- Opowiadanie: zygfryd89 - Odcienie bieli, część 3 z 9

Odcienie bieli, część 3 z 9

Oceny

Odcienie bieli, część 3 z 9

Rozdział 12

Owoc złości tłumu

 

Tego ranka Kai, nie zważając na lekki deszcz, wymknął się z domu, by poćwiczyć strzelanie. Zabrał pistolet, naboje, kilka puszek i udał się w miejsce, gdzie jego siostra została zaatakowana przez potwora.

W dniu, w którym wrócili z Pierwszej Osady, Elia prosiła go, by nie próbował polować na białe stworzenie. Obiecał jej to. Przecież nie idę polować, tylko ćwiczyć strzelanie – usprawiedliwił się przed samym sobą. Nie mógł jednak zagwarantować, co zrobi jutro.

Przekroczył most i skierował się na wschód. Wiedział, że Alwen znalazł dziewczynkę w pobliżu jakiegoś wygiętego drzewa. Całe szczęście, że Elia jest taka mała, bo jeszcze by ją zgwałcił.

Wydarzenia sprzed kilku dni odbiły się szerokim echem wśród mieszkańców. Chłopiec słyszał, iż od tamtego czasu Alwen nie pokazał się w pracy, usprawiedliwiając się kłopotami zdrowotnymi. Natomiast babcia Kaia czuła się już dobrze, przynajmniej fizycznie, i jutro miała opuścić szpital.

Niewiedza o ostatnich wydarzeniach szybko obrodziła niesamowitymi historiami. Pani Holbes opowiadała w swym sklepie, że Rost Aliton sprzymierzył się z jakimiś mrocznymi siłami, dzięki czemu odgadł myśli rywala i zatrzymał serce staruszki. Innym razem ktoś rozpuścił plotkę, że Alwen nie żyje. Ponoć miał się rzucić do rzeki w noc po wiecu, a jego żona ukrywała całą sprawę. Chłopiec w to nie wierzył, podobnie jak większość mieszkańców.

Aliton wygrał z niemałą przewagą; Kai również na niego głosował, gdyż nie sądził, by babcia Onelia poradziła sobie na stanowisku. A wójt ostatnio mocno się poprawił.

Odnalazł wygięte drzewo na stromo nachylonym zboczu. Nieduża brzoza kryła się pośród boru sosnowego, u jej podnóża rosły bażyna i wrzos. Odcinek jej pnia był niemal poziomy. Kai ustawił na nim jedną z puszek, odszedł pięć kroków i wycelował. Ciszę lasu przerwał głośny huk wystrzału. Pocisk trafił w drzewo, z którego poderwało się jakieś ptaszysko. Chłopiec odniósł wrażenie, że za chwilę las odezwie się do niego głosem pełnym pretensji.

Coś podobnego przydarzyło mu się w ostatnim śnie.

Wędrował w nim pośród gęstych drzew, których korony zasłaniały niebo.

– Dziękuję za twój dar, Kai – odezwał się las. Brzmiał jak połączenie szumu drzew i odgłosów wszystkich żyjących w nim zwierząt.

– Skąd o tym wiesz? – zapytał przerażony. – I dlaczego ty mi dziękujesz?

– Jest tylko jeden las – odpowiedziały drzewa. Najwyraźniej uznały to za satysfakcjonujące wyjaśnienie, gdyż zmieniły temat. – Czego szukasz, chłopcze?

– Leśnej chatki – odpowiedział.

– Kilka naprędce zbitych desek nie uchroni cię przed zimowym chłodem – stwierdził las. – Miej też na uwadze, że szukasz małej chałupki w miejscu, w którym wzniesiono wielki zamek.

Nie rozumiał.

– Przecież tu nie ma żadnego zamku – zdziwił się.

– Na pewno? Może po prostu nie potrafisz go dostrzec? Co w takim razie poczniesz, gdy znajdziesz tę chatkę?

– Zapytam się.

– O co?

– Kim jesteś, panie, że muszę ci się kłaniać?

– Liczysz na odpowiedź?

– Nie – odparł zasmucony.

– Domyślasz się, prawda? Domyślasz się, że przyszła twoja kolej – powiedział las. Kai niemal wyczuł niewidzialny palec wskazujący jego osobę. Zaczął się trząść. – Historia znów się powtórzy, mój drogi. Wszyscy niczym marionetki tańczą już na swych sznurkach.

– Ja nie! – wykrzyczał gniewnie

– Ty też – odparł las.

A potem zapadła cisza, równie straszna jak najbardziej przerażające słowa. Obudził się i podszedł do okna. Niemal noc – pomyślał, patrząc na kilka najjaśniejszych gwiazd, które widniały na niebie, choć na północy słabe promienie słońca przebijały się przez horyzont. Wrócił do łóżka.

Ustawił drugą puszkę, lecz ponownie spudłował. Trafił dopiero za czwartym razem. Gdyby biały stwór wyskoczył teraz zza drzewa, skończyłbym gorzej niż Elia. Ale na Szwendacza może wystarczy.

Artur powiedział mu, że wracając z Porastrii, widział włóczęgę w jego dawnym domu. Od tamtego czasu obaj obserwowali to miejsce. Po drugiej stronie ulicy wyznaczyli nawet stanowisko, w kryjówce pomiędzy drzewami. Spoglądali w kierunku rudery na zmianę lub wspólnie, rano i wieczorem, raz nawet w nocy. Podczas jednego z poranków Kai zakradł się na tył domu, innym razem zapukał do drzwi. Nie zauważyli niczego podejrzanego. Ruina wydawała się opuszczona, zupełnie jak przez ostatnie kilkadziesiąt lat.

Zaproponował, by wkraść się do domu i znaleźć dowody świadczące, iż Szwendacz rzeczywiście tam przybywa. Jego przyjaciel niechętnie się zgodził. Mieli to zrobić tego poranka.

Zakończywszy pierwszy, średnio udany trening, Kai ruszył do domu Wolronów. Przez całą drogę rozmyślał nad znaczeniem snu, doszedł jednak do wniosku, że to bez sensu. Projekcja najprawdopodobniej była tylko skutkiem czytania listów Jeremiasza Hodsa.

Cała trójka rodzeństwa siedziała przed domem na niedawno postawionej drewnianej ławce.

– Mówię wam, że stary Halbes zagłosował na Alwena – opowiadał Artur. – Pijak całe dnie chodził nawalony i nawet nie wiedział, że Alwen się wycofał. O, jest Kai. To co, Asper, idziesz z nami?

Dziewczynka spojrzała na Marca.

– Ja mam co robić w domu – stwierdził jej brat.

– To nie – odparła.

– O rety, ale tchórzysz – zaśmiał się Artur. – Szwendacz i tak po ciebie przyjdzie. Lubi jeść małe dzieci.

– Przestań, debilu – powiedział Marc.

– Wątpię, by wrócił do wioski – stwierdził Kai.

– No przecież go widziałem. Ech, zobaczycie, jeszcze wrócimy tu z kilkoma ludzkimi czaszkami i wyrazem triumfu na twarzach.

Najpierw udali się do punktu obserwacyjnego. Krzewy rosnące między drzewami zapewniały doskonały kamuflaż. Kai wymacał lornetkę i zaczął sondować domostwo.

– Podobno, budując tę chałupę, Hart Mesten sprowadził specjalne drewno z południa – odezwał się Artur. – Nie chciał narazić na szkody tutejszego lasu.

Głupiec. Jest tylko jeden las – zacytował słowa ze snu.

W Grenie zachowały się jedynie cztery drewniane domostwa. Dom, który widział przez lornetkę Kai, mógł być kiedyś najbardziej okazały ze wszystkich. Przez lata przemienił się w straszącą ruinę. Za niekompletnym ogrodzeniem wzniosły się zarośla, tak wysokie, że mogły ukryć dorosłego człowieka. Za nimi wyrastał budynek przypominający leżącego w trawie trupa. Jedyna ofiara Szwendacza, którą można mu udowodnić. A może ofiara mieszkańców? Za spróchniałymi ścianami i potrzaskanymi szybami kryło się wnętrze domu. Kilka izb, strych i być może piwnica – przypuszczał Kai, gdyż nigdy nie był w środku.

– Widzisz coś? – spytał Artur.

– Czysto – odpowiedział i przekazał mu lornetkę.

– Masz broń?

– Mam. – Ale nie potrafię strzelać.

 –To idziemy? – zapytał, choć wyraz jego twarzy sugerował, że najchętniej uciekłby jak najdalej.

– Tak.

Obeszli dom, bez trudu pokonali połamany płot i znaleźli się w ogrodzie.

– W takich zaroślach mogą żyć pradawne stwory. Kai, jeśli wpieprzy mnie dinozaur, obiecuję, że nakopię ci do dupy.

Pokonali gąszcz i stanęli przy ścianie domu.

– Oknem? – spytał przerażony Artur.

– Mamy zapukać i czekać, aż nas wpuści?

– Myślisz, że drzwi są zamknięte? No dobra, wejdźmy oknem, podsadź mnie. Albo nie! Jak wejdę pierwszy, to znajdę się tam sam, więc lepiej ty idź przodem.

Kai chwycił się drewnianej framugi i wskoczył do budynku.

– Aaaaaaaa!!! – wykrzyczał.

– Kai?!

– Oddaj mi nogę, skurwysynie!

– Cholera, Kai, przestraszyłem się. – Artur niezdarnie wgramolił się do środka. – Myślisz, że to tym oknem wyskoczył, gdy przyszli go zabić?

– Wiesz, że zastanawiałem się nad tym samym? Jak go spotkamy, to się zapytamy.

Wnętrze domu, które w wyobrażeniu Kaia zawsze było bardzo mroczne, okazało się skąpane w promieniach słońca wpadających przez dziurawy dach i okna. Przez lata nikt nie zdecydował się zabić ich deskami. Choć jasne, wnętrze z pewnością robiło ponure wrażenie. Na pokrytej starymi, zaschniętymi maziami podłodze walały się garnki, a na archaicznym, oblepionym brudem piecu kuchennym leżał martwy szczur. Choć była to kuchnia, stało tam również łóżko, doszczętnie połamane. Całe pomieszczenie wypełniał silny zapach starości.

– Jakich dowodów szukamy? – spytał Artur. W jego głosie słychać było strach. – Czegoś w stylu niedopalonego papierosa, dzisiejszej gazety czy karteczki z gratulacjami dla wójta Rosta Alitona z powodu wyboru na trzecią kadencję?

– Nie wiem. – Wszystko to, choć przerażające, wydawało mu się niesamowite. – Nie widzę tu nic podejrzanego. Chodźmy do drugiego pomieszczenia.

Pokój nie prezentował się lepiej. Na środku leżał potrzaskany żyrandol, łóżka były kompletnie zdemolowane, a stół przełamany na pół. Z pieca wystawał długi kawałek drewna o niewiadomym przeznaczeniu, a przez jedno z okien przebijała się jakaś roślina, która rozrosła się na niemal pół ściany. Zegar, który spadł na podłogę lata temu, wskazywał godzinę 3:24, choć nie wiadomo, którego dnia ani roku.

– Oto, do czego zdolna jest wściekła ludzka zbiorowość – stwierdził Kai. – Rost Aliton posłużył się tą samą metodą, napuszczając tłum na Alwena. Jego dom wkrótce będzie wyglądał podobnie, chyba że przypadnie tej kobiecie.

– O, spójrz! – zawołał Artur.

Na ścianie wisiało zdjęcie założycieli, takie jak w salonie domu Alitonów. Szklaną ramę pokrywały liczne pęknięcia, przypominające skartowaną deltę rzeki. Artur przyjrzał się fotografii, po czym westchnął, rozczarowany.

– Co? – spytał Kai.

– Identyczne jak u Esteli. Szkoda. Fajnie, gdyby na zdjęciu był dodatkowy, tajemniczy założyciel. Albo któregoś z piątki by brakowało. Taka frapująca tajemnica sprzed wieku.

– Przykro mi. Jak chcesz, dorysuję cię flamastrem.

– Bardzo śmieszne – odparł Artur, odchodząc od fotografii.

– To co, piwnica? – zaproponował Kai.

– Po co? Nic tam nie znajdziemy.

– No dobra, zostań tu sam. Ja schodzę.

– Cholera, dobra, idę do tej piwnicy.

Otworzyli klapę i zeszli po drewnianych schodach. Pomieszczenie było niewielkie, skryte w całkowitych ciemnościach. Zapach był tu inny, czuć było wilgoć i pleśń. Artur po kolei oświetlał każdy kierunek dużą, nieporęczną latarką. Na jednej ze ścian stał regał pełen od lat przeterminowanych przetworów, na drugiej znajdowała się szafka wypełniona książkami. Pod ich nogami coś przebiegło, lecz tylko Kai to zauważył.

– Czytając horror w tym miejscu, zszedłbym na zawał – stwierdził Artur.

– Może są tu jakieś horrory – domniemywał Kai. – Zaraz ci jakiś znajdę.

Nad nim rozległ się odgłos kroków.

Artur zasłonił usta, choć i tak wydał pełen przerażenia pisk, tymczasem Kai chwycił za broń.

Kroki ucichły. Zatrzymał się. Zobaczył otwartą klapę.

– Może sobie pójdzie – wyszeptał Artur. – Czekajmy tu. Tylko nie wychodź tam, Kai. Nie zgrywaj bohatera.

– Jest tu kto? – odezwał się potężny męski głos.

– Kurwa, jesteśmy martwi –  szeptał Artur. – Czemu nie zamknąłeś klapy?

Znów odgłos kroków. Tym razem bliżej.

– Idę tam – oznajmił cicho Kai, unosząc broń. Artur próbował złapać go za ramię, lecz zbytnio trzęsły mu się ręce.

Kai był zdenerwowany, lecz się nie bał. Pokonywał stopnie powoli. Piszczały równie głośno jak jego przyjaciel, który szedł dwa metry z tyłu.

Na środku pokoju stał starzec. Wlepił w nich zdziwione spojrzenie.

– Chryste, nie strzelaj do mnie, synku – zawołał.

To nie Szwendacz. Kai widział starego kloszarda dwa razy w życiu. Człowiek, który stał w izbie, miał długie, białe włosy, ogoloną twarz i nie wyglądał na żebraka. Chłopiec opuścił broń.

– Kim pan jest?

– Martiv Sqon – przedstawił się. – A wy?

– To duch, Kai, wszyscy Sqonowie od dawna nie żyją – powiedział Artur, zajmując miejsce za plecami przyjaciela.

– Ależ ja żyję i jeszcze zamierzam trochę pożyć – odpowiedział z uśmiechem staruszek.

– Jestem Kai Slant, a to Artur Wolron.

– Slant i Wolron, no proszę, miło mi was poznać, dzieciaki.

Artur zdobył się na odwagę i podszedł do zdjęcia założycieli. Staruszek od razu pochwycił temat.

– Ten tu – wskazał palcem – to mój dziadek, obok twojego… pewnie prapradziadka. Dobrze go pamiętam, choć to było tak wiele lat temu… Wyjechałem z Grenie. Ale chcę wrócić. Dlatego oglądam ten dom, gdyż wkrótce tu zamieszkam. Dziś chciałem zacząć remont.

– Chce pan… tu zamieszkać? – nie dowierzał Kai.

– Szczerze mówiąc, jak byłem wczoraj u młodego Alitona, tak się cieszył z jakiegoś powodu, że bez pytań pozwolił mi się wprowadzić. Ależ tęsknie za tym wszystkim. Jezioro nie wyschło? – spytał rozbawiony.

– Dalej tam jest – odparł Kai.

– To dobrze. To bardzo dobrze.

– Był pan rybakiem prawda? – spytał Artur.

– Ależ, chłopcze, ja jestem rybakiem. I zamierzam złowić coś naprawdę dużego. Ale będzie zabawa!

Przez resztę dnia Kai i Artur pomagali Martivowi w sprzątaniu domu. Opowiedział im całe swoje życie, ale pominął ostatnie lata w Grenie, co dało Kaiowi do myślenia. Okazało się, że staruszek wychowuje wnuczkę w ich wieku, którą zamierza tu sprowadzić, gdy remont dobiegnie końca. W podzięce za pomoc dał im mnóstwo słodyczy i butelkę wina z nakazem, by alkohol spożywali ukradkiem.

Kai wrócił do domu zmęczony, ale zadowolony. Nie było żadnego Szwendacza. Artur ujrzał pana Sqona. Stary kloszard siedzi pewnie na dworcu setki kilometrów stąd albo, co bardziej prawdopodobne, już nie żyje.

Elia siedziała koło okna. Rzucała okruszki sroce okupującej parapet. Po chwili do pokoju wleciał szczeniak, który swym słabiutkim szczekaniem spłoszył ptaka.

– Groszek, spokój – zawołał dziewczynka.

– Nie uwierzysz, kogo dziś spotkaliśmy. Martiv Sqon, wnuk jednego z założycieli, powraca do Grenie. Będzie mieszkał w tej ruinie. Razem z Arturem pomagaliśmy mu w ogarnięciu domu.

– Ja dziś bawiłam się z Groszkiem i miałam też gościa – powiedziała Elia.

Kai podszedł do biurka dziewczynki. Leżała na nim sterta książek.

– Co to? – spytał.

– Pani Lydia była dziś u mnie i podarowała mi te lektury. To bardzo miła pani.

– Mam ci poczytać?

– Umiem czytać – oburzyła się.

Kai pobieżnie przejrzał woluminy. Na jednej z okładek, obrzydliwie czerwonej, nie było tytułu. Otworzył i zaczął czytać. Jakaś bajka, o wilkach, sokołach i ogrodzie. Zamknął ją i odłożył na biurko.

 

 

Rozdział 13

Chatka z piernika

 

Narodziny Asper były najwyraźniejszym wspomnieniem, które Artur zachował z wczesnego dzieciństwa. Jego siostra przyszła na świat w zimową noc, kiedy szalała tak silna zorza polarna, że chłopiec był przekonany, iż z niebem stało się coś złego i teraz już zawsze będzie świecić na zielono. Grenie utonęło w śniegu, i jego mama, nie mogąc dojechać do szpitala, urodziła w domu. Pomagała jej Maya Nadaj, która widziała wiele porodów podczas pracy w szpitalu.

Dla pięcioletniego Artura świat stał się wówczas innym miejscem. Mało było grubej pokrywy śniegowej i zielonego nieba, w domu, nie wiadomo skąd, pojawiło się małe stworzonko, które wciąż wrzeszczało, nie dając domownikom chwili wytchnienia. Chłopiec nic z tego nie rozumiał. Niedługo po tych zdarzeniach, sprowadził się do nich wuj Viset. Jego przyjazd poprzedzony był głośnymi kłótniami rodziców, co pewien czas przerywanymi dniami ciszy. Ann Wolron tłumaczyła mężowi, że jej brat pomoże w prowadzeniu domu, a także będzie pracował w warsztacie. Viset miał dzięki temu wykaraskać się z biedy i nieróbstwa, w które popadł, mieszkając we Wspólnej Woli. W końcu zdołała przekonać męża.

Od tamtych wydarzeń minęło ponad dziesięć lat. Artur siedział w kuchni, czekając na siostrę. Wuj i Marc pracowali w warsztacie. Obaj przejęli część obowiązków Artura, od kiedy zaczął dorabiać u Martiva Sqona.

– Wujek pracował wczoraj do późna? – spytał siostrę, gdy wbiegła do pomieszczenia i zasiadła do śniadania.

– Nie, potem przyszedł – odpowiedziała dziewczynka.

– Idziesz dziś ze mną do domu Szwendacza? Czy znów tchórzysz? Mówię ci, jak tam jest strasznie. Po podłodze walają się ludzkie kości, a my je sprzątamy takimi wielkimi miotłami. Kai się trochę boi, ale ja ani trochę.

Asper aż się wzdrygnęła.

– Nie boję się – powiedziała.

– Boisz, przecież widzę. Ten cały Sqon… a może to wcale nie jest Sqon, a Szwendacz? Mógł się ogolić, przebrać i wrócić do miasta, przybierając nową tożsamość. Wszystko po to, by dalej mordować.

W drzwiach pojawił się wuj Vistet. Przywołał chłopca ruchem ręki. Nie jest dobrze.

– Chodź, przejdziemy się – powiedział do Artura.

Jest bardzo, bardzo źle.

Wyszli na podwórze. Dzień był bardzo ciepły, choć na niebie wisiały ołowiane chmury.

– Rozmawiałem z tym całym Sqonem – rozpoczął Viset. – Spytałem, dlaczego jest tak skąpy, że daje ci tylko pięć astrów za dzień pracy. Wiesz, co mi powiedział?

Staruszek tylko podczas pierwszego dnia zaoferował wynagrodzenie w formie towaru. Nazajutrz zapłacił im po dwanaście astrów. Artur powiedział wujowi, że jego wypłata wynosi tylko pięć astrów za dzień i tyle mu oddawał. Zachowaną resztę planował podzielić między siebie, Marca i Asper, gdyż wiedział, że lepiej to spożytkują.

– Co powiedział? – spytał przerażony chłopiec.

– Zawstydził się i obiecał dać ci podwyżkę. Teraz będziesz dostawał osiem za dzień. Przypomnij mu o tym, bo staruch mógł już zapomnieć.

– Dobrze.

Wuj ruszył do warsztatu, a Artur powędrował ulicą Pierwszych Osadników.

Staruszek uratował mi tyłek – przyznał z podziwem. Muszę mu wszystko wyjaśnić.

Już z daleka dostrzegł swojego pracodawcę. Mariv Sqon czyścił komin, stojąc na szczycie własnoręcznie zbudowanej konstrukcji, która zdawała się przeczyć prawu powszechnego ciążenia. Pomachał Arturowi energicznie, co niemal przypłacił upadkiem. To niezwykłe, jest jak jednoosobowa firma budowlana.

Po wejściu na strych, gdzie miał dziś pracować, Artur wychylił się przez okno i wyjaśnił Sqonowi całą sytuację dotyczącą wynagrodzenia. Cieszył się, że są sami.

– Chłopcze, kto za młodu nie kantował rodziców, czy tam wujków? – Sqon zachichotał. – Ja kiedyś powiedziałem, że jadę na obóz, a tydzień pływałem po jeziorze. Dwa razy prawie utonąłem i nabawiłem się choroby, przez którą miałem pełno takich dziwnych plam… Do dziś nie wiem, co to było. Ledwo przeżyłem, mimo to miło wspominam tamten czas. Dam ci te trzy astry podwyżki, kupisz siostrze coś fajnego.

Próbował się nie zgodzić, ale staruszek był nieprawdopodobnie uparty. Arturowi skojarzył się z łosiem, który przed  laty stanął na drodze astarnockiej. Dziesięciu chłopa potrzeba było, by ściągnąć go z jezdni. Chłopiec podejrzewał, że z Martivem Sqonem nie poszłoby im tak łatwo.

Po chwili zjawił się Kai i zaczęli pracę na strychu. Miejsce okazało się prawdziwym skarbcem. Znajdowali tam niezwykłe przedmioty, które ongiś należały do Szwendacza, jego matki i dziadka, Harta Mestena. Odnaleźli listy miłosne, w których autorzy posługiwał się tajemniczymi inicjałami G. i E., ukrywając tożsamości nadawcy i adresata. Natrafili na zdjęcie grupki drwali, które Artur schował do kieszeni, by pochwalić się rodzeństwu, a także narysowany przez dziecko obrazek przedstawiający króla siedzącego na tronie. Miał drewnianą koronę, w ręku trzymał łuk. Strych krył też tony starych ubrań, narzędzi i przedmiotów najróżniejszego użytku, a nawet dziwaczne urządzenia, jakby wymontowane z jakiegoś pojazdu. Porządkowanie zajęło im cały dzień.

Na koniec staruszek dał im po piętnaście astrów i pożegnał z uśmiechem.

– Niesamowity człowiek. Szkoda, że mój dziadek taki nie był – stwierdził Kai.

– Masz jeszcze szansę, by stał się twoim dziadkiem. Albo moim. Ma wnuczkę w naszym wieku. – Artur zauważył, że Kai nagle posmutniał. – O co chodzi? – spytał.

– O nic. Może kiedyś ci wyjaśnię – powiedział, gdy doszli do skrzyżowania. Tam się rozdzielili.

Dziesięć i pięć astrów – spojrzał na dzisiejszą wypłatę. – Potrzebuję osiem.

Wszedł do sklepu, by rozmienić pieniądze.

Maria Holbes prowadziła grenijski spożywczak od dwudziestu lat. Praca ta i ciekawskie usposobienie sprawiały, że kobieta była najbardziej rozeznaną w najnowszych plotkach i wydarzeniach osobą w wiosce.

Jej sklep mieścił się na parterze domu, w niewielkiej izbie, zbyt małej jak na liczbę oferowanych produktów. Warzywa, owoce, mięso, alkohole, które wpędziły w nałóg męża sklepikarki, środki czystości i dziesiątki innych towarów zajmowały wszystkie ściany, a ich ułożenie przypominało wizję szurniętego artysty.

– Mówię ci, dziwny to mało powiedziane – usłyszał Artur, gdy wszedł do sklepu. – On w ogóle nie pracuje. Twierdzi, że jeździ w interesach na południe, ale w autobusie nikt go nigdy nie widział, a przecież nie ma samochodu. Czasami znika na długi czas, a potem zjawia się, nie wiadomo skąd. – Pani Holbes opowiadała to żonie Bernarta, malutkiej, kruchej kobiecie, o chudej twarzy i wielkich oczach.

– Czekoladę poproszę, może tę z nadzieniem truskawkowym – powiedział chłopiec.

– Te, Wolron, pracujesz u pana Sqona, prawda? Jaki on jest? – spytała zaciekawiona sklepikarka.

– A zostanie to między nami? – zapytał obie kobiety, ledwo powstrzymując śmiech.

– Oczywiście. Nikomu nie powiem – odpowiedziała Holbes. W jej ustach brzmiało to niemal jak żart.

– Pan Sqon nie przyjechał tu sam. Ma własny harem niewolnic i raz w tygodniu jedną zabija, kąpie się w jej krwi, a ciało zjada, dzięki czemu opóźnia starzenie. Bo tak naprawdę ma sto trzydzieści dziewięć lat. To Sqon założyciel! – obwieścił radośnie.

Maria Holbes nie wydawała się rozbawiona. Rzuciła czekoladą o blat, lecz Artur złapał ją zręcznie. Będzie dla Asper w ramach przeprosin za to, że w ostatnich dniach wciąż się z niej śmiałem. Schował tabliczkę i pieniądze w głęboką kieszeń, zostawiając na wierzchu osiem astrów.

W domu zastał jedynie wuja. Marc wciąż pracował w warsztacie, a Asper gdzieś przepadła. Oddał mu wypłatę.

– Widzisz, osiem. – Mężczyzna wskazał na pieniądze, jakby Artur nie potrafił liczyć. – Trzeba się upominać o swoje, bo inaczej wydymają cię w dupsko.

Kolejna życiowa rada wuja Viseta. Lepiej zapiszę, bo zapomnę.

– Gdzie Asper? – spytał.

– Nie wiem, gdzieś polazła. Zostawiła ci kartkę.

Artur odnalazł wiadomość na kuchennym stole i szybko ją przeczytał. A potem zrobił to ponownie, gdyż nie uwierzył w jej treść.

 

Poszłam do chatki Szwendacza. Nie do tej w wiosce, ale do tej w lesie.

Udowodnię ci, że nie tchórzę. Asper.

 

Co ona najlepszego wymyśliła? Artur starał się uspokoić. Nie ma go tam. Od dwóch lat nikt go nie widział. Pójdę i ją stamtąd zabiorę. Skoro ona nie bała się, to ja też nie powinienem. Wezmę ze sobą Kaia, a on ma pistolet. Wciąż jednak trzęsły mu się ręce. Schował kartkę do kieszeni, zabrał kuchenny nóż, tak na wszelki wypadek, i wybiegł z domu.

Drogę do domu Slantów pokonał w mgnieniu oka. Zapukał do drzwi. Odpowiedziała mu przerażająca cisza. Proszę, otwórz. Zapukał ponownie. Dalej nic. Proszę, błagam, otwórz.

– Wyjechali całą rodziną do Astarnort, pewnie na badania babci – odezwał się głos za jego plecami. Była to Gloria Efetn.

W tym momencie przypomniał sobie, że rzeczywiście Kai o tym dziś wspominał.

Samotny i przerażony pobiegł w kierunku lasu.

Chatka położona była na południowy wschód od Grenie, niedaleko prawego brzegu rzeki. Artur dziękował za to niebiosom. Gdyby musiał w tym stanie przejść przez most, pewnie wpadłby do rzeki.

Podczas zeszłego lata, za namową Esteli, wybrali się w pobliże chatki. Zakradli się w szóstkę i natychmiast stamtąd uciekli, słysząc jakieś podejrzane odgłosy niosące się wśród drzew.

Z każdym krokiem bał się coraz bardziej, nawet las wydawał mu się mroczniejszy niż zazwyczaj. Może spotkam Asper, gdy będzie wracać. Dam jej czekoladę i pójdziemy do domu.

Tak się jednak nie stało. Serce biło mu jak oszalałe, gdy stanął przed chatką. Ujrzał jednopiętrową, zaniedbaną ruderę, zbudowaną z sosnowego drewna. Choć budynek najlepsze lata miał dawno za sobą, w porównaniu do poprzedniego dobytku Szwendacza prezentował się całkiem schludnie.

– Asper – starał się krzyknąć, lecz zdołał wydobyć z siebie jedynie niepewny skrzek. Mogłem się z nią minąć. Pewnie wróciła do domu, idąc brzegiem rzeki, gdy ja szedłem lasem.

Zrobił kilka niepewnych kroków w kierunku domostwa. Koniec z opowiadaniem strasznych historii. Kilka kolejnych kroków. To Marc, to on opowiedział historię Szwendacza. Gdy wrócimy, nakopię mu do dupy. Postawił kolejny krok i stanął przy oknie. Serce chciało wyskoczyć mu z piersi. Spójrz tam, tchórzu. Przystawił głowę do szyby i zajrzał do środka domku. Mógłby otworzyć usta i krzyknąć, krzyczałby tak aż do utraty przytomności, lecz był na to zbyt przerażony.

Jego siostra znajdowała się w środku chatki, a obok niej siedział Szwendacz. Co więcej, dziewczynka wcale nie sprawiała wrażenia przestraszonej. Nie tchórzy – pomyślał i niemal zaśmiał się histerycznie. Asper dostrzegła go w oknie i wybiegła z chatki. Mógł ją w tym momencie chwycić i uciec, uciekaliby tak długo, aż całe to zajście stałoby się tylko niemiłym wspomnieniem, lecz tego nie zrobił. Stał, sparaliżowany strachem. Jak mam się nie bać? Całe życie wpajali we mnie strach przed tym człowiekiem.

– Chodź – zawołała go Asper.

– Nie, to ty chodź. Do domu, już. – Starał się być stanowczy, lecz jego piskliwy głos tylko ją rozśmieszył.

– Nie bój się, chłopcze – Szwendacz pojawił się w drzwiach. Wyglądał tak, jak Artur go zapamiętał – brodaty starzec, ubrany w stare, cuchnące łachy. – Nic ci nie zrobię. Jak widzisz, nie zjadłem twojej siostry. – Uśmiechnął się, pokazując nieliczne zęby.

Sam nie wiedział, jak to się stało, ale po chwili siedział już we wnętrzu domku. Całe wyposażenie wystrugano tu z drewna: stół, krzesła, łóżko, szafa, wszystko wyglądało na rękodzieło gospodarza. Jedynie piec zrobiony był z kamienia.

Szwendacz podał Arturowi coś do zjedzenia. Papka z grzybów. Czy trujących? Wolał tego nie sprawdzać.

– Jak się nazywasz, chłopcze? – spytał.

– Artur… Wo… Wolron – wydukał.

– Jesteś więc bratem małej Asper? Cieszę się, że ktoś do mnie przyszedł. Ludzie mnie nie odwiedzają – stwierdził ze smutkiem. – Boją się.

Nie dziwię się.

– A te wszystkie opowieści? – spytał w chwilowym przypływie odwagi.

– Chłopcze, nie wierz w każdą opowieść, którą usłyszysz. Kiedyś, gdy byłem mały, dziadek opowiedział mi historię o kobiecie, która modliła się do lasu, by zabrał jej złego męża, gdyż kochała innego. Działo się to dawno, jeszcze w czasach Pierwszej Osady. Las usłuchał tych próśb i zabrał złego małżonka, czyniąc ją szczęśliwą. I to jest właśnie przykład takiej kłamliwej historii. Ja również kochałem kobietę, a ona mnie, lecz rodzice wydali ją za innego. Za podłego człowieka, prawdziwą gadzinę. Taka sama sytuacja. Wznosiłem modły do lasu, lecz nic się nie stało. A wręcz przeciwnie, ten zły człowiek przyszedł do mnie na czele pochodu i wygnał mnie z domu. Straciłem wszystko.

– Jak udało się panu uciec? – Artur, choć przerażony, wiedział, że nie będzie miał lepszej okazji, by usłyszeć relację z tego wydarzenia.

– To nie było tak, że zabrali pochodnie i kroczyli z okrzykami jak w Dniu Autonomii. Zebrali się w nocy, po ciuchu. Osoba o dobrym sercu ostrzegła mnie i wyskoczyłem przez kuchenne okno. Wspólnie wyskoczyliśmy. A potem uciekaliśmy przez las, to było nawet romantyczne.

– J… jak pan przeżył zimę? – starał się podtrzymać temat.

– W jaskini, być może tej samej, która pojawiła się w opowieści mojego dziadka. Nie chcę was teraz tym zanudzać. W każdym razie było to miejsce tak głębokie, że dobrze chroniło przed chłodem. Stało się moim domem. Tak przeżyłem.

– Gdzie jest ta jaskinia? – spytał Artur. – Nigdy o niej nie słyszałem.

– Na zachód od Grenie. Nie umiem ci wyjaśnić, w którym miejscu, ale mógłbym cię tam zaprowadzić.

– Chciałabym zobaczyć jaskinie – powiedziała Asper.

Zapadła niezręczna cisza.

– Naprawdę jest pan niewinny? – spytał Artur i natychmiast zganił się za własną głupotę.

– Naprawdę. Zadarłem z niewłaściwym człowiekiem, który miał bardzo duży wpływ na wójta, i tak się to dla mnie skończyło.

Artur był skłonny mu uwierzyć. Jest bardzo wiarygodny. Czy tym niewłaściwym człowiekiem był dziadek Kaia?

– Nie zjesz mojego poczęstunku? – spytał włóczęga.

– Nie lubię grzybów – skłamał.

– Ja, niestety, muszę je lubić. Nie ma co wybrzydzać, gdy matka natura daje coś za darmo.

– Artur, przecież zawsze jadłeś grzyby – wydała go siostra. Chłopiec wlepił wzrok w stół.

– Nie bój się, chłopcze, nie otruję cię – zapewnił Szwendacz, śmiejąc się rubasznie. – To nie w moim stylu.

Artur przemógł się i włożył do ust niewielki kęs. Potrawa okazała się całkiem smaczna. W międzyczasie znów zapadła niezręczna cisza.

– Myślę, że na nas już pora – stwierdził i wtedy coś usłyszał. Było to niskie warczenie, jakby psa lub małego wilka, pochodzące spod ziemi.

– To mój piesek – powiedział z uśmiechem Szwendacz. – Wypuszczę go na spacer.

O Boże, czy on trzyma w piwnicy wilka?

Szwendacz otworzył drzwi. Artur chwycił Asper, w każdej chwili gotowy uciec. To, co wybiegło z piwnicy, sprawiło, że chłopiec wydał z siebie cichy jęk, a Asper krzyknęła przerażona. Był to sześcio-, siedmioletni chłopiec, nagi i brudny, poruszający się na czworaka. Z jego gardła wydobyło się niskie warknięcie – odgłos całkowicie zwierzęcy.

– Mamy gości, Wilczku, przywitaj się z nimi – zawołał radośnie Szwendcz. – Widzisz, chłopcze, jednak niektóre opowieści bywają prawdziwe.

– Jesteś chory! – zawołał Artur, chwycił dziewczynkę i szarpnął za klamkę. Drzwi były zamknięte.

– Drewniana zapadnia – wyjaśnił starzec z dumą w głosie. – Kiedyś, w poprzednim życiu, byłem szanowanym drwalem.

Chłopiec-wilk skoczył na Artura i ugryzł go w rękę. Asper znów zaczęła krzyczeć, krzyczała z całych sił, tak samo jak w dniu, w którym znalazła martwego ojca. Artur próbował odgonić dzikie dziecko. W ułamek sekundy później zauważył, że Szwendacz chwycił w dłonie kawałek drewna, dziwnie długi i nieporęczny. Badyl przeciął powietrze i wylądował na jego głowie. Nastała ciemność, w której słyszał jedynie cichutkie warczenie wilka.

W mroku widział ludzkie sylwetki poruszające się gwałtownymi ruchami, jakby wbrew sobie. Przypominały marionetki na sznurkach. Rozpoznał swego prapradziadka, Carta Wolrona, którego twarz pogrążona była w głębokim smutku. Spacerował opustoszałym wybrzeżem jeziora. Za nim pojawił się mężczyzna kręcący pochyloną głową, jakby obserwował biegnącą w koło mysz. Znajdował się w ciemnym pomieszczeniu, przez okno padał gęsty śnieg. To Cole Fortel – Artur był pewien, choć nie widział dlaczego. Następnie ujrzał Szwendacza, który wędrował brzegiem rzeki, niosąc ludzką głowę. Chłopiec skupił wzrok na kolejnej sylwetce, tak mrocznej, że trudno było ją rozpoznać. Wydawała mu się dziwnie znajoma… Postać trzymała w ręce coś długiego i ostrego, lecz nie nóż. Daleko za nią widać było zarys jeszcze jednej, niewyraźnej postaci. Była mała, lecz wielka jednocześnie. A u jej boku kroczył biały, podobny lwu stwór.

Prawda była na wyciągnięcie ręki. Artur obserwował sylwetki, wiedząc, że wkrótce odkryje, co to wszystko znaczy. Potrzebował jeszcze chwili. Kim są dwie ostatnie postaci? Bez tej wiedzy nie potrafił połączyć tego w całość. Próbował przyjrzeć się dokładniej. Wyciągnął rękę ku bliższej, mrocznej sylwetce. Kim jesteś?

– Artur – usłyszał głos. Otworzył oczy. Głowę zalał mu ból tak silny, że przez chwilę nie potrafił racjonalnie myśleć.

– Asper – wyszeptał. – Co się stało? – Nagle przypomniał sobie wszystko.

– Tu jestem – powiedziała. Nie widział jej. Nie widział niczego poza ciemnością.– Zabrał nas do piwnicy – załkała dziewczynka. – Jestem związana.

– Ja też. – Czuł na swych wykręconych nadgarstkach taśmę, a plecami dotykał czegoś podłużnego i twardego, prawdopodobnie drewnianego słupa.

Czy ktoś nas tu znajdzie? Kai, Marc, ktokolwiek? Prawda uderzyła go równie brutalnie jak Szwendacz. Nikt nie wiedział, że tu są. Nikomu nie powiedział, a kartkę z wiadomością trzymał w kieszeni. Było coś jeszcze.

Nóż. W kieszeni mam nóż. Spróbował po niego sięgnąć, lecz taśma zacisnęła się mocniej, raniąc go boleśnie. Jeszcze raz. Za drugą próbą zabrakło naprawdę niewiele.

– Asper, uwolnię nas. Nie bój się – wyszeptał, choć podejrzewał, że sam boi się bardziej od siostry.

Podczas trzeciej próby taśma wbiła mu się w nadgarstki tak głęboko, że krzyknął z bólu. Zdołał jednak wyciągnąć nóż, który zatańczył mu na koniuszkach palców, omal nie upadając na podłogę. W ostatniej chwili chwycił go mocniej i przyłożył ostrzem do taśmy.

Wysoko nad nimi pojawiło się ostre światło, brutalnie rozpraszające ciemności. Artur zobaczył sylwetkę swojej siostry, przywiązanej do drugiego pala, a także szczegóły pomieszczenia. Znajdowali się w niedorzecznie wielkiej piwnicy – wydawała się dwukrotnie większa od pomieszczenia na górze. Otaczały ich beczki, skrzynie i mnóstwo różnego rodzaju drewnianych śmieci. Gdy jego oczy przyzwyczaiły się do światła, spojrzał w górę.

Szwendacz pokonywał schody spokojnie i pewnie, jakby szedł po konfitury. Chłopiec-wilk zatrzymał się na górze i nisko warczał.

Muszę się uspokoić. Muszę. Choć drżały mu dłonie, zaczął przecinać taśmę.

– Drzwi – mruknął do siebie Szwendacz. Wrócił, przegonił chłopca i zamknął wejście do pomieszczenia. Całą piwnicę znów ogarnęły egipskie ciemności. Może spadnie ze schodów i skręci sobie kark.

W mroku rozległy się kroki. W ich tle słychać był drugi, znacznie cichszy odgłos przecinanej taśmy. Ten nóż jest tępy – zdał sobie sprawę i jęknął z przerażenia.

Szwendacz był już prawie na dole. Czy on widzi w tych ciemnościach? Z każdym kolejnym krokiem był coraz bliżej Artura. Chłopiec ciął i wznosił ciche modlitwy. Po chwili odgłos kroków stał się tak głośny, że od starca musiała go dzielić odległość wyciągniętej ręki. Lecz Artur wciąż nie przeciął węzłów. Mężczyzna minął go i poszedł dalej, w kierunku Asper. Kroki ucichły. Jego siostra milczała. Ruch noża wydał się nagle głośny jak świst przejeżdżającego pociągu. Artur usłyszał, że starzec się pochylił. A potem znów przerażająca cisza.

Przeciął już ponad połowę szerokości taśmy. Co tam się dzieje? Słyszał jakieś pojedyncze dźwięki. Bał się je interpretować.

I znów kroki, oprawca ruszył ku niemu. Zatrzymał się, pochylił i zacisnął olbrzymie łapska drwala na chudej szyi Artura. Jeszcze tylko trochę, troszeczkę – prosił, gdy zaczynało brakować mu powietrza.

Kolejnym ruchem noża rozciął węzły, wyprostował ręce i wbił ostrze w ciało Szwendacza. Starzec wydał z siebie pełen zdziwienia ryk, rozluźnił uścisk i upadł na podłogę. Artur głęboko zaczerpnął powietrza i w ciemno wyprowadził drugi cios. Nóż wbił się w drewno. Szwendacz złapał go po raz kolejny, tym razem od tyłu. Chłopiec zgiął rękę i ciął kilkakrotnie, aż ciało mężczyzny zwaliło się z głośnym łoskotem.

Potem Artur rzucił się w kierunku, gdzie powinny być schody, wdrapał się po nich niemal na czworaka i otworzył drzwi. Bał się spojrzeć na dół. Miał przerażające przeczucie, że nie zobaczy tam Szwendacza. Był pewien, że uciekł.

Mylił się. Postrach Grenie leżał nieruchomo wśród drewnianych desek, z jego brzucha sączyła się krew.

Asper również leżała na podłodze. Zza pleców Artura wybiegł chłopiec-wilk, głośno szczekając. Chłopiec odepchnął go i zbiegł na dół. Przeciął więzy siostry i wziął ją na ręce.

Szwendacz poruszył się i skierował na niego zamglony wzrok.

– Twoja kolej – powiedział w swym ostatnim tchnieniu, wskazując go palcem.

Artur wybiegł z piwnicy, opuścił dom i zaczął biec przez las. Jego siostra wciąż się nie ruszała. Położył rękę na jej ciele, lecz nie poczuł bicia serca.

Po kilku minutach wbiegł na ulicę Estrova. Wówczas jeszcze nie wiedział, że Asper nie żyła. Pierwszy z domów należał do Alwena. Niedoszły wójt odpalił samochód i pomknęli ku Astarnort. Na tylnym siedzeniu Kaite Alwen próbowała reanimować dziewczynkę.

Przez całą drogę nie wypowiedział ani słowa.

Później, gdy siedział na szpitalnym korytarzu, wyjął z kieszeni połamaną czekoladę o truskawkowym nadzieniu. W tym momencie się rozpłakał i łkał tak przez wiele dni.

 

 

Rozdział 14

Królowa niczego

 

Labirynt żywopłotów rozrastał się przed jej oczami w zastraszającym tempie, a każda z gałązek przypominała jadowitego węża. Błąkała się wśród uliczek, nie potrafiąc odnaleźć drogi na wyższy poziom. Użyła metody prawej ręki, bez skutku. Czuła przerażenie, zmęczenie i samotność. Zatęskniła za Wielkim, choć wiedziała, że nie był prawdziwym człowiekiem.

 Nagle usłyszała odgłos sekatora, który zabrzmiał jak zaciskające się skrzypce olbrzymiego raka.

Lydia odwróciła głowę, spodziewając się ujrzeć Ogrodnika. Zza zakrętu wyłoniła się jednak inna postać – mała, przerażona dziewczynka, jadąca na wózku inwalidzkim. Z całych sił przebierała rączkami, obracając kołami.

Boże, co ja uczyniłam.

– Uciekaj! – krzyknęła Lydia, choć wiedziała, że jest już za późno. Dziewczynka jechała zbyt wolno. Bibliotekarka zapragnęła podbiec, chwycić ją na ręce i uciec, lecz dostrzegła sylwetkę Ogrodnika i znieruchomiała. Olbrzym nie musiał nawet biec, jego chód był szybszy niż ruch dziewczynki. Wsadził ostrze sekatora w jedno z kół i wózek gwałtownie wyhamował, wyrzucając dziecko na trawę.

– Nieeeeeee!!! – krzyczała Lydia, aż pociekły jej łzy. Wówczas się obudziła. Ktoś pukał do drzwi. Po drodze wytarła twarz, jak się okazało, niepotrzebnie. Osoba, która przybyła w odwiedziny, również płakała. Była to Gloria Efetn, kuzynka matki Lydii.

– Co się stało? – spytała przestraszona bibliotekarka. – Coś z ciocią?

– Nie. Dziewczynka nie żyje.

Lydia przytrzymała się drzwi. Boże, zabiłam ją. Zabiłam.

– Jak to się stało? – spytała, choć domyślała się, jaką usłyszy odpowiedź.

– Brat ją przyniósł. Podobno Szwendacz biedaczkę udusił.

Szwendacz? A co on ma wspólnego z książką?

– Byłaś już u rodziców z kondolencjami? – spytała Lydia. Wiedziała, że ją też to czeka. Zastanawiała się, co im powie. Bardzo mi przykro, to ja zabiłam państwa córkę. Tak kazał mi zrobić mężczyzna z kuszą. Dwukrotnie mnie zabił, ale to nie stanęło na przeszkodzie, bym mu zaufała.

– U jakich rodziców? O czym ty mówisz? – Gloria była zdezorientowana.

– Rodziców Elii Slant.

– To Asper Wolron nie żyje.

Teraz już nic z tego nie rozumiała. Przez moment jej ulżyło, lecz szybko zorientowała się, jakie to podłe.

– Szwendacz ją zabił? – Nie mogła w to uwierzyć. – Wrócił? Co tam się stało?

– On już nikogo nie skrzywdzi. Artur Wolron go zadźgał. To się stało w chatce drwali. Teraz jest tam mnóstwo policji, i nie tylko tam. Chodzą po lesie i szukają jakiegoś chłopca, którego ponoć ten psychol trzymał w piwnicy.

– Przyjdę do was niedługo – obiecała Lydia.

Wróciła na piętro, gdzie zrzuciła z siebie koszulę nocną. Zaczęła szukać odpowiednich spodni, gdy coś przeleciało za oknem. Sokół – pomyślała i cofnęła się dwa kroki. Żaden sokół, idiotko. Weź się w garść.

Na wszelki wypadek postanowiła ubrać się w łazience.

Dziesięć śmierci rozbudziło w niej szereg dziwacznych fobii. Rosnący przy domu Bernartów żywopłot, zza którego szczekał wielki pies, sprawiał, że przechodziła na drugą stronę ulicy. Gdy próbowała uspokoić się nad rzeką, uciekła stamtąd, bojąc się, że utonie. Nie schodziła do piwnicy, wciąż mając przed oczami narzędzia średniowiecznych tortur. Największy strach odczuwała jednak, myśląc o Elii. Skoro książka doprowadziła mnie do takiego stanu, co stanie się z małą, kaleką dziewczynką?

Muszę komuś o tym opowiedzieć – z tym postanowieniem wyruszyła ku ulicy Estrova.

Tyana Efetn bujała się w swym fotelu, żując owoce w bezzębnych ustach.

– Taka tragedia – stwierdziła dziewięćdziesięciolatka. – Było złapać tego łotra przed laty, ale uciekł. Wyskoczył przez okno i przeżył całą zimę, żywiąc się ludzką krwią.

Gloria przygotowywała w kuchni śniadanie, więc Lydia mogła sobie pozwolić na chwilę szczerości.

– Ciociu, chyba zrobiłam coś bardzo złego – wyszeptała.

– Cóż takiego, dziecko?

– Ja… nawet nie potrafię tego opisać. To wszystko jest takie skomplikowane. Dałam dziecku książkę, która będzie miała na nie zły wpływ.

– Lektura to zawsze dobra rzecz – stwierdziła z uśmiechem staruszka. – Moja ulubiona to historia o księciu, który odnalazł wieżę, zabił potwora i uwolnił księżniczkę.

Wieża. Ta, której nie powinnam była zobaczyć. I coś jeszcze. Prawda ukryta pod taflą jeziora. Punkty zaczepienia, od których mogłabym zacząć, jeśli chcę odkryć, co tu się do cholery dzieje.

– … i wtedy on przyszedł do mnie, ale ja mu nie otworzyłam – staruszka prawiła o czymś pogrążona we własnym świecie. – Bo to był taki łobuz. Następnego dnia również przyszedł, tym razem z kwiatami, ale psa spuściłam – stwierdziła z dumą w głosie. – Co on sobie myślał najlepszego? Ledwo mego Floriana zabrało jezioro, a ten już mi z łapami pod kieckę.

– Ciociu, czy na północnym wybrzeżu Grenie wznosi się jakaś wieża? – spytała szeptem.

– Wieża, skarbie? Nigdy nie słyszałam. Coś zostało tylko na wyspie. Tej na jeziorze. – Staruszka przywołała ją palcem. – Ale nie płyń tam. Florian się tam wybrał i opowiedział mi o tych potworach, co czają się w ruinach. A może chodziło mu o potworne ruiny? – Seniorka się zadumała. – Nie pamiętam, dziecko. Wiem tylko, że rozgniewał jezioro, i dlatego go zabrało. – Poruszyła się niespokojnie.

Trzy punkty zaczepienia wieża, jeziorne głębiny i wyspa. Martiv Sqon wrócił do wioski, a za jego czasów łowiono na jeziorze. Może on powie mi coś więcej?

Ciocia Gloria wyłoniła się z kuchni, niosąc pierwszą potrawę – miskę sałatki tak wielką, że można by nią wykarmić całą wioskę.

– Taka tragedia. I to nie pierwsza – stwierdziła, nakładając potrawę. – Jakby jakieś fatum uwzięło się na ich rodzinę. Wiesz, że to Alwen ją odwiózł do szpitala? Ten sukinsyn będzie teraz pokutował całe swoje życie, ratując innych. A i to nie zmaże jego win.

– Pan Alwen to miły człowiek – stwierdziła Tyana.

– Mamo, już zapomniałaś? To gwałciciel i kłamca! – odezwała się gwałtownym tonem.

– To miły człowiek – nie dawała za wygraną staruszka. Przez całą wizytę Lydii stwierdziła to jeszcze kilkakrotnie, za każdym razem wyprowadzając córkę z równowagi.

Tego wieczoru domy mieszkańców Grenie odwiedzała policja. Młody, zestresowany funkcjonariusz usiadł w kuchni Lydii i wyjął wielki notes.

– Kiedy ostatni raz widziała pani Grelana Mestena? – spytał.

To tak się nazywał? Nigdy nie słyszała jego imienia.

– Trzy, może cztery lata temu. Pojawił się przed sklepem, ale właścicielka go przegoniła.

– A czy kiedykolwiek widziała pani chłopca, którego wychowywał? Ma w tej chwili od pięciu do ośmiu lat. A może słyszała go pani? Podobno nie mówi, tylko szczeka i wyje jak wilk.

– Słyszałam kiedyś wycie wilka. Siedziałam w pokoju i… czytałam książkę. Ale to mogło być prawdziwe zwierzę.

– One nie podchodzą tak blisko ludzkich osad.

– Tak. – Wiem o tym, kretynie.

– Niestety, to potwierdza nasze obawy. Gdyby chłopiec żył w zamknięciu, powinniśmy go niedługo znaleźć, lecz bardziej prawdopodobne, że Mesten wypuszczał go do lasu. Dzieciak sobie radzi. I dlatego wciąż szukamy.

– Czy powiązaliście to z jakimś zaginięciem?

– Nie, wciąż nie.

– Co z rodziną Wolronów?

– Chłopiec raczej zostanie uniewinniony, to była obrona konieczna. Źle z nim, podobnie jak z wujkiem. Jedynie starszy brat się jakoś trzyma.

Potwierdzenie tych słów otrzymała cztery dni później podczas pogrzebu Asper Wolron. Wokół malutkiego grobu zebrała się cała wioska. Niemal setka postaci stała w ulewnym deszczu, któremu towarzyszyły ciche grzmoty i sporadyczne błyskawice.

Artur Wolron, choć zawsze był chudy, wyglądał tego dnia jak śmierć na chorągwi. Jego wuj Viset, ku zaskoczeniu wszystkich, łkał na cały głos. Z tego co słyszała Lydia, mężczyzna zawsze najbardziej lubił Asper spośród trójki rodzeństwa. Marc Wolron stał z kamienną twarzą obok Esteli Altion, która zanosiła się płaczem. Elia Slant również płakała, a jej brat stał obok z miną, jakby żałował, że to nie on zabił Szwendacza.

Trosen Alwen również zjawił się na pogrzebie. Niektórzy rzucali mu gniewne spojrzenia, lecz nikt nie odezwał się ani słowem. Stał w towarzystwie żony i dzieci. Za nim Lydia zauważyła Sawiona Dorema. On również płakał. Jego twarz wydawała się wyrażać smutek większy niż całej rodziny Wolronów. Zdziwiło ją to. Nowy mieszkaniec przecież niemal nie znał dziewczynki.

Rost Aliton tym razem zastąpił księdza i wygłosił przemówienie tak piękne, jakby sam anioł szeptał mu do ucha.

Lydia rozpłakała się w momencie spuszczania trumienki. Nie była jedyna. Nawet księdzu, który odprawił na tym cmentarzu wiele pogrzebów, łamał się głos.

Odwróciła wzrok i rozejrzała się po polanie. Wędrowała oczyma po rzędach nagrobków, czując się bardzo dziwnie. Umarła dziesięciokrotnie, lecz wciąż żyła, podczas gdy inni spoczęli w tym miejscu.

Muszę coś zrobić, bo zwariuję. Jeszcze dziś.

Trzy punkty zaczepienia. Postanowiła udać się na północne wybrzeże jeziora.

To nie to, co powinnaś zrobić – szeptał jej wewnętrzny głos. Masz iść do dziewczynki i zabrać książkę, bo niedługo odbędzie się kolejny pogrzeb z małą trumienką. Zaraz jednak pojawił się inny głos: – Co powiesz na kreacje, w których będziesz przebywać setki lat? Będzie w nich oczywiście dużo wody.

Wybrała drogę zachodnim wybrzeżem jeziora. Po tym, co wyczyniała w górnej kredzie, kilkunastokilometrowa wędrówka nie była dla niej żadnym wyzwaniem. Nie musiała uciekać przed wielkimi gadami, gdyż na swej drodze spotykała jedynie zające, lisy i niezliczone ptactwo. Ani na chwilę nie traciła z oczu linii brzegowej, co stanowiło spore wyzwanie, zważywszy zarówno na jej strach przed wodą, jak i zmieniające się wybrzeże. Sosnowe bory, w których gęsto rosnące drzewa przypominały stada zwierząt u wodopoju, gwałtownie przemieniały się w roślinność krzewiastą, ta z kolei ustępowała miejsca nadbrzeżnym polanom lub skałom porośniętym śliskim mchem.

W końcu dostrzegła wyspę. Ktoś niezorientowany mógłby pomyśleć, że to sosny wyrastające wprost z tafli jeziora. Drzewa pilnie strzegły tajemnic tego niewielkiego skrawka lądu i jeśli nawet znajdowały się tam jakieś ruiny, z brzegu nie było szans ich dostrzec.

Jeśli zanurzysz głowę w jeziorze, ujrzysz skrywaną tajemnicę – powtórzyła Lydia. Czy mam to zrobić w którymś konkretnym miejscu?

Podeszła do brzegu. Rzadko kąpała się w Grenie. To przez mojego ojca. Zabraniał mi tu przychodzić. Wiedział, że to niebezpieczne. Znał tak wiele tajemnic, w końcu był historykiem. Ściągnęła ubranie, mając nadzieję, że nikt jej nie widzi. Muszę się przełamać. I tak nieźle mi idzie jak na osobę, która dwukrotnie utonęła.

Zamoczyła stopy w lodowatym jeziorze, zrobiła kilka kroków, klękła i zanurzyła głowę. Nic nie zobaczyła. Gdy tylko woda okryła jej twarz, krzyknęła, przypominając sobie oba utonięcia. Roztrzęsiona, wybiegła na brzeg. Lepiej zapytam Sqona. Tak będzie prościej.

Niedługo potem dotarła na północny brzeg jeziora. Odszukanie miejsca, w którym miała nadzieję znaleźć wieżę, zajęło jej kilka godzin. Próbowała sobie przypomnieć, w jakiej pozycji znajdowała się wówczas wyspa, która była jedynym punktem odniesienia.

Słońce pochyliło się już nad horyzontem, gdy Lydia wdrapywała się na strome, czterometrowe urwisko. Stanęła na szczycie i od razu rozpoznała to miejsce. Olbrzymi łoś, który stał tam, gdzie wcześniej znajdowała się wieża, odwrócił głowę i spojrzał na nią smutnymi oczami.

Cóż za owocna wyprawa.

Zwierzę pognało w głąb lasu, a chwilę potem stało się coś dziwnego.

Lydia wyczuła delikatną zmianę w otaczającym świecie, a przed jej oczyma wyrosła kamienna wieża. Kobieta daleka była od zdziwienia.

Człowiek z kuszą wyszedł jej na spotkanie, tym razem nieuzbrojony.

– Witaj ponownie, Lydio – przywitał ją z uśmiechem. – Co cię do nas sprowadza?

– Chcę tam wejść. – Wskazała na szczyt budowli. – Chcę z nim porozmawiać. Z Tym Który Rozdziela. On tam jest, prawda?

– Porozmawiać o książce?

– Tak.

Na dźwięk tych słów mężczyzna pokręcił głową z rezygnacja.

– Lydio, tyle zagrożeń otacza Elię Slant, zresztą was wszystkich, a ty martwisz się rzeczą, która nie zrobi jej najmniejszej krzywdy.

– Zagrożeń? Jakich?

– Dajmy na to wasz nowy sąsiad. Jak kazał siebie nazywać? Sawion Dorem? Myślisz, że jego imię i nazwisko to anagram? A może znaczy coś w którymś z obcych języków? Ciekawe. – Zamyślił się. – Ale to nieważne. W gruncie rzeczy tylko książka jest ważna.

– Co znajduje się pod taflą jeziora? – spytała, korzystając z okazji.

– Sama sprawdź – rzucił jej wyzwanie.

– A na wyspie?

– Tego akurat lepiej nie sprawdzaj.

– Czy… czy Elia będzie cierpiała, czytając książkę?

– Nie – odpowiedział. – Chyba że ma silnie rozwiniętą empatię.  

– Czy musisz wszystko utrudniać? Czy nie możesz powiedzieć wprost? – zapytała, zdenerwowana.

– Każdy lubi ciekawe opowieści, Lydio. Niektórzy aż za bardzo. Mógłbym ci opowiedzieć wszystko, ale gdzie tu zabawa? Gdzie morał? Gdzie nauczka na przyszłość?

– Znów to robisz. Wiesz co, pierdol się – odwróciła się i odeszła. Gdy po chwili pojęła swą głupotę i odwróciła głowę, wieży i kusznika już nie było.

Tydzień po pogrzebie Asper Wolron wydawało się, że do Grenie powraca dawny spokój. Lydia, wracając z pracy, z podziwem spoglądała na dom Szwendacza, który zaczynał odzyskiwać dawny blask, choć teraz Martiv Sqon miał tylko jednego pomocnika. Stary rybak był wiecznie zajęty i nie miała okazji z nim porozmawiać.

Próbowała też pomówić z Sawionem Doremem, lecz dwukrotnie nie zastała go w miejscu zamieszkania, a w wiosce pojawiał się nader rzadko.

Wróciła do domu, włączyła telewizor i udała się do kuchni, by odgrzać wczorajszy obiad.

– Wciąż nie znaleziono chłopca więzionego przez zabójcę z Grenie – zrelacjonowała prowadząca wieczorne wiadomości. Lydia wróciła do pokoju i zmieniła na kanał sportowy. Transmitowano mistrzostwa świata w pływaniu. Przełączyła na stację przyrodniczą. Trafiła na program opowiadający o zwierzętach żyjących na pustyniach. Wybrała kanał filmowy. Ujrzała dziewczynkę, która biegła przez ogród, płacząc. Wyłączyła telewizor i rzuciła pilotem o podłogę.

Wmuszała w siebie zupę, gdy odwiedził ją Rost Aliton. Mężczyzna przyszedł sprawdzić kranów, z których wczoraj po raz pierwszy popłynęła woda. Szybko zorientowała się, że to jedynie pretekst, gdyż wójt zrobił coś niezwykłego. Zaprosił ją na kolację. Lydia była tak zaskoczona, że przyjęła propozycję. Umówili się na jutrzejszy dzień.

A co mi tam, może chociaż zjem coś smaczniejszego niż ta zupa.

Dzień później Rost Aliton zjawił się o umówionej porze i wręczył jej czerwoną różę. Lydia przestraszyła się kwiatu, gdyż przypomniał jej najeżony pułapkami pierwszy poziom ogrodu. Modląc się, by nie zauważył jej strachu, przyjęła podarunek.

Idąc ulicą Pierwszych Osadników, zauważyli Marię Holbes stojącą w drzwiach sklepu. W oddali Martiv Sqon mierzył ich spojrzeniem z dachu nowego domu. Trzy wlepione w szybę twarze spoglądały z jadącego samochodu. Jutro rano o tym spotkaniu będą plotkować w całym Grenie i połowie Astarnort.

Kolacja czekała na nich w salonie, na pięknie zastawionym stole. Rost przygotował pieczeń, panierowane ryby, sałatki i mnóstwo innych dań, a wszystko wyglądało na tak smaczne, że Lydia podejrzewała, iż to nie on jest autorem kolacji. Usiadła, czując się dziwnie w towarzystwie dawnych mieszkańców Grenie. Uwiecznieni na fotografiach ludzie zdawali się obserwować każdy jej ruch.

– Estela jest w domu? – spytała.

– Poszła do chłopaka, ostatnio… sama wiesz.

Zrobiło się jej głupio. Mężczyzna był wyraźnie zestresowany, a ona od razu sprowadziła rozmowę na taki temat.

– Straszna tragedia. Mogę cię o coś zapytać, Rost?

– Proszę.

– W jaki sposób poznałeś prawdę o Alwenie?

– Powiedziałbym, ale uznasz mnie za wariata – stwierdził całkiem poważnie.

– Zapewniam, że ci uwierzę. Mnie równie ostatnio przydarzały się… dość niezwykłe rzeczy.

– Miałem sen, który zmotywował mnie do działania – odpowiedział. – Odkryłem jego zbrodnię. Pomógł mi pewien człowiek, przyjaciel.

To ci dopiero niezwykłe przeżycie. Ja cofnęłam się w czasie o wiele milionów lat, ścigał mnie trzymetrowy facet z sekatorem i utonęłam w kilkudziesięciokilometrowej fali.

– Myślisz, że to, co zrobiłem, było słuszne? – zapytał niepewnym głosem.

– Tak – odpowiedziała bez wahania. – Zrobiłabym to samo na twoim miejscu. Kiedy on się wyprowadza?

– W dniu wiecu dałem mu miesiąc, więc do końca przyszłego tygodnia powinien odejść.

– Skoro masz takie zdolności, to może wiesz coś ciekawego o naszym nowym sąsiedzie? – postanowiła wykorzystać szansę. – Kto wie, jakie skrywa sekrety?

– Niestety, dowiedziałem się bardzo niewiele. Rozmawiałem z nim kilkakrotnie, bardzo kulturalny, młody człowiek.

Następnie rozmowa zeszła na temat historii, która okazała się ich wspólną pasją.

– Starożytność. Czas wielkich wodzów i wielkich imperiów – odpowiedział Rost zapytany o ulubiony okres historyczny. – Mam w piwnicy taką małą kolekcję – powiedział trochę zawstydzony. – Może nieco tandetna, ale mam do niej sentyment. Chcesz zobaczyć?

W piwnicy.

– Może kiedy indziej.

– Dobrze – odparł trochę zawiedziony.

– Imperia powstawały na wojnach i ludzkim cierpieniu – odpowiedziała mu Lydia.

– Tak, ale jeśli w danym kraju źle się dzieje, czy jego podbicie nie daje ludziom szansy na lepsze życie? Na początku jest wojna, ale później spokój i rozwój cywilizacyjny. Oczywiście tylko w niektórych przypadkach. Zastanawiałem się nad tym i nie daje mi to spokoju.

– To skomplikowana kwestia – odpowiedziała dyplomatycznie.

– Historia Grenie również jest ciekawa. Mam kilka pamiątek, między innymi dwa listy Jeremiasza Hodsa. Oczywiście odpisy. Jak myślisz, co się stało z mieszkańcami Pierwszej Osady? Odeszli? Wszyscy umarli? To również nie daje mi spokoju. Najciekawsze jest to, że osada wyglądała jakby wymarła nagle, jakby ludzi zabito, ale nie znaleziono ciał, które by nie były pogrzebane. To się wzajemnie wyklucza.

– Być może doświadczyli czegoś, co zmusiło ich do nagłego odejścia. A dokąd się udali? Nie mam pojęcia – stwierdziła. Jak spotkam kusznika, to go zapytam, obiecuję. – A co z twoim pomysłem, by w miejscu Pierwszej Osady otworzyć stanowisko archeologiczne?

Rost skrzywił się nagle.

– To na razie nie jest możliwe. W związku z tym projektem pojawiły się pewne problemy.

– Szkoda. – Nastała długa chwila ciszy. – Bardzo dobre jedzenie – stwierdziła.

I znów niezręczna cisza.

– Przepraszam – odezwał się wójt. – Nie mam wielkiego doświadczenia w… relacjach…

– Nie, idzie ci bardzo dobrze – uspokoiła go Lydia. – A co do tych spraw, przecież masz wspaniałą córkę. – Nim zdążyła dokończyć zdanie, wiedziała już, że poruszyła temat, którego poruszać nie powinna.

– Matka Esteli, to bardzo bolesne wspomnienie. Jeśli chcesz, mogę ci o niej opowiedzieć. Nikt nie zna całej prawdy. Wiedział o tym tylko mój ojciec.

Co mam odpowiedzieć? Czy chce się wyżalić, czy zapytał tak z grzeczności, a naprawdę nie chce o tym mówić?

– Jeśli chcesz – powiedziała.

– To nie jest długa historia. Poznałem ją pod koniec nauki w stolicy. Studiowałem zarządzanie środowiskiem, podobnie jak ona. Zaczęliśmy się spotykać i zaszła w ciążę. To był przypadek. Ona… chciała usunąć dziecko, ale ja nie chciałem się na to zgodzić. Powiedziałem, że sam je wychowam. Śmiała się ze mnie, stwierdziła, że nie jest moim inkubatorem. Ja… – głos mu się załamał – ja powiedziałem, że jej zapłacę, by urodziła dziecko. I tak się stało. Dawałem jej pieniądze przez całą ciążę, naprawdę duże sumy. Po porodzie przyszła do mnie, zostawiła Estelę i na zawsze opuściła nasze życie. Nie żałuję tego, co zrobiłem.

Lydia przez chwilę nie wiedziała, co powiedzieć.

– Zachowałeś się wspaniale – stwierdziła szczerze.

Gdy Rost odprowadził ją do domu, usiadła w swym ulubionym fotelu, rozmyślając. Ten wieczór sprawił, że ostatecznie zmieniła zdanie o Roście Alitonie. Być może teraz ja zaproszę go na kolację. Ucieszy się.

Podniosła pilot z podłogi, dając telewizorowi jeszcze jedną szansę. Trafiła na horror. Nie kojarzył jej się z żadną kreacją, więc, oglądając go samotnie w ciemnym domu, wreszcie odetchnęła z ulgą.

W trakcie seansu usłyszała hałas dobiegający z piwnicy. Pięknie. Po prostu pięknie. W pierwszym odruchu chciała uciec na piętro, lecz po chwili, nie wiedzieć czemu, stała na schodach, gotowa przełamać strach. Zapaliła światło.

Malutka piwniczka była całkowicie zagracona. Na starym stole, wśród starych mebli, stała piramida jeszcze starszych krzeseł. Jedno z nich musiało spaść i z impetem uderzyć w drewnianą ścianę piwnicy. Ze stołu zeskoczyła mysz. Przebiegła między nogami kobiety i zniknęła w ciemności. Musiała poruszyć krzesłami – domyśliła się Lydia.

Już miała się opuścić pomieszczenie, gdy dostrzegła wgłębienie w ścianie, utworzone w wyniku uderzenia. Podeszła i zapukała w drewno. Pusta przestrzeń. Coś tam jest. Spróbowała poluzować pierwszą z desek. Udało się. Kryjówka – zdała sobie sprawę. Rodziców? A może poprzednich właścicieli? Przypomniała sobie, kto mieszkał tu na samym początku. Cole Fortel, człowiek, który zabijał ludzi soplem lodu. A przynajmniej tak mówiono.

Musiała zdjąć sześć desek, nim odsłoniła całą skrytkę. Strach zmienił się w ciekawość. Wyjęła wielkie, płaskie, kartonowe pudło, które ważyło chyba z dziesięć kilogramów. Postawiła je na ziemi i otworzyła.

Co to jest, do cholery?

W pudle znajdowała się dziwna rzecz, wielka i okrągła. Wyjęła ją. Przypominała ogromną ruletkę. Lydia potrząsnęła kartonem i ze środka wyleciała maleńka, zardzewiała kulka. To rzeczywiście jakiś rodzaj ruletki.

Przyjrzała się dokładniej eksponatowi. Wyglądał na wystrugany w drewnie. Potem zauważyła coś jeszcze. Tam, gdzie na normalnej ruletce znajdowały się liczby, ktoś zapisał jakieś wyrazy. Ich odczytanie nie było proste, czas niemal całkowicie je zamazał, lecz w końcu zdołała rozszyfrować pierwsze z pól.

Tyana Efent.

A następnie kilka kolejnych.

Beydos Nadaj.

Frast Aliton.

Grelan Mesten.

Vald Ox.

Onelia Slant.

Niektóre pola były puste, na innych nazwisko przekreślono. Ponad sto pól. Wszyscy mieszkańcy wioski sprzed wielu lat.

Z pewnością należała do Cole’a Fortela – pomyślał i nieświadomie zakręciła kołem. Ten widok sprawił, że zadrżała. Po tylu latach znów w ruchu. Zatrzymała ruletkę, wsadziła do kartonu, a następnie do schowka i uciekła z piwnicy.

 

 

Rozdział 15

Chłopiec, który stracił wszystko

 

Trosen Alwen obserwował z sypialni zachodzące słońce. Pomarańczowe promienie przywodziły mu na myśl strzeliste języki ognia. Jakby sam las płonął. To było tylko złudzenie. Prawdziwy pożar szalał gdzie indziej, pochłaniał jego rodzinę. Nie potrafił go dostrzec, lecz wszędzie widział jego skutki.

Dom, w którym obecnie mieszkała rodzina Alwenów, należał przed laty do pewnego bogatego policjanta, którego nazwiska Trosen nie pamiętał. Ów funkcjonariusz przyjechał do Grenie, wybudował dwupiętrowy, górujący na wioską kolos i szubko go porzucił. Przez lata opuszczony budynek czekał na Trosena i jego rodzinę. A teraz zamieszka w nim Suzan Orchid. Rost Aliton dał mu to wyraźnie do zrozumienia w dniu wiecu, kiedy to upokorzył go przed całą wioską, oskarżając o czyn, którego Trosen nie popełnił.

Wciąż miał przed oczami tamte popołudnie. Suzan Orchid wchodząca na podwyższenie, by zmienić jego triumf w koszmar. Rost Aliton i jego uśmiech zwycięzcy. Onelia Slant chwytająca się za serce. Zupełnie jak wtedy na parkingu. Rozegrała to w podobnym stylu. W swym życiu poznał Suzan na tyle dobrze, by docenić jej kunszt w niszczeniu cudzych żyć. Schował się przed nią na krańcu świata, lecz nawet tu go znalazła. Tylko jak?

Była jednak rzecz, która dawała mu niezmierną satysfakcję. Wiedział, że gdy kobieta zamieszka w Grenie, owinie się niczym wąż dusiciel wokół Rosta Alitona i wówczas ta oferma długo będzie przeklinać dzień wyborczego wiecu.

– Chodź spać – odezwała się Kaite, jego żona. Leżała w pięknym, drewnianym łóżku, pozostałości po poprzednim właścicielu, skąpana w promieniach zachodzącego słońca.

– Przyjdę później. Daj mi spokój – warknął.

– To chociaż zasłoń to okno – poprosiła.

Trosen zrobił to i ruszył w kierunku drzwi.

– A ty gdzie? Miałam nadzieję…

– Nie jestem w nastroju – przerwał jej.

Spojrzała na niego ze złością.

– Nie martw się, Trosen. Niedługo przyjedzie twoja dziwka, to może cię pobudzi.

Poczuł, jakby ktoś wbił mu igłę w serce.

– Dalej, obwiniaj mnie. Tak jak pozostali. To takie łatwe – rzucił pełnym żalu głosem.

– Zadawałeś się z tą francą i masz za swoje.

Otworzył usta, by przypomnieć jej pewien fakt z przeszłości, lecz powstrzymał się w ostatniej chwili. Kaite znów by się rozpłakała i przestała do niego odzywać.

Wyszedł z domu, by zebrać myśli.

Całe niebo zaczęło przyjmować kolor ognia, okrywając wioskę pomarańczową poświatą. Grenie spało. Tu jest tak cicho. W Wrogelbit nigdy nie było cicho. A właśnie tam już wkrótce zamieszka. Prawdę mówiąc, chciałby uciec jak najdalej, być może za granicę, lecz w Wrogelbit czekał na niego dom odziedziczony po krewnych. Trosen przypomniał sobie rodzinne miasto – skomplikowany labirynt uliczek, w którym spędził dwadzieścia lat życia.

Najmilej wspominał czas szkoły średniej. Nie cały, lecz dwa pierwsze lata, nim jeszcze stoczył się na dno.

 Szkoła mieściła się w pięknym, starym, murowanym budynku, nazywanym przez uczniów zamkiem. Trosen spędzał w nim mnóstwo czasu, nie tylko na zajęciach, ale też w internacie, położonym w jednym ze skrzydeł budynku. Choć sam mieszkał niedaleko, często, wbrew regulaminom, spędzał tam noce. Sam zamek był pięknym miejscem, o którym krążyło mnóstwo legend. Niegdyś znał ich dziesiątki, a co jedna to bardziej przerażająca od drugiej, lecz większość uleciała już z jego pamięci.

 Spotykał się wówczas z mnóstwem dziewczyn, które z kolei pamiętał bardzo dobrze. Raz, jeszcze podczas nauki na pierwszym roku, włamał się do portierni, ukradł klucz do tajemniczych, położonych w najciemniejszej części piwnicy drzwi i zabrał tam jedną ze swych koleżanek. Choć w uczniowskich legendach owe miejsce nawiedzały różne potworności, okazało się, że był to po prostu skład starych szkolnych ławek, zresztą bardzo wygodnych. Innym razem zabrał piękną blondynkę na dach pod pretekstem obserwowania gwiazd. Niebo szybko się zachmurzyło, lecz wcale im to nie przeszkadzało. Pewnej zimy omal nie wyleciał ze szkoły, gdy zaskoczony przez niespodziewany powrót chłopaka swej jednodniowej miłości wyskoczył z drugiego piętra. Pech chciał, że wylądował na nauczycielce muzyki.

Kaite, swoją przyszłą żonę, poznał na drugim roku. Początkowo wydawało mu się, że to dziewczyna jakich wiele, lecz kilka tygodni później był już zakochany. Miała długie, jasne włosy, a jej oczy mieniły się zielenią lasu, kolorem Grenie, jak go teraz określał. Ich związek przetrwał kilka miesięcy. To Kaite z nim zerwała, do dziś nie był pewien dlaczego. Stało się to w czasie, gdy Trosen zaczynał ostatni rok nauki, a szkoła witała zastęp nowych uczniów. Wśród nich niczym sęp przy świeżej padlinie pojawiła się Suzan Orchid.

Zrozpaczony po utracie ukochanej dziewczyny wpadł w cykl imprezowania. Niewiele pamiętał z tamtego okresu. To wówczas poznał Suzan, podczas jednej z libacji. Szybko odnaleźli wspólny język. Spędzali czas głównie na piciu, seksie, a w późniejszym czasie również na narkotykach. Pamiętał orchidee, które jej kupował, gdy zostawało mu trochę pieniędzy po zakupie używek. Zawsze bardzo ich to śmieszyło. To Suzan pociągnęła go na samo dno. Nigdy wcześniej nie spotkał tego typu dziewczyny, nie wiedział, jak ma się bronić. Ich związek był karykaturą tego, co przeżył z Katie. Dziewczyna wciąż go zdradzała, nie było między nimi żadnego uczucia, nawet się nie szanowali, lecz wówczas nic go to nie obchodziło.

Orchid stała się bardzo znaną osobą w szkole, a jej popularność udzieliła się również Trosenowi. Słyszał różne opowieści. Kobieta wyrobiła sobie niezwykłą pozycję, manipulując ludźmi i pogrążając ich w nałogach, choć sama nigdy się nie uzależniła.

Dobrze pamiętał dzień, w którym jeden z jego przyjaciół zmarł z przedawkowania. Widział to na własne oczy i nie potrafił mu pomóc. Niedługo po tym Katie, być może z poczucia winy, a może ze strachu, postanowiła go uratować.

Gdy tylko Trosen, dzięki szczęściu, ściągom i układom, ukończył trzecią i ostatnią klasę, porzucił Suzan i wrócił do Kaite. Po roku wzięli ślub.

Kilka dni później, idąc ulicą Wrogelbit, spotkał jednego ze szkolnych kolegów. Postanowili udać się do baru, by powspominać dawne czasy. Trosen wsiadł do jego samochodu, nie podejrzewając, co go czeka.

Nie dojechali na umówione miejsce. Pojazd zjechał na opustoszały parking jakiegoś magazynu. Tam czekała na niego Suzan. Stała uśmiechnięta, otoczona kilkoma młodymi mężczyznami; niektórych z nich Trosen znał z imienia, innych z widzenia, jeden był dla niego zupełnie obcy.

Spodziewał się pobicia, być może śmiertelnego, lecz kobieta kazała mu zrobić coś innego. Stwierdziła, że chce się z nim kochać na tym oto parkingu. Gdy odmówił, trzech mężczyzna zagrodziło mu drogę. Musiał to zrobić. Dziewczyna krzyczała i wyrywała się, choć na ucho szeptała, by nie przestawał. Nic z tego nie rozumiał. Pozostali stali w dużej odległości, śmiejąc się głośno. A potem kazali mu odejść, tak po prostu.

Po trzech dniach pod jego domem zjawiły się radiowozy. Gdy siedział zakuty w pokoju przesłuchań, policjant pokazał mu nagranie z parkingowej kamery, jednej z pierwszych w całej Astarii. Bez wątpienia wyglądało to na gwałt.

Został skazany na trzy lata więzienia i odbył cały wyrok. Kaite wspierała go cały czas. Nigdy nie myślała, by odejść.

Teraz też tego nie zrobi. Często krzyczy i wyzywa, ale pozostanie przy mnie – pomyślał, patrząc w gwiazdy. Noc. Od dziś mrok będzie się już tylko rozrastał, aż w końcu w środku śnieżnej zimy, pozostanie tylko on, no, może z małą domieszką światła. Wiedział, że tego nie zobaczy. Grenie wkrótce stanie się tylko wspomnieniem, kolejnym przeszłym etapem jego życia, podobnie jak nauka w szkole średniej czy pobyt w więzieniu.

 Postanowił pospacerować pogrążoną we śnie ulicą Estrova. Tylko w jednym z domów, drewnianej chałupce należącej do Onelii Slant, paliło się światło. Przez chwilę wydawało mu się, że odwiedzenie staruszki będzie dobrym pomysłem, lecz szybko porzucił ten zamiar. Prawdę mówiąc, jego ostatnie relacje z Onelią były bardzo dziwne. Toleruje mnie tylko dlatego, że mamy wspólnego wroga. Co takiego mógł jej zrobić Rost Aliton?

Dotarł do skrzyżowania, miejsca swego upadku. Posiadłość Alitonów, choć stała w mroku, na tle innych domów lśniła niczym diament. Jesteś tam Rost? Mam nadzieję, że śnią ci się przyjemne rzeczy, bo wkrótce zobaczysz, co to prawdziwy koszmar. Suzan o to zadba. Prawie mu współczuł. Prawie.

Przez ulicę przebiegł kot, który na widok Trosena uciekł przerażony.

– Nie może pan spać? – rozległ się głos za jego plecami. Trosen o mało nie krzyknął. Stał za nim Sawion Dorem. Nowy mieszkaniec ubrany był w dopasowany garnitur, lecz efekt psuł jaskrawopomarańczowy  krawat.

– Cholera, zawsze pan tak straszy ludzi?

– Nie od zawsze, ale od dawna.

– Czego pan ode mnie chce? Wolałbym zostać sam.

– A gdybym powiedział, że wierzę w pana niewinność? – zapytał.

– Bardzo mi miło. Gdy wyjadę, możemy się wymieniać kartkami na święta. A teraz proszę mnie zostawić.

– Czy mógłbym zaoferować panu historię? To jedna z tych opowieści, jakich wiele można usłyszeć w tych okolicach.

– Opowieść? Może porozmawiamy o panu? Wie pan, że został wybrany dziwakiem miesiąca? Niektórzy są przekonani, że pojawił się nowy Hart Mesten. Dlatego się pan tu sprowadził? Może jesteście spokrewnieni?

– Z tego co wiem, oficjalnie ród Mestenów wygasł w zeszłym tygodniu. Proszę mnie posłuchać, to niedługa historia. Być może zmieni pana życie, jeśli dokona pan odpowiedniego wyboru.

– Pięć minut, potem wracam do domu – rzucił zniecierpliwiony.

– Jest to historia o upadku i o odrodzeniu. O chłopcu, który stracił wszystko, lecz zdołał to odzyskać. Czy wzbudziłem pana zainteresowanie?

Było coś niezwykłego w tym człowieku. Sposób w jaki mówił, jak wyglądał, nawet jak stał. Nigdy nie spotkał takiej osoby. Gdy Dorem rozpoczął swoją opowieść, Grenie jakby gdzieś przepadło. Trosen przeniósł się myślami w daleką przeszłość.

– W czasach Pierwszej Osady żył pewien chłopiec. Najmłodszy z licznego rodzeństwa. Jego rodzina był tak wielka, że nie mieszkali w chałupce, lecz w drewnianej wieży, która górowała nad osadą, wznosząc się ku niebu. Chłopiec, jako najmłodszy z całej swej rodziny, mieszkał na samej górze wraz z nietoperzami i wszelkiego rodzaju ptactwem. Rozciągał się stamtąd wspaniały widok. Nocami uwielbiał wpatrywać się w jezioro, które wówczas jeszcze nie nazywało się Grenie. Dawni Osadnicy nazywali je Północny Lazur. I tak obserwował taflę wody, noc w noc, przy deszczu i przy świecących gwiazdach, przy zorzach polarnych i gwałtownych szkwałach. Robił to z taką pasją, że w końcu zapragnął zostać rybakiem.

– Niech pan nie pominie motywu, że chłopca oskarżono o gwałt – powiedział troskliwie Trosen. – Wymyśla pan te historie na poczekaniu, czy może została skrupulatnie sformułowana podczas porannej toalety?

Sawion jakby go nie słyszał. Był gdzieś pogrążony myślami, a gdy Trosen ucichł, kontynuował wątek:

– Chłopiec został rybakiem, najmłodszym w całej wiosce. Bardzo szybko dowiódł swej wartości, dzięki czemu powszechnie go szanowano. Był silny i potrafił znakomicie pływać. Pewnego dnia uratował przed utonięciem dziewczynkę, przez co stał się bohaterem.

– Będzie Rost Aliton w tej opowieści? – Trosen przerwał mu ponownie. – Proszę, niech się pojawi. Mógłby wystąpić jako jeleń, to by do niego pasowało.

– Może się pan śmiać, lecz ta historia wydarzyła się naprawdę. Pan nie wie, że one lubią się powtarzać? – spytał Dorem, wyraźnie poirytowany. Po chwili wrócił do opowieści: – Pewnego dnia jedna z łodzi rybackich nie wróciła z połowu. Świadek zdarzenia twierdził, że została pożarta przez monstrualną rybę. Wszyscy byli przerażeni, lecz nie chłopiec i jego towarzysze. Twierdzili, że są na tyle silni, iż, dobywszy wioseł, z pewnością uciekną przed tą potworą. W dniu kolejnym chłopiec zachorował, gdyż wypił wywar z trującej rośliny, jednej z wielu rosnących w tej okolicy. Towarzysze wypłynęli bez niego i na nieszczęście natknęli się na ową maszkarę. Pozbawieni siły młodego towarzysza nie zdołali uciec. Ryba połknęła całą łódź. Chłopiec został obarczony winą za tę tragedię. Ludzie uważali, że symulował chorobę, gdyż bał się wypłynąć na połów. Własna rodzina wygnała go z wieży i był zmuszony żyć z dala od wioski. Wszyscy wytykali go palcami, a dzieci uciekały na jego widok. Jednak on się nie poddał. Dzięki uporowi zaczął przygotowywać się na dzień, w którym odzyska swą godność. A gdy ten nadszedł, wyruszył samotnie nad jezioro, uzbrojony w długie, drewniane włócznie. Wsiadł na pokład niewielkiej łódki, wypłynął na głębinę i czekał. Po chwili zauważył cień, który rósł i rósł pod powierzchnią wody. Chłopiec dobył pierwszej włóczni i wbił ją w taflę jeziora. Trafił, czego dowodem była sącząca się krew. Cień pojawił się ponownie i chłopiec cisnął po raz drugi. Trwało to długi czas. W cielsko ryby wbił tak wiele włóczni, że wyglądała jak wielki jeż. Kiedy ostatnie z ostrzy przyozdobiło ciało potwora, młody rybak usiadł na swej łodzi i czekał. Śnięta ryba wypłynęła na powierzchnię. Chłopiec zaciągnął ją na brzeg, zabrał do wioski i udowodnił wszystkim swoją wartość. Udowodnił, że się mylili. Ponownie zyskał szacunek.

Sawion zakończył opowieść, rozmyślając nad czymś w skupieniu.

– No dobrze. Teraz czas na analizę? Co autor miał na myśli? – spytał drwiąco Alwen. – Nigdy nie byłem w tym dobry. Niech pan powie wprost, o co chodzi.

– Chcę, by został pan z nami.

– Jak mam to zrobić, skoro Aliton kazał mi się wynosić? Muszę opuścić Grenie.

– No właśnie. Może pan opuścić Grenie, jednocześnie zostając tu z nami. Kilometr stąd znajduje się pewna chatka. Co prawda budowla ta nie może pochwalić się chlubną historią, lecz nikt nie rości sobie do niej praw.

– Mam zamieszkać w tej ruderze Szwendacza? – oburzył się na tę propozycję. – Ale po co?

– Na Rosta Alitona spadnie wkrótce wielka tragedia. Nie chce pan tego zobaczyć?

– Co? Skąd pan to wie?

– Los nie lubi zwycięzców – odpowiedział.

– Jaka tragedia? Coś takiego jak spotkało Asper Wolron? Przecież to okropne.

– A Suzan Orchid? Ma pan wszelkie moralne prawo, by wywrzeć na niej zemstę. To nie powinno być zbyt problematyczne. Jeśli w ogóle będzie konieczne. Niektórzy wkrótce przekonają się, jaka jest prawda. Będą chcieli pana przeprosić, ale pana nie będzie. Ucieknie pan.

Alwen zaczął się poważnie zastanawiać.

 – Skąd pan to wszystko wie? Najpierw Aliton, później pan, wszyscy macie wiedzę, której mieć nie powinniście.

– Czy to teraz ważne? Proszę spojrzeć. – Zamachnął się ręka, pokazując całą okolicę. – Jest szansa, by zachował pan to wszystko. Wciąż może pan być rybakiem.

– Już widzę, jak moja żona się pali, by zamieszkać w tej chatce. A dzieci? Sam nie wiem.

 – Proszę to przemyśleć. Spytał mnie pan, skąd wiem, że Rosta Alitona czeka tragedia. Skąd wiem o tych wszystkich rzeczach. Prawda jest taka, że widzę pewne wydarzenia z przyszłości. Widziałem również pana i ludzi, którzy stali u pana boku. Ludzi o znajomych twarzach. Wierzyli w pana, pokładali w panu nadzieję, wstydzili się tego, że w pana zwątpili. – Po tych słowach Sawion dał mu chwilę do namysłu. – Myślę, że na mnie już pora. Życzę miłej nocy.

Trosen wrócił do domu i położył się obok śpiącej żony.

Śniło mu się, że płynie małą łódką po jeziorze Grenie, zaopatrzony w mnóstwo ostrych, drewnianych broni. Czekał. Zobaczył cień pod wodą, chwycił włócznię w dłonie i cisnął w jego kierunku. Trafił. Martwe ciało wypłynęło na powierzchnię. Nie była to wielka ryba, lecz Rost Aliton. Włócznia sterczała z jego pleców, gdy delikatnie kołysał się na falach.

– Nie chciałem! – zawołał Trosen.

– Spotkała go wielka tragedia! – krzyknął Sawion Dorem, który stał na brzegu.

Jedna rzecz nie dawała Trosenowi spokoju. Gdzie jest wielka ryba?

Była niedaleko – ogromny cień tuż pod powierzchnią wody. Ktoś inny na nią polował. Martiv Sqon stał w swej łódce, śmiejąc się i przeklinając potwora.

Alwen spojrzał na brzeg. Obok Dorema pojawił się Rost Aliton. Wójt mierzył nowego sąsiada pełnym nienawiści wzorkiem i zapytał go:

– Myślisz, że nie wiem, kim jesteś?

Trosen nic z tego nie rozumiał. Jeśli Aliton stoi na brzegu, to kto pływa tu martwy? Spojrzał na ciało i zakrył usta dłonią. Mój Boże. Woda jeziora była mętna i dziwnie pachniała. Przyjemnie. Jak kwiaty.

Jezioro nagle wyschło. Wszelka woda wyparowała niemal w jednej chwili, odkrywając kryjące się pod nią tajemnice, lecz Trosen ich nie widział. Jego stopy znalazły się na gorącym piachu. Wlekli go do Piekła. Współwięźniowie – pomyślał i spojrzał w ich twarze. Nie. Sąsiedzi – stwierdził zdezorientowany.

– Staniesz się niczym Har Aliton – wyszeptał czyjś głos.

– Staniesz się niczym Pierwszy Osadnik – dodał inny.

Prowadzili go po drobnym, pełnym zaschniętej krwi piasku. Z trybun obserwowały go tysiące ludzi. W ręku trzymał miecz. Stał się gladiatorem, na tej oto arenie walczył na śmierć i życie, ku uciesze tłumów i dla podziwu władców. Jeśli walczę ku uciesze tłumów, dlaczego nikt się nie raduje? Tak właśnie powinni kończyć gwałciciele. Dlaczego panuje tu grobowa cisza?

Jego przeciwnikiem był chłopiec z powieści. Stał naprzeciwko ubrany w kolczugę i żelazny hełm, a za broń służyły mu trójząb i sieć. Jest silny – przypomniał sobie Alwen. Pracował przy wiosłach.

Ludzie na trybunach nagle zaczęli krzyczeć z przerażenia. Widownia areny płonęła. Chaos rozprzestrzeniał się szybciej od ognia; ludzie uciekali i tratowali się nawzajem. Tymczasem chłopiec z opowieści zamachnął trójzębem i rzucił sieć, lecz Trosen zrobił unik. Klęknął na jedno kolano, chwycił miecz w obie dłonie i wyprowadził potężne uderzenie, którym przeciął przeciwnika na pół.

– Odrzucony, lecz pełen woli. Po zemstę wrócę – wyszeptał przed śmiercią młodzieniec.

Alwen usłyszał klaskanie. Odwrócił głowę i spojrzał na trybuny. W loży cesarskiej siedział Sawion Dorem. Klaskał, płacząc jednocześnie. Po chwili zmienił się w inną osobę. To Rost Aliton spoglądał z niesmakiem.

– Gwałciciel i morderca! – zawołał wójt Grenie, lecz nikt go nie słyszał. Ludzie płonęli.

Wówczas Alwen zorientował się, że to nie chłopca z opowieści pozbawił życia. To była Suzan Orchid. W ręku nie trzymała trójzębu ani sieci. Trzymała orchideę.

– Przepraszam – powiedziała. Trosen nie był pewien, czy kieruje słowa do niego, czy do Rosta. – Przepraszam za wszystko, co ci zrobiłam.

Tam, gdzie przed chwilą siedział Aliton, pojawił się inny mężczyzna. Trosen go nie znał. Próbował mu się przyjrzeć, lecz za każdym razem był zmuszony odwrócić wzrok. Zauważył jednie, że jest podobny mu wiekiem, dostrzegł też kruczoczarne włosy.

– Pokłoń się, gladiatorze! – zawołał władca. – Pokłoń się, ulubieńcu żywiołów!

– Kim jesteś, panie, że muszę ci się kłaniać? – spytał.

Mężczyzna zaczął się śmiać.

– Wypuścić zwierzęta! Wszystkie trzy! – zawołał podniecony.

Zawołał trzy, lecz pojawiło się tylko jedno. Biały stwór podobny do lwa, lecz z pewnością nie był to lew. Wydawał się o wiele większy, a jego grzywa nie była tak bujna. Trosen chciał podnieść miecz, lecz zorientował się, że trzyma w ręce kwiaty. Orchidee.

Białe kwiaty. Biały stwór. Przypomniał sobie najbardziej niezwykłą historię, jaką słyszał o Pierwszych Osadnikach. Ponoć potrafili odróżniać kilkadziesiąt odcieni bieli. Z pewnością dostrzegliby różnicę w ubarwieniu kwiatu i bestii, lecz on tego nie potrafił. Mieszkał w Grenie zaledwie siedem lat. Na pewno nie potrafił?

Biały stwór rzucił się na niego.

Obudził się z krzykiem, budząc żonę.

– Co ty robisz? – spytała, gdy Trosen wstał i podszedł do biurka.

– Nastawiam budzik – wyjaśnił.

 Wczesnym rankiem temperatura dobiła do czterech stopni powyżej zera, a z nieba kapał nieśmiało deszcz. Ox i Bernart jak zwykle stali na drewnianym pomoście, czekając na płynący z Astarnort kuter. Niewielką przystań zbudowano kilkaset metrów na południe od mostu.

Trosen nie pojawił się w pracy od czasu wiecu, przez wszystkie te dni zasłaniał się chorobą. Denerwował się. Nie wiedział, jak na niego zareagują.

Chudy i drobny Bernart był jego najbliższym przyjacielem. Choć nigdy tego nie potwierdził, wszyscy wiedzieli, że zmaga się z jakiegoś rodzaju nowotworem. Ostatnimi czasy zamienił się w ludzki szkielet i ogolił głowę, jednak ani na chwilę nie stracił dobrego humoru. Został rybakiem idąc w ślady ojca, którego babcia była córką Hara Alitona. Mieszkał z żoną na ulicy Pierwszych Osadników. Nie mieli dzieci.

Ox, zwany Wielorybem, był olbrzymim, pięćdziesięcioletnim mężczyzną o gwałtownym charakterze. Mieszkał z żoną naprzeciwko Bernarta. Dochowali się jednej córki, która wyjechała z Grenie, gdy tylko osiągnęła pełnoletniość.

 – No proszę, wyzdrowiał! – Wieloryb ryknął w jego kierunku.

– Cześć, Trosen – przywitał go Bernart. – Świetnie, że wróciłeś.

– Alwen, coś ty robił przez ostatnie tygodnie? – przyczepił się Ox. – Nie widziałem cię ani razu. Wyjechałeś na łowy? Uważaj, żeby cię znów nie przyskrzynili.

– Zamknij pysk i nie komentuj mojego życia – poprosił jadowicie.

Przybył kuter i cała trójka weszła na pokład. Dowodził nimi Kurt Porlan, stary, doświadczony astarporski rybak, który, choć wyglądał jak suszona ryba, był najtwardszym człowiekiem, jakiego Trosen znał. W skład załogi wchodzili jeszcze dwaj mężczyźni – Alex, niemowa, o którym Alwen nie wiedział prawie nic, poza tym, że jest sumiennym pracownikiem, i Morl, młody chłopak, który niedawno skończył szkołę.

 – Ty tutaj, Alwen? – zdziwił się Kurt. – Słyszałem różne pierdolenia, że nas opuszczasz.

– Robi to, szefie – odezwał się Ox. – To gwałciciel i wkrótce się stąd wyniesie.

– Nie jestem gwałcicielem – stwierdził Trosen, próbując zachować spokój.

– Mam córkę, Alwen – napierał Ox. – Wyjechała, ale wcześniej tu była. Gdybym wiedział, uciąłbym ci jaja.

– Twoja córka – zastanowił się Trosen. – Pamiętam ją. Możesz spać spokojnie. Była tak paskudna, że nikt nie tknął by jej nawet kijem. Odziedziczyła urodę po tobie.

Ox zrobił trzy kroki w kierunku Trosena i mocarnym pchnięciem wyrzucił go za burtę.

Wpadł do rzeki z takim impetem, że zarył nogami od dno. Woda była lodowata. Chłopiec z opowieści świetnie pływał – przypomniał sobie, nie wiedzieć czemu. Wygramolił się na powierzchnię, zaczerpnął powietrza i zlokalizował kuter. Zaczął płynąć w jego kierunku. Sam wspiął się na pokład, choć Bernart próbował mu pomoc. Przemoczony i zmarznięty usiadł przy sterówce. Próbował stłumić w sobie wszystkie uczucia.

– Morl, daj mu ciuchy na przebranie! – zaryczał Kurt. – A ty, Ox, chodź tu. Czy naprawdę jest dla ciebie ważne, co ktoś zrobił ileś tam lat temu? Jakbym opowiedział ci moje życie, to byś chyba spierdolił do lasu ze strachu. Mnie interesuję, czy chłopak dobrze pracuje. Weźmy takiego Martiva Sqona. Utopił w jeziorze własną żonę, a wciąż pozostaje najlepszym rybakiem, jakiego znam. Jakby tu przyszedł i chciał ze mną pracować, to bym się zesrał na miętowo ze szczęścia. Więc się nie wpierdalaj i pozwól mu pracować, bo w ten sposób może odzyskać dobre imię.

Trosen słuchał tego, zdejmując mokre ubranie. Martiv Sqon utopił żonę? Ten miły staruszek, który niedawno się wprowadził? – Nie potrafił w to uwierzyć.

– Dobrze, szefie – odparł Ox.

– A ty, Alwen, jeśli jeszcze raz olejesz pracę, choćby na jeden dzień, to wbiję ci pal w dupę, umieszczę cię dziobie i całą zimę będziesz robił za lodołamacz. Będziesz gryzł ten lód zębami, jasne?

– Tak, szefie.

– Alex, czemu nie płyniemy?! – zaryczał na kolejną osobę. – Może wszyscy wyciągniemy wędki, rozstawimy stołki i wyjmiemy zimne piwo? Ruszaj, do kurwy nędzy!

Gdy Trosen wrócił z pracy, Kaite była w lepszym humorze niż poprzedniego dnia. Stanął w drzwiach pokoju, obserwując, jak bawi się z dziećmi.

– Jak oceniasz ostatnie siedem lat? – spytał.

– O co ci chodzi? – Patrzyła na niego zdziwiona.

– Chodź, pokażę ci coś.

Zaprowadził ją do każdego z okien. Pokazał wioskę, rzekę, las. Kaite nic nie rozumiała.

– Wszystko to – zaczął – wciąż może być na wyciągnięcie ręki. Chcę, byśmy zamieszkali w chatce drwali. Tylko tymczasowo. Potem… potem mam nadzieję, że sprawy tak się ułożą, że będziemy mogli wrócić.

Żona spojrzała na niego, jakby postradał rozum.

– To twój pomysł?

– Tak.

– Wiesz, to chyba dobrze, że nie zostałeś wójtem.

Wieczorem ruszył samotnie do chatki, by sprawdzić, jakie panują w niej warunki. Policja opuściła to miejsce przed kilkoma dniami. Drzwi były otwarte i po chwili zaczął sprawdzać każdy fragment domu. Ucieszył go widok pieca, lecz całość nie prezentowała się dobrze. Zszedł do piwnicy. Pomieszczenie było tak duże, że gdyby nie brak okien, wolałby tu zamieszkać. Lecz była jeszcze jedna rzecz. To tu zabito Asper Wolron. Przypomniał sobie dzień, gdy wiózł dziewczynkę do szpitala, choć ta dawno już nie żyła. Przeszył go dreszcz. To wszystko tylko tymczasowo. Do chwili, aż odzyskam dobre imię. Na początku jednak musiał przekonać żonę.

Gdy opuścił piwnicę, do chatki wbiegł chłopiec, nagi i brudny, poruszał się na czworaka. Trosen nie wykonał żadnego ruchu. Jeśli go złapię, ludzie to docenią. Dziecko zawarczało na Trosena, odwróciło się i uciekło do lasu.

Pobiegł za nim, lecz chłopiec poruszał się szybko niczym prawdziwy wilk. Po chwili Alwen stracił go z oczu. Musiał mnie wziąć za Szwendacza. Prawdę mówiąc, wcale mu się nie dziwię.

 

 

Rozdział 16

Letnie słońce

 

Choć dzień był pochmurny i w każdej chwili mógł spaść deszcz, człowiek, który stanął w drzwiach domu Wolronów, spoglądał na Marca zza przeciwsłonecznych okularów. Uśmiechnął się nagle jak małe dziecko na chwilę przed zdeptaniem robaka.

Chłopiec nabrał pewności, że to nie będzie przyjemna rozmowa.

– Przyjechałem do tej dziury, gdyż zrobiliście mnie w konia – przemówił, wskazując palcem. Marc natychmiast domyślił się, o co chodzi.

– Zamówienie numer trzydzieści dwa?

– Tak, dokładnie. Dlaczego nie zostało wykonane w terminie? Widzę, że macie klientów głęboko w dupie, skoro nikt nawet nie raczył zadzwonić i poinformować o opóźnieniu.

– Nie mamy tu telefonów…

– Co mnie to obchodzi? Mogliście zadzwonić z tego miasta na południu, tego… no… zapomniałem nazwy.

– Przepraszam, mamy duży poślizg, ale pracujemy, nawet dziś, w niedzielę. Mieliśmy kłopoty osobiste, proszę zrozumieć.

– Nic mnie nie obchodzą wasze kłopoty. Moja osiemdziesięcioletnia babcia szyje szybciej od was, a ma sparaliżowaną jedną rękę.

Marc nie miał siły się z nim kłócić.

– Moją siostrę zamordowano – powiedział, spoglądając w jego kryjące się za okularami oczy. – Musi pan to zrozumieć.

– Bardzo mi przykro, słyszałem o tym, choć nie wiedziałem, że to pana siostra. Jednak nie wmówi mi pan, że pracuje sam. Dlaczego inni nie podjęli zamówienia?

– Pracuję z rodziną.

Klient przez chwilę milczał, starając się wybrnąć z tej sytuacji.

– Jesteście niesłowni. Niestety, muszę anulować zlecenie.

– Proszę to przemyśleć. Wykonaliśmy już większość pracy. Poniesiemy straty…

– Nie.

Mężczyzna odwrócił się i odszedł w stronę samochodu. Powinienem iść za nim i błagać? A może wręcz przeciwnie, posłać wiązankę przekleństw? Co zrobiłby tata?

Zauważył Artura, który stał za nim, milczący. Od czasu śmierci Asper zmienił się nie do poznania. Wychudł i nie odzywał się całymi dniami. Wini się za jej śmierć. Czy kiedykolwiek jeszcze się uśmiechnie?

Marc przeżywał tę tragedię równie mocno, lecz starał się tego nie okazywać. Wiedział, że musi być silny. Jak zawsze.

Co innego wuj Viset. Mężczyzna lamentował przez całe dni. Co jeszcze dziwniejsze, niedługo po pogrzebie wymknął się na pół nocy. Po powrocie przypominał bombę, która w każdej chwili mogła eksplodować. Był to jedyny dzień, w którym zamienił smutek na gniew. Marc nie odważył się zapytać, gdzie był ani dlaczego tak się złościł.

– Wygląda na to, że mamy wolny dzień – zwrócił się do brata. Jeszcze niedawno taka wiadomość sprawiłaby nam radość.

Marc zaczął przygotowywać obiad. Trzy porcje, nie cztery – pomyślał z bólem. Artur usiadł przy stole, wyjął z kieszeni pięcioastrową monetę i zaczął się nią bawić.

– Marc, dlaczego nie wierzysz w niewinność mamy? – spytał.

To pytanie tak go zaskoczyło, że przez chwilę nie wiedział, co powiedzieć.

– Jeśli byłaby niewinna, broniłaby się. Powiedziałaby, kto to zrobił.

– Mnie powiedziała. Wiem, kto zabił naszego tatę – stwierdził Artur lodowatym tonem. – I to nie była ona.

Marcowi znów zabrakło słów.

– Kto? – wydukał. – Kto to zrobił?

– I tak nie uwierzysz, jak zawsze. – Moneta w jego dłoni tańczyła, wykonując gwałtowne ruchy. Marcowi skojarzyła się z płatkiem śniegu na wietrze lub językiem ognia. – Myślisz, że mama wie o Asper? Nie pozwoliłeś mi jej zabrać ostatnim razem. Już nigdy jej nie zobaczy.

Ta rozmowa była tak bolesna, że chłopiec ucieszył się na widok wuja, który powrócił z Astarnort. Gdy Marc opowiedział mu o wizycie niezadowolonego klienta, krewny spojrzał na niego ze złością w oczach.

– Opierdalacie się i takie są skutki! Z czego będziemy żyli?! – zaczął wrzeszczeć, aż zachrypł.

– Nie było czasu. Pogrzeb, stypa – wyjaśniał z rosnącą złością. – Nie wiem, czy zauważyłeś, ale Artur przesiedział pół dnia uwięziony w chatce psychopatycznego mordercy. – Sam był zaskoczony, że to powiedział. Spodziewał się, że wuj ponownie go uderzy.

Artur milczał, obserwował ich obu, a w jego spojrzeniu było coś niepokojącego.

– Powinniście więcej pracować – stwierdził Viset.

– Ty też – odpowiedział Marc.

– Ja rządzę w tym domu i robię, co chcę. Jak ci się nie podoba, droga wolna. Możesz wypierdalać.

– Ty rządzisz? To dom naszego ojca i masz do niego takie samo prawo jak szczury biegające po piwnicy. – Słysząc własne słowa, o mało nie ugięły się pod nim kolana. Wuj Viset spoglądał dziwnie, jakby rozmyślał nad sposobem, w jaki go zamorduje.

– Pożałujesz, że to powiedziałeś – stwierdził, wskazując go palcem. – A ty? – odwrócił się do Artura. – Masz takie samo zdanie?

– Starożytni Astarzy – zaczął jego brat – rozwiązywali nieporozumienia w pojedynku, nie zawsze na śmierć i życie, czasami w zawodach, takich jakby sportowych.

– Obu wam kompletnie odwaliło – powiedział i zamknął się w pokoju.

– Pojedynku? O czym ty gadasz?

– Wiesz, jakie musieli mieć wówczas pole do nadużyć? – zapytał, rozmyślając nad czymś intensywnie.

– Artur, dokończmy naszą wcześniejszą rozmowę. Co powiedziała ci mama?

– Tatę zabiła jakaś kobieta. Tyle wiem.

– Jaka kobieta?

Artur wzruszył ramionami.

– To bez sensu. Wiesz, trzeba się stąd zmyć, bo wujek w każdej chwili może eksplodować. Może idź odwiedzić Kaia. Ja pójdę do Esteli.

Spędził u dziewczyny cały dzień. Zaszyli się na tyłach domu, gdzie znajdował się mały, ukryty ogródek, wciśnięty pomiędzy dom Alitonów i starą szopę. Marc i jego przyjaciele spędzili w nim sporą cześć dzieciństwa. Z rozdartym sercem spoglądał na huśtawkę, na której często kołysał Asper. Wielokrotnie urządzali na niej zawody skoku w dal, które niemal zawsze wygrywał Kai. Marc pamiętał dzień, w którym jego brat podczas skoku uderzył się tak mocno w głowę, że stracił przytomność, a gdy ją odzyskał, rozkołysał się ponownie i skoczył najdalej ze wszystkich.

Tuż obok huśtawki znajdowała się zarośnięta piaskownica, w której bawili się równie często. Raz wykopali tajemniczą kość i rozpowiedzieli całej wiosce, że koło domu Alitonów zakopane są ludzkie szczątki. Policjanci, którzy przyjechali na sygnale, byli innego zdania. Dopiero następnego dnia Estela przypomnieli sobie, że jej pies, który zdechł w zeszłym roku, często kopał w tym piasku.

Za ich plecami stała studnia, do której Estela opuściła kiedyś Marca, by udawał topielca. Następnie zwołała wszystkich i opowiedziała straszną historię o żywym trupie, który czasami wypływa studniami, by wciągać ludzi. Gdy Marc zaczął wydawać przerażające odgłosy, Elia i Asper uciekły z krzykiem, Artur znieruchomiał przerażony, a Kai chwycił drewniany kij i ruszył w jego stronę. Rost Aliton nie był zachwycony, gdy musiał zapłacić za odkażanie ujęcia. 

Estela przyniosła kolację. Była ubrana w starą, luźną bluzę, lecz mimo to wyglądała ślicznie. Spojrzał jej w oczy i uśmiechnął się delikatnie. W nieszczęściu ostatnich dni dziewczyna bardzo go wspierała.

– Tu chcesz jeść? – spytała zdziwiona.

– Niedługo zrobi się zimno. To może być ostatnia taka okazja.

Estela wtuliła się w niego, a jej dotyk był najwspanialszą rzeczą na świecie.

Jakby zareagowała, gdybym opowiedział jej o kobiecie z jeziora? Wybaczyłaby mi? Wygnała precz? Wciąż nawiedzały go sny. Kobieta upominała się w nich o trzy życzenia.

– Jeśli nie chcesz się ze mną zadawać, wypowiedz je, a na zawszę zniknę z twego życia – obiecywała w prawie każdą noc.

W przypływie żalu po śmierci Asper, sformułował w myślach swe trzy prośby, pamiętając o postawionych warunkach: życzenia nie mogły ingerować w przeszłe wydarzania, a ich moc nie miała przekroczyć granicy Grenie.

W pierwszym z nich chciał prosić, by Artur nie obwiniał się o śmierć Asper. Drugim życzeniem było, aby wuj Viset na zawsze opuścił ich dom. W trzecim chciał, by Elia Slant mogła znów chodzić. Pamiętał, by każde z nich sformułować jednoznacznie, gdyż nie chciał skończyć jak staruszek z jego wymyślonej historii.

Pierwsze życzenie. Mógłbym tam pójść, wymówić je, wrócić i sprawdzić, czy zadziałało – pomyślał tamtego dnia.

Każde spojrzenia na Artura, każde wypowiedziane przez niego słowo, każdy jego gest przybliżały Marca do podróży nad jezioro.

A dziś jest niedziela.

Zapadł zmrok. Niebo niespodziewanie się przejaśniło, odsłaniając księżyc i gwiazdy. Pojawiły się również delikatne smugi zwiastujące zorzę polarną. Biało-różowe rozbłyski szybko zdominowały niebo. Przypominały zgromadzenie tysięcy dusz dobijających się do bram nieba.

– Piękne, prawda? – zaśmiała się Estela. – Uwielbiam na nie patrzeć. Podobnie jak na gwiazdy. Wczoraj widziałam jedną spadającą i wypowiedziałam życzenie. Zobaczymy, czy się spełni.

– Kto wie. – Wątpię. Życzenia nie spełniają się ot tak. Za każde trzeba zapłacić wątpliwościami. – Chyba na mnie już pora. Wujek będzie się niecierpliwił – próbował zażartować.

– Nie bój się go, Marc. Kopnij w jaja, jakby się rzucał. To zawsze działa. Może odprowadzę cię do domu?

– No wiesz, jakby to wyglądało? To ja jestem od odprowadzania. Poza tym, muszę jeszcze pójść w jedno miejsce.

Pocałował ją i odszedł ulicą Pierwszych Osadników. Gdy tylko Estela zniknęła we wnętrzu domu, skręcił na południe, przechodząc pomiędzy domami Lydii i Bernartów. Jest tak jasno. Zjawisko zorzy przybierało na sile. Przekroczył granicę lasu. Całe niebo mieniło się już jasnym, pastelowym kolorem. Barwa ta przywodziła Marcowi na myśl pelargonie, którą przed laty hodowali w kuchni jego rodzice. Drzewa rzucały dziwaczne cienie, które tworzyły skomplikowaną pajęczynę. Przyspieszył kroku. Chciał to mieć jak najszybciej za sobą.

Oczami wyobraźni widział Artura, który, pozbywszy się poczucia winy, biega z Elią ulicą Pierwszych Osadników, obok ich domu. Domu, w którym mieszkali tylko we dwójkę. Poradzimy sobie bez wujka. Wszystko z czasem może się ułoży. Wiedział, że to Arturowi trudnej przejść przez obecny czas. Ja mam oparcie w Esteli. Może powinienem mu życzyć, by spotkał dziewczynę?

Gdy po czterech kilometrach szybkiego marszu stanął nad brzegiem Grenie, oniemiał z wrażenia. Tafla jeziora odbijała obraz nieba i zdawało się, że zorza ogarnęła cały świat. Wszystko pulsowało, wiło się, migotało w tym przedziwnym świetle. Spojrzał na zegarek. To chyba ta godzina.

Dostrzegł ją po chwili. Stała po kostki w wodzie. Po prostu się pojawiła. Na tle nieba wyglądała jak zjawa, istota zrodzona z zorzy polarnej. Jej biała suknia pływała na powierzchni wody muskana przez spokojne fale.

– Witaj, Marc, w końcu do mnie przyszedłeś. – Podeszła i załapała go za rękę.

– Mam pierwsze życzenie. Liczę, że uporamy się z tym szybko. – W myślach powtórzył jego treść. Chcę, by mój brat Artur nie obwiniał się o śmierć Asper.

– Szybko? Przychodzę tu w każdą niedzielę, a gdy się w końcu zjawiasz, zamierzasz poświęcić mi jedynie chwilę? Tyle chcę dla ciebie zrobić, spełnię twe pragnienia! – wykrzyczała ze słodką złością.

– Dziękuję ci za to – odparł zawstydzony. – Dobrze, mogę tu z tobą posiedzieć.

– Zróbmy tak – wyszeptała mu do ucha.

Usiedli tuż nad brzegiem jeziora.

– Jak się nazywasz? – zapytał.

– Nadi.

– Piękne imię. Skąd pochodzisz? Jak wygląda twoje życie?

– Urodziłam się daleko stąd. Od dziecka żyję w tych lasach. Tak wygląda moje życie – mówiła to powoli, a na jej twarzy odbijały się światła zorzy.

– Jak to możliwe, że nigdy o tobie nie słyszałem? Nikt z wioski nigdy cię nie odnalazł? Od ilu lat tu mieszkasz?

Roześmiała się.

– Kobiet nie pyta się o wiek. Żyję tu bardzo samotnie. Rzeczywiście, rzadko spotykam ludzi. Każde spotkanie raduje me serce. Zwłaszcza, gdy przychodzi do mnie młody chłopiec. Pocałujesz mnie?

– W jaki sposób możesz spełniać życzenia? – zmienił szybko temat.

– To bardzo proste, jeśli masz odpowiednie umiejętności. Nie chwaląc się, posiadam takowe. Potrafię bardzo wiele. Chcesz wznieść się ze mną w niebo? Zatańczyć wśród tańczącego światła?

– Może innym razem – odparł ze strachem.

– Oh, zapomniałam, że ty już to robisz. A wkrótce zatańczysz inaczej.

– Nie rozumiem.

– Zrozumiesz – uśmiechnęła się. – To jak będzie? Pocałujesz mnie?

Smugi zorzy wymknęły się poza granicę jeziora, ogarniając lasy, krzewy, ich ciała. Cały świat stał się biało-różowy. Pozostał tylko on i kobieta z jeziora.

Kim jestem? Nie potrafił sobie niczego przypomnieć. Wydawało mu się, że całe życie spędził w tych smugach. Były całym otaczającym ich światem. Kobieta pocałowała go w usta.

Jest taka piękna – zdał sobie sprawę. Ciekawe jak ma na imię.

Zaczęli się kochać. Wydawało mu się, że to pierwsze uczucie, jakie poznał, i doszedł do wniosku, że życie jest wspaniałe. Czy istnieją inne rodzaje uczuć? Na przykład odwrotne do tego, jakie czuję obecnie? Miał nadzieję, że nie.

– Marc? – usłyszał zrozpaczony głos za swymi plecami.

Marc? Zdawało mu się, że zna to imię. Tylko skąd? Z jakiegoś miejsca spoza smug? Możliwe. Czy należy do mnie?

Świadomość wróciła do niego w jednej chwili, przytłaczając go ciężarem winy.

Estela stała na brzegu, a w oczach miała łzy.

Co ja zrobiłem? Boże, co ja zrobiłem?

– Estela ja…

Uzmysłowił sobie, że przecież ma trzy życzenia. Odwrócił się do kobiety i bez zastanowienia podał pierwsze z nich:

– Niech ona – wskazał na Estelę – nie widzi…

– I tak się stanie – przerwała mu kobieta, uśmiechając się szyderczo. – Nie będzie widzieć.

Co? Dlaczego ona się śmieje?

Odwrócił się w stronę Esteli. Podszedł do niej, lecz wzrok dziewczyny pozostał utkwiony w jednym punkcie.

– Marc? Co ty mi zrobiłeś? Dlaczego nic nie widzę? Marc?

Mój Boże.

Estela płakała. Próbował ją objąć, lecz odepchnęła go gwałtownie.

Gdzie ona jest? Zaczął szukać wzrokiem kobiety. Stała tuż nad brzegiem, a na jej twarzy zagościł szeroki uśmiech.

– Masz jeszcze dwa życzenia, Marc. Przemyśl je dobrze, byś nie popełnił więcej podobnych błędów. – Powoli weszła do jeziora. Jej sylwetka nikła w wodzie.

Czy powinienem za nią biec? Co mam robić, Boże, pomóż mi. Odwrócił się w stronę dziewczyny.

– Marc, dlaczego mnie oślepiłeś? – zapytała takim tonem, że niemal pękło mu serce. – Jeśli mnie nie kochasz, mogłeś mi o tym powiedzieć. Zrozumiałabym.

Zaczął płakać. Nie zapłakał ani razu po śmierci siostry, by nie pogłębiać żalu Artura, lecz tu byli sami.

Smugi zorzy odbijały się w martwych oczach Estel, jakby chciały przywrócić w nich życie.

– Ja… ja… – nie wiedział, co powiedzieć.

– Zostaw mnie – powiedziała, odwróciła się i uciekła. Marc stał tak przez chwilę, aż dotarło dnie niego, że dziewczyna może zrobić sobie krzywdę.

Estela, biegnąc na oślep, pokonała granicę lasu, cudem omijając kilka pierwszych drzew. Po chwili Marc był tuż przy niej, niemal na wyciągnięcie dłoni, lecz wówczas dziewczyna uderzyła z całej siły w pień potężnej sosny. Straciła przytomność, a z jej twarzy popłynęła krew.

Wziął ją na ręce i ruszył w kierunku wioski.

 

 

Koniec części pierwszej.

Koniec

Komentarze

Potężna rzecz!;)

Trochę przeczytałem, ale nie za dużo, bo cz.1 jeszcze nie znam (wielkie dzięki za link do niej:).

 

Póki co zapytam, czy nie lepiej byłoby opublikować jakiegoś szorta, ewentualnie opowiadanie. Wydaje mi się, że wtedy mógłbyś liczyć na SZYBSZE rady do tekstu, bo chyba o nie tutaj zawsze chodzi.

Po za tym, widzę, że całość złoży się na wcale nie cienką książkę.

Może spróbuj przesłać ten utwór do wydawnictwa, a już może pójdzie do druku;)

Chyba, że szkolisz warsztat na powieści – ambitnie! Chylę czoła i wracam czytać cz. 1

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Przepraszam, zapoznałem się z twoim nie małym dorobkiem na stronie.

“Fiu, fiu” – jak rzekła moja dziewczyna widząc mnie nago.

Ty starym wyjadaczem jesteś!

Ta powieść to, by sprawdzić się w “prawdziwej bitwie”. 

Rzucasz się na głęboką wodę, tylko, że ty już umiesz pływać.

Fajna metaforka mi wyszła;)

"Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jakże pragnę ażeby już rozgorzał" Łk 12,49

Nazgulu, dzięki za wizytę.

Oczywiście zachęcam do przeczytania od pierwszej części, bo od środka połapać się nie sposób :)

Powieść oczywiście rozsyłałem, ale bez powodzenia. Skoro więc ma leżeć samotnie, zdecydowałem, że wolę ją tutaj pokazać ludziom. Po wszystkim może wypuszczę ebooka, są portale, gdzie każdy może to zrobić.

O, nowa część.

Zygfrydzie, na pewno przeczytam, będę miała tylko 2-3 dni opóźnienia, bo w oczekiwaniu na kolejny fragment dorwałam książkę, od której nie mogę się oderwać.

Ale przyjdę wkrótce. :)

Cóż to za książka, jeśli można wiedzieć?

Albo lepiej nie pisz, bo moja kolejka książek do przeczytania jest okrutnie długa :)

Pisz, pisz! Ja kcem wiedzieć :D

A Odcienie… już w kolejce u mnie siedzą.

Tylko nie "Tęcza"!

A pewnie, że napiszę. :) “Zła godzina” Marqueza. Czytałam to już parę lat temu, ale coś mam fazę ostatnio na powtórne czytania. Kilku wyraziście zarysowanych bohaterów, duszna atmosfera, akcja toczy się leniwie, ale konsekwentnie się zagęszcza.

To jest dokładnie tematyka, w jakiej chciałabym się poruszać, to jest dokładnie taki sposób pisania, do jakiego chciałabym się chociaż ociupineczkę zbliżyć. Ech, jak czytam takie rzeczy, to moje pisanie wydaje mi się nic nie warte. :)

Rozdział 12 – no, nie spodziewałam się, że książka wyląduje u Elii. Ciekawy rozdział, choć spokojny, nie wciagnał mnie tak mocno, jak poprzedni – chociaż to może być kwestia tej przeklętej pogody. Mózg mi paruje…

by babcia Onelia poradziła na stanowisku.

poradziła sobie

pewnością robiło ponure wrażeni.

wrażenie

Na olepionej starymi, zaschniętymi maziami podłodze walały się garnki, a na archaicznym, oblepionym brudem piecu kuchennym leżał martwy szczur.

Powtórzenie/literówka plus pierwsza część zdania – jak dla mnie – do przerobienia.

 

Rozdział 13 – hm, lubię Martiva. Jeśli okaże się, że jest zły, będzie mi budziu budziu przykro :P I brawo. Dałam się nabrać Szwendaczowi. I ten człowiek-wilk! Choć z drugiej strony zawiodłam się trochę. Tak szybko wszystko poszło, pach pach i po sprawie. A Asper było mi realnie szkoda… nie spodziewałam się tej śmierci. Choć w moim odczuciu przyszła za szybko. Za łatwo… Ten rozdział był dla mnie zdecydowanie emocjonalny.

nabawiłem się dziwnej choroby, przez którą miałem pełno takich dziwnych plam

powtórzenie zbędne moim zdaniem

Tam się rozdzieli.

rozdzielili

które wpędziły nałóg męża sklepikarki

w nałóg

Zrobił kilka pierwszych kroków w kierunku domostwa.

"kilka niepewnych" bym dała – "kilka pierwszych" brzmi pokracznie

a plecami dotykał czego podłużnego i twardego, prawdopodobnie drewnianego słupa.

czegoś

W tym momencie się rozpłakał i płakał tak przez wiele dni.

zmieniłabym – łzy płynęły jeszcze przez wiele dni?

Tylko nie "Tęcza"!

O, super, że już kawałek przeczytałaś. Cieszę się, że Cię poruszyło, mam nadzieję, że nie po raz ostatni.

Rozdział trzynasty to tak naprawdę prolog do właściwego wątku Artura. A i o Szwendaczu będzie też więcej. Wiadomo, nie żyje, ale życie miał długie i ciekawe, jest jeszcze co opowiadać.

Przeczytałabym więcej, ale umieram na upał.

– Zlitujcie się niebiosa, co za kure… cholerstwo – wyjęczała.

Tylko nie "Tęcza"!

Rozdział 14 – postać łucznika mi się nie do końca podoba. Jest do bólu taka, jak magowie, którzy tworzą przepowiednie niemozliwe do zrozumienia, żeby… No własnie. Żeby co? Bo usprawiedliwianie się czytlenikiem nie ratuje fabuły. Ale Rost z kolei nagle daje sie lubić ;)

– Pan Alwen to miły człowiek – odezwała się Tyana.

– Mamo, już zapomniałaś? To gwałciciel i kłamca! – odezwała się gwałtownym tonem.

Odezwała się x 2

Niektórzy rzucali mu gniewne spojrzenia, lecz nikt nie odezwał się ani słowem. Stał w towarzystwie żony i dzieci.

Brzmei jakby "nikt" stał w towarzystwie…

Próbowała sobie przypomnieć, w jakiej pozycji znajdowała się wówczas wyspa, która była jej jedynym punktem odniesienia.

zbedne jej 

sprawdzić sprawność

brzmi źle

kilkadziesiąt milionów lat, ścigał mnie trzymetrowy facet z sekatorem i utonęłam w kilkudziesięciokilometrowej

"ogromna"/"gargantuiczna" fala?

 

– Nie, idzie ci bardzo dobrze – uspokoiła go Lydia. – A co do tych spraw, przecież masz wspaniałą córkę.

Nie rozumiem, skąd nagle to zdanie. Ni z gruszki ni…

 

Rozdział 15 – ta Suzan w sumie od poczatku wydawała mi sie oslizgła. Ale zmuszenie do gwałtu… ech, nie kupuje tego. Nawet jeśli przeraził się osiłków. Nie wierzę, że mu, hmmm – powiem wprost – stanęłoby w takim stresie :P To zajeżdża hentaiem. Nie żebym jakiś kiedykolwiek oglądała!

Poza tym Alwen musiałby być skończonym idiotą, żeby się nie skapnąć po co ta cała szarpanina.

I to jak łatwo drwił z ludzi, a nagle nie zareagował na wysnanie Sawiona. Takie trochę wyszło: "– Widzę przyszłość. – A to spoko." ;) Ogólnie, przykro mi, ale jest to pod względem merytorycznym/logicznym najgorszy póki co rozdział.

Ten dialog:

– Chodź spać – odezwała się Kaite, jego żona. Leżała w pięknym, drewnianym łóżku, pozostałości po poprzednim właścicielu, skąpana w promieniach zachodzącego słońca.

– Przyjdę później. Daj mi spokój – warknął.

– To chociaż zasłoń to okno – poprosiła.

Trosen zrobił to i ruszył w kierunku drzwi.

– A ty gdzie? Miałam nadzieję…

– Nie jestem w nastroju – przerwał jej.

Spojrzała na niego ze złością.

– Nie martw się, Trosen. Niedługo przyjedzie twoja dziwka, to może cię pobudzi.

Poczuł, jakby ktoś wbił mu igłę w serce.

– Dalej, obwiniaj mnie. Tak jak pozostali. To takie łatwe – rzucił pełnym żalu głosem.

– Zadawałeś się z tą francą i masz za swoje.

Jest nienaturalny. Wpierw wiadomość, że rodzina płonie, a tu nagle żonka miła miła i dopiero potem tryska jadem. Zła na kogos kobieta tak się nie zachowuje. Wiem, jestem kobietą i bywałam nie raz zła :P

Całe niebo zaczęło przejmować kolor ognia

przyjmować

W ogóle trochę przeginasz z tym ogniem w tym rozdziale. Skapane w słoncu, ogniste nieba, łapię, łapie! Wiem już jaka mamy pogodę :P

ów miejsce

owe

Teraz też tego nie zrobi. Często krzyczy i wyzywa, ale pozostanie przy mnie – pomyślał, patrząc w gwiazdy. Noc. Od teraz

Powtórzenie

Jak tragedia

jaka

potężne cięcie, którym przeciął

cięcie przeciął

A ty, Ox, choć tu.

Choć tu!? Miesiąc klęczenia na grochu. I stary kisiel na łeb.

Jakby tu przyszedł i chciał ze mną pracować, to bym się zesrał na miętowo ze szczęścia.

Śmiałam się zdecydowanie głośniej niż powinnam. Nadal się śmieję. Aż wstyd przyznać xD

Musiał mnie wziąć Szwendacza.

Musiał mnie za wziąć Szwendacza.

 

Rozdział 16 – ok, ostatecznie znielubiłam Marca. To debil. Chyba żaden rozdział nie wzbudził we mnie tyle złości, co ten. 

Co innego wuj Viset. Mężczyzna lamentował przez całe dni. Co jeszcze dziwniejsze, niedługo po pogrzebie wymknął się na całą noc.

powtórzenie

Tyle pragnę dla ciebie zrobić, spełnię twe pragnienia!

brzydko to brzmi

Tylko nie "Tęcza"!

Dzięki za komentarz.

 

To zajeżdża hentaiem. Nie żebym jakiś kiedykolwiek oglądała!

:) Ja też nie!

 

W ogóle trochę przeginasz z tym ogniem w tym rozdziale. Skapane w słoncu, ogniste nieba, łapię, łapie! Wiem już jaka mamy pogodę :P

Plus dla Ciebie, że to wyłapałaś. Alwen to taki “ulubieniec” żywiołów. Będzie nawet taki rozdział “Ulubieniec żywiołów”. Nie zdradzę na razie, o co w tym chodzi.

 

Co do zachowania Alwena, to masz dużo racji. Ale jest też taka kwestia, że nie musiał się spodziewać kamery na parkingu, w końcu to było wiele lat temu, a kamera była czymś nowym, niespotykanym. No i Suzan często miała dziwaczne zagrania, które trudno zinterpretować.

 

A nie obraziłaś się na obrzydliwą plotkę o Martivie Sqonie? ;]

 

A ty, Ox, choć tu.

Ulala… czas wynająć adwokata :)

 

To debil. Chyba żaden rozdział nie wzbudził we mnie tyle złości, co ten.

Cieszę się, że udało mi się wywołać u Ciebie emocje. Marc zachował się głupio, zupełnie jak staruszek z jego opowieści o złotej rybce. I obaj zapłacili za to wysoką cenę. (Zresztą do tego odnosi się tytuł rozdziału, do letniego słońca, które stopiło lód, przez co staruszek utonął).

 

A nie obraziłaś się na obrzydliwą plotkę o Martivie Sqonie? ;]

Ja tam po prostu w nią nie wierzę :P

 

A w ogóle to po tym tekście kusznika, że “Sawion Dorem” może byc anagramem cała kartkę zamazałam. Najsensowniejsze co mi wyszło to Wiosna Rodem lub Wiosna Morde.

Preferuję Wiosna Morde. Takie wiesz – ej, Wiosna ty to trzymaj Morde na kłódkę! :P Tylko ogonka przy “e” brakuje…

Tylko nie "Tęcza"!

Jakby Ci to napisać, żebyś mnie nie zabiła. Oglądasz “Pingwiny z Madagaskaru?” :D Tam był taki wąż boa o imieniu “Savio” i… no wiesz… spodobało mi się to imię… takie tajemnicze…

Kusznik Cię wkręcił, drań parszywy.

A skoro jesteśmy przy wężach, to postaram się niedługo przeczytać Twoje opowiadanie :) Więc nie zabijaj mnie na razie.

Kocham “Pingwiny z Madagaskaru” :D w takim razie wybaczam. Długo się w sumie nad tym nie męczyłam. A ty leć, leć, czytaj mojego węża (to brzmi niepokojąco, czyż nie?).

Tylko nie "Tęcza"!

Bardzo. Niczym jakiś zapomniany, okrutny rytuał :)

Został mi jeszcze jeden rozdział, doczytam wieczorem.

A na razie: rozdział 12 wydał mi się nieco chaotyczny. Nie wiem w sumie dlaczego, bo właściwie wszystko jest jasne, ale miałam wrażenie pewnego bałaganu.

Podoba mi się postać Martiva. Znowu zgodzę się z Tenszą (cholera, następne rozdziały muszę przeczytać pierwsza, żeby to Tensza zgadzała się ze mną;)) że wydarzenia w rozdziale 13 potoczyły się za szybko. Ok, wiem, że Szwendacz nie został wyciągnięty z kapelusza, bo wspominałeś o nim już parokrotnie, ale i tak odniosłam trochę takie wrażenie. Asper poszła, Artur za nią, Szwendacz zabił, Artur zabił Szwendacza. Bach, bach, bach, bach.

Zaintrygował mnie motyw z ruletką.

Ciekawa jestem, czy żona Alwena wierzy w niewinność męża? Czy trwa przy nim przekonana o jego winie? Wymuszony gwałt też mnie jakoś nie przekonuje.

 

Wieczorem zobaczę, co będzie dalej. :)

Dzięki za komentarz, Ocho.

 

Ciekawa jestem, czy żona Alwena wierzy w niewinność męża?

Będzie potem scena, która jednoznacznie to określi. I pamiętaj, że ona zna Suznan bardzo dobrze z czasów szkoły, uratowała od jej wpływu Alwena.

Skończyłam. Zawsze wkurzały mnie kobiety fatalne i bezmyślni faceci, wpadający w ich sidła jak bezwolne barany. :)

Ale mnie wciągnęło. Już trzecia część za mną.

Nie zawracałam sobie głowy literówkami i takimi głupotami. Mam nadzieję, że wybaczysz, ale ciężko czytać i poprawiać coś, gdy tekst jest taki długi. Bardziej skupiłam się na samej historii.

 

Jednak jest parę rzeczy, które mi się nie podoba. Mam wrażenie, że niektóre wątki, tak jak już mówiłam w poprzednich częściach są potraktowane po macoszemu. Szkoda mi siostry Artura, ale ta śmierć była taka szybka, a Szwendacz jak dla mnie bardzo przewidywalny. Jak czytałam to w głowie miałam jedną myśl: Debilu, co ty najlepszego robisz? Nie idź tam!

Poczułam się jak na amerykańskim horrorze. To wydawało się takie oczywiste. Choć muszę przyznać, że myślałam, że Asper przeżyje.

 

Nie wiem czemu, ale lubię Alwena. Kurczę gościu ma w życiu przesrane. Związał się z jedną babką i ta tak mu nabruździła, że szkoda gadać. Mnie nie zraził wątek gwałtu jako takiego. Może dlatego, że ludzie mają różne zboczenia i przez to, że on już wcześniej z nią był. Także mogła z nim robić już wcześniej różne dziwne akcje. Mnie to przekonuje. Natomiast faktycznie jego żona, a to ma problem z Suzan, a to znów ochotę na męża. Bardzo zmienna babka.

 

Myślałam, że książkę dostanie Kai – tak szczerze. Ciekawe co wyniknie z połączenia dziecka na wózku i tej małej czerwonej książeczki.

 

Zgadzam się z Tenszą, Marc jest totalnym idiotą. Co za dupek. Nie dość, że dupczy się na lewo i prawo, to jeszcze tak odwalił ze swoją dziewczyną. Mógł tego nie robić. Ciekawa jestem co się stanie teraz z Estelą.

 

 

Co do reszty wątków, czekam na rozwinięcie w kolejnych częściach. Są okej, ale bez wielkiego WOW. ;)

 

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Dzięki za przeczytanie :)

Nie zawracałam sobie głowy literówkami i takimi głupotami.

I dobrze. Czytanie z poprawianiem trochę psuję lekturę.

Nowa Fantastyka