- Opowiadanie: KPiach - Świadek

Świadek

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Świadek

Panowały nieprzenikniona ciemność i okrutny ziąb. Na domiar złego, silny wiatr chłostał potokami deszczu, nie pozostawiając cienia wątpliwości – jesień zawładnęła światem niepodzielnie. Aura nie sprzyjała podróżom. Jednak na gościńcu pojawiło się chybotliwe światło latarni, wydobywając z mroku skuloną sylwetkę jeźdźca. Koń stąpał powoli z nisko opuszczonym łbem, brnąc na przekór zawierusze. Skulony w siodle mężczyzna marzył tylko o jednym – znaleźć ciepłe i suche miejsce na nocleg. Nie znał zbyt dobrze okolicy, ale miał nadzieję, że napotka wkrótce folwark i karczmę. Wszak podążał traktem, który w dni targowe był niezwykle ludny.

Podróżny, opatulony przemokniętą delią, wciąż rozpamiętywał ostatnie godziny, zastanawiając się czy aby na pewno uczynił wszystko by ratować chorego, do którego został zawezwany. Nie miał wielkiej nadziei. Choroba poczyniła ogromne postępy i na nic była cała wiedza i doświadczenie, które posiadał. Niewesołe myśli przerwał widok mdłego światełka. Szlachcic poklepał konia po karku i powiódł w kierunku zabudowań, które z bliska przybrały kształt okazałej gospody. Zatrzymał się w podsieniu i ciężko zeskoczył z siodła. Wodze podał chłopakowi, który wybiegł ze stajni usłyszawszy odgłos kopyt.

– Jeno spraw się! – Rzucił stajennemu półgrosza.

Mężczyzna, wyraźnie kulejąc, wszedł do sieni i dalej do izby. W środku nie było żywego ducha. Przemoczoną delię rozłożył na ławie w pobliżu ognia i rozejrzał się wokół. Pomieszczenie oświetlał blask padający z paleniska i kilku kaganków rozstawionych na grubo ciosanych ławach. Tu i ówdzie z belek sufitu zwieszały się warkocze cebuli, czosnku i pęczki ziół. Skrzypnęły drzwi i do izby wszedł karczmarz.

– Niech będzie pochwalony.

– Na wieki wieków. Miodu, gospodarzu podaj, a żeby był ciepły. To nasamprzód. Potem mięsiwa z kapustą, a sosu nie żałuj. A do tego piwa przedniego.

– Jak waszmość każecie.

Szlachcic utkwił znużony wzrok w płomieniach i jął w myślach układać plany na najbliższą przyszłość. Sporo spraw czekało na niego w pracowni w Podgórzu. Westchnął, uniósł głowę i szerokim uśmiechem powitał gospodarza i dzbaniec miodu.

Trunek powoli wygrywał batalię z dojmującym uczuciem chłodu, które dotychczas za nic nie chciało opuścić zziębniętych członków. Aromat przygotowywanej strawy wzmagał uczucie głodu. Mężczyzna raz za razem podkręcał wąsa, jednocześnie niecierpliwie bębniąc palcami po ławie. Wreszcie skrzypnięcie otwieranych drzwi oznajmiło nadejście karczmarza, a co ważniejsze, dymiącej misy ze strawą. Szlachcic wydobył zza cholewki rzeźbioną łyżkę i żwawo przystąpił do wieczerzy.

Kilka pierwszych kęsów zaspokoiło najgorsze, ssące, uczucie głodu. Mężczyzna zwolnił tempo opróżniania misy i z lubością delektował się, zaiste wybornym, smakiem mięsiwa, zapijanego całkiem znośnym piwem. Podnosząc po raz kolejny kufel do ust, kątem oka, dostrzegł ruch w mroku pod ścianą. Zmarszczył brew, uważniej lustrując płochliwe cienie, które z wolna przybierały postać człowieka zakutanego w ciemną opończę. Szlachcic zdumiał się niepomiernie. Mógłby przysiąc, że karczma była pusta, a niepodobnym było, aby nie spostrzegł przybycia gościa, wraz z chłodem i słotą panującą na zewnątrz. Wszak wiatr i deszcz wciąż smagały okna karczmy.

Tajemnicza postać powoli podniosła się z ławy i odrzucając płaszcz weszła w krąg migotliwego światła. Szlachcic musiał to być znaczny, wnosząc po pysznej sukni. Guzy zdobiące żupan rozsiewały wokół refleksy, zdobny pas przyciągał uwagę.

– Czołem, panie bracie! – Basowy głos zdawał się wprowadzać w drżenie klepisko izby.

– Czołem! Zapraszam do kompanii.

Nieznajomy postąpił kilka kroków i stanął przy ławie zastawionej jadłem i napitkiem. Górował nad mężczyzną unoszącym kufel do ust.

– A wiecie, mistrzu Twardowski, że ta karczma Rzym się nazywa?

Jan Twardowski, bo on to był we własnej osobie, parsknął aż piana poleciała na boki. Odchylił się na ławie i zaniósł śmiechem. Ślozy pociekły z oczu.

– Zaiste uparte jesteście plemię – wykrztusił w końcu, uspokoiwszy się nieco. – Nie starczyło wam tego, co było w Sandomierzu?

Czort wzruszył ramionami i usiadł naprzeciw Twardowskiego.

– Żony już nie macie, a reszta zadań wykonana. Ale ja z innym testamentum przychodzę.

– Wielcem ciekaw.

– Proponuję unieważnienie cyrografu.

Mistrz Jan z uwagą spojrzał na rozmówcę.

– A jesteś w mocy czynić takie obietnice?

– Wybaczcie, nie przedstawiłem się. Zwą mnie Kossobudzki.

Diabeł wypiął potężną pierś i uniósł podgolony łeb. Jeżeli liczył, że wywrze wrażenie, nie zawiódł się. Twardowski aż sapnął. Znał piekielne koneksje, wiedział, że Kossobudzcy spokrewnieni są z samym Lucyferem.

– A czego żądasz w zamian? – Szlachcic przerwał milczenie.

– Zostaniecie świadkiem. Na procesie przeciw Asmodeuszowi.

Alchemik wbił wzrok w płomyk skwierczącego kaganka i zamyślił się. Zapadła cisza, którą zakłócało jedynie wycie wiatru. Unieważnić cyrograf. Mistrz Jan nieraz żałował umowy zawartej z Asmodeuszem. Młody był, płochy i cenił sobie dobra życia doczesnego. Dzięki sługom piekielnym zdobył majątek i zasłynął jako nieobliczalny hulaka. Z wiekiem jednak nabierał dojrzałości i coraz częściej ciarki po grzbiecie mu chodziły na myśl o tym, co uczynił. W końcu zrozumiał, że ma niezwykłą szansę wykorzystać cyrograf do czynienia dobra. Skończył studia medyczne, wykorzystując czarcią magię by zdobywać nowe umiejętności. Był na każde wezwanie, pomagał ludziom, leczył i warzył lekarstwa. Przestał wykorzystywać czary i wymyślał różne fortele, aby nie poddać się mocom piekielnym, ale rozumiał, że jego czas dobiega końca. Nie dziwota, że propozycja piekielnego zausznika jawiła się nader atrakcyjnie.

– I nie ma w tym fortelu?

– Nie. Znani w piekle jesteście, niejeden kocioł na was czeka, ale sprawa Asmodeusza jest ważniejsza. Dość o tym. Pactum?

Kossobudzki wstał i wyciągnął prawicę. Po chwili wahania Twardowski uścisnął dłoń czarta – układ został przypieczętowany.

 Alchemik i diabeł wciąż stali z rękoma splecionymi w uścisku, patrząc sobie w oczy, gdy szlachcicowi zdało się, że ściany izby oddalają się, a wycie wichru i łomot deszczu cichną z wolna. Mistrz Jan czuł się jak we śnie. Jakby biegł do upragnionego celu, najszybciej jak potrafił, a ten stawał się mniejszy, odleglejszy… W uszach szumiało jak podczas wędrówek po górach, świat powoli wirował przed oczyma. Twardowski zacisnął powieki i trwał bez ruchu. Minęła cała wieczność. Wreszcie podmuch gorąca zmusił go do uniesienia powiek. Stali na progu ogromnej jaskini. Na skalnych ścianach, w gęsto rozmieszczonych uchwytach, tkwiły płonące pochodnie. Sklepienie ginęło w mroku, za to migotliwe światło wraz ze wspaniałymi rzeźbami stworzonymi siłami przyrody, tworzyło fantazyjne cienie.

– Pójdźmy. – Kossobudzki ruszył w głąb komory.

Z każdym krokiem stawało się coraz goręcej. Twardowskiemu pot spływał po grzbiecie strumieniami, a koszula przylepiła się do ciała udając drugą skórę. Alchemik spostrzegł słup drgającego powietrza unoszący się na środku groty. Po kilku krokach zrozumiał, że przed nim zieje głęboka czeluść, na dnie której kipią roztopione skały. Prawdziwie piekielna domena. Za rozedrganą kurtyną ciepła, oświetlony ogromnymi kagankami, spoczywał potężny blok skalny spełniający rolę stołu. Zasiadły przy nim trzy rogate stwory. Uwagę mistrza Jana przyciągnął ten pośrodku. Gigantyczne, kręcone rogi, których nie powstydziłyby się bestie arcali opisane przez Marco Polo, tkwiły na równie dużym łbie. Facjata monstrum była obrzydliwa i wykrzywiona w parodii uśmiechu. Z potężnego karku, porośniętego grzywą czarnych, kręconych kudłów zwisał srebrny łańcuch, ozdobiony wizerunkiem wężowego łba o rozwartej paszczy, pełnej straszliwych kłów.

– Sprawiłeś się, Kossobudzki – głuchym basem ozwał się diabeł. – Siądź mości Twardowski. Zwą mnie Marbas i przewodniczę temu trybunałowi.

Alchemik znów zdumiał się niepomiernie. Najpierw Kossobudzki, a teraz Marbas, sam piekielny marszałek sprawiedliwości. Zaprawdę, wieczór niespodzianek. Usiadł na wskazanym miejscu i wówczas, po przeciwległej stronie skalnej sali, spostrzegł Asmodeusza. Czart wyglądał mizernie. Łeb miał spuszczony, kudły w nieładzie. Obok zasiadał znaczny, sądząc po wyglądzie, kaduk. Prawą łapę, ozdobioną ogromnymi, złotymi pierścieniami, opierał na lasce. O krok dalej, w kompletnym bezruchu, zamarli dwaj strażnicy. Mistrz Jan nie miał wątpliwości, że wiedzą jak zrobić użytek z potężnych trójzębów, które dzierżyli w szponach.

– Zaczynamy. Sprawa przeciw diabłu Asmodeuszowi. Oskarża w imieniu piekła diabeł Kossobudzki.

Przyboczny przewodniczącego trybunału zamilkł i spojrzał wyczekująco na biesa zasiadającego po prawicy szlachcica. Kaduk wstał, wygładził zmarszczki na żupanie, który wciąż okrywał zwalistą sylwetkę, wziął się pod boki i rozpoczął tyradę.

 Mówił długo i kwieciście. Orator z niego był tęgi. Przekonywał, że Asmodeusz – absolutnie bezprzykładny nieudacznik – wpędzał piekło raz po raz w ogromne problemy. Oskarżał o zaniedbania, niekompetencję, głupotę w końcu. Żądał pozbawienia stanowisk, degradacji i sam Lucyfer wie, czego jeszcze. Twardowski siedział, słuchał jednym uchem i zastanawiał się nad prawdziwym celem teatrum, w którym przyszło mu brać udział.

– Mości Twardowski, zgodziłeś się, jak mniemam, świadczyć przed tym trybunałem?

Przewodniczący z uwagą przyglądał się zagadniętemu.

– Tak.

– Kossobudzki, świadek należy do ciebie.

– Panie bracie, zacznijmy od podpisania cyrografu. To było wasze pierwsze spotkanie z Asmodeuszem. Czyż nie?

– Zgadza się. Byłem wówczas młodym żakiem na Wszechnicy Krakowskiej.

Twardowski podkręcił wąsa i pobiegł myślami wstecz.

 

 Jakże był podekscytowany odnalezieniem księgi. Wielka Goecja, przewodnik po magii przyzywania duchów i demonów. Na dokładkę gęsto opatrzony przypisami nieznanego mistrza. Nie mógł się doczekać chwili, gdy zgromadzi wszystkie niezbędne rekwizyty i rozpocznie inkantacje. Pentagram, świece, dziwne, trudne do wymówienia słowa. Opisy takich obrządków można było znaleźć w niejednym woluminie przechowywanym w zakamarkach bibliotek. Jednak z każdą wypowiedzianą sylabą, z każdą kroplą wosku spływającą na linie pentagramu, młody Twardowski czuł się coraz bardziej przerażony. Wyobraźnia podsuwała obrazy stworów czających się na granicy światła i mroku. Świata i piekielnych otchłani.

– Sługa uniżony!

Żak krzyknął i poczuł jak serce skurczyło się do rozmiarów fasoli, by po nieskończenie długiej chwili zacząć naśladować rybę wyrzuconą na brzeg.

 

– I to był obecny tutaj oskarżony? – Kossobudzki wskazał na Asmodeusza.

– We własnej osobie.

– I to on was na podpisanie cyrografu namówił?

– Tak. Wielce się starał. Bo żem się nasamprzód przeląkł i rozmyślił. Ale imaginacja podsuwała obrazy wystawnego, sławnego życia.

– Podpisaliście, waszmościowie, dokument, tak jak go przygotował Asmodeusz?

– O, nie! – Twardowski uśmiechnął się paskudnie.

 

 Żak nader szybko spostrzegł jak bardzo diabłu zależało na podpisaniu cyrografu. Postanowił to dobrze wykorzystać.

– Słuchajże, mości czarcie, mnogość w tej umowie conditiones. Tego nie mogę, tamtego. Nie mogę żądać, byś czarami czynił dobro, nie mogę cudzego majątku pomnażać, a służyć mi będziesz jeno siedem lat. Zmian to wymaga! Chcesz li mej duszy? Dostaniesz, ale jeno w Rzymie, a każdy grzech ciężki termin twej służby o dzień przedłuży. A gdy dobiegnie ona końca, to zanim dostaniesz mą duszę, trzy rozkazy chwacko spełnisz.

Bies nie był kontent, wił się, zrywał pakta, mamił obietnicami, ale Twardowski był nieugięty. W końcu czort zmienił cyrograf, a szlachcic złożył krwawy podpis.

 

– Kuriozum! Wysoki trybunale! – Kossobudzki dramatycznym gestem uniósł palec. – Taki cyrograf to hańba.

Asmodeusz poderwał łeb i wrzasnął:

– Sam Asmon, minister propagandy, kazał mi podpisać ten cyrograf. Bez względu na koszty!

– Milcz! – ryknął jeden z ławników. – Przyjdzie twa kolej, wówczas będziesz odpowiadał.

Marbas utkwił wzrok w oskarżonym. Podsądny nie wytrzymał spojrzenia upiornych, pionowych źrenic. Opuścił łeb, mamrocząc coś, ale zbyt cicho, aby ktokolwiek mógł zrozumieć.

– Kontynuuj, kontynuuj. – Przewodniczący zwrócił się do oskarżyciela.

– Mości Twardowski, a możecie Jego Ekscelencji opowiedzieć czemuż to kulejecie?

Alchemik spojrzał na oskarżonego, przeniósł wzrok na sędziów i wzdrygnął się lekko.

– Co tu dużo gadać. Imć Asmodeusz z nerw musiał wyjść. Wracałem wówczas od sławnego profesora nauk medycznych, Józefa Strusia, który przebywał nieopodal stolicy…

 

 Zdążał w kierunku Krakowa, konno przemierzając lasy ojcowskie, gdy drogę zastąpił mu diabeł. Szlachcic był zaskoczony, nie dość, że nie wzywał piekielnika, to ten nie pojawił się, jak zwykł czynić, w ludzkiej postaci. Na dukcie, niecierpliwie przebierając kopytami, stał stwór o łbie zaopatrzonym w solidne proste rogi. Długi ogon siekł wściekle krzaki. Diabeł najwyraźniej był wzburzony.

– Czołem, Asmodeuszku! – zawołał mistrz Jan jednocześnie poklepując po szyi konia, który niespokojnie dreptał w miejscu.

Groźne, dudniące warczenie dobyło się z gardzieli czorta.

– Basta Twardowski! Koniec twych rządów! Dasz głowę, tu i teraz!

– Coś nieswój jesteś. Znasz cyrograf, ani to termin, ani Rzym. Odstąp, bo będzie bieda. – Alchemik położył dłoń na głowicy szabli.

– Ty z kurwy synu, siedem lat dawno minęło! Co dzień krzywdę komuś wyrządzasz, a nocą wynagradzasz w dwójnasób. – Kadukowi, aż piana na pysk wystąpiła. –  A mnie oznajmiasz, że to grzech ciężki był i terminy odsuwasz. Znany jesteś w Krakowie, i nie tylko, jako lekarz, ale także wspomożyciel ubogich. Obyś tak kiepem został! Całe piekło ze mnie szydzi. Najmniejsze smętki i dusiołki za moimi plecami krotochwile wyczyniają!

W tym momencie bies ryknął straszliwie, unosząc nad głowę szponiaste łapy. Przerażony koń z kwikiem zatańczył na zadnich nogach. Twardowski, zaskoczony, nie zdążył zareagować i ciężko wyrżnął plecami o ziemię. Jednak szybko poderwał się na równe nogi, jednocześnie dobywając szabli.

– Podejdź no, Asmodeuszku, a tak cię podziurawię, że twój pan i władca, twej skóry używał będzie jako sita.

Czort nie zamierzał zbliżać się zanadto do sztychu. Wyrwał całkiem solidne drzewo i kręcąc młynka nad głową, jakby to był byle drąg, ruszył na szlachcica. Alchemik jął się cofać, poszukując miejsca, w którym mógłby skoczyć między drzewa. Kolejny, szybki krok wstecz. Potknięcie. Szlachcic nie zdołał utrzymać równowagi i powtórnie znalazł się na plecach. Asmodeusz zawył tryumfalnie i zadał potężne uderzenie. Twardowski przewidział sposób w jaki nastąpi atak i już toczył się po dukcie, mając nikłą nadzieję, że ujdzie z życiem. Ból był paraliżujący. Cios zgruchotał nogę mistrza Jana. Zrobiło mu się ciemno przed oczyma. To koniec – pomyślał. Jezu dopomóż! Diabeł odrzucił precz drzewo. Podszedł do ofiary i przykucnął obok.

– I cóż teraz, mój panie? – zachichotał obrzydliwie.

Napawał się cierpieniem człowieka, który wił się z bólu. Nie zauważył jak mężczyzna wydobył ukryty sztylet. Dopiero refleks słoneczny odbity od klingi zdradził nadchodzące pchnięcie. Bies szarpnął się do tyłu, a i cios był słaby, więc stal jeno drasnęła piekielnika.

– Jeszcze kąsasz, psi synu?

Asmodeusz stanął w bezpiecznej odległości i w zadumie stukał pazurem o pazur. Nagle zamarł w bezruchu, a chwilę później zgiął się w paroksyzmie bólu.

– Coś mi uczynił? – zawył.

– To święte ostrze, specjalnie kute i poświęcone.

– Nic… ci… nie pomoże – stęknął czort. – I tak jesteś mój!

I zniknął, pozostawiając jedynie okrutny smród.

 

Kossobudzki kręcił głową, manifestując oburzenie i niedowierzanie.

– Wysoki trybunale, może oskarżony i był wzburzony, ale zwracam uwagę, że panował nad sobą na tyle, żeby nie użyć magii. Wiedział, że czary nie pozostaną niezauważone, a wówczas jego niegodne zachowanie zostanie natychmiast ukarane.

Twardowski przestał zwracać uwagę na potok słów, który nieprzerwanie wypływał z ust oskarżyciela. Od początku rozprawy intrygowało go zwieńczenie laski obrońcy Asmodeusza. Czart wreszcie przełożył łapę tak, że można było podziwiać kunsztowną robotę artysty. Alchemik uśmiechnął się pod wąsem – rzeźba przedstawiała skrępowanego anioła w towarzystwie skrzydlatego diabła. Scenka była niezwykle sugestywna i nie pozostawiała żadnych wątpliwości: bies chędożył swoją ofiarę. Mistrz Jan wciąż podziwiał szatański artefakt, gdy przez jaskinię przetoczył się ogłuszający huk, któremu towarzyszyło drżenie skał. Jeszcze nie ucichło echo, a o krok przed Marbasem zmaterializował się pokuśnik. Upuścił szerokie ostrze trzymane w prawicy, padł na kolana i z rozmachem grzmotnął rogami o podłoże.

– Wasza Ekscelencjo – wysapał wyraźnie zdenerwowany – bariera została przełamana. Wśród gwardzistów są Innokusiciele. Zaraz tu będą!

– A żeby to anioł porwał! – warknął Kossobudzki.

Dalsze wypadki potoczyły się niezwykle szybko. Wokół stołu sędziowskiego, z charakterystycznym wizgiem, pojawiali się kolejni przyboczni ministra sprawiedliwości. Nie wszystkim udała się ta sztuka – jeden z gwardzistów z rykiem runął w gorącą czeluść. Jednocześnie przez wejście, na końcu jaskini, wbiegła grupa diabłów o różnej proweniencji i wrzeszcząc, jakby chcieli postawić na równe kopyta siódmy krąg piekieł, zmierzali w kierunku Asmodeusza. Twardowski zrozumiał, że nadeszła odsiecz dla oskarżonego. Każdy z czortów, z jednej i drugiej strony, dzierżył jakiś przedmiot nadający się do zadawania bólu i cierpienia. Zanosiło się na małą bitwę. Nagle intensywne światło zalało pomieszczenie. To Marbas zdążył rzucić zaklęcie i wystrzelić strumień ognia. Jednak zamiast solidnie przysmażyć najbliższych buntowników, spopielił kilka pochodni za ich plecami. Niemal w tym samym momencie niewidzialna siła grzmotnęła ławnikami o skały. Asmodeusz zaniósł się dzikim śmiechem.

– Tęgi magik ich osłania. – Kossobudzki z podziwem pokręcił łbem. – Czas na nas.

Oskarżyciel zdążył zrzucić kontusz i teraz wielką, kudłatą piersią starał się zasłaniać alchemika. W straszliwych szponach trzymał zwinięty bat.

Nie było więcej czasu na czary. W jaskini zapanował dziki zamęt. W ruch poszły szable, widły, halabardy. Wrzaski bólu i wściekłości po wielokroć odbijały się od ścian i sklepienia. Mistrz Jan i jego opiekun cofali się powoli. Bies usiłował znaleźć miejsce na tyle spokojne, aby móc wypowiedzieć zaklęcie dyslokacyjne. Szlachcic, będąc wciąż za plecami kusego, miał dość ograniczone pole widzenia. Jednak dojrzał jak z kłębowiska walczących wychynął wysoki i ciężko dyszący diabeł. Na ich widok obnażył kły, machnął rozdwojonym ogonem i ruszył do szarży wywijając kiścieniem. Twardowski sięgnął do szabli, ale nie zdążył jej dobyć. Kossobudzki niewiarygodnie szybkim ruchem zaciął biczem. Rzemień zapłonął żywym ogniem i liznął napastnika. Czort padł jak rażony piorunem z ogromną raną w poprzek brzucha. Leżał przez moment bez ruchu… i po prostu zniknął.

– Warsztaty smołowe mają nowego pomocnika – rzucił Kossobudzki.

Alchemik otarł pot z czoła i przypomniał sobie jak piekielny upał panuje. Zaiste miał chyba dość tej wizyty. Czuł się coraz gorzej. Spojrzał w kierunku walczących i napotkał wzrok Asmodeusza stojącego nieco na uboczu, w otoczeniu kilku przybocznych uzbrojonych po same rogi. Buntownik wpatrywał się w niego intensywnie. Kolejna fala słabości ugięła kolana mistrza Jana.

– Nie masz już powrotu. – Rozbrzmiało w głowie szlachcica.

Kossobudzki obejrzał się na mężczyznę, powiódł wzrokiem w kierunku Asmodeusza i zaklął szpetnie. Chwycił Twardowskiego pod ramiona i powlókł w odległy kąt komory.

 

– Gdzie jesteśmy? – Alchemik rozglądał się po niewielkim pomieszczeniu.

Świeca stojąca na graślawym stoliku wydobywała z mroku ceglane ściany. Jedyną ozdobę stanowił gobelin wiszący na wilgotnym murze. Dojmujący chłód przeszywał ciało szlachcica. Nieprzyjemne uczucie zwielokrotniała wciąż spotniała koszula przyklejona do pleców.

– Piekło ma wiele obliczy. – Kossobudzki wzruszył ramionami.

– Tak. A możesz mi wyjaśnić, co się stało? I po czorta był ten sąd? Bo przecież nie chodziło o cyrograf, czy inne postępki Asmodeusza. Większe idiotyzmy twoi bracia wyczyniali. Jeden ponoć nawet kościół pomagał budować.

– Słusznie prawicie. Rzecz w tym, że Asmodeusz stanął na czele Innokusicieli.

Twardowski uniósł brwi w niemym pytaniu.

– Innokusiciele żądają zmian. Chcą, żeby piekło zeszło do podziemia – parsknął bies z sarkazmem. – Głoszą potrzebę przekonywania ludzi, że nie istniejemy. Hulaj dusza, piekła nie ma! To ma zapewnić pełne kotły.

Mistrz Jan zadumał się. Roztrząsał, co usłyszał, wpatrując się w gobelin. Tkanina przedstawiała obraz po bitwie. Na pierwszym planie groźnie wyglądające, uzbrojone diabły, eskortowały długie szeregi aniołów. Niebiańskie zastępy budziły litość. Brudne, poranione, o poszarpanych lub połamanych skrzydłach. Ze spuszczonymi głowami podążały na spotkanie przeznaczenia. Na drugim planie widać było ludzi zbitych w gromady. Z przerażeniem obserwowali sceny rozgrywające się na ich oczach. Całości dopełniały płonące w tle kościoły. Szlachcic przeniósł wzrok na Kossobudzkiego.

– Chyba pojmuję. Jeśliby Innokusiciele postawili na swoim, to wasza czarcia arystokracja musiałaby zrezygnować, z jakże przyjemnych, wizyt wśród ludzi. Koniec z hulankami, kobietami i władzą. I co, doszliście do wniosku, że jak pod byle pretekstem załatwicie Asmodeusza, to Innokusiciele bez wodza staną się łatwym łupem? Wtedy wyłapiecie ich pojedynczo i zgnieciecie jak robactwo.

– Teraz to już nie ma znaczenia. – Bies szeroko rozpostarł ramiona. – Cóż, mości Twardowski, czas się pożegnać.

Alchemik usłyszał słowa zaklęcia. Poczuł nagły przypływ strachu, jeszcze chciał zapytać o ostatnią wiadomość od Asmodeusza, ale nie zdążył. Kossobudzki, gobelin, ściany, wszystko zaczęło rozpływać się w nicość.

 

 Do izby wszedł karczmarz wiedziony zamiarem zebrania statków. Stanął za progiem i zmartwiał. Gość bez ducha leżał na klepisku. Gospodarz przypadł do niego i pochylił się nisko, bardzo nisko. Rozpaczliwa nadzieja, że szlachcic przesadził z napitkiem albo zasnął straszliwie znużony, stawała się płonna.

– Jasiek! Jasiek!

Do środka z rumorem wpadł chłopak.

– Jasiek, gnaj po włodarza, a potem duchem leć po dobrodzieja!

Młodziak bez słowa zakręcił się na pięcie i wybiegł wykonać polecenie.

– Oj, bieda, bieda! – mamrotał karczmarz, nadal klęcząc przy podróżnym.

 

Są ludziska, którzy przyszłość przepowiadają. Są i tacy, co to widzą rzeczy dla innych zasłonięte. Gdyby podówczas kto taki był w izbie, może dostrzegłby w kącie, z dala od drzwi, dwie postacie spoglądające na ciało szlachcica.

– Wasz jest, Piotrze. Cyrograf unieważniony. Zresztą, tak dumam, że nigdy piekłu nie przynależał. Więcej on dobra zrobił, niż niejeden, tfu – czort splunął zamaszyście – bogobojny.

– Nie, Abbadonie! Paktu z diabłem nie wybaczym. To jak zdrada na wojnie.

– A miłosierdzie? A przebaczanie? – Diabeł zapytał z nieskrywaną ironią.

Święty spojrzał na niego wyniośle i rozpłynął się niczym poranna mgła. Bies pokręcił głową.

– I gdzie wy się, mości Twardowski, teraz podziejecie? – zapytał ze smutkiem.

Koniec

Komentarze

Interesujący tekst żeś Waćpan popełnił. :-) Lubię tę tematykę.

Wydaje mi się, że za słabo wyjaśniony motyw z przekazem Asmodeusza (czytaj: nie zrozumiałam, o co biega). Albo wyjaśnienie jest banalne.

Za rozedrganą kurtyną ciepła, oświetlony ogromnymi kagankami, spoczywał ogromny blok skalny spełniający rolę stołu.

Powtórzenie.

Orator z niego był tęgi. Przekonywał, że Asmodeusz był nieudacznikiem absolutnie bezprzykładnym i wpędzał piekło raz po raz w ogromne problemy.

Powtórzenie.

Podsądny nie wytrzymał spojrzenie

Literówka

Podejdź no, Asmodeuszku, a tak cię podziurawię, że twój pan i władca twej skóry używał będzie jako saka.

Sak w tym kontekście bardziej skojarzył mi się z workiem, niż z siecią. Może bardziej jednoznaczny więcierz? Albo inne rzeszoto?

Czort nie zamierzał zbliżać się na długość sztychu.

Jesteś pewien, ze sztych ma długość? Nie lepsza byłaby długość szabli, ostrza itp.?

Asmodeusz staną w bezpiecznej odległości

Literówka.

Co to znaczy “graślawy”?

Babska logika rządzi!

graślawy – `krzywy, wykrzywiony, pokraczny` >>>graślawe ręce -`lewe ręce`: 1. Nogi mosz graślawe, jakby ci na beczce prostowali. 2. On mo graślawe rence, żadny korzyści z jego roboty ni ma.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Dzięki. :-)

Babska logika rządzi!

Mnie się wydaje, że ostatnie słowa Asmodeusza trzeba odnieść do ostatnich słów całego opowiadania.

KPiachu, jak powiedziała Finkla, bardzo zacne opowiadanie wysmarowałeś. Nie dość, że wyjaśniłeś, co tak naprawdę stało się z Twardowskim, to jeszcze uczyniłeś to barwnie i z humorem.  Przeczytałam jednym tchem. Podobała mi się też nienachalna stylizacja językowa.

A to jest rerwelacyjne, nie dość że proste, to i skuteczne.: – Innokusiciele żądają zmian. Chcą, żeby piekło zeszło do podziemia – parsknął bies z sarkazmem. – Głoszą potrzebę przekonywania ludzi, że nie istniejemy. Hulaj dusza, piekła nie ma! To ma zapewnić pełne kotły.

Tak jak Finkla uważam, że w tym zdaniu, gdzie mówisz o dziurawieniu Asmodeusza, należy zmienić “sak” na coś innego, rzeszoto lub sito. Czytałam to zdanie ze cztery razy i nie mogłam dopatrzyć się sensu.

Nie zmienia to faktu, że spędziłam na lekturze miłe chwile, więc … nominuję Cię do piórka w czerwcu.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Rozpoczęcie opowiadania od opisu zjawisk atmosferycznych jest jednym z najlepszych sposobów na przegranie życia. Serio, nie rób tego. Jest bardzo niewiele rzeczy, które zniechęcają mnie do czytania tekstu bardziej, niż “nieprzeniknione ciemności” i “czerwienie zachodzących słońc”. 

Sam tekst natomiast jest dużo lepszy, niż sądziłem, że będzie. Stylizacja, o dziwo, wyszła ci bardzo dobrze. Płynnie komponuje się z narracją i – co najważniejsze – nie brzmi sztucznie w dialogach. 

Historia jest trochę poszatkowana, ale w tym konkretnym przypadku nawet to nie przeszkadza, w końcu odwołujesz się do istniejącej już legendy i niejako wymagasz w ten sposób od czytelnika jej znajomości. Innymi słowy – to, co normalnie potraktowałbym jako minus, tutaj wychodzi na plus. 

Tak więc muszę przyznać, że napisałeś naprawdę przemyślane i sensowne opowiadanie z konkretną stylizacją i ciekawą fabułą.

Dziękuje Wam pięknie za komentarze. A, Tobie, bemiko, jeszcze specjalnie <uśmiech od ucha do ucha> za nominację!

Zaraz pobiegnę, Finklo, likwidować powtórzenia i literówki. Zmienię również ten sak. Faktycznie jest nieszczęśliwy, zafiksowałem się na trzeciorzędnym znaczeniu i wyszedł zgrzyt.

Jesteś pewien, ze sztych ma długość?

Tak, najzupełniej. Sztych to część głowni. Oczywiście również jest to określenie na samo pchnięcie. Natomiast niezależnie od tego zasiałaś we mnie wątpliwości czy użyte przeze mnie sformułowanie brzmi szczęśliwie. Musze się zastanowić.

Co do słów Asmodeusza, dziewczyny, to sens miał być taki, że Twardowski nie ma powrotu do życia na tym łez padole. No, ale jak powiadają, tekst ma się bronić sam, a interpretacja autora wcale nie jest bardziej uprawniona niż odbiorcy. Gorzej – znaczy dla mnie i dla tekstu – że dla Ciebie, Finklo, ten fragment pozostał po prostu niezrozumiały.  

 

Vyzarcie, zdawałem sobie sprawę z tego, że rozpoczynanie od opisu pogody jest ryzykowne. Natomiast po Twoim komentarzu będę musiał przyjąć, że jest ekstremalnie ryzykowne ;-) A, ja tylko potrzebowałem pokazać jak jest paskudnie i wprowadzić na scenę bohatera, tak przy przygaszonych światłach, a nie od razu w pełnym blasku reflektorów. Tak, czy inaczej, obiecuje pamiętać.

A, tak na marginesie i z ciekawości, Vyzarcie, to generalnie uznajesz, ze retrospekcja jest be? No, bo zawsze przy użyciu tego środka opowieść będzie w pewnym sensie poszatkowana. 

 

Jeszcze raz dziękuję za dobre słowo!

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Nie, jednak zrozumiałam, tylko wyjaśnienie okazało się zbyt proste jak na tę ilość szumu dookoła niego.

Sztych. No niech będzie, że to część głowni. Ile sobie mierzy? Kilka centymetrów? Wciąż niezbyt bezpieczna odległość jak na przeciwnika uzbrojonego w szablę.

Babska logika rządzi!

Melduję posłusznie, że już jest zmienione ;-D

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

– Na wieki wieków. Miodu, gospodarzu podaj, a żeby był ciepły. To nasamprzód. Potem mięsiwa z kapustą, a sosu nie żałuj. A do tego piwa przedniego.

 

Miodu i piwa? :P

 

Bardzo ciekawe opowiadanko. Wciągnęło dość szybko, przeczytało się gładko, „Hulaj dusza, piekła nie ma!” było idealnie trafione a zakończenie oryginalne. W międzyczasie skłoniło do odświeżenia wiedzy :).

 

/ Jaaf

Zacnieś Waść wyciągnął na światło dzienne, skryte dotychczas mrokiem niepamięci ludzkiej, a przez to mało znane, szczegóły żywota mistrza Twardowskiego. Zgrabnieś wielce opisał wszystko, jednakowoż nie daje mi spokoju pewne sprawa, albowiem dotychczas tkwiłam w przekonaniu, iż pan Twardowski ugadzał się i podpisał dokumenta z Mefistofelesem, a u Waści jasno stoi, że z Asmodeuszem. Byłaby to prawda? Jeśli tak, to dla mnie nowa, ale dopuszczam możliwość, iż Waść miałeś nieograniczony dostęp do stosownych archiwów i wgląd w złożone tam pergaminy, swobodny. ;-)

 

„…i na nic była cała wie­dza i do­świad­cze­nie, jakie po­sia­dał”. – …i na nic była cała wie­dza i do­świad­cze­nie, które po­sia­dał.

 

„Znani w pie­kle je­ste­ście, nie jeden ko­cioł na was czeka…”Znani w pie­kle je­ste­ście, niejeden ko­cioł na was czeka

 

„Usiadł na wska­za­nym miej­scu i wów­czas spo­strzegł po prze­ciw­le­głej stro­nie skal­nej sali Asmo­de­usza”. – Rozumiem, że sala nosiła imię Asmodeusza, ale nie wiem co spostrzegł Twardowski. ;-)

Proponuję: Usiadł na wska­za­nym miej­scu i wów­czas, po prze­ciw­le­głej stro­nie skal­nej sali, spo­strzegł Asmo­de­usza.

 

„…a każdy grzech cięż­ki ter­min twej służ­by o dzień prze­dłu­ży. A gdy twa służ­ba do­bie­gnie końca…” – Proponuję: …a każdy grzech cięż­ki ter­min twej służ­by o dzień prze­dłu­ży. A gdy do­bie­gnie ona końca

 

Zmie­rzał w kie­run­ku Kra­ko­wa, konno prze­mie­rza­jąc lasy oj­cow­skie…” – Może:  Zmie­rzał w kie­run­ku Kra­ko­wa, konno pokonując lasy oj­cow­skie… Lub:  Zdążał w kie­run­ku Kra­ko­wa, konno prze­mie­rza­jąc lasy oj­cow­skie

 

„Znany je­steś w Kra­ko­wie i nie tylko jako le­karz ale i jako wspo­mo­że­nie ubo­gich”. – Wolałabym:  Znany je­steś w Kra­ko­wie, i nie tylko, jako le­karz, ale także wspo­mo­życiel ubo­gich.

 

„Do­pie­ro re­fleks sło­necz­ny od­bi­ty od klin­gi zdra­dził nad­cho­dzą­ce pchnię­cie. Bies szarp­nął się do tyłu, a i pchnię­cie było słabe…” – Może w drugim zdaniu: Bies szarp­nął się do tyłu, a i cios był słaby

 

„…prze­to­czył się ogłu­sza­ją­cy huk, któ­re­mu (…) i z roz­ma­chem huk­nął ro­ga­mi o pod­ło­że”. – Może w ostatnim zdaniu: …i z roz­ma­chem trzasnął/ grzmotnął ro­ga­mi o pod­ło­że.

 

„Czort padł jak ra­żo­ny gro­memogrom­ną raną w po­przek brzu­cha”. – Wolałabym: Czort padł jak ra­żo­ny piorunem, z ogrom­ną raną w po­przek brzu­cha. Lub: Czort padł jak ra­żo­ny gro­mem, z wielgachną/ potężną/ wielką raną w po­przek brzu­cha.

 

„Są lu­dzi­ska, które przy­szłość prze­po­wia­da­ją. Są i tacy, co to widzą…” – Wolałabym: Są lu­dzi­ska, którzy przy­szłość prze­po­wia­da­ją. Są i tacy, co to widzą

 

Z resz­tą, tak dumam, że nigdy pie­kłu nie przy­na­le­żał”. –  Zresz­tą, tak dumam, że nigdy pie­kłu nie przy­na­le­żał.

 

„Wię­cej on dobra zro­bił, niż nie jeden, tfu – czort splu­nął za­ma­szy­ście – bo­go­boj­ny”.Wię­cej on dobra zro­bił, niż niejeden, tfu – czort splu­nął za­ma­szy­ście – bo­go­boj­ny.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Tak, Jafieliu, Twardowski miał spust ;-) Dzięki i ciesze się, że Ci przypadło do gustu.

 

Dzięki Ci, regulatorzy – cholibka, Twój nick budzi u mnie jakieś schizofreniczne odczucia gdy się próbuję do Ciebie zwracać – za łapankę w tekście, zaraz wezmę się za edycję.

(…) jednakowoż nie daje mi spokoju pewne sprawa, albowiem dotychczas tkwiłam w przekonaniu, iż pan Twardowski ugadzał się i podpisał dokumenta z Mefistofelesem, a u Waści jasno stoi, że z Asmodeuszem. (…)

Zaprawdę powiadam, Waćpanno, iż o omyłce mowy być nie może. Mój ród, z dziada, pradziada, zarówno po mieczu jak i kądzieli, zaszczyt wielki ma w grodzie królewskim mieszkać. Wgląd w wiele spraw niejawnych to daje. Rzec tyle mogę, że gdy pracownię imć Twardowskiego w Podgórzu, w grotach przy kościele św. Jana odnaleziono, wiele spraw w nowym świetle stanęło. A, ten Mefistofeles, to nasamprzód z Johannem Georgem Faustem paktował. Zaś zatym imć Goethe swe dzieło stworzył i Mefisto stał się nie byle jaką personą. I jeszcze imć Mickiewicz trzy grosze dołożył. A wżdy piekło pełne innych kaduków, a wśród nich tylu naszych, rodzimych. A, Asmodeusz to kiep. Ponoć baba majątku go pozbawiła!  

 

Jeszcze raz dziękuję za wszystkie uwagi!

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

W sumie to nie mam zarzutów. Miło spędzony czas na lekturze i naprawdę udana stylizacja :)

Ni to Szatan, ni to Tęcza.

spoczywał potężny blok skalny spełniający rolę stołu.

spoczywał potężny blok skalny[,+] spełniający rolę stołu. ?

 

No, przednia historia o prawdziwym końcu Mistrza Jana, w dodatku udanie naświetlająca pewne wewnątrzpiekielne utarczki polityczne oraz bezkompromisowość niebiańskiego wartownika. Tak już, widać, przypadło chyba ludziom, między tymi dwiema sferami się tułać, gdy w żadnej definitywnie miejsca dla nich nie ma… Czy teraz nastąpi opowieśc o duchu Jana, co to się przez wieki pałęta po Ziemi? ;-) Chętnie przeczytałbym ją nie raz i nei dwa razy ;-)

 

Udana stylizacja, nieprzesadzona,w sam raz. Płynna, fajnie skomponowana historia. I dość oryginalny pomysł na użycie bajki/mitu. Dla mnie super.

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Tenszo, PsychoFishu kłaniam się Wam nisko i dziękuję!

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Dalsze losy to na Księżycu? :)

Wszystko już chyba napisano przede mną o stylizacji i pomyśle. Bardzo miła rozrywka, dziękuję. Mam nadzieję, że opowiadanie trafi do Biblioteki.

Ale paskudny ten Piotr :)

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Zacne, Panie Dobrodzieju, oj zacne.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

rooms, z tym księżycem to ściema! Może kiedyś odważę się ujawnić prawdę ;-)

 

Dzięki wielkie, Wam wszystkim, za dobre słowa! Cieszę się bardzo, że tekst Wam się podoba!

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

KPiachu, bardzo mi przykro, że kiedy widzisz mój nick, budzą się w Tobie dwoiste odczucia, grożące dezintegracją osobowości, że o możliwości utraty kontaktu z otoczeniem nie wspomnę. Przeto wyznaję, że tak naprawdę, mimo pozorów, nas jest jedna – regulatorka. ;-)

Pięknie dziękuję za jasne wyłożenie sprawy, z kim to układał się Twardowski.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Fajny tekst. Wiem, mało merytorycznie, ale właściwie nie mam nic więcej do dodania. :)

E tam, mało merytorycznie, ważne że się podobał ;-) Dzięki! Jak by Ci się nie podobał to żądałbym wyjaśnień ;-D

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

– Czołem! Zapraszam do kompani.

Nie powinno być “kompanii”? Chociaż może i nie, może się nie znam, bo napotkałam sporo ciekawych słów :P

 

Wyobraźnia podsuwała obrazy stworów czających się na granicy światła i mroku. Świata i piekielnych otchłani.

Nie wiem czy taki był Twój zamysł, Autorze, ale czy nie powinno być “Światła”?

 

– I cóż teraz? Mój panie – zachichotał obrzydliwie.

Wolałabym, gdyby było “I cóż teraz, mój panie?”

 

 

Bardzo przyjemna lekturka, dokształcająca.

Piekielne klimaty to coś, co uwielbiam. 

 

Dobra robota!

Nie powinno być “kompanii”?

Masz rację, Iluzjo, powinno być

Nie wiem czy taki był Twój zamysł, Autorze, ale czy nie powinno być “Światła”?

Tak, jest jak chciałem: dwa zestawienia: światło-mrok oraz świat-piekło.

Wolałabym, gdyby było “I cóż teraz, mój panie?”

Tutaj również masz rację, przecudowałem.

 

Dzięki za komentarz! Biegnę poprawić babole.

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Będę, w porównaniu do poprzedniczek i poprzedników, małomówny (małopiśmienny? małopiśny? dziwnie to brzmi…).

To mi się podobało z powodów, wymienionych w komentarzach powyżej. Najwyżej oceniam zakończenie – twardogłowy “biały”, chociaż epizodyczny, kluczowy dla sprawy…

Tak trzymaj, Autorze.

 

Widać, że autor przyłożył się do pracy, skoro tak zgrabnie wystylizował tekst i wplótł postacie mityczne (choć może dla niektórych to żadna mitologia…). To duży plus, zwłaszcza że wiele opowiadań pisanych jest wg schematu: wpada mi do głowy pomysł – chlapię atramentem po papierze jak popadnie – i już.

Pierwszy akapit próbował mnie zniechęcić do dalszego czytania. Na szczęście nieskutecznie. Tu popieram vyzarta.

Dobra, mój poprzedni komentarz był trochę krótkawy i nie wiem czy się ludziska nie czepną przy nominacji :P

Podobało mi się – stylizacja, pomysł, nawiązanie do polskiej legendy, ogólne tempo akcji (nie nudziło w żadnym miejscu), dialogi i że to jest fantastyka pełną gębą!

Nie podobało mi się – w sumie to nic :P albo nie pamiętam.

Ni to Szatan, ni to Tęcza.

Podobało mi się bardzo. Ciekawy pomysł, porządne wykonanie i świetna , wyważona stylizacja, która przywołała wspomnienia czytanych w dzieciństwie klechd.

Szacuneczek;)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Dzięki, dzięki ogromne! Musze się zastanowić, czy od pochwał mi się w głowie nie przewróciło.

Alex, też mam szczególny stosunek do klechd. To wspomnienie z dzieciństwa ma w sobie coś magicznego.

 

Rybko, Tenszo specjalne ukłony za nominację! To dla mnie dużo znaczy.

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

I ode mnie piąteczka.

 

„…kątem oka, dostrzegł ruch w mrocznym kącie izby…” – zgrzyta

 

To do unieważnienia cyrografu, podpisanego krwią, wystarcza uścisk dłoni…?

 

„W uszach szumiało jak podczas wędrówek po górach…” – Co to znaczy…?

 

„…spostrzegł słup drgającego powietrza unoszącego się na środku groty” – raczej słup unoszący się

 

„– Czołem Asmodeuszku!” – brak spacji przed wołaczem

 

To tak dla porządku, żeby nie było, że całkiem nic nie znalazłam ; )

 

Podoba mi się tematyka, podoba mi się wykonanie, podoba mi się bardzo zakończenie osobliwie z ostatnim zdaniem. Może trochę ta scena z sądem i walką jest, hm, nijaka, ale też jest na tyle poprawna, by nie przeszkadzać, a wszak i tak stanowi jeno środek do celu.

 

Chwała waćpanowi za tekst zacny!

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Dzięki, joseheim (widzisz, bez gendersafe, ale i bez odmiany ;-) ). Nie ma tekstów idealnych, a już moje na pewno do ideału mają baaaardzo daleko, więc nie dziwota, że coś znalazłaś. Zaraz biegnę szlifować.

To do unieważnienia cyrografu, podpisanego krwią, wystarcza uścisk dłoni…?

Wszak to sam Kossobudzki był!

„W uszach szumiało jak podczas wędrówek po górach…” – Co to znaczy…?

To chodziło o uczucie związane ze zmiana ciśnienia.

„– Czołem Asmodeuszku!” – brak spacji przed wołaczem

Znaczy, przecinka?

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Łaaaa, tak, tak, przecinka ; P

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Przecinaka?

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Bardzo fajne opowiadanie z ciekawą stylizacją. Najbardziej spodobała mi się intryga Innokusicieli i końcówka opowiadania. Miło się czytało. ;)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Dzięki, Szyszkowniku!

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Czytane z przyjemnością. Z dobrym, jakże chrześcijańskim zakończeniem :)

No, fajne. Zakończenie rzeczywiście chrześcijańskie.

 

Pozdrawiam

Mastiff

Dzięki, drodzy Nożo.. tj. Lożownicy!

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Początek, jak zauważono, jest słaby. Nazwy czarów i tych magicznych zdolności – jak z gier komputerowych. Z drugiej strony podoba mi się idea walki piekielnych stronnictw – to jest zresztą wątek, nad którym warto by popracować w kolejnych opowiadaniach. Nieźle również udało się odświeżyć wątek Twardowskiego, ładnie to akcentuje puenta. Całość – na plus.

I po co to było?

Nie przepadam za “szlachecką” stylizacją, tutaj jednak wyjątkowo pasuje i przyjemnie mi się całość czytało.  Również przyczepię się do początku – oklepany i zniechęcający. Dobrze, że nie dałam się zmylić i czytałam dalej. ;] Nawiązanie do Twardowskiego dobrze wykorzystane, zakończenie ciekawe. Warto było spędzić przy nim czas. 

Nie znam się, to się wypowiem.

Stylizacja jak najbardziej w porządku, dobrze pasowała do opowiadanej historii. Pomysł ogólnie też całkiem ciekawy. Zakończenie na plus.  

Syfie, mam prośbę, mógłbyś wskazać palcem miejsca, które Ci zgrzytnęły jako zapożyczenia z gier komputerowych? Usiłowałem nie wpaść w takie sidła, ale Twój komentarz oznacza, że gdzieś poniosłem porażkę.

Dzięki, jbk! Cieszę się, że tekst Cię nie zawiódł, szczególnie, że jak piszesz to nie do końca Twoje klimaty.

I Tobie, domek, dzięki za odwiedziny i dobre słowo.  

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Na początku nie byłem zbytnio przekonany do tekstu, a to ze względu na styl, który w paru miejscach wydawał mi się dość dziwny. Choćby tutaj:

“Mógłby przysiąc, że karczma była pusta, a niepodobnym było, aby nie spostrzegł przybycia gościa, wraz z chłodem i słotą panującą na zewnątrz”.

Moim zdaniem za słabo jest zaakcentowany fakt przybycia owego gościa, przez co ta informacja może zaginąć w tłumie innych.

I jeszcze to dokładne opisywanie zaspokojenia głodu przez Twardowskiego… Czy to jest naprawdę konieczne? Jak dla mnie można tę scenę skrócić do niezbędnego minimum i historia nic a nic by na tym nie straciła.

Ale przeczytałem do końca i muszę powiedzieć, że nie żałuję. Pomysł rzeczywiście jest bardzo sensowny, a zwłaszcza spodobało mi się zakończenie, które w świetny sposób ukazuje “płytkość” jednej z frakcji. Język potem też był dla mnie łatwiejszy do przełknięcia, na dodatek stylizację – istotnie – zrobiłeś w porządku, także w dialogach.

 

“– Zaiste uparte jesteście plemię – wykrztusił w końcu, uspokoiwszy się nieco. – Nie starczyło wam tego, co było w Sandomierzu?“.

Nie znam legendy, więc muszę spytać: co się wydarzyło w Sandomierzu? Czy nie byłoby lepiej tego wyjaśnić?

https://eskapizmstosowany.wordpress.com/ - blog, w którym chwalę się swoją twórczością. Zapraszam!

Dzięki Marcowy Rycerzu za przybycie i za opinie. Faktycznie miewam niekiedy problem z przegadaniem sceny. Nie zgadzam się, że każdy opis musi służyć popychaniu akcji do przodu, czy też podawaniu jedynie tych najbardziej niezbędnych informacji – jednak to jest temat na zupełnie inną dyskusję. Z tym, że przy takim podejściu łatwo przesadzić i spotkać się z takim zarzutem jak Twój.

 

– Zaiste uparte jesteście plemię – wykrztusił w końcu, uspokoiwszy się nieco. – Nie starczyło wam tego, co było w Sandomierzu?

Czort wzruszył ramionami i usiadł naprzeciw Twardowskiego.

– Żony już nie macie, a reszta zadań wykonana. Ale ja z innym testamentum przychodzę.

Miałem nadzieję, że zdanie, którym odpowiada diabeł jest wystarczającą wskazówką. Chodzi oczywiście o scenę z Pani Twardowskiej Mickiewicza. Ponoć miało to miejsce w karczmie w Sandomierzu – choć to tylko jedna z możliwych lokalizacji.

 

Jeszcze raz dzięki!

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Cieszę się, że mogłem pomóc. :)

Nie mówię, że absolutnie każdy opis ma tylko służyć akcji i jakiekolwiek rozpisywanie się jest już “grafomanią” (z braku lepszego słowa)… Takie dłuższe opisy mogą być wykorzystane głównie do psychologicznego pogłębienia postaci czy w ogóle scen, które są istotne dla fabuły. A zaspokajanie głodu do takich niestety nie należy. Ja bym postarał się to skrócić, ale to przecież Twój tekst jest. ;)

Nie pamiętam, kiedy czytałem “Panią Twardowską” (jeśli w ogóle), więc dzięki za uświadomienie, do czego odnosi się ta aluzja z Sandomierzem.

 

Pozdrawiam!

https://eskapizmstosowany.wordpress.com/ - blog, w którym chwalę się swoją twórczością. Zapraszam!

Jeśli się nie mylę, a znam tę balladę na pamięć, Mickiewicz ni słowem nie wspomniał, że rzecz dzieje się w Sandomierzu. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Czujna regulatorko, nie twierdzę, że Mickiewicz wspomniał o Sandomierzu. W opowiadaniu zamieściłem aluzję do ballady i miałem nadzieję, że wspomnienie o żonie Twardowskiego jest wystarczającą wskazówką. Sandomierz to już moja robota, jakkolwiek w różnych wersjach legendy pojawia się jako ewentualne miejsce zajść opisanych przez wieszcza.

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Przyjmuję do wiadomości. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Fajne :)

Przynoszę radość :)

:-)

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Dobre. :) Piórko odkurzone błyszczy. Może przyciągnie uwagę

Nowa Fantastyka