- Opowiadanie: RogerRedeye - Bunkier

Bunkier

Bunkier” został zaprezentowany czytelnikom 14 maja 2014 r. w drugim numerze magazynu grozy “Histeria”.  Prężnie rozwijający się, ładnie wydawany i ilustrowany sieciowy magazyn literacki.

Opowiadanie powstało przypadkowo... Gdzieś pod koniec kwietnia przeczytałem, chyba w “Szortalu”, że “Histeria” poszukuje autorów i tekstów – oczywiście,  o bardzo określonej specyfice. Czytelnicy winni przy lekturze popaść w histerię... Nigdy nie tworzyłem opowiadań grozy, ale postanowiłem spróbować. Gonił mnie termin, więc napisałem “Bunkier” w trzy dni. Nie szukałem nowatorskiego pomysłu – nie stało czasu na wymyślenie czegoś zupełnie nowego. Później nieco poprawiłem tekst. Na stronie ”Histerii” pojawiły się recenzje wszystkich opowiadań z tego numeru – oto pierwsza z nich: http://alicyawkrainieslow.blogspot.com/2014/05/lubicie-dobry-stuff-cpajcie-histeryczna.html

W czerwcu 2014 r. opowiadanie opublikował portal “Herbatka u Heleny”. Zdaje się, ze ukaże sie takze w lipcowej “Herbasencji”.

PsychoFishowi dziękuję za cenne uwagi do opowiadania.

 

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Bunkier

 

Pamiętam, że Saszka uważnie obejrzał klamry od pasów. Znalazłem je w tym przeklętym bunkrze, zaraz przy wejściu. No i pistolet.

Saszeńka parabelkę na bok odłożył, ale aż mlasnął z uciechy, jak ją zobaczył. W dobrym stanie przetrwała, leciutko przerdzewiała, a okładziny kolby miała nietypowe – drewniane. No i ten grawerunek na zamku…

Od razu było widać, że pistolet specjalnie podszykowany, dla jakiegoś wyższego oficera. Może prezent albo nagroda za zasługi?

Germańcy do takich rzeczy mają sentyment, pielęgnują pamięć o rycerskich żołnierzach Wehrmachtu – i za specjalne wyroby sporo płacą.  

– Niemieckie – zawyrokował Saszeńka. – Trochę się odczyści, odpucuje – i powędrują w świat. Za takie drobiazgi dużo nie zapłacą, ale zawsze parę tysiączków dodatkowych rubelków nam się przyda.

U nas, na Białej Rusi, pieniądz słabo stoi. Cóż począć, może kiedyś kurs się podniesie. Niby wiele za zwykłe rupiecie nie weźmiesz, ale, jeżeli dużo ich masz, sporo banknotów uzbierasz.

Jasne, że od razu było widać, ze klamra hitlerowska. Ten ich orzeł, napis „Gott mit uns” – wiadomo, nazistowska. Na pierwszy rzut oka poznasz. Ale Saszka naprawdę interesował się militariami – i nie tylko tym. Dużo czytał i wiele wiedział. Niby wszyscy dawno już poznaliśmy, co ile jest warte, ale to Saszeńka wszystko oceniał i kwalifikował.

Dużo umiał – uczył nas, jak złote i srebrne korony z zębów wyciągać, a potem w sztabkę przetopić. Specjalne szczypce do wyrywania załatwił. Rodzaje punc jubilerskich na sygnetach i pierścieniach na pamięć znał. I od razu odpowiednią cenę dobierał. Sasza kierował nami. Szef, lider – nigdy do niego tak nie mówiliśmy, ale we wszystkim słuchaliśmy – bo właśnie on wymyślił i rozwinął nasz biznes. Szybko zrobił z niego całkiem poważny interes.

Nigdy się nie mylił. Nabój do mosina od pocisku do mausera rozróżniał z zamkniętymi oczyma, dotykiem palców. Z bagnetami też tak samo było. O doprowadzeniu takich wojennych śmieci do stanu nowości też sporo się nauczył.

Właśnie Sasza wpadł na pomysł, żeby stare hełmy, bagnety, ładownice, znaki rozpoznawcze, taśmy amunicyjne i co tam nam wpadło w ręce sprzedawać turystom. Po renowacji, jak to określał.

Wtedy interes naprawdę ruszył… A Sasza go rozkręcał. Mieliśmy zaiste bogate źródło pozyskiwania zdobyczy. Istne Klondike – umocnienia blokujące wyjścia z bagien poleskich. Fortyfikacje polskie, niemieckie, sowieckie… Cmentarze wojenne i zapomniane, pojedyncze mogiły… Najpierw Lachy umocnienia budowały, potem przyszli czerwoni i też swoje schrony wznieśli, a na końcu Niemcy uzupełnili panzerwerkami.

Powiem tak: u nas, na Białej Rusi, żyje się spokojnie. Cicho, bez nerwów, a starsi ludzie mówią, ze po bożemu. Czasami patrzę w swój laptop i czytam, ze u nas zacofanie. Ciemnota – i niczego nie można kupić, tylko zapałki, naftę i sól. Bzdura. Kupić możesz wszystko – tak jak ja nabyłem komputery, samochody, dom piękny wybudowałem – tylko musisz mieć pieniądze. Tak dużo, że jak je za rubaszkę włożysz, pomyślą, ze w ciąży jesteś. Najlepiej mieć walutę zachodnią. Dolary, euro… I rosyjskie ruble. Polskie złotówki przy wymianie też wysoko stoją. Wiadomo, w banku oszukują, prowizję sobie liczą, opłaty, ale – wyjdziesz na swoje.  

A turystów niemało… Dużo Lachów przyjeżdża, poleskie błota i bagna odwiedzają, śladów przeszłości szukają. Łasi są na pamiątki. No i portfele mają zasobne, nie powiem.

Na poważnie zaczęło się tak. Trzech nas druhów było – ja, czyli Grisza, Sasza i Stiepan. Nazwiska nieistotne, po co komu je znać? Nazwa naszej wioski też nieważna – niech ludzie żyją sobie spokojnie… Saszka któregoś wieczoru, kiedyśmy w trójkę siedzieli przed artelowym sklepem, zebrał wszystko do kupy.

Powiedział wtedy tak:

– Sokoliki wy moje, my na tych wojennych pamiątkach zrobimy majątek… Uczciwie, jak Bóg przykazał.  

Oczy mu błysnęły.

– Jest towar, są kupcy – ciągnął. – Trzeba tylko się postarać, żeby poważne produkty znaleźć, a nie jakieś barachło. Fatyga niewielka, zysk pewny.

Na początku sprzedawaliśmy stary asortyment: łuski, porzucone naboje, hełmy, saperki, manierki… Bagnet znaleźliśmy – radość nieopisana. Karabin w dobrym stanie – święto wielkie! Wydawało się nam, że sporo zarabiamy, ale jeszcze nie wiedzieliśmy, gdzie kryje się prawdziwe Eldorado. Towar jednak schodził. I stali kupcy nas już odwiedzali.  

Sytuacja się zmieniła, kiedy Stiepan w zapuszczonym tradytorze artyleryjskim znalazł dwa kościotrupy. Chłopak z niego był niewysoki, szczupły, w podziemnych chodnikach bobrować lubił. Weszliśmy za Stiopą, patrzymy: kości gładziutkie, czaszki wypolerowane, jakby ktoś – albo coś – kiedyś tam dokładnie całą resztę ciała wyjadł, a potem pozostałości wylizał…

Zbytnio na szczątki nie zwracaliśmy uwagi, bo w świetle latarki zobaczyliśmy, co jeszcze z truposzy zostało: dwie złote papierośnice, srebrna zapalniczka, zegarek, też złoty, pióro wieczne, medaliki, znaczki rozpoznawcze… No i portfel, a w nim legitymacja, listy, zdjęcia, papiery. Medaliki piękne, pańskie, na czaszkach hełmy z orłami.  

Jeden z kościotrupów w dłoni pistolet ściskał. Po co, na kogo – już nie wiadomo.

Saszy aż oczy się zaświeciły.

– Vis – powiada. – Dobra broń, rzadka, korozji zbytnio nie uległa. Prawie rarytas kolekcjonerski.

Na dziurę w ścianie tunelu w ogóle nie zwróciliśmy uwagi. A powinna nas zdziwić… W betonie, kilkadziesiąt metrów pod ziemią, wyłom na chłopa wielki.

Stiopka skwitował, że widocznie cement w tym miejscu źle położono, nie związał się, a potem Lachom czasu zabrakło, żeby budowlaną fuszerkę naprawić.

Przed kim oni się w tym chodniku bronili albo uciekali – też się nie zastanowiliśmy… Zebraliśmy wszystko – i na górę. Sasza popatrzył, głową kiwnął – i mówi:

– Głupcami się okazaliśmy, ale – ten okres właśnie zakończyliśmy. Na tym dopiero zarobimy, zobaczycie. – Palcem w portfel pękaty postukał. – Od dzisiaj takich rzeczy szukamy. Giwera stara w ręce wpadnie – odrestaurujemy, opylimy. Ale te graty… – wziął w rękę legitymację ze skórzanego pularesu z herbowym znakiem – to dopiero jest coś!

Przyjechali stali odbiorcy – dorobiliśmy się już takich. A Sasza zza pazuchy dobrze zachowaną legitymację polskiego krzyża, Virtuti Militari, za wojnę z bolszewią w dwudziestym roku wyciąga – i mówi:

– Popatrz tylko, bratku! Cymes! Rzadko spotykane! – Dokument pod nos zbieraczowi podtyka. – A stan – idealny.

Saszka, jak wspomniałem, sporo czytał. Język polski opanowywał. Gadanie Lachów do zrozumienia nietrudne, do nauczenia też. 

Zbieracz – tak ich nazywaliśmy, ale wiedzieliśmy, ze później nasze łupy u siebie ze sporym zyskiem sprzedają – oczy tylko zmrużył i pyta: 

– Ile chcecie?  

– Sto dolarów – Saszka odpowiada – tylko za ten dokumencik o orderze. Nie pożałujesz: ty i tak z trzykrotnym przebiciem go sprzedasz. O reszcie po kolei sobie pogadamy.

Pierwszy raz porządnie obłowiliśmy się. Wzięli towar od ręki. Zostawili specyfikacje, co ich najbardziej interesuje.

Zaraz potem Saszka podzielił role, a do mnie powiedział tak:

– Griszka, odpowiadasz za topografię obszaru badawczego. Szukaj nowych miejsc eksploatacji: bunkrów, przede wszystkim mogił i cmentarzy polowych, zapomnianych okopów. Szkice wykonuj, oznaczaj dojścia. Szybko będziemy mieli pól eksploatacyjnych tyle, że na lata starczy…

Saszka fachowe książki archeologiczne studiował. Rozwijał się, a my razem z nim. Poważnie już sprawę traktowaliśmy, bo nielichy pieniądz płynął. Stiepan raz w miesiącu dolę komendantowi miejscowego posterunku odpalał, żeby oko przymykał. Niebawem szefowi sił bezpieczeństwa w obłasti też podarek regularnie dostarczaliśmy – ale nie żałowaliśmy. Spokój pracy się liczył.

Zapytacie, czemu Sasza taką wagę do cmentarzy polowych przywiązywał? Pomyśleć trochę trzeba: swoi poległych kolegów nie łupią. Połowę nieśmiertelnika tylko się bierze, drugą część między zęby wsadza, albo w brzuch, jeżeli rozpruty. Ze wszystkim zabitego na polu chwały grzebią – z pasem, butami, sygnetem, medalikiem, zapalniczką, papierośnicą, zębami złotymi w szczęce, odznaczeniami. Z całym kolekcjonerskim i jubilerskim bogactwem, teraz dużo wartym.

Otrzymałem ważną funkcję – wyszukiwacza, jak Saszka określał. Starałem się. I jak na początku napisałem: znalazłem ten bunkier – z dwoma kościotrupami Niemiaszków przy wejściu.

Ucieszyłem się. Nowy obiekt, co najmniej dwukondygnacyjny, a na górze sterczą trzy kopuły pancerne. No i zaraz dobre znaleziska, całkiem bez wysiłku, za frajer.

Znowu nie zwróciłem uwagi, że te szkieleciska takie wypucowane jakby… Wyssane. No i lśniące, jakby ktoś ciągle je lizał. I na to, że Niemcy na zewnątrz chcieli się wydostać. Fryce uciekały, a bunkier przecież bezpieczeństwo zapewnia.

O jednej sprawie zapomniałem powiedzieć – gdzie ten wielki schron się znajdował. W przejściu wiodącym przez Mroczne Trzęsawisko. Czarne Topielisko, Ciemne Grzęzawisko, Topiel – różnie je nazywają.

Rozlegle bagno, kilometrami się ciągnie, a ludzie twierdzą, że bezdenne jest. Starsi powiadają, że gdzieś głęboko istota z samego początku istnienia świata spoczywa. Jeszcze ciągle soki wydziela, rozkłada się, dlatego oparzelisko nigdy, nawet w najbardziej upalne lato, nie kurczy się. Upał tylko proces gnilny przyspiesza, tak mój dziadek opowiadał.

Niby Mrocznego Trzęsawiska nijak nie przejdziesz. Źle nogi postawisz – w okamgnieniu wciągnie. Muł ci gardło zatka, potem nos – i koniec. Szczęście, jeśli modlitwę zdążysz odmówić. Ale miejscami przesmyki wyższego gruntu można znaleźć. Wąskie, szersze, niektóre nawet jakby wyspy tworzą – nawet wozem przejedziesz. Czołgiem od biedy też.

Dziadek twierdził, ze na samym dole żebra tego stwora tkwią. Jednego, kilku… Nie wiadomo. Rzucał się, chciał się wydostać z uwięzi – i twardymi częściami cielska ziemię do góry wypchnął.

Myślałem sobie, słuchając starych ludzi, że bajdy snują. Uśmieszek pobłażania kryłem. Teraz taki pewny, że klechdę dawną przedstawiali, już nie jestem…

Takie miejsca właśnie przegradzano umocnieniami, żeby się do końca zabezpieczyć.  

Saszka zarządził wyprawę rekonesansową.

Nie tylko sami pracowaliśmy, dorobiliśmy się kilkunastu pomagierów, przynoszących proste produkty: bagnety, magazynki, lornetki i pozostałe wojenne śmiecie – ale cenne. My skupialiśmy się na sprawach najważniejszych: renowacji, nowe pola wydobywcze badaliśmy, wyznaczaliśmy, a jak trzeba, eksploatowaliśmy.

Złote korony na zębach, papierośnice, obrączki, sygnety, pierścienie – łakoma rzecz. Lepiej osobiście trupy badać.  

Dotarliśmy na miejsce, wchodzimy do środka.  

Widać od razu, że odkryłem wydajne źródło dochodów. Nie zauważyłem, ale dalej na ziemi szmajser – znaczy, niemiecki pistolet maszynowy – leżał. W strzelnicy obrony wejścia kulomiot tkwi, a z bocznych ścian dwie lufy wystają.

– Żywy pieniądz! – Stiepan podsumował pierwsze wrażenia, dłonie zatarł. – Broń od ręki pójdzie!  

Zaraz potem znaleźliśmy te dziury… Wszystkie na wylot. Małe, średnie, a niektóre na chłopa tęgiego wysokie i szerokie.

I podziemne chodniki, w ziemi ryte, bez obudowy, ale spoiste niczym skała. Nie wiadomo jak utwardzone, wijące się i wiodące w dół. Ciągle w dół, jakby prowadziły do trzewi ziemi. Albo pod Mroczne Trzęsawisko…

Taka myśl od razu mi się nasunęła.

W jeden weszliśmy, bo nie mogliśmy zrozumieć, co napotkaliśmy, ale narastający smród zmusił nas do odwrotu. Fetor, jakby blisko rozkładały się ciała niedawno pochowanej kompani żołnierzy.

 

***

 

Coś przypomnę.  

Dawno przestaliśmy być amatorami. Dobrze już wiedzieliśmy, jak budowano bunkry i schrony. Widzicie, żelbet jest niezwykle mocnym materiałem konstrukcyjnym. Betonem wysokiej klasy zalewa się grube pręty stalowe, przemyślnie ustawione. Płyty pancerne do środka wkłada… Stropy i ściany w tym bunkrze wzniesiono grubaśne – na dwa – trzy metry z dobrym okładem. Ciężki pocisk ze sto pięćdziesiątki piątki: armata takiego kalibru, znaczy – w ścianę tej grubości uderzy i zrobi tyle szkody, jakby komuś dać porządnego klapsa w tyłek. Nie przebije – kilkunastu trafień trzeba.  

A tu dziurska w ścianach – jedne na pięść szerokie, inne – głowę swobodnie wsadzisz, a kilka takich, że cały bez schylania się zmieścisz. No i te korytarze dziwaczne. I ten zapach straszny, oddech tamujący, nieopisanej intensywności…

Chrystusie przenajświętszy, co to jest? Czyżby stare podania prawdę mówiły?

Patrzę na Stiepana, on na mnie, i widzę, że jedna i ta sama myśl przyszła nam do głowy – wycofać się, więcej tu nie wracać. O wszystkim zapomnieć. Paręnaście min przed wejściem ułożyć i tabliczki z odpowiednimi napisami w ziemię wetknąć.

Ale Saszeńka inaczej na sprawę spojrzał…

– Sokoliki wy moje – powiada. – Ja myślę, że Wielkorusy miniładunki nuklearne tutaj wypróbowywały. Miejsce sposobne, od siedzib ludzkich daleko, a mocniejszych ścian ze świecą nie znajdziesz.

Rozumiecie, Wielkorusami w naszej okolicy sąsiadów ze wschodu nazywają.  

– Może niżej coś wybudowali, jakiś tajny obiekt – ciągnie, a oczy mu błyszczą. – Pewnie stare materiały chemiczne cuchną. Maski założymy i zbadamy – może wartościowe znaleziska odkryjemy.

Z Saszy zakamieniały racjonalista był, wszystko potrafił naukowo wytłumaczyć. Jeżeli opowieści o Mrocznym Trzęsawisku słyszał, tylko ręką lekceważąco machał.

Kiedy wiedzę zaczął uzupełniać i książkami całą ścianę w domu zastawił, jeszcze bardziej materialistycznie na świat patrzył. Trochę mnie i Stiepana przekonał, a poza tym – wiedzieliśmy, że i tak sam pójdzie. A jeżeli na coś cennego się natknie, tylko jego będzie.

Szkoda mi było tych zysków utracić.

– Dobrze, Saszka. – Głową kiwam, widzę, że Stiepan też. – Przecież nikt nas tutaj żywcem nie zje…

Sam o tym nie wiedząc, prorocze słowa wypowiedziałem.

 

***

 

Do bunkra wybraliśmy się dwa dni później. Wzięliśmy lampę górniczą, w latarkach wymieniliśmy baterie, w maskach pochłaniacze. Buty i spodnie odpowiednie wdzieliśmy.  

Coś mnie tknęło – może Anioł Stróż szepnął słówko do ucha – i zabrałem emgie. Wiecie, skrót taki od wyrazu „maschinengewehr”, używany przez Niemców. Prima sort broń, szybkostrzelna, lepszej nie znajdziesz. Szykowałem ją, żeby za Odrę przerzucić. Też już wiedzieliśmy, jak sobie z taką sprawą poradzić. Z wielu gruchotów jeden sprawny składałem – cena takiego okazu niebotycznie rosła.  

– Stracha masz? – Sasza kpiąco mnie pyta. – A przed czym to, gołąbeczku?

Spokojnie odpowiadam, że przy Mrocznej Topieli okolica bezludna, pożyteczne z przyjemnym połączymy, broń się sprawdzi i przestrzela.

Czegoś bardzo mocno żałuję – jeden tylko odcinek segmentowej taśmy zabrałem, ledwie pięćdziesiąt nabojów. Więcej przydałoby się, oj, więcej… Dobra, już nieważne. 

Wchodzimy do środka, Sasza od razu wysoki tunel do penetracji wybrał.

Idziemy – Saszka na czele, ja w środku, Stiepan zamyka szyk.

Schodzimy w dół, chodnik raz zakręca w lewo, potem w prawo, ale łagodnie. Żadnych ostrych załamań pod kątem prostym, tylko się wije. Betonu nad głową i po bokach nie widać, ziemia, ale twarda taka, że nóż nie wchodzi. Ostrze się złamało, kiedy swoją finką mocniej nacisnąłem.

Śmierdzi jak w piekielnym szambie, ale powiew jakiegoś wiaterku twarz muska. Oddychać można swobodnie.

Sasza też przeciąg zauważył, przystanął i mówi:

– System wentylacji nadal działa. – W świetle latarki widzę, że zuchowato uśmiecha się. – Nie jest źle. Zaraz sprawdzimy, co pod tym bunkrem powstało.

Śmiało ruszył dalej.

Parę metrów dalej tunel ostro zaczął iść w dół. Niby do tej pory ciągle schodziliśmy coraz niżej, ale przesmyk w ziemi łagodnie się obniżał. A teraz, nagle, gdzieś tak pod kątem sześćdziesięciu stopni w głąb spadał – może do jakiejś czeluści…

Wtedy dopiero rozpoznałem ten skondensowany smród. Poczułem fetor Mrocznego Trzęsawiska… Nasze bagno zawsze nieprzyjemnie cuchnęło, takim specyficznym odorem. Raz mocniej, innym razem słabiej. Ale, wiadomo, wietrzyk wieje, otwarta przestrzeń – woń się rozchodziła, słabła. No i człowiek od maleńkości się do niej przyzwyczajał.  Ale – tutaj zapach ten sam, tylko wielokrotnie silniejszy, płuca zatyka, gardło jak stryczkiem dławi.

Wtedy zobaczyłem tę mackę. Odnogę ciała, wypustkę olbrzymią – do dziś nie wiem. Podrygując, wyłaziła z głębi tunelu. Tak jakby dżdżownica pełzała, tylko że od chłopa rosłego wyższa. Przeklęta, przyśpieszała!

W snopach świateł latarek dobrze ją widziałem.

– Uciekać! – Sasza wrzeszczy. – Chryste panie, co to jest?!

Biegniemy z powrotem, ile tchu w płucach, ile sił w nogach.  Przewieszone przez ramię emgie po żebrach tłucze, oddech zabiera. Chodnik drgać zaczyna, ziemia na głowy się osypuje.

Tupot, coraz szybszy, za plecami słyszę.

Goni nas, swołocz przeklęta – myślę – zeżreć chce. Niedoczekanie twoje, gadzino.

Odwróciłem się, lufę o ramię Stiepana oparłem, serię puściłem. Wolniej teraz tupie ta macka cholerna – trafiłem!

– Uciekać, chłopaki, uciekać, jeśli wam życie miłe! – Sasza znowu się drze. – Już niedaleko!

I rzeczywiście – owal mdłego światła widzę, wyjście do przedsionka bunkra przez tę dziurę, w którą nieopatrznie wleźliśmy.

Ale już nie tak daleko. Aż mi z radości serce do gardła skoczyło, jak ten widok zobaczyłem.

Wpadamy do pomieszczenia paręnaście kroków od wyjścia, do świata ludzi, natury, oddalonego o ledwie kilkanaście stąpnięć. A tu Stiepan osuwa się na ziemię. Ręce mu drgają, nogi, blady jak kartka papieru. Oczy wybałuszone, nieprzytomne.

Szok – w ułamku sekundy myśl taka mi mignęła – chłopaka dopadł.

Sasza lepiej wyglądał – o ścianę się oparł, dyszy ciężko, pot mu z twarzy się leje, ale dochodzi do siebie. Sam pewnie też podobnie wyglądałem…

Siły zebrałem, wrzeszczę:

– Chłopaki, wychodzimy! Zbierzcie się w kupę!

Za późno… Dwie, trzy minuty za późno.

Macka przeklęta z chodnika się wynurzyła, Saszeńkę w pasie chwyciła, owinęła się wokół ciała – i ciągnie do środka. Krzyczy chłopak, wije się, nogami macha – a ona go za ścianę przesuwa. Druga macka, z innego otworu, mniejsza, gardło Saszce krępuje, do oczu sięga.

Druh wrzeszczy przeraźliwie, bo potwór gałki oczne mu zżera.

Chryste panie! Zmartwiałem.

Myśl taką miałem, w głębi umysłu się pojawiła: Strzelaj, Grisza, strzelaj! Ale jak? Chłopaka ubiję. Przymierzyłem, ale broń opuściłem – nie miałem szansy mu pomóc… Krzyk ucichł, a Saszka zniknął… Wtedy myślałem, że bezpowrotnie.

Odetchnąłem… Szczerze piszę, bez lukrowania. Sasza przepadł, ale nic nie mogłem zrobić. Nic… Stało się. Mogłem stać tam, gdzie on – mnie by jego los spotkał.

Myślałem, że już koniec wszystkiego. Gdzie tam… W jednej chwili druga ściana pęka, otwór się tworzy. Pomyślcie, półtora metra żelbetu jak plastelina ugięło się pod naciskiem kolejnej macki. Drugiej istoty?

Z dziury wysuwa się coś cieńszego, czarnego, Stiepana za gardło chwyta, dusi – i do ust zachłannie sięga. Biedak, bezwolny niczym kukła, chyba nic z wcześniejszej sytuacji nie widział.  Wybudziła go z otępienia, bestia jedna. Stiopka charczy, też rękoma młynkuje.  

Drugie ramię z kolejnej dziury wystrzeliło, już go żre żywcem. Błyskawicznie odzież rozerwało, widzę, jak kawały mięsa wyrywa. Paszczy żadnej nie widać, ale Stiepanowi krew obficie płynie.

Nie – pomyślałem. – Kurwo przeklęta, jebańcu zasrany, tak łatwo ci nie pójdzie. Jednego druha dostaliście, ale drugiego wam nie dam.  

Trochę już odetchnąłem, nieco sił odzyskałem. Z emgie wycelowałem, serię wystrzeliłem. Trafiłem w tego gada, co gardło Stiepanowi dusił. Gada? Nie wiem, co to było – i już nie chcę wiedzieć. Ale widzę, że się cofa. W cieńszego przymierzyłem, a ta swołocz podziemna już zdążyła Stiopce język wyrwać. Policzki łakomie mu obgryza.

Boże, zmiłuj się, za nasze grzechy chyba nas wtedy pokarałeś… Religijny się potem zrobiłem – nie dziwcie się…

Jeszcze jedną serię puściłem. Macka cofnęła się, wolno się rusza, widać, mocno dostała.

Dobiję gada – myślę sobie. – Do waszego piekła wyślę, żebyś zgnił.

Patrzę – taśmy z boku zamka już nie ma. Patronów zabrakło.

Twarz z potu ocieram, myślę, Stiepanowi trzeba pomóc. Ratować.

A Stiepan już martwy… Dziura z przodu ciała, wielka, jelit nie widać. Usta szeroko otwarte, a w środku – pusto. Zamiast oczodołów – skrzepy krwi. Jak dziecko rozpłakałem się.

Rankiem śmiało do Mrocznego Trzęsawiska szliśmy, na wielkie zyski licząc, a teraz sam na świecie zostałem. Sam, nie licząc trupa Stiepana – bez języka, oczu i połowy brzucha, z wyjedzoną prawie do szczętu twarzą.

 

***

 

Jedną sprawę wyjaśnię. Nie zamierzałem pisać, co z ciałem Stiopki zrobiłem. Nie chciałem o tym wspominać, ale żal ściska duszę, kiedy o nim myślę. Nadal ściska, choć teraz jest inaczej…

Po tym, jak te stwory podziemne porwały Saszę i ubiły Stiepana, uciekłem. Co miałem robić? W pewnej chwili jednak zatrzymałem się, żeby trochę odpocząć. Papierosem się zaciągnąć… Sześć poszło, jednego od drugiego przypalałem.  Nieco ochłonąłem – i przemyślałem wszystko.

Trupa Stiopki przy wejściu zostawić – źle. Wcześniej czy później znajdą. Ja bunkier odszukałem, inni też mogą. Ktoś na niego natrafi, władze powiadomi. Śledztwo się zacznie, szperanie, szukanie. Kilkanaście łusek zabezpieczą, na ślady potworów się natkną. Nowe tropy uwagę milicjantów odciągną. Ale, wiecie, jak jest – bliskim druhem Stiopki i Saszy byłem, zaczną pytać: co wiesz, czemu o zniknięciu nie powiadomiłeś, sprawę zataiłeś.  Wykpię się, wiadomo, bo prawdę powiem. I powiem, że ja go nie ubiłem – potwory zżarły. Broniłem, z maszynówki strzelałem. Sekcja wszystko potwierdzi. Tunele twierdzenia moje niezbicie wzmocnią.  

Tylko, że do interesu wtedy się dobiorą. Skąd takie zarobki masz, zezwolenie uzyskałeś, opłaty wniosłeś, podatki opłaciłeś? A jeszcze zaczną dociekać – z cudzoziemcami konszachty utrzymujesz, umocnieniami się interesujesz, samochody nowe dwa posiadasz… Emgie po co rekonstruowałeś? Może ty szpieg? Albo zamachowiec?

– Powiedz no, bratku, prawdę, jak na świętej spowiedzi – śledczy powie. I zaraz pałę z biurka wyciągnie. Żeby tylko pałę… U nas milicja dobrze jest wyposażona.  

Rodzinę powiadomić – jeszcze gorzej. Rwetes, hałas, a efekt – identyczny, tylko szybciej.

Udać, że nic się nie stało – tak samo. Za dzień, dwa zaczną pytać: 

– Nie wiesz czasem, co z Saszą i Stiepanem się stało? Wyjechali, czy jak? Kiedy wrócą?

Pomyślałem tak: nażarły się, ścierwa, ludzkiego mięsa, głód świeżego pokarmu zaspokoiły. Nie zwrócą na mnie uwagi, zajęte smakowaniem Saszeńki. Plan się narodził, prosty, ale innego wyjścia nie miałem. Bóg mnie oświecił, może mój Anioł Stróż, nie wiem.

Pisałem już, że religijny się stałem – i jeszcze raz napiszę. Nie ma się czemu dziwić.  

Wróciłem do bunkra. Pusto. Zaraz Stiepana na ramię wsadziłem – patrzyłem tylko, czy na głowie leży czapeczka.  

Miał. Czapeczkę Saszy tez wziąłem – jak ta macka go wciągała, na ziemię upadła. Wyczułem jeszcze, czy butelka w kurtce Stiepana tkwi – i rakiem wycofałem się do wyjścia. Potem trupa nad Mroczną Topiel zaniosłem. Nie tak daleko miałem…

Widzicie, Stiepan piękne nakrycie głowy nosił. Takie dla prominentów: lepszy materiał, ręczne hafty, kolorystyka odmienna. Sporo pieniędzy na nią wydal, ale nie żałował. Od razu było widać, że oryginalny wyrób, nie dla byle kogo.

Klubowa czapeczka Realu Madryt, u nas, na Białej Rusi, jest rzadkością. Wszyscy mu jej zazdrościli, bo ładna, a zdobyć – trudno.

Co zrobiłem? Trupa Stiepana ciepnąłem w Ciemne Grzęzawisko. Od razu, przy brzegu, głębokie jest – w tym miejscu koń się kiedyś utopił, razem z wozem i gospodarzem. Drewno stary Artiom wywoził, mocno napity był, drogę, jak ślady wskazywały, zmylił. Głaz nieduży przyniosłem, a obok niego czapeczkę położyłem – i butelkę od wódki „Stoliczna”. Dołożyłem jeszcze paczkę „Biełomorów”, z kurtki Stiepana wyjętą, i jego zapalniczkę złotą. Wcześniej palce trupa na szyjce odcisnąłem, w usta wsadziłem, żeby zaschnięta ślina do szkła dobrze przylgnęła. Czapeczkę Saszki z emblematem Chelsea Londyn ułożyłem obok.

W rękawicach pracowałem.

Dziury w ścianach bunkra trochę nas jednak zaniepokoiły, więc Saszka buteleczkę z lodówki wyciągnął. Po drodze on i Stiepan łyknęli sobie parę razy, tak dla kurażu. Ja też, nie będę kłamał. Tyle, że osobną piersiówkę niosłem, z greckim koniakiem. Moc swoją ma, a smak dobry. „Stolicznej” nie tknąłem – lepiej różnych gatunków alkoholi nie mieszać.

Plan miałem prosty – do wioski wrócić, z półtora dnia odczekać i larum podnieść.

– Saszka i Stiepan jeszcze nie wrócili? – matki Saszeńki zapytać. – Długo coś nad bagnami siedzą…

Zapytają, czy czegoś nie wiem, z ochotą odpowiem:

– Nad Mroczne Topielisko poszli coś sprawdzić. Wybrałbym się z nimi, ale drewno na opał musiałem rąbać, bo się kończyło.  

W naszej wiosce drewnem palą, latem też, ale, znaczy się, w kuchni. Nic nie kosztuje, leśniczemu tylko w łapę raz na jakiś czas dać trzeba. Gazu też można używać, czemu nie, ale – po co płacić? Oszczędzać trzeba, brać darmowe, ludzie tę zasadę rozumieją.

Znajdą pozostałości po Saszy i Stiepanie na brzegu, milicję zawiadomią, ale od razu ktoś orzeknie, co się wydarzyło:

– Chłopaki napili się, tutaj jeszcze jedną flaszką doprawili – i drogę zmylili. Nie w tym kierunku poszli, co trzeba, panie, świeć nad ich duszami młodymi. Nie pierwsi i nie ostatni przez bagno bezdenne trafili do nieba…

Bunkra nie spenetrują – kawałek drogi, a dookoła i tak schronów sporo. Wszystko pasowało – Saszeńka ze Stiepanem nowych wyrobisk szukali.

W tym bunkrze żelbetowym, z dziurami w ścianach, świeże łuski od maszynówki zostały. Ale tam śledczy nie zawitają, naprowadzenia zabraknie.

Sprawdziło się – co do joty. Za parę tygodni dochodzenie umorzono.

Wrócę do ostatnich chwil wspólnie ze Stiopką spędzonych. Piorunująco szybko w grzęzawisku zniknął – jakby go coś w dół, w mulisko bezdenne ciągnęło. Ręka tylko paręnaście sekund z ciemnej, niczym czeluście piekieł, toni wystawała.

Wyglądało tak, jakby żegnał się ze mną. Łzy oczy zalewały, ale wydawało mi się, że parę razy się poruszyła. Myślę sobie – kości i ciało do spoczynku wiecznego się układają, stygną, poruszyły się trochę… Tak zdarza się z trupami.

Modlitwę po chrześcijańsku zmówiłem za Stiepana i Saszy dusze. Cóż, myślałem wtedy, śe już przed sądem boskim stanęli.

Teraz rozumiem, że się myliłem…

Odwróciłem się, do domu zmierzam. Ale coś mnie tknęło, żeby za siebie okiem rzucić.  

Grunt się ruszył, fałdy ziemi do góry rosną, na boki się osypują. Macka z powstałego otworu wyłazi, po zwalony pień drzewa sięga. Ciągnie. Inne odnóża nadal ziemię wyrzucają.

Stwór podziemny, przeklęty, przedwieczny… Kopie, wyjścia na zewnątrz formuje. Pewnie powietrza jednak potrzebują, wentylację sobie rozbudowują. Teraz zrozumiałem, skąd ten wietrzyk w tunelu pod bunkrem się wziął. Drugi pień wywłoka kładzie, strop formuje, do schronu ziemnego upodabnia. Nikt za parę dni nie pozna, że całkiem nowy – trawa wszystko porośnie. A jak ktoś do środka tej budowli wejdzie, macka go w chodnik wciągnie – i zeżre. A ludzie powiedzą, że Mroczna Topiel kolejną ofiarę wessała.

Już za siebie się nie oglądałem, tylko do wsi pobiegłem, ile tylko tchu w piersiach miałem.  

 

***

 

Saszy i Stiepanowi piękny pogrzeb urządzono… Symboliczny, ale porządny. W jednej trumnie leżała czapeczka z emblematem Realu Madryt i butelka po „Stolicznej”, w drugiej – czapeczka kibica Chelsea Londyn. Tyle po nich zostało – tak wtedy myślałem. Inni pewnie nadal tak sądzą…  

Rozliczyłem się z interesu z rodzinami – uczciwie, co do kopiejki.

A potem, wieczorem, jeszcze raz poszedłem na cmentarz. Niby groby druhów ponownie odwiedzić, spokojnie się pomodlić… Saperkę i latarkę pod marynarką ukryłem. 

Widzicie, ja taki akuratny jestem. Systematyczny. Dociekliwy… W wojsku się tego nauczyłem, w brygadzie spadochronowej służyłem – pluton zwiadu. Tam się dowiedziałem, że na wszystko trzeba uwagę zwracać, a każdy szczegół ma znaczenie. Stąpniesz nieostrożnie, na minie wylecisz.

Dzień wcześniej opętanego Aleksieja pochowaliśmy. Samotnie żył, tak jak ja, rodziny nie miał, ale pochówek godny wieś mu sprawiła. Płytko go jednak zakopali, niestarannie – grabarze za mało dostali.

Tak sobie pomyślałem – jednak niewielu ludzi w Mrocznej Topieli ginie. Prawie nikt tam nie chodzi, a jak idzie, uważa na siebie, chyba, że napity. Czym się te przeklęte stwory podziemne żywią, jak ludzkie mięso im tak odpowiada? Odpowiedź sama się nasuwała.

Wieńce i krzyż na bok odłożyłem, kopię. Szybko idzie, ziemia jeszcze nieuleżana, sypka. Trumnę odkryłem, teraz z boków piach wyrzucam. Nawet zbytnio się nie zmęczyłem. Latarką świecę i widzę, czego się spodziewałem – kilka dziur.  

Trumna też z jednego boku rzeszoto przypomina, a nie porządną deskę sosnową. Wieko podważam, świecę, patrzę.

Już połowy Aleksieja nie ma… Brzuch mu całkiem wyjadły, widocznie tu najłatwiej do mięsa się dobrać, nogi też obgryzione, twarz prawie nie istnieje, kości policzkowe tylko sterczą. I – takie wylizane, wyciućkane… Może jakiegoś składnika ze szkieletu te stwory podziemne potrzebują, że tak je lubią? Ale sprawa jasna: trupy ludzkie są ich pokarmem, a im świeższe, tym bardziej smakowite.

Grób zasypałem, kwiaty, jak trzeba, ułożyłem. W domu na wszelki przypadek piwnice sprawdziłem, czy otworów w murach nie ma. Ale tak bez przekonania, z ostrożności. Pewnie, że jestem jedynym żyjącym człowiekiem, znającym tajemnicę Mrocznego Grzęzawiska. Ale, myślę, przecież one o tym nie mogą wiedzieć. Takie mądre nie są.

Wystarczy Ciemną Topiel z daleka omijać…

 

***

 

Sasza żyje… Stiepan, cholera, też.  Niepojęte.

Jutro wyjeżdżam, daleko, a dokąd, nieważne. Właśnie z tych powodów spisałem tę historię. Za obraz święty włożę, ktoś znajdzie, kiedy dom opuszczony spenetruje, przeczyta, pewne sprawy zrozumie… Może innych powiadomi.

Widziałem Saszkę, teraz już Aleksandra, w telewizji. Nie uwierzycie, gdzie – w Kijowie, na Majdanie. Przemawiał z trybuny, a ludzie opętańczo klaskali. Owacje, wiwaty, zaraz potem wywiady.

Który to już Majdan – czwarty, piąty? Trochę się w tym pogubiłem. 

Wzywał do wojny – za wolność. Z kim i dlaczego – już nie słuchałem.

Świetnie przemawiał.

– Walczmy z tyranią sąsiedniego reżimu, niezależnie od ofiar! – krzyczał. – Wolność i demokracja nie mają ceny! Jeżeli wymagają ofiary krwi, życia, złożymy ją – dla przyszłych pokoleń! Nie chcemy wojny, ale jej się nie boimy, niech wszyscy o tym wiedzą! Na dzisiaj innego wyjścia nie widzę, tylko zbrojny opór! Wolności nie damy sobie odebrać!

Dobrze wyglądał, naprawdę nieźle. Młodzieńczo tak… Taki gładki, wypucowany na twarzy. Jakby taki wylizany…  Stiepan stał za nim z tyłu. Utył. Cóż, potrzebował prawie całego brzucha. Przyciemnione okulary nosi – może nowe gałki oczne źle wyglądają? Patrzyłem na starych druhów i zrozumiałem: pod Mrocznym Topieliskiem jeszcze ktoś inny mieszka. Pewnie więcej ich jest… Oni Stiepana i Saszę do życia przywrócili. Odrestaurowali…

I to z nimi stwory z mackami ludzkim mięsem się dzielą. I właśnie im świeże powietrze jest potrzebne. Inne wytłumaczenie nie istnieje. Jednego nie wiem: ilu takich ludzi, jak Sasza i Stiepan, u nas żyje?

Od razu też wiedziałem, czemu Saszka tak gorąco do wojny wzywa – i czemu do świata żywych powrócił. Jego mocodawcy głodni są, dawno trzewi nie nasycili ludzkim mięsem.

Takim świeżuteńkim, widać – ulubionym.  

Tunele wydrążą, budowle jakieś na polu bitwy wzniosą, sąsiedni cmentarz poległych – młodych chłopaków – odwiedzą. Prima sort uczta gotowa…

Na długie lata trupów młodziaków w mundurach im starczy.

 

 

14 kwietnia 2014 r. RogerRedeye 

 

Koniec

Komentarze

Znam to opowiadanie ze wspomnianej “Histerii” i gorąco polecam.

"Pierwszy raz w życiu dałem się zabić we śnie. "

Chociaż nie jestem amatorem horrorów i uważam ten gatunek literacki za literacką dziecinadę, to niemniej doceniam warsztat autora a szczególnie:

– znajomość realiów białoruskich i klimatu tam panującego.

– znajomość militariów z okresu drugiej wojny światowej, typów uzbrojenia i rodzajów umocnień.

– niezłe oddanie mentalności ludzi żyjących za naszą wschodnią granicą. Pozdrawiam autora.

Opowiadanie ma świetny klimat, który częściowo zawdzięcza dobranemu słownictwu (dzięki któremu lektura była przyjemnością). Zakończenie zaskakujące, ale szczerze mówiąc wydaje się oderwane od głównego tekstu. Rodzi troszeczkę nieścisłości, jednak w gruncie rzeczy nie mają one większego znaczenia. 

Mnie się podobało. Rogerze chyba umyślnie pozjadałeś kropki nad z. Prześlę Ci jutro namiary, abyś wiedział co i gdzie.

No, cieszę się, że trafiło i tutaj z publikacją.

Nie pamiętam pełnego komentarza w trakcie betowania tekstu, ale wrażenia i skojarzenia te same:

 

Kapitalna, osadzona we współczesnych realiach, opowieść w klimacie Lovecrafta. Mieszanka Strasznego Podziemnego z realiami życia i zarobkowania białoruskiego zbieracza militariów, doprawiona szczyptą charakterystycznej dla ludzi z tamtego regionu mentalności (zabrakło mi tylko westchnięcia “Priroda…”) i na koniec bardzo, ale to bardzo aktualna pointa z gorzkim podtekstem. Umiejętnie budowane napięcie, mimo pewnej przewidywalności – no cóż, horror rządzi się swoimi prawami – sprawia, że to jest bardzo miłą lektura. Roger wycisnął z konwencji co trzeba i jak trzeba. ;-)

 

I tak dla porządku, te moje “cenne uwagi” to były drobiazgi w łapance i dwie nieduże merytoryczne przy finale – akurat ten tekst czytałem w formie nieodległej od finalnej ;-)

 

 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Do dupy ten opek sad

Fladrifie, takie zakończenie przyszło mi do głowy w trakcie pisania. Nieścisłości nie zauważyłem, ale może jakieś są.

Di Di Di diego, tekst jest po korekcie redakcyjnej, ale coś z literówek mogło jeszcze się ostać. W „Histerii” opowiadanie zostało opublikowane z lapsusem językowym – nie zwróciłem na niego uwagi. Dopiero potem go poprawiłem.

na pewno Twoja uwaga o tym, który to Majdan była cenna. Przeniosłem akcję trochę w przyszłość. Żeby tylko się nie sprawdziło…

Generalnie – nad klimatem specjalnie się nie zastanawiałem. Miałem pomysł, miałem oś fabuły, sposób narracji. Pewnie nastrój opowieści sam się zrodził… A może nie?

Dzięki za przezytanie i komentarze.

Pozdrówka.

Korekta redakcyjna też potrafi być ułomna. “Anioł Stróż” pisze się bez myślnika (jeżeli już koniecznie to chyba z dywizem?) i raz masz wielką literą, a raz – małą. Drobiazg.

Cenię sobie nawiązanie do Lovecrafta, choć trąci pewną naiwnością (specjalnie nie jest to straszne przez zbyt łopatologiczne wyjaśnianie każdego szczegółu) i też odrobinę nie pasuje mi zakończenie (dopiero po tylu latach macki pomyślały o wywołaniu konfliktu?). Język świetny (brawo!), znajomość tematu bunkrowego mnie osobiście rzuca na kolana (jestem zielona jak szczypiorek na wiosnę). Nie miałam okazji przeczytać innych Twoich opowiadań, ale nadrobię zachęcona warsztatem. :)

No co ty Rooms… po Drugiej Wojnie najadł się najpewniej na co najmniej kilkadziesiąt lat… :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

bez mała 70…;) 

czy tylko u mnie obrazek się nie ładuje?

Rooms, ograniczał mnie limit stron – i znaków – a z tekstu nie wynika, że zmartwychwstanie Saszy i Stiepana jest pierwszym tego rodzaju przypadkiem w okolicy wioski Griszy… Na pewno te podbagienne stwory żywiły się trupami, jednakże szczególnie lubiły świeże. Po dwóch wojnach światowych, rewolucji i okresie stalinowskiego terroru chyba nie narzekały na brak ulubionego smakołyku… Może jednak przydałyby się ze dwa zdania, że Grisza domyśla się, ze takie przypadki ożywiania mogły zdarzać się wcześniej. Pewnie dopiszę.

Ano, korekta ma swój punkt widzenia – ciekawa sprawa, jeżeli anioła stróża traktowac jako nazwę własną, właśnie anioła Griszy.

Na tym portalu trochę moich tekstów do czytania już jest… I sporo długich. Niestety, nie chciało mi się ponownie edytować w jednym kawałku najdłuższego – „Przesłony”. Ale, oczywiście, zapraszam do lektury.

Dzięki za przeczytanie i komentarz.

Pozdrówka.

Jest pewna przewidywalność w tym opowiadaniu, ale nie uważam, że łatwo w takich założeniach owej uniknąć. Zakończenie wydaje się oderwane jakieś od całości, choć tu jedyny zaskok mnie dopadł i to wcale niemały :P Ale niezbyt mnie przekonało, że macki Stepiana takiego nadjedzonego wykorzystały. I że w ogóle go tak nadjadły, skoro plany inne co do niego miały.

A poza tym klimat – miodzio. Wiedza potrzebna do sklecenia takich przekonujących realiów  zawstydziła mnie wręcz. Ja tam o pukawkach/bunkrach/Białorusi wiem tyle co nic… Punkcik mówi za siebie, jak bardzo nastrój oddany w opowiadaniu mnie zachwycił ;)

Lektura przyjemna i choć fabuła nie powala, to klimat już tak.

Tylko nie "Tęcza"!

Najpierw pobawię się w korektora ;)

 

Od razu było widać, ze pistolet

 

Tak dużo, ze jak je za rubaszkę włożysz, pomyślą, ze w ciąży jesteś.

 

Wydawało się nam, ze sporo zarabiamy, ale jeszcze nie wiedzieliśmy, gdzie kryje się prawdziwe Eldorado.

 

Nazwa naszej wioski tez nieważna – niech ludzie żyją sobie spokojnie…

 

Przed kim oni się w tym chodniku bronili albo uciekali – też się nie zastanowiliśmy… [spacja] Zebraliśmy wszystko – i na górę.

 

Patrzę na Stiepana, on na mnie, i widzę, ze jedna i ta sama myśl przyszła nam do głowy – wycofać się, więcej tu nie wracać.

 

– Dobrze, Saszka. – Głową kiwam, widzę, ze Stiepan też.

 

Betonu nad głową i po bokach nie widać, ziemia, ale twarda taka, ze nóż nie wchodzi.

 

Niby do tej pory ciągle schodziliśmy coraz niżej, ale przesmyk w ziemi łagodnie się obniżał.

 

Wtedy myślałem, ze bezpowrotnie.

 

Myślałem, ze już koniec wszystkiego.

 

Błyskawicznie odzież rozerwało, widzę, jak kawały mięsa wyrywa.

 

Ja bunkier odszukałem, inni tez mogą.

 

Ale, wiecie, jak jest – bliskim druhem Stiopki i Saszy byłem, zaczną pytać, co wiesz, czemu o zniknięciu nie powiadomiłeś, sprawę zataiłeś.  

Wolałabym, gdyby po zaczną pytać był dwukropek.

 

I powiem, ze ja go nie ubiłem – potwory zżarły.

 

Żeby tylko pałę… W nas milicja dobrze jest wyposażona.  

Chyba “U nas”?

 

Tyle, ze osobną piersiówkę niosłem, z greckim koniakiem.

 

Łzy oczy zalewały, ale wydawało mi się, ze parę razy się poruszyła.

 

Cóż, myślałem wtedy, ze już przed sądem boskim stanęli.

 

Odwróciłem się, do domu zmierzam. Ale coś mnie tknęło, żeby się odwrócić, za siebie okiem rzucić.

 

 Nikt za parę dni nie pozna, ze całkiem nowy – trawa wszystko porośnie.

 

A ludzie powiedzą, ze Mroczna Topiel kolejną ofiarę wessała.

 

Bardzo przyjemny tekst, czytało się szybko, łatwo było wczuć się w klimat.

 

Końcówka szczerze mówiąc podobała mi się średnio, wolałabym jakieś inne rozwiązanie.

Ale opowiadanie jako całość oceniam pozytywnie :)

Przeczytałam jakiś czas temu na innym portalu, a teraz, z braku czasu, napiszę tylko, że mi się podobało.

Pozdrawiam :)

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Bardzo podoba mi się to opowiadanie. Jest naprawdę dopracowane, jest klimat, jest opowieść. :) Może to wydawać się skromnym komentarzem, ale takie jest moje odczucie.

"Wszyscy jesteśmy zwierzętami, które chcą przejść na drugą stronę ulicy, tylko coś, czego nie zauważyliśmy, rozjeżdża nas w połowie drogi." - Philip K. Dick

Wielkie dzięki za komentarze.

Pozdrówka.

Bardzo mi się podobało. Umiejętnie zbudowany klimat, wciągające. Chylę też czoła przed warsztatem i znajomością tematu.

Warto byłoby wprowadzić poprawki proponowane przez Tenszę – “ze” zamiast “że” to niby drobiazg, ale jak na ładnej buzi bardziej widać pryszcze, tak w dopracowanym opowiadaniu łatwiej potknąć się o literówki. Co do zapisu Anioła Stróża zgadzam się z Rooms.

Pozdrawiam

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Nie mam nic do wielkiej litery, to kwestia zamysłu i wyboru Autora, chodziło mi raczej o konsekwencję (raz było wielką, a raz małą).

pozdrawiam!

Rooms – u mnie na twardym dysku w obu zdaniach pisałem „anioł stróż”. Ale korekta redakcyjna zmieniła zapis w jednym ze zdań. Może tak być, bo tak przy okazji przypomniałem sobie, ze można pisać „powstanie warszawskie” i „Powstanie Warszawskie” – wszystko zależy od stosunku emocjonalnego, a obie pisownie są poprawne – niezależnie od konotacji eligijnej. Nie pamiętałem o tym, Bańko, zdaje, tez zapomniał.

Dobrze, całą historię opowiada Grisza w narracji pierwszoosobowej, a należy stosowac jednolitą pisownię. Zmieniłem w drugim zdaniu anioła stróża na Anioła Stróża, a dokładnie mojego Anioła Stróża – bez półpauzy w środku…

Dzieęi za cenne uwagi, Ciekawa sprawa. Może zgłoś się do „Histerii”, przydałabyś się… Resztę literówek niebawem poprawię w wolnym czasie. 

Pozdrówka.

 

PS. Literówki poprawione, jedno zdanie z “odwrócił” zmienione, a jedno pozostało bez zmian – wcześniej jako podmiot w zdaniu pobocznym występuje “ramię”. To ramię…

Uwielbiam opowiadania w takim klimacie!

Mil­ten – cieszy mnie to… Lubię klimaty wschodnie. Tutaj, dodatkowo, dochodzi współczesność.

Rzeczywiście, “Bunkier” ukazał się w lipcowej “Herbasencji”. Pięknie wydawany i edytowany sieciowy miesięcznik literacki. 

Oto link: http://www.beezar.pl/ksiazki/herbasencja-lipiec-2014

Pozdrówka.

A ja niestety nie. 

Miejsce “horroru” i treść – sztampowe dość. Zakończenie odrobinę rekompensuje. 

Widać w tekście, że się spieszyłeś, ale to dla mnie, czytelnika, żadne usprawiedliwienie. 

Ogólnie powiedziałbym: nieźle. 

 

 

 

Pan Wysokiego Domu

Po pierwszej połowie opowiadania nieźle się wynudziłem, tak że musiałem zostawić je sobie na później. Potem już dokończyłem bez problemu. Całość, jeśli chodzi o treść, to jak dla mnie nic specjalnego (coś mi się zdaje, że nie polubię horroru jako gatunku literackiego), ale za to podoba mi się stylizacja narracji – stosowana konsekwentnie, czuć, że o tym wszystkim opowiada człowiek.

 

SPOILER!

Nie rozumiem tylko, jak to się stało, że Sasza i Stiepan przeżyli (bądź zmartwychwstali) i jeszcze nawołują gdzieś do wojny. Tzn. sprawę Saszy jestem jeszcze w stanie od biedy ogarnąć, ale Stiepana? Grisza był przecież przy jego zwłokach i widział, jak zostały one wybebeszone przez potwora.

https://eskapizmstosowany.wordpress.com/ - blog, w którym chwalę się swoją twórczością. Zapraszam!

Przeczytalam jednym tchem.  I chetnie zabiore sie za inne twoje opowiadania.

Tea10„Bunkier” uwiódł wielu czytelników, choć, oczywiście, nie wszystkich. Dzisiaj ukazał się trzeci numer sieciowego magazynu literackiego „Histeria”, a nim moje drugie opowiadanie grozy – „Przesmyk”. Inny świat, inny sposób narracji. Zupełnie odmienna historia… Ciekawa sprawa – od początku wiedziałem, ze rozwinę starego stuwyrazowca. I tak uczyniłem. Pewnie trzeci numer „Histerii” doczeka się recenzji – sam jestem ich ciekaw. Oto link do najnowszego numeru tego miesięcznika literackiego: https://www.facebook.com/magazynhisteria

Co nieco opowiadań, a nawet sporo, opublikowałem na tym portalu – zapraszam do lektury.

Dzięki za przeczytanie i komentarz.

Pozdrówka.

Zachęcony dobrymi ocenami wziąłem się za lekturę. I pożałowałem. Na początku przegadane, za dużo informacji o ich zawodzie, o znaleziskach – prawie odpuściłem. I może powinienem to zrobić, bo element grozy wywołał we mnie najpierw śmiech, a przecież nie o to chodziło, a dalsze wydarzenia zostawiły zupełnie bez emocji. To jest właśnie jedno z tych opowiadań, w przypadku których nie potrafię zrozumieć pochlebnych opinii, jakbym nie próbował na nie spojrzeć.

Pozdrawiam, pozdrówka czy pozdrówko – jak tam sobie chcesz.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

zdaje się, ze tak jak zwykle, w swoich poglądach jesteś osamotniony… To się zdarza.  Jednakże niezbywalnym – no i kardynalnym – prawem czytelnika: jest ocena tekstu, przedstawienie wrażeń, impresji, doznań, towarzyszących lekturze.

Wspomnę, ze w kolejnym, już trzecim, numerze „Histerii” ukazał się mój „Przesmyk” Link: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/229334/magazyn-histeria-iii

Opowiadanie niebawem ukaże się także w sierpniowej „Herbasencji”.

Zwolenników znacznie dłuższych tekstów zapraszam do „Esensji”: http://esensja.stopklatka.pl/tworczosc/opowiadania/tekst.html?id=18871

 

Rogerze, zdaje się, że tak jak zwykle, wybiórczo czytałeś komentarze, bo moja opinia nie jest jedyną krytyczną. To się zdarza, jednakże niezbywalnym – no i kardynalnym – prawem autora jest zauważanie tylko tych dobrych opinii.

Cieszy mnie, że jesteś tak płodnym i rozchwytywanym internetowym autorem. Życzę dalszych sukcesów : )

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Berylu – wypisujesz banialuki, a nawet dyrdymały. Nikr z czytelników tego opowiadania nie stwierdził, że lektura przyprawiła go o spazm śmiechu. 

Awizowałem “Przesmyk”, zapominając, ze tekst jst dostępny także na bardzo dobrym porta;u = “Herbatce u Heleny”, z ciekawą ilustracją Romana Panasiuka, ilustratora “Histerii”.

Link:http://herbatkauheleny.pl/readarticle.php?article_id=2220

Dacie już spokój, czy mam zacząć szydzić bez umiaru, aż się opamiętacie, hę? ;-) Nie musicie się kochać, ale po co te uszczypliwości?

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Psycho, a po co się wtrącasz i rozgrzebujesz temat, do którego ja nie chciałem nawet wracać, a w którym Roger już wyrzekł ostatnie słowo?

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

Jako rzekłeś, Amen. Nadrabiałem zaległości ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Psy­cho­Fishuależ to nie były uszczypliwości, tylko uwagi, nawet nie surowe… 

Parę postów wyżej pisałem o nowym opowiadniu – Operacji “Koziorożec’. Wyszukując informacje do nowego tekstu, przypadkowo natknąłem się na opinię Agnieszki Halas o tym długim opowiadaniu. Kiedyś pisałem je na konkurs na tym portalu, ale publikację sobie odpuściłem. Wyszło za długie, a i tak nie miało jeszcze ostatniego rozdziału.

Oto link: http://halas-agn.blogspot.com/

Ciekawa opinia…

Pozdrówka.

PS. W końcu może opublikuje jakiś nowy tekst…

Zobaczyłem dzisiaj troszkę wyrazów obcych z języka niemieckiego, które spolszczyłeś. Oryginalne.

Di Di Di diego – to nie ja. Wykorzystałem spolszczenia spotykane w literaturze, głównie u Bratnego. “Szmajser” występuje u niego często, podobnie jak “parabelka” Ta parabelka brzmi pieszczotliwe, ale ten pistolet w konspiracji  bardzo ceniono. W “Kolumbach…” ktoś się chyba chwali, że parabelkę miał. Giwera jest wyrazem używanym i obecnie, w szerszym znaczeniu, jako żargonowe określenie broni strzeleckiej, a nie tylko karabinu.  U Bratnego występuje wyraz  “empi” = wtedy był używany jako określenie niemieckich pistoletów maszynowych. Kalka niemieckiego skrótu  “Patron” jako “nabój” w tym znaczeniu jest archaizmem, ale to wyraz nadal stosowany w języku rosyjskim – i pasował do jezyka Griszy. 

Po prostu – pamiętałem wyrazy z polskiej literatury, pisanej świeżo po wojnie. Wtedy ich używano i rozumiano.

 

Pozdrówka.  

Interesująca koncepcja. Końcówka wydaje się oderwana od reszty, ale za to zaskakuje.

Babska logika rządzi!

Ależ  ocen komentatorzy nastawiali…

Dlaczego niby końcówka jest oderwana? Jest zaskakująca, to prawda, ale nie oderwana. Nie jest oderwana, bo cały czas Grisza opowiada o przeszłości, a dopiero w ostatnim rozdziale przechodzi do teraźniejszości. Jego teraźniejszości, dziejącej się w bliżej nieokreślonej przyszłości. Wtedy nagle odkrywa, że jego historia, historia Griszy, Saszy i Stiepana, ma drugie dno. Tak, niespodziewane. Odkrywa jeszcze jedną tajemnicę. I dlatego wyjeżdża.

Rozsądny człowiek.

Patrząc na “Bunkier”, zastanawiam się, czemu ten tekst nie otrzymał piórka. Powinien, jak wiele innych.

Pozdrówka.

Długo się zbierałem żeby tu zajrzeć, ale w końcu się udało. Ciekawy styl, przypominał mi trochę Glukchowskiego z ostatniego Metra. Końcówka faktyczni, trochę od reszty oderwana ale ogólnie opowiadanie jak najbardziej na plus.

Bjednakże w końcu się zebrałeś, a to cenne. Stary już trochę tekst… Myślę, że dobrze wytrzymał próbę czasu.  Przejrzałem go teraz i mnie zaciekawił. Ha!

Co do końcówki – jednym bardzo się podobała, innym mniej. Podobała się, bo właśnie jest zaskakująca. To wszystko wcale nie było takie proste, jak bohaterowi się wydawało. Było jeszcze drugie dno. Możliwe, że trzeba było o tym napisać jeszcze kilka zdań, ale “trzymał” mnie – i nie chciał puścić – limit znaków.

Dzięki za przeczytanie i komentarz.

Pozdrówka. 

Część opowiadająca o działalności poszukiwaczy zdała mi się dość nużąca, wręcz przegadana – np. Grisza chyba co najmniej trzykrotnie wspomina o oczytaniu Saszy i jego rozległej wiedzy o sprawach, którymi się zajmuje.

Potem, jako że to horror, spodziewałam się szczególnych przeżyć i choć za sprawą macek było krwawo, to trochę mnie one rozczarowały. No, ale skoro tak sobie to wymyśliłeś…

Zakończenie, owszem, zaskoczyło.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mnóstwo ocen otrzymał “Bunkier”, i to wysokich… I chyba zasłużenie. Opowiadanie na pewno znakomicie wytrzymało próbę czasu.

Na razie Ukraina przeżyła jeden Majdan, ale to, co później z Ukrainą wyrabiali Rosjanie, to kilka znacznie poważniejszych Majdanów. Ciekawe, co porabiał w tym czasie Sasza… W sumie chyba był zadowolony, on i jego nowi chlebodawcy.

Jedna z redaktorek jednego z magazynów grozy przypomniała mi w mailu “Czarną wódkę”. Chyba słusznie, opowiadanie znalazło się na liście dziesięciu najlepszych opowiada “Histerii”, chyba za okres dwóch pierwszych lat istnienia tego internetowego periodyku literackiego.

Na wszelki przypadek link do tego tekstu, z którego nadal jestem bardzo zadowolony → http://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/12274

Pozdrówka.

Co tu dużo gadać! Klimat “opka” mnie urzekł. Chętnie przeczytałbym coś podobnego o bunkrach, bagnach, trupach i stworach bagiennych, coś horrorowatego oczywiście. Język jest the best! Ale gratuluję również znajomości militariów oraz realiów życia za naszą wschodnią granicą. 

Niespodzianka, bardzo miła. “Bunkier” znowu wychynął na światło dzienne i patrzy na świat ciemnymi prostokątami strzelnic. Strop wieńczą nienaruszone trzy kopuły pancerne. Ciekawe, czy nadal wypełnia go ten okropny, tamujący oddech fetor…

Nic teraz nie zmieniałbym w tekście, może tylko dopisałbym zdanie, że stwory, które przesądziły o losach Griszy, Saszy i Stiepana, miały paszcze, pełne dwóch rzędów stożkowato zakończonych kłów, a podniebienie lśniło krwistą czerwienią. Chyba takiego zdania zabrakło.

Nie pamiętam, czy tekst został nominowany do “piórka”, ale chyba powinien. Na pewno nadal jest interesujący i klimatyczny.

Dzięki za komentarz i wysoką ocenę opowieści.

Pozdrawiam.

 

Nie pamiętam, czy tekst został nominowany do “piórka”, ale chyba powinien.

Wątek z lipca 2014 roku: https://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/11496 – żaden z czytelników Bunkra, niestety, nie nominował opowiadania do piórka. :(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Vox populi, vox Dei… 

PS. Z rozpędu u siebie, na twardym dysku, bardzo nieznacznie poszerzyłem tekst. Paszcza też doszła. Może opowiadanie jeszcze do czegoś się przyda.

Nowa Fantastyka