- Opowiadanie: Marianna - Ślepy zaułek

Ślepy zaułek

Tekst poprawiony. Po lekkim liftingu.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Ślepy zaułek

– Głupia sprawa. 

Miejscowy szeryf, zatrzymawszy się na skraju zadbanego trawnika, błądził ponurym wzrokiem po fasadzie opustoszałego domostwa na przedmieściach.

– W jakim sensie? – Muir ukryła marznące dłonie w kieszeniach.

Listopadowe wczesne popołudnie nieubłaganie przeistaczało się w nieprzyjemny, długi wieczór. Przenikliwe zimno i szybko zapadający mrok zadawały kłam opowieściom o gościnności małych miasteczek.

– Dziwna – wyjaśnił funkcjonariusz. – Nietypowa. Nie trafiały się nam takie przypadki, odkąd sięgam pamięcią.

– Tylko pozazdrościć urozmaiconej służby – rzucił Kozak, który zdążył dotrzeć już na ganek i z ciekawością zaglądał do wnętrza domu przez kolorowy witraż zdobiący drzwi.

Szeryf, dotknięty ledwo skrywaną ironią, natychmiast oderwał wzrok od naznaczonego śmiercią budynku i skupił uwagę na detektywie ze stolicy.

– A żeby pan wiedział – odgryzł się. – Jest czego. Poziom przestępczości mamy najniższy w całym stanie, a wykrywalność należy do najwyższych.

– Ta historia na pewno nabruździ wam w statystykach – z jadowitym zadowoleniem zauważył Kozak.

– I to na długo – poparła partnera znudzona Muir, rozglądając się wokoło.

Wszystkie okoliczne budynki wyglądały podobnie, a ten, który awansował na miejsce zbrodni, nie wyróżniał się niczym szczególnym. Nikt nie przypuściłby, że mieszkaniec feralnego domostwa, spokojny, emerytowany górnik padnie ofiarą tajemniczego mordu. Nikt, kogo myśli biegły utartymi od lat koleinami, wytyczonymi przez pospolite przestępstwa i drobne wykroczenia.

Szeryf drgnął i przypomniał pospiesznie:

– Przecież zatrzymaliśmy podejrzanego.

– Sam was wezwał – sprostowała śledcza i zniecierpliwiona, ruszyła w stronę domu. – Idzie pan? – rzuciła przez ramię.

Miejscowy stróż prawa z ociąganiem ruszył jej śladem.

 

***

 

– Bywał pan wcześniej w tym mieście? – Muir zadała pytanie obojętnie, jakby z obowiązku.

Zatrzymany zdobył się jedynie na przeczący ruch głową. Poprzednie przesłuchania wyczerpały jego siły, a to, które właśnie się rozpoczynało, powitał z godną skazańca rezygnacją. Wiedział, jakie pytania padną za chwilę: wszystkie słyszał już wcześniej. Nawet widok pary nieznajomych śledczych tylko na chwilę ożywił jego ponurą twarz.

– Zamordowanego zobaczył pan w piwnicy po raz pierwszy w życiu – stwierdziła śledcza tak mechanicznie, jakby cytowała treść policyjnego raportu.

Przez twarz Latynosa na samo wspomnienie makabrycznego widoku przemknął bolesny grymas, ale z ust nie padło ani jedno słowo. Lekkie skinienie głowy miało starczyć za całą odpowiedź.

Kozak, zniecierpliwiony milczeniem aresztanta, sięgnął do leżącej tuż obok tekturowej teczki i wydobył spomiędzy jej okładek kilka fotografii.

– A tych ludzi? – spytał lodowatym tonem, rozkładając je na stole. – Też zapewne nigdy nie widziałeś, co?

Spłoszony ostrym spojrzeniem detektywa przeniósł wzrok na zdjęcia, podsunięte prawie pod sam nos. Muir przyglądała mu się uważnie. Jedynie nieznacznym drgnieniem mięśnia pod skórą policzka zdradziła, z jakim napięciem oczekuje na odpowiedź.

– Nie – powiedział w końcu. – Nie znam ich.

– Czyżby? – Padło natychmiast zaczepne pytanie Kozaka.

– Nikogo. – Podejrzany podniósł głowę, nie zwrócił się jednak do napastliwego detektywa, lecz zatopił spojrzenie w opanowanej Muir. – Co to za jedni?

– Ludzie, zabici w taki sam sposób, jak człowiek, którego – śledcza zawiesiła głos – ehem, znalazł pan w piwnicy.

Gdzieś za plecami śledczych rozległo się ciężkie westchnienie szeryfa. Skonsternowany aresztant otworzył usta, lecz adwokat ubiegł go, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć.

– Darujcie sobie naciągane blefy. Macie jakiekolwiek dowody, łączące mojego klienta z tamtymi ofiarami?

– Jeszcze nie – przyznał Kozak ze złością.

– Skupmy się więc na tej sprawie – zażądał prawnik. – Po pierwsze, na miejscu zbrodni nie znaleziono ani odcisków palców, ani materiału biologicznego mojego klienta, co podważa wasze przekonanie o jego udziale w zajściu. Po drugie, określenie całego zdarzenia jako morderstwa też może okazać się nadinterpretacją miejscowych służb. Zamierzam wnioskować o ponowne zbadanie ciała i okoliczności zbrodni przez niezależne laboratorium kryminalistyczne.

– Po co? – Muir ściągnęła brwi.

– Waszym zdaniem ofiara została powieszona. Nie bierzecie pod uwagę samobójstwa?

– Nie – oburzył się szeryf. – Żaden człowiek nie zdołałby powiesić się sam… w taki sposób. Ktoś musiał mu w tym pomóc.

Adwokat uśmiechnął się ironicznie.

– Nie docenia pan ludzkiej pomysłowości.

– Ale na pewno nie wpadłoby na ten sam pomysł pięć zupełnie obcych sobie osób. – Poirytowany Kozak gwałtownie wstał z miejsca. – Dobrze, przypuśćmy, że zbrodni dokonał zmyślony autostopowicz, który potem rozpłynął się jak we mgle…

– Nie wymyśliłem go. – Latynos wciąż uparcie wpatrywał się w Muir.

Śledcza skrzywiła wargi. Miała ochotę zapalić, lecz bardziej niż nikotynowego dymu, brakowało jej zajęcia dla dłoni. Szybko znalazła substytut: leżący na blacie długopis. Podniosła go i zaczęła obracać między palcami.

– Być może, ale nie pozostawił po sobie żadnego śladu – zauważyła sucho. – Ani śladu obcych linii papilarnych w pańskim samochodzie, choć zeznał pan, że facet nie nosił rękawiczek. Portret pamięciowy, wykonany na podstawie pańskich zeznań, nie grzeszy szczegółowością. Właściwie pasuje do połowy białych smarkaczy w tym kraju.

– To nie jedyna nieprawdopodobna część twojej historii – przyznał Kozak i oparłszy dłonie o blat stolika, pochylił się nad podejrzanym. – Kto nadkłada drogi tylko po to, by podrzucić autostopowicza do domu rzekomego znajomego, po czym, na własną rękę postanawia zwiedzić budynek od strychu aż do piwnic?

– Zwykła uprzejmość. – Latynos z nienawiścią przeniósł wzrok na potężne dłonie detektywa. – Ile razy mam powtarzać? Facet prosił, żeby na niego zaczekać, miał tylko coś podać czy coś odebrać, nie pamiętam już. Zajrzałem do domu, bo długo nie wracał. Nie spodziewałem się… Wszystko było takie poukładane…

Gdy nagle załamał mu się głos, Muir mimowolnie kiwnęła głową. Kolejny frapujący element, pomyślała, wspominając schludne i zadbane wnętrze domu. Starannie umyte i ułożone naczynia, włączony telewizor, pranie w suszarce, kawa i herbata, wszystko na swoim miejscu. Zero przypadkowości, żadnych śladów walki, brak pozostałości po choćby najkrótszej szamotaninie. Zupełnie jakby ofiara bez oporu zgodziła się współpracować z przypadkowym katem.

– Czy autostopowicz powiedział panu, skąd znał ofiarę? – spytała.

Aresztant zmarszczył czoło, szukając czegoś z trudem w pamięci.

– Nie przypominam sobie – szepnął.

– Wcale mnie to nie dziwi – mruknął pod nosem Kozak.

 

***

 

– Za stary na to jestem.

Kozak przyklęknąwszy przy ciele kolejnej ofiary, przyglądał się jej przez dobrą chwilę, po czym wstał, z trudem prostując obolałe kolana.

Muir zbyła jego narzekania wzruszeniem ramion.

– Siedzisz w tym krócej niż ja – przypomniała.

– I tak za długo – mruknął.

Tym razem lokalna policja wezwała śledczych wyjątkowo szybko: świeżo uwolniona z pętli szyja trupa nawet w piwnicznym półmroku przykuwała wzrok siną pręgą. Zdążyli napatrzeć się na zapas, zanim któryś z techników okrył ciało całunem czarnego worka. Jasny powidok w kształcie zwłok jeszcze dobrą chwilę tańczył na błyszczącej powierzchni plastiku.

– Zawsze możesz poprosić o przeniesienie – zauważyła obojętnie Muir. – Twój poprzednik tak zrobił. Nie miałam mu tego za złe.

– Wytrzymam – odburknął. – Niewiele mi zostało do emerytury.

– Wytrzymasz – potwierdziła bez przekonania. – Ta sprawa wcale nie należy do najbardziej obrzydliwych. Rozwiązywałam gorsze.

Westchnęła głęboko, wspominając inne, szczególnie trudne dochodzenie i natychmiast tego pożałowała, bo jeszcze wyraźniej poczuła znajomy smród. Duszący zapach zagraconych rupieciami piwnic, pomieszany z odorem ekskrementów uwolnionych w chwili śmierci po raz kolejny przenikał jej ubranie na wskroś. Postronni znowu będą go wyczuwać długo po tym, jak śledcza opuści ten dom. Kolejne wizyty w podobnych miejscach tylko utrwalą ów bukiet natrętnych zapachów, ale Muir dawno pogodziła się już z tym aspektem zawodu.

– Sąsiedzi widzieli pod domem samochód. – Kozak odprowadził wzrokiem ekipę techników wynoszącą ciało. – Stał przez dłuższą chwilę, po czym odjechał. Nie zauważyli, by ktoś z niego wysiadał.

Zostali w piwnicy sami. By osłabić wywołany smrodem niesmak, Muir zapaliła papierosa.

– Zapewne nie czerwony pick-up? – spytała, częstując partnera.

– Nie. Srebrny minivan – z pozornym spokojem oznajmił Kozak, grzebiąc grubymi paluchami w paczce Winstonów. – I nikt nie zapisał numerów, ale tego należało się spodziewać, psiakrew!

Kiwnęła głową, wypuszczając z ust potężny kłęb dymu. W pobliżu każdego z oddalonych od siebie o dziesiątki mil miejsc zbrodni widziano obcy samochód. Zaciekawieni sąsiedzi, poza kolorem i marką nie potrafili podać jednak bliższych szczegółów, uspokojeni faktem, że tablice rejestracyjne wskazywały na mieszkańca ich rodzinnego stanu. Tylko w jednym przypadku udało się przesłuchać kierowcę. Pechowy Latynos, który poczuwając się do obywatelskiego obowiązku postanowił wezwać policję, naraził się przy tym na podejrzenie o udział w zbrodni. Pozostali zniknęli bez śladu.

– Nie liczyłabym na to – odezwała się po chwili – że nasz jedyny podejrzany nie będzie miał na tę okoliczność alibi.

Kozak zgasił niedopałek, rozgniatając go podeszwą.

– Mimo wszystko sprawdzę – zapowiedział bez entuzjazmu i dodał: – Na górze czeka ktoś z rodziny ofiary, synowa, zdaje się. Pogadasz z nią?

Muir odpaliła drugiego papierosa. Niesmak w ustach, zamiast zanikać, przybierał na sile. Dym zaczynał gryźć w oczy.

– Pogadam – odparła.

 

***

 

– Poznaje pani tych ludzi?

Młoda kobieta w widocznej ciąży prześlizgnęła się obojętnym wzrokiem po zdjęciu jedynego podejrzanego i niewyraźnym portrecie tajemniczego autostopowicza, po czym zaprzeczyła z pełnym przekonaniem. Muir zachowała kamienną twarz.

Oczekiwała takiej reakcji.

– Teściowa nie zachowywała się inaczej niż zwykle? Nie opowiadała o dziwnych zdarzeniach? Nie wyglądała czyjejś wizyty? – spokojnie zadawała kolejne pytania.

Z każdym następnym synowa ofiary obdarzała ją coraz bardziej zdumionym spojrzeniem.

– Dziwnych? – powtórzyła przeciągle.

– Przełamujących codzienną rutynę. Na przykład: nowi znajomi, inny listonosz, gazeciarz, tajemnicze przesyłki, korespondencja z kimś nieznanym rodzinie – wyliczała spokojnie Muir, choć miała ochotę splunąć z niechęcią. Ilu już ludzi pytała o to samo?

– Wystarczająco niezwykłe jest przypuszczenie, że chciałaby się powiesić – orzekła kategorycznie dziewczyna. – Ktoś inny musiał maczać w tym palce.

Śledcza złożyła zdjęcia razem i w zamyśleniu postukała nimi w blat stolika.

– Tak, być może ktoś jej pomógł. I to ktoś, kogo znała, albo komu ufała na tyle, by wpuścić go do domu.

– Ktoś ją zmusił – poprawiła synowa. – To się nie mieści w głowie.

– Być może – przytaknęła Muir. – Ale załóżmy, że gdyby planowała…

– Och, proszę niczego takiego nie zakładać – ciężarna weszła jej w słowo. – Nie znała jej pani. Mama była ostatnią osobą, która chciałaby umrzeć. Kilka lat temu cudem wyszła cało z poważnego wypadku, od tego czasu dziękowała Bogu za każdy nowy dzień. Udzielała się w kościele, była głęboko wierząca. Tak niecierpliwie czekała na pierwszego wnuczka. – Dłoń dziewczyny pogładziła wydatny brzuch. – Pani pewnie nie ma dzieci. Sama powinna pani mieć już wnuki. Gdyby tak było, nawet do głowy by pani nie przyszło posądzać mamę o skłonności samobójcze.

Policjantka machinalnie skinęła głową, zatapiając nieobecne spojrzenie w wiszącym na ścianie zdjęciu młodego człowieka w mundurze marines.

– Nie prowadziła pamiętnika, nie pisała bloga? – spytała po chwili ciszej, raczej z poczucia obowiązku, niż w nadziei na przełom w sprawie.

– No wie pani? To nie to pokolenie. Ale… notowała spotkania w kalendarzu. Mogę pokazać. Trzymała go w kuchni.

Muir lekko skinęła głową i podążyła za dziewczyną. Gdy przyglądała się z uwagą, jak niewysoka rozmówczyni otwiera jedną z szafek i wspinając się na palce, sięga po umieszczony na najwyższej półce notes, zauważyła znajome pudełko. Zafrapowana, machinalne odebrała z jej rąk kalendarz, nawet na niego nie patrząc.

– Proszę zostawić – powiedziała ostro, widząc, że synowa ofiary zamierza zamknąć drzwiczki kuchennej szafki, po czym dodała łagodniej: – Muszę tam zajrzeć.

Sięgnęła po jedno z kolorowych, chaotycznie porozstawianych pudełek. Zaskoczona ciężarna odsunęła się nieznacznie i powoli opuściła dłoń.

– Herbata – wyjaśniła ze smutkiem. – Mama lubiła.

Policjantka otworzyła pudełko, zajrzała do środka, po czym podejrzliwie powąchała zawartość.

– Zna pani ten rodzaj? – spytała po chwili i potrząsnęła opakowaniem, wyzwalając charakterystyczny szelest wysuszonych na wiór liści.

– Nie. – Padła odpowiedź. – Ale mama była czymś w rodzaju, tego, no… pasjonata.

– Gdzie robiła zakupy? – spytała od razu Muir.

Dziewczyna zamrugała kilkukrotnie.

– W centrum handlowym… albo w sklepiku Henry'ego. Bo co?

– Można tam kupić taką herbatę? – Śledcza ponownie potrząsnęła trzymanym w dłoni przedmiotem.

– Pojęcia nie mam. Chyba nie. – Ciężarna wzruszyła ramionami i spytała z niedowierzaniem: – Co to ma wspólnego z jej śmiercią?

Muir przyjrzała się jeszcze raz fantazyjnym chińskim napisom na misternie zdobionym, metalowym pudełeczku. Nieistotne, jak nikłym wydawało się powiązanie dwojga zamordowanych poprzez ulubiony rodzaj herbaty, w tej chwili stanowiło ono jedyny wspólny mianownik. W kuchni poprzedniej ofiary widziała przecież takie samo pudełko.

– Może nic – odparła enigmatycznie.

 

***

 

– To tutaj? – spytała, nie kryjąc rozczarowania.

– Taki adres widnieje na dokumentach dostawy. – Kozak po raz kolejny spojrzał na pogniecioną kartkę, po czym schował skrawek papieru do kieszeni i wyłączył silnik. – Spodziewałaś się czegoś innego?

– Właściwie nie – powiedziała śledcza i energicznie wysiadła z samochodu.

W chwili, gdy postawiła stopy na brudnym, lepkim od błota chodniku poczuła, że w jakimś trudnym jeszcze do uchwycenia sensie to miejsce pasuje do całej sprawy. Zaniedbana kamienica w starej dzielnicy wielkiego miasta, strasząca przechodniów czarnymi oczodołami wybitych okien i nieubłaganie wykruszającym się z fasady tynkiem, sama wyglądała jak zmumifikowane zwłoki. Odór walających się wokół śmieci też nieodparcie przywodził na myśl smród rozkładającego się ciała. Schody do sutereny, w której niegdyś musiał mieścić się sklep, zasypane gruzem i upstrzone ludzkimi odchodami, skutecznie odstręczały od wejścia na ich stopnie. Obrazu całości dopełniało widniejące na zabitej deskami witrynie obraźliwe graffiti. Trudno uwierzyć, że jeszcze niedawno właśnie tu mieściła się siedziba prężnej firmy, trudniącej się wysyłkową sprzedażą rzadkich herbat.

– Wiesz, czego się obawiam? – Usłyszała uwagę kolegi. – Że to kolejny ślepy zaułek. Strata czasu.

Nie odpowiedziała, rozejrzała się tylko odruchowo wokoło. Uliczka rzeczywiście była ślepa, choć Kozak na pewno nie niuanse miejskiej architektury miał na myśli. Obdarty kloszard, myszkujący w rozpościerającym się prawie nie pół jezdni śmietniku przerwał poszukiwania i przyglądał się śledczym ciekawie.

– Poczekaj – rzuciła Muir i podeszła do obdartusa.

Kozak, oparłszy się o samochód, leniwie sięgnął po papierosa. Nie ruszył się z miejsca, dopóki nie skończyła rozmawiać z bezdomnym i nie wróciła z ponurą miną.

– I co? – spytał, gdy otwierała drzwi po stronie pasażera.

– I nic – odparła zdawkowo. Dopiero, gdy oboje znaleźli się wewnątrz pojazdu, wyjaśniła: – To, co już wiemy. Firma nie działa od pół roku. Nie szło im szczególnie dobrze, w dodatku mieli zatargi z lokalnym gangiem. Niedługo po pożarze, w którym o mało co nie zginął właściciel, zwinęli interes.

– Miałem rację – stwierdził, uruchamiając silnik. – Strata czasu.

– Niekoniecznie – odrzekła, zapalając papierosa. – Dla świętego spokoju trzeba odnaleźć tego faceta. Sprawdzić, kto miał dostęp do bazy adresowej klientów.

– Wykluczyć, że ktoś skreśla z listy kolejne nazwiska, tak? – Kozak na moment zatrzymał samochód przy wyjeździe z zaułka.

– Obawiam się, że trzeba będzie to potwierdzić – orzekła Muir, strząsając popiół za okno.

 

***

 

– Czterdzieści dwa… cztery…

Samochód toczył się powoli typową małomiasteczkową uliczką. Kozak jak mógł wytężał słabnący wzrok, szukając odpowiedniego budynku. Założył nawet okulary. Nie nosił ich na co dzień, bo grube, niemodne oprawki dodawały mu lat i stanowiły okazję do żartów dla młodszych kolegów z posterunku. Ciągnące się po obu stronach drogi pastelowe budynki zdawały się zlewać w jeden, monotonny rząd i detektyw zaczynał gubić się w labiryncie zadbanych ogródków, pozostawionych na podjazdach rodzinnych wozów i łopoczących na wietrze narodowych flag. Zatęsknił do wielkiego miasta, żałował, że na tę nudną wycieczkę zamiast niego nie wybrała się Muir. W końcu to był jej pomysł.

Pięćdziesiąt dwa. Jeszcze cztery domy, pomyślał i skupił wzrok na niebieskim sedanie, zaparkowanym przed domem, ku któremu zmierzał. Naraz w wyraźnym popłochu budynek opuściła ciemnoskóra kobieta, pośpiesznie wsiadła do samochodu i ruszyła z piskiem opon. Wiedziony przeczuciem Kozak przyspieszył i zdążył podjechać dość blisko, by dostrzec numery rejestracyjne. Zanim opuścił wóz, zapisał je skrupulatnie. Niewykluczone, że zagadkowa uciekinierka okaże się tylko spieszącą do pracy żoną jakiegoś prowincjonalnego nieudacznika, lecz detektyw zbyt mocno przywykł już do niecodziennych zdarzeń, by zakładać tak pospolite rozwiązanie.

– Panie Cheng! – zawołał, gdy mieszkańcy nie zareagowali na pukanie do drzwi.

Powoli nacisnął klamkę i z ciekawością zajrzał do środka. Nie zaskoczyło go, że dom był otwarty. W małych miasteczkach zwykle nie zamyka się drzwi na klucz.

– Detektyw Kozak, policja stanowa – krzyknął. – Panie Cheng?

Nie doczekał się odpowiedzi. Gdzieś z głębi budynku dobiegały jedynie ciche dźwięki popularnej piosenki, płynące z cicho grającego radia. Śledczy odruchowo rozpinając kaburę służbowej broni, zaczął ostrożnie posuwać się naprzód. Jeśli nie liczyć lampki strąconej ze stolika przez uciekającą kobietę, w domu panował porządek. Ścienny zegar miarowym tykaniem odliczał mijające w napięciu sekundy.

Pokonawszy salon, Kozak wkroczył do kuchni. Na moment zatrzymał się przy cicho buczącym radiu, zerknął na stos niedomytych naczyń pozostawionych w zlewie. Na wodzie wciąż jeszcze piętrzyły się kłęby piany użytego w nadmiarze detergentu, a obok na blacie leżała wilgotna kuchenna ściereczka. Najwyraźniej ktoś całkiem niedawno wytarł nią ręce, oderwany od zmywania przez niespodziewanego gościa. Coś w tej kuchni nie pasowało do reszty, choć z początku detektyw nie bardzo rozumiał, co. Dopiero po chwili pojął, że z cytrusowym aromatem płynu do naczyń coraz wyraźniej miesza się natrętny smród opon, smaru i paliwa. Któryś z domowników musiał pozostawić otwarte przejście do garażu.

Od razu podążył w tamtym kierunku. Znał tę mieszankę zapachową. Jego synowie często zapominali o zamykaniu garażu, prowokując kłótnie z matką. Bez trudu odnalazł drzwi, faktycznie lekko uchylone. Pociągnął za klamkę, jednocześnie sięgając po pistolet do skrytej pod marynarką kabury.

Spodziewał się samochodów, nie zobaczył ich jednak. Kończyny mężczyzny wiszącego w pustym garażu wciąż jeszcze drgały ledwo dostrzegalnie, choć detektyw nie miał złudzeń, że ów nieznaczny ruch był czymś więcej niż tylko złudzeniem zmęczonego wzroku. W całym pomieszczeniu Kozak nie zauważył niczego, co ułatwiłoby niewysokiemu Chengowi sięgniecie do zawieszonego wysoko pod sufitem sznura. Żadnego kopniętego w akcie desperacji krzesła, podstawionej skrzyni, nawet topniejącego powoli bloku lodu, o którym detektyw czytał w jakiejś powieści.

Wycofał się powoli i ukrył broń w kaburze. Drżącą z emocji dłonią wydobył z kieszeni telefon i wybrał numer Muir.

– Miałaś rację – powiedział, zanim jeszcze usłyszał jej głos w słuchawce.

 

***

 

– Ile razy mam to jeszcze powtórzyć? – Poirytowana właścicielka niebieskiego sedana znowu podniosła głos. – Gdy zajrzałam do tamtego domu, facet już wisiał. Nawet go nie dotknęłam, słowo!

– Nikt tego od ciebie nie wymagał – odwarknął w podobnym tonie Kozak. – Mogłaś po prostu wezwać pogotowie.

– I tak był już martwy. – Przesłuchiwana spojrzała na detektywa z wściekłością.

– Dość szczegółowa obserwacja, jak na jeden rzut okiem – zauważyła cierpko Muir. – Zbyt dokładna, powiedziałabym.

– Trup to trup. – Mulatka wzruszyła ramionami. – Wszyscy wiedzą, jak wygląda.

Śledcza na moment uniosła wysoko brwi, ale szybko znów przystroiła twarz w zwykłą, obojętną maskę.

– Załóżmy, że to prawda. Czego szukała pani w tym domu?

– Zaczynacie się powtarzać – warknęła podejrzana. – Podwoziłam jednego gościa, miał w tym domu jakiś interes. Miało mu to zająć tylko chwilę. To takie trudne do zapamiętania?

– Ale gdy weszłaś do domu, tego "jednego gościa" już tam nie zastałaś? – spytał obcesowo Kozak.

– Nie. Zresztą, nie wiem. Może polazł na piętro. Po tym, co zobaczyłam, przestał mnie interesować.

– Jak długo czekała pani na tego człowieka? – Muir zapisała coś na kartce i podsunęła Kozakowi, po czym lekko trąciła go w ramię, by zwrócić jego uwagę.

Mulatka przekrzywiła głowę, zastanawiając się głęboko.

– Chwilę. Nie wiem. Nie pamiętam dokładnie. Chyba długo, skoro zdążyłam się zniecierpliwić – odparła bez przekonania.

– Słyszałaś coś? Krzyki, szamotaninę? – Kozak zdjął okulary.

Przesłuchiwana wzruszyła ramionami.

– Gówno słyszałam. Cisza była jak w kościele.

Śledcza zatopiła w niej badawcze spojrzenie.

– Ten mężczyzna… Pamięta pani, dokąd się wybierał? Mówił, czym się zajmuje? Może się przedstawił? – spytała.

Podejrzana nerwowo potarła czoło.

– Mówił – przyznała. – Dużo mówił… Właściwie gadał cały czas, ale… – Zasępiła się, z trudem poszukując czegoś w pamięci. – Nie przypominam sobie, o czym. Wydaje mi się, że serwował po prostu jakiś cholerny bełkot. Nie wiem, czemu tego słuchałam – wyznała szczerze i bezradnie spojrzała na Muir. – Jakoś tak… mnie omotał. Po jaką cholerę poszłam do tamtego domu? A ja, głupia, chciałam skurwiela wieźć dalej… Przestraszyłam się, że będę miała kłopoty przez tego trupa i uciekłam. Tylko tyle! Nie mam z tym nic wspólnego, słowo!

Policjantka powoli pokręciła głową, a Kozak pokazał przesluchiwanej portret pamięciowy nieuchwytnego autostopowicza.

– To on? – spytał. 

Mulatka niechętnie spojrzała na wizerunek i głośno przełknęła ślinę.

– Może. Znaczy, nie wiem. Wasz bohomaz jest podobny każdego pieprzonego białasa.

– Nie pomagasz – wycedził Kozak. – Ani nam, ani sobie. Pytam jeszcze raz: to on?

– Był bardziej taki… – Wciągnęła policzki. – Chyba młodszy… Chudy. Właściwie, to nie przyglądałam mu się. – Twarz kobiety przybrała nagle zacięty wyraz. – Chcę adwokata. Nie powiem nic więcej.

W tej samej chwili rozległo się pukanie do drzwi. Nie czekając na zaproszenie do pokoju przesłuchań zajrzał któryś z mundurowych z wiadomością, że na posterunku pojawiła się była żona Chenga. Detektywi natychmiast wstali z miejsc. Oburzona Mulatka otworzyła szeroko oczy.

– Ej, dokąd? – zawołała, usiłując się podnieść, ale stojąca z tyłu strażniczka natychmiast ją powstrzymała. – A co ze mną? Nie słyszeliście? Żądam adwokata!

Nie doczekała się odpowiedzi. Śledczy wyszli, a groźne warknięcie nieprzystępnej funkcjonariuszki sprawiło, że podejrzana z rezygnacją opadła na krzesło.

 

***

 

– Od początku szło im nie najlepiej – opowiadała żona Chenga, machnięciem dłoni dziękując za proponowaną przez Kozaka kawę. – To był dziwny interes. Po pierwsze, miejsce: wybrali nieciekawą dzielnicę i siedzibę w na wpół zrujnowanym budynku. Jedyny plus tej lokalizacji stanowił znikomy czynsz. Za to minusów znalazło się całkiem sporo: gangi, kloszardzi i cała ta, darujcie dosadność, imigrancka hołota. Paul stwierdził, że nie przeszkadza mu to, przecież prowadził głównie sprzedaż wysyłkową. Moim zdaniem, równie dobrze mógłby kręcić ten biznes we własnej piwnicy, ale on nigdy nie słuchał dobrych rad. Uparty był z niego kutas… Może dzięki temu tak długo udało im się przetrwać w branży.

Im, tak, dobrze pani słyszy. Paul prowadził swój sklepik z pożal się Boże, wspólnikiem. Gość nazywał się Glenbocky, podobno przyjechał z Europy. Dziwny człowiek, jakiś taki niedzisiejszy. Najbardziej irytowały mnie głupie przesądy, w które święcie wierzył. Cóż, mąż zawsze zawierał nietrafione znajomości.

Na przykład?

No, a ten Glenbocky, to niewystarczający przykład? W każdym razie, interes kręcił się jakoś rok czy dwa. Potem Paul podpadł któremuś z lokalnych gangów i zaczęły się kłopoty. Nawet kiedy podpalili mu tę herbacianą budę, nie chciał dać za wygraną. Potem jakiś gnojek usiłował go przejechać. Spasował dopiero, gdy ktoś o mało co go nie zastrzelił. Ja spasowałam o wiele wcześniej. Wiem tylko, że Paul pospiesznie wyjechał z miasta i zaszył się gdzieś na prowincji. Ale i tam go znaleźli.

Kogo mam na myśli?

Nikogo konkretnie. Sprawy męża nie interesowały mnie zbytnio. Zresztą niewiele o nich mówił. Przypuszczacie, że handlował nie tylko herbatą? Może, ale nawet jeśli sprzedawał jakiś trefny towar spod lady, to ja o niczym nie wiedziałam i nie pozwolę się wmanewrować w nic śmierdzącego. Nie zapominajcie, że przyszłam do was z własnej woli i chcę pomóc.

Lista klientów?  

Ja nie mam. Jeśli nie znaleźliście jej przy Paulu, to sprawdźcie ten jego głupi sklepik. Opuszczał miasto w takim pośpiechu, że pewnie zostawił tam wszystkie dokumenty. O ile jeszcze istnieją, sami rozumiecie, pożar.

Tych ludzi ze zdjęć?

Nie znam. Chociaż… Ten na rysunku, to chyba Glenbocky. Tak, z grubsza go przypomina, tyle, że jakby młodszy.

Nie wiem, gdzie mieszka. Nie widziałam go od roku.

 

***

 

– Nie spieszy mu się – zauważył z dezaprobatą Kozak.

– Przyjedzie. – Muir ziewnęła dyskretnie.

Od dłuższej chwili zmagała się z niepokojącym wrażeniem déjá vu. Właściwie nigdy wcześniej się jej to nie zdarzyło, ale brudna uliczka, zrujnowany budynek i grzebiący w śmietniku kloszard tak uporczywie przypominali pierwszą w tym miejscu wizytę, że z rezygnacją postanowiła poddać się nowemu dla niej odczuciu. Z siedzenia kierowcy miała na obdartusa dogodny widok, a i człowiek w łachmanach co chwilę podejrzliwie spoglądał na siedzących w samochodzie śledczych. Nagle uniósł rękę do góry i przysłonił oczy, oślepiony reflektorami skręcającego właśnie z przecznicy samochodu. Muir natychmiast zerknęła w boczne lusterko: zbliżające się auto przystanęło i wysiadło z niego dwóch mężczyzn.

– Wreszcie – mruknął Kozak, otwierając drzwi.

Śledczy zbyli milczeniem nieszczere przeprosiny, które otyły zarządca budynku zaserwował na powitanie i bez emocji wysłuchali wulgarnych przekleństw, z jakimi przywieziony przez mężczyznę robotnik wyrywał kolejne deski, blokujące wejście. Splunąwszy kilkakrotnie z obrzydzeniem, zarządca ostrożnie pokonał upstrzone ekskrementami schody. Żaden z jego kluczy nie pasował i w ruch znowu musiał pójść łom.

– Nie był pan tutaj od czasu, gdy Paul Cheng zwinął interes – zauważyła śledcza.

– A po cholerę? – Skrzywił się grubas. – Nie ma prądu. Gówno zobaczycie.

Kozak w odpowiedzi nieznacznie błysnął mu po oczach właśnie włączoną latarką. Muir minęła go bez słowa.

Wnętrze powitało ich znajomym zaduchem. Przez pomieszane wonie kurzu, stęchlizny i szczurzych odchodów przebijał się odór mocno już nadgniłego mięsa. Gdzieś pod ścianą przemknął spłoszony gryzoń. Rykoszety świateł latarek wydobyły z mroku połamane półki wysłużonego sklepowego regału i zamknięte drzwi na zaplecze. Muir bez namysłu nacisnęła klamkę, pokrytą grubą warstwą kurzu.

– Zamknięte – stwierdziła. – Zawołaj fachowca.

Człowiek z łomem skrzywił się niemiłosiernie, przestępując próg.

– Coś tu zdechło – zauważył.

– Raczej ktoś – mruknęła pod nosem Muir, gdy zaczepił zakrzywioną końcówkę stalowego narzędzia w wąskiej szczelinie między framugą a drewnianą płytą.

Drzwi ustąpiły, ale smród nie przybrał na sile. Robotnik wycofał się pospiesznie, robiąc przejście detektywom. Kozak stanął na progu i omiótł światłem latarki mroczną głębię zaplecza.

– Zobacz, następny – oznajmił głucho, oświetlając wyschniętego na wiór wisielca.

– Niekoniecznie – zaoponowała Muir. – Widzisz przewrócony stołek? Temu nikt nie pomagał.

– Może. A może ktoś się postarał, by to tak wyglądało. Tak czy siak, pora wezwać ekipę. – Kozak z ulgą opuścił latarkę i trup na powrót pogrążył się w ciemności.

 

***

 

– Detektywie, do pani. – Mundurowy wysiadł z radiowozu, jednocześnie przekazując do rąk Muir nadajnik radiotelefonu.

Śledcza przysiadła na zwolnionym przez niego miejscu, by wysłuchać chrapliwego, skażonego zakłóceniami komunikatu. Kozak dopalał papierosa, gapiąc się gdzieś w ciemny, ślepy koniec uliczki.

– Wiadomo, kim jest denat? – spytał zaciekawiony gliniarz, ale detektyw tylko niechętnie pokręcił głową w odpowiedzi. Nie pałał ochotą do rozmowy.

Nieliczne ocalałe szyby pobłyskiwały w rytm wiercących się monotonnie policyjnych kogutów. Za plecami Kozaka powoli wstawało słońce. Kolejny parszywy dzień, pomyślał, ze zdziwieniem zauważając, że wcale nie ma ochoty wracać do domu. Zwykłe życie i toczące się w jego cieniu makabryczne zdarzenia nie pasowały do siebie. Po nocy takiej jak ta nie można tak po prostu wrócić do domu i zasiąść z żoną do śniadania. Coraz lepiej rozumiał nie posiadającą życia prywatnego Muir i wyniosły dystans, którym odgradzała się od codziennej pospolitości. Zamyślony, nie zauważył nawet, gdy stanęła obok.

– Znaleźli konkubinę Glenbocky'ego – oznajmiła. – Postaram się ją złapać, zanim wyjdzie do pracy.

– Ja pojadę – zaoferował Kozak nieoczekiwanie. – I tak już nie zasnę.

Machinalnym kiwnięciem głowy wyraziła aprobatę, zaskoczona nagłą gotowością partnera do pracy po godzinach.

– Pokręcę się tu jeszcze – zapowiedziała, gdy wsiadał do wozu.

Tak naprawdę nie była już potrzebna na miejscu zbrodni. Bez celu tułała się po ślepej uliczce, paląc jednego papierosa za drugim. Przyglądała się obojętnie, jak ludzie zarządcy nadzorowani przez ostatniego z techników zabezpieczają wejście do sutereny, po czym odchodzą, przeklinając pracowity poranek. Kryminalistycy powoli pakowali sprzęt do służbowego furgonu, radiowozy odjeżdżały jeden po drugim i wkrótce przed zrujnowanym budynkiem pozostał tylko jej samochód.

– Detektywie, podrzuci mnie pani do centrum?

Obróciła się powoli. Młody, sympatyczny człowiek z ekipy kryminalistycznej uśmiechał się przyjaźnie pomimo widocznego na twarzy zmęczenia. W zamyśleniu rzuciła niedopałek na chodnik, nie gasząc go, jak miała w zwyczaju. Nie zamierzała jechać do centrum i nie potrzebowała towarzystwa. Dlaczego miałaby zrobić wyjątek dla tego młokosa? A jednak czuła. że powinna.

– Wsiadaj – powiedziała wbrew sobie, otwierając drzwi samochodu.

Przez dobrą chwilę podróżowali w milczeniu. Śledcza świadomie nie rozpoczynała rozmowy, obawiając się jałowej wymiany zdań. Wyczerpany całonocną pracą ekspert również nie zabierał głosu. Muir od niechcenia włączyła radio: właśnie rozpoczynały się lokalne wiadomości.

– Raczej nie powiedzą nic o naszym denacie – chłopak odezwał się niespodziewanie, a śledcza usłyszała w jego głosie lekką nutę żalu. – Pismacy jeszcze nie zwietrzyli tropu.

– To dobrze – mruknęła, zastanawiając się, jak mogło dojść do tego, że czujni zwykle dziennikarze przeoczyli tak świetnie zapowiadającą się sensację. Zapewne tylko fakt, że każdą zbrodnię dzieliły dziesiątki mil sprawił, że kolejny seryjny morderca umknął ich uwadze.

– Nie uważa pani, że w tym akurat przypadku pomoc mediów byłaby korzystna dla śledztwa? – Technik nie dawał za wygraną.

Muir nieznacznie pokręciła głową.

– Bynajmniej – stwierdziła lakonicznie, a po chwili spytała: – W jaki niby sposób?

Chłopak podrapał się po głowie.

– Być może wyszłyby na jaw jakieś niewidoczne dotąd powiązania – stwierdził z namysłem. – Ludzie czytają gazety i mogą przypomnieć sobie to i owo…

– Powiązanie istnieje – żachnęła się śledcza. – Firma handlująca herbatą jest elementem spajającym wszystkie przypadki. To mało?

– Nie, ale może to nie jedyny związek?  

Tym razem Muir pokiwała głową.

– Może – mruknęła i przez chwilę milczała zastanawiając się, czy mówić dalej, bo tym przemyśleniem nie dzieliła się dotąd z nikim. – Istnieją też inne powiązania. Większość ofiar, nie wiemy czy nie wszystkie, w niezbyt odległej przeszłości otarła się o śmierć. Wypadki, strzelaniny, pożary, tąpnięcia w kopalni… Część z tych ludzi od jakiegoś czasu powinna już nie żyć, ale…

Zamilkła, w osłupieniu wpatrując się w ruchliwe skrzyżowanie. Zaabsorbowana rozmową podświadomie wybrała szosę prowadzącą na przedmieścia. Czyżby tak bardzo stęskniła się za domem? Nie rozumiała, dlaczego pasażer nie oponował. Przecież nie było mu po drodze.

– Dostali od śmierci jakby… zwolnienie warunkowe? – Pytanie technika wyrwało ją z konsternacji.

– Raczej odroczenie wyroku – sprostowała, z rezygnacją zatrzymując samochód na końcu długiej kolejki przed światłami. – Ale to strasznie naciągana hipoteza. Ja też jestem na takim warunku. Co z tego? Nic.

– Pożar, wypadek czy tąpnięcie w kopalni? – spytał nieco żartobliwie ekspert.

– Pudło – wypaliła, zerkając na rozmówcę z ukosa. Już skojarzyła, skąd zna tego człowieka i zrozumiała, że to nie ona powinna go podwozić. Nie pojmowała tylko, co sprawiło, że tym razem w łańcuchu miało zabraknąć jednego z ogniw. – Nic z tych rzeczy. – Przez moment rozważała, czy powinna poruszać tak bolesny temat, ze zdziwieniem stwierdzając, że ma ochotę uchylić rąbka tajemnicy. – Zamach bombowy – wyznała w końcu. – Ale nawet gdybym tak jak tamci ludzie, w jakiś sposób złamała zasady zwolnienia warunkowego, to za nic w świecie nie pozwoliłabym tak po prostu się powiesić. Nieważne, jak wielkiej siły przekonywania użyłby morderca, hipnozy, prochów, czy czegokolwiek. Znalazłabym sposób.

Światła znów zmieniły się na czerwone, lecz tym razem samochód Muir był pierwszy w kolejce. Młody człowiek nagle spoważniał.

– Nawet jeśli nie pozostawiłby ci możliwości wyboru? – spytał po prostu.

– Zawsze jest jakiś wybór – odparła, pewnie naciskając stopą pedał gazu.

 

***

 

– Żałobnicy nie dopisali – mruknął ironicznie mężczyzna w galowym mundurze.

Trumna, majestatycznie opuszczana do grobu, powoli znikała z oczu uczestników pogrzebu. Ten i ów zerkał już niecierpliwie na zegarek. Dwóch grabarzy z łopatami czekało w pogotowiu, profanując podniosłą uroczystość znudzonymi minami. Kozak rozejrzał się dyskretnie. Sąsiad miał rację, większość przybyłych stanowili policjanci.

– Miała niewielu krewnych – wyjaśnił półgłosem. – Straciła męża w zamachu na WTC, a syn zginął parę lat temu w Afganistanie.

Zgromadzeni wokół grobu ludzie zaczęli rozchodzić się powoli. Większość w milczeniu pozdrawiała Kozaka ruchem dłoni bądź skinieniem głowy.

Mundurowy nie ruszył się z miejsca.

– Nie miała dla kogo żyć – zauważył ze zrozumieniem.

– To nie to. – Skrzywił się Kozak. – Praca dawała jej siłę. Wiem, co gadają na posterunku. Że postanowiła ze sobą skończyć. To wszystko bzdury.

– Nie wjechała świadomie na skrzyżowanie na czerwonym? – Zdziwiony natręt uniósł wysoko brwi.

Grabarze właśnie zabrali się do pracy i o wieko trumny rozbiła się pierwsza partia piachu. Detektyw natychmiast odwrócił wzrok i spojrzał na sąsiada z politowaniem. Który to już raz musi dementować tę głupią plotkę?

– Miała za sobą ciężką noc – wyjaśnił. – Nie sądzę, by zawiniło cokolwiek poza zmęczeniem.

– Mówią, że nie jechała sama – przypomniał mundurowy.

– Kolejna bzdura. Byłem na miejscu, gdy wyciągali ją z auta.

Na samo wspomnienie zmasakrowanego ciała, zakleszczonego w samochodzie uderzonym z impetem przez rozpędzoną ciężarówkę, przebiegł go zimny dreszcz. Już miał odwrócić się na pięcie i odejść, a raczej uciec przed następnym, nieprzyjemnym pytaniem, ale powstrzymał go znajomy głos.

– Kozak, stary, jak się trzymasz?

Zmierzał w jego stronę emerytowany oficer, dawny przełożony. Nie, tym razem nie wypada tak po prostu się wykręcić, pomyślał i odburknął coś zdawkowo.

– A jak twoja sprawa?

Coś nowego, pomyślał. Ostatnio rzadko kogo interesowało coś poza rzekomym samobójstwem Muir.

– Utknąłem w ślepym zaułku – wyjaśnił ponuro. – Okazało się, że najbardziej obiecujący podejrzany od ponad pół roku nie żyje. Szkoda słów.

Wolał przemilczeć, że odkryty w nieczynnym sklepie człowiek może i zmarł w wyniku powieszenia, ale wcześniej został tak ciężko pobity, że o własnych siłach nie zdołałby założyć sobie pętli na szyję. Że porównanie z kartą dentystyczną wykazało ponad wszelką wątpliwość, że to niejaki Glenbocky, albo raczej Głębocki, zamordowany prawdopodobnie przez nieuczciwego wspólnika. Przypuszczalny motyw? Zgodnie ze słowami konkubiny Polaka, Cheng był mu winien całkiem sporą sumę. Nie przeszłoby Kozakowi przez gardło, że nie udało się odnaleźć listy klientów i że ktoś, kto jest w jej posiadaniu, nadal pozostaje anonimowy. Nie czuł potrzeby zwierzeń.

– Innym razem, czas mnie goni – dodał tylko.

Uścisnął podaną mu na pożegnanie dłoń i bez ociągania ruszył na opustoszały parking. Zanim sięgnął do kieszeni po kluczyki, zobaczył w szybie samochodu odbicie galowego, policyjnego munduru.

– Detektywie, podrzuci mnie pan do centrum? – Usłyszał.

Znów ten ciekawski natręt, z którym rozmawiał na pogrzebie. Spotykał go już wcześniej, to pewne. Znał tego człowieka z widzenia. Z którego mógł być wydziału? Z wewnętrznego, przyszło naraz Kozakowi do głowy. Mocniej zacisnął palce na kluczykach.

– Nie jadę do centrum – burknął, pośpiesznie siadając za kierownicą.

Zanim samochód wytoczył się z parkingu, śledczy spojrzał we wsteczne lusterko. Człowiek w mundurze stał chwilę, zapatrzony w odjeżdżający wóz, po czym zniknął detektywowi z oczu. Kozak czuł jednak, że jeszcze go spotka.

I to szybciej, niżby chciał.

Koniec

Komentarze

Przypadkiem weszłam do ślepego zaułka i trudno mi było wydostać się zeń. Mimo zmęczenia nie mam poczucia straconego czasu, wręcz przeciwnie – cieszę się, że dane mi było obserwować z bliska pracę detektywów i wszystko byłoby dobrze, gdyby nie ten smród…

Bardzo fajne opowiadanie, którego jedynym mankamentem jest rzeczywiście nikła, wręcz umowna, obecność fantastyki.

 

Miejscowy szeryf błądził ponurym wzrokiem po fasadzie opustoszałego domostwa na przedmieściach, zatrzymawszy się na skraju zadbanego trawnika. – Wolałabym: Miejscowy szeryf, zatrzymawszy się na skraju zadbanego trawnika, błądził ponurym wzrokiem po fasadzie opustoszałego domostwa na przedmieściach.

 

Gdzieś zza plecami śledczych rozległo się ciężkie westchnienie szeryfa… – Literówka.

 

Muir sięgnęła po jedno z kolorowych, dość niedbale poustawianych jedno na drugim, kolorowych pudełek. – Powtórzenie. Zapewne przypadkowe.

 

…niemodne oprawki dodawały mu lat i stanowiły okazję do żartów dla młodszych kolegów z posterunku. – Wolałabym: …niemodne oprawki dodawały mu lat, a młodszym kolegom z posterunku dawały okazję do żartów.

 

Ktoś musiał nie pozostawić otwarte przejście do garażu, domyślił się Kozak… – Zbędne nie.

 

Gość nazywał się Glenbocky, podobno przyjechał gdzieś z Europy. – Wolałabym: Gość nazywał się Glenbocky, podobno przyjechał skądś z Europy.

 

Śledczy zbyli milczeniem nieszczere przeprosiny, które otyły zarządca budynku zaserwował na powitanie… – Wolałabym: Śledczy zbyli milczeniem nieszczere przeprosiny, które otyły zarządca budynku wygłosił na powitanie

 

…przez pomieszane wonie kurzu, stęchlizny i szczurzych odchodów przebijał się ledwo jeszcze wyraźny odór mocno już nadgniłego mięsa. – Mało zrozumiałe zdanie. Jeśli odór jest wyraźny, to rozumiem, że jest wyraźny. O czymś wyraźnym, nie można powiedzieć ledwo wyraźne.

Proponuję: …przez pomieszane wonie kurzu, stęchlizny i szczurzych odchodów, przebijał się wyraźny odór mocno już nadgniłego mięsa.

 

Robotnik zaklnął siarczyście…Robotnik zaklął siarczyście

 

…nie dało się tak po prostu wrócić do domu, wziąć prysznica i zasiąść z żoną do śniadania. – Czy towarzystwo żony nie wystarczało detektywowi i dlatego chciał zasiadać do śniadania z wziętym, zapewne z łazienki, prysznicem? ;-)

nie dało się tak po prostu wrócić do domu, wziąć prysznic i zasiąść z żoną do śniadania.

 

…radiowozy, zgasiwszy koguty, odjeżdżały jeden po drugim… – Samoobsługujące się radiowozy? ;-)

Może: …radiowozy, ze zgaszonymi już kogutami, odjeżdżały jeden po drugim

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jak dla mnie fantastyki wystarczy. Bardzo ciekawy, trzymający w napięciu tekst. Żałuję tylko, że zakończenie w tym wypadku pozostało otwarte – ja też chyba mogę powiedzieć, że jestem na takim zwolnieniu warunkowym, brrr

Gdzieś tam było “kłęb dymu” – nie wiem, czy nie powinno być kłąb

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Koleżanka Marianna w świetnej formie.

Gdzieś tam zauważyłem pomyłkę w zapisie dialogu oraz niepotrzebny przecinek.

“Czepnę sie” jeszcze sprawy prysznica. Fakt, wszyscy wiemy, co znaczy ‘wziąć prysznic’, ale dalszy ciąg zdania wywołuje lekko śmieszne skojarzenia, o który napisała regulatorzy. Jak tego uniknąć? » […] do domu, odswieżyć się pod prysznicem i zasiąść z żoną do śniadania. «  

Intrygujące opowiadanie, trzyma w napięciu. Na brak fantastyki nie narzekam, ale na brak wyjaśnień na końcu – trochę tak. W końcu jak oni to robili? Albo dlaczego im to robiono?

I, skoro ta szybka kąpiel nabrała takiego znaczenia:

 

Żona do policjanta:

– Wziąłeś prysznic?

– Jak coś zginie, to od razu na mnie!

Babska logika rządzi!

No to lepiej wyrzucę ten prysznic. Jak kiedyś kawkę i wronę, na zbity dziób, znaczy kabinę. :) Ale samoobsługujące się radiowozy pozwolę sobie zostawić, mają swój urok ;)

Fiklo, policjanci, zwłaszcza amerykańscy, to zdolne bestie. Nawet prysznic potrafią wziąć :):)

Bardzo nie lubię wyjaśniać wszystkiego do końca. Podpowiem tylko, że w tym, jak “oni to robili”, kryje się zaginiony element fantastyczny tego tekstu.

 

Wielkie dzięki za komentarze.

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

Przed użyciem zapoznaj się z treścią ulotki dołączonej do opakowania, bądź skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą, gdyż każda uwaga niewłaściwie stosowana zagraża Twojemu życiu lub zdrowiu.

 

dotknięty ledwo skrywaną w głosie gościa ze stolicy stanu ironią

Za bardzo rozdzielone, a wcale nie jest to potrzebne.

 

– Ludzie, zabici w taki sam sposób, jak człowiek, którego[,-] – śledcza zawiesiła głos – ehem, znalazł pan w piwnicy.

Przecinek w zapisie dialogu.

 

Kozak przyklęknąwszy przy ciele kolejnej ofiary, przyglądał się martwej kobiecie przez dobrą chwilę, po czym podniósł się ociężale.

Mam wrażenie, że chciałaś tutaj uniknąć powtórzenia i to wyszło nienaturalnie.

 

Zaciekawieni sąsiedzi, poza kolorem i marką, nie potrafili podać jednak bliższych szczegółów, uspokojeni faktem, że tablice rejestracyjne wskazywały na mieszkańca ich rodzinnego stanu

Wcześniej było, że nie zwracali uwagi na numery.

 

– Ktoś ją zmusił – poprawiła synowa.

– Nic na to nie wskazuje.

Wg mnie profesjonalna śledcza nie powinna udzielać takich informacji podczas przesłuchania.

 

potrząsnęła opakowaniem, wyzwalając charakterystyczny szelest

Wyzwolenie kojarzy mi się z czymś, co jest ukryte i potrzebuje czegoś, żeby się uwolnić, a szelest po prostu powstaje.

 

sobie nieciekawa dzielnicę

ą

 

Paul podpadł któremuś z lokalnych gangów i zaczęły się kłopoty

"Podpadł" jest wieloznaczne, a jednocześnie wskazuje, że Paul jednak coś zawinił i żona wie., co to mogło być.

 

To opowiadanie jest świetne! Serio!

Fantastyka? To jest (herbaciana ;)) esencja fantastyki. Opko pokazuje, że nie potrzeba krasnoludów, statków kosmicznych czy wampirów, żeby tekst był fantastyczny. Wg mnie on jest nawet bardziej fantastyczny niż większość tekstów z tymi elementami. Dlaczego? Bo fantastyka jest tu kluczowa i nie można jej niczym zastąpić, nie zmieniając jednocześnie wymowy.

Druga rzecz to klimat. Plastyczne opisy, duszna atmosfera i smród rozkładających się zwłok. A do tego napięcie, które towarzyszy czytelnikowi od początku do samego końca.

To wszystko przyprawione sprawnym warsztatem.

 

Każdy bohater jest inny i fajnie czyta się o ich życiu, przemyśleniach i spojrzeniu na sprawę, którą prowadzą. Każdy dodaje coś od siebie.

 

Nie przeszkadzało mi też zakończenie – wg mnie to, co należało wyjaśnić, zostało wyjaśnione. Sądzę, że resztę da się wyczytać. To jest też siła tego tekstu – on "rozgrywa się" w moim musku jeszcze długo po przeczytaniu.

 

Jedyną rzeczą, która mi zgrzytnęła, to wątek herbaciany. Wydaje mi się on mocno naciągany. [Spojler] On był potrzebny, żeby dać jakiś trop detektywom, dać im nadzieję na rozwiązanie sprawy i doprowadzić do kolejnych ofiar, ale istota faktu, że część ofiar kupuje herbatę w tym samym miejscu, zostaje później podważona przez zdarzenia mające miejsce w zakończeniu, bo okazuje się, że nasz młody mężczyzna z wyjątkowymi zdolnościami perswazji ;) wcale nie potrzebuje wektora dla swoich zdolności. [koniec spojlera]

 

Nie wiem, czy słusznie, ale wyczuwam inspirację filmami "Oszukać przeznaczenie", a przynajmniej mi się skojarzyło.

 

Pisz tak dalej, Marianno, a ja będę Cię czytał z przyjemnością! :)

 

Pozdro!

B.A.

 

 

I pity the fool who goes out tryin' to take over da world, then runs home cryin' to his momma!

Czyżby motyw herbatkowy wynikał z wymogów czegoś tam na herbatkowym portalu? :)

 

Bardzo mi się to opowiadanie podobało. I naprawdę są tu śladowe tylko ilości fantastyki? Bo mnie się wydaje, że jest jej wystarczająco na ten o tutaj portal. Jasne, niedopowiedzenia są, ale chyba takie, że bez większego problemu można sobie je dopowiedzieć.

Podoba mi się sposób, w jaki prowadzisz narrację. Spokojny, bez specjalnych ozdobników, a jednocześnie plastyczny i nie pozostawiający bez emocji. Wydaje mi się, że  – obok SF – kryminały mogły by być Twoją mocną stroną. :)

 

EDIT: I jeszcze na chama wcisnę się z prywatą. B.A. – gdybyś kiedyś cierpiał na nadmiar czasu – zapraszam Cię pod moje opowiadania (przynajmniej niektóre;)). Podoba mi się sposób, w jaki komentujesz, Twoje uwagi – mam wrażenie – mogą być cenne.

Zdaje się, że rzeczywiście opowiadanie z Herbatki, które nawet wygrało konkurs na “Kryminał z herbatką w tle” :)

I zasłużenie. 

Natomiast zgodzę się z z Tobą, nie B.A., że fantastyki za grosz, przy jego interpretacji komputer to najwyższa forma Czarnej Magii.

Niby można … ale zostawmy to Pratchettowi. To żaden zarzut, ja też poruszam się wokół :)

 

Pan Wysokiego Domu

Ocho, dziękuję i bardzo chętnie :)

Właściwie to od jakiegoś czasu przymierzam się, żeby coś Twojego przeczytać. Jakieś konkretne życzenia?

Tylko muszę ostrzec, że bywam w swoich ocenach szczery, nawet do bólu. Może to powodować u autorów frustracje, stany depresyjne, a nawet zawołanie mamy autora, która ma mi wytłumaczyć, że się mylę. Z góry uprzedzam, że nie biorę odpowiedzialności za takie reakcje ;)

I pity the fool who goes out tryin' to take over da world, then runs home cryin' to his momma!

B.A., właśnie skonsultowałam się z farmaceutą. Nie ma przeciwwskazań i skutków ubocznych :)

 

Twoje uwagi trafne, skorzystam o jakieś bardziej ludzkiej porze doby. Z tymi numerami wozów, miałam na myśli raczej, że ich nie zapamiętywali niż że na nie nie patrzyli. Ale zgadzam się, że faktycznie ten sposób opisu zgrzyta. Podpadł – jestem pewna, że żona wie, czym, ale nie powie :)

 

Do fanów “Oszukać przeznaczenie” nie należę, więc to po prostu zbieg okoliczności.

 

Ocho, B.A., Pan dobrze mówi. Taki był konkurs, herbata miała być i koniec. Miała być i jest, ale w sumie, podoba mi się ta herbata, myślałam, żeby zamienić ją na coś innego, ale jakoś mi do tej historii pasuje.

 

Wielkie dzięki za komentarze.

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

Dzięki, B.A. Właśnie wyjechałam na parę dni, jak dorwę normalny net to Ci wyślę pw. A jak nie, to zrobię to zaraz po powrocie. :)

Bardzo mi się podobało. Klimatyczne, trzymające w napięciu i dobrze przyprawione.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Alex,

Dzięki za wizytę.

Może się z SF na kryminały przerzucę ;)

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

Mozna laczyc jedno z drugim, jak, nie szukajac daleko, Pan Lem :)

Biblioteka, pozdrawiam :)

Pan Wysokiego Domu

No to Biblioteka! Dobry, wciągający tekst. Przeczytałem z przyjemnością, a końcowe niedopowiedzenie ma swój urok. I o to chodzi.

Sorry, taki mamy klimat.

O, byłbym zapomniał: Nagle uniósł rękę do góry… – a nie do dołu? :)

Sorry, taki mamy klimat.

Panie i Sethraelu, cieszę się, że się podobało.

 

Sethraelu, fakt, ciężko byłoby podnieść do dołu… ;) Dzięki.

 

Pozdrawiam.

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

Podpisuję się pod poprzednimi komentarzami, bardzo sprawnie i obrazowo napisane opowiadanie, trzymające w napięciu i nie przekoloryzowane w żadną ze stron – jest i trochę surowej naturalności i tajemnicy. Tej ostatniej może jednak ciut za dużo…

 

SPOILER

Rozumiem ogólnie, że herbata była koniecznym motywem, z wielu względów, ale w końcowej części budzi moje wątpliwości. Brakuje mi też zazębienia się i rozwinięcia pewnych wątków – przykładowo déjá vu, na które przyznaję, liczyłam że będzie miało większe znaczenie. Chyba, że go nie dostrzegłam? Dodatkowo, czy Kozak także miał w swojej historii jakieś uniknięcie śmierci? Czy to nie zbyt duży zbieg okoliczności? A może właśnie dlatego, że nie miał czegoś takiego oparł się „perswazji” z podwiezieniem? I dlaczego w wypadku tej dwójki faktycznie zostało pominięte środkowe ogniwo? I do czego właściwie to ogniwo służyło? Bo chyba nie z kaprysu „główny fantastyczny” jeździł autostopem? Nie mówię, że wszystko powinno być wyłożone na tacy, ale brakuje mi jakiś sugestii w tym zakresie. Nie do końca rozumiem również „test wyboru”… Chyba, że Muir miała zdać się na szczęście „czy znowu przeżyje”? Ale w takim wypadku, reszta też wybrałaby chyba wersję z nadzieją?

KONIEC SPOILERA

Mimo uwag, opowiadanie uważam za naprawdę bardzo dobre i czytałam je z dużym zainteresowaniem. Powyższe to jedynie efekt tendencji do odsupełkowywania supełków ; )

 

/Aeli

Jafieli,

ja po prostu nie lubię wyjaśniać za dużo. Kiepska byłaby ze mnie nauczycielka :) Pozostawiam czytelnikom nieograniczoną swobodę interpretacji.

Ale podpowiem, odnośnie spojlera: główny fantastyczny w zasadzie nie żyje. I, w zasadzie, jest uwięziony w piwnicy. Jeśli miałby w planach jakąś dłuższą podróż, potrzebowałby nośnika. Można dla uproszczenia nazwać go medium. Czyli – uczynnego kierowcy. Natomiast odnalezienie zwłok przez policję w pewien sposób byt, który kiedyś był sprzedawcą herbaty, uwalnia. Tak można sobie to wyobrazić. Co do Kozaka – to detektyw w wielkim mieście, na pewno miał już “ nóż na gardle” i to nie raz. Zwróć jeszcze uwagę na to, że główny fantastyczny został zamordowany przez wspólnika, który co najmniej dwukrotnie otrzymał “odroczenie wyroku”. Czyli innymi słowy, żyłby, gdyby Chińczyk nie umknął śmierci. Może postanowił, że naprawi to, co bezmyślnie odroczyła śmierć? Co do Muir – to nie był test wyboru. To był jej wybór. Mając do wyboru ;) jazdę z mordercą do domu i tam poddanie się jego woli, wybrała śmierć na własnych warunkach.

 

Ale się rozpisałam. Nie wiem, czy jasno to wyłożyłam wszystkie supełki.

Wielkie dzięki za przeczytanie i komentarz.

Pozdrawiam z Rakowa ;)

 

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

Dziękuję ślicznie za wyczerpującą odpowiedź, wszystkie supełki czują się naprostowane i jaśniutkie ;) Swoboda interpretacji jest ogółem dobrą sprawą i chyba rozumiem o co chodzi. Przyznam cichutko, że musiałam mieć jakieś zaćmienie czytając, całkiem umknął mi ten akapit z wjechaniem na skrzyżowanie. Nie wiem jak on to zrobił, akapit znaczy. Teraz zafundowałam sobie powtórkę z rozrywki i już w ogóle łapię więcej i nic się nie czepiam – upały szkodzą na rozumek, praszam Cię najmocniej. Większość pytań wynikła wprost z mojej własnej ślepoty.

 

Pozdrawiamy także, dla odmiany z Tysiąclecia ; )

 

/Aeli

Nadganiam zaległości i to opowiadanie przeczytałam z prawdziwą przyjemnością. Jak dla mnie fantastyka jest, doskonały klimat i zemsta zza grobu – czego pragnąć więcej? Nie mogłam się oprzeć wrażeniu: Muir skojarzyła mi się mocno z Linden z The Killing (mimo że chyba starsza…) i to odbieram jako na plus (silna kobieta, która sama o sobie decyduje). 

Jafieli,

nie z Twojej ślepoty, raczej z mojego zamiłowania do unikania wyjaśnień w tekstach :). Sama jestem sobie winna. Miło mi, że tekst powtórnie dostarczył Ci (Wam) rozrywki ;)

 

Rooms,

dziękuję za wizytę. Pewnie nie uwierzysz, ale serialu nie oglądałam (nie bardzo mam czas na TV), więc podobieństwo postaci jest zupełnie przypadkowe ;)

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

Młoda kobieta w widocznej ciąży prześlizgnęła się obojętnym wzrokiem po zdjęciu jedynego podejrzanego i nieudanym portrecie pamięciowym tajemniczego autostopowicza, skrzywiła się z niesmakiem i zaprzeczyła z pełnym przekonaniem. Muir zachowała kamienną twarz; spodziewała się takiej reakcji.

 

To pokazywanie zdjęć jest głupie. Dajmy na to, że świadek stwierdzi, że podejrzanego rozpoznaje.

Potem przyjdzie do rozprawy i obrońca przed sądem spyta: “a skąd pani go zna?”

– Widziałam go.

– Jest pani pewna?

– No przecież policjanci pokazali mi jego zdjęcie… ; )

 

– Zobacz, następny – oznajmił głucho, oświetlając mocno już strupieszałego, suchego wisielca.

