- Opowiadanie: lakeholmen - Zapomniała pani korkociągu

Zapomniała pani korkociągu

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Zapomniała pani korkociągu

 

Wysoki blondyn uśmiechnął się i podał awizo urzędniczce, która wstała z krzesełka i, wzdychając ciężko, powlokła się w kierunku drzwi prowadzących na zaplecze.

 

Po trzech wypełnionych oczekiwaniem minutach ja też zacząłem wzdychać, a po następnych pięciu zaczęło krystalizować we mnie poczucie, że przyjście na pocztę akurat tego dnia było grubą pomyłką.

 

Co można robić tak długo na niewielkim przecież zapleczu osiedlowego sklepu pocztowego? Szukać paczki? Parzyć herbatę? Przeglądać telegazetę? Kiedy moje myśli zaczęły dryfować w kierunkach ani trochę przyzwoitych, urzędniczka pojawiła się wreszcie, ciągnąc za sobą na dwukołowym wózku olbrzymie tekturowe pudło, które wyglądało, jakby mogło pomieścić co najmniej dwie pralki, a może nawet lodówkę. Kto wysyła coś takiego pocztą?

 

– Czy możemy sprawdzić zawartość? – zapytała dziewczyna, uśmiechnięta szeroko i szczerze, mimo pełnego wyrzutu spojrzenia urzędniczki.

 

– Opakowanie nie jest naruszone. – burknęła w odpowiedzi kobieta.

 

– Wolelibyśmy sprawdzić. Kiedyś szybka była pęknięta. – wyjaśnił blondyn.

 

Nie mogłem w to uwierzyć. Zawartość olbrzymiego pudła budziła oczywiście ciekawość, ale perspektywa spędzenia na poczcie kolejnego kwadransa z czyjejś obawy przed pękniętą szybką nie uśmiechała mi się ani trochę. Gdybym chociaż wziął ze sobą gazetę!

 

– Czy mogłaby pani w tym czasie spróbować znaleźć mój list? To polecony, na pewno jest gdzieś na wierzchu. – rzuciłem w okienko, napotkawszy zbolałe spojrzenie urzędniczki. Twarz kobietyprzybrała służbisty, pełen oburzenia wyraz.

 

– Obowiązuje kolejka, proszę pana. Należy sprawdzić zawartość, żeby uniknąć niepotrzebnych reklamacji. Kiedy ci państwo skończą, obsłużę pana. – odpowiedziała z godnością i wstała, aby wpuścić dwójkę młodych ludzi za kontuar.

 

– Ma pani może nóż? Zostawiłem scyzoryk w domu, a tu strasznie poklejone jest. – poprosili blondyn i jego rozbrajający uśmiech. To nie mogły być naturalne zęby, nikt nie ma takich, pomyślałem, próbując udawać sam przed sobą, że nie jestem zawistny.

 

Westchnięcie zagłuszyło nawet pisk wysuwanej szuflady. Chłopak wyciągnął rękę po nóż, który pojawił się w ręku urzędniczki, ale mruknęła tylko coś niewyraźnie i, dźwignąwszy się z krzesła, wprawnym, wyćwiczonym ruchem przecięła brązowe taśmy spajające jeden z boków wysokiego na dobre półtora metra opakowania, po czym zasiadła z powrotem na swoim miejscu.

 

Dziewczyna gestem pełnym nabożnego szacunku otworzyła pudło. Szerokie skrzydło opakowania przesłaniało mi widok, nie zdołałem więc dostrzec zawartości, mimo że przesunąłem się o dobre pół metra w kierunku pudła.

 

– Czy moglibyśmy to gdzieś przymierzyć? -zapytał blondyn. Nie wydawał się dostrzegać niedorzeczności swojego pytania. Przymierzyć? Na poczcie?

 

Cokolwiek kryło się w pudle, cała sytuacja zaczynała pachnieć ciężkim absurdem. Rozejrzałem się w poszukiwaniu obiektywu ukrytej kamery, ale i tak byłem bez szans. Ukrytych kamer, jak wiadomo, nie widać.

 

– Raz przysłali o rozmiar za małe, lepiej sprawdzić. – objaśnił, jakby to cokolwiek zmieniało.

 

Spojrzałem błagalnie na urzędniczkę, która uśmiechnęła się do mnie szeroko i wypięła dumnie obfitą pierś. Zbierała się najwyraźniej do jakiejś ciętej riposty i nadzieja na rychłe zakończenie pocztowej groteski zaczęła nieśmiało wpełzać w moje serce.

 

– Proszę tędy. – oznajmiła kobieta i wstała. – Proszę potrzymać.

 

Dziewczyna posłusznie przytrzymała luźne skrzydło opakowania, a urzędniczka złapała rączkę wózka i pociągnęła go z powrotem na zaplecze. Blondyn spojrzał na mnie z dziecięcą radością i ruszył za nimi, zamykając ten, jakże barwny, korowód. Spojrzałem na zegar. Równo dwadzieścia minut wcześniej przekroczyłem gościnne progi urzędu pocztowego i nic nie wskazywało na to, abym miał go prędko opuścić.

 

– Niedoczekanie wasze. – syknąłem mściwie do siebie. – Odbiorę swój list, choćbym miał tu nocować, czekając, aż przymierzycie te swoją lodówkę z szybką.

 

Z zaplecza dochodziły mnie zadowolone chichoty i szepty. Najwyraźniej szybka nie była pęknięta, a rozmiar pasował aż idealnie.

 

Co oni tam robili? Jak można dziesięć minut przymierzać coś, każąc czekać innym ludziom, czyli mnie, na obsługę? Zacząłem już rozglądać się w poszukiwaniu książki życzeń i zażaleń, kiedy w drzwiach od zaplecza pojawiła się wysoka, odziana w czerń postać. Zauważyłem ją kątem oka i odruchowo cofnąłem się, tak przerażająca się wydawała. Kiedy spojrzałem na nią wprost, skojarzyła mi się z Darthem Vaderem, ale po chwili zrozumiałem, że to blondyn, odziany w czarny, matowy kombinezon ze skóry i równie czarny, za to połyskujący i zupełnie nieprzezroczysty kask motocyklowy. W ręku trzymał spory, czarny oczywiście, neseser.

 

Wyszedł zza kontuaru, a w ślad za nim druga, identycznie ubrana osoba, w której po sylwetce rozpoznałem dziewczynę. Nie widziałem oczywiście ich twarzy przez czarne, lustrzane pokrywy kasków, ale byłem pewien, że szeroko się uśmiechają. Przecież stroje pasowały. Kaski najwyraźniej też.

 

Nareszcie. Teraz moja kolej.

 

Drzwi urzędu zatrzasnęły się za parką.

 

– Halo! – zebrałem się w końcu na odwagę i krzyknąłem. – Proszę pani!

 

Rozumiałem, że kobieta musi sprzątnąć pudło i jakieś opakowania, w które zawinięte zapewne były motocyklowe stroje, ale nie dość, że trwało to kolejne minuty, to, co gorsza, z zaplecza nie dochodził nawet najlżejszy szelest czy szmer. Żadnych odgłosów łamanej tektury, czy gniecionej folii albo chociaż ciężkich westchnięć.

 

– Halo! Czy może pani mnie wreszcie obsłużyć! – powtórzyłem, jeszcze głośniej.

 

Odpowiedziała mi głęboka i przepełniona spokojem wiosennego przedpołudnia cisza.

 

Zasnęła. Ani chybi, zasnęła tam.

 

Tak, jak wcześniej postanowiłem, nie miałem zamiaru dać za wygraną. Wziąłem głęboki oddech, potem drugi, jeszcze głębszy. Policzyłem do dwudziestu, następnie do dwudziestu pięciu i na drżących z emocji nogach wszedłem za kontuar.

 

Nie poraził mnie prąd, nie rozległ się żaden alarm. Nie zmaterializował się magicznie żaden strażnik, ani pracownik ochrony. Stałem za kontuarem, gwałcąc świętą przestrzeń pocztowego urzędu i nasłuchiwałem.

 

– Halo! Proszę pani, czy wszystko w porządku? – zawołałem, w przebłysku geniuszu decydując się udawać troskę, która usprawiedliwiłaby moje postępowanie.

 

A może ją zabili? Na samą myśl parsknąłem śmiechem i ruszyłem do drzwi. Starczy tego. Trzeba dbać o swoje interesy. Nie mogę spędzić na poczcie całego dnia.

 

Przestąpiłem próg zaplecza i rozejrzałem się.

 

W pokoju nikogo nie było. Pod ścianą stał wózek, na nim wielkie pudło, szeroko otwarte i puste. Podszedłem do okna. Było zamknięte od środka.

 

Więcej wyjść nie było.

 

Musiała siedzieć pod stołem. Może zamiast rozglądać się i ryzykować podejrzeniem o próbę kradzieży, powinienem po prostu zadzwonić na pogotowie? Jeśli urzędniczka w środku dnia włazi pod stół i czai się tam, zamiast wydawać przesyłki w okienku, to na pewno jest z nią coś nie tak. Na pewno źle się czuje. Próbowałem wymacać telefon w kieszeni, cały czas przeszukując pokój wzrokiem, kiedy mój wzrok padł na leżący obok pudła biały, podłużny przedmiot.

 

Kość. Taka, z jakich złożony był szkielet w pracowni biologicznej, w której podziwiałem go dwa razy w tygodniu przez całe liceum. Długa, biała kość z kulkami na końcach. To znaczy z jedną kulką, druga wyglądała na odłamaną. Odsłonięty otwór krył w sobie czerwoną, gąbczastą masę.

 

– Jezu. – szepnąłem, przerażony pomysłem, że mogłaby to być kość urzędniczki. Oczywiście nie była, bo trudno wyobrazić sobie, że ktoś mógłby w dziesięć minut wyjąć z kobiety i oczyścić do białości jedną kość i to bez śladów krwi. Poza tym, chyba stawiałaby jakiś opór, słyszałbym coś.

 

– Starczy tego. – powiedziałem do siebie. – Zachowujesz się, jak kompletny idiota. Wyjdź stąd, zanim ktoś cię przyłapie i posądzi o nie wiadomo jakie przestępstwa.

 

Ruszyłem ostrożnie do wyjścia, lecz zanim postawiłem do końca pierwszy krok, wyczułem pod butem coś miękkiego i sprężystego. Nie powinno mnie obchodzić, co miękkiego i sprężystego może leżeć na podłodze zaplecza urzędu pocztowego, ale nie potrafiłem opanować ciekawości.

 

Cofnąłem się, a potem podniosłem stopę. Ujrzałem niewielką czarną kulkę, która wyglądała, jak zwitek włosów. Chciałbym umieć wytłumaczyć, co spowodowało, że schyliłem się i wziąłem ją do ręki, żeby się przyjrzeć, ale niestety nie umiem.

 

Był to bez wątpienia zwitek włosów, drobnych i kręconych w sprężynki. Włosy sklejono jakąś lepką, wilgotną substancją, a żeby komuś nie wydała się czymś zupełnie banalnym i zwyczajnym, ze zwitka wystawał żółtawy ząb z długim korzeniem. Wyglądał na czyjąś górną jedynkę.

 

Palce rozwarły się same, w odruchu obrzydzenia. Powiodłem wzrokiem za toczącą się po podłodze kulką. Zakreśliła fantazyjny kształt, przywodzący na myśl jakąś grecką literę i zakończyła swój bieg oparta o nieduży, czerwony przedmiot.

 

– Sprawdzisz, co to jest i wychodzisz stąd, rozumiesz? – powiedziałem sam do siebie.

 

To był korkociąg. Korkociąg z drewnianą rączką. Spiralnie zawinięte ostrze pokryte było czerwoną substancją w tym samym odcieniu, co szpik wypełniający kość. Czy wszyscy tutaj na pewno dobrze się czują? Jeśli to miał być żart, to był naprawdę w złym guście.

 

– To nie jest ani trochę śmieszne. – krzyknąłem w przestrzeń, licząc na to, że kobieta wyjdzie wreszcie ze swojego ukrycia i wyjaśni całą sprawę. Miałem dość nie tylko tych wszystkich upiornych, dwuznacznych rekwizytów, ale również poczucia zupełnego braku kontroli nad swoimi poczynaniami. Gdzie się podziała moja wolna wola? Czemu szperam tutaj i grzebię, jakby ktoś pociągał po kolei za sznureczki ciągnąc mnie w wybranym przez siebie kierunku? Spójrz na kość, podnieś kulka z włosów, zerknij na korkociąg… Gdzie wolna wola?

 

– Gdzie moja wolna wola! – wrzeszczałem. – Starczy tego. Proszę natychmiast wyjść i wszystko wyjaśnić. I przeprosić. Starczy już tego! To nie jest ani trochę śmieszne!

 

Zacząłem otwierać po kolei wszystkie szafy i szafki. Gdzieś musiała tu siedzieć. Trzaskałem drzwiczkami w furii, coraz bardziej wściekły, ale wszędzie znajdowałem tylko segregatory, teczki i kartonowe pudełka.

 

Wreszcie rzuciłem się do szuflad. Otwierałem je po kolei, jakby mogła się tam schować, ale ogarnięty furią nie myślałem już ani trochę trzeźwo.

 

Była w szóstej. Nie cała, znaczy się, tylko jej głowa. Bez żuchwy, bez górnej części głowy i bez górnej jedynki. Patrzyła na mnie tymi bladoniebieskimi oczami z przepraszającym wyrazem twarzy.

 

– Jezu Chryste! Co tu się dzieje?! Co tu się dzieje? – powtarzałem.

 

I kiedy już miałem zacząć histerycznie krzyczeć, tak żeby sobie ulżyć, a jeszcze lepiej, żeby się obudzić, zobaczyłem biały arkusz papieru z logo sklepu wysyłkowego. Leżał sobie na biurku, czytelnie podpisany. Potwierdzenie odbioru paczki. I faktura zamówienia na dwa kombinezony motocyklisty, dwa kaski, komplet narzędzi dentystycznych, knebel (czerwony) oraz korkociąg.

 

Wyjąłem komórkę i wykręciłem numer, który widniał tuż pod nazwiskiem zamawiającego. Po trzech sygnałach odebrała jakaś kobieta.

 

– Słucham?

 

– Dzień dobry. Ja dzwonię z poczty. – usłyszałem swój własny głos, nagle poważny, ani trochę drżący.

 

– Tak? Słucham.

 

– Zapomniała pani … – przełknąłem ślinę. – zapomniała pani korkociągu.

 

Koniec

Komentarze

Ciekawe, co dalej... :)

O krucze, ależ się uśmiałam. Super i fajnie napisane.

Opowiastka mocno absurdalna i obawiam się, że jej nie zrozumiałam.

W tekście jest sporo usterek. :-(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Niezły pomysł. Trochę absurdalny, trochę makabryczny. Ale zapis dialogów do poprawki.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka