- Opowiadanie: zygfryd89 - Odcienie bieli, część 2 z 9

Odcienie bieli, część 2 z 9

Oceny

Odcienie bieli, część 2 z 9

Rozdział 6

Próba siły

 

We śnie Marc powrócił nad jezioro. Siedział na plaży wtulony w Estelę, a dokoła cykały świerszcze. Obserwowali księżyc, który niczym mydlana bańka przemieszczał się nad taflą wody.

– Piękny, prawda? – zapytał, spoglądając na dziewczynę. I nagle odsunął się przerażony. To nie Estela siedziała u jego boku, a kobieta, którą wyłowił z wody.

– Czy przyszedłeś, by wypowiedzieć pierwsze życzenie? – spytała drwiąco.

– Nie. – Wstał i cofnął się o dwa kroki. – Mówiłem, że nic od ciebie nie chcę.

– Wybierz je mądrze, Marc. – Podeszła i dotknęła go palcem na wysokości serca. Chłopak o mało nie krzyknął. – Każdy ma wybór, nawet ty. I wkrótce będziesz wybierał.

– Nie, odejdź ode mnie! – krzyknął i strącił jej dłoń.

– Jak wartościujesz swych bliskich? Kto jest najbliższą ci osobą? Brat? Siostra? Ukochana? Wuj? Matka? Zmarły ojciec? Przyjaciele? Sąsiedzi?

– Odpieprz się! – Odbiegł na kilka kroków, zatrzymał się jednak na dźwięk kolejnych słów.

– Co tak naprawdę wiesz o tych ludziach? – Pozwoliła mu na chwilę namysłu, a gdy nie odpowiedział, zrobiła to za niego: – Nic nie wiesz, Marc. Wszyscy, którzy cię otaczają, skrywają potężne sekrety. Są wśród nich oprawcy, i tacy, co staną się oprawcami, ale znajdziesz i ofiary, ludzi, którzy nigdy nie uczynili i nie uczynią nic złego. Nauczyć cię rozróżniać dobro od zła? Chcesz poznać szereg bolesnych prawd? Pragniesz poznać ich sekrety?

– Nie – odpowiedział po krótkiej chwili. – Nie chcę. Boję się.

– Ach, zapomniałam, że ty również masz swój wstydliwy sekret. – Zbliżyła się i chwyciła go za rękę. – Może to oni zechcą poznać prawdę o tobie?

Przerażony spojrzał w niebo. Dostrzegł coś niebywałego. Księżyc, który zawisł na tle tysięcy mrugających gwiazd, zaczął mienić się czerwienią. W jego świetle Marc ujrzał kształt płynący po jeziorze, mroczny, przerażający. Zbliżał się w stronę brzegu.

– Wstawaj, bo się spóźnimy i będziemy zapierdalać na piechotę.

Otworzył oczy i zobaczył Artura, który siedział na swoim łóżku i przeglądał gazetę wypełnioną zdjęciami nagich kobiet.

– No, ruszaj się, chłopie – ponaglał młodszy brat.

Wciąż zaspany Marc nalał wody do miski, by się umyć i ogolić. Ujrzawszy swoją twarz w lustrze, opuścił wzrok. Zdradziłem najwspanialszą dziewczynę na świecie – pomyślał z bólem. Fakt, że wydarzenie to miało miejsce w tak dziwacznych okolicznościach, niewiele zmieniał.

Przemógł się i podniósł głowę. Nie mogę o tym myśleć. Próbował skupić się na dzisiejszych planach.

Korzystając z niedzieli, Marc z rodzeństwem, Kai, Elia i Estela planowali wybrać się do Astarnort. Jak za starych czasów. Głównym celem było kino, lecz mieli też kilka innych pomysłów. Podekscytowana Asper krążyła od rana po całym domu, a Artur nieudolnie próbował maskować radość. Marc nie potrafił sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz byli w kinie. Taka rozrywka sporo kosztowała i zazwyczaj lepiej było przeznaczyć pieniądze na coś bardziej przydatnego.

– Jedliście już śniadanie? – spytał rodzeństwo, a gdy się upewnił, że to zrobili, sam spożył posiłek.

Mył akurat naczynia, gdy w drzwiach stanął wuj. Viset Mros skończył w tym roku czterdzieści lat. Był niewysokim mężczyzną, z lekką nadwagą i bardzo nieprzyjemnym spojrzeniem. Gdy utkwił je w Marcu, chłopiec od razu domyślił się, co go czeka.

– Potrzebuję cię w warsztacie – rzekł do siostrzeńca Viset. – Trzeba obszyć ten śmieć, który przywieźli w piątek.

– Dziś?

– Nie, kurwa, za miesiąc. Co się głupio pytasz? Masz to obszyć na jutro.

Marc głośno wciągnął powietrze. A więc będę szył pół dnia, tak? A jak ty spędzisz niedzielę, wujku? Na wersalce przed telewizorem? A jutrzejszy dzień? Ja od siódmej będę pracował w warsztacie, a kiedy ty się zjawisz? O dziesiątej? Dwunastej? Wcale? – Nie odważył się zadać tych pytań. Postanowił jakoś z tego wybrnąć.

– Jeśli ma być zrobione na jutro, czy mogę zabrać się za to wieczorem? – zapytał łagodnie, ukrywając głęboko złe emocje. – Dziś chcieliśmy jechać do Astarnort.

– Jak chcesz, ale rano ma być gotowe.

Pogoda dopisywała. Nieliczne chmury nie były w stanie powstrzymać letniego słońca, a temperatura wzrosła aż do trzynastu stopni. Cała trójka szła ulicą Pierwszych Osadników – Marc z przodu, z torbą naładowaną kanapkami, Asper z boku, balansując na krawężniku niczym przechodzący nad przepaścią akrobata, a Artur dwa kroki z tyłu, jakby wstydził się rodzeństwa.

Miejsce spotkania umówili przy skrzyżowaniu, a dokładniej na podwórzu domu Alitonów. Wolronowie przybyli jako pierwsi. Chwilę później z ulicy Estrova wyłonił się chłopiec o kasztanowych włosach, średniego wzrostu, o pospolitej twarzy.  Kai – ucieszył się Marc. Nie widzieli się od zeszłego lata. Chłopiec pchał wózek swojej siostry, opowiadając coś zabawnego. Dziewczynka śmiała głośno, rozbudzając senną ulicę. Marc przywitał się z nimi serdecznie.

– Esteli jeszcze nie ma? – zapytał Kai.

– Pogoń ją, Marc, to twoja dziewczyna – prosił Artur. – Rzuć kamieniem w okno, czy coś.

– Chcesz zostać wybrany na ochotnika do jazdy w bagażniku? – zapytał brata. – Bo tak się kończy poganianie kierowcy.

– No właśnie, mamy nadmiar osób – zauważył nieśmiało Kai. – Grzeczność tego wymaga, więc oferuję moją siostrę, by zajęła miejsce w bagażniku. Mała jest, zmieści się.

Elia nie zdążyła zripostować brata, gdyż Estela właśnie wyszła z domu i dołączyła do przyjaciół. Marc znów poczuł wyrzuty sumienia. Jak wartościujesz swoich bliskich? – usłyszał głos ze snu.

– Przepraszam za spóźnienie, ojciec znów świruje. To przez te wybory – oznajmiała dziewczyna.

– Słonko, jak chcesz zmieścić sześcioro ludzi w pięcioosobowym aucie? – spytał Marc.

– W czteroosobowym. Będziemy improwizować. Na przykład, możemy wsadzić twojego brata do bagażnika.

– To już drugi głos – zauważył Kai. – Szykuj się, kolego.

Artur wyraźnie chciał się odgryźć, lecz nie zdołał niczego wymyślić.

Estela natychmiast przejęła dowodzenia nad wyprawą. W ciągu minuty jakimś magicznym sposobem upchnęła wszystkich do auta, starego volkswagena, który należał do jej ojca. W bagażniku ostatecznie wylądował wózek inwalidzki Elii. Chwilę później pędzili drogą prowadzącą do Astarnort.

– Jak przekonałaś ojca, by dał ci auto? – zapytał Marc, któremu udało się zająć miejsce obok kierowcy, z czego był bardzo zadowolony.

Dziewczyna zastanowiła się teatralnie, co zawsze bardzo go śmieszyło.

– Nie powiedział, że się nie zgadza – stwierdziła. – Być może dlatego, że nic mu nie powiedziałam o naszej małej wycieczce. Lepiej patrz, czy gdzieś nie stoją policjanci.

– Za zbyt dużą liczbę osób w pojeździe chyba nie ma wysokich mandatów – zauważył Kai.

– Może za to nie. Ale za prowadzenie auta bez prawa jazdy, tak – stwierdziła. Kai więcej się już nie odezwał.

– Jak tam z tyłu? Wygodnie wam? – spytał Marc, oglądając się przez ramię.

Kai trzymał Elię na kolanach. Asper nie chciała iść w ślady przyjaciółki, siedziała ściśnięta w środku. Artur, który zajmował miejsce z lewej strony, spojrzał na brata morderczym wzrokiem.

– Bardzo wygodnie – parsknął. – Ręka w łokciu wygięła mi się w drugą stronę i straciłem czucie w… – w ostatniej chwili ugryzł się w język – nieważne.

W takich warunkach dojechali do Astarnort.

Kino było pierwszym punktem w ich programie dnia. Znajdowało się w niewielkim, zlokalizowanym przy rondzie budynku, w miejscu, które uchodziło za centrum miasta. Sala mieściła ledwie sześćdziesiąt osób. Niedawno ustawiono w niej nowe fotele, które zastąpiły dotychczasowe drewniane krzesła, podbierane z pobliskiej szkoły. Żałośnie mały ekran, wyglądający, jakby za chwilę miał zlecieć ze ściany, doskonale wpasowywał się w resztę wystroju.

Przybyli dziesięć minut przed początkiem seansu. Stojąc na korytarzu, przez otwarte drzwi widzieli salę, w której siedziała ledwie garstka widzów. O kondycji kina wiele mówiła postać biletera. Był nim właściciel, staruszek o bardzo miłej twarzy, siedzący przy drewnianym stole. Spojrzał w ich stronę i zachmurzył się niespodziewanie.

– Sześć biletów, dwa zwykłe i cztery szkolne – zwrócił się do niego Marc.

– Dziewczynka nie może wejść na salę – powiedział, wskazując na Elię. – Właśnie wymieniliśmy fotele, nie będzie jak jej usadzić. Wiecie, przepisy…

Elia, która cały czas wpatrywała się we wnętrze sali, przeniosła wzrok na brata, zaskoczona. Kai zrobił krok do przodu.

– Możemy przez chwilę porozmawiać? – zapytał i, nie czekając na odpowiedź, odciągnął właściciela na bok.

Marc nie słyszał ich konwersacji. Kai szeptał nieprzerwanie do staruszka, a ten wyrzucał z siebie tylko pojedyncze słowa. Twarz właściciela najpierw zrobiła się czerwona ze zdziwienia, następnie purpurowa, gdy Kai wyraźnie go zawstydził, na końcu przybrała kolor dojrzałej śliwki, ciekawie komponując się z przerażeniem. Po dwóch minutach rozmowy staruszek wrócił do nich z propozycją, że sam wniesie wózek na salę. Kai mu nie pozwolił. Właściciel odprowadził ich do foteli, życząc miłego seansu, a następnie szybko się ulotnił.

Marc był pod wrażeniem. Po prostu się przeciwstawił. Czy i ja mógłbym zrobić to samo? Nie był pewien. Pomyślał o dzisiejszym wieczorze, który spędzi w warsztacie. Nigdy nie postawił się wujkowi. Czasami próbował z nim rozmawiać, lecz bez rezultatów. Wszystko zaczęło się tamtego dnia, po śmierci ich ojca. Wuj przeniósł się z kuchni, w której mieszkał, do pokoju rodziców rodzeństwa. Im trojgu pozostała mała klitka. Marc  już wtedy powinien był się postawić. Niestety, miał ledwo czternaście lat.

Jego rozmyślania przerwał początek filmu. Wybrali się na przygodową produkcję dla całej rodziny. Czas minął w oka mgnieniu.

– Straszne gówno – stwierdził Artur po zakończonym seansie.

– Nieprawda – powiedziała Asper, odzywając się chyba po raz pierwszy tego dnia.

– Prawda. Urośniesz, to zrozumiesz. To był film dla dzieci, żadnych mocnych scen. Powinniśmy kiedyś pojechać na taki dla dorosłych. Weźmiemy Kaia, jakby czasem bileter nie chciał nas wpuścić.

– Znajdź sobie dziewczynę – poprosiła go Estela, czym skutecznie zamknęła mu usta.

Następnie odwiedzili cukiernię. Asper, Kai i Estela zamówili gofry, Elia miała ochotę na kawałek ciasta z owocami, a Marc postawił wszystko na jedną kartę, prosząc o smakołyk o dziwacznej nazwie. Tylko Artur, obrażony z nieznanego nikomu powodu, stwierdził, że nie ma na nic ochoty. Usiedli na pobliskiej ławce. Rozciągał się stamtąd widok na zachodnią część miasta. Przed sobą mieli rondo, na którym wniesiono pomnik leśnego drzewa. Jakby mało było lasów dookoła – pomyślał Marc. Za rondem wyrastał budynek szpitala, a dalej rząd najbogatszych, murowanych domów o szpiczastych dachach. Droga zakręcała nagle w lewo, jakby chciała uniknąć zderzenia z lasem.

Kai skończył jeść pierwszy i opuścił ich na chwilę. Idzie kupić broń. Artur wygadał się o tym wczoraj wieczorem. Marc uznał, że uzbrajanie się już tydzień po przyjeździe jest nieco dziwne. Chłopiec wrócił po kilkunastu minutach z niedużą paczką, uśmiechając się cały czas. Jakby kupował cukierki.

Następnie poszli na mszę, gdyż nabożeństwo odbywające się w kościele było dla nich, przyzwyczajonych do małej kapliczki, dużym przeżyciem. Nie odprawiał jej jednak ich znajomy ksiądz, a inny, którego widzieli pierwszy raz w życiu.

Po mszy usiedli na ławkach, które ustawiono wzdłuż otaczającego kościół muru.

– Widziałam Mayę Nadaj – powiedziała Estela. – Siedziała w pierwszym rzędzie.

– Heh, to się nazywa wierna żona – zaśmiał się Artur. – Mąż prosi ją o utrzymanie hodowli, a ona sprzedaje ją dzień po pogrzebie, i jeszcze w tajemniczy sposób wyzbywa się zwierząt. Stary piernik pewnie przewraca się teraz w grobie.

– Gdyby to mnie mąż postawił w tak niezręcznej sytuacji, też bym go nie posłuchała – stwierdziła Estela. – Koleś przegiął i ma za swoje, gdziekolwiek się teraz znajduje.

A co byś zrobiła, gdybyś dowiedziała się o zdradzie chłopaka z nieznaną kobietą z jeziora? Nie chciał tego wiedzieć. Przypomniał sobie sen. Niedoszła topielica mówiła coś o sekretach, a księżyc świecił na czerwono.

– A co sądzicie o nowym sąsiedzie? – spytał Kai. – Spotkałem go wczoraj. Dziwnie na mnie patrzył.

– Bo to ogólnie dziwny gość – podsumował Artur. – Czego taki młody człowiek szuka w takiej dziurze? – Dał im w chwilę do namysłu i odpowiedział dumnie, jakby odkrył wielki sekret: – Chce się ukryć. Według mnie on jest zabójcą na zlecenie.

– Może masz rację – odpowiedział Marc. – No to co? Zrzucamy się na niego? Nie powinien wiele zażądać za Artura.

– Śmiejcie się, ale zobaczycie, że on jest groźny. Nikt normalny nie kupiłby takiego domu.

– Słyszałam, że ten pan godzinami siedzi na podwórku i wpatruje się w las – powiedziała Elia.

Nikt nie umiał tego wyjaśnić.

Odpoczywali przed kościołem, aż zrobiło się późno i postanowili wrócić. Samochód stał przed szkolnym parkingiem, niemal pustym z powodu wakacji. Na schodach siedziały tam trzy postacie, których nie zauważyli od razu. Wśród nich chłopak w wieku Kaia i Artura, wzrostem jednak przewyższał Marca i był od niego niemal dwukrotnie szerszy. Towarzyszył mu drugi chłopiec, młodszy, i sporo starsza od nich dziewczyna.

– Cześć Artur! – zawołał największy z trojga. – Ale macie fajny wózek, mogę się przejechać?

Kai, który wiózł siostrę, zatrzymał się nagle.

– O Boże, to Rafn, idziemy stąd – dobiegł z tyłu przestraszony głos Artura.

Kai przyglądał się siedzącemu na schodach chłopakowi w sposób, jaki bardzo niepokoił Marca.

– No co się, kurwa, gapisz? – zapytał dryblas. – Zabieraj tę pokrakę z mojej szkoły, bo ją wypierdolę z tego wózka. Jeszcze mi podziękujesz, jak ozdrowieje i ucieknie. – Zaśmiał się, a wraz z nim jego towarzysze.

– Chodź, nie warto. – Marc złapał Kaia za ramię i odprowadził z tego miejsca.

Po kolei wchodzili do samochodu, Kai stał na końcu kolejki. Nie wszedł jednak do środka.

– Muszę jeszcze coś załatwić w szkole, zaczekajcie na mnie – poprosił i odszedł w kierunku tylnego wejścia.

Marc wymienił spojrzenia z Estelą. Przez chwilę miał nieodparte wrażenie, że Kai poszedł wypróbować nowy pistolet, lecz dostrzegł paczkę leżącą na tylnym siedzeniu. Co on właściwie chce załatwić? Ruszył za nim.

– Myślisz, że to takie zabawne nabijać się z niepełnosprawnej osoby? – Kai stał sam naprzeciwko siedzącej na schodach trójki. Przez chwilę przypominał Marcowi mitycznego bohatera, który sam staje naprzeciwko złu. Szybko przyszła jednak inna myśl: – Oni go skatują. Podszedł i stanął koło chłopca.

– Tak, myślę, że to zabawne – odparł Rafn. – Jakim trzeba być złamasem, żeby się doprowadzić do takiego stanu? – Rozparł się na schodach i wyciągnął nogi. Był z siebie wyjątkowo zadowolony.

To, co nastąpiło potem, sprawiło, że Marc wstrzymał oddech, a serce przestało mu bić. Kai w jednej chwili stał przy schodach, a ułamek sekundy później przeciął powietrze i całym ciężarem ciała wylądował na jednej z nóg chłopaka. Piszczel złamała się jak zapałka. Rafn krzyknął tak donośnie, że pewnie usłyszeli go w Grenie. Drugi z chłopaków ruszył na Kaia, lecz on złapał go jedną ręką za gardło i wcisnął kciuk w tchawicę. Napastnik podniósł ręce w geście poddania i Kai go puścił. Dziewczyna siedziała na swym miejscu, oniemiała z przerażenia.

Rafn złapał się za nogę, przeklinając głośno. Na nogawce jego spodni rosła kałuża krwi, pod materiałem zarysował się kształt wystającej kości.

Kai klęknął koło niego.

– Mam nadzieję, że nie wsadzą cię na wózek w szpitalu. Byłbyś wtedy, no wiesz, złamasem. – Podniósł się. – Mamy początek lipca, a więc życzę miłych wakacji.

– Coś ty zrobił?! – Marc, aż załapał się za głowę. Jego przyjaciel milczał, wyglądał jakby gdzieś daleko odpłynął myślami.

– Co tam się stało? Czemu on krzyczał? – zapytała Estela, gdy dotarli do samochodu.

– Zabiliście go? – zapytał Artur z nadzieją w głosie.

– Złamał mu nogę – powiedział Marc.

– Tylko nogę? – Artur wciągnął głęboko powietrze. – No to zapowiada się ciekawy rok szkolny.

Opuścili Astarnort w milczeniu.

– Co jest nie tak z tym gościem? – zapytał Kai.

– To największy skurwiel w szkole – wyjaśnił Artur. – Trzęsie wszystkimi rocznikami. Źle zrobiłeś, Kai, że go rozwścieczyłeś. Będziesz miał przejebane, zobaczysz. Ja mu zawsze schodzę z drogi i obrywa mi się tylko czasami. Powinieneś wziąć ze mnie przykład, a nie znów udawać bawoła.

Do końca podróży niewiele rozmawiali.

Marc był zmęczony, a czekało go kilka godzin pracy. Gdyby to Kai był na moim miejscu, ustawiłby wuja do pionu. Dlaczego ja tak nie potrafię? A co, jeśli potrafię? Może to nie jest takie trudne? Przez krótką chwilę wyobraził sobie, że odmawia wykonania dzisiejszej pracy i wygarnia wujkowi, co tak naprawdę o nim myśli.

– Mam ci pomóc w warsztacie? – zapytał Artur, gdy wracali do domu ulicą Pierwszych Osadników.

– Nie – usłyszał swój głos. – Nie będę dziś pracował. Wujek zajmie się tym jutro, gdy my będziemy wykonywać inne obowiązki.

Asper, która ponownie kroczyła po krawężniku, spojrzała na niego, szeroko rozdziawiając usta.

– Postawisz mu się? – zapytała z dziwną nadzieją w głosie.

– Tak – odparł. Teraz już nie miał wyjścia.

Wuj Vistet siedział w swym pokoju na wielkiej czerwonej wersalce, na której kiedyś spali rodzice Marca. W pomieszczeniu było ciemno, jedyne światło padało z włączonego telewizora, w którym prezenterka przedstawiała najnowsze wieści w sprawie jakiegoś zaginięcia. Wujek odwrócił powoli głowę, krzywiąc się, jakby spojrzenie na siostrzeńca było dla niego niepotrzebnym wysiłkiem.

– Miałeś być w warsztacie – odezwał się i znów wlepił wzrok w telewizor. Reporterka rozmawiała z matką, która płakała za zaginionymi dziećmi.

– Nie będę dziś pracował. Jest niedziela. Dlaczego ja mam pracować, a ty nie? – Każde słowo wypowiadał powoli i z trudem. Wuj po raz drugi odwrócił głowę, tym razem gwałtowniej, a na jego twarzy odmalowało się zaskoczenie.

– Masz trzy sekundy, żeby odwrócić dupę i iść do warsztatu – warknął.

– Nie.

– No dobra. Jak tam chcesz. – Mężczyzna podniósł się z łóżka.

Marc ucieszył się w duchu. Odniósł sukces. Prawdę mówiąc, nie sądził, że tak to się skończy. To było aż za łatwe.

W tym momencie wuj uderzył go z taką siłą, że Marc upadł na podłogę.

– Jeszcze raz zrób coś takiego, a wypierdolę cię z domu – powiedział Viset i wyszedł z pokoju.

Jak wartościujesz swych bliskich? – zapytał głos ze snu. Marc nie był przekonany, kto jest na szczycie listy, lecz z pewnością wiedział, kto ją zamyka. Przez chwilę pragnął uciec nad jezioro i odszukać tamtą kobietę.

– Jak brzmi twe pierwsze życzenie, Marc?

 – Chcę, by mój ojciec żył – odpowiedział, lecz przypomniał sobie, że życzenia nie mogą ingerować w przeszłość. – Chcę, by mój wuj był taki, jak mój ojciec.

I tak się nie stanie – usłyszał własny głos.

Wstał z podłogi i poszedł po brata. Czekał ich pracowity wieczór.

 

 

Rozdział 7

Duchy przodków

 

Wędrowali na północ ledwo widoczną ścieżką. Ta część lasu wydawała się niezwykła – cicha, mroczna i niebezpieczna. A może było to tylko złudzenie małego dziecka? Gęsto porośnięte, strome wzniesienie było dla siedmiolatka sporym wzywaniem, lecz nie poskarżył się ani słowem. Chciał, by tata był z niego dumny.

Poranny deszcz sprawił, że odsłaniające się na całej trasie wapienie, z których zbudowane było wzgórze, stały się mokre i śliskie. Chłopiec szedł ostrożnie, mimo to w pewnej chwili upadł. Ojciec podbiegł szybko i pomógł mu wstać.

– Wszystko w porządku?

– Tak – odpowiedział zawstydzony.

– Właśnie dlatego mieszkamy tam na południu. – Wskazał ręką na ciągnące się kilometrami lasy. – Pierwsi Osadnicy wędrując ma północ, musieli napotkać te wzniesienia, a tam, na zachodzie, natrafili na jezioro. Wówczas zaniechali dalszej drogi i utworzyli Pierwszą Osadę.

Usiedli na wielkich, szarych głazach. Z tego miejsca rozpościerał się niezwykły widok. Na zachodzie widzieli jezioro Grenie, tak niebieskie, że zdawało się zlewać z kolorem nieba. Wypływała z niego rzeka przypominająca ogromnego, wijącego się wśród drzew węża. Chłopiec powiódł oczami, śledząc bieg jej koryta, aż dostrzegł Grenie, kolorową plamę wśród wszechobecnej zieleni. Skierował oczy na wschód i odnalazł drugą polanę, pozostałość po Pierwszej Osadzie. Dzieliły je dwa kilometry i dwieście lat historii.

– Dlaczego teraz ich nie ma? Pierwszych Osadników? Dlaczego odeszli? – zapytał ojca.

– Nie wiem, Rost. Nikt nie wie. Ale być może wciąż tu są. – Słysząc to, chłopiec otworzył usta z zaciekawienia. Ojciec pospieszył z wyjaśnieniami: – Pierwsi Osadnicy wierzyli, że po śmierci ich dusze po wieczność wędrują wśród tych drzew. Czasami wyruszali do lasu i pytali swych przodków o pomoc czy radę, i często ją otrzymywali.

– O co ich pytali?

– O przeróżne sprawy. Ich ojcowie, dziadowie czy pradziadowie nabywali wiedzę przez całe życie, pomagali więc tym młodszym i mniej doświadczonym. – Ojciec milczał przez chwilę. – Idziemy dalej? – zapytał, podnosząc się ze skalnego siedzenia. – Mama będzie rozczarowana, jeśli wrócimy z pustymi koszami.

Chłopiec wstał i razem ruszyli ku szczytowi, gdzie grzyby rosły najobficiej.

Trzydzieści cztery lata później Rost Aliton usiadł na tej samej skale. Wspomnienie tamtego dnia żyło w nim przez cały czas. Utkwił spojrzenie w lesie, jakby spodziewał się ujrzeć wędrujące sylwetki zmarłych.

Osiemnaście dni do wyborów. Proszę, pomóżcie mi.

Rost zdawał sobie sprawę, że nadchodzące głosowanie będzie jego spektakularną porażką. Lista zaniedbań, których dopuścił się jako wójt, była zatrważająco długa. Do dziś nie uzyskał funduszy na obiecany remont ulicy Estrova. Podobnie wyglądała sprawa budowy wodociągu, z tym, że w tej kwestii zdążył się dodatkowo skompromitować. Antove oszukał go, twierdząc, że prace już się rozpoczęły, a Rost ogłosił to całej wiosce, pokazał nawet zdjęcia. Nie wiedział, że przedstawiają grabarzy. Była też sprawa bankructwa firmy rybackiej. I pogorszenie stanu życia mieszkańców. I spadek liczby ludności. I wiele, wiele innych.

Jeszcze kilka dni temu był spokojny, gdyż wydawało się, że będzie jedynym kandydatem. Ale to się zmieniło. Alwen przyszedł do niego i zgłosił swą kandydaturę. Alwen, który mieszkał w Grenie zaledwie od siedmiu lat. Alwen, który według Rosta był cynicznym i złośliwym człowiekiem. Problem w tym, że tylko wójt zdawał się to dostrzegać. Pozostali widzieli w Alwenie znakomitego rybaka, przykładnego ojca rodziny, a ostatnio bohatera, który przyniósł z lasu ranną dziewczynkę Slantów, ratując jej życie. Prawda jest taka, że pokonałby mnie każdy, nawet Szwendacz czy Sawion Dorem, ten nowy sąsiad, choć mieszka tu ledwo od czterech dni i jest dziwniejszy niż śnieg padający latem.

Proszę, pomóżcie mi.

Jeśli nawet przodkowie go słyszeli, nie sądził, by mieli wpływ na pewnego burmistrza. Grenie, podobnie jak kilka innych wiosek, podlegało Urzędowowi Miasta Astarnort. Antove piastował w nim najwyższy urząd od czterech lat. Był to wyjątkowo miły i kulturalny człowiek, który z uśmiechem na ustach i bardzo grzecznie spławiał Rosta za każdym razem, gdy ten przychodził prosić o fundusze dla wioski. Dziś wójt znów się do niego wybierał, by postulować o pieniądze na wodociąg. Problem w tym, że z góry wiedział, jak skończy się ta rozmowa.

Proszę, pomóżcie mi.

Wstał i spojrzał na jezioro, rzekę, lasy i obie osady. Przez tyle lat nic się nie zmieniło. Niektórym pewnie wydałoby się to śmieszne, zważywszy na stosunkowo niewielką władzę wójta, ale Rost Aliton czuł się jak władca, który wkrótce utraci swoje królestwo.

Proszę, pomóżcie mi.

Wracając do domu, postanowił odwiedzić Sawiona Dorema. Co prawda spotkał nowego sąsiada dwukrotnie podczas zakupów, lecz wówczas nie mieli okazji szczerze porozmawiać. Młodzieniec, ubrany w prosty strój, pracował przed domem, rozbierając ogrodzenie dawnej zagrody.

– Dzień dobry, panie wójcie – przywitał się uprzejmie.

Już niedługo były wójcie.

– Powiem panu, że szkoda tych zwierząt. Trafiły w dobre ręce? – Wszyscy zachodzili w głowę, w jaki sposób Dorem zdołał niezauważenie wywieźć dziewięć wielkich jaków, lecz Rost nie odważył się o to zapytać.

– Zapewne.

– Jak pan sobie radzi w pojedynkę? Nie za dużo obowiązków?

– Wszyscy oczekiwaliście, że pani Nadaj sama podoła temu gospodarstwu. Dlaczego ja miałbym tego nie zrobić? – odparł spokojnie, lecz Rost wyczuł w jego słowach oburzenie. To tyle w kwestii zgrywania dobrego wójta.

– Jest pan świadom, że za osiemnaście dni odbędą się wybory? Zamierza pan głosować?

– Wie pan – zastanowił się, przerywając podkopywanie drewnianego pala – mieszkam tu ledwo cztery dni. Cóż ja mogę wiedzieć o kandydatach na to stanowisko?

– W pełni rozumiem.

– Jednakowoż osiemnaście dni to sporo czasu. Każdy wciąż ma szansę się wykazać, a ja będę bacznie śledził ich poczynania.

Jednakowoż masz rację. Na pewno zdążę się jeszcze wykazać, muszę tylko zabić jednego burmistrza.

Wrócił do domu. Wiszące na ścianie salonu zdjęcia przodków wpatrywały się na Rosta z politowaniem. Spójrzcie na naszego potomka – zdawały się mówić. Pokazał mieszkańcom zdjęcia grabarzy, twierdząc, że budują dla nich wodociąg.

Koło pieca wisiało inne zdjęcie, na którym skupił swą uwagę. Pochodziło z roku 1903 i przedstawiało założycieli nowej osady. Har Aliton – prapradziadek Rosta, inicjator założenia Grenie i pierwszy wójt, wraz z rodziną. Albert Nadaj –  wspaniały hodowca, stojący ze swoją żoną i synem. Zdziwaczały Hart Mesten – były drwal, wraz z małżonką i córkami. Marfet Sqon – znakomity rybak, jego żona i dwaj synowie. Cart Wolron – budowlaniec, wówczas jeszcze kawaler, najmłodszy z założycieli. Stali na tle wykarczowanej polany, gdzie później wzniesiono pierwsze budynki. Wielcy ludzie, których imiona będą powtarzane do końca istnienia Grenie. O Roście Alitonie nikt nie będzie pamiętał. No chyba że w kontekście tych grabarzy kopiących wodociąg.

Godzinę później wyjechał z córką do Astarnort. Estela pracowała w Urzędzie Miasta na pół etatu, oficjalnie w urzędowym archiwum, a tak naprawdę usługiwała Antove’owi i innym wysoko postawionym urzędnikom. Kolejne upokorzenie.

– Jak było w kinie? – zapytał córkę, by przerwać niezręczną ciszę.

– Całkiem ciekawy film. – Estela zaczęła energicznie streszczać fabułę z takimi szczegółami, jakby sama napisała scenariusz, ale Rost jej nie słuchał.

Osiemnaście dni do wyborów.

Urząd Miasta wzniesiono tuż przy rondzie. Nieduży, dwupiętrowy budynek, zaaranżowano z takim przepychem, że wchodząc do niego, Rost czuł się jak żebrak proszący o audiencję u króla. Antove przyjął go niemal od razu. Był to pięćdziesięcioletni, łysy mężczyzna, jak zawsze wystrojony w drogi garnitur. Biuro prezentowało się wspaniale – na ścianach wisiał rząd obrazów oraz piękny, stary zegar, a dywan mienił się wszystkimi kolorami tęczy. Najbardziej przyciągającym wzrok elementem było jednak biurko, czarne jak smoła. Czy to heban? – zastanawiał się kiedyś. Patrzył na ten przepych z zażenowaniem. Ludzie w Grenie chodzą srać na dwór i piją wodę ze studni, a on siedzi za hebanowym biurkiem.

– Witaj, Rost. Co cię sprowadza? – zapytał, jak zwykle bardzo uprzejmie.

Wójt Grenie spoczął przy biurku i zaczął walczyć ze stertą papierów, które przygotował specjalnie na to spotkanie.

– Analizowałem ostatnio plany wodociągu i udało mi się ograniczyć koszty. Proszę spojrzeć, gdyby zbudować tego typu stację uzdatniania wody, tuż przy rzece, o, w tym miejscu – przekazał mu plany – tak naprawdę wyszłoby tylko czterysta metrów kopania.

Burmistrz się zadumał.

– Koncepcja zaiste ciekawa. Jednak wiesz, Rost… nie chcę cię oszukiwać. Ostatnio mamy tu sporo wydatków. Nowe fotele w kinie. Modernizacja szkoły. Wodociąg musi zaczekać.

On czerpie z tego radość. Sprawia wrażenie do bólu uprzejmego i robi te swoje smutne oczka, ale tak naprawdę w głębi duszy się śmieje. Tak jak wtedy, gdy podarował mi zdjęcia grabarzy.

Tamtego dnia Rost był naprawdę szczęśliwy. Antove powiedział mu, że prace nad wodociągiem już się rozpoczęły. Woda miała popłynąć z samego Astarnort. Pomysł wydawał się nieco dziwny, ale w najgorszych koszmarach wójt nie podejrzewał, że burmistrz aż tak okrutnie z niego zażartował.

– Jeśli cię to pocieszy, twoja córka świetnie się sprawuje – stwierdził Antove. – Wszyscy wysoko ją cenią.

Co on chce mi powiedzieć? Wyobraził sobie burmistrza dobierającego się do Esteli i ogarnęło go obrzydzenie. Zabiję go, jeśli to zrobi. Wstał, pożegnał się i wyszedł. Jego córka kończyła pracę za kilka godzin, wrócił więc do Grenie samotnie.

Zrezygnowany, położył się w salonie. Przodkowie wciąż patrzyli na niego z politowaniem. To znów on. Patrzcie na tę ofermę. Gdyby którykolwiek z nas zdecydował się na sterylizację, ród Alitonów wymarłby z klasą. Zaczął rozważać rezygnację z kandydatury. Niech Alwen użera się z burmistrzem. Zasnął.

We śnie pokonywał wzgórze z koszem pełnym grzybów. Ściółka mokra była od porannego deszczu, a z liści kapały krople. Poślizgnął się na skale i upadł. Zawartość koszyka rozsypała się we wszystkich kierunkach.

– Wszystko w porządku? – zapytał znajomy głos. Jego właściciel podał wójtowi rękę i pomógł wstać.

Rost poczuł wstyd. Skompromitował się przed ojcem. Nie będzie ze mnie dumny. Spojrzał mu w oczy i ujrzał Hara Alitona, założyciela osady Grenie. Wyglądał dokładnie jak na fotografii – chudy mężczyzna z krótkimi czarnymi włosami i pięknym, ozdobnym wąsem, ubrany w elegancki frak.

– Spocznij, Rost – powiedział ostrym głosem. – Wiesz, kim jestem?

– T… tak.

– No to teraz sobie porozmawiamy.

Usiedli na skale.

– Dlaczego mnie odwiedziłeś? – zapytał wójt.

– Zamilcz. To ja zadaję pytania.

– Dobrze.

– Jak myślisz, czemu założyłem osadę Grenie?

– Zachwyciłeś się opisami tutejszej przyrody zawartymi w pamiętnikach Estrova – wyrecytował od lat powtarzane słowa.

Har Aliton zaśmiał się głośno, a jego śmiech przypominał rżenie konia.

– A to dopiero romantyczna historia. Podoba mi się. Ale to nieprawda. Miałem sny i to one mnie poprowadziły. Masz problem, Rost, dlatego teraz ja przychodzę w twoim śnie.

– Nie ma już szansy – powiedział zrezygnowanym tonem. – Zostało osiemnaście dni. Ja się po prostu do tego nie nadaję

Założyciel go spoliczkował.

– Jesteś słaby. Niby Aliton, ale jednak słaby. Spójrz na siebie. Co sobą reprezentujesz? Nawet się nie ożeniłeś.

– Matka Esteli, ona… nie chciała nas. – Zaczął płakać, lecz deszcz, który rozpadał się dosłownie przed chwilą, ukrył jego łzy. – Mam córkę. Jestem z niej dumny.

– Jedna rzecz, która ci się udała. Nie wiem, jakim cudem. Może wcale nie jest twoja? – Te słowa bardzo zabolały Rosta. – Jest twoja, nie rycz mi tu. Ale powiedz mi, wnuczku, dlaczego od tamtego czasu nie szukałeś żony? Dajmy na to, ta bibliotekarka, nadawałaby się – zasugerował ze zbereźnym uśmiechem.

– Ja… ja się wstydzę. Ci wszyscy ludzie… oni wiedzą, że do niczego się nie nadaję.

– Nie nadajesz się, ale to można zmienić. Jaki jest twój problem?

– Nazywa się Antove i jest burmistrzem Astarnort.

Har Aliton zarechotał po raz kolejny, tym razem głośniej, a jego długie wąsy zaczęły kołysać się w rytm padającego deszczu.

– I to jest twój problem? Jakiś wymuskany urzędas? Zadam ci zagadkę. Jaki jest najlepszy sposób na wroga, który trzyma cię w szachu?

– Nie wiem.

– Myśl, głupcze! Powiem ci, jak takiś powolny. Musisz zamienić role. Znajdź na niego haka i zaszantażuj. Ma paść przed tobą na kolana i już z nich nie wstać.

– Ale jakiego haka?

– Powiem to raz, więc słuchaj uważnie.

Poznał sekret Antove’a i wbił go sobie głęboko w pamięć.

Rankiem usiadł z córką do śniadania, rozmyślając o śnie. Skutek stresu i nieustannego zamartwiania się. To chyba niemożliwe, by przemówił do mnie zmarły przodek.

– Czy burmistrz Antove wyjeżdża często do Pertak? – zapytał Estelę. Pertak była wioską położoną sześć kilometrów na południe od Astarnort.

– Tak, a skąd wiesz?

Słyszałem od… kogoś. Kiedy znów się tam wybiera?

– Dziś. Będzie załatwiał jakieś sprawy – odpowiedziała.

Jakieś sprawy – uśmiechnął się szeroko.

Pertak było trzy razy większe od Grenie. Cztery główne ulice krzyżowały się między sobą, wyznaczając centrum wioski.  Z Astarnort prowadziła tylko jedna droga, więc Rost miał ułatwione zadanie. Znał też samochód burmistrza – prawdopodobnie najdroższy model w promieniu stu kilometrów.

Wciąż nie był przekonany, czy to, co usłyszał, było prawdą, lecz nie miał nic do stracenia. Siedemnaście dni.

Przyczaił się przy drodze i obserwował uważnie. O tej porze dnia ruch był znikomy. Po chwili dostrzegł samochód Antove’a. Stary volkswagen Rosta ruszył powoli.

Pojazd burmistrza zatrzymał się przed domem, chyba tutejszego wójta. Urzędnik wszedł do środka. Na razie nic dziwnego. Tylko interesy. Do mnie jednak nigdy nie przyjechał osobiście.

Po chwili burmistrz, w zmienionym ubraniu, wymknął się przez okno wychodzące na las. Przekradł się między drzewami dobre pół kilometra, aż wślizgnął się do jednego z domów.

Wójt Grenie, który szedł za nim krok w krok, drżącymi dłońmi wyjął aparat.

Następnego dnia z samego rana wyruszył do Astarnort. Odebrał zdjęcia od fotografa i skierował się do Urzędu Miasta. Antove jak zwykle nie kazał czekać interesantom i po chwili Rost siedział już w gabinecie. To chyba jego ulubiona ironiczna uprzejmość. A może po prostu ma tak mało obowiązków, że zawsze znajduje czas na spotkania?

– Co cię sprowadza tym razem, Rost?

– Jak się pewnie domyślasz, wodociąg.

Burmistrz głęboko westchnął, przybierając maskę zasmuconego mędrca, a tak naprawdę próbował ukryć poirytowanie.

– Jak ci wczoraj mówiłem, w tej chwili nie ma szans na ten wasz wodociąg.

– Poczyniłem pewne ruchy. Może to cię zainteresuje?

Położył na stole kopertę. Zaskoczony burmistrz wyjął z niej kilkanaście fotografii.

Wczorajsze zbieranie dowodów nie było tak trudne, jak się mogłoby się zdawać. Najpierw uwiecznił Antove’a wchodzącego do domu kochanki, następnie zrobił kilka ujęć sypialni, naprzeciwko której szczęśliwym zbiegiem okoliczności rosło wysokie drzewo, a gdy burmistrz opuszczał budynek, Rost pstryknął jeszcze dwa razy, dla pewności.

 – No tak – Antove odezwał się nadzwyczaj spokojnie, jakby oglądał propozycje nowych zasłon, które miałyby zawisnąć w jego biurze. – Jeśli chodzi o ten wasz wodociąg, to, po przemyśleniu sprawy, myślę, że jest duża szansa na jego realizację.

Serce biło mu jak kościelny dzwon. Teraz.

– W ciągu siedmiu dni mają rozpocząć się prace. Jeśli Grenie nie zobaczy pracowników w tym okresie, całe Astarnort otrzyma kopie tych fotografii, wliczając w to oczywiście pańską żonę.

– Siedem dni – powtórzył kręcą głową. – Musiałbym ominąć tyle formalności… Spróbuję.

– Nie spróbujesz, tylko to zrobisz. Zgadza się?

– Tak. Zrobię.

Wychodząc, Rost przypomniał sobie o czymś jeszcze.

– Tym razem wynajmij ludzi od kanalizacji, a nie grabarzy. Pamiętaj o tym.

– Oczywiście.

– To na razie tyle. – Wyszedł z gabinetu i chwycił się pobliskiej ściany, inaczej z pewnością upadłby na podłogę. Ręce mu się trzęsły, a serce wciąż waliło jak oszalałe.

– Tata? – Estala pojawiła się na korytarzu, niosąc kawę dla burmistrza.

– Zaparz mu lepiej ziółka na uspokojenie. Mamy wodociąg! – krzyknął.

– Och. Koniec z chodzeniem do studni o szóstej rano. Jak miło.

Ojciec rzucił się jej w ramiona i tylko cudem nie wylała zawartości filiżanki.

Szesnaście dni.

 Tej nocy nie śnił o Harze Alitonie. Śnił o sobie. Był władcą pradawnej, północnej krainy. Siedział na pięknym, zdobionym tronie wyrzeźbionym z leśnego drzewa, a u jego stóp stały tysiące ludzi. Byli to tutejsi mieszkańcy, odziani w skóry wilków, fok i niedźwiedzi. Radowali się na jego widok i wnosili dzikie, pełne uwielbienia okrzyki.

– STOJĘ TU PRZED WAMI! JA, WŁADCA LEŚNEJ KRAINY! – zaczął ryczeć i odpowiedziały mu tysiące głosów.

Coś go jednak zastanowiło. Jeśli jestem władcą leśnej krainy, dlaczego nie widzę żadnych drzew, a mroźne, martwe pustkowie? Nie przejął się tym zbytnio. Pławił się we władzy i w chwale.

 

 

Rozdział 8

Wielka woda

 

Południowe słońce parzyło niczym piekielny ogień. Jedynym sojusznikiem pasażerów był lekki, zachodni wiatr, lecz jak na złość wydawał się słabnąć z każdą chwilą. Malutka dziewczynka ubrana w białą sukienkę stała opodal dziobu statku na tle niebieskiego nieba. Bawiła się małą kulką. Trzymała ją w wyciągniętej ręce i niczym kredką rysowała dziwaczne, niewidzialne kształty. Raz po raz jej dłonie stykały się z promieniami słońca, przez co wydawało się, że dziecko para się jakąś zapomnianą magią. 

 Nagle zabawka wypadła jej z ręki i potoczyła się po pokładzie, równolegle do burty. Dziewczynka goniła kulkę, lecz ta uparcie nie chciała się zatrzymać. Przeturlała się przez połowę długości statku, nim uderzyła w jeden z leżaków i znieruchomiała. Dziewczynka podniosła ją delikatnie, uważając, by znów jej nie upuścić, po czym uciekła, zadowolona.

Statek jest przechylony – wywnioskowała Lydia, obserwując dziecko. – Toniemy. Jej serce znów mocniej zabiło. Była jednak przygotowana. W kieszeni ukryła nóż.

Był to trzeci dzień rejsu po południowym morzu.

Nie wsiadła na pokład statku, po prostu się na nim pojawiła, gdy po raz jedenasty czytała książkę w czerwonej okładce. Po tym, co przeżyła w ostatnich dniach, czuła się tu jak na rajskich wakacjach. Pogoda była słoneczna, jedzenie pyszne, a drinki darmowe. Całymi dniami chodziła po pokładzie, jadła, piła, opalała się, a wieczorami obserwowała zachód słońca. Tylko współpasażerowie nie dopisywali. Sprawiali wrażenie robotów stworzonych przez kiepskiego konstruktora. Gdy pytała ich, po którym morzu płyną, nie potrafili odpowiedzieć. Ktoś nawet wyraził zdziwienie, że jest więcej niż jedno. Na swój sposób było to nawet zabawne.

Widziała jednak, że wszystko to skończy się katastrofą, i właśnie ją obserwowała.

Siedziała w niewielkim pokładowym barze, pijąc czwartego drinka. Wszystkie krzesła stały na zewnątrz, miała więc świetny wgląd w sytuację na pokładzie. Po wydarzeniach z ostatnich dni spodziewała się najgorszego.

Kapitan wyszedł do pasażerów, by ogłosić rychłe zatonięcie statku. Wyglądał tak, jak można by sobie wyobrazić człowieka na tym stanowisko – koło sześćdziesiątki z białą brodą, ubrany w piękny biało-czarny mundur. Oznajmił, że statek tonie i wszyscy muszą przesiąść się do szalup ratunkowych. Łodzi było pod dostatkiem, co zdziwiło Lydię. Gdzieś tu jest haczyk. Przygotowana na wszystko, wypatrywała podstępu.

Nie wybuchła panika. Nikt nie pchał się do szalup. Nikt nie płakał. Nikt nie był nawet przerażony. Tylko Lydia się bała, gdyż wiedziała, że coś pójdzie nie tak. Wszystko, co do tej pory przeżyła, uodporniło ją w niezwykły, nieco przerażający sposób. Lecz strach przed wodą nie zmalał ani trochę. I ktoś o tym widział.

Idąc w kierunku burty, jeszcze raz sprawdziła, czy nóż znajduje się na swoim miejscu. Sama wybiorę sposób, w jaki zginę.

Szalup – zwykłych, drewnianych łodzi – było tyle, że mogliby zabrać załogę jeszcze jednego statku. Lydia znalazła się na końcu kolejki. Spoglądała w twarze pasażerów, dziwnie podekscytowane, jakby katastrofa była dla nich kolejną turystyczną atrakcją. Kilku mężczyzna chciało ją przepuścić, lecz nie zgodziła się na to.

Przydzielono ją do łodzi z człowiekiem, którego dotąd nie widziała ani razu na pokładzie. Ale znała jego twarz.

Przez ostatnie dziesięć dni umarła dziesięć razy, a każde z tych zdarzeń wbiło się w jej psychikę niczym bełt kuszy w ludzkie ciało.

Hamakowy wieszcz głosił wielką wodę, która zmyje najwyższe góry, i dokładnie tak wyglądał jej trzecia śmierć.

Gdy zasiadła do lektury w poniedziałkowy wieczór, książka przeniosła ją w miejsce tak niezwykłe, że aż usiadła z wrażenia. Znalazła się na wąskiej górskiej ścieżce, która wiła się spiralnie wokół strzelistej góry, wyższej niż jakiekolwiek wzniesieni na Ziemi. Szczyt ten bynajmniej nie stał samotnie, otaczały go dziesiątki mu podobnych, równie wysokich. Spoglądając w dół, dostrzegła jedynie grubą warstwę chmur, unoszącą się kilka kilometrów niżej. Zawiał wiatr, tak silny, że ledwo utrzymała się na nogach. Przez donośny świst przebił się męski głos.

– Wielka woda już nadchodzi! – zawołał siedzący na ścieżce przeraźliwie chudy człowiek. Miał ogoloną głowę, ubrany był w szare szaty. – Od tak dawna nie zasmakowałem jadła.

– Co znaczy wielka woda? Jaka woda może podmyć te szczyty? – zapytała naiwnie. Mnich nie odpowiedział.

Pomyślała, że musi wejść wyżej, gdyż tam będzie bezpieczniej. Wędrowała godzinami, a na swej drodze spotykała kolejnych mnichów, równie chudych, lecz milczących. Gdy była już na samym szczycie, po prostu zaniemówiła. Chmury rozpędził wiatr i rozciągał się przed nią widok na setki kilometrów. Ujrzała skalny las gór, który sprawiał wrażenie, jakby wyrastał wprost z powietrza, ogromne rzeki, które wydawały się cieńsze niż ludzki włos, i nieprawdopodobnie rozległe lasy z nieskończoną liczbą drzew. Widzę całą planetę.

Było też morze, które z tej wysokości przypominało kałużę. Nieduży zbiornik. Nie ma w nim tyle wody, by zalać te góry. Myliła się. Łamiąc wszelkie prawa, jakimi rządził się świat, pojawiła się monstrualna fala, która rosła i rosła. W końcu przed Lydią ukazała się ściana wody, tak wielka, że kobieta nie potrafił objąć jej wzrokiem. Przynajmniej nie utonę, a zginę od uderzenia. Znów się myliła. Fala opadła niedorzecznie delikatnie, zabierając ją ze sobą. Pod powierzchnią wody widziała rzeczy niezwykłe i przerażające, które tonęły wraz z nią. Były tam dorobki całych cywilizacji, monumentalne budynki, gigantyczne posągi, kilometry dróg. W zasięgu wzroku Lydii przepływały całe utopione miasta. Woda nie oszczędziła także natury. Pojawiały się połacie lasu porwane wraz z ziemią. Olbrzymie góry, większe od tych, które obserwowała przed chwilą, płynęły tak swobodnie, jakby nic nie ważyły. Patrzyła to na wszystko tylko przez moment, gdyż jej płuca wypełniła woda. Miotała się, dusiła, krzyczała bezgłośnie. Po chwili, która zdawała się trwać wiek, utonęła, i było to najstraszliwsza ze wszystkich śmierci.

Czwarta wizja, jakby dla równowagi, była mało spektakularna. Kobieta znalazła się w niewielkiej, pustej, pozbawionej drzwi celi, oświetlanej promieniami słonecznymi, wpadającymi przez małe okno. Gdy wyjrzała na zewnątrz, ujrzał jedynie niebo. Siedziała w zamknięciu cały dzień, a jedyną rozrywką było obserwowanie ruchu słońca. Mam tu umrzeć z głodu – domyśliła się. Nie godziła się na taką śmierć. Zaczęła uderzać głową o ścianę, aż zalała ją krew. Wykrwawiła się w niespełna godzinę.

Gdy zasiadła do lektury po raz piąty, przeniosła się do wnętrza pasażerskiego samolotu lecącego nad pustynią. Młoda stewardessa, wyglądająca jakby żywcem wyjęta z arabskiej baśni, zapytała po angielsku, czy podać jakiś napój. Lydia zamówiła najmocniejszy alkohol. Upiję się i stracę przytomność.

Zaczęła obserwować pozostałych pasażerów – niektórzy spali, inni czytali gazety lub książki, jeszcze inni toczyli ożywione dyskusje.

– Wyznam pani, że boje się latać – powiedział siedzący obok niej otyły mężczyzna. – Wiem, że to głupota. Katastrofy lotnicze zdarzają się rzadko, prawda? – Wlepił w nią przerażone oczy.

– Mam pana uspokoić? Mam obiecać, że nie dojdzie do katastrofy? – Grubas pokiwał z głową. – Nie mogę tego zrobić. Co więcej, mam dziwne wrażenie, że akurat ten samolot za chwilę się rozbije. – Choć miał tego wszystkiego serdecznie dość, była dziwnie spokojna. To przez tę pustynię. Gdybym znów miała utonąć, chyba najpierw dostałabym zawału.

– Ale jak to się rozbije? – Jej rozmówca naprawdę się przeraził. W tym momencie samolot wpadł w turbulencje. Mężczyzna zaczął krzyczeć, a wkrótce dołączyły do niego kolejne głosy.

– O, właśnie tak – powiedziała z uśmiechem, za co szybko się skarciła. A jeżeli to prawdziwy człowiek? I za chwilę naprawdę zginie? Wątpiła w to.

Samolot trząsł się z taką siłą, jakby zaraz miał się rozpaść na kawałki. Opadły maski tlenowe. Przynajmniej ta śmierć będzie szybka – pomyślała. I znów się pomyliła.

Lydia, jako jedna z siedmiu osób, przeżyła katastrofę. Wśród rozbitków byli ludzie różnych narodowości i w różnym wieku, ale wolała rozróżniać ich na podstawie poniesionych obrażeń. Nie chciała poznawać swych towarzyszy, nie chciała się przywiązywać, gdyż wiedziała, że wszyscy wkrótce zginą.

– Powinniśmy tu poczekać na ratunek. Mamy wodę, jedzenie i cień – przemówił mężczyzna z odłamkiem w ramieniu.

Są mądrzejsi od ludzi, których poznałam w poprzednich miejscach.

– A jeśli ratownicy nas nie odnajdą? Musimy ruszyć przez pustynię – zaproponowała kobieta ze szramą na twarzy.

No, może nie wszyscy.

W ciągu godziny przekonała się, że cała szóstka to skończeni idioci. Zabrali zapasy, jakby planowali popołudniowy wypad na plażę, i w środku dnia ruszyli przez pustynię. Lydia nie miała ochoty im towarzyszyć, ale po namyśle uznała, że może być całkiem zabawnie. Nabierała coraz większej pewności, że wszyscy ludzie, których spotyka w tych pokręconych światach, nie są prawdziwi. Oczywiście oprócz tamtego człowieka z kuszą, ale on wydawał się być odrębną historią.

– Cholera, gorąco jak w piekle. Zginiemy tu – powiedział mężczyzna z odłamkiem w ramieniu w kolejnym przypływie racjonalnego myślenia.

– Przetrwamy – zapewnił staruszek z okaleczoną ręką. – Już wkrótce zobaczymy roślinność.

Tak, całe ogrody. Ogromne i piękne. Piętrowe.

Wędrowali pół dnia w palącym słońcu. Piasek parzył jak rozgrzana patelnia. Staruszek z okaleczoną ręką padł z wyczerpania jako pierwszy, lecz nikt się tym nie przejął. To idioci, ale ja nie jestem lepsza. Mogłam zostać przy samolocie, a wybrałam się z nimi – stwierdziła, coraz bardziej wyczerpana. Wrak dawno zniknął za horyzontem. Pozostało błękitne niebo, palące słońce i piaskowe wydmy. Najpiękniejszy i jednocześnie najsmutniejszy obraz świata.

Zmierzch zapadł szybko, a wraz z nim nadszedł mróz. Lydia, patrząc na usłane tysiącami gwiazd niebo, poczuła się jak w Grenie. Opatuliła się w swe ubranie, wznosząc modły o ukąszenie jakiegoś żerującego nocą skorpiona. Wiedziała jednak, że tak się nie stanie. Taka śmierć byłaby zbyt szybka.

Na wpół pogrążona we śnie po raz ostatni spojrzała na skąpaną w mrokach nocy pustynię i ujrzała postacie, które niczym zabłąkane duchy kroczyły w świetle gwiazd. Szły pieszo, ubrane w białe szaty. Ich spojrzenia wędrowały ku niebu, obserwowali gwiazdy. Lydia dostrzegła kobietę, która prowadziła za rękę chłopca i niosła niemowlę. Nieznajoma spojrzała na Lydię oczami, w których lśniły gwiazdy. Było w nich coś niezwykłego, jakaś nieopisana mądrość.

Po chwili ta niezwykła karawana zniknęła za wydmami i towarzyszącej im zasłonie ciemności.

Drugiego dnia podjęli wędrówkę z samego rana. W mgnieniu oka pustynia rozgrzała się do czerwoności. Wtedy właśnie przyszyły istoty z głowami sokołów.

Wyłaniały się zza wydm niczym jacyś okrutni słudzy solarnego boga i rozszarpywały zawsze jedną osobę. Lydia, która zaczęła podchodzić do tego wszystkiego z dziwną obojętnością, znów poczuła paraliżujący strach. Kiedy istoty wyłaniały się wśród piasków, poruszały się tak szybko, że nie była w stanie dokładnie im się przyjrzeć, a gdy już pochwyciły ofiarę, widok był tak okropny, że odwracała wzrok.

Dopadły kobietę ze szramą na twarzy, a po kilku chwilach chłopca z obciętym uchem. Następnie rozszarpały mężczyznę z odłamkiem w ramieniu, po nim kobietę z raną nogi i chłopca ze złamaną ręką.

Lydia została sama. Szła przed siebie, coraz bardziej wyczerpana, aż w końcu stwierdziła, że to bez sensu. Usiadła na piasku i czekała. Była tak odwodniona, że wręcz oczekiwała na pojawienie się sokolich istot, lecz one nie przyszły. Po niecałej godzinie zmarła z wyczerpania.

Podczas szóstego czytania Lydia przeniosła się do ogrodu, który porastał fragment nieznanej jej krainy. Było to ogromne miejsce, gęsto porośnięte przeróżnymi drzewami, krzewami oraz dziesiątkami gatunków kwiatów. Wyglądało jak olbrzymia mozaika, na której artysta zdecydował się umieścić wszystkie kolory świata. Ogród otaczały fragmenty rozsypujących się murów. Tam, gdzie ich nie było, wydawał się ciągnąć w nieskończoność. Jedynym pewnym punktem odniesienia był piękny pałac, który wznosił się nieopodal niczym milczący olbrzym.

Lydia nie była tam sama. Przywitało ją troje osób, kobieta oraz dwaj mężczyźni, z których jeden był wyjątkowo szkaradny, a drugi wyjątkowo potężny. Nie poznała ich imion, jednego nazwała więc Brzydki, a drugiego Wielki.

– To nie jest zwykły ogród – zaczął tłumaczyć jej Brzydki. – Musimy dostać się na wyższy poziom. Ja próbowałem już trzykrotnie, i za każdym razem ginąłem na pierwszym. To prawdziwa tortura.

– Ja byłem już na trzecim – wtrącił Wielki – ale dalej nie dałem rady. Ten cholerny Ogrodnik jest nie do przejścia.

Dowiedziała się, że ogród ma pewną liczbę poziomów, lecz nikt nie wiedział, ile ich jest. Każdy był innego rodzaju wyzwaniem. Kto ginął, zaczynał od początku. Pierwsze piętro, na którym obecnie się znajdowali, najeżone był różnego rodzaju śmiertelnymi pułapkami. Doświadczenie jej towarzyszy na nic się jednak zdało, gdyż zasadzki wciąż zmieniały swoje położenie lub ustępowały miejsca innym.

Ruszyli przed siebie, przecinając przepiękne czerwono-białe pole, które porastały tulipany, konwalie, orchidee i róże. Róż był najwięcej i wszystkie mieniły się czerwienią. Kwiaty rosły tak gęsto, że każdy stawiany krok przychodził im z trudem.

– Pułapka musi zostać uaktywniona – szepnęła jej kobieta – i to nasza jedyna szansa. Gdy ktoś dokona aktywacji, najlepiej uskoczyć w bok.

Pole kwiatów ustąpiło miejsca rzędom wysokich drzew owocowych, u podnóża których rosły maleńkie storczyki. Z każdej strony widać było fragmenty żywopłotów, które dawno nie widziały ręki ogrodnika. Dlatego że Ogrodnik jest na trzecim piętrze – pomyślała z niepokojem.

– Szukajcie schodów – rozkazał Wielki.

Lydia zobaczył je jako pierwsza. Choć nad jej głową rozciągało się bezchmurne niebo, była skłonna uwierzyć, że gdzieś nad nimi znajduje kolejny ogród. Postąpiła krok naprzód i uruchomiła zapadnię. Uskoczyła z krzykiem, podobnie jak Wielki, jednak pozostała dwójka nie miała tyle szczęścia. Z ziemi wyrósł drewniany pal, wysoki na metr, z którego wystrzeliły cztery ogromne ostrza. Ułamek sekundy później zakręciły się wokół pala z ogromną szybkością. Lydia dostrzegła kątem oka, co stało się z Kobietą i Brzydkimi, lecz szybko odwróciła głowę. To było jeszcze gorsze niż rozszarpanie przez sokolego potwora.

Gdy byli już przy schodach, Wielki zatrzymał ją dłonią i pierwszy ruszył w ich kierunku. Po chwili odwrócił się, chwycił Lydię za rękę i oboje upadli na ziemię. Nad ich głowami przeleciało kilkanaście małych, aczkolwiek śmiertelnie ostrych strzałek. Wielki pomógł jej wstać.

– Dziękuję – zwróciła się do mężczyzny, który natychmiast się zarumienił.

Ogromne, wykute w brunatnym piaskowcu schody wznosiły się spiralnie ku niebu.

– Co jest na drugim piętrze? – spytała Lydia, bardziej zaciekawiona niż przestraszona.

– Różnego rodzaju pokusy. Nie możesz im ulec, bo zginiesz.

Pokusy. Zastanawiała się, czy nie zakończyć tego absurdu na drugim poziomie. Taka śmierć nie powinna być straszna. Odrzuciła tę myśl. Była zbyt zawzięta. Chciała przejść wszystkie piętra. Może wtedy przyjdzie sukinsyn z kuszą i zdążę go zapytać, co to wszystko ma znaczyć.

Drugie piętro było tak piękne, że Lydia przez długą chwilę podziwiała je, oniemiała z wrażenia. Rosły tam tysiące roślin, drzew i krzewów, których nigdy wcześniej nie widziała. Były tu kwiaty, wyrastające wprost z powietrza, a każdy ich liści mienił się dziesiątkami kolorów. Przybierające fantastyczne kształty krzewy wyrastały na jej oczach niczym na przyspieszonym filmie. Widziała też drzewa, których pień rozszczepiał na kilkanaście mniejszych, a każdy z nich miał własną koronę.

W środku tego niezwykłego świata paliło się niewielkie ognisko. Lydia skierował tam swe pierwsze kroki. Obok ognia leżała czerwona książka.

Spal ją – przemówił wewnętrzny głos. – Koszmar się skończy, a ty wrócisz do domu. – Chwyciła wolumin i uniosła nad ognisko. Pomarańczowe języki odbijały się na okładce, tańcząc do tylko sobie znanej pieśni. Nie. Prawdziwa książka leży w moim domu. Ruszyła dalej.

Nie potrafiła zliczyć wszystkich pokus, które na nią czekały. Bogaty książę powiedział, że jest władcą pobliskiego pałacu, a to jego ogrody. Zaproponował, by Lydia została jego księżniczką. Zmarli rodzice czekali na nią pod złotym drzewem, prosząc by z nimi została, gdyż bardzo tęsknią. Jakiś człowiek, wyglądający jak dawny osadnik, chciał wyjawić jej wszystkie sekrety z historii Grenie.

– Nic nie wiesz, Lydio! Boisz się wody, ale jeśli zanurzysz głowę w jeziorze, ujrzysz skrywaną tajemnicę! – zawołał, gdy odchodziła.

Odmawiała wszystkim, aż w końcu ujrzała przed sobą schody na trzecie piętro. Wielki stanął przy niej z zaczerwienionymi od płaczu oczyma. Miała wrażenie, że jest to pierwsza prawdziwa osoba, którą spotkała w tych dziwacznych światach. Oczywiście poza sukinsynem z kuszą.

Trzeci poziom wydał się jej niezwykle ubogi. Rosły tu jedynie równo przystrzyżone żywopłoty.

– Ogrodnik się nimi zajmuje – oznajmił Wielki. – Kawał drania. Zawsze mnie tu dopada. Jego przewaga polega na tym, że zna to miejsce, podczas gdy my błądzimy.

Lydia szybko zorientowała się, że żywopłoty tworzyły rozległy labirynt. Wędrowali na oślep, gdyż każdy kierunek wydawał się identyczny. Wpadła na pomysł.

– Powinniśmy użyć…

– Metody prawej ręki? Nie ma na to czasu podczas ucieczki.

I wtedy usłyszeli odgłos sekatora.

Ogrodnik wyłonił się zza zakrętu. Okazał się olbrzymim mężczyzną, większym od towarzysza Lydii. Odziany był jedynie w stare, podarte spodnie, jakby chciał pokazać całemu światu swe pokryte bliznami cielsko. Niósł sekator, tak olbrzymi, że mógłby nim ścinać drzewa.

– Uciekaj! – zawołał Wielki. Odwrócili się i wbiegli w koleją ścieżkę labiryntu.

– Powinniśmy się rozdzielić! – krzyknęła, a jej towarzysz przytaknął.

Odbiła w lewo, podczas gdy Wielki podążył na wprost. Skręciła w kolejną uliczkę i jeszcze jedną.

Ogrodnik podążał za nią. Nie słyszała go, lecz była tego pewna. Biegła tak długo, aż wydawało się, że ścigający ją olbrzym nie ma szansy powtórzyć tej kombinacji skrętów, lecz on pojawił się za jej placami. Był niezwykle szybki. Biegnąc za Lydią, wyprostował ręce i skierował sekator ku jej głowie. W tym momencie Wielki uderzył go całym swym ciałem.

– Uciekaj! – zdążył krzyknąć. Ogrodnik wstał i szybkim ruchem nożyc obciął mu głowę.

Lydia biegła, losowo wybierając kierunki, raz nawet zatrzymała się i zawróciła, co uratowało jej życie, gdyż kolos po chwili wyłonił się zza kolejnego zakrętu.

W końcu ujrzała schody. Wbiegła na nie w akompaniamencie rozgniewanego ryku Ogrodnika i upadła na ziemię.

Była na czwartym piętrze. Boże, nie, tylko nie to. Wodny ogród. Wszędzie dokoła rosły morskie rośliny. On wie. Mężczyzna z kuszą wie, czego najbardziej się boję. Miejsce zaczęła zalewać woda. Lydia mogła walczyć, lecz była zbyt przerażona. Gdzieś nad nią wznosiły się kolejne piętra ogrodu, lecz wiedziała, że nigdy tam nie dotrze. Usiadła na ziemi i w przerażeniu czekała, aż morska woda wypełni jej płuca.

Siódme zetknięcie z książką sprawiło, że przeniosła się do sali tortur. Był to ciemny loch, oświetlany jedynie przez kilka świec. Stali tam mężczyźni, wszyscy ubrani w długie, szare szaty. Gdy jeden z nich wskazał na Lydię palcem, zaczęli między sobą żartować, prawdopodobnie po łacinie.

Poddawali ją najróżniejszym torturom – łamali, rozciągali, bili. Całe to zajście było tak koszmarne, że jej umysł zamazał większość wspomnień.

Zapamiętała jednak moment, gdy zaczęli rozmawiać, prawdopodobnie o smokach, gdyż wychwyciła słowo „draco”. Czy to kolejna tortura? Nie umiała logicznie myśleć. Potem poczuła, że uderzyli w nią czymś ciężkim. Po chwili wychwyciła kolejne, jeszcze bardziej przerażające słowo – „aqua”.

Podczas czwartej godziny podtapiania umarła z wycieńczenia i przerażenia.

Podczas ósmego czytania znalazła się na skraju lasu. Nie był to jednak taki las, jaki rósł w Grenie. Nie był to też żaden z lasów, które znała z przeróżnych przyrodniczych programów. Wydawał się całkowicie inny, lecz jeszcze nie wiedziała dlaczego. Na lewo drzewa ustępowały miejsca niewielkiemu zbiornikowi wodnemu. Usiadła na jego brzegu i czekała. Nie miała ochoty walczyć, znów ogarnęła ją obojętność. Ostatnie miejsce niemal doszczętnie ją złamało. W głowie wciąż słyszała własny krzyk rozchodzący się wśród kamiennych lochów. Tu przynajmniej jest ładnie.

I wtedy dostrzegła małe stado wielkich zwierząt podchodzących do wodopoju. Jak one się nazywały? Kiedyś dużo czytała na ten temat. Euoplocefale? Chyba tak. Kilkumetrowe olbrzymy piły wodę, machając masywnymi ogonami. Nie wywarło to na niej żadnego wrażenia. Czuła się coraz bardziej wyprana z emocji. Odwróciła się i odeszła w stronę lasu.

Późna kreda stała się jej domem. W tym niezwykłym środowisku postanowił zwalczyć postępującą apatię. Widziała rzeczy, o którym nie śniło się najwybitniejszym paleontologom. Sypiała w lesie, gdzie zbudowała sobie schronienie kilkanaście metrów nad ziemią. Żywiła się rzeczami, których nie potrafiła nazwać, co często przypłacała kłopotami zdrowotnymi. Uciekała przed wielkimi drapieżnikami, nie bojąc się śmierci. Stała się elementem krajobrazu podobnie jak inne mieszkające tu zwierzęta.

Mijały kolejne dni, miesiące, lata. Straciła rachubę czasu. Grenie, biblioteka i czerwona książka stały się jedynie mglistymi pojęciami z poprzedniego życia.

A gdy był już gotowa przyjąć to życie jako swoje własne, zasnęła i obudziła się w swoim domu. Dopadł mnie we śnie. Nie wiedziała tylko, czy dinozaur, czy sukinsyn z kuszą. W ciągu kilku chwil wróciła do dawnego życia.

Podczas dziewiątego czytania zdarzyło się coś naprawdę dziwnego. Pierwsze zapisane w książce wyrazy brzmiały: – „W dniu, w którym odbywał się jarmark, świeciło słońce”, lecz nie znalazła się na żadnym jarmarku. Pojawiła się pośrodku lasu, skąd widziała jezioro Grenie. Nigdy jednak tu nie była. Jestem na północnym brzegu – domyśliła się. Przed nią spomiędzy drzew wyrastała wysoka kamienna wieża. Wejście usytuowano na końcu niedużych schodów, wyżej Lydia zauważyła kilka łukowych okien. Otoczony blankami szczyt rozświetlało dziwne pomarańczowe światło. Budowla zaskakująco dobrze komponowała się z okolicznym terenem.

Nagle pojawił się przed nią mężczyzna, który wcześniej zastrzelił ją z kuszy. Tym razem trzymał strzelbę. Lydia była tak zdezorientowana, że nie wykonała żadnego ruchu. Nieznajomy stanął przed nią z przepraszającą miną.

– To nie to, co powinnaś była zobaczyć – stwierdził i strzelił w jej serce.

Oczekiwany jarmark pojawił się przy dziesiątym czytaniu. Odbywał się na rynku jakiegoś współczesnego miasta. Dziesiątki straganów uginało się pod ciężarami rozmaitych produktów, a w tle, na okrągłej scenie, grał zespół muzyczny. Tłum ludzi przemieszczał się wąskimi uliczkami, przypominając zalewającą miasto falę.

Lydia zajęła ławkę, naprzeciwko stoiska z zabawkami. Przesiedziała tam ponad godzinę, obserwując podekscytowanych ludzi. Mam tu umrzeć z nudów? Nigdzie nie było wody, co bardzo ją uspokoiło. Niemal nie przejmowała się tym, co miało nastąpić. Dziwne jak człowiek do wszystkiego się przyzwyczaja.

Chudy mężczyzna w obcisłej bluzce stanął przed Lydią, ściskając w ręku wielką, zabawkową broń. Powinni zakazać ich sprzedaży. Dzieciaki biegające z pistoletami zawsze ją przerażały. Mężczyzna bardzo się denerwował, po jego czole spływały krople potu. Jego broń… Nie zdążyła dokończyć myśli. Chudzielec zaczął strzelać do otaczających go ludzi. Martwe ciała padały na ziemię. Strzel do mnie – prosiła w myślach, w chwili gdy wbiegła mu pod lufę. Wiedziała, że to jeden z mniej bolesnych rodzajów śmierci. Jednak mężczyzna chwycił ją, przyłożył pistolet do głowy i zaciągnął do budki, w której sprzedawano słodycze. Zasłonił okna.

– Milcz albo cię zabiję! – ryknął do Lydii, a następnie uchylił firankę i zaczął nerwowo obserwować okolicę.

– Dobrze – powiedziała, powstrzymując śmiech.

– Z czego tak się cieszysz?

– Powiedziałabym, ale kazałeś mi milczeć.

Zamachowiec patrzył na nią wytrzeszczonymi oczami.

– Teraz każę ci mówić.

– Bo to jest takie zabawne. Niby to ja jestem ofiarą, ale gdy mnie zastrzelisz, wrócę do swojego domu, wypiję kawę i, przykryta ciepłym kocem, obejrzę serial w telewizji. A ty zostaniesz w tym jarmarczym świecie. Czeka na ciebie mała, chłodna cela i banda napalonych współwięźniów. – Zaczęła się śmiać. – No dalej, strzelaj.

– Jesteś mi potrzebna. Muszę się dostać na statek.

– Czyli nie strzelisz, tak? – stwierdziła, wciąż się śmiejąc, i jednym szybkim ruchem wyrwała mu broń. Twarz mężczyzny tak się zarumieniła, że trudno było go dostrzec na tle czerwonej firany. Chwilę później rzucił się na Lydię i oboje wylądowali na podłodze. Broń wypaliła. Kilka sekund później zamachowiec znieruchomiał. Kobieta wstała i w tym momencie przez całą budkę przeleciało kilkadziesiąt pocisków. Policjanci. Myślą, że mnie zastrzelił – stwierdziła, patrząc na swe podziurawione ciało. Co za oferma nimi dowodzi, do cholery? Aliton? Osunęła się na podłogę.

Jedenasty raz i znów wielka woda. Lydia bała się od pierwszej chwili na statku. Teraz bała się podwójnie, lecz wiedział, że to jej wielka szansa.

Kilkadziesiąt szalup ratunkowych rozproszyło się po morzu zostawiając za sobą tonącą sylwetkę statku. Kobieta nie odrywała wzroku od człowieka, który siedział naprzeciwko niej. Był to strzelec, który zabił ją już dwukrotnie, w jaskini i pod wieżą. Po raz pierwszy zdołała dokładnie mu się przyjrzeć. Ujrzała młodego mężczyznę o jasnych, krótkich włosach i pospolitej twarzy. Do bólu przeciętny człowiek – oceniła. Pomijając to, że jest znakomitym strzelcem.

Łódź kołysała się łagodnie wśród fal, a każdy ruch wywoływał u Lydii strach. Nawet największy dinozaur, którego spotkał w lasach kredy, nie zdołał jej na tyle przerazić.

– Będziemy tak płynąć, czy od razu mnie zastrzelisz? – Jeśli go sprowokuję, może mnie zabije. Wówczas nie utonę. Przynajmniej nie dziś.

– Jak ci się podobały ostatnie dni, Lydio? – zapytał.

– Trochę stresujące, ale ile atrakcji! Mogę zapytać, co to było? Po co to robisz?

– Nie ja – sprawiał wrażenie dotkniętego – tylko Ten Który Rozdziela.

– Ten Który Rozdziela? To jakiś pracownik poczty?

Mężczyzna spojrzał na nią z politowaniem.

– Trochę szacunku dla starszej osoby.

– On ma jakieś imię? Ten rozdzielacz?

– Ma, lecz nie umiałbym go wymówić. Ty również nie. – Zamilkł na chwilę, jakby starał sobie coś przypomnieć. – Imię to pochodzi ze starego języka, który dawno już wymarł.

Nic z tego nie miało dla niej sensu.

– W takim razie po co to robi? Po co zabija ludzi?

– O innych nie powinnaś się martwić. Zostali stworzeni podobnie jak światy, w których żyją. Nie są prawdziwi. Ja zresztą też. Zostałem wykreowany, by cię prowadzić i nie pozwolić ci przekroczyć progu kreacji. – Spojrzeli w lewo. Obok przepływała łódka, na pokładzie której siedziała dziewczynka w białej sukience. Wciąż trzymała w ręce kulkę, machając im z uśmiechem. – Kto więc tu mówi o zabijaniu? – podjął. – Żyjesz, Lydio. Nikt dotąd nie zginął.

Zginęłam, sukinsynu, dziesięć razy.

– Zapytam po raz trzeci, po co to wszystko?

– Książka, którą posiadasz, nie powinna należeć do ciebie. Oczywiście docenia się, że przyniosłaś ją do osady, ale nie powinnaś jej dłużej trzymać. Przekaż ją dalej, a to wszystko się skończy.

– Komu?

– Imię i nazwisko jest zapisane na ostatniej stronie.

– Mam pozwolić, by ktoś inny tak cierpiał?

Mężczyzna westchnął zrezygnowany.

– Ty cierpiałaś, gdyż musieliśmy cię zmusić do oddania książki. Teraz ktoś wykorzysta ją w innym celu.

– W jakim celu?

– Tego nie wiem.

– A jeśli tego nie zrobię?

– Wtedy, Lydio, czekają nas kolejne wspólne chwile. Co powiesz na kreacje, w których będziesz przebywać setki lat? Będzie w nich oczywiście dużo wody. – Kobieta zaczęła się trząść. Pomyślała o nożu. Sprawdziła delikatnie ręką, czy wciąż jest na swoim miejscu. Kieszeń była pusta.

– Rozumiem, możesz mnie teraz zabić – odpowiedziała zrezygnowana.

– Skoro pojęłaś, nie ma takiej potrzeby – stwierdził uprzejmie i uśmiechnął się. Po chwili na horyzoncie pojawił się ląd. Płynęli po jeziorze Grenie. Dobili do brzegu, mężczyzna pomógł jej wysiąść z łódki. Była jeszcze jedna rzecz, która nie dawała jej spokoju.

– Co to była za wieża?! – krzyknęła, gdy nieznajomy już odpływał.

– Pomyłka. Staruszek pokazał ci coś innego. Nie jest już w pełni sił i czasami się myli.

Z jakiegoś powodu słowa te śmiertelnie ją przeraziły.

Cztery kilometry dzielące jezioro od Grenie pokonała biegiem, chcąc jak najszybciej przeczytać zapisek widniejący na ostatniej stronie. Powiedział, że ten ktoś wykorzysta książkę w innym celu. Może niepotrzebnie się martwię? A co jeśli kłamał? Wyobrażała sobie swych sąsiadów biegnących po piętrowych ogrodach, torturowanych w podziemnym lochu czy wiszących na hamakach wśród ostrzy. Wpadła do domu, wbiegła na piętro i podniosła książkę z podłogi. Otworzyła na ostatniej stronie i przeczytała dwa widniejące tam słowa.

Usiadła na łóżku, zakryła twarz dłońmi i zaczęła płakać.

 

 

Rozdział 9

Opowieści z dawnych dni

 

– Rano wskoczył mi na głowę, obudził mnie, a potem chciał się bawić – opowiadała ucieszona Elia. Trzy dni temu rodzice podarowali jej szczeniaczka, labradora, którego dostali od pani Efetn. Od tamtego czasu dziewczynka nie opuszczała go ani na krok. Chciała zabrać pieska na dzisiejszą wyprawę, ale Kai jej nie pozwolił.

– Trzeba go oduczyć tego wskakiwania. Jak dorośnie, stanie się to niebezpieczne – stwierdził jej brat.

– Rano pogonił tego ptaka, który zamieszkał pod moim oknem. Było mi przykro, bo to miłe zwierzątko. Dokarmiam je z ręki. Jaki to ptak? – spytała niosącego ją Kaia.

– Sroka, z tego co widziałem.

– Ta sroka ma teraz domek pod moim oknem i zostanie w nim przez zimę – stwierdziła z dumą.

– Marc, też zrobisz u nas taki domek? – Asper spytała brata, a on przytaknął, zamyślony.

Choć dzień był pochmurny i w każdej chwili mogło zacząć padać, całą szóstką wybrali się na kolejną wyprawę. Jej celem była Pierwsza Osada, a właściwie to, co po niej pozostało. By tam dotrzeć, najpierw należało przejść przez rzekę. Stary, drewniany most, wzniesiony przed osiemdziesięciu laty, zawsze przerażał Elię. Chwiał się, skrzypiał przerażająco, a co najgorsze, wisiał bardzo wysoko nad powierzchnią wody, by umożliwić przepłyniecie łodziom. Gdy Elia była bardzo mała, mama zabroniła jej przechodzić na druga stronę. Twierdziła, że nie ma tam nic ciekawego. Ale dziewczynka nie słuchała. Choć się bała, czekał tam na nią niezwykły i zakazany świat.

Tam właśnie spotkała białego potwora.

Pokonując most po raz pierwszy od czasu wypadku, czuła, jak mocno bije jej serce. Choć była w towarzystwie tak wielu osób, a jej brat miał pistolet, nie potrafiła stłumić strachu.

Artur przekroczył most jako pierwszy. Elia bacznie obserwowała każde drzewo, gdyż biały stwór mógł wyskoczyć zza jednego z nich. Nic takiego się nie stało i po chwili również ona znalazła się na drugim brzegu.

Następnie ruszyli na północny wschód, w kierunku dawnej osady. Nie prowadziła tam żadna ścieżka, lecz każdy znał drogę. Elia, wędrując samotnie lub w towarzystwie Asper, nigdy nie zapuszczała się do samej polany. Gdy była jeszcze malutka, przyszli tu w szóstkę i Marc, Artur oraz Kai znów zaczęli opowiadać te straszne historie. Jedna z nich mówiła o duchach Pierwszych Osadników, które po dziś dzień wędrują po polanie. Elia popłakała się i Kai musiał zabrać ją do domu. Teraz była już większa, przeżyła spotkanie z potworem i nie straszne jej były takie opowieści. Ale sama bym tu nie przyszła, nawet gdybym mogła chodzić. Znów posmutniała. Szybko przypomniała sobie, że musi być dzielna. Wiedziała, że gdy ona się smuci, smucą się także jej bliscy.

Polana, na której przed wiekami wzniesiono Pierwszą Osadę, miała kształt zbliżony do koła o średnicy niemal czterystu metrów. Już dawno powrócił tu las, lecz był mniej gęsty, dzięki czemu granica dawnej wioski pozostała widoczna. Grupa badaczy, która odnalazła opuszczoną osadę, naliczyła niemal sto domostw. Do dziś na powierzchni terenu zachowało się jedynie kilka kamiennych fragmentów zabudowań, głównie pieców. Kai powiedział jej kiedyś, że osadę pochłania ziemia. Kopiąc w dowolnym miejscu, można tu natrafić na przeróżne skarby. Gdy Elia była mała, do Grenie przyjechali archeolodzy, lecz z niewidomych przyczyn bardzo szybko opuścili to miejsce. W poprzednie lato sami urządzili wykopaliska, tuż przy północnej granicy polany. Odnaleźli stare naczynia, lecz nigdzie nie było złotych monet, które obiecywał Artur.

Rozłożyli koce w środku dawnej osady, gdzie drzewa nie rosły tak gęsto. Otaczała ich nieprzenikniona historia. Elia znów zaczęła się bać. Obserwowała ruiny, zastanawiając się, czy naprawdę mieszkają tu duchy Pierwszych Osadników. Estela tymczasem wyjęła wielki kosz z jedzeniem i zaczęła wszystkich częstować.

– Twój tato powiedział, że będziemy mieli wodociąg – zwróciła się do Esteli Elia. Kilka dni temu Rost Aliton chodził od domu do domu, ogłaszając swój niespodziewany sukces.

– Tak, nie pytajcie mnie, jak to załatwił, musiał użyć jakiejś czarnej magii, że przekonał tego sztywniaka.

– Sztywniaka? – spytała Elia.

– Mojego szefa – odpowiedziała, dławiąc się owocem. – Ojciec jest ostatnio jakiś dziwny. Ale dzięki temu mam to. – Wyjęła z kosza jakieś papiery. – Nie zauważył, że mu je podwędziłam.

– Co to jest? – spytał Marc.

– Moja opowieść, ale chcę ją zostawić na koniec.

Ręce Elii pokryły się gęsią skórką. Dlaczego starsi tak lubią przerażające historie? Dlaczego opowiadają je w strasznych miejsca? Nie wiedziała. Może dowie się, gdy dorośnie.

– Ja mogę zacząć. Przygotowałem się – powiedział dumnie Artur. – Znam całą historię Cole’a Fortela. Najsłynniejszego seryjnego mordercy w historii Grenie.

– Najsłynniejszego? – zdziwił się Kai. – Przecież był tylko jeden.

– A Szwendacz? – bronił się.

– Nic mu nie udowodniono – odparł, lecz Artur go zignorował.

– No więc, moja opowieść to historia Cole’a Fortela. Przyjechał do Grenie w latach trzydziestych, chyba w 1934 roku. Zamieszkał na ulicy Pierwszych Osadników, w domu, który obecnie należy do Lydii Ortos. Miał wtedy może trzydzieści lat i nikt nie znał jego przeszłości. Nikt nie wiedział nawet, skąd pochodził. Zatrudnił się w hodowli, którą wspólnie prowadzili nasz prapradziadek, Cart Wolron, i któryś Nadaj, nie wiem, który. Być może syn lub wnuk Nadaja założyciela. Pewnego dnia mój pradziadek zniknął. Rozumiecie? Fortel go zabił, nikt do dziś nie wie dlaczego. Moim zdaniem chciał przejąć interes. Ciała nigdy nie odnaleziono. Mógł zakopać je gdziekolwiek, na przykład pod czyimś domem lub nawet na tej polanie. Być może szkielet leży dokładnie pod nami i słucha tej opowieści.

– To był nasz przodek – zwrócił mu uwagę Marc. – Nie żartuj z niego.

Elia bardzo się bała. Spojrzała pod koc, by się upewnić, że nie ma tam wystającej z ziemi trupiej ręki. Tymczasem Artur kontynuował:

– Nie było dowodów, więc nikogo nie oskarżono. Myślę, że wielu podejrzewało, iż Cole zabił swojego pracodawcę. Ale najgorsze miało dopiero nadejść. Przyszła zima, bardzo sroga. Przez niemal całą dobę wypełnioną ciemnością, chłodem i śniegiem zmarznięci ludzie chowali się w swoich domach. Na taką okazję czekał ten skurwysyn. Nocami wędrował po zaśnieżonym Grenie, wchodził przez okna do domów i mordował mieszkańców we śnie. Niektórzy wierzą nawet w legendę, że narzędziem zbrodni był sopel lodu. Strącał go z dachu i wbijał w nieszczęśnika. Wiecie, taki sopel to świetna sprawa. Łatwo pozbyć się dowodu, bo sam się roztopi. Pierwszą zimową ofiarą okazała się jedna z córek Hara Alitona, założyciela. Ludzie byli przerażeni. Czuwali w oknach, zabierali psy do swych pokojów, ustawiali straże, lecz to wszystko było zbyteczne. Kolejne morderstwo nie nastąpiło. Aż do następnej zimy. Mroźną nocą Cole znów wszedł do jednego z domów i zabił mężczyznę imieniem Gosrel. Był to nowy mieszkaniec, który przyjechał do Grenie w czasie poprzedniego lata. Morderstwa znów ustały na cały rok. Podczas kolejnej zimy zabito Claudię Mesten, córkę Harta Mestena, kojarzycie którego?

Elia i Asper pokiwały przecząco głowami. Dziewczynka słyszała co nieco o tym człowieku, lecz zawsze była to okazja, by poszerzyć wiedzę. Artur zaczął wyjaśniać.

– Hart Mesten był jednym z założycieli osady. Wszyscy śmiali się, że to pierwszy grenijski ekolog. Choć sam był kiedyś drwalem, porzucił ten zawód i ostro sprzeciwiał się wycinaniu drzew. Opowiadał, że kiedyś, pracując w tej okolicy, wszyscy jego towarzysze zostali przemienieni w sosny i świerki, co miało być karą za karczowanie. Całe godziny spędzał w lesie. Twierdził, że towarzyszy swoim ludziom, których zawiódł. Miał żonę i trzy córki. Dwie dorosły i wyjechały na południe, trzecia tu została. To właśnie ją zabił Cole’a, ale stary Mesten już wtedy nie żył. W każdym razie to było ostatnie morderstwo. Wiosną znaleziono ciało Cole’a pozbawione głowy. Od tamtej pory zimowe zbrodnie ustały. Koniec – oznajmił z zadowoleniem.

– To ma być cała historia? – zaśmiał się Marc. – Jest dziurawa jak sito.

– Niby dlaczego? – oburzył się Artura.

– Po pierwsze, nawet nie wiemy, czy to on zabijał. Ktoś mógł zrobić z niego kozła ofiarnego. Po drugie, nie dowiedzieliśmy się, dlaczego to robił. Po trzecie, nie wiemy, kto go zabił.

– Jeśli ciało odnaleziono bez głowy, to skąd wiadomo, że to był Cole? – zapytał Kai.

– Późnij natrafiono i na głowę, leżała w pobliżu rzeki – opowiedział Artur. – Dobra historia?

– Średnia – stwierdził Marc.

– Proszę, opowiedz lepszą – rzucił wyznanie bratu.

– Dobrze, opowiem o Szwendaczu.

– To każdy zna – parsknął Artur.

– Znacie ? – spytał Marc.

Elia nie znały szczegółów tej historii. Słyszała o Szwendaczu, raz kiedyś nawet widziała go z daleka, lecz wszystko, co o nim wiedziała, było zbiorem legend, domysłów i strzępków informacji o wątpliwej rzetelności. Mówiono, że Szwendacz jadł dzieci, dlatego wygnano go z Grenie, i od tamtej pory mieszkał w upiornej chatce położonej w głębi lasu.

– Szwendacz był wnukiem Harta Mestena – zaczął Marc.

– Jest wnukiem – poprawił go brat.

– Nie sądzę, by jeszcze żył. Jego matką była córka Mestena, ta, którą zamordowano trzeciej zimy. Młody Szwendacz został drwalem, tak jak kiedyś jego dziadek. Wyręb lasu w tamtym okresie bardzo odżył, drwale zbudowali nawet swoją chatkę na południowy wschód od wioski. W uwolnionym od Fortela Grenie życie znów zaczęło toczyć się leniwie. Aż do początku lat czterdziestych, kiedy to znaleziono pozbawioną głowy kobietę. Była ta jedna ze sióstr któregoś Sqona. Ofiarę znaleziono wiosną, w lesie. Wszystko wskazywało na to, że zabójstwo to dzieło nowego seryjnego zabójcy. To był jednak koniec morderstw w Grenie. Tymczasem ludzie zaczęli ginąć w innych miejscowościach. W młodym wówczas Astarnort, w Pertak i Wspólnej Woli. Niekiedy otrzymywano sygnały o zabójstwach z jeszcze odleglejszych miast. Aliton – zwrócił się do Esteli – twój pradziadek, zauważył, że w czasie popełniania kolejnych zbrodni Szwendacza nigdy nie było w wiosce. I to wystarczyło. Drwal mieszkał samotnie na ulicy Pierwszych Osadników, tam gdzie dziś stoi ruina. To jeden z domów zbudowanych przy zakładaniu osady, wcześniej należał do jego dziadka. Mieszkańcy postanowili dokonać samosądu. Zebrali się niemal wszyscy, a dowodził nimi Aliton. Był tam też nasz dziadek i babcia.

– A nasi dziadkowie? – spytał Kai.

– Jeśli dobrze zapamiętałem, twoja babcia nie brała w tym udziału.  Została w domu. Ale twój dziadek i jego rodzice stali na czele pochodu.

– Pewnie wziął te swoje widły – westchnął Kai.

Elia coraz bardziej gubiła się w tym wszystkim. Pomyślała, że zapyta o to babcię.

– Pochód wkurzonych mieszkańców dotarł pod dom Szwendacza. Sam Szwendacz, widząc to, wyskoczył przez okno i uciekł do lasu. Niektórzy zaczęli go szukać, lecz działo się to w październiku. Po omacku nie mieli szans znaleźć człowieka, który w lesie spędził całe swe życie. Ci, którzy pozostali, między innymi wasz dziadek – zwrócił się do Elii i Kaia – rozgrabili i zdemolowali jego dom. Do dziś pozostaje niezamieszkany i straszy na wjeździe do Grenie.

– A co potem stało się ze Szwendaczem? – spytała Elia.

– Podobno zamieszkał w lesie. Nikt nie wie, jak udawało mu się przetrwać zimy. Po jakimś czasie drwale przenieśli się w inną część lasu i porzucili chatę. Wówczas Szwendacz w niej zamieszkał. Od tamtego czasu można było go spotkać, gdy chodził po lesie, czasami pojawiał się w samym Grenie. Ludzie przeganiali go, ale nikt nie chciał go zabić. Tylko w gromadzie byli silni. A może powodem było to, że morderstwa wciąż się zdarzały, a ludzie nie sądzili, by ten zarośnięty, ledwo żywy człowiek był do nich zdolny? Z czasem stał się po prostu elementem krajobrazu, niegroźną ciekawostką i postrachem małych dzieci. Niektórzy zapomnieli, dlaczego wygnano go z osady, a inni nie chcieli tego pamiętać. Ostatni raz widziano go przed dwoma laty. Nikt nie wie, co się z nim obecnie dzieje ani gdzie się znajduje. Pewnie nie żyje. – Marc zamilkł na chwilę. – Opowiedział mi to kiedyś tata.

Zapadło długie milczenie.

– Jeśli był niewinny, to straszne, co go spotkało – stwierdziła Estela.

– Prawie to rozgryzłem – rzucił Artur, zaciskając zęby. – Były dwie fale mordów i dwaj mordercy. Ale żadnemu nic nie udowodniono. Może był trzeci morderca? Mógł za każdym razem znajdować kozła ofiarnego.

– A może obaj byli winni i nie ma w tym większej filozofii – rzucił Marc. – Teraz ty Estela? – Dziewczyna pokręciła głową, więc to Kai musiał przedstawić kolejną historię.

– Tę opowieść usłyszałem wiele lat temu od babci. Jej bohaterem jest Ronal Estrov.

– To będą nudy – stwierdził Artur, lecz Kai go zignorował.

– Wszyscy wiemy, że Estrov był słynnym podróżnikiem, który w trzecim tomie swoich „Pamiętników z wypraw” rozpływał się nad tutejszą przyrodą.

– On i jego opisy przerażają mnie bardziej niż obaj tamci mordercy razem wzięci – wtrącił Artur. – Rozumiem, że jezioro jest ładne, że rzeka jest fajna, a lasy piękne, ale pisać o tym przez pół książki? Gdy w szkole kazali mi to przeczytać, rzuciłem kurestwem po dziesięciu stronach. Chciałem dorwać streszczenie, ale jak streścić dwieście stron opisów drzew? I dostałem pałę.

– Twoje traumatyczne przeżycia dogłębnie nas poruszyły – odezwała się Estela – ale mógłbyś dać mu dokończyć opowiadanie.

– Estrov urodził się w 1766 roku. Mając trzydzieści lat, wydał swe pierwsze pamiętniki, które stały się bardzo poczytną lekturą. Zapewniły mu miejsce wśród literackiej elity i fundusze na kolejne wyprawy. Pięć lat później wydał kolejny tom, który okazał się równie wielkim sukcesem. W roku 1814 gromadził już materiał do trzeciego tomu i właśnie wtedy nadarzyła się okazja, by dołączył do grupy przyrodników, która wyruszyła na nasze tereny. Estrov zawsze tak robił, dołączał się do innych, czym ograniczał koszty, a w zamian czytał im swoją twórczość.

– Biedni ci jego towarzysze – wtrącił Artur. – Jak to się stało, że słuchając jego wypocin, żaden z nich nie zdecydował się zostawić go na jakimś samotnym szczycie albo jaskini? – Nikt mu nie odpowiedział.

– A więc Estrov przybył w pobliże jeziora Grenie. To właśnie ta grupa odnalazła opuszczoną Pierwszą Osadę. Okolica zachwyciła go do tego stopnia, że Grenie stało się głównym tematem nowej książki. W roku 1820 wydał trzeci tom pamiętników, ten, który wszyscy znamy. W latach trzydziestych Estrov był już nieprzyzwoicie bogaty, nie tylko dzięki literaturze, ale także przedsięwzięciom, w które inwestował. Kupił własny statek – parowiec boczno kołowy, którym wyruszył na kolejną wyprawę. Nikt nie wiedział dokąd, nawet jego żona. Nigdy z niej nie wrócił. To wszystko znane fakty, lecz słyszałem legendę, której przynajmniej pierwsza cześć wydaje się bardzo wiarygodna. Estrov zakończył swoje pamiętniki na trzecim tomie, gdyż podobno żadne inne miejsce nie potrafiło dorównać temu, co zobaczył w Grenie. Całe życie marzył, by znów się tu wybrać. Wiecie, jak nazwał swój statek? Zorza polarna. I ponoć dopiął swego. W roku 1836 popłynął na swym parowcu w górę rzeki Grenie, aż dotarł do jeziora. I wtedy stała się tragedia. Statek zatonął, być może doznał jakiegoś uszkodzenia, przyczyną mogła być także eksplozja kotła. Estrov pozostał u nas na zawsze.

– Skąd ktoś miałby znać tę historię? – spytał Marc. – W tych latach nikt tu nie mieszkał.

– Stąd, że podobno ten statek wciąż pływa po naszym jeziorze. Czasami, stojąc na brzegu, można dostrzec na horyzoncie sylwetkę parowca. Bywa, że podpływa tak blisko, iż da się odczytać jego nazwę, a kto przyjrzy się jeszcze dokładniej, dostrzeże staruszka stojącego na pokładzie, który trzyma w ręku notatnik i zafascynowany wpatruje się w przyrodę. Czasami statek dobija do brzegu i zabiera nieszczęśnika, który go zauważył. Taka osoba już po wieczność będzie pływać po jeziorze w towarzystwie dawno zmarłych osób.

– Po wieczność z tym nudziarzem? – odezwał się Artur. – Nigdy już nie pójdę nad jezioro.

– Znasz kogoś, kto został zabrany przez statek? – spytała Estela.

– Nie, ale nad jeziorem często znikali ludzie – stwierdził Kai.

Elia bardzo się bała. Wielokrotnie bywała nad brzegiem Grenie, lecz nigdy nie dostrzegła niczego podejrzanego. A jeśli mnie zabiorą, gdy kiedyś odwiedzę to miejsce? Nawet nie będę mogła uciec. Znów posmutniała.

Estela rozprostowała strony, które wciąż trzymała w dłoniach, a następnie przemówiła:

– Skoro Kai już zraził nas do jedynej atrakcji, na jaką możemy liczyć w promieniu wielu kilometrów, pozwólcie, że przedstawię to.

– Co to? – spytał Artur.

– Listy Jeremiasza Hodsa. Nie oryginalne, ale przetłumaczone i przepisane, by wyzbyć się archaizmów. Jeremiasz Hods – zaczęła wyjaśniać – szlachcic, który zamieszkał tu w czasach Pierwszej Osady. Słał listy do rodziny, i w końcu je mam. Musiałam wykraść ojcu – wyjaśniła rozpromieniona. – Hods napłodził ich chyba kilkanaście, lecz do dziś zachowały się tylko te dwa. Jeden z roku 1674, był to jeden z pierwszych, ale nie pierwszy, i drugi z roku 1676, zapewne jeden z ostatnich. Potem pokłócił się z rodziną i przestał je pisać. No to zaczynam.

 

Kochani,

Bardzo dziękuję za waszą odpowiedź. Cieszy mnie, że sprawy przyjęły taki obrót. Przekażcie Polowi, że nie mam nic przeciwko jego prośbie.

 Gdy piszę te słowa, z okna widzę zachodzące słońce, które już wkrótce pozwoli ciemności okryć osadę. Widzę też ludzi, pogodnych, serdecznych i silnych, gdyż tak ukształtowała ich ta kraina. Traktują mnie z życzliwością, o jakiej nawet nie mogłem marzyć. Dziś znów byłem na polowaniu, szło mi dobrze, Greo bardzo mnie chwalił. Życie w tym miejscu coraz bardziej do mnie przemawia, choć początek nie był łatwy. Wciąż nie daje mi spokoju zamek, który odwiedziłem pierwszego dnia, i ludzie, których tam spotkałem. To było dziwne doświadczenie. Ten mężczyzna, wciąż widzę go przed swymi oczyma. Nikomu nie wspomniałem o moim przeżyciu, gdyż nie wiem, jak mogliby zareagować. Ale uważnie słucham. Nikt do tej pory nie wspominał o tamtym miejscu.

Wczoraj po raz kolejny odwiedziłem jezioro. Jego widok nieustannie mnie fascynuje. Szkoda, że tak rzadko tam łowimy. Wówczas miałbym pretekst, by częściej je odwiedzać. Powiedziałem „my” i coraz częściej tak właśnie się czuję.

Tęsknie za wami każdego dnia. Jeśli zdecyduję się tu pozostać na stałe, będę często was odwiedzał. Obiecuję.

Jeremiah Hods

 

– Niezbyt wylewny facet – stwierdził Artur. – Dłuższe listy to ja piszę do szkoły pod przymusem. Ale o jaki zamek mu chodziło?

– Nie mam pojęcia – stwierdziła Estela. – Raczej byśmy nie przeoczyli całego zamku.

– Zwłaszcza że autor trafił tam na samym początku – zgodził się Kai. – A przynajmniej tak twierdzi. Kiedyś słyszałem, że tym listom nie należy wierzyć, bo z Hodsa był niezły bajkopisarz.

– Nie wiem. Może – odparła dziewczyna. – Drugi jest jeszcze lepszy. Słuchajcie. – Zaczęła czytać.

 

Droga rodzino,

Piszę, by poinformować was, że Ysenia spodziewa się dziecka. Jesteśmy z tego powodu bardzo szczęśliwi. Liczę, że i wy dzielicie moją radość, choć padło wiele gorzkich słów. Ysenia chciałaby was kiedyś poznać, a ja wciąż marzę, by odwiedzić rodzinny dom. Jeśli będzie to syn, chciałbym go nazwać Krisof, na cześć naszego wielkiego bohatera. Nie wiem tylko, czy nie urażę tym moich braci. W końcu to imię jest dla nas niemal święte. Jeszcze to przemyślę.

Gdy piszę te słowa, nocne niebo rozświetlają niezwykłe smugi, które widać tylko daleko na północy. Cóż za piękne zjawisko! Moi bracia, widząc je, otwarcie się radują. Twierdzą, że to dowód świadczący, iż Ten Który Rozdziela czuwa nad nami.

Lecz targają mną coraz większe wątpliwości. Dzieją się tu ostatnio bardzo złe rzeczy. Dwaj myśliwi urządzili niedawno polowanie. Nie na zwierzynę, lecz na innego myśliwego. Starym zwyczajem przywiązano ich do drzew i pozostawiono zwierzętom. Anyę, staruszkę, którą wszyscy wielbi, znaleziono martwą. Na jej ciele widniały rany, dziwne i niepokojące. Nikt nie wie, co mogło je zadać. Nad jeziorem zaginęła kolejna osoba. Greo chce złożyć ofiarę białemu stworowi, by ten zostawił nas w spokoju. Ludzką ofiarę. Wielu go popiera, lecz nie ja. To nic nie da.

Wciąż mam przed oczami mężczyznę, którego spotkałem w zamku. „Kim jesteś, panie, że muszę ci się kłaniać?” – spytałem go, lecz nie doczekałem się odpowiedzi.

Wkrótce miną trzy lata, od kiedy tu jestem.

Jeśli sytuacja będzie się pogarszać, ja i Ysenia opuścimy osadę. Liczę, że mógłbym ją sprowadzić do was, do domu.

Niedawno, podczas pisania tego listu, usłyszałem czyjś krzyk. Ciekawość i strach walczą w mym umyśle. Ciekawość zwycięża, kończę więc mój list. Liczę na waszą szybką odpowiedź.

Jeremiah Hods

 

Gdy Estela czytała list, Elia drżała z przerażenia. Biały stwór. Kai trawił słowa w milczeniu, a Artur przerażony rozdziawił usta.

– No, kto chętny wyjaśni, o co chodzi w tym liście? – Estela rzuciła wyzwanie. – Ale przynajmniej wiemy, że ludzie ginęli nad jeziorem jeszcze przed katastrofą Estrova, więc ten statek to bujda.

– Biały stwór, to ten, co mnie zaatakował – wydukała Elia. Marc i Estela spojrzeli na nią zszokowani.

– Nie powiedziałeś im? – Kai zwrócił się do Artura.

– Myślałem, że… no nie wiem – chłopiec z trudem formułował słowa.

Elia opowiedziała im o wszystkim. A gdy skończyła, przemówił jej brat.

– Wiem, że się boicie, ale my nie żyjemy w siedemnastym wieku. Myślę, że mamy wszelkie środki, by takiego stwora zabić. Jeden dobry strzał i po wszystkim.

– Chyba cię pogięło – odezwał się Artur. – Sam sobie poluj.

Marc milczał. Estela spoglądała współczująco na Elię.

Stwór, który mnie zaatakował, był znany już przed wiekami. W jaki sposób pokonać takie stworzenie? Dziewczynka jeszcze raz spojrzała na ruiny. W którymś z tych domów mógł mieszkać ten pan. Chciał wyjechać, lecz nie zdążył. Co się z nimi stało? Czy lew dopadł i jego? Dawna polana wydała jej się jeszcze bardziej przerażająca.

Gdy wracali do wioski, niesiona przez brata dziewczynka zakryła twarz, by nikt nie widział, że płacze. To wszystko przeze mnie. Spotkało ją tak wielkie nieszczęście, a wkrótce mogą zacząć cierpieć kolejne osoby. Zabronię mu tego polowania, ale gdy wrócimy do domu, bo tu będzie się wstydził mnie posłuchać.

Jej myśli powędrowały nagle do zeszłorocznego letniego dnia. Beztrosko biegała z Kaiem po lesie, a gdy nastał wieczór, usiadła z babcią w ogrodzie, by wysłuchać jej opowieści.

– W każdej legendzie jest ziarnko prawdy – powiedziała wówczas staruszka – lecz historie o Grenie to nie legendy, to prawda, którą ktoś zdołał zapamiętać i przekazać.

Elia znów zaczęła się bać.

 

 

Rozdział 10

Sentyment

 

Artur Wolron pojechał do Porastrii, miasta, w którym osadzona była jego matka, obrażony na cały świat.

Poprzedniego dnia postanowił znaleźć towarzyszy do tej wyprawy. Podczas poszukiwań najpierw ogarnęło go rozczarowanie, następnie złość, potem bezsilność, aż w końcu górę nad pozostałymi emocjami wziął smutek.

– Nie, Arturze. Nie pojadę tam. I ani się waż zabierać Asper – odpowiedział mu Marc.

– Czy wyglądam, jakbym stęsknił się za tą wariatką? – zapytał nieprzyjemnym tonem wuj Viset.

– Przepraszam, ale jutro będę pracował z tatą w warsztacie – powiedział Kai.

Dziś rano był już tak zdesperowany, że wpadł na pomysł, by poprosić któregoś z kandydatów na wójta. Łudził się, że będą chętni wyciągnąć pomocną dłoń, licząc na jego głos.

– Nie da rady, chłopcze! – krzyknął do niego Alwen z pokładu kutra, który kołysał się na wodach rzeki Grenie. – Łowimy dziś do późna.

Rosta Alitona nie zastał w domu, ale była w nim Estela.

– Właśnie jadę do pracy, przepraszam – powiedziała. – Ale mogę ci potowarzyszyć do Astarnort.

Wyjechali autobusem, pozostawiając za sobą budzącą się ze snu wioskę. Gdy pojazd zbliżył się do ruiny, z której przed laty przegnano Szwendacza, Artur przyjrzał się uważnie, jakby zobaczył ją pierwszy raz. Oczami wyobraźni przywołał obraz sprzed niemal czterdziestu lat – rozwścieczony tłum przybywa pod dom, domagając się głowy gospodarza, przerażony Szwendacz ratuje życie, wyskakując przez okno, a następnie ucieka do lasu, ciemne sylwetki bezskutecznie tropią go w ciemnościach, podczas gdy pozostali rujnują jego dom. Ciekawe, którym oknem wyskoczył? Z zamyślenia wyrwała go Estela.

– …w ogóle wybył gdzieś rano. – Artur domyślił się, że chodzi o jej ojca.

– Gdzie?

– Pewnie doglądać budowy wodociągu. Już kopią, na razie przy rzece. Mówię ci, to cudowne. Wiesz, co to znaczy mieć miesiączkę bez dostępu do bieżącej wody?

– Nie, chyba nie wiem. Ale miałem kiedyś potężną biegunkę.

Estela roześmiała się tak, że o mało nie spadła z siedzenia.

– Tylko nie wdawaj się w szczegóły – poprosiła.

– Marc by tak nie powiedział, co nie? Stwierdziłby, że ma problemy żołądkowe.

– Marcowi by ręka odpadła, a nie dałby po sobie poznać – powiedziała z uznaniem.

Artur poczuł ukłucie bólu. Od dawna kochał się w dziewczynie brata. Próbował zwalczyć to uczucie, lecz łatwiej byłoby chyba ściąć drzewo zębami. Zazdrościł Marcowi, z każdym dniem coraz bardziej. Ciekawe, czy Kai też się w niej podkochuje? – zastanowił się.

Wysiedli pod Urzędem Miasta, skąd Artur wyruszył na południe w kierunku dworca kolejowego. Jedyny peron jak zwykle świecił pustkami. Czekała na nim jedynie garstka pasażerów, a wzdłuż torów kroczył bezdomny. Szwendacz – pomyślał ze zgrozą, lecz to nie był on. Zbyt młody, by zabijać od pół wieku. Kloszard podszedł do eleganckiej kobiety, która odgoniła go, głośno przeklinając. Za jej plecami wyrósł mężczyzna, prawdopodobnie mąż, przystojny i ubrany w drogi garnitur. Sama jego obecność sprawiła, że bezdomny momentalnie czmychnął w kierunku wyjścia. Ja, Estela i Marc – pomyślał ze smutkiem, obserwując tę niezwykłą trójkę.

Pociąg zajechał na peron z głośnym świstem. Artur trafił do przedziału z chudą kobietą, obok której siedział olbrzymi pies. Zwierzę cały czas spoglądało na Artura, oblizując się wielkim jęzorem. Cholera, on mnie zaraz zje – pomyślał przerażony. By nie myśleć o zwierzęciu, skupił się na podziwianiu okolicy.

Przejeżdżali obok niedużego jeziora, na brzegu którego zbudowano kilka domostw. Przy Grenie wygląda jak kałuża – stwierdził z satysfakcją. Po chwili wjechali na wiadukt, pod którym biegła droga do Pertak. Z tego miejsca rozciągał się widok na dziesiątki hektarów pól uprawnych, które mieniły się różnymi odcieniami złota. Artur wiedział, że kiedyś wypalano lasy, by zrobić miejsca pod uprawy. Zastanawiał się, dlaczego nie zrobiono tego w Grenie. Doszedł do wniosku, że leży zbyt daleko na północy, za pewną granicą, której wskazać nie potrafił.

Wielki pies zaszczekał tak gwałtownie, że Artur podskoczył, uderzając o rozkładany stolik. Do przedziału wszedł konduktor. Widząc zwierzę, nagle zbladł. Chłopiec zaczął zastanawiać się, czy nie sprawić sobie takiego psa. To dobra inwestycja. Nie musiałbym kupować biletu, a nikt nie odważyłby się mnie wyrzucić z pociągu. Konduktor sprawdził bilet kobiety, a Artura zostawił w spokoju. Musiałby wyciągnąć rękę, a ta mogłaby zostać w przedziale.

Porastrię dzieliło od Astarnort  ponad dwieście kilometrów. Była wielkim miastem, liczyła niemal osiemdziesiąt tysięcy mieszkańców. Na tyle dużo, by zbudować tam więzienie. Artur nie był pewien, czy zostanie do niego wpuszczony bez opieki dorosłego. Zdecydował, że znów będzie kłamał w kwestii wieku. By uwiarygodnić oszustwo, od tygodnia się nie golił.

Ostatni raz odwiedził matkę przed czterema miesiącami. Wówczas także wybrał się samotnie. Mama powtórzyła mu, że jest niewinna, a on dał wiarę jej słowom. Czasami wydawało mu się, że jest jedyną osobą na świecie, która w to wierzy. Najbardziej bolał go fakt, że Marc tak łatwo uznał jej winę.

Artur miał dwanaście lat, gdy w pewne majowe popołudnie wracał z rodzeństwem i Estelą ze szkoły. Dziewczyna, która jeszcze wtedy nie spotykała się z jego bratem, pożegnała ich na skrzyżowaniu. Ruszyli dalej ulicą Pierwszych Osadników. To dziwne, ale pamiętał każdy krok postawiony w drodze do domu. Słońce ukazało się wtedy zza chmur, oświetlając ulicę złotym blaskiem, jakby chciało mieć swój wkład w ich ostatnią chwilę szczęścia. Asper śmiała się w głos, gdyż była wówczas wesołą i głośną siedmiolatką. Dopiero po śmierci ojca zamknęła się w sobie i niemal przestała mówić. Marc szedł beztrosko, mówiąc o jakichś głupotach, którymi obecnie z pewnością nie zaprzątałby sobie głowy. Był zmuszony wydorośleć w jednej chwili. Tylko wuj Viset się nie zmienił. Od zawsze był leniwy i opryskliwy. Tamtego strasznego dnia przebywał w jednym z warsztatów, setki kilometrów od Grenie.

Cała trójka wbiegła do domu, w którym panowała martwa cisza.

– Mamo! – zawołała Asper. – Artur wciąż miał przed oczami obraz siostry, która dziarsko wkracza do pokoju – widzi ją, gdy się zatrzymuje, przez chwilę stoi niepewnie, a następnie zaczyna krzyczeć, tak przerażająco, że zapewne usłyszeli ją w całej wiosce. Artur z Marcem natychmiast wbiegli do pokoju. Ich ojciec leżał martwy na podłodze, z jego piersi wciąż sączyła się krew. Rzucony na podłogę pistolet wskazywał lufą drzwi. Matka siedziała na czerwonej wersalce, zupełnie nieobecna. Nawet na nich nie spojrzała.

– Sentyment – wyszeptała tylko jedno słowo. Jedynie on je usłyszał, gdyż stał najbliżej.

Artur zaczął płakać. Chuda kobieta spojrzała na niego zaskoczona, lecz nie odezwała się ani słowem. Razem z psem opuścili przedział trzy stacje dalej, pozostawiając go samego. Dwie godziny później pociąg zatrzymał się w Porastrii.

Czekała go jeszcze krótka przejażdżka autobusem. Tym razem usiadł obok mężczyzny, który na rękach trzymał psa tak malutkiego i brzydkiego, że Artur w pierwszej chwili wziął go za szczura. To jakieś fatum. Piesek położył głowę na jego ręce i zasnął, unieruchamiając Artura na kolejne osiem przystanków. Gdy chłopiec dostrzegł budynek więzienia, wstał, budząc psa, który zaszczekał równie głośno jak olbrzym z pociągu.

Przechodząc wzdłuż grubych więziennych murów, poczuł ucisk w żołądku. Widok ponurego gmachu zawsze tak na niego działał. Stojący na wieży strażnik sprawiał wrażenie, jakby za chwilę miał zacząć strzelać do przechodniów, więc Artur przyspieszył kroku.

Pamiętał dzień, gdy po raz pierwszy przyjechał odwiedzić mamę w więzieniu. Przyprowadzono ją, lecz nie odezwała się ani słowem. Marc szybko wyprowadził Asper i Artur pozostał sam. Próbował z nią rozmawiać, lecz na nic to się zdało. W końcu zrezygnował i przesiedzieli w milczeniu do końca wizyty.

Klawisz nie zapytał o wiek. Zadzwonił na oddział i kazał poczekać. Po chwili Artur był już na szarym korytarzy prowadzącym do sali odwiedzin. Idąc ze strażnikiem, minął jedno z pomieszczeń, w którym trwały wizyty. Osadzone i ich bliscy siedzieli przy wspólnym stoliku, jedna z nich trzymała na kolanach małe dziecko. Poczuł uścisk w sercu, wiedząc, że zostanie poprowadzony dalej, do ciemnej sali, w której więźniów i odwiedzających dzieliła szyba, a rozmowy odbywały się za pomocą aparatów telefonicznych.

Ann Wolron siedziała za szklaną barierą wpatrzona w ścianę. Trzy lata izolacji sprawiły, że pulchna kobieta zamieniła się w ludzki szkielet, a jej włosy przybrały biały kolor. Najgorsze były jednak oczy, zupełnie puste, jak u lalki. Gdy Artur wszedł do pokoju odwróciła się i uśmiechnęła. Usiadł i podniósł słuchawkę. Strażnik znalazł sobie miejsce w kącie pomieszczenia i zaczął czytać gazetę.

– Arturek – powiedziała, dotykając dłonią szyby.

Przyłożył swoją.

– Cześć, mamo. Jak sobie radzisz?

– A Marc i Asper? Przyjechali do mnie?

– Nie, są bardzo zajęci. Ale przyjadą, na pewno. – Nie potrafił kłamać w żywe oczy, więc obrał sobie punkt na ścianie, tuż obok jej twarzy, w który wlepił spojrzenie. Czy zauważyła, że załgałem? Kłamanie matce było straszne, lecz powiedzenie prawdy byłoby jeszcze gorsze.

 – Co tam u was słychać? – zapytała. Zignorowała moje pytanie. Nie chce opowiadać o sobie.

– Asper bardzo urosła…

– To taka wesoła dziewczynka – stwierdziła jego matka.

Nie, już nie – pomyślał ze smutkiem.

– Marc wspaniale się nami zajmuje. Wciąż pracujemy w warsztacie, ostatnio jest bardzo dużo zamówień. W jedną niedzielę siedzieliśmy do północy, tak wielu mamy klientów.

– A Viset? Co u niego słychać?

– Pomaga nam, dużo… pracuje, dlatego mniej zajmuje się domem – kolejne kłamstwo, które musiał powiedzieć.

– Dużo bym dała, by być z wami. W Grenie. Czasami śnię o tym. To piękny sen. Co słychać w wiosce?

 – Ostatnio wiele zmian. Kai sprowadził się do nas na stałe. – A jego siostra stała się kaleką. – Mamy nowego sąsiada. – Który sprzedał dorobek kilku pokoleń Nadajów. – Budują nam wodociąg – Aliton i Alwen wkrótce skoczą sobie do gardeł. – Marc wciąż widuje się z Estelą. – Którą kocham.

– To cudownie – zamyśliła się. – Jak tam w szkole?

– Teraz są wakacje, ale niedługo zaczynam ostatni rok nauki. – Czeka tam na mnie sadysta ze złamaną nogą. Będzie się mścił i to nie tylko na Kaiu.

To cudownie.

– Mamo… – muszę to w końcu zrobić – mamo, wiem, że jesteś niewinna, ale powiedz mi, kto to zrobił.

Ann Wolron milczała tak długo, że Artur stracił już wszelką nadzieję. Jej puste oczy wydawały się wypełnić czymś, czego nie potrafił nazwać.

– Ona… – odezwała się powoli.

– Ona?

– Ona… nie była… z tego świata.

– Powiedz coś więcej. Kim ona była? – Artur ścisnął słuchawkę tak mocno, że ta mogła pęknąć w każdej chwili. Nawet strażnik podniósł głowę znad gazety.

– Ona… powiedziała… że ma… sentyment do naszej rodziny – wydukała z trudem.

Później już tylko milczała, lecz nie oderwała dłoni od szyby. Artur również tego nie zrobił.

Wracając do domu, zastanawiał się, czy opowiedzieć o wszystkim Marcowi. Nie, i tak nie uwierzy – postanowił.

W drodze powrotnej na szczęście nie natrafił na żadnego psa. Gdy był już w autobusie jadącym z Astarnort do Grenie, zasnął oparty o szybę.

We śnie stał w ogrodzie rodzinnego domu. Niebo było pochmurne i wiał nieprzyjemny wiatr. Taki wiatr w samym środku lasu? – zdziwił się. Zaczął kropić lekki deszcz. Pod dziwnym kątem. Jakby z boku. Artur kroczył w kierunku starej furtki, na której dostrzegł tabliczkę z napisem „Wolron”. Była przekrzywiona. Próbował ją naprawić, lecz nie potrafił, aż w końcu wywieszka całkowicie się oderwała i upadła na ziemię. Wtedy zauważył ciało leżące przy ścieżce prowadzącej do zagrody Nadaja. To był jego prapradziadek, Cart Wolron, najmłodszy z założycieli osady. Artur rozpoznał go, gdyż wielokrotnie oglądał zdjęcie wiszące w salonie domu Alitonów. Twarz młodego człowieka wyglądała dokładnie jak na fotografii. Bardzo podobny do Marca, a także do mnie. Założyciel był martwy, z jego licznych ran wypływał krew, miał też poparzoną skórę. Deszcz przerodził się w śnieg, a ścieżka prowadząca do zagrody w polanę Pierwszej Osady. Zamordował go Cole Fortel – był tego pewien, choć nie wiedział dlaczego.

Nagle martwy odezwał się do niego:

– Twoja kolej. – Wskazał palcem Artura, który zaczął krzyczeć. Wrzeszczał z całych sił, a z jego oczu pociekły łzy. Obudził się. Znów był we wnętrzu autobusu.

– Spokojnie, chłopcze, kierowca o mało nie wpadł na drzewo, słysząc to twoje darcie – odezwała się Maria Halbes, pękata kobieta, która prowadził jedyny sklep w Grenie.

– Koszmar. Przepraszam.

– Co ci się śniło? – zapytała, spoglądając na niego z niesmakiem, jakby śnienie o czymś strasznym było niewybaczalnym grzechem. – Coś brzydkiego?

– Ano, pani mi się śniła.

Kobieta wymamrotała pod nosem litanię przekleństw, po czym odwróciła głowę.

Moja kolej. Ale na co?

Los szybko sprawił, że zapomniał o śnie.

Siedział oparty o szybę, obserwując las. Nagle drzewa zniknęły, a przed jego oczami wyrósł dom, należący niegdyś do Szwendacza. Ruina przerażała jak zawsze, lecz było coś jeszcze gorszego. W oknie zobaczył ludzką sylwetkę – starca, wędrującego po jednym z pomieszczeń.

Wrócił – pomyślał ze strachem Artur – i to nie do swojej chatki, ale do wioski.

 

 

Rozdział 11

Wyborczy wiec

 

Dziewięćdziesięcioletnia Tyana Efetn, najstarszy mieszkaniec Grenie, siedziała w bujanym fotelu, którego ruch przywodził na myśl tykanie zegara. Staruszka mieszkała z córką na ulicy Estrova w jednopiętrowym, szarym domu, osadzonym w obniżeniu terenu. Jego okna znajdowały się na poziomie chodnika i Rost czuł się, jakby przebywał w piwnicy. Ciepły wystrój wnętrza tylko częściowo rekompensował to uczucie. Czy ten dom zbudowano w niecce, czy to skutek osiadania budynku? – zastanawiał się.  A może zbudowano go w niecce, która od tamtego czasu się pogłębiła?

– Pan Alwen to taki miły człowiek – rozwodziła się staruszka, a na jej pomarszczonej twarzy pojawił się uśmiech. Przywołała Rosta palcem i zaczęła szeptać na ucho, jakby zdradzała wielki sekret: – Dziś przyniósł mi zakupy. To taki miły człowiek.

Ja przyniosłem ci je w zeszłym tygodniu, ale tego już nie pamiętasz – pomyślał rozgoryczony.

– Podpisze pani zgodę, by do tego domu podciągnięto wodociąg? To wielka wygoda – wyjaśnił spokojnie. Staruszka niemal nie opuszczała miejsca zamieszkania. Gdy nie było jej córki, potrzebowała pomocy przy najprostszych czynnościach, takich jak czerpanie wody ze studni.

– Panie, a na co mi wodociąg? Ja tyle lat przeżyłam i zawsze brano wodę z Grenie. A to wiadomo, co za paskudztwo do nas przypłynie tymi rurami?

Czy naprawdę czerpano wodę z rzeki zamiast ze studni? Czy to tylko jej wymysł? A może mówiąc Grenie, ma na myśli całą okolicę? Nie wiedział i wolał nie pytać, by nie ugrzęznąć w kolejnym potoku starczego bełkotu.

– Pani Tyano, to przecież będzie woda z naszej rzeki, dodatkowo oczyszczona.

– A to podpiszę. – Seniorka zrobiła parafkę na dokumencie.

– Wie pani, że zbliżają się wybory na wójta? Warto wziąć w nich udział.

– A kto kandyduje?

– Ja, Alwen i… Onelia Slant.

Wczorajszego wieczoru Onelia przyszła do jego domu i zgłosiła swoją kandydaturę. Rost Aliton był w szoku. Zdawał sobie sprawę, że starucha go nie cierpi, choć nie wiedział, z jakiego powodu. Wszystko to było bardzo dziwne. W co ona gra? Nie dawało mu to spokoju.

– Onelia to słodkie dziecko – stwierdziła Tyana.

Dziecko? Ona ma z sześćdziesiąt pięć lat.

– Czy weźmie pani udział w głosowaniu?

– Startuje Onelia, pan Alwen i kto?

– I ja.

– Pan? A to z jakiej racji? – zdziwiła się.

– Jestem Rost Aliton. Od pięciu pokoleń moja rodzina sprawuje ten urząd.

– Aliton? Znałam wielu Alitonów. Najwięcej wart był Frast. Zastał Grenie drewniane, a zostawił murowane. Niech spoczywa w pokoju.

– A więc prosiłbym, aby oddała pani na mnie swój głos – powiedział Rost, starając się przybrać miły ton, choć efekt był żałosny.

– Ale pan to jako wójt się chyba nie wykazał? – skarciła go. – Zagłosuję na pana Alwena albo na Onelię, to takie miłe dziecko.

Nawet dziewięćdziesięciolatka ze sklerozą pamięta, że do niczego się nie nadaję.

Wracając do domu, miał nieprzyjemność spotkać swojego konkurenta. Trosen Alwen był przystojnym mężczyzną, o krótkich, jasnych włosach; niedawno skończył trzydzieści lat. W porównaniu z nim Rost – dziesięć lat starszy, o ostrych rysach twarzy i początkach łysiny – nie prezentował się okazale. Prawdę mówiąc, nigdy nie był zbyt przystojny i zawsze powtarzał, że Estela odziedziczyła urodę po matce.

– Witam pana wójta – przywitał go uprzejmie, choć Rost odebrał to jako drwinę.

– Witam – nie miał zamiaru wdawać się w konwersację, lecz Alwen nie ustępował.

– Jak idą przygotowania do wiecu? Musisz się nieźle natrudzić, tworząc listę tych wszystkich sukcesów. Niech pomyślę… spóźniony wodociąg i… nic więcej?

Jest niesamowicie pewny siebie i ma rację. Nie mam szans go pokonać.

– Jestem dobrze przygotowany. Przedstawię swój program i niech ludzie zdecydują, kto powinien wygrać.

– Ty masz program, Rost? – zaśmiał się. – Chyba telewizyjny.

– Jak to możliwe, że jesteś takim podłym człowiekiem, a ludzie tego nie widzą? – zapytał gniewnie. – Grasz przed nimi? Udajesz, że jesteś lepszy niż w rzeczywistości?

Alwen nagle spoważniał.

– Niczego nie udaję, Rost. Jestem szczery. Osobiście nic do ciebie nie mam, ale spójrzmy prawdzie w oczy. Jesteś okropnym wójtem, nie potrafiłbyś nawet zorganizować wycieczki szkolnej. A mimo to wciąż kandydujesz. Dlatego moim obowiązkiem jest cię wyśmiać. Wiec już za dwa dni. Nie mogę się doczekać. – Uśmiechnął się.

– Ja również – odpowiedział i odszedł.

Rost wiedział, o co Alwen ma do niego największy żal. W zeszłym roku padł pomysł otwarcia firmy rybackiej, dzięki której grenijscy rybacy, w tym Alwen, uniezależniliby się od przełożonych z Astarnort. W wyniku zaniedbań Rosta firma upadła już po kilku miesiącach, a rybacy musieli z podkulonymi ogonami wrócić na swój stary kuter. Wójt bardzo przeżył tę porażkę, zapewne mocniej niż którykolwiek z nich.

W domu zastał Estelę i Marca Wolrona. Siedzieli w pokoju dziewczyny, niewielkim  pomieszczeniu na poddaszu, z którego rozciągał się widok na całą ulicę Estrova. Alwen mieszka w jeszcze wyższym budynku, z którego ponoć widać rzekę. – Sam nie wiedział, dlaczego o tym pomyślał. Czy naprawdę wciąż muszę się z nim porównywać?

Rost bardzo lubił Marca, który w jego oczach był niezwykle odpowiedzialny. Ponadto pochodził z jednej z najstarszych grenijskich rodzin.  Gdy wójt przywitał się z nimi, Estela od razu wyczuła jego ponury nastrój.

– Co tym razem? – zapytała troskliwie.

– Obie Efetny nie będą na mnie głosować.

– No i co z tego? Przegrasz, to przegrasz, nic na to nie poradzisz. Za bardzo się tym wszystkim stresujesz. Znalazłbyś sobie jakąś kobietę, to byś się trochę odprężył. Marc, zeswatamy mojego tatę z Lydią? Ona też jest sama. – Estela zachwyciła się własnym pomysłem.

To rodzinne, prapradziadek też chce mnie z nią zeswatać.

Ktoś zapukał do drzwi. Był to kierownik budowy wodociągu, sympatyczny i solidny mężczyzna, który od pierwszego dnia robót przypadł Rostowi do gustu.

– Kierowniku – budowlaniec zwracał się tak do Rosta, a on odwzajemniał się tym samym – można na chwilę? Mamy problem z wodociągiem.

Cholera, tylko tego mi brakowało. Ruszyli na miejsce budowy.

Nad rzeką, w miejscu, w którym wykarczowano fragment lasu, wznosił się już szkielet stacji uzdatniania wody. Zaczęto także kopać rów, w którym miał zostać umieszczony wodociąg. Wokół niego stali robotnicy. Nie pracowali. W milczeniu czekali na przybycie wójta. Przez całą drogę kierownik nie był pisnął ani słowa o tajemniczym problemie, co bardzo niepokoiło Rosta. Gdy stanęli nad krawędzią wykopu, mężczyzna wskazał coś jasnego na dnie.

– I co pan na to? – spytał. – Jest tego więcej. Całe cmentarzysko! Tu wszędzie walają się trupy.

Rost stał chwilę zszokowany. Dobry wójt powinien szybko podejmować właściwe decyzje.

– Od dawna tu leżą?

– Nie wiem, cholera – odparł kierownik. – Nie jestem ekspertem. Znaleźliśmy jakieś żelastwo, więc pewnie od dawna. – Zapalił papierosa, by się uspokoić. – I co mamy robić? Jak to zgłosimy, trzeba będzie zawiesić prace. Przyjadą archeolodzy i będą merdać pędzelkami, a niedługo zaczną się przymrozki, więc wodę będziecie mieli dopiero za rok.

Puste oczodoły czaszki wpatrywały się w Rosta z wyrazem pogardy. Co Har Aliton zrobiłby na moim miejscu?

– Nie zgłaszajcie tego. Trudno, kopcie dalej. Zmarłym już nie pomożemy, trzeba myśleć o żywych.

– Mądra decyzja, kierowniku – stwierdził, wrzucając niedopałek papierosa do wykopu.

Nad ranem Rostowi przyśniło się, że własnoręcznie kopie rów pod wodociąg.

Był środek nocy. Temperatura wydawała się letnia, a niebo przykrywała gruba, brunatna warstwa chmur. Wkrótce zbliżał się termin oddania inwestycji, a wójt miał przed sobą jeszcze tyle pracy. Nie mógł zawieść. Machał rytmicznie łopatą, przerzucając grunt, aż natrafił na coś twardego. Czaszka.

Jego przypuszczenia okazały się błędne. Nie wykopał trupa, a żywą osobę. Har Aliton stanął przed nim, otrzepując frak z ziemi.

– Witaj, Rost. Słyszałem, że nie szanujesz zmarłych – zarzucił mu prapradziadek.

– To nie tak… ja… – nie wiedział, co powiedzieć.

– Nie stękaj mi tu. Zrobiłeś, co musiałeś zrobić.

– Kim byli ci ludzie? Ci, których odkopano.

– Mieszkańcy Grenie, tacy jak ty czy ja. Mieszkali tu dawno temu. Ale nie przyszedłem, żeby gadać o przeszłości. – Założyciel osady podskoczył i usiadł na krawędzi wykopu. Teraz patrzył na Rosta z góry, machając nogami. – Co tym razem cię trapi?

– Mam problem z innymi kandydatami na stanowisko wójta. Alwen ma wielkie poparcie, z pewnością wygra – poskarżył się.

– Alwen, Alwen, niech pomyślę. Nie znam żadnego Alwena. Znam Nadaja, Wolrona, Mestena, Sqona i jeszcze Alitona. Pewnie kojarzysz tego ostatniego? Choć z tobą to nigdy nie wiadomo. Jest jeszcze wiele innych nazwisk, które kojarzę, ale Alwen? Pierwsze słyszę. Kim jest ten pan, że musisz mu się kłaniać? – powiedział, szczerząc zęby. W jego uśmiechu było coś, co zmroziło Rostowi krew w żyłach.

– Sprowadził się do Grenie przed siedmioma laty – wyjaśnił. – Ma żonę i dwójkę malutkich dzieci. Jest znakomitym rybakiem.

– Sqon był znakomitym rybakiem, a nie jakiś nędzny poławiacz – stwierdził, gładząc wąs.

Rost próbował podskoczyć i wydostać się z rowu, lecz nie potrafił. Został więc na dole, czując się jak na audiencji u jakiegoś zdziwaczałego monarchy.

– W jaki sposób mam wygrać te wybory? – zapytał zrozpaczony. – On jest czysty jak łza. Nie zdradza żony.

– Znasz tylko ten jeden sposób? A co uczynisz, jeśli twoi wrogiem będzie owdowiała staruszka? Też wpierw sprawdzisz, czy nie zdradza swej żony? Chwileczkę, przecież twoim przeciwnikiem jest owdowiała staruszka. Ty to masz ciężkie życie, Rost. – Zaśmiał się głośno.

– Nie wiem, co mógłbym zrobić. Jak go pokonać?

– Ty to naprawdę masz mózg wielkości ziarna fasoli. Obyś szybko zszedł z tego świata, bo twoja córka wydaje się bardziej rozgarnięta. – Har Aliton westchnął głęboko. – Ten twój Alwen… twierdzisz, że przyjechał tu przed siedmioma laty. A co robił wcześniej? Gdzie mieszkał?

– Nie wiem.

– No właśnie. Co skłoniło młodego człowieka, by zaszyć się na końcu świata? Domyślam się, że obecnego fachu nauczył się tutaj, prawda? Co takiego zrobił nasz drogi Alwen, że ukrywa swoją przeszłość?

– Jak mam się tego dowiedzieć?

– Jedź do Wrogelbit. Tam właśnie urodził się nasz drogi Alwen. Znajdź kobietę, która nazywa się Suzan Orchid. A co do reszty, mam nadzieję, że będziesz wiedział, co robić. Musisz uruchomić cały swój malutki móżdżek, wnusiu. – Znów parsknął śmiechem.

Rost obudził się przerażony, ale i pełen nadziei.

Cały ranek przygotowywał się do występu na jutrzejszym wiecu. Podczas ostatniej wizyty w Astarnort wymusił na burmistrzu sfinansowanie remontu ulicy Estrova. Antove zgodził się na to bez słowa sprzeciwu, choć pod jego opanowaniem Rost wyczuwał kipiącą złość. Zapowiedź modernizacji miała być mocnym punktem w jego przemówieniu. Był jeszcze jedna rzecz, którą wymyślił przed kilkoma dniami. Ale to mogło nie wystarczyć. Musiał znaleźć tę kobietę.

Choć zwykle jadał śniadanie w pokoju, tym razem usiadł w kuchni. Było to jedno z największych pomieszczeń w domu, niestety, remont, który przeprowadził tu przed laty, był świadectwem jego złego gustu.

 Suzan Orchid. Wrogelbit.

W mieście, którego nazwę usłyszał od przodka, mieszkało trzydzieści tysięcy ludzi. Wójt miał ledwo jeden dzień, by tam dojechać, odszukać kobietę i dowiedzieć się, co takiego uczynił w przeszłości Alwen. Nie miał wyjścia. Musiał spróbować.

Wrogelbit okazało się gęstą pajęczyną niemalże identycznych uliczek. Gdy zagubiony kręcił się po mieście, zatęsknił za Grenie, gdzie dwie drogi na krzyż nikomu nie pozwalały się zgubić.

– Przepraszam, jak dojechać na pocztę? – zapytał jakiegoś staruszka, który stał pod pięknym, przypominającym zamek, budynkiem szkoły. Jeśli mieszka tu od urodzenia, jest cień szansy, że opanował topografię miasta.

– Musi pan skręcić w lewo, potem dwa razy w prawo, na rondzie prosto, potem znów w lewo, aż zobaczy pan taki budynek, a potem jeszcze w prawo… a może w lewo?

Rost był przerażony. Tracił bardzo cenny czas.

W końcu, jadąc na oślep, trafił na malutki rynek, który ozdabiała piękna fontanna w kształcie syreny. Tam znalazł pocztę, niestety, w książce telefonicznej nie było nazwiska Orchid. Adres odnalazł dopiero w księdze meldunkowej urzędu miasta, który szczęśliwym trafem znajdował się w budynku obok.

Dzielnicę, w której mieszkała kobieta, odnalazł z wielkim trudem. Nieduże, zaniedbane budynki sugerowały, że mieszkali tu najubożsi mieszkańcy miasta. Podszedł do furtki, za którą szczekał duży pies. Otworzyła mu kobieta, bardzo przeciętnej urody, o krótkich, brązowych włosach. Nie mogła mieć więcej niż trzydzieści lat.

– Suzan Archid? – spytał.

– Tak, a pan?

– Nazywam się Rost Aliton. Chciałbym z panią porozmawiać o pewnym człowieku. Nazywa się Trosen Alwen.

Kobieta skrzywiła się nagle. Przez chwilę milczała, myśląc nad czymś intensywnie.

– Nie – odpowiedziała i odeszła.

– Czy jest pani wrogiem?! – krzyknął. Kobieta się zatrzymała. – Bo moim tak. Mogłaby mi pani pomóc. Odwdzięczę się.

Suzan Archid odgoniła psa, wróciła pod furtkę i wpuściła go do domu.

Dzień późnej Rost Aliton stał w ogrodzie, obserwując gromadzących się ludzi. O świcie ponownie odwiedził Wrogelbit. Był dziwnie spokojny. Wierzył, że może się udać. W ogrodzie Alitonów ustawiono coś na kształt sceny, na której mieli przemawiać kandydaci. Właśnie pojawił się Alwen, przyszedł z żoną i dziećmi. Jego córka miała cztery lata, a syn roczek. Podszedł i podał Rostowi dłoń. Uścisnął ją niechętnie. Przed domem gromadzili się już ostatni obserwatorzy.

Serce Grenie. Symboliczne miejsce, w którym przecinają się dwie ulice – pomyślał, patrząc na skrzyżowanie.

Demokratyczne głosowanie zostało wprowadzone na początku lat siedemdziesiątych przez ojca Rosta, w odpowiedzi na krytyczne głosy mieszkańców. Bardzo nieliczne głosy, co potwierdził fakt, że Myls Aliton wygrał zdecydowanie wszystkie dziewięć głosowań.

– Uda się tato – powiedziała Estela i powędrowała do Marca, który stał z resztą rodzeństwa. Za ich plecami dostrzegł Lydię. Kobieta w ciągu ostatnich dni z nieznanych mu przyczyn schudła i zmarniała, lecz wciąż wyglądała bardzo ładnie. Maria Halbes zjawiła się z mężem alkoholikiem, który ledwo trzymał się na nogach. Ox, wielki rybak, stał z rodziną, tuż obok małżeństwa Quartów. Z ulicy Estrova wyłoniła się cała rodzina Slantów. Onelia szła na przedzie, za nią jej syn i synowa, prowadząc niepełnosprawną córkę, na końcu szedł jej wnuk, który niedawno wrócił do wioski. Po drugiej stronie ulicy jechała Tyana Efetn, prowadzona przez swoją córkę. Dziewczynka Slantów i staruszka zetknęły się ze sobą. Obraz ten wydał się wójtowi wyjątkowo smutny.

– Jak tam twój program, Rost? – spytał Alwen z uśmiechem. – Przygotowałeś się dobrze?

– Lepiej, niż myślisz.

W tłumie zauważył Sawiona Dorema. Nowy mieszkaniec wystroił się, jakby sam miał zamiar kandydować. Tymczasem Onelia Slant podeszła do pozostałych kandydatów i podała rękę jedynie Alwenowi. Czy zrobiłem jej coś złego w poprzednim życiu? Muszę z nią kiedyś szczerze porozmawiać.

W końcu wybiła równa godzina i rozpoczęli wiec. Alwen wszedł na podwyższenie jako pierwszy. Rozległy się gromkie brawa.

– Nie będę się przedstawiał, gdyż wszyscy mnie znacie – rozpoczął. – Chciałbym bardzo krótko przedstawić mój program, który pragnę zrealizować dla Grenie. – Żona Alwena stała tuż pod sceną, głośno dopingując męża. Obok niej wójt dostrzegł Bernarta, swojego dalekiego krewnego. Mężczyzna był najbliższym przyjacielem Alwena, trzymał na rękach jego syna.

Przemówienie rzeczywiście było krótkie i rzeczowe. Trosen obiecał wskrzeszenie firmy rybackiej, czym wywołał gromkie brawa, następnie mówił o remoncie ulicy Estrova, ustanowieniu nowego funduszu, który miałby pomóc najbiedniejszym mieszkańcom, oraz o pomocy w prowadzeniu podupadającego sklepu. Większość przemówienia zajęła jednak seria ataków na Rosta. Wymienił wszystkie jego porażki, co bardzo spodobało się ludziom. Otrzymał gromką owację. Onelia również klaskała, szczerząc zęby. Czy oni są w zmowie?

Przyszła kolej na Rosta. Gdy wszedł na scenę, poczuł silną tremę.

– Nazywam się Rost Aliton i podobnie jak moi przodkowie pełnię funkcję wójta – wydukał niepewnym głosem. Usłyszał śmiech i buczenie. Estela pokazała mu znak, że jest dobrze, czym nieco dodała mu otuchy. – Wiem, że ostatnie cztery lata moich rządów pełne były porażek, które wymienił pan Alwen. Jednak to przeszłość. Każdy uczy się na błędach. Obecnie trwa budowa obiecanego wodociągu. Kto był przy rzece, może potwierdzić.  Remont ulicy Estrova również jest już zaplanowany. Burmistrz Astarnort i ja zawarliśmy ostatnio pewne… porozumienie, które przyniesie szereg korzyści dla Grenie. Mam również plan, by w miejscu dawnej osady ustanowić stanowisko archeologiczne, które przysporzyłoby wiele nowych miejsc pracy, a Grenie stałoby się przystankiem dla turystów odwiedzających taką atrakcję. – Tym pomysłem Rost zaskoczył ludzi. Poczuł satysfakcję, zwłaszcza że był to jego własny pomysł. Zrobił krótką przerwę.

– Zagłosuję na tego, który kupi mi flaszkę! – zawołał Halbes, czym wywołał salwę śmiechu.

Teraz. Serce biło mu coraz mocniej.

– Za moich rządów w naszej wiosce osiedlają się nowi, młodzi mieszkańcy. Pan Dorem jest na to dobrym przykładem – powiedział, wskazując na nowego sąsiada. Ludzie zaczęli szeptać między sobą. – Ale nie tylko on. Pozwólcie na minutę.

Zeszedł ze sceny i udał się w kierunku domu. Po chwili wyprowadził z niego Suzan Orchid. Oboje weszli na podwyższenie. Rost uważnie obserwował Alwena. Mężczyzna przez chwilę przypatrywał się kobiecie, jakby nie wierzył w to, co widzi, aż w końcu rozdziawił usta, a z jego twarzy odpłynęła cała krew.

– Nazywam się Suzan Orchid – odezwał się kobieta – i na życzenia waszego wójta wkrótce zamieszkam w Grenie. Jestem tu również, by wyznać wam prawdę o człowieku, którego chcecie wybrać na następcę pana Alitona. – Alwen stał blady jak ściana, a jego przerażona żona zaczęła coś szeptać. Tymczasem kobieta kontynuowała: – Ten człowiek to potwór. Zniszczył moje życie. Pewnego dnia… miałam wtedy ledwo osiemnaście lat i wracałam z pracy… on mnie zgwałcił – wyznała łamiącym się głosem. – Choć próbował mnie zastraszyć, groził mi, odnalazłam w sobie dość siły, by zgłosić to na policję. Uznano go winnym i skazano. Trzy lata przesiedział w więzieniu.

Na widowni zawrzało. Ludzie głośno ze sobą dyskutowali, inni wlepiali w kobietę zaskoczone spojrzenia. Przerażona Onelia Slant wyszeptała coś Alwenowi. Ten wbiegł na scenę.

– To kłamstwo! – zawołał drżącym głosem. – Nigdy nie zgwałciłem tej kobiety!

Suzan zaczęła płakać.

– Jak śmiesz – wyłkała.

– Zaprzeczasz, że zostałeś skazany za gwałt? – spytał Rost.

– Nie. – To słowo znów poruszyło wszystkich mieszkańców.

– Czy chcecie, by taki człowiek został waszym wójtem? – Rost zapytał zgromadzonych, czując, że opuściła go cała trema. – Sam mam córkę i boję się o nią. To tylko kwestia czasu, nim pan Alwen popełni kolejną zbrodnię. Gdy zostanę wybrany wójtem, obiecuję skazać tego człowieka na banicję. Nie będzie miał prawa mieszkać w naszej wiosce. Zamieszka z nami pani Suzan. – Była to cena, jaką musiał zapłacić za dzisiejsze wystąpienie. Obiecał, że znajdzie dla niej dom, gdy tylko jej oprawca opuści Grenie.

Alwen był przerażony.

– Ale… – zaczął się bronić – ja tu łowię. Mam małe dzieci, Rost.

– Przykro mi.

– Skąd się o tym dowiedziałeś? – zapytał wójta rozgniewanym tonem.

– Mam swoje źródła – odpowiedział spokojnie, starając się ukryć uśmiech.

– Ty skurwysynie – zaskrzeczał i uderzył Rosta w twarz, obalając go na deski sceny. Potrzeba było pięciu mężczyzny, by powstrzymać Alwena.

W całym tym zamieszaniu Onelia Slant weszła na scenę.

– Słuchajcie! Ten człowiek – wskazała na Rosta – ten człowiek… zaklinam się, nie wybierajcie go na to stanowisko! – Staruszka aż cała dygotała. Rost zdążył się już podnieść, tymczasem Alwena ściągnięto ze sceny.

– Dlaczego, Onelio? Powiedz nam. Może wiesz o mnie coś, czego nikt inny nie wie? Czego ja sam nie wiem?

Staruszka nie odpowiedziała. Upadła, trzymając się za serce. Odgłos uderzenia o deski sceny uciszył całą widownię. Albert Slant, jej syn, wbiegł na podest i przy pomocy Rosta zanieśli staruszkę do auta.

– Kai, zabierz siostrę do domu – rzuciła Nadia Slant do syna i również weszła do samochodu.

Siedząc w środku, widział rozchodzący się tłum ludzi. Alwen stał milczący, a jego żona płakała. Suzan wciąż stała na scenie. Suzan. On może jej zrobić krzywdę – zdał sobie sprawę. Alwen ruszył w jej kierunku, lecz powstrzymał go Bernart. Chwilę później Estela zaprowadziła kobietę do domu.

Rost odpalił samochód i ruszył do astarnockiego szpitala.

Widzisz, Alwen, nie tylko ty ratujesz członków rodziny Slantów.

Onelia przeszła stan przedzawałowy, a jej życiu nie zagrażało niebezpieczeństwo. Nie zrezygnowała ze startu w wyborach. Uczynił to Alwen.

Trzy dni po wiecu urządzono głosowanie. Oddano osiemdziesiąt cztery ważne głosy. Na Rosta Alitona głosowało pięćdziesięcioro troje mieszkańców, a jego rywalka otrzymała trzydzieści jeden głosów.

Tego samego dnia Rost ogłosił swoje zwycięstwo. Przez kolejne dwa lata miał piastować stanowisko wójta.

Wiedział, że to będzie niezwykły czas.

Koniec

Komentarze

Zaczęłam czytać. I mam problem, bo postaci jest na tyle dużo, że zaczęłam się gubić po kilkudniowej przerwie. Być może to się w trakcie opowieści zmieni, ale na razie nie mam bohatera, w którego mogłabym się zaangażować, którego losy by mnie obchodziły. Na razie – dla mnie – jest wielu niezbyt charakterystycznych bohaterów, jeszcze do tego znaczna część z nich do nastolatki, a ja nigdy nie lubiłam powieści o nastolatkach. Być może to problem postaci, a być może po prostu taki urok powieści w odcinkach.

Zaczynam się zastanawiać, czy ja w ogóle potrafię czytać powieści w ten sposób. Spróbuję jeszcze jutro, jak się wyśpię. :)

Dzięki za kolejną wizytę, Ocho.

Mam nadzieję, że uda ci się przekonać do historii w odcinkach. Oczywiście w każdej chwili mogę wysłać każdemu, kto zechce, całość ale:

– tak forma publikacji wydaje mi się ciekawsza, można dyskutować o poszczególnych fragmentach

– przed publikowaniem tutaj robię kolejne poprawki, nanoszę też na bieżąco poprawki czytelników, więc to co widzicie na stronie prezentuje się lepiej niż to, co jeszcze zalega mi na dysku

 

Rozdział 6 – Nie powiem, jest zaskok, co to z Kaia za kozak się okazuje ;) ale tak trochę… Za łatwo, za prosto. A ten zły – był zły, ale tak typowo do bólu, że od razu czuć było lańsko w powietrzu. Ale satysfakcji już nie miałam.

Do tego Marc wydaje mi się nijaki trochę. Nie wiem, ja bym tego wujka w ryj zdzieliła :P Hm, ale jak zbierzesz tych ludzi do kupy to się nawet trochę mieszają. Momentami brakuje charakteru postaciom. A kawały bywają… słabe.

A np. taki Kai mi się podoba, ze względu na dosyć przekonujące cierpienie/rozterki z poprzednich rozdziałów i fakt, że chyba jego los interesuje mnie najmocniej ze wszystkich bohaterów.

kończy poganie kierowcy.

Poganie ci poganie… :D

rodziców rodzeństwa.

Ała!

– Cześć Artur! – zawołał największy z trojga. – Ale macie fajny wózek, mogę się przejechać?

Czy to nie miało być "Cześć Kai"? Naprawdę ciężko w tej części nie mylić bohaterów. To teraz jakieś dryblasy znęcają się nad Arturem? Pogubiwszy się ja :( (potem już się dowiedziałam, ale w trakcie było ciężko).

Kai jednej chwili stał przy schodach

Brakuje "w".

 

Rozdział 7 – uch, kolejny narrator. Uch… ciężko. Ten zły moim zdaniem odrobiny szlifu potrzebuje. Niby się go nie lubi, ale nie czuję tego za mocno. I wójt jako narrator mnie nie przekonał. Nie lubiem go :P

Ta cześć lasu

część

a tak naprawdę próbował ukryć poirytowanie.

To bym napisała w formie przypuszczenia.

 

Rozdział 8 – Tak Kai i Lidia to dla mnie niezaprzeczalnie najciekawsze postaci. O nich naprawdę chcę wiedzieć "co dalej?". Ale nie do końca mi sie podobało przelatywanie przez całe 11 śmeirci. To było nużące i niewiele wnosiło momentami.

po raz jedenasty

Jedenasty? A ta woda/tonięcie nie miało być następne? Niefortunny dobór, bo się kojarzy.

w małej, pustej, pozbawionej drzwi celi, oświetlanej promieniami słonecznymi, wpadającymi przez małe okno.

małej małe

 

I will be back!

Tylko nie "Tęcza"!

Widzę, Tenszo, że idziesz jak burza :) Cieszy mnie to.

 

Fakt, zły z szóstego rozdziału dość mocno stereotypowy, ale tacy naprawdę istnieją, niestety.

 

“Czy to nie miało być "Cześć Kai"? Naprawdę ciężko w tej części nie mylić bohaterów. To teraz jakieś dryblasy znęcają się nad Arturem? Pogubiwszy się ja :( (potem już się dowiedziałam, ale w trakcie było ciężko).“

Tak, to “przyjaciel” Artura ze szkoły. Kai nie miał z nim styczności, bo uczył się w internacie.

 

Z tym tonięciem w rozdziale ósmym, to celowy zabieg. Czytelnik widzi wodę i spodziewa się, że to trzecia śmierć, a potem szok niesamowity, serce zatrzymane, włosy z głowy wyrwane, bo to nie trzecia, lecz jedenasta xD. Większość tych wizji też jest nie bez znaczenia, bo zawierają różne wskazówki i symbole odnośnie fabuły, a o niektórych będzie jeszcze mowa później.

Większość tych wizji też jest nie bez znaczenia, bo zawierają różne wskazówki i symbole odnośnie fabuły, a o niektórych będzie jeszcze mowa później.

 

To znaczy tak – domyślam się, że pewnie tam są wskazówki, ale w momencie kiedy ja tego nie czuję/nie wie to nieco nuży. Wydaję mi się, że mógłbyś nakarmić czytelnika opisem pięciu śmierci i potem trzymać go w zaciekawianiu, a jakie były pozostałe cztery? (nie licząc dwóch początkowych)

Szczególnie, że motyw Lidii jest jednym z ciekawszych.

Tylko nie "Tęcza"!

Wczoraj wieczorem przeczytałam rozdział szósty i siódmy i – muszę przyznać – jak mi już postaci powskakiwały na właściwe miejsca – czytało mi się dobrze. Wciąż potrzebne by chyba było pewne dopracowanie językowe (np. w szóstym rozdziale jest fragment, w którym masz trochę za dużo “jakby”, w siódmych jest np. takie zdanie: Urzędu Miasta wzniesiono tuż przy rondzie.)

Wydaje mi się, że w momentach, w których bohaterów spotyka coś nienaturalnego (w poprzedniej części Lydię, tu wójta) zbyt mało akcentujesz ich zdziwienie. Tu jest niemal tak, jakby Rost, widząc swojego martwego przodka, powiedział: “o, cześć, prapradziadku, kopę lat”. 

Z większym zainteresowaniem przeczytałam rozdział siódmy, bo Rost jest jakiś. Jest dobrze scharakteryzowany. Fakt – jako nieudaczna ciapa – ale to robi go charakterystycznym.

 

Zupełnie zgadzam się z opinią Tenszy, zamieszczoną pod poprzednią częścią – dużą wadą tego tekstu jest mało wciągający początek. A to niesie za sobą niebezpieczeństwo, że sporo osób na nim utknie i nie przejdzie dalej.

 

No to wieczorem pewnie znowu trochę poczytam. :)

 

Przeczytałam kolejny rozdział, ale opinia później. Teraz tylko drobnostki:

Estela i elia, aaaaa, ten dobór imion w natężeniu mąci :P

 

spawa.

sprawa

byli wini i nie ma

winni

Ciekawość zwycięża, więc kończę mą wypowiedź. Liczę na waszą szybką odpowiedź.

wypowiedź odpowiedź  

Tylko nie "Tęcza"!

Dziękuję za kolejne komentarze.

Ja tymczasem pracuję nad trzecim odcinkiem, będzie krótszy od tego, pięć rozdziałów. Zakończy też pierwszą część “Letnie przenikanie”, więc można spodziewać się czego na kształt małego finaliku. Ale bez szaleństw, finał drugiej, jesiennej części wydaje mi się mocniejszy, choć mam nadzieję, że oba was zaciekawią. No a finał części zimowej, to już finał całej opowieści.

Przeczytałam kolejne dwa rozdziały, obydwa z zainteresowaniem. I znów muszę zgodzić się z Tenszą, że przytaczanie wszystkich śmierci było nużące. Pierwsze trzy przeczytałam z zainteresowaniem, pozostałe już przeskanowałam, co prawda – dość dokładnie. Jeśli zawarłeś w nich jakieś wskazówki i symbole, jest duża szansa, że ich nie wyłapałam i nie skojarzę podczas dalszego czytania. I podejrzewam – nie ja jedyna.

Albo już na tyle się wciągnęłam w historię, albo rzeczywiście coś w tym jest – mam w każdym razie wrażenie, że językowo też robi się coraz lepiej. :)

Wstępnie powiem tak – wczoraj miałam mało czasu na czytanie. Fakt, że od rana wzieła mnie ochota by usiąść i choc jeden rozdział łyknąć jest bardzo pozytywna. 

Ogólnie na dłuższą metę odnosze wrażenie, że jak na pierwszą opowieść jest naprawdę dobrze. Czytałam na tym forum opowiadania, przez które nie byłam w stanie przebrnąć, a przecież nic z tego nie miało w sumie 150k (sic!) znaków, które już przeczytałam z twojej powieści. Tyle że – jak dla mnie – całość potrzebuje kilku gruntownych przeróbek (chociażby ten nieszczęsny poczatek ;)).

No i lecim:

Rozdział 9 – jak już wspomniałam, kiedy dać Elię i Estelę obok, to się myli, która jest która w danej chwili. Listy nawet intrygujące. Nie rozumiem wprawdzie, czemu wprowadzasz nowego narratora, gdy Kai/Marc byli na miejscu. O ile z burmistrzem było to całkiem zrozumiałe (choć nadal go nie lubię :P ale to chyba dobrze – wzbudza we mnie jakies emocje) to tutaj niekoniecznie.

Rozdział 10 – postać Marca kłuje mnie w oczy. Niby silny, zaradny, a taka dupa wołowa w kwestii wuja. No, nie łykam tego. Za to postacie matki i Szwendacza zaciekawiają.

Artur przyjrzał się uważnie, jakby zobaczył ją pierwszy raz.

Zaimkoza, zaimkozą ale tutaj powinien przyjrzeć się "jej".

– Nie, chyba nie wiem. Ale miałem kiedyś potężną biegunkę.

Estela roześmiała się tak, że o mało nie spadła z siedzenia.

Już wspominałam o kawałach, które są słabe? Chyba wspominałam :P

dniem bardziej.

coraz bardziej

By o nie myśleć o zwierzęciu

złe "o", złe

Dziewczyna, która jeszcze wtedy nie chodziła z jego bratem, pożegnała ich na skrzyżowaniu.

Oni idą, ona chodziła z bratem – dziwnie brzmi. Nie była dziewczyną brata? Cośkolwiek innego :P

W oknie zobaczył ludzką sylwetkę sylwetkę – starca

2 x sylwetkę

 

Tylko nie "Tęcza"!

Ocho, Tenszo, dzięki za kolejne komentarze.

 

Myślę, że rzeczywiście trochę przesadziłem z liczbą śmierci w ósmym rozdziale. Jak kiedyś będę przebudowywać ten rozdział, to pierwszy poleci jarmark. Góry, ogród, pustynia i wieża zostaną na pewno, są najważniejsze.

 

Nie rozumiem wprawdzie, czemu wprowadzasz nowego narratora, gdy Kai/Marc byli na miejscu.

Elia będzie ważnym narratorem w kilku rozdziałach, będzie miała swoją “historię”, dlatego chciałem wprowadzić jej punkt widzenia wcześniej, żeby przyzwyczaić czytelników. Poza tym ten rozdział odnosi się do jej dalszych wątków.

Przeczytałam resztę. Rzeczywiście, motyw matki intryguje. Mnie nie przeszkadza, że kolejne rozdziały pisane są z punktu widzenia różnych osób, nawet mi się ten zabieg podoba.

Zauważyłam kilka nieścisłości w ostatnich dwóch rozdziałach, chociaż nie jestem pewna, czy zawsze będę miała rację.

 

Wiek Artura – wydaje mi się, że ma 15 lat (miał 12 lat w momencie wydarzeń z matką, a to było zdaje się trzy lata przed opisywanymi wydarzeniami). Chciał poprosić któregoś z kandydatów na wójta o towarzystwo, myśląc, że może się zgodzą licząc na jego głos. Piętnastolatek ma prawa wyborcze? A jednocześnie obawia się, że strażnicy więzienia mogą zapytać o jego wiek i nie wpuścić go. Czyli – może głosować, ale nie może samodzielnie odwiedzić matki w więzieniu? Co do tego wieku – wcześniej jeszcze zdziwiło mnie, że Kai (16?, 17 lat?) nie miał problemu ze zdobyciem broni.

 

Bardzo mnie zdziwiło, że Suzan Orchid zdecydowała się na wyznanie, że została zgwałcona, przed tłumem ludzi, na wiecu wyborczym. Tylko dlatego, że poprosił ją o to poprzedniego dnia jakiś obcy facet. Jeśli uznała, że nadarzyła się okazja, by zaszkodzić Alwenowi, mogła może jakoś dyskretniej – zawiadomić prasę, zgłosić do komisji wyborczej. No – nie wiem, po prostu jej zachowanie wydało mi się niewiarygodne. I nie rozumiem też, dlaczego zależy jej na tym, by zamieszkać w Grenie.

Także Alwen – trochę dziwne wydaje mi się to, że ledwie 4 lata po odsiadce decyduje się na kandydowanie. Myślę, że ryzyko, że sprawa się sypnie, było dość wysokie. Nawet, jeśli może kandydować po wyroku lub nie ma ograniczonych praw publicznych.

 

I – właśnie – moje wątpliwości wynikają między innymi z tego, że stworzyłeś świat bardzo podobny do naszego. Dlatego też przykładam miarę z naszej cywilizacji. Mam świadomość, że Grenie jest wytworem Twojej wyobraźni, ale – jeżeli tak przypomina to, co jest dookoła – to porównywania nie da się uniknąć. Stąd moje wątpliwości. No i może też część z nich rozwieje dalszy ciąg powieści.

 

Pozdrawiam i czekam na kolejne części.

 

 

Rozdział 11 – podobnie jak u Ochy, szargały mną wątpliwości natury logicznej, ale rozdział wciągnął mnie jak tornado i jakoś nie mam dziś weny się czepiać. Dlatego stwierdzam, że czekam z niecierpliwościa na ciąg dalszy i tyle :)

Peace!

 

W co ona gra?

Brakuje kurwysy na W.

a zostawił murowanie.

murowane – choć nie wiem czy to nie jest tak specjalnie

Otworzył mu kobieta, bardzo przeciętnej

Otworzyła

Tylko nie "Tęcza"!

Ocho,

fakt, w przypadku wizyty Artura wdarła się nieścisłość. Ogólnie w Astarii jest tak, że piętnastolatkowie (Kai i Artur mają po 15 lat, dla uzupełnienia – Estela 16, Marc 17, Elia 11, Asper 10) nabywają niektóre prawa, mogą posiadać broń i mają prawo wyborcze. Ale możemy założyć, że by złożyć wizytę w więzieniu, trzeba być starszym :) Wiem, trochę głupie, ale u nas też można uprawiać seks od piętnastego roku życia, a oglądać pornografię od 18. W USA osiemnastolatek może walczyć na wojnie, ale nie może kupić piwa.

Jeszcze przemyślę, czy nie zmienić tego fragmentu.

 

Co do Suzan Orchid, to nie mogę wiele zdradzić. Postać ta zostanie rozwinięta w dalszych rozdziałach, już w 3 części pojawi się sporo informacji odnośnie jej i Alwena, także uzbrójcie się w cierpliwość. Jej motywy postępowania zostaną ujawnione.

Kandydowanie Alwena niosło ryzyko, ale była spora szansa, że na końcu świata w małej wiosce nikt nie dowie się o jego przeszłości. I prawie mu się udało.

 

Tenszo,

dzięki za poprawki.

 

Zygfrydzie, przykro mi, ale muszę odpuścić sobie lekturę Twojej książki. Przynajmniej na razie. Stworzyłeś dużą rzecz, a ja nie mogę poświęcić jej aż tak wiele czasu, nie zaniedbując przy tym innych opowiadań.

Przepraszam.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Rozumiem. Powieść będzie na moim profilu, więc jeśli kiedyś znajdziesz czas, to zapraszam :) I jeśli przyjemniej by Ci się czytało bez wypisywania błędów, to oczywiście też zrozumiem. Świetnie mieć poprawione niedoróbki, ale czytelnika, który czerpie przyjemność z lektury, jeszcze lepiej :)

Zygfrydzie, już nie umiem czytać i nie poprawiać. A u Ciebie jest bardzo dużo do poprawienia. Dlatego, wiedząc że zajmie mi to mnóstwo czasu, musiałam zrezygnować. Ale nie wykluczam, że kiedyś zechcę poznać dalsze losy bohaterów. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Długie opowiadanie. A może powieść. Mimo, że nie znam poprzednich, tam mi się nawet podobała. Zajrzę do poprzednich, przeczytam i dodam komentarz.

"Wszyscy jesteśmy zwierzętami, które chcą przejść na drugą stronę ulicy, tylko coś, czego nie zauważyliśmy, rozjeżdża nas w połowie drogi." - Philip K. Dick

Dzięki, mkmorgoth, za przeczytanie. Oczywiście zapraszam do przeczytania pierwszej części. A jeśli Ci się podoba, to również do kolejnych :)

 

Zygfrydzie, przeczytałam.

Powiem tak, ta część była nieco gorsza niż poprzednia. Bo bardzo zniechęcił mnie do siebie ósmy rozdział, w którym Lydia przenosi się w kolejne miejsca. Nie rozumiem jej postępowania. Po pierwsze dlaczego to robi? Po co umiera za każdym razem? W jakim celu? Po to tylko, żeby poznać co to za książka, kompletnie mnie nie przekonuje… Nie ma przedstawionego żadnego, najmniejszego nawet wyjaśnienia, w jakim celu pozwala sobie cierpieć kolejny raz. Poza tym było to przydługie i nieco mnie znużyło. Tak, że do ponownej lektury zabrałam się dopiero następnego dnia, a że był Sylwester, no to za dużo nie przeczytałam…

Bardzo podoba mi się wątek wójta, który jest największą ciapą w całym Grenie, ale gdy przychodzi co do czego potrafi wykorzystać niecne sztuczki, które los mu podsuwa pod nos. Jest tak zdesperowany, że przynajmniej wyróżnia się na tle innych.

Dużo postaci wprowadziłeś i przez to jestem nieco zdezorientowana. Mam nadzieje, że w kolejnych częściach nie dojdą nowe… ;)

Lecę czytać dalej. Do reszty nie mam uwag. Na razie historia jest w miarę interesująca, choć wydaje mi się, że pierwsza część była lepsza.

 

A i na sam koniec:

Powodzenia w pisaniu w Nowym Roku. ;)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Co do bohaterów, większość jest już wprowadzona, jeszcze tylko kilkoro :) Ale myślę, że z czasem będzie można ich lepiej poznać :)

Również wszystkiego najlepszego w Nowym Roku :)

Nowa Fantastyka