Albo wysychał, albo gnił – a jeżeli gnił, a spalona kamienica raczej nie jest zbyt hermetycznym miejscem – to warto by wspomnieć o owadach ; ) A jeżeli gnił od pół roku, to już prawdopodobnie, już by się “rozszedł w szwach” i rozsypał; a jeżeli schnął, to i smród nie byłby tak silny. 

 

Mnie nie przekonało. Ci śledczy trochę wydają się być z łapanki; po bliskich osób zmarłych nie widać jakiegoś poczucia żalu, ale raczej generyczną obojętność. Nastrój jest utrzymany w takiej nieco przejedzonej tonacji amerykańskiego dreszczowca z lat 80 – co samo w sobie nie byłoby może złe, jeżeli tekst chciałby jakoś grać czy rewidować tamte klisze. Chcąc urealnić opowieść, warto by się zastanowić nad wprowadzeniem jakichś kontrapunktów – chociażby, jak się wydaje, nieodłącznego przy wysokim natężeniu smutnych rzeczy szeroko pojmowanego humoru. 

Fabuła  z kolei rozlazła się: jakieś morderstwa-samobójstwa i niewidzialny killer, ale bohaterka umiera w wypadu – więc właściwie nie wiadomo, dlaczego inni się wieszali, a potem ktoś po nich sprzątał; albo też sam ich wieszał (szczególnie, jeżeli jest nieśmiertelny), sprzedawcy herbaty i WTC i przyjacielski technik ex machina… 

Lepszym terminem niż “zwolnienie warunkowe” byłoby “warunkowe zawieszenie wykonania” ; )

I po co to było?

Syfie,

Co do wysychania i gnicia, cenna uwaga, przemyślę to. Co do zdjęć – skoro kobieta nie zna tamtych ludzi, to co w tym dziwnego, że nie reaguje emocjonalnie? Na procesie i tak związek z tymi ludźmi trzeba udowodnić, nie wystarczy fakt, że się ich widziało. Bohaterka powoduje wypadek, bo przewiduje, że ma zostać powieszona. Sprawca przybiera różne postacie – raz jest młodszy, raz starszy, a raz może przedzierzgnąć się w technika. Z sugestią o celowości wprowadzenia humoru się nie zgodzę. Pewnie jestem w mniejszości, ale nie lubię wciskania go na siłę między poważne sprawy i trendu przerabiania dramatów na obowiązkowe „wesołe komedie frontowe”. Sorry, ale taki mam styl pisaniny i to się raczej nie zmieni, ale zawsze można mnie omijać szerokim łukiem ;). Poza tym… mam sentyment do amerykańskich dreszczowców z lat osiemdziesiątych (choć może bardziej z dziewięćdziesiątych, w osiemdziesiątych za młoda byłam na takie filmy) i coś z tego sentymentu może do tekstów przenikać. Nie zamierzam się tego wypierać i nie uważam tego za powód do wstydu. Choć, oczywiście, rozumiem, że może się to nie podobać.

Pozdrawiam i dziękuję za opinię :)

 

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

Rozwiązanie całej zagadki przychodzi trochę w formie deus ex machina, bo właściwie nie wynika bezpośrednio z podanych wcześniej informacji/poszlak. Ale poza tym to naprawdę bardzo przyjemne opowiadanie. Konsekwentnie zmierza w konkretnym kierunku i w pełni zdaje sobie sprawę z tego, że postaci nie są najważniejszym elementem kryminału, ale warto je zarysować między wierszami. Jak dla mnie zdecydowanie jedno z lepszych opowiadań w tym miesiącu.

Vyzarcie,

nawet jeśli okaże się najgorszym z tych lepszych, to i tak nie będzie źle. Sezon ogórkowy przecież w pełni :)

 

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

Bardzo dobry tekst. Cały czas podziwiam Twój warsztat, który jest – jak mniemam – bardzo bogaty. Podobnie jak Twoja wyobraźnia, która nie ma granic.

"Wszyscy jesteśmy zwierzętami, które chcą przejść na drugą stronę ulicy, tylko coś, czego nie zauważyliśmy, rozjeżdża nas w połowie drogi." - Philip K. Dick

Mkmorgoth,

zapewniam Cię, że moja wyobraźnia ma granice. Np. na większość ogłaszanych konkursów zwykle nie mam pomysłów – w czasie ich trwania. Pojawiają się dopiero po :)

Cieszę się, że Ci się podobało, chociaż pewnie zaraz pojawi się Beryl i napisze, że tego się nie da czytać :)

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

Mi się, niestety, nie podobało. Bohaterowie opowiadania są jacyś tacy sztywni i trochę mało wiarygodni. Ale nie czytało się źle, dopóki nie pojawił się młody technik i nie poprosił o podwózkę. Takie nagłe wyjaśnienie wszystkiego bardzo mi się nie spodobało. Nie rozumiem też, skąd śledcza wiedziała, że przyjdzie jej zginąć – czy inni tego nie przeczuwali i dawali się powiesić? Czy nie uważała, że jednak warto spróbować posłuchać podstawowego ludzkiego instynktu i powalczyć o to, by żyć dalej? Po prostu stwierdziła “zrobię to sama” i skasowała samochód, narażając tym samym, zresztą, na śmierć innych ludzi? Głupie i samolubne :)

 

EDIT: Dopiero teraz to zauważyłem :D

chociaż pewnie zaraz pojawi się Beryl i napisze, że tego się nie da czytać :)

Może trochę przesadziłaś, ale jednak przyszedłem i skrytykowałem :>

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

To ja się może na jasnowidztwo przerzucę? Przewidziałam pojawienie się Beryla z dwudniowym wyprzedzeniem :):)

 

Edit: a gdyby wyciąć z literatury wszystkie elementy głupie i samolubne, to ciekawe, co by zostało. Takie np romanse straszyłyby bielą niezadrukowanych kart ;)

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

Ja wiem, że to może głupie, żeby zarzucać bohaterce opowiadania głupie zachowanie, bo przecież my, ludzie, wszyscy jesteśmy czasem głupi. Tak, nawet ja ; P Ale nie o samą głupotę tutaj chodzi, a o fakt, że to jednak spowodowało zgrzyt podczas lektury.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

A ja jednak będę tej głupoty bronić. I, szczerze mówiąc, nazwałabym ją raczej odruchem, nie głupotą. Czyli czymś, czego dokonujemy w stresie i nie zawsze jest to mądre, ale wydaje się najlepszym rozwiązaniem w danej chwili. Gdybym opisała na przykład, katastrofę pewnego statku i zachowanie kapitana, który pierwszy wiał, gdzie pieprz rośnie, to też pewnie naraziłabym się na gromy, że głupio, samolubnie, no i przede wszystkim, nielogicznie. A jednak się zdarzyło.

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

Hm, mam problem z tym opowiadaniem. Dobrze napisane, mi się tam postaci podobały, szczególnie Muir. Ale ta historia nie ma dla mnie haka. Nie wciągnęła mnie na początku, gdzieś pośrodku poczułam lekkie ssanie, a zakończenie zwyczajnie przyniosło mi zawód.

Najbardziej podobała mi się scena przesłuchania byłej żony Chenga. Bardzo, ale to bardzo fajnie to zrobiłaś. Taka forma ma swój urok. Ale nie widzę tego “czegoś” w tym opku. Prawie wszystkie dowody/poszlaki w sumie można by do kosza wrzucić, opisać serie morderstw, dać scenę ze śmiercią Muir i fabularnie nic by się nie zmieniło. Tylko klimat byłby uboższy, co nie zaprzeczam – jest ważne -ale dla mnie nie może być wszystkim.

Tylko nie "Tęcza"!

Tenszo, dzięki za wizytę.

Przyznam się, że pisząc, często “stawiam na klimat”, bardziej niż na stronę fabularną. Może to bierze się stąd, że sama, jako czytelniczka, cenię sobie opowiadania z klimatem i jestem w stanie wybaczyć ich autorom różne niedociągnięcia fabularne. Ale, oczywiście, rozumiem, że może się to nie podobać.

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

Wpadłam i tu – w tekście zabrakło mi tego, co jest w wyjaśnieniach, bo niestety z samej historii nie wszystko wynika i zakończenie pozostawia mocny niedosyt. Zabrakło mi również *dobrego* motywu samobójstwa Muir – przecież autostopowicz nie mordował tych, co go podwozili, dlaczego pomyślała, że właśnie ona ma być ofiarą? Prędzej bym widziała coś w stylu, że zrozumiała kim facet jest i próbowała zabić *jego*.

Bellatrix,

być może tego faceta nie da się zabić, bo on, jakby, nie żyje ;)

Pozdrawiam :)

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

Wiem to – z wyjaśnień :) Z tekstu tego nie widać, Muir też raczej chyba tego nie wiedziała (a przynajmniej nie ma nigdzie, że choćby się domyślała)

No cóż, będę kiedyś musiała wtrącić do tekstu zdanie czy dwa :)

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

Marianno, i już? 

Tekst tak trzyma w napięciu, a tu bęc, otwarte zakończenie. Szkoda. Uważam, że zrobiło mu to krzywdę.

Poza tym mocno się wciągnąłem, bardzo mi się podobało. 

No już!

Cóż poradzić, uwielbiam otwarte zakończenia…

 

Pozdrawiam i dziękuję!

:)

To jest puste, ciągnie się w nieskończoność i… O mój Boże, tam jest pełno zaimków!

Nowa Fantastyka