienie, podobne do tego, jakie łączyło go z Estelą. Z tą różnicą, że Letycia była wolna. I wciąż żyła.

Muszę zacząć się do niej uśmiechać. Poćwiczę dziś przed lustrem.

Gwałtowny ryk fizyka przywołał go ze świata marzeń. Ryczy jak kapitan, by podnieść morale załogi. Hej, kamraci! Po złoto, po chwałę!

Gdyby mieli szable, byłoby ciekawiej.

Fizyk ryczał coraz głośniej. Jego głos mógłby przywoływać morskie potwory. Może powinienem zapoznać go z Martivem Sqonem? Nagle nauczyciel skierował swój gniew na resztę klasy. Wszyscy spuścili głowy, a najchętniej schowaliby się pod ławkami. Artur poczuł, że to niesprawiedliwe. Najbardziej jednak przeszkadzał mu ten ryk. Dajcie mi nóż, a szybko się to skończy.

– Masz nóż? – spytał Edrika, małego okularnika, siedzącego za nim.

– Nóż? Po co ci?

– By usunąć brud… spod paznokci.

Zastanowił się, co by było, gdyby wyszedł na środek sali i wbił ostrze w fizyka. Czy stałbym się bohaterem jak Kai?

Starcie zakończyło się pomyślenie dla jego przyjaciela. Nauczyciel przyznał się do błędu. Wszyscy byli zdumieni, nawet Artur. Jebany czarodziej. Ja nie potrafiłem zmusić siostry do zjedzenia obiadu. Wolała jeść słodycze. Dlatego kupiłem jej wtedy czekoladę.

Ukrył twarz w dłoniach.

Po lekcji fizyki Artur zszedł do szatni. Rzędy szafek tworzyły tu przedziwny labirynt ciągnący się przez całą długość piwnic. Czy to miejsce zaprojektowano, by ułatwić życie szkolnym prześladowcom? – zastanowił się w chwili, gdy Rafn niczym Minotaur wyłonił się zza zakrętu.

Przez ostatnie dni dręczyciel nie miał sposobności go zaczepić. Za każdym razem, gdy się do tego przymierzał, pojawiał się Kai. Chroni mnie, choć nie kazałem mu tego robić. Prawdę mówiąc, spodziewał się ujrzeć przyjaciela wyłaniającego się ze schodów niczym okręt zza horyzontu, lecz nic takiego nie nastąpiło. Pewnie zabawia nową przyjaciółkę, opowiadając swe awanturnicze przygody.

Rafn chwycił go za włosy i rzucił na ścianę. Z nosa Artura pociekła krew.

– Znów mi nie zapłaciłeś – stwierdził, poruszając jego głową w rytm własnych słów. Zwolnił uścisk, w wyniku czego chłopiec upadł na podłogę. – Teraz to będzie pięćdziesiąt astrów.

Czy on myśli, że pieniądze rosną na drzewach?

I nagle wpadł na pomysł tak obłędny, że ucieszył się z tego, iż nie potrafi się uśmiechać. Wielki uśmiech na jego twarzy zepsułby wszystko.

– Mogę dać ci dużo więcej niż pięćdziesiąt astrów – stwierdził poważnym głosem.

– Naprawdę? Ile? – Perspektywa większej kwoty wyraźnie przypadła mu do gustu.

– Słyszałeś kiedyś o zaginionym skarbie Rudobrodego Łupieżcy?

Z otwartymi ze zdumienia ustami Rafn pokiwał przecząco głową.

– Rudobrody Łupieżca był osławionym piratem, który w siedemnastym wieku łupił Pierwszą Osadę. Jego legendarne bogactwa ukryte są gdzieś w Grenie. Mój dziadek wpadł na ich trop, lecz umarł, nim zdążył je znaleźć. Następnie szukaliśmy ich z ojcem, a po jego śmierci kontynuowałem dzieło samotnie. Odkryłem ten skarb, wiem, gdzie się znajduje. Możemy tam popłynąć i się nim podzielić. To powinno ci starczyć do końca szkoły.

– Dlaczego sam nie popłyniesz? Możesz mi przynieść moją połowę.

– Sam nie udźwignę tych bogactw.

Rafn zaczął intensywnie myśleć, co w jego przypadku wyglądało przekomicznie.

– Jeśli to ściema, to cię zapierdolę. Obiecuję, że cię zapierdolę. Nie wrócisz żywy. Gdzie dokładnie jest ten skarb?

Za ich plecami stanęła grupka młodszych uczniów, w związku z czym Artur kazał mu się przybliżyć.

– Na wyspie jeziora Grenie – wyszeptał. – Możemy tam popłynąć nawet dziś w nocy. Weź dużą torbę i zjaw się w Grenie. Broń Boże nie korzystaj z autobusu! Twoja obecność zainteresuje innych i będziemy musieli się dzielić skarbem. Idź pieszo wzdłuż rzeki, a gdy zobaczysz niewielką przystań, zaczekaj tam na mnie. Wiem, że to spory dystans, zważywszy na twoją kontuzję, ale wierzę, że dasz radę. Bądź na tej przystani o północy. Stamtąd wyruszymy nad jezioro. Pamiętaj o dużej torbie.

– Dobrze, ale jeśli to jakaś ściema, tak ci wpierdolę, że cię rodzona matka nie pozna.

Do tego nie potrzeba twoich pięści.

Wracając do domu, Artur obserwował przydrożną część lasu. Nie widać stąd rzeki. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, nikt go nie zauważy. Choć pewnie i tak ten debil przyjdzie drogą astarnocką.

– Może gdzieś się dziś przejdziemy – zaproponował wszystkim, lecz wpatrywał się w siedzącą naprzeciwko Letycię.

– Odpada, dziś jedziemy z rodzicami w odwiedziny do cioci – stwierdził smutno Kai.

– Pójdę więc z Letycią, skoro wy nie możecie.

Kai najwyraźniej chciał coś powiedzieć, lecz w ostatniej chwili ugryzł się w język.

– Niech będzie – zgodziła się dziewczyna.

– Może Pierwsza Osada? – zaproponował.

– Jest tam coś interesującego? – zapytała bez przekonania.

– Zobaczysz.

– W lesie grasuje potwór – ostrzegł ich Kai. – Chodzenie po nim nie wydaje się najlepszym pomysłem.

Wnuczka Sqona natychmiast pobladła.

– Daj spokój, co to za potwór, który chroni ludzi, zamiast ich zabijać? – zapytał Artur. – Raczej obrońca.

Elia spojrzała na niego z takim wyrzutem, że szybko musiał skorygować swoje słowa.

– Może lepiej przyjdź do mnie do domu – zaproponowała Letycia po chwili namysłu. – Nie ma w nim potworów, tylko mój dziadek, niezbyt groźny, jak wiecie.

Spędzili wspólnie cały dzień.

Przepraszam, Kai – pomyślał, starając się wzbudzić w sobie wyrzuty sumienia. Bezskutecznie.

– Kai dzisiaj się trochę popisywał, nie sądzisz? – zapytała, gdy siedzieli razem w domu dziewczyny.

Dzisiaj? On się popisuje całe życie.

Spojrzał jej w oczy i doszedł do wniosku, że dziewczyna jest naprawdę ładna. Nie tak ładna i nie tak zabawna jak Estela. Ale ona mnie nie chciała. Wolała mojego kurewsko idealnego brata, który zniszczył jej życie. Niech jej ziemia lekką będzie.

– Kai ma swój świat – oświadczył dyplomatycznie. – Jest niepokorny… ale to dobry chłopak.

– No nie wiem, on jest jakiś dziwny.

Każdy jest dziwny na swój sposób.

Były to najwspanialsze chwile, jakie przeżył od dawna. Opowiedział dziewczynie o zagadkowej historii Pierwszej Osady, lecz widząc rosnące w jej oczach przerażenie, nie skończył wymieniać wszystkich makabrycznych teorii. Zaczął więc opowiadać historię Grenie, lecz skutek był podobny. Później namalowali obraz, który miał skutecznie zniechęcić jej dziadka do samobójczej misji. Przedstawiał Martiva Sqona pożartego przez wielką rybę. Wyszedł świetnie, gdyż oboje mieli talent plastyczny. Artur nie dowiedział się, czy ich praca odniosła zamierzony skutek, gdyż staruszek gdzieś przepadł. Najwyraźniej chciał zostawić ich samych. Albo wyruszył nad jezioro i czyha tam na potwora. Oby tylko wrócił przed północą. Nie chcę się z nim dzielić skarbem.

Jeszcze przed zmrokiem wyszli na spacer. Największą przyjemność sprawiły mu zaciekawione spojrzenia mieszkańców, zwłaszcza Marii Holbes, która szybko pobiegła rozpuścić nowe plotki. Niech mówią. Niech wiedzą, że największa pierdoła Grenie spotyka się z dziewczyną, podczas gdy Kai-o-jakże-zajebisty popija teraz herbatkę ze swoją ciotką.

Gdy tylko zrobiło się trochę ciemno, dziewczyna natychmiast skierowała się w kierunku domu. Czy ona musi się bać każdego cienia? Odprowadził ją pod same drzwi.

– Dziękuję – powiedziała, odsłaniając białe ząbki. – Fajny z ciebie chłopak, powinieneś jednak częściej się uśmiechać.

Poćwiczę.

Późnym wieczorem stanął przed lustrem. W domu Wolronów wisiało ono w kuchni, tuż nad miską, która pełniła funkcję umywalki. Na powierzchni szkła widać było wiele drobnych pęknięć.

Chciał się uśmiechnąć, lecz jego twarz spowił paskudny grymas.

Nie potrafię.

Marc już spał. Ciche chrapanie z pokoju rozchodziło się po pustym domu.

Miejsce, w którym spędził całe życie, stało się dla Artura tak bolesne, że nienawidził tu przebywać. Być może jeśli Sqona zabije ten kraken, przeprowadzę się do Letycii. Będę się nią opiekował.

Spróbował ponownie. Grymas był tak przerażający, że przestraszył się samego siebie.

Jeśli nie potrafię się uśmiechnąć, może sprawię sobie uśmiech?

Poszedł do pokoju rodzeństwa. Marc spał obrócony twarzą do ściany. Artur cichutko wyjął różową książkę, a także kredki, którymi Asper rysowała przed śmiercią. Wrócił przed lustro. Otwarł i wyrwał pierwszą kartkę. „PAMIĘTNIK ASPER WOLRON” – głosiły litery. Odwrócił na drugą stronę.

Zaczął rysować.

Gdy skończył, wyciął swe dzieło, zrobił dziurki, w które wsadził gumki, i założył na twarz.

Rysunek przestawiał uśmiechnięte usta, pomiędzy którym lśniły równiutkie zęby. Uśmiech był nienaturalnie duży, lecz bardzo piękny. Artur miał w końcu talent plastyczny. Maska zajmowała całą dolną część twarzy i kończyła się tuż przed nosem.

Spójrz, tato! Uśmiecham się. Życie tak mnie skrzywdziło, lecz ja się uśmiecham, choć tego nie potrafię. To czary! Spójrz, Asper! Uśmiecham się! Spójrz, wujku, ty się uśmiechałeś, gdy krzywdziłeś naszą rodzinę, a teraz ja to robię, a ty nie żyjesz. Zginąłeś, gdyż jestem panem życia i śmierci! Jestem grenijskim Bogiem.

Pół godziny przed północą wybrał się nad rzekę. Stanął na końcu pomostu, wypatrując Rafna. Czekał ponad godzinę, przekonany, że chłopak się zjawi.

Noc była ciemna i zimna. Wody rzeki Grenie przybrały czarny kolor, przypominając groźną, pędzącą ku północy nicość. Poczuł lekki strach. Jezioro będzie jeszcze bardziej przerażające.

Rafn wyłonił się z lasu niczym duch. Kroczył niepewnie, a w ręce trzymał torbę tak wielką, że zapakowałby w nią połowę majątku Astarii.

– No dobra – zdyszany, rzucił bagaż na ziemię – gdzie łódki?

– Chcesz płynąć pod prąd? Musimy iść nad jezioro, tam czekają na nas łodzie.

– Nie pierdol, noga mnie boli – rzucił żałośnie. – Ledwo tu doczłapałem.

– Wykurujesz się po wszystkim, chodź. – Poprowadził go w głąb lasu. – Pojedziesz do drogiego sanatorium, a pielęgniarki będą robić ci okłady z własnych piersi.

Rafn roześmiał się, a dźwięk ten przypominał odgłos wydawany przez hienę.

Zgrabnie wyminęli wioskę i skierowali się na mniej uczęszczaną ścieżkę prowadzącą ku jezioru.

– A gdzie twoja torba? – zapytał Rafn pełnym podejrzeń głosem.

– Ja tu mieszkam, więc po co mi ona? Wezmę tylko trochę do kieszeni, a resztę ukryję.

– To miejsce jest popierdolone, wiesz o tym? – Boi się. – Ciemno jak w dupie. W jaki sposób rozpoznajesz drogę w tych ciemnościach?

– Wychowałem się tu – odparł z dumą.

– Nic więc dziwnego, że jesteś taki popierdolony. Ty i twój koleżka z żyletką. Dobra, mniejsza z tym, pogadajmy o skarbie. Co to może być?

 Nadaje niczym radio.

– Złote puchary. Srebrne monety. Biżuteria. Może jakieś posążki przedstawiające bóstwa z wierzeń starożytnych Astarów.

– Nie chce posążków. Mogą w nich żyć pradawne demony. Wezmę biżuterię i puchary. I monety też.

Dotarli do brzegu. Jezioro okazało się nieskończoną, czarną taflą, otchłanią, która zdawała się czyhać na ludzkie dusze. Artur nigdy nie był tu w nocy. Nawiedzone parowce-widma. Krakeny. Tajemnicze wyspy. Mnóstwo topielców. Piękne miejsce. Oby tylko wszystkie te indywidua miały własne plany na tę noc.

Trzy łodzie, dostarczone tu w nieznany mu sposób przez Martiva Sqona, czekały na nich na brzegu.

– Weźmy tę – wskazał na pierwszą z brzegu. – Jest nazwana moim nazwiskiem.

Zwodowali łódź i wskoczyli do niej jednocześnie. Czarną taflę jeziora przecięły delikatne fale.

– Ty będziesz wiosłował – rozkazał mu Rafn.

– Niech i tak będzie – zgodził się Artur i chwyciła wiosła.

– Wystarczy ta torba? – zapytał niepewnie, wskazując na bagaż. – Nie umiałem skombinować większej.

– Powinna starczyć. Gdyby tak się nie stało, zawsze możesz tu wrócić innego dnia po resztę skarbu.

Artur co pewien czas spoglądał na oddalający się brzeg. Miał nadzieję, że nikt się na nim nie pojawi. Marc pewnie myślał to samo w tę noc, gdy poszedł wypowiedzieć życzenie. Osoba stojąca na brzegu bez trudu dostrzegłaby ruchomy punkt na nieskazitelnej czerni.

– Opowiedz mi o tym łupieżcy – zażądał Rafn. – O tym, którego skarb zgarniemy.

– No dobrze. W czasach młodości był on zwykłym chłopcem. Nieco zabawnym, nieco krnąbrnym. Jego przyjaciele mówili, że nie nadaje się na pirata.

– Dlaczego więc nim został?

– Gdyż dobrego chłopca spotkały złe rzeczy – odrzekł smutnym głosem. – Miał w rodzinie wujka, osławionego pirata i brutala. Od niego wszystko się zaczęło. Zabił ojca chłopca, gdyż ten był lepszym piratem od niego. Był też inny pirat, którego zwali Postrachem. Ten z kolei zabił mu siostrę, którą kochał. Chłopiec stracił wszystko. Nie mógł liczyć na oparcie brata, który podążył praworządną ścieżką, i stał się smutnym człowiekiem. Przestał się uśmiechać. Nie dał jednak za wygraną. Skompletował załogę i wyruszył w morze. Jeszcze inny pirat, zwany Dręczycielem, wciąż nękał jego statek. Lecz chłopiec był dobry w swym fachu. Z biegiem lat zmężniał i stał się Rudobrodym Łupieżcą. Jego imię znał cały kraj, a na sam jego dźwięk wrogowie czuli trwogę w sercu. Wpłynął do portu Postracha i poczęstował go ciosem prosto w serce. Niedługo potem na jego statek przybył stryj, by omówić warunki zawarcia pokoju. Głupiec nie wiedział, że ładuje się w pułapkę. Skończył z przebitym gardłem. Jako ostatniego dorwał Dręczyciela. Zawarł z nim sojusz, tylko po to, by móc utopić go w morzu. Wiesz, co było najciekawsze? Po tym wszystkim Rudobrody Łupieżca znów zaczął się uśmiechać.

 – Zaraz, zaraz, przecież to trochę tak, jak w twoim przypadku – zaśmiał się Rafn. – Tobie też zabili ojca i siostrę. A co ze skarbem? Nic o nim nie wspomniałeś.

– Był też skarb. Łupieżca odnalazł pewnego dnia skrzynię, lecz gdy ją otworzył, ze środka wydobył się tylko cień.

Artur sięgnął po kieszeni i przywdział swój uśmiech.

– Co to ma znaczyć? – spytał Rafn. Wreszcie zaczął się niepokoić.

Artur przestał wiosłować. Chwycił mocniej jedno z wioseł i z całej siły uderzył go w głowę. Chłopiec padł nieprzytomny. Artur wstał. Jego ciemna sylwetka wydawała się wyrastać wprost z jeziora. Uniósł wiosło pionowo i uderzył po raz kolejny, a następnie chwycił dręczyciela za kurtkę i wyrzucił za burtę.

Poszedł na dno niczym skrzynia pełna złota.

Artur zdjął uśmiech, nawrócił łódź i popłynął w kierunku domu.

 

 

Rozdział 25

Tkana sieć

 

Suzan Orchid położyła ciasto na stole, oczekując, że ta dokładnie wykalkulowana uprzejmość zostanie doceniona. Myliła się. Tyana Efetn nie była zadowolona.

– Sernik? – parsknęła nieprzyjemnie. – Dziecko, chcesz mnie wysłać na tamten świat? Sernik sobie wymyśliła – wymamrotała do siebie. – Przy mojej laktozie.

Suzan miała ochotę chwycić staruszkę za małą, pomarszczoną głowę i wsadzić ją  w wypiek. Straciłam dwie godziny nad tym zakalcem.

Położony w obniżeniu dom przypominał jej grobowiec, w którym unosiła się woń starych ludzi. Wszystko tu było stare – meble, dywany, okna, lokatorzy. Gloria Efetn wydawała się bardzo stara, natomiast jej matka miała chyba z dwieście lat.

– Mamo, bądź grzeczna dla gościa – napomniała młodsza ze staruszek.

Tyana odwróciła głowę i zaczęła się mocniej bujać w fotelu, wyraźnie obrażona. Po krótkiej chwili obserwowania ściany znów przemówiła:

– To ty wygoniłaś pana Alwena? – wycedziła z żalem. – To był taki dobry człowiek.

– Mamo!

– To był dobry człowiek, a ty – wskazała na Suzan pomarszczonym palcem – jesteś niedobra.

– Dość tego! Posiedzisz sobie w kuchni. – Gloria przesadziła matkę na wózek i wywiozła z pokoju.

Stara wiedźma jest bystra. A może po prostu dopadła ją demencja?

– Przepraszam cię, kochanie, z nią jest jak z dzieckiem – stwierdziła po powrocie Gloria, puszczając mimo uszu dobiegające z kuchni niezadowolone pomruki. – Ja chętnie zjem twój sernik.

Połowiczny sukces.

– Dziękuję – odparła, przywdziewając swój najszczerszy uśmiech.

– Jak ci się u nas podoba?

– Jest cudownie, ludzie są tu tacy mili – odparła bez zastanowienia.

Nie było to kłamstwo. Mieszkańcy odnosili się do niej z tak niezwykłą serdecznością, jakby mieszkała tu od urodzenia. W takich małych wioskach każdy mieszkaniec jest na wagę złota. Okolica wywarła na niej spore wrażenie. Suzan dorastała na ciasnym, betonowym podwórku, gdzie kontakt z naturą ograniczał się do jednego jedynego drzewa. Wyrastało ono wprost z kamiennego bruku i wznosiło się na wysokość drugiego piętra. Zdążyła spędzić na jego gałęziach pół dzieciństwa, nim zostało ścięte. Widocznie nie pasowało do paskudnej, szarej okolicy. Tu, w Grenie, to budowle zdawały się nie pasować do wszechobecnej natury. Największe wrażenie robiła na Suzan rzeka, którą obserwowała ze swojego domu. Przepiękna.

–  Cieszę się, że ci się podoba. Słyszałam, że pracujesz w Astarnort – dociekała Gloria.

– Tak, pan Aliton umożliwił mi pracę.

Rost zaproponował jej posadę swojej córki, gdy ta już oślepła, a jeszcze żyła. Lizanie dupy urzędnikom nie było trudne. Ten najwyżej postawiony, którego nazwiska nie pamiętała, całymi dniami narzekał na Rosta. Nasłuchała się o tutejszym wójcie tak wiele złego, że aż zapragnęła lepiej go poznać.

– Przykro nam, że ten skurwysyn, Alwen, wciąż tu przebywa. Nie martw się jednak, jeśli zajdzie potrzeba, ludzie się zbiorą i go przegonią – gorączkowała się Gloria. – Takie sytuacje już się zdarzały.

On mi wcale nie przeszkadza.

– Liczę, że to nie będzie konieczne – odparła z nadzieją w głosie.

Gdy Rost przybył do niej z prośbą, by wystąpiła na wiecu, nie potrafiła uwierzyć w taki uśmiech losu. W krótkim czasie dostała nowy, nisko oczynszowany, piękny dom, dobrą pracę i jeszcze zemściła się na Trosenie. Z tego co słyszała, mieszkał teraz w jakiejś ruderze w głębi lasu. Obserwacja jak mieszkańcy jednoczą się, by go stamtąd przegonić, mogłaby być zabawna. A może zostawię go w spokoju? Zastanowię się.

Nienawidziła go, lecz nie była to typowa nienawiść – paląca, wyniszczająca, wysysająca duszę. Była inna. Dziwna, pokręcona, taka w jej stylu. Zrodziła się z roli, jaką przybrał w jej życiu. A była to rola grabarza na cmentarzysku jej nadziei.

Tamtego dnia, wiele lat temu, gdy koniec roku szkolnego zbliżał się wielkimi krokami, a ona i Trosen byli z sobą blisko, niemal zerwała ze swym stylem życia. Impuls do zmiany zawdzięczała Maretowi. Tak na imię miał przyjaciel zarówno jej, jak i Trosena. Był również jej kochankiem, lecz przede wszystkim znanym na całą szkołę hedonistą i narkomanem. Przedawkował i umarł w jej ramionach. Suzan postanowiła dotrwać do końca szkoły i wówczas wyrwać się z tego zgniłego życia. Chciała to zrobić z Trosenem. Wyobrażała sobie, jak przychodzi do niej z orchideą i razem dyskutują o wspólnej przyszłości. Być może zamieszkaliby w takim miejscu jak Grenie, gdzie dokończyłaby naukę. Niestety, zamiast wyrwać kwiat, wyrwał swą dawną miłość i zostawił ją wśród alkoholików, narkomanów, seksoholików i przestępców. Wyrzucił mnie ze swojego życia jak śmiecia.

Jak dotąd zemściła się na nim dwukrotnie – pierwszy raz na tamtym parkingu, drugi raz podczas wiecu. Jeśli nie będzie mi wchodził w drogę, może zostawię go w spokoju.

Wszystko to – sposób w jaki żyła, sposób w jaki obchodziła się z ludźmi – zawdzięczała matce.

Dziękuję ci, mamo.

Jej rodzicielka była osobą słabą i wiecznie zastraszoną. Ojciec okrutnie się nad nią znęcał, a ona nie potrafiła nic z tym zrobić. Także Suzan bywała ofiarą przemocy, lecz zdarzało się to rzadziej.

Pamiętała wrześniowy dzień, który nastąpił niedługo po jej czternastych urodzinach. Ojciec uderzył ją wówczas w twarz. Uciekła z domu. To wtedy przebrała się miarka. Przez lata wyrabiała sobie pozycję w rodzinnej okolicy i w końcu postanowiła ją wykorzystać. Przyjaźniła się ze starszymi chłopcami, którzy byli na każde jej skinienie. Wydała polecenie, a oni dorwali jej powracającego z pracy ojca. Gdy stary sadysta padł pod lawiną ciosów, wyłoniła się zza swych przyjaciół i przykucnęła przy nim.

– Jeśli jeszcze raz dotkniesz mnie lub mamę, to wyślę cię na tamten świat, tatusiu – wyszeptała mu do ucha.

Skatowali go do nieprzytomności.

Ojciec był już grzeczny. Dwa lata później popełnił samobójstwo. Matka Suzan, zamiast cieszyć się wolnością, po kilka miesięcy później umarła z żalu.

Dziękuję ci, mamo, że pokazałaś mi, jak nie należy żyć.

– Wybierasz się na festyn? – zapytał Gloria. – Będzie śpiewak i loteria.

Ja już wygrałam na loterii.

– Tak, wybieram się.

Festyn był zaplanowany na jutro. Zamówił go Rost, zanim jeszcze stały się te wszystkie tragedie. Świetna okazja, by lepiej poznać mieszkańców. Do tej pory spotykałam się z nimi głównie na wiecach i pogrzebach.

– Oby tylko pogoda dopisała – westchnęła Gloria.

– Zapowiadali ocieplenie.

Poruszanie kwestii pogody oznaczało, że wyczerpały się wszystkie możliwe tematy rozmowy. Suzan pożegnała się uprzejmie, ciesząc się z nowej znajomości. Pewnego dnia może się przydać.

Późnym wieczorem raczyła się winem, czekając na odwiedziny. Musiała przyznać, że Alwen i jego żona pięknie urządzili dom. Podłoga salonu wyłożona była drewnem, ściany wyglądały na świeżo malowane, a fotele wykonano ze skóry. Najbardziej lubiła łóżko z sąsiedniej sypialni. Pościel wciąż pachnie Trosenem – pomyślała z uśmiechem. Wkrótce to się zmieni, pewnie nawet dziś w nocy.

Włączyła telewizor i wsłuchała się w relację z astaryjskiego parlamentu. Jeden z posłów przykuł się łańcuchem do drzwi, protestując przeciwko sprawie, która niewiele ją obchodziła. Popierdoleniec. Nie miała ochoty tego oglądać. Gdzie jest mój wielki zwierz?

Ox zapukał kwadrans później. Spoglądał na nią spod wielkiego, puchowego kaptura. Następny popierdoleniec. Zakrywa twarz, choć z jego posturą każdy rozpozna go z kilometra.

– Co powiedziałeś swojej żonie? – Cały wieczór ją to zastanawiało.

– Nic – zaśmiał się rubasznie, zdejmując kurtkę. – Powiedziałem tylko, że wychodzę, a ona nie pytała dokąd. Spróbowałaby zapytać!

Och. Typ mojego ojca.

– Chodź, Wielorybie – zaprosiła go na górę.

Wybrała Oxa z kilku powodów. Był rybakiem, więc stale przebywał w pobliżu Alwena. Drugi z rybaków, ten chory, wyglądał jak ćwierć Oxa, a Suzan miała swoje potrzeby i słabość do dużych mężczyzn. Decydujące było to, że mężczyzna wydawał się wystarczająco prymitywny, by dać się okręcić wokół palca.

Naprawdę jest ogromny – pomyślała, gdy wszedł do sypialni i zaczął się rozbierać. Miał dwa metry wzrostu i brzuch wydęty jak u ciężarnej kobiety. Rzucił okiem w kierunku okna.

– Ładny widok – stwierdził.

– Ładny widok – powtórzyła, patrząc na niego. Uśmiechnął się. Naprawdę przypomina wieloryba, takiego groteskowego z kreskówki, uśmiechającego się szeregiem kwadratowych zębów.

Wszedł do łóżka i położył się na niej.

Kurwa, on waży chyba z tonę. Mój kręgosłup. Jednak wieloryby powinny kopulować w morzu.

– Co słychać u Trosena Alwena? – spytała, po kilku minutach nudnych igraszek, choć Wieloryb dwoił się i troił.

– Chcesz o tym mówić teraz? – zdziwił się.

Musiała poczekać, aż skończy. Usiadł na łóżku zmęczony, jakby właśnie przebiegł maraton.

– Trosen łowi ryby. I tyle. Nic więcej nie wiem. Kobieto, ja go nawet nie lubię! – krzyknął, po czym niespodziewanie złagodniał. – Może chcesz mi opowiedzieć o tym, co ci zrobił? Wiesz, czasami trzeba się wyżalić.

O kurwa, jaki psycholog.

– Może kiedy indziej – zakończyła temat.

Ox delikatnie pogłaskał ją po głowie. Ucieszyła się z tego. Ta znajomość również może się przydać któregoś dnia.

Nazajutrz nałożyła makijaż, wcisnęła się w nową kurtkę i wyruszyła na festyn. Przy skrzyżowaniu ulic ustawiono tę samą scenę, na której kiedyś oskarżyła Trosena. Jakiś chuderlawy muzyk podłączał na niej nagłośnienie. Z południa przyjechało kilku sprzedawców, którzy ustawili kolorowe stragany. Pierwsi mieszkańcy zlecieli się do nich jak pszczoły do miodu.

Rudowłosy chłopiec podszedł do niej i wręczył kartkę z numerkiem. – Trzydzieści.

– To na loterię – wytłumaczył. – Będzie losowanie z nagrodą.

Co za impreza! Brakuje jeszcze wyścigu w workach i dojenia krowy na czas.

Większość zgromadzonych nie podzielała jej zdania i cieszyła się festynem. Z czasem zjawili niemal wszyscy grenijczycy. Syn Slantów i jego niepełnosprawna siostra krążyli wokół straganów, jakby brali udział w jakimś przedziwnym slalomie. Właścicielka sklepu z niewiadomych powodów krzyczała na muzyka. Stary rybak stał z wnuczką i jeszcze jednym chłopcem, który mieszkał na drugiej ulicy. Ox przybył z wiecznie wystraszoną żoną, swoim bratem i jego dorosłym synem. Drugi z rybaków i jego żona właśnie odbierali swoje numery z loterii. A gdzie Rost?

– Pan Dorem nie przyjdzie – usłyszała głos żony Oxa. – Byli u niego, ale odmówił.

Nie mogła nie wykorzystać takiej okazji. Podeszła do nich, śmiejąc się w duchu.

– Dzień dobry, pani – przywitała się Suzan. – My się jeszcze chyba nie znamy, choć zdążyłam poznać pani męża.

Twarz Oxa przybrała kolor ciemnej purpury.

– Donata Ox – przedstawiła się.

– Suzan Orchid. Mam pytanie. Kim jest ten Sawion Dorem i dlaczego go tu nie ma? – spytała słodkim tonem.

– Wprowadził się niedawno – przemówił Wieloryb. – Tak samo jak ty… jak pani. Mieszka w lesie, tam gdzie kończy się ulica Pierwszych Osadników.

– Dlaczego pogardził tak wspaniałym festynem?

– A bo ja wiem? To dziwak i tyle.

– Dziwak? Zgrzybiały starzec?

– Nie, młody – wtrąciła żona Wieloryba. – Z dwadzieścia, może dwadzieścia pięć lat.

Ciekawe.

Skierowała się na ulicę Pierwszych Osadników. Musiała poznać tego człowieka. Ciemne chmury zgromadziły się na zachodzie, przypominając czekającą na uderzenie podniebną armię zimy. Spadnie śnieg, a przecież zapowiadali ocieplenie – zaśmiała się do siebie.

Sawion Dorem, ubrany w ciepły, elegancki płaszcz, siedział przed swoim domem wpatrzony w las. Milczał, nie ruszał się, można by pomyśleć, że nie żyje. Co on robi? Czeka na kogoś? Albo na coś?

 Widziała go już wcześniej, lecz wówczas nie zwracała na niego uwagi. Gdy wstał, by się przywitać, okazało się, że jest niewysoki i chudziutki, lecz tym razem Suzan to nie przeszkadzało. Przystojny na swój sposób. Podeszła, uśmiechając się przyjaźnie.

– Witam, nie mieliśmy okazji się poznać. Nazywam się Suzan Orchid.

– Sawion Dorem – odpowiedział szorstko.

Czymś mu się naraziłam? Najpierw staruszka, teraz on. Co się dzieje, do cholery?

Nie żal panu siedzieć tu samemu, podczas gdy w wiosce odbywa się wspaniały festyn?

– Nie. Wolałbym nie spotykać się z tymi ludźmi.

– Dlaczego? – spytała zaintrygowana.

– Nie chcę się z nimi wiązać emocjonalnie. Wtedy cierpienie będzie mniejsze. Tak mi się wydaje, lecz pewien nie jestem.

To naprawdę jakiś dziwak. Czy nie chce się przywiązywać, dlatego że niedługo opuści to miejsce?

– To wspaniała okolica – wyznała z fascynacją. – Był pan już w Pierwszej Osadzie? Niezwykłe miejsce z zagadkową historią.

– Zaiste, zagadkową – odparł suchym tonem.

– Okolica wywarła na mnie tak pozytywne wrażenie, że postanowiłam poznać jej historię. Wiem już wszystko o pięciu założycielach. Potrafię nawet wymienić ich nazwiska! Aliton, Sqon, Wolron, Nadaj i Mesten. – Zaśmiała się.

– Naprawdę wie pani o nich wszystko? – zapytał szyderczo. – To zadam pani zagadkę. Jeden z założycieli zamordował innego założyciela. Który zamordował którego?

To ją zaskoczyło. Byłam słodka do zrzygania. Trudny przypadek. Nie dawała jednak za wygraną.

– Nadaj zabił Sqona? – strzeliła. Sawion roześmiał się smutno.

– Nie. Jeśli tak panią interesuje historia osady, proszę ją dalej poznawać. Jest wiele rzeczy, które spodobają się takiej osobie jak pani.

Takiej osobie jak mi? Co on ma na myśli?

– W jaki sposób najlepiej to robić? – drążyła temat. – Pan wydaje się mieć dużą wiedzę. Kto ją panu przekazał?

– Niełatwo poznać tutejszą historię. Dobra lektura rozwiązałaby sprawę, lecz nie posiadam takowej. Niełatwo ją znaleźć. Żył tu kiedyś człowiek, który drążył przez historię tak, jak kropla drąży przez skałę. Był historykiem i pracował nad książką. Raz pojechał do czynnego wówczas kamieniołomu i tam poniósł śmierć w wyniku wypadku. Cóż za nieoczekiwana tragedia, nieprawdaż? Dziwnym trafem wszystkie opracowane notatki przepadły. Jego przyjaciel z dzieciństwa, policjant, nadzorował tę sprawę przez wiele lat. Chciał dowieść, że to było morderstwo. Gdy przeszedł na emeryturę, zamieszkał w Grenie. To był najlepszy sposób, by poznać mieszkańców i rozwikłać tę zagadkę. Wybudował dom na końcu ulicy Estrova, najbardziej okazały w całej wiosce, lecz niedługo po tym uciekł i już nie wrócił. Wielka szkoda, nieprawdaż? Czy wzbogaciłem pani wiedzę o historii Grenie?

– Oczywiście. Ten policjant wybudował mój dom, prawda?

– Nie, ten dom należał do niego, a teraz należy do pana Trosena Alwena.

To ją rozwścieczyło. Za kogo on się uważa?

– Proszę nie wymawiać przy mnie imienia tego gwałciciela! – krzyknęła z oburzeniem.

– Gwałciciela – powtórzył Sawion. – Wie pani, może jednak wybiorę się na ten festyn.

Suzan się rozpromieniła. Jednak mam dar do przekonywania ludzi.

Gdy wyłonili się wśród straganów, wszyscy zwrócili ku nim swe oczy. Chłopiec od loterii wręczył Sawionowi numerek.

– Pięćdziesiąt cztery – przeczytał, jakby liczył, że ją to obchodzi. Po chwili oddalił się, zostawiając Suzan samą.

Koncert trwał w najlepsze. Muzyk fałszował tak okropnie, że Suzan miała ochotę czymś w niego rzucić. Ku jej przerażeniu, innym się podobało. Wieśniacy. Niepełnosprawna dziewczynka kołysała się, korzystając z pomocy brata, a stary rybak tańczył na środku ulicy, zawstydzając swoją wnuczkę. Dwaj mężczyźni wynieśli męża właścicielki sklepu, który, pijany, zasnął pod sceną. Nawet Ox zaczął sobie przyśpiewywać. Co ja tu robię, do cholery?

– Porozmawiajmy – szepnął jej do ucha kobiecy głos. Suzan odwróciła się i stanęła twarzą w twarz z Kaite Alwen. Wyglądała całkiem schludnie jak na pustelniczkę mieszkającą w głębi lasu. Na rękach trzymała malutkiego syna.

– O czym chcesz rozmawiać? O twoim mężu gwałcicielu? – zapytała.

Kaite uderzyła ją w twarz.

– Nie wiem, w co ty grasz, Suzan, ale wkrótce…

Sawion Dorem stanął między nimi, machając swoim numerkiem.

– Panie, za chwilę losowanie. Proszę o spokój. Do wygrania jest – bagatela – komplet sztućców. – Uśmiechnął się szeroko.

Kaite spoglądała to na Sawiona, to na nią, aż w końcu odeszła, zrezygnowana.

Zaszczyt ogłoszenia wyników przypadł piosenkarzowi. Jeśli zrobi to w formie piosenki, wezmę wszystkie te widelce i wbiję mu w dupę. Być może będzie próbował uciekać, ale, jak mawiał mój dziadek, ciężko uciec, gdy w dupie sztuciec.

– …nie ma go, a to on powinien odczytać wyniki – stwierdziła jakaś kobieta stojąca za jej plecami. Suzan domyśliła się, o kogo chodzi. Rost. Wielki nieobecny.

– Nagrodę, a jest nią ta oto walizka z markowymi sztućcami – grajek wskazał na pakunek – otrzymuje numer… pięćdziesiąt cztery!

Wszyscy spojrzeli na swoje świstki.

– To mój – rzekł z niedowierzaniem Sawion Dorem.

Mężczyzna wyszedł na scenę niesiony gromką owacją. Muzyk wręczył mu walizkę.

– Może kilka słów do mikrofonu? – zaproponował.

– Dziękuję. Nie wiem, co z tym pocznę, ale dziękuję. – Uśmiechnął się. Ludzie bili brawa, śmiali się. Cóż za nieoczekiwana integracja.

Sawion przez długą chwilę wpatrywał się w mieszkańców, a uśmiech niespodziewanie zszedł z jego twarzy. Chce coś powiedzieć. Prowadzący nie dał mu tej szansy. Zabrał mikrofon, by zapowiedzieć kolejną atrakcję. Dorem opuścił scenę wśród niecichnących braw.

W tym dniu pozostał jej jeszcze jeden niezrealizowany punkt programu – Rost Aliton.

Suzan wiedziała, że spotyka się on z niejaką Lydią, bibliotekarką z drugiej ulicy, lecz w niczym jej to nie przeszkadzało. Późnym wieczorem, gdy scenę rozebrano, a sprzedawcy wyjechali z wioski, zapukała do domu Alitonów.

Wójt nie wyglądał dobrze. Włosy miał potargane, a oczy czerwone. Spał albo płakał. Albo jedno i drugie.

– Przepraszam, że przychodzę o tak późnej porze, ale boję się, Rost. Widziałam Alwena, który krąży dookoła mojego domu. Myślę, że chciał wejść do środka i mnie skrzywdzić.

Mężczyzna oprzytomniał w jednej chwili. Zabrał pistolet i latarkę, po czym ruszyli ulicą Estrova.

– Okna są pozamykane? – spytał, gdy z ciemności wyłonił się dom Suzan.

– Tak. Powinny być.

– Zaczekaj w środku, a ja obejdę dom.

Głupiec – pomyślała w chwili, gdy zostawił ją samą. Ogląda za mało filmów. W takich sytuacjach napastnik z pewnością ukrywałby się w którymś w pokoi.

 Gdy Rost wrócił, nie wyglądał na zadowolonego.

– Ani śladu Alwena – rzucił rozczarowanym tonem.

No co ty nie powiesz?

– Boje się tu spać sama – powiedziała i chwyciła go za rękę.

Rost odsunął się nagle. Przez chwilę nie wiedział, co powiedzieć.

– Zamknij drzwi na klucz się. Pozamykaj okna. Masz pistolet?

– Tak.

– Połóż go na szafce – zalecił i zostawił ją samą.

Poczuła rozczarowanie. W Wrogelbit wszystko było łatwiejsze – stwierdziła, kładąc się spać.

Przed snem marzyła o Trosenie Alwenie. W jej fantazji wszedł przez okno i wślizgnął się jej do łóżka. W dłoni trzymał kwiat orchidei.

 

 

Rozdział 26

Wartościowanie bliskich

 

W swym śnie powrócił nad jezioro. Działo się tak noc w noc.

Nadi stanęła nad brzegiem i wyciągnęła ręce ku niebu. Jej jasne włosy i biała suknia zdawały się emanować delikatną czerwienią, gdy poruszały się delikatnie, muskane przez ciepły wiatr.

– Trochę w lewo i do góry – instruował ją Marc, patrząc w wizjer aparatu. – Jeszcze trochę do góry, nieco w prawo. – Rozległo się pstryknięcie.

– Było dobrze? Złapałam księżyc? – dopytywała się.

– Idealnie – odrzekł zadowolony. – Ale, Nadi, dlaczego on jest czerwony?

– To musi być zaćmienie. Nie musisz się tym martwić – uspokajała go, głaszcząc po policzku. – Mały księżyc nie zrobi ci krzywdy. Bój się całego nieba.

Miał wiele pytań, lecz bał się je zadać.

Zamienili się rolami. Teraz to Marc chwycił księżyc. Choć wyglądał jak kula ognia, w dotyku był zimny niczym lód.

– Zastanowiłeś się już nad drugim życzeniem? – zapytała, gdy usiedli nad brzegiem jeziora.

– Chcę – muszę to powiedzieć – chcę, by zima minęła i nastało lato.

Na twarzy kobiety pojawił się uśmiech, którego nie potrafił rozszyfrować.

– Zupełnie jak w historii, którą mi odpowiedziałeś. To duża sprawa. Nie jestem pewna, czy coś takiego może rzeczywiście się stać. Co, jeśli takie rzeczy są zarezerwowane tylko dla opowieści i snów? – zapytała. – Co o tym sądzisz? Co czujesz?

Czuł jedynie pierwsze promienie słońca padające na twarz. Otworzył oczy. Siódma – odczytał z zegarka. Budził się zawsze o tej samej porze. Już wkrótce o tej godzinie będzie ciemno. Nie martwiło go to. Całe dnie spędzał zamknięty w warsztacie, pracując ponad swoje siły. Artur wyszedł już z domu, zostawiając niepościelone łóżko. Marc je uporządkował i poszedł zjeść śniadanie.

Czuł tak wielką pustkę, że najprawdopodobniej odebrałby sobie życie, gdyby tylko nie musiał opiekować się bratem. Prawdę mówiąc, Artur radzi sobie lepiej ode mnie. Nawet poznał dziewczynę. Może to on powinien opiekować się mną?

Wpychając w siebie kromkę, rozmyślał o przeszłości. Zrobiłby wszystko, by móc cofnąć czas. Zrobiłby wszystko, by oni żyli – Estela, Asper, tata.

Czuł potworne wyrzuty sumienia w związku z tym, co zaszło tamtej nocy nad jeziorem. Gdyby nie wypowiedział nieopatrznie życzenia, zapewne byłby przy Esteli, kiedy Onelia Slant podała jej truciznę. Uchroniłby ją przed śmiercią.

Czuł wyrzuty sumienia z powodu zdrady, której się dopuścił, choć nie był wówczas do końca sobą. Czy na pewno? Niepokojący głos przypominał mu, że zdarzyło się to dwukrotnie. Nie byłeś świadom, gdy zdradziłeś ją po raz pierwszy, mimo to poszedłeś tam znowu, Marc – szeptał. Na co tak naprawdę liczyłeś? Na spełnienie marzeń, a może na coś innego?

Czuł wyrzuty sumienia, ponieważ nie potrafił dostrzec oczywistej prawdy i pozwalał wujkowi krzywdzić Asper.

Czuł je również dlatego, że nie uwierzył w niewinność mamy.

Oprócz tego odczuwał głównie odrazę. Do siebie.

Szykując się do wyjścia, przypadkowo natknął się na schowane w szufladzie zdjęcia.

Na pierwszym z nich widział grupę drwali, którzy pozowali przed ogromnym ściętym drzewem. Zdjęcie, choć bardzo stare, było zaskakująco ostre. Przyjrzał się wszystkim twarzom, jakby chciał odszukać kogoś znajomego. Ku swemu zdziwieniu rozpoznał jedną z osób. Hart Mesten. Wyglądał młodziej niż na wspólnym zdjęciu założycieli. Czterdzieści lat – oszacował. W jakim był wieku, gdy założono osadę? Jakiego wieku dożył? Nie znał odpowiedzi na te pytania. Słyszał jedynie pogłoski, jakoby Mesten zginął w pożarze lasu w późnych latach dwudziestych. Nie wiedział, czy to prawda. Wokół tego człowieka narosło tak wiele legend, że do każdej informacji należało podchodzić sceptycznie.

Spojrzał na następne zdjęcie i ujrzał siebie stojącego nad jeziorem. W dłoniach trzymał księżyc. Domyślił się, kogo ujrzy na kolejnej fotografii. Serce mocniej mu zabiło. Estela spoglądała na niego, uwieczniona w identycznej pozycji. Zaczął płakać. Rzucił zdjęciami i pobiegł do warsztatu.

Kilka godzin później Artur stanął w drzwiach pracowni.

– Mamy gościa – rzekł do Marca. Był w dobrym humorze.

– Kogo?

– Chodź i zobacz. Czeka na ciebie, popijając herbatę.

Marc rzucił wszystko i wrócił do domu. Zauważył płaszcz wiszący przy drzwiach, a po chwili również gościa. W kuchni siedział Sawion Dorem. Młody mężczyzna wstał i przywitał się serdecznie.

– Przepraszam, że zakłócam twoją pracę, lecz myślę, że moja wizyta wyda wam się uzasadniona.

Cała trójka usiadła przy stole.

– Artur, dorzuć do pieca, jest strasznie zimno.

Brat wstał z grymasem i zostawił ich samych. Marc spoglądał na Sawiona, spodziewając się wszystkiego. Nie ufał mu ani za grosz.

Gość przemówił spokojnym, melodycznym tonem:

– Jest mi bardzo przykro z powodu sytuacji, która zaistniała w związku z wypadkiem panny Aliton. Przepraszam za swój, co prawda nieświadomy, ale katastrofalny w skutkach udział. Wiem, jak trudny okres właśnie przeżywacie. Dlatego chciałbym wam nieco ulżyć.

Będzie mnie pocieszać? Marnujemy tutaj czas.

– Na początek pragnę opowiedzieć ciekawą historię. Jak pewnie wiesz, po Grenie krąży wiele interesujących podań. To mówi o pewnym człowieku, mieszkańcu Pierwszej Osady, który stanął przed trudnym wyborem wartościowania swych bliskich. Musiał wybrać pomiędzy ukochanymi osobami, a wybór ten był niełatwy.

– Zaraz, zaraz – wtrącił Artur, który wykonał już swoje zadanie i ponownie usiadł przy rogu stołu. – Niech pan mówi, czego chce, bo nie mam czasu. Umówiłem się z Letycią.

– Człowiek ten był… – Dorem próbował wrócić do opowieści, lecz Artur znów mu przerwał:

– Na pewno był równym gościem, ale zamiast bawić się w przypowieści, przejdź pan do rzeczy.

– Jego rodzina… – nie dawał za wygraną.

– Była kochająca, ale gówno nas to obchodzi. Do rzeczy, człowieku!

– Rozumiem, że nie jest to historia tak ciekawa, jak z gatunku tych o zaginionych skarbach, lecz wynika z niej pewien morał – wycedził ich gość.

– Historie o skarbach – rozmarzył się Artur, choć w jego tonie było coś jadowitego – zawsze mają ciekawe zakończenia.

O czym oni mówią?

– Może wrócimy do tematu – zaproponował Marc, choć sam nie widział, co właściwie jest tematem ich rozmowy.

– W ramach przeprosin za tamten incydent, a także, by ukoić wasz ból, chciałbym zaproponować wam coś niezwykłego. Marcu Wolornie, jesteś najstarszy w rodzinie. Chcę, byś to ty podjął się pewnego wyboru.

– Jakiego? – zapytał, coraz bardziej zaintrygowany.

Dorem długo milczał, jakby zapomniał, co chciał powiedzieć.

– Jestem w mocy – przemówił powoli, ważąc każde słowo – by przywrócić do życia jedną bliską wam osobę.

Marc pomyślał, że się przesłyszał. Patrzył na gościa, oczekując, że ten za chwile wybuchnie śmiechem.

Artur wstał z miejsca, wciskając pięść do jamy ustnej.

– Jak to możliwe? – wycedził przez palce, podenerwowany.

– Nie potrafię wyjaśnić jak, ale jestem w stanie to zrobić.

Marc nie wiedział, co o tym myśleć. Widziałem równie dziwne rzeczy – zdał sobie sprawę. Nie mam nic do stracenia.

– Przywrócić do życia – powtórzył. – Kogo?

– Myślałem o waszym ojcu, lecz, niestety, minęło zbyt wiele czasu. Pozostały więc jedynie dwie osoby. Twoja siostra i twoja ukochana. Jedna z nich powróci do was już niebawem. Musisz wybrać, Marc. W tej chwili.

– Chyba się nie zastanawiasz? – rzucił Artur rozpaczliwym tonem. – Wybierz naszą siostrę!

Boże, co mam robić? Czy on wystawia mnie na dziwną próbę? Czy to paskudny żart? A może coś podobnego do trzech życzeń?

Szybko przyszła inna myśl, niezwykle słodka. Kobieta znad jeziora chciała mojego nieszczęścia, może ten człowiek jest jej przeciwieństwem? Może naprawdę chce nam pomóc.

– Jeśli ta osoba wróci, to w jakim będzie stanie? – zapytał Sawiona.

– Marc, wybierz Asper, nie pytaj się o nic.

– Powiedzmy, że w takim stanie jak w dniu, w którym się tu wprowadziłem – odpowiedział. – Nie będzie pamiętać traum, które przeżyła na końcu swych dni.

Więc Estela będzie widzieć. Będzie mnie kochać. Z kolei Asper… ona będzie skrzywdzona na całe życie.

– Marc! Nie próbuj ukoić swojego poczucia winy! – krzyczał Artur. Chłopak zaczął nerwowo krążyć wokół stołu.

– A może to ty chcesz ukoić swoje? – spytał brata. 

– Kto powstanie z martwych? – zapytał Sawion, jakby samego siebie.

– Asper nie zginęła przeze mnie! Natomiast ty i te twoje życzenia doprowadziliście do tragedii Esteli! – krzyczał Artur.

– Kto zostanie grenijskim Łazarzem? – kontynuował ich gość.

– Poszedłem nad jezioro, byś już nie cierpiał po jej śmierci! – odparł Marc. – Zrobiłem to dla ciebie!

– Kto zapuka z wnętrza trumny? – Wydawało się, że Dorem wpadł w trans.

– Zrobiłeś to niepotrzebnie – stwierdził Artur.

Marc wstrzymał oddech. Spojrzał w oczy Sawiona i wypowiedział słowo:

– Estela.

Twarz Artura przypominała katalog wszystkich złych emocji, jakie tylko może przeżywać człowiek. Wybiegając z domu, trzasnął drzwiami tak mocno, że z dachu posypał się śnieg, choć nie padało już od dwóch dni.

– Kiedy ona wróci? – spytał Sawiona.

– Wkrótce. Gdy czas będzie bliski, powiadomię cię i wydam instrukcje.

Instrukcje? Nie zdążył o to zapytać. Jego gość udał się do wyjścia.

Marc wrócił do swojego pokoju, podniósł fotografię Esteli i ucałował ją.

Objął zdjęcie i czekał.

 

 

Rozdział 27

Loteria

 

Po usłyszeniu decyzji brata Artur wybiegł z domu rozjuszony niczym oszalałe zwierzę. Ktoś musiał czuwać nad mieszkańcami Grenie, gdyż ulica Pierwszych Osadników świeciła pustkami. W innym wypadku chłopiec zapewne udusiłby pierwszą napotkaną osobę.

Z kilku odległych fragmentów bezchmurnego nieba zamrugały do niego pierwsze gwiazdy – Kapella, Wega i Arktur. Tylko wy wiecie, co się teraz stanie – zwrócił się w kierunku nieba. – Być może od zawsze było to w was zapisane.

Podszedł do skraju lasu i zacisnął pięść ze złości. On nie jest moim bratem. Wybrał obcą dziewczynę zamiast naszej siostry. Próbował się uspokoić. Może nieco przesadziłem. Estela nie jest obca. Co ja bym zrobił, jeśli bym był na jego miejscu? Byłbym, gdyby mnie wtedy nie odrzuciła. Nie chciał odpowiadać na to pytanie. Wolał czuć w sobie gniew, obezwładniający, pulsujący, wypełniające całe ciało.

Artur znał sposób, by się go pozbyć. Musiał tylko wybrać swoją kolejną ofiarę. Wiedział, że to musi nastąpić. Gdy mordował wuja, oszukiwał sam siebie, że robi to wyłącznie z zemsty. Wabiąc Rafna w pułapkę, pozbył się już złudzeń, lecz miał nadzieję, że zaspokoił się na długi czas.

Mylił się.

Sawion Dorem wyszedł z domu Wolronów i odszukał Artura wzrokiem. On wie o Rafnie, dał mi to do zrozumienia. Czy był wtedy nad jeziorem? Czy mnie widział? A może dowiedział się dzięki swym nadprzyrodzonym zdolnościom?

Mężczyzna kroczył w jego stronę pustą ulicą, przypominając mizernego ducha od wieków nawiedzającego okoliczne tereny.

– Piękna noc, nieprawdaż? – zaczął przyjaźnie.

– Do dupy – rzucił, próbując się go pozbyć. Nie miał ochoty na rozmowę. Zwłaszcza z nim.

– Jaka jest twoja ulubiona gwiazda, Arturze?

– Wszystkie są takie same.

– A czy jest taka, której nie cierpisz?

– Wszystkie są takie same. Ogłuchł pan?

– Mnie przeraża Betelgeza z konstelacji Oriona. Wiesz, że ma średnicę tysiąc razy większą niż nasze Słońce? Niedługo umrze, wybuchnie jako supernowa. To zdarzenie może unicestwić całe życie na Ziemi. A być może już wybuchła, setki lat temu, a my jeszcze o tym nie wiemy?

– Być może. Tu, do Grenie, wszystko przychodzi z opóźnieniem.

Sawion roześmiał się smutno.

– A kiedy ty wybuchniesz, Arturze? Kiedy zabijesz po raz kolejny i kogo?

– Skąd pan o tym wie?

– A jakże, z obserwacji.

– Jest pan strasznie ciekawski, panie dziwaku. Może to pana wybiorę na kolejną ofiarę?

Sawion pokiwał głową z dezaprobatą. Światła z pobliskiego domu Quartów sprawiały, że niemal dokładnie połowę jego twarzy przysłaniał cień rzucany przez drzewa.

– Wiem, że się wahasz. Jeśli nie jesteś w stanie wybrać, co zresztą zrozumiałe, może powinieneś powierzyć tę decyzję losowi?

– To znaczy?

– Mieszkał tu kiedyś człowiek, który nazywał się Cole Fortel. Zabijał ludzi, ale to pewnie wiesz. Nie chciał sam wybierać ofiary, więc zastosował taki fortel, że losował nazwisko nieszczęśnika. Kręcił kołem, na którym umieścił personalia wszystkich mieszkańców. Nazywał to grenijską ruletką. Skonstruowanie takiego urządzenia może być czasochłonne, więc możesz wybrać prostszy sposób, na przykład zwykłe ciągnięcie losów.

– Mam wylosować osobę, którą później zabiję, tak? – Artur nie dowierzał, że człowiek, który jeszcze przed chwilą chciał umożliwić powrót do życia bliskiej mu osoby, teraz optował za czymś tak makabrycznym.

– Zgadza się – przytaknął smutnym głosem.

– Napiszę też pana nazwisko.

– Nie mam nic przeciwko.

– Ta wiedza o Cole’u Fortelu to też owoc obserwacji?

– A jakże.

Artur spoglądał na niego z niedowierzaniem. Co on kombinuje? Sawion, widząc, że temat się wyczerpał, pożegnał się i odszedł w kierunku swojego domu.

Letycia. Cholera, jestem już spóźniony.

Dziewczyna, wyjątkowo naburmuszona, czekała na skrzyżowaniu. Choć mieli do pokonania jedynie jedną ulice, ubrana była w wielką puchową kurtkę. Zupełnie jakbyśmy mieli nocować na biegunie. Widząc Artura, uśmiechnęła się. Więc nie gniewa się na mnie. Podszedł i pocałował ją w zmarznięty policzek. Czy istnieje wspanialsze uczucie? Miało to być pytanie retoryczne, lecz natychmiast w jego umyśle pojawiła się odpowiedź. Nie przypadła mu do gustu.

– Dziadek poszedł dziś rano nad jezioro – wydusiła z siebie, smarkając głośno. – Wrócił cały i zdrowy. Żalił mi się, że potwór się nie zjawił. Mówił, że mamy iść razem z nim, wtedy na pewno przypłynie. Już nie wiem, jak z nim rozmawiać.

Przytulił ją czule. Może w dzisiejszym losowaniu wezmę pod uwagę również to podwodne monstrum? Przy odrobinie szczęścia zaoszczędzę staruszkowi roboty.

Gdy szli w kierunku domu Slantów, Artur spoglądał na wioskę, jakby zobaczył ją po raz pierwszy w życiu. Zapadający zmrok zdążył przykryć wszystkie domostwa ciemnym płaszczem. W ich wnętrzach nieświadomi niczego ludzie toczyli bój z codziennością. Nikt z nich nie przypuszcza, że dziś wieczorem zagrają w śmiertelnej loterii. Nikt nie podejrzewa, że ten niepozorny człowieczek idący ulicą jest ich tutejszym Bogiem. Po tylu latach znów rozkręci się grenijska ruletka. Czy Cole Fortel czuł to samo co ja? Artur podejrzewał, że tak. W większym stopniu nurtowały go inne pytania. Wpisał wszystkich mieszkańców, czy ktoś był mu na tyle drogi, że mógł liczyć na immunitet? Czy wpisał siebie? Artur chętnie zobaczyłby tę ruletkę, nie wiedział jednak, gdzie się znajduje. Wyobrażał sobie ją. Była niewielka, piękna i stała pośrodku salonu, który przypominał kasyno bogów. Złota kulka toczyła się po jej brzegu, a cały świat zdawał się wstrzymać oddech. Jak dziś wyglądałoby Grenie, gdyby zatrzymała się milimetr dalej? Ilu z tych ludzi, mogłoby się w ogóle nie narodzić? Mała kuleczka kształtująca rzeczywistość przy pomocy sopla lodu, który wdraża w życie jej wole. Czy można sobie wyobrazić coś piękniejszego?

W domu Slantów zawsze panowała miła atmosfera, i tak było tym razem, choć Artur czuł, że Kai jest nieco rozgoryczony. Dlaczego jesteś zazdrosny, przyjacielu? Miałeś dziewczynę w stolicy, prawda? Wiem, że miałeś. Wyczytałem to między twymi słowami. Dlaczego już nie jesteście razem? Nie potrafiłeś o nią zadbać? Przecież jesteś w tym taki dobry.

W pokoju na parterze czekała na nich Elia, bawiąc się z psem. Zwierzę wyskoczyło nagle i zaczęło ujadać na Artura.

– Groszek przestań – zawołała ze swojego wózka dziewczynka.

Pies urósł ostatnimi czasy i sytuacja wyglądała naprawdę groźnie. Z opresji uratował go, a jakże, Kai.

Pokój Elii został przystosowany do potrzeb dziewczynki, w związku z czym całe jego umeblowanie kończyło się na wysokości piersi Artura. Usiedli na podłodze, gdyż dla młodych osób zawsze było to najwygodniejsze miejsce. 

Kai zaproponował grę planszową. Masz może grenijską ruletkę? – chciał zapytać. Nie musiałbym się bawić w wypisywanie karteczek.

Wieczór okazał się umiarkowanie udany. Kai starał się robić sympatyczne wrażenie, co wychodziło mu najwyżej poprawnie.

– Jutro – zwrócił się do Letycii, gdy odprowadzał ją do domu – spotkanie we dwoje. Będzie romantycznie, obiecuję.

– Dziś też było w porządku. Czy Kaia coś trapi? – spytała z przejęciem.

– Myślę, że chodzi o jakąś dziewczynę. Jak będziesz miała sposobność, spróbuj go wypytać.

Obiecała, że to zrobi.

Wrócił do domu w dobrym nastroju. Marc siedział w dawnym pokoju rodziców, oglądał telewizję, więc Artur mógł przystąpić do dzieła.

Przyniósł z kuchni tkany worek, z którego wysypał zioła, a następnie wyrwał kartki ze szkolnego zeszytu i pociął na równe kawałki. Zeszyt z historii. Pasuje. Historia lubi się powtarzać.

Spisał personalia niemal wszystkich mieszkańców. Na immunitet w tym dniu, oprócz rzecz jasna Artura Wolrona, mogła liczyć jedynie garstka osób.

Nie wpisał na kartkę imienia Letycii, gdyż ją kochał, oraz jej dziadka, gdyż dziewczyna kochała staruszka. Zresztą, Sqon pewnie niedługo sam wyśle się na tamten świat.

Nie wpisał też Kaia i Elii, gdyż byli jego przyjaciółmi.

Najdłużej zastanawiał się nad swoim bratem. Ostatecznie wyjął jeszcze jedną małą karteczkę, wpisał „Marc Wolron” i wrzucił do worka. Przykro mi. Za złe wybory trzeba płacić.

Włożył rękę do worka i zamieszkał.

Zastanawiał się, kogo chciałby wylosować. Tyana Efetn była tak stara, że pozostało jej niewiele życia. Uznał, że byłoby to dobre rozwiązanie. Trosen Alwen był gwałcicielem, a w dodatku mieszkał na odludziu, co ułatwiłoby zadanie. Ten wybór również przypadłby Arturowi do gustu. Nigdy nie lubił Marii Holbes. Jej śmierć byłaby satysfakcjonująca i położyła kres głupim plotkom, którymi zasypywała wioskę. Ox bił swoją żonę. Znęcał się nad nią z taką pasją, że pewnego dna z pewnością zakatuje ją na śmierć. Zabijając go, Artur zrobiłby dobry uczynek. Bernart wygląda jak chodzący szkielet i pewnie długo nie pożyje. To mogłaby być skuteczna i efektowna forma eutanazji.

Zamieszał po raz kolejny. Czy całe Grenie wstrzymało oddech? Nadstawił uszu. Słyszał jedynie cichy odgłos telewizora dobiegający z sąsiedniego pomieszczenia.

Wyciągnął skrawek papieru. No to kto dziś wygrywa bilet do piekła?

Rozprostował świstek i przeczytał – „Kaite Alwen”.

No proszę, nie będzie trudno. W jednej chwili opracował cały plan. Poszedł spać podekscytowany, nie mogąc się doczekać jutrzejszego poranka.

Śniło mu się, że siedzi w piwnicy domu Wolronów, pochylony nad grenijską ruletką. W ciemnym pomieszczeniu było tak zimno, że każdy oddech zamieniał się obłok pary. Przez okno padał śnieg, co było dziwne, gdyż w pomieszczeniu okna być nie powinno. Wprawił koło w ruch i rzucił kulkę. Gdy ta się zatrzymała, przeczytał nazwisko. I krzyknął przerażony.

– Wylosowałem już swoją ofiarę! – protestował. – Dlaczego wciąż muszę to robić!

– Z sentymentu – wyszeptał kobiecy głos.

Kulka niczym niewzruszony wartownik tkwiła przy nazwisku, którego z pewnością Artur nie spodziewał się wylosować. „Hist Wolron” – głosił okrutny napis.

– Co jest grane? – zapytał przerażony. – Nigdy nie wpisałbym imienia taty!

Rzucił jeszcze raz. Kulka zatrzymała się na polu „Asper Wolron”.

– Nie! – krzyczał przerażony, a jego głos odbijał się echem po pustej piwnicy.

Chciał wykonać trzecie losowanie, lecz bał się jego wyniku.

– Osiem kroków do przodu i trzy do tyłu – wyszeptał ten sam głos.

Gdy obudził się przerażony, było jeszcze ciemno. Już czas. Nieraz widywał Bernarta, gdy ten równo o szóstej udawał się w kierunku przystani. Trosen Alwen zapewne opuszczał dom o tej samej porze.

Marc spał w najlepsze, trzymając w ręce wymięte zdjęcie. Artur ubrał się po cichutku, zabrał uśmiech i narzędzie zbrodni, po czym wymknął się z domu.

Na pogrążonej w mroku ulicy nie było żywego ducha. Miał jednak wrażenie, że Sawion Dorem czai się gdzieś pośród drzew, przeprowadzając swoje obserwacje. Patrz uważnie, dupku, a zobaczysz prawdziwą gwiazdę. Istną supernową.

Wszedł do lasu, okrążył wioskę i podążył w kierunku chatki. Nie był pewien swej reakcji na docelowe miejsce. Przypomniał sobie ciemną piwnicę, kroki w ciemności i martwą siostrę. Muszę zachować spokój. Nie będę nawet tam wchodził.

Przypomniał sobie również Szwendacza – ciemną, cuchnącą postać, mordercę. Jak brzmiały jego ostatnie słowa? Przez chwilę nie potrafił sobie przypomnieć, a gdy to zrobił, stanął jak wryty. Powiedział: „Twoja kolej”. Stary skurwysyn wiedział, co się ze mną stanie.

Przez chwilę zastanowił się, czy na pewno chce to zrobić. Nie dlatego, że czuł wyrzuty sumienia, gdyż empatia opuściła go niczym własna rodzina, dawno temu, lecz dlatego, iż pragnął zagrać na nosie temu draniowi. Chciał, by jego bełkotliwe proroctwo nigdy się nie spełniło.

Nie zawrócił. Musiał to zrobić. Czuł się jak marionetka na sznurku, którą ktoś dyryguje w mrocznym przedstawieniu.

Gdy zobaczył chatkę, serce stanęło mu w gardle. Stara rudera stała pośród mroku, czekając na koniec swej przepełnionej zbrodniami egzystencji. Przeskoczył płot i podszedł do ściany budynku. Zobaczył okno, to samo, przez które dostrzegł Asper tamtego dnia, dnia, w którym umarła z jego winy. Należało odszukać Szwendacza na początku wakacji i wypruć mu flaki.

Drzwi domu otworzyły się. Artur stanął jak sparaliżowany. Trosen Alwen wystrzelił na zewnątrz niczym pocisk i szybkim krokiem skierował się do furtki. Przez głowę chłopca przeleciało mnóstwo myśli, tysiąc różnych wytłumaczeń. Nie były potrzebne. Rybak minął ukrytego za rogiem Artura, nie obejrzawszy się za siebie. Po chwili zniknął w głębi lasu.

Pewnie spóźniony do pracy.

Wyjął z kieszeni swój uśmiech, nałożył na twarz i spojrzał przez okno. Rodzina Alwenów spała. Rodzina – zdał sobie sprawę. Przecież ona ma malutkie dzieci. Wcześniej o tym nie pomyślał.

Przyjrzał się swojemu odbiciu w szybie. Jak mógłbym jednak odmówić sobie rzeczy, która wywołuje tak piękny uśmiech?

Wyjął zapałkę i potarł łebek o brzeg pudełka. To budynek drwali. Niemal wszystko jest tu z drewna. Przyłożył płomyczek do drewnianej ściany. Zajęła się natychmiast.

Artur stał blisko domu i czuł żar okalający jego twarz. Słyszał krzyki i dziecięcy płacz, lecz po chwili odgłosy ucichły, więc nie zawracał sobie nimi głowy.

Budynek płonął jak pochodnia. Świeci jasno jak drugie Słońce. Jak Betelgeza po eksplozji. Wyobraził sobie Sawiona Dorem, który stoi ukryty za drzewem, notując swe obserwacje w dzienniku, kiwając przy tym z uznaniem głową. Jesteś współwinny, dziwaku.

Nagle jeden z języków ognia sięgnął ku jego twarzy. Uśmiech zaczął płonąć. Artur zdjął maskę i szybko ugasił ten absurdalny pożar.

W blasku płonącej budowli przyjrzał się uśmiechowi. Ogień spopielił i wykrzywił rysunek, niektóre zęby stały się czarne, postrzępione wargi przybrały kolor ciemnej krwi. Stał się brzydki. Szyderczy i przerażający. To nawet lepiej. Teraz bardziej mi pasuje.

 

 

Rozdział 28

Ulubieniec żywiołów

 

Trosen Alwen wiedział, że to nie będzie dobry dzień, gdy tylko otworzył oczy i spojrzał na stojący przy łóżku budzik. Bezczelnie sugerował, że godzina szósta minęła siedem minut temu. Dlaczego nie obudziłeś mnie na czas ty okrągły, tykający skurwysynie?

Kuter odpływał z przystani za trzynaście minut. Trosen zdawał sobie sprawę, że ma niewielkie szanse, by zdążyć, lecz musiał spróbować. Zerwał się z łóżka, włożył robocze ciuchy i zaczął pakować torbę. Nie miał nawet czasu, by zapalić lampę. Działał po omacku, starając się nie zbudzić rodziny. Kaite i dzieci spały w jednym dużym łóżku, gdyż w zagraconej izbie nie było wiele miejsca, a jednym alternatywnym pomieszczeniem, które oferowała rudera, była piwnica.

Minęło kolejne dziewięć minut, nim wybiegł z domu i pognał w kierunku przystani.

– Alwen, jeśli jeszcze raz olejesz pracę, choćby na jeden dzień, to wbiję ci pal w dupę, umieszczę na dziobie i całą zimę będziesz robił za lodołamacz – obiecał mu Kurt. Trosen wolał nie sprawdzać, czy stary rybak spełni swoją groźbę.

Nad Grenie unosiły się okropne, ołowiane chmury, z który prószył delikatny śnieg. Być może rzeka zamarzła – łudził się. Z końcem listopada zwykle zaniechiwano połowów. W grudniu lód skuwał Grenie na dobre i więził rzekę aż do marcowych roztopów. W tym roku będzie podobnie, chyba że naprawdę zrobią ze mnie lodołamacz.

Odległość pomiędzy jego nowym domem a przystanią liczyła nieco ponad siedemset metrów. Musiał ją pokonać w cztery minuty. Dla przeciętnego biegacza wyzwanie to wydawałoby się śmieszne, lecz dla Trosena Alwena było prawie niewykonalne. Na pogrążonej w mroku trasie czekała na niego cała masa przeszkód – od ściętych przed laty pni, po krzewy, drzewa, leżące na ziemi gałęzie i śliskie niczym lód szyszki, zalegający śnieg, a nawet zwierzęta. W ostatniej chwili uratował się przed upadkiem, gdy pod nogami przebiegło mu coś małego i włochatego. Jakby sama natura ustawiła pułapki na spóźnialskich rybaków. Sprzyjała mu jedynie rzeźba terenu – biegł w dół niecki, przez dno której przepływała upragniona rzeka.

Gdy zza drzew wyłoniło się jej koryto, odetchnął z ulgą. Kuter wciąż cumował przy przystani.

– Masz dwadzieścia sekund, Alwen! – zaryczał Kurt. Obok niego stał Bernart machając długim kawałkiem drewna. Trosen uśmiechnął się, wbiegł na przystań, a następnie na pokład. To była kwestia sekund. Miałem szczęście.

– No, Alwen, można tobą regulować zegarki – stwierdził kapitan, dając jednocześnie sygnał stojącemu w sterówce Alexowi, by uruchomić silnik.

– Ten badyl przynieśliście specjalnie dla mnie? Doceniam – wycedził Trosen, opierając się o reling. Dopiero teraz poczuł, jak bardzo jest zmęczony.

– Wyłowiliśmy to dziadostwo wczoraj, zaplątało się w sieci – wyjaśnił Kurt. – Cholera wie, co to jest, połamany bukszpryt, kawałek wiosła, a może zwykły kij. Tego kurestwa pląta się tu od zajebania. Kto z was pływał ze mną, gdy wyłowiliśmy tamtą rękę? Bernart? Wieloryb?

– Ja pływałem – opowiedział Ox. Bernart przecząco poruszył łysą głową.

– Wyłowiliście ludzką rękę? – spytał Trosen.

– Nie ludzką – parsknął. – To była kamienna ręka, jakby oderwana z jakiegoś posągu. Miała z… ja wiem… półtora metra? Ciężka jak cholera.

– I co z nią zrobiliście?

– Wyrzuciliśmy to gówno do lasu. A może do rzeki? Nie wiem, nie pamiętam. Na co komu taka ręka?

Trosen mimowolnie się uśmiechnął. Muszę o tym opowiedzieć Rostowi. Jest wielkim fascynatem historii Grenie. Gdy to usłyszy, ugryzie się w dupę ze złości.

Kolejne pięć godzin minęło wyjątkowo spokojnie. Choć z nieba prószył śnieg, a temperatura spadła poniżej zera, rzeka pozostawała idealnie drożna. Zadowoleni rybacy zaczęli snuć plany na kolejne dni.

– Przerwa – ryknął Kurt na początku szóstej godziny połowu.

Alwen stanął przy dziobie i zaczął konsumować kanapki, podziwiając przy tym rzekę. Na tle ośnieżonych brzegów wydawała się niemal czarna. Jej widok zawsze go uspokajał. Dawno, dawno temu uwielbiał stawać w oknie swojego domu i spoglądać na wijące się wśród drzew koryto, popijając drinka. Obrócił głowę ku południu, gdzie Grenie nikła wśród drzew. Za nimi płynęła dalej, przez Astarnort i Pertak, aż znajdywała ujście w Heil, trzeciej co do wielkości rzece Astarii.

Z błogiego nastroju wyrwał go Ox. Podszedł do niego z dziwnym uśmiechem na twarzy.

– Jaki prezent kupić kobiecie na urodziny? – zaskoczył pytaniem Trosena.

– Jeśli planujesz go dla swojej żony, proponuję środki uspokajające.

– Zabawny z ciebie człowieczek, Alwen – zaśmiał się, wprawiając w ruch swoje trzy podbródki. – Kto ma niedługo urodziny? Pomyśl.

– Nie chce mi się.

– Suzan. Chyba znasz ją lepiej ode mnie. – Zaśmiał się. – Powiedz więc, co jej kupić?

– Może jakieś zwierzątko? Pewnie czuje się tu samotna.

– Zwierzątko – zastanowił się. – Nie najgorszy pomysł. Tylko jakie?

– Wybierz takie, które ją zeżre, gdy podrośnie. Możesz też spróbować złapać tego białego stwora, co tu lata po okolicy.

– Naprawdę zabawny z ciebie człowieczek. Prawda jest taka, że ma już jedno zwierzątko – odrzekł dumnie. – Wieloryba.

On z nią sypia? – pomyślał z niedowierzaniem i parsknął śmiechem.

– Ktoś nas podsłuchuje – zauważył, wskazując na Alexa. Niemowa szybko odwrócił wzrok i odszedł na drugi koniec łodzi. Człowiek ten nieustannie fascynował Alwena. Oxa i Bernarta znał doskonale, Kurt wciąż czynił autobiograficzne wstawki, a Morl, choć pracował ledwo od pięciu miesięcy, zdążył kilkakrotnie opowiedzieć życie swoje i całej rodziny. O Aleksie Alwen nie wiedział nic. Kalectwo wcale tego nie tłumaczyło. Mężczyzna porozumiewał się z pozostałymi, gestykulując lub pisząc na kartkach, lecz pytany o swoje życie, zbywał ich, udzielając wymijających odpowiedzi. Trosenowi nieustanie kojarzył się z milczącym duchem, który od lat nawiedza pokład kutra.

Wieloryb wciąż się uśmiechał.

– Słuchaj, Ox. Rób, co chcesz, to twoja sprawa. Nie interesuje mnie ta kobieta. Wyrzuciłem ją ze swojego życia.

Kogo ja próbuję oszukać?

Z nieprzyjemnej rozmowy wyrwał go Kurt. Stary rybak siedział przy prawej burcie, spożywając jakieś okropieństwo. Przywołał go machnięciem ręki.

– Jakie plany na zimę, panie Alwen? – spytał, przeżuwając głośno.

– Żona jest na skraju załamania. Nie dziwię się. Synek jest przeziębiony. W tej ruderze jest zimno, i aż dziw bierze, że nie odmroziłem sobie jaj. Trzeba się wynieść. Mam już na oku mieszkanie w Astarnort.

– A co z odzyskiwaniem dobrego imienia?

– Żona napisze takie notatki, takie… wyjaśniające listy, w których przedstawimy prawdę. Nim wyjedziemy, zaniesie je ludziom. I tyle. Jestem niewinny. Koniec tematu.

– Jakie to nasze prawo jest ułomne. Gdy ja siedziałem w więzieniu, było w nim mnóstwo niewinnych ludzi – zakpił kapitan kutra. – Gdzie cię posadzili, Alwen?

– W Wrogelbit.

– Mnie osadzali w Porastrii. Osadzali, gdyż siedziałem kilka razy, łącznie jedenaście lat. – Odsłonił rękawy i ukazał tatuaże – dziwaczne nagromadzenie przebrzydłych istot, niezrozumiałych napisów, nagich kobiety i tajemniczych znaków – wszystko wyblakłe, pokrzywione, paskudne. – Należałem do młodego pokolenia równie młodego Astarnort. Początki miasta były trudne, a w dodatku straciliśmy łódź na Grenie. Nie na rzece, a na jeziorze. Musiałem kraść. Jeden jedyny raz siedziałem za pobicie, lecz wierz mi, ofiara na to zasłużyła. – Starzec zadumał się nad swoją przeszłością. – Masz tatuaże, Alwen?

Nie zdążył odpowiedzieć. Oboje poczuli delikatny ruch łodzi. Płynęli ku północy.

– Kurwa! – ryknął na załogę. – Czy kazałem odpalić silnik?

Przy sterówce nie było nikogo.

Morl stanął przed kapitanem. Trosen widział, jak chłopakowi drżą ręce.

– K… kapitanie, b… bieg rzeki się odwrócił.

Kurt wpatrywał się w chłopaka, zaciskając wytatuowaną pięść. Wszyscy spodziewali się kolejnego wybuchu złości, lecz rybak postawił na szyderstwo.

– Powiedz mi, Morl, w jaki sposób ta rzeka może odwrócić bieg? Wypływa z jeziora. Teren opadał na południe. Tam Grenie wpływa do drugiej rzeki. Czy wiesz coś, czego ja nie wiem, geniuszu?

Chłopak chwycił go za rękę i pociągnął w stronę burty.

– O kurwa! – zaklął kapitan, a jego słowa poniosło echo. – Ona naprawdę zmieniła bieg! Alex, kurs na południe!

– Silnik nie działa – odpowiedział Bernart, tak spokojnie, jakby awarie w obliczu wybryków natury zdarzały się codziennie.

– Morl! – kapitan nie dawał za wygraną. – Idź do radiostacji i nadaj sygnał o pomoc. A jak mi powiesz, że radio też nie działa, to kopnę cię tak mocno w dupę, że popłyniesz do Astarnort wpław.

Trosen patrzył na rzekę i nie wierzył własnym oczom. Ściąga nas na północ, w kierunku jeziora. Zaczął się bać. Od wielu lat nie łowiono na jeziorze Grenie, gdyż było to zbyt niebezpieczne. Stężenie trudnych do wytłumaczenia wypadków osiągnęło niespotykany poziom. Łodzie znikały bez śladu, inne zostały w tajemniczy sposób uszkodzone. Ludzie ginęli  i nigdy nie wracali. 

Morl podszedł do kapitana, lecz nie odezwał się ani słowem.

– Mów, kretynie – warknął Kurt.

– Kapitan nie kazał. Nie chcę płynąć wpław.

– Cholera! – wydarł się kapitan. – Czy to jakiś sabotaż? Ktoś potrafi to wyjaśnić?!

Nikt nie potrafił.

Bernart i Alex zostali wydelegowani do naprawy silnika. Kapitan krążył wokół nich jak sęp nad padliną, zatrzymując się co pewien czas i rzucając soczystym przekleństwem. Reszta załogi stała nieruchomo, przypatrując się im w milczeniu. Śnieg padał na ich ciała, powoli pokrywając je bielą.

Po kilkunastu minutach odwrócony nurt rzeki zepchnął kuter na wody jeziora Grenie. Trosen miał nadzieję, że zatrzymają się tuż przy brzegu. Nic bardziej mylnego. Łódź przepłynęła kolejny kilometr, nim zamarła w bezruchu. Mężczyzna patrzył na to wszystko z rosnącym przerażeniem. Daleko od brzegu, pada śnieg, jest zimno, a za trzy godziny zajdzie słońce.

– Nie widzę usterek – stwierdził z niedowierzaniem Bernart. – Wygląda na sprawne.

– Nie jest sprawne, bo nie działa! – złościł się Kurt. – Jeśli nie umiesz, spróbuj z radiostacją.

– Będą nas szukać – Morl zapewnił resztę załogi. – Moja dziewczyna, wasze żony. Gdy nie wrócimy do domu, zaczną się niepokoić i wyruszą na poszukiwania. Musimy spokojnie zaczekać.

– Tak, tak – zgodził się Ox. – Niech tylko moja spróbuje tego nie zrobić.

Kurt spojrzał na nich z irytacją.

– Straszne z was pizdy! – ryknął. – Moja żona mnie znajdzie – zaintonował cieniutkim głosem. – Złapię ją za spódniczkę i pójdziemy do domku. Weźcie się w garść! Wydostaniemy się stąd o własnych siłach.

Minęła godzina. Ani silnik, ani radiostacja nie zadziałały. Śnieg sypał intensywnie, pokrył już cały pokład. Niebo ciemniało, kolor ołowiu przemienił się w grafit. Nic dziwnego, skoro oddaje tyle bieli.

Kurt kazał im rozglądać się po brzegu w poszukiwaniu ludzi. Trosen wiedział, że to bezcelowe. Nawet latem niewielu odwiedzało jezioro, a co dopiero o tej porze roku. Westchnął, otrzepał się ze śniegu i wlepił wzrok w ledwie widoczną linię brzegową.

– Tam ktoś jest! – zawołał nagle Morl, zadając kłam jego przypuszczeniu. – Widzę ludzką sylwetkę!

Rybacy zaczęli wydzierać się na całe gardła i machać rękami. Kurt wyłonił się zza ich pleców, w ręku trzymał lornetkę. Spoglądał przez chwilę na wybrzeże.

– Gdzieś ty widział człowieka? – spytał Morla zagniewanym głosem. – Same krzaki!

– Stał tam… – Kurt spiorunował go wzrokiem – a może tylko mi się zdawało.

Na pokładzie zapadła cisza.

Bernart oparł się o reling i z rezygnacją patrzył w taflę jeziora. Nie jest dobrze, gdy najweselsza osoba na pokładzie jest tak przygnębiona. Trosen stanął przy nim. Przyjaciel spojrzał na niego wielkimi oczami.

– Nie da się tego naprawić – wyszeptał cichutko, jakby było to jakąś tajemnicą.

– Poczekamy, zobaczymy, co będzie – starał się mówić spokojnie, lecz drżał mu głos, od mrozu i ze strachu.

– Nie spodziewałem się tego – stwierdził, poprawiając czapkę zakrywającą jego łysą czaszkę. – Zostało mi tak niewiele życia. Przyzwyczaiłem się do myśli, że wkrótce odejdę, ale miałem nadzieję, że stanie się to w moim domu, przy ciepłym kominku i żonie. Śmierć w lodowatym jeziorze… – Wzdrygnął się na dźwięk własnych słów. – Bo my zginiemy, Trosen. Jezioro od zawsze zabiera ludzi.

Nie wiedział, co ma mu odpowiedzieć.

Kurt stanął na środku pokładu i zwołał wszystkich. Śnieg otulał sylwetkę kapitana białym całunem.

– Sytuacja wygląda nieciekawie. Musimy działać. Proponuję, by jeden z nas dopłynął do brzegu i sprowadził pomoc. Mamy skrzynie i koło ratunkowe. Można z tego zrobić prowizoryczną tratwę. Osoba, która popłynie, nie będzie musiała nawet zbytnio się zanurzać. A kij, który miał wylądować w dupie Alwena, posłuży za wiosło. Ktoś chętny, czy urządzamy losowanie?

Po chwili ciszy zgłosili się Morl i Bernart.

– Morl popłynie – zdecydował kapitan. – Przykro mi, Bernart, patrząc na ciebie, nie wierzę, że zdołałbyś przepłynąć basen na plażowym materacu.

Ox i Kurt zaczęli konstruować tratwę, tymczasem Trosen utkwił spojrzenie w Morlu. Młody rybak poruszał ustami, modlił się lub uspokajał, wzbijając przy tym kłęby pary niczym lokomotywa. Boi się. Tak bardzo się boi, lecz to zrobi. Chce się wykazać, zdobyć uznanie kapitana. Trosen miał złe przeczucia.

Gdy tratwa była gotowa, Morl włożył kapok, jeden z dwóch, jakie znajdowały się na łodzi, i przeżegnał się.

– Jaka zimna! – zawołał, gdy był już za burtą. Zanurzył się po kolana, reszta tułowia wystawała ponad lustro wody. W prawej ręce trzymał wiosło, a lewą za tratwę.

– Dasz radę – powiedział Alwen, choć był przekonany, że młody nie da rady.

Chłopiec zaczął wiosłować.

Wszyscy na pokładzie obserwowali jego wysiłki w milczeniu. Przepłynął pierwsze sto metrów. Każdy kolejny zamach przychodził mu z coraz większym trudem. Gdzieś głęboko pod gruba warstwą ubrań serce Trosena tłukło jak szalone. Proszę, niech mu się uda.

Po przepłynięciu kolejnych pięćdziesięciu metrów Morl zgubił wiosło.

Kurt zaklął soczyście. To koniec. Nie dopłynie do brzegu. Zamarznie.

– Trzeba go wyciągnąć – stwierdził Bernart.

Chłopiec spoglądał na nich błagalnym wzrokiem, gdy nagle woda pod nim pociemniała. Zauważyli to wszyscy stojący na kutrze, lecz nie on.

– Uciekaj! – zawołało równocześnie kilka głosów.

Trosen patrzył na to wszystko zszokowany. Uciekaj. Co za idiotyczna rada.

Morl obejrzał się za siebie.

– Co?! – zawołał zdziwiony. W ułamek sekundy później coś chwyciło go za dolną część ciała i wciągnęło pod wodę. Nad jeziorem zapadła grobowa cisza.

– Dobry Boże, co to było? – spytał zszokowany Trosen.

– Powód, dla którego już nie łowi się na jeziorze – wyjaśnił Kurt, patrząc przerażonym wzrokiem w miejsce, w którym zniknął chłopiec.

– Znasz tego potwora? – zapytał Ox. – I pozwoliłeś, by on popłynął?

– To legenda – bronił się. – Nie wiedziałem, że zaatakuje. Nie byłem nawet pewien, czy naprawdę istnieje. Cholera. – Złapał się za głowę i odszedł na drugi koniec łodzi.

Przez kolejną godzinę śnieg sypał jak oszalały, a skryte za chmurami słońce niebezpiecznie zbliżyło się do horyzontu. Musieli zacząć odśnieżać pokład. O tej porze powinienem wrócić do domu. Kaite będzie się niepokoić, pójdzie do wioski, a gdy dowie się, że Bernart również nie wrócił, pójdą nas szukać. Zgłoszą to do Astarnort, a oni wyślą łodzie na poszukiwania. Taką przynajmniej miał nadzieję.

Alex siedział na dziobie statku, notując coś intensywnie. Pewnie testament. Ox był przestraszony, choć próbował zgrywać odważnego. Kurt wciąż dreptał po śniegu, rzucając w kierunku jeziora gniewne spojrzenia. Co pewien czas odwarknął komuś, kto dopytywał o wodną bestię. Załamany Bernart ponownie uczepił się relingu.

Kurt przywołał Trosena ruchem ręki.

– Uwierzysz, że kiedyś łowiłem na tym jeziorze? To było w czasach, gdy łodzie były drewniane. Wszystko zależało od siły naszych mięśni, a nie od jakichś pieprzonych maszyn. Mój ojciec był rybakiem i zabierał mnie nad jezioro. Rodziny często łowiły razem. Martiv Sqon robił to ze swoją żoną.

– Tą, którą zabił? – dopytał szeptem.

– Tak. To był w roku 1950. W środku lata, lipiec, może sierpień. Kurewsko ciepły. Byłem z ojcem na brzegu, a Martiv i jego żona na łodzi. Nie widzieli nas. Rozmawiali, bardzo długo. Ojciec, który często kłócił się z matką, wciąż pokazywał mi ich jako wzór. „Gdyby twoja matka była rybaczką, wszystko wyglądałoby inaczej” – wciąż powtarzał. Jak się okazało, pozory mogą mylić. Martiv chwycił żonę za pas i wrzucił do jeziora. Pamiętam, jak głośno wtedy łkał. Ja i ojciec uciekliśmy, bojąc się, że i nam zrobi krzywdę. Sqon to szaleniec, podobnie jak jego przodkowie, podobnie jak większość grenijczyków.

– Dlaczego nie zgłosiliście tego na policję?

– On był naszym przyjacielem. Kto wie, być może miał dobry powód, by to zrobić?

Coś grzmotnęło w dno kutra. Uderzenie sprawiło, że upadli na ośnieżony pokład, jedynie Bernart zdołał przytrzymać się relingu.

– Teraz przyszedł po nas – wydukał Alwen.

– Niech nikt nie panikuje! – wykrzyczał Kurt, choć sam był bliski paniki.

Nastąpiły dwa kolejne uderzenia. Kuter trząsł się i skrzypiał, jakby za chwilę miał się rozpaść na kawałki.

– Czy to coś może przebić poszycie kadłuba? – spytał Alwen, lecz nikt mu nie odpowiedział. Jak mamy przeżyć w starciu z wrogiem, którego nikt z nas nawet nie widział?

Znów zapadła cisza. Kolejny atak nie nastąpił. Przynajmniej na razie.

– Pomoc przyjdzie – oznajmił Kurt. – Już wkrótce. Czekamy.

Alwen spojrzał na przerażonego kapitana. Gdybym był tak złośliwy, jak uważa Rost, przypomniałbym mu własne słowa.

Czekali kolejną godzinę. Trosen ze strachem obserwował zapadający zmrok, śnieg zamieniający pokład w śnieżny kopiec i linię brzegową jeziora Grenie – wciąż przeraźliwie pustą. Gdzie jesteś, Kaite?

Malutka sterówka łodzi była zamykana, więc mogła ukryć jedną osobę przed chłodem i śniegiem. Zmieniali się co piętnaście minut. Teraz przyszła kolej na Trosena. Po zamknięciu drzwi doszedł do wniosku, że jest tu równie zimno jak na zewnątrz.

Z tego miejsca dało się dostrzec, że łódź jest lekko przechylona. Trosen wolał o tym nie myśleć. Obserwował załogę stłoczoną na środku pokładu. Ostatni kapok leżał obok nich, lecz na razie nikt nie próbował go zawłaszczyć. Kurt i Ox próbowali się rozgrzać, Bernart stał w milczeniu, a Alex niczym ekscentryczny poeta, na którego natchnienie spadło w najmniej oczekiwanym momencie, pisał w swym notatniku. Po chwili wyrwał kartkę, pogniótł i wyrzucił za burtę. Czy i ja powinienem coś napisać? Przekazać coś przed śmiercią? Wyznanie niewinności? I tak nikt mi nie uwierzy.

Przypomniał sobie dzisiejszy poranek. Tak niewiele brakowało, bym nie zdążył wsiąść na łódź. To jakieś fatum.

Załoga dyskutowała o tajemniczym stworzeniu, które pragnęło ich śmierci. Przez ścianki kabiny słyszał jedynie urywane, pełne strachu słowa. Przypomniał sobie opowieść, którą Sawion Dorem przekonał go do pozostania w Grenie. Chłopiec, który stracił wszystko, odzyskał dobre imię, zabijając podobną bestię. Czy mam zrobić to samo, by odzyskać sympatię mieszkańców? Tylko jak? Jego łódź wypełniona była ostrymi włóczniami, moja złowionymi rybami.

Piętnaście minut minęło błyskawiczne i Trosen opuścił pomieszczenie. Nadeszła kolej na Alexa. Niemowa wstał, lecz niespodziewanie zamiast udać się do sterówki, podszedł do Oxa. Wręczył mu kartkę. Wieloryb wlepił w nią wzrok. Reszta załogi obserwowała tę scenę w milczeniu, dręczeni ciekawością.

Ox zapoznał się z treścią notatki. Szybkim ruchem ręki pogniótł papier i wrzucił do jeziora. Spojrzał Alexowi w oczy.

Trosen Alwen w całym swoim życiu nie widział równie zdziwionego człowieka.

– No proszę – Wieloryb rzucił tonem, którego Alwen nie potrafił rozszyfrować. – I co w związku z tym?

Twarz Alexa nie wyrażała żadnych uczuć. Spoglądał na Oxa tępym wzrokiem, który Trosen znał od lat. Nagle niemowa wykonał gwałtowny ruch, a w jego ręce błysnął długi, ostry jak brzytwa nóż do patroszenia ryb. Zamachnął się w kierunku twarzy Wieloryba, lecz ten złapał go za rękę. O ułamek sekundy za późno. Końcówka ostrza wbił mu się w lewe oko. Ox wrzasnął, chwycił rękę Alexa w obie dłonie i złamał jak zapałkę.

– Skończyć to szaleństwo! – ryczał Kurt.

Finał tej sceny nigdy nie miał ujrzeć światła dziennego. Jedno uderzenie serca później łódź wystrzeliła w powietrze. Trosen przeleciał kilka metrów, nim uderzył w lustro wody. Jego ciałem wstrząsnęło uderzenie zimna, tak gwałtowne i bolesne, że przypominało wbicie w skórę tysiąca igieł. Otworzył oczy i ujrzał podwodny świat jeziora Grenie. Od lat znajdował się tak blisko, lecz wydawał się obcy i odległy.

Widział wrak statku, który spoczywał tu od wieków. Jego maszt wyrastał z dna niczym olbrzymi, wskazujący go palec. Twoja kolej, Trosen – zdawał się mówić. Z podziurawionego kadłuba wypłynęła ławica ryb, rozpoczynając niezwykłe podwodne akrobacje. Gdzieś w dali widział inne kształty, świadectwa osiągnięć ludzi, którzy nie zostali zapamiętani przez historię.

Żyli tu od zawsze. Pierwsza Osada nigdy nie była pierwsza. Ciekawe, co na to powiedziałby Rost.

Ujrzał ludzką sylwetkę miotającą się kilka metrów dalej. Bernart. Podpłynął do niego, chwycił w pasie. Nie umrzesz tu, przyjacielu. Obaj jakimś cudem wypłynęli na powierzchnię.

– Ratuj innych, nie mnie – wycedził Bernart, lecz on nie miał takiego zamiaru. Nie widział nikogo z pozostałych członków załogi.

Płynęli do brzegu. Dziwne, woda nie wydaje się aż tak zimna. Ląd, upragniony biało-brązowy gobelin, przybliżał się powoli, lecz systematycznie. Po trwającej wieczność chwili Trosen dotknął nogami dna. Wyszli na brzeg. Chłód uderzył w niego z taką siłą, że przestał czuć własne ciało.

– Wracam tam – wyszeptał do Bernarta, lecz po chwili dopadły go skurcze, tak silne, że upadł na ziemię.

Z jeziora wygramolił się Ox ubrany w kamizelkę ratunkową. Z jego oczodołu wylewał się strumień krwi.

– Co z pozostałymi?! – ryknął do niego Trosen.

– Masz na myśli tego mordercę czy starego durnia? Obaj nie żyją. Widziałem, jak pochłonęła ich woda. – Gdy mówił, krew skapywała mu do ust.

– Co tam było napisane, Ox? Dlaczego on chciał cię zabić?

– Bo jest pierdolnięty. Był pierdolnięty. Ktoś musi biec po pomoc. Wykrwawię się tu.

Trosen spojrzał na Bernarta, który oddychał ciężko, a z jego ust wylewała się woda. Nie mogę tam iść. Wygnali mnie.

– Rusz dupę, Alwen! – krzyknął Wieloryb.

Pobiegł w głąb lasu. Nigdy nie był w tej części wybrzeża. W którym kierunku mam biec? Niebo było ciemnoszare, a cały las pokryty śniegiem. Wszystkie drzewa wyglądały identycznie.

Każdy z Pierwszych Osadników dobiegłby do swojej osady z zamkniętymi oczami, lecz on tego nie potrafił. Brnął przez śnieg, co chwilę tracąc orientację. Gubił się, krążył w koło, aż w końcu jakimś cudem dotarł do rzeki. Czy jej bieg powrócił do pierwotnego stanu, czy wciąż jest odwrócony? Nie miał pojęcia. Przyjrzał się linii brzegowej, zamknął oczy i wyobraził sobie chwile, gdy podziwiał rzekę, płynąc na pokładzie kutra. Rozpoznał południe. Rzeka znów płynęła tak, jak kazała jej natura.

Na wysokości mostu odbił w prawo i dotarł do osady.

– Pomocy! – krzyknął, gdy tylko zobaczył pierwszy budynek. Zatrzymał się nagle. Nie, proszę, tylko nie ten dom. Znalazł się na końcu ulicy Estrova, obok swojego dawnego miejsca zamieszkania. Suzan wyszła na podwórze, opatulona w zielone futro.

– Trosen – ucieszyła się szyderczo. – Wpadłeś na kawę? Było mnie uprzedzić. Kupiłabym…

Minął ją i pobiegł w kierunku skrzyżowania. W niektórych oknach pojawiały się zaciekawione twarze. Spójrzcie, powrócił wasz ulubieniec, wasz nowy Szwendacz. Nie zapomnijcie postraszyć mną dzieci.

Dobiegł do domu Rosta i uderzył pięści w drzwi. Gdy wójt otworzył, przez chwilę na jego twarzy odmalowało się zaskoczenie, lecz szybko zastąpił je gniew. Trosen nie zdążył wyksztusić z siebie ani jednego słowa. Rost uderzył go z taką siłą, że rybak wylądował twarzą w śniegu.

– Wypadek na łodzi – zdążył wycedzić, co powstrzymało kolejny cios.

– Tak. Były u mnie. Mówiły, że nie wracacie – odparł.

Rost Aliton wezwał pomoc przez radio. Delegacja z Grenie – Trosen, Rost, żona Bertnarta i Donata Ox – ruszyła nad jezioro.

– Czy Kaite mnie szukała? – dopytywał.

– Nie było jej w wiosce – odpowiedziała żona wieloryba. Trosen poczuł ukłucie bólu. Może nie mogła. Może coś ją powstrzymało.

Gdy dotarli nad brzeg, na miejscu były już łodzie ratunkowe. Ox i Bernart zostali zabrani do szpitala.

Trosen zdołał umknąć, wykorzystując powstałe zamieszanie.

Potrzeba mi tylko trochę ciepła – pomyślał, dręczony drgawkami. Ciepła domowego ogniska. Wygrzeję się przy piecu i za kilka dni będę zdrowy.

Wciąż miał przed oczami straszne obrazy wydarzeń, w których brał udział, lecz gdy dotarł w pobliże chatki, wszystkie one opuściły go w jednej chwili. Zastąpiły je nowe, jeszcze bardziej przerażające.

Zrozumiał, dlaczego żona go nie szukała.

Ich nowy dom praktycznie przestał istnieć. Pozostał po nim jedynie dymiące zgliszcza – czarny popiół osadzony na planie prostokąta, przykryty cienką, topniejącą warstwą śniegu, i piec – kamienne, miniaturowe mauzoleum.

Trosen ukląkł w miejscu, gdzie niegdyś stało łóżko, i podniósł poczerniałą obrączkę.

Zaczął krzyczeć.

Koniec

Komentarze

Przeczytam, oczywiście, ale najpierw jednak muszę wyrobić się z Koegzystencją. Przejrzałam tylko początek i rzuciło mi się w oczy – “w dniu wczorajszym”. Wszelkie dni dzisiejsze, wczorajsze itp. są ledwo (albo i w ogóle nie) akceptowalne w języku urzędowym. Ale w potocznym – jednak to trochę razi.

Poprawiłem.

domu Alitonów, a w jej domu

domu domu

zakleszczonego w wystające z ziemi korzenie

w wystających z ziemi korzeni

kiedy zwierzę by urosło, woziłby Lydię na grzbiecie

woziłoby

którą zakryła się w dziwnym odruchu.

bez "się"

Nie wiedziałam go od tamtej pory.

Nie widziałam

kolejnych kroków i wyjrzała przez kolejne okno.

zajrzała – wygląda się na zewnatrz

– Wdziałam wieżę – rzuciła na odchodne. – I dowiem się prawdy.

Widziałam

 

Rozdział 23 – Lidia, jej :) fajnie. Stęskniłam się za nią. Aż ciężko określić, kto jest jednoznacznie zły w twojej opowieści, zygfrydzie. No, może poza Sawionem – chociaż jego zachowanie nie jest może jednoznaczne, po prostu go nie lubię.  Ogólnie ciekawie. Ten rozdział mi się podobał.

Tylko nie "Tęcza"!

Artur Wolron stał się światkiem najprawdziwszej

świadkiem

miał skutecznie zniechęć jej dziadka

zniechęcić

skierowała się w kierunku domu

skierowała w kierunku

ją po same drzwi.

pod

Uniósł wiosło pionową i uderzył po raz kolejny

pionowo

Nienawidził go

Nienawidziła

lecz przed wszystkim znanym

przede wszystkim

Tylko nie "Tęcza"!

Pan wydaje się mieć duża wiedzę.

dużą

za chwile losowanie

chwilę

ciężko uciec, gdy w dupie sztuciec.

xDDDD

 

Rozdział 24 – ta śmierć/zabójstwo mi się podobało bardziej. Nie było takiego łapu capu. jak w porzednich sytuacjach. W sumie przemiana Artura jest na swój sposób niepokojąca. Mam uczucie, że wymaga jeszcze troche dopracowania, ale idziesz w dobra stronę.

Rozdział 25 – no, to ci sie udało. Suzan jest pojebana jak śnieg latem. I ja już zupełnie nie wiem, czy Sawion zły, czy niezły… :P

Tylko nie "Tęcza"!

Dzięki, Tenszo. Zaraz naniosę poprawki. Na razie tylko do wersji online, wersje pdf i mobi muszą poczekać, bo jestem świeżo po formacie i nie ma jeszcze programów.

Marc rzucił wszystkim i wrócił do domu

wszystko

 

rozdział 26 – dylemat ci się udał. Naprawdę trudna decyzja. O dziwo chyba postąpiłabym tak jak Marc – choć ciężko tak naprawdę postawić się w jego sytuacji. Postać Sawiona w końcu staje się intrygująca (wybacz, ale wcześniej wydawała się po prostu pokręcona i zła). Gdybym nie miała czegoś do roboty, pochłonęłabym kolejny rozdział z rozpędu.

Tylko nie "Tęcza"!

A ja przyznam, Tenszo, że Sawion to jedna z moich ulubionych postaci. Chciałbym o niej porozmawiać, ale nie mogę. Bo na razie tak naprawdę niewiele o nim nie wiecie. (A może ktoś ma jakąś teorię? :)) Przyjdzie taki rozdział, gdy wyjaśni się, kim on jest i mam nadzieję, że wtedy będzie mogli wrócić do dyskusji.

I cieszę się, że dostrzegasz niejednoznaczność postaci. Co prawda pojawiają się te jednoznacznie dobre i jednoznacznie złe, ale starałem się, by tych “szarych” było możliwie jak najwięcej, bo to zawsze ciekawsze.

Widział, że to musi nastąpić.

wiedział

– Mnie przeraża Betelgeza z konstelacji Oriona. Wiesz, że ma średnicę tysiąc razy większą niż nasze Słońce? Niedługo umrze, wybuchnie jako supernowa. To zdarzenie może unicestwić całe życie na Ziemi. A być może już wybuchła, setki lat temu, a my jeszcze o tym nie wiemy?

To trochę psuje odbiór. Mamy tutaj świat inny niz nasz, a nazwy jak najbardziej nasze :P

człowieczek idący w ulicą jest ich

bez "w"

Pies urósł ostatnimi czasy i sytuacja wydawała się naprawdę groźnie.

Groźnie sytuacja! :P Jak już to wyglądała groźnie.

Przyłożył płomyczek do drewnianej ściany. Zajęła się natychmiast.

Rozpalałeś kiedyś ognisko? Nie ma tak łatwo…

Nie interesuje mnie tak kobieta.

ta kobieta

zaintonował cieniutki głosem.

cieniutkim

 

Finał tej sceny nigdy nie miał ujrzał światła dziennego

nie miał ujrzeć

 

Opinia wieczorem.

 

 

Tylko nie "Tęcza"!

– Mnie przeraża Betelgeza z konstelacji Oriona. Wiesz, że ma średnicę tysiąc razy większą niż nasze Słońce? Niedługo umrze, wybuchnie jako supernowa. To zdarzenie może unicestwić całe życie na Ziemi. A być może już wybuchła, setki lat temu, a my jeszcze o tym nie wiemy?

To trochę psuje odbiór. Mamy tutaj świat inny niz nasz, a nazwy jak najbardziej nasze :P

 

Może będzie to zaskakujące, ale w założeniu cała akcja dzieje się w naszym świecie, tylko w fikcyjnym kraju. (Oczywiście można snuć teorie o alternatywnej rzeczywistości, dałoby się obronić, kto co lubi). Wcześniej była wspomniana Afryka, może coś jeszcze, ale nie przychodzi mi teraz do głowy.

Dlaczego w fikcyjnym kraju? Nigdy nie byłem np. w Finlandii czy Kanadzie, więc nie mam wiedzy, by osadzić tam powieści. Poza tym w ten sposób mam większą swobodę.

Symulując obraz nieba (bardzo fajny program, Stellarium), by wiedzieć, kiedy wschodzi i zachodzi słońca w okolicach koła polarnego w różnych porach roku, używałem współrzędnych północnej Finlandii. Więc można powiedzieć, że do tego kraju Astarii najbliżej.

 

Dzięki za poprawki.

Wieczorem nie wyszło, bo nie wyszło :P

 

Rozdział 27 – no to tak – przesłanki, co się stanie z Arturem już od sceny śmierci Szwendacza były. Ale ciągle mam takie z lekka uczucie, że nie do końca to kupuję. On nadal mimo wszystko jest emocjonalny (mimo że opisujesz sytuacje odwrotnie), co widać dosyć dobrze w scenie, gdzie Sawion twierdzi, że może ożywić Asper. O ile w wyniku tych wszystkich zdarzeń postać Artura podoba mi się mniej, chyba nawet dlatego, że nie znielubiłam go. Został mordercą, a ja może go nie uwielbiać, ale też nie czuję odrazy czy złości, a przecież zabił matkę z dzieckiem.

Za to postać Sawiona podoba mi się coraz bardziej ]:->

Rozdział 28 – najbardziej zaciekawiła mnie postać Alexa i mój żal, kiedy (prawdopodobnie) zginął był przeogromny. Zdecydowanie chcę wiedzieć, co on tam skrobał.

Tylko nie "Tęcza"!

Co do Artura, zgadzam się, że nie wzbudza tak negatywnych opinii, jak powinienem, ale myślę, że to trochę dlatego, że te złe rzeczy obserwujemy z jego perspektywy. Jemu nie wydaje się to złe czy odrażające. Po prostu tak musi być.

Wkrótce Artura będziemy oglądać oczami innych osób i wtedy mam nadzieję lepiej będzie widać głębię jego zwyrodnienia (cytaty z króla Juliana wszędzie pasują :)).

Mnie Sawion interesuje. Odkąd się pojawił – nie wiem, co mam o nim myśleć, nie mam pojęcia, w co gra. Cóż, zobaczymy.

Potwierdzam swoją obserwację, że dziewczyny wychodzą Ci mniej ciekawie niż chłopaki. Estela – piszesz, że Artur był nią zachwycony, bo – co prawda według niego – była dowcipna i w ogóle taka, że hej. Ja tego nie zauważyłam. Nie zauważyłam w niej jakiegoś charakteru. Ot, taka dziewuszka.

Artur robi się ciekawy – byle nie przeszarżować. :)

A Rafn okazał się takim idiotą, że zastanawiam się, czy to w ogóle wiarygodne.

 

To po kolejnych dwóch rozdziałach. Historia wciąga coraz bardziej, nie żałuję, że przebrnęłam przez początek. :)

Dzięki za przeczytanie :)

 

Estela – piszesz, że Artur był nią zachwycony, bo – co prawda według niego – była dowcipna i w ogóle taka, że hej. Ja tego nie zauważyłam.

No cóż, tak to jest, jak we wsi jest jedna dziewczyna  :]

Skończyłam rozdział 27.

Naprawdę, nie da się tak łatwo i tak szybko spalić drewnianego budynku. Zwłaszcza, że tam raczej upałów nie było. Polałby go benzyną – no, już prędzej. Ale przytykając zapałkę do ściany? Eeeee…

 

Mam wrażenie, że trochę za dużo u Ciebie myśli bohaterów. Zastanawiałam się, dlaczego właściwie mi to przeszkadza, i doszłam do wniosku, niekoniecznie słusznego, że to trochę pójście na łatwiznę. Pokazujesz przemiany bohaterów nie na zasadzie ich przemian w zachowaniu, ich zmian oczami innych, ale wchodząc bezpośrednio do ich głów. To taka trochę droga na skróty, która niestety też nieco niweluje napięcie.

Ale napięcie jest i tak, mogłoby go być po prostu trochę więcej i trochę bardziej niepokojąco. Nie dajesz się czytelnikowi pobać, poobgryzać paznokci. Bo zamiast oczekiwania, mamy bezpośredni wjazd do głowy bohatera. Przemiana Artura jest, m.in. przez to, zbyt szybka.

Czy to można jakoś wytłumaczyć, że mieszkańcy tak szybko łykają wszelkie pozanaturalne historyjki? Już wcześniej to zauważyłam, ale teraz: “mogę wskrzesić jedną osobę!” “Tak, to super, daj mi minutkę, zastanowię się”. :) Wiem, że już się trochę dziwnych rzeczy zdarzyło, co mogło obniżyć ich sceptycyzm, ale mimo wszystko… No i łykali bez problemów i wcześniej.

Sawion coraz bardziej mnie ciekawi. Trochę się zdziwiłam, że wygląda aż tak młodo. No i mogłeś go zrobić przystojniejszym! ;)

Ocho, przemyślenia bohaterów polubiłem przy okazji “Pieśni lodu i ognia” Martina i tak mi zostało. To, jak robi to Martin, to mistrzostwo świata. Myślę, że w tym w dużej mierze tkwi sukces kreacji jego postaci. Czy jest to pójście na skróty? Pewnie tak. Ale liczy się efekt końcowy, a ten u Martina wygląda tak, że jak dotąd w żadnej sadze fantasy nie znalazłem równie ciekawej galerii postaci.

Spalenie chatki rzeczywiście trochę poszło za łatwo. Z drugiej strony zdarzają się pożary od świeczki czy nawet niedopałka papierosa, ale to chyba zwykle zajmuje się coś łatwopalnego, dywan czy firana. Podejrzewam że z drewnianymi ścianami nie byłoby tak łatwo. Przemyślę ten fragment.

Mój mąż kiedyś wybudował drewniane chałupy, które miały zostać następnie spalone, żeby udawać spaloną przez Tatarów w XIII w. wieś. To cholerstwo za nic nie chciało się palić, a wszyscy bardzo się starali. :)

Skończyłam.

Mam wrażenie, że w moich komentarzach widać przede wszystkim czepialstwo, bo wiecznie coś marudzę. ;) Więc – na początek chciałam zapewnić, że czyta mi się dobrze, a historia coraz bardziej mnie wciąga.

 

No, to do rzeczy – bardzo jestem ciekawa, co Alex tam sobie pisał, co pokazał Oxowi. Natomiast wydaje mi się jednak, że ocalałym rozbitkom zdecydowanie za łatwo udało dostać się do brzegu. W tej temperaturze wody, w ciężkich, zimowych ubraniach, jeden z nich dopiero co stracił oko? Zważywszy, jakie problemy miał wcześniej Morl…

 

Pozdrawiam i do zobaczenia w następnej części. :)

Dzięki za przeczytanie i do zobaczenie w kolejnym temacie :)

Przeczytałam. Lydia coraz bardziej mi się podoba. Alwen zresztą też. Współczuje wypadku z żoną, ale brakuje mi tu chociażby polania domu benzyną czy czymś takim. Bo nie chcę mi się wierzyć, że tak to szybko poszło. Przemiana Artura bardzo dziwna i nie przekonała mnie. Nie będę się rozpisywać. Zaznaczam tylko, że dalej czytam. ;)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Dzięki za przeczytanie :)

Pożary, doszedłem do wniosku, średnio realistycznie mi wychodzą :) W dalszych rozdziałach będzie jeszcze jeden, podobny :P Muszę się w tym względzie poprawić.

A przemiana Artura – pojawią się fakty, które ją wyjaśni. I mam nadzieję, że wtedy popatrzysz na ten wątek przychylniejszym okiem :)

Nowa Fantastyka