- Opowiadanie: -13- - Córka karczmarza (fragment czwarty)

Córka karczmarza (fragment czwarty)

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Córka karczmarza (fragment czwarty)

Część siódma, która odkrywa mroczne szczegóły mej przeszłości. Pokazuje też, że i siłom nieczystym zdarza się nie wykorzystać dogodnej okazji.

 

Przed nastaniem wieczoru czekało mnie jeszcze jedno, o wiele mniej przyjemne spotkanie. Francisco Cavalli – najemnik słynący z bezwzględności i okrucieństwa. Człowiek, który podobnie jak ja dokonywał wielu mniej lub bardziej niemoralnych czynów za pieniądze. Jednak blask złota doszczętnie przyćmił w nim sumienie. Z najemnika uczynił ganiającą za bogactwem bestię.

Służyłem z Francisco pod komendą syna króla Zygfryda. Jego zakuta w czarną zbroję postać śniła mi się prawie każdej nocy. Blask oczu, gdy rozrywał niemowlę wyrwane z rąk opiekującej się nim dziewczyny, utkwił mi w pamięci. Nie potrafiłem sobie wybaczyć, że nie posłałem wtedy ludzi do walki przeciw masakrującym mieszkańców Koenitz wojskom księcia. Żałowałem, iż Francisco Cavalli chodził nadal po świecie zamiast zginąć od mego miecza. Nigdy nie uważałem się za wzór cnót, ale postępki takich okrutników jak Cavalli napawały mnie obrzydzeniem. Połamać kończyny dłużnikowi – rozumiem. Zabić bogacza na zlecenie zawistnego konkurenta w interesach – chleb powszedni. Ale mordować niewinne kobiety i dzieci? Przecież nawet najemnik ma swój honor. A teraz miałem skorzystać z usług tej plugawej kreatury. Co za złośliwe zrządzenie losu. Chyba że Anna doskonale wiedziała, co robi. Wybrała Francisco na mojego pomocnika właśnie z uwagi na przeszłość, która nas łączyła.

Spotkałem się z najemnikiem w zawszawionej norze, której właściciel ośmielał się określać swój przybytek karczmą. Zasiedliśmy przy małym stole w kącie sali. Postawiono przed nami dzban piwa i dwa kubki. Wydłubałem z mojego naczynia zaschniętego karalucha, po czym nalałem trunku. Już po pierwszym łyku byłem pewny, że miejscowi karczmarze doszli do perfekcji w tajemnej sztuce rozwadniania złocistego napoju. Cavalli przechylił kubek, upił spory łyk i splunął siarczyście na podłogę.

– Szczyny – warknął.

– Ano szczyny – przytaknąłem. – Dobrze cię widzieć, kompanie.

– Łżesz – odparł. – A teraz gadaj, jaką masz do mnie sprawę. Bo zakładam, że gdybyś był na tyle hardy, by szukać zemsty, jeden z nas już dawno zmarłby na zatrucie stalą.

– Czy w życiu chodzi o to, by szukać zemsty? – spytałem. – A poza tym za co miałbym się mścić? Chyba nie za to, że kiedyś po pijaku nazwałeś moja matkę ladacznicą, a potem wybiłeś ząb.

– Gdyby mi ktoś zabił syna, szukałbym zemsty z całych sił. – Francisco odstawił kubek i spojrzał mi prosto w oczy. – Po tym, jak zrównaliśmy Koenitz z ziemią, bałem się zasnąć w obozie. Czekałem, kiedy spróbujesz się zakraść, by wbić mi sztylet w serce. W walce więcej uwagi poświęcałem tobie, niż przeciwnikowi. Dlatego zdziwiłem się niezmiernie, gdy wypowiedziałeś służbę u Zygfryda i odjechałeś. Pomyślałem wtedy, że to podstęp. Uśpisz moją czujność. Poczuję się bezpiecznie, a pewnego słonecznego dnia padnę w drzwiach burdelu z bełtem w bebechach. Choć może akurat bełtu to bym się nie spodziewał. Nie z twoim wprawnym okiem. Ale sztylet pod żebra w ciemnym zaułku

– czemu nie.

Tym razem ja sięgnąłem po dzban. Swoją drogą, żeby w karczmie porządnych kufli nie było, tylko brudne, wyszczerbione kubki. Francisco pociągnął solidny łyk, po czym kontynuował:

– Przecież to dziecko, które zabiłem na twoich oczach – to był twój syn, czy nie tak? Wtedy tego nie wiedziałem, dopiero później jeden z chłopaków powiedział mi co i jak: że to niby twój dzieciak, którego zmajstrowałeś z wieśniaczką.

– Nie wiem – wycedziłem. – Przez łoże Marty przewinęło się wielu mężczyzn. A ona sama nigdy nie powiedziała, że to ja byłem ojcem. Równie dobrze mógł to być ktokolwiek inny, kto sypnął jej garść miedziaków.

– Bzdury gadasz, Franz. – Najemnik ponownie nalał piwa, po czym błyskawicznie opróżnił swoje naczynie. – Sam siebie oszukujesz. Bo niby dlaczego rozpowiadałeś wśród swoich, że gdy wygaśnie kontrakt, odwiesisz stal na kołek i osiądziesz w Koenitz? Skusiły cię uroki okolicy? Czy może cycki Marty? – zarechotał nieprzyjemnie. – No ale jeśli nie chcesz mojej krwi, to u diabła, czego?

– Ano u diabła właśnie – mruknąłem zamyślony, szybko jednak oprzytomniałem. – Możesz zarobić sporą sumkę, o ile nadal jesteś biegły w swoim fachu i masz paru ludzi. Jest robota do wykonania. Nie ukrywam, że będą trupy.

– A skąd weźmiesz złoto? Moje usługi nie należą do tanich. Alfred zapewne cię uprzedził. Wszak on powiedział ci zapewne, gdzie mnie szukać.

Położyłem na stole sporą sakiewkę, którą otrzymałem od Anny. Francisco przyjrzał się jej, chwycił i podrzucił lekko. Zadowolony z ciężaru woreczka, odłożył go na miejsce.

– Słucham uważnie, Franz.

Wróciłem do karczmy „Dziewka i Osioł” przed wieczorem. Miałem paskudny nastrój. Rozmowa z Francisco dała mi do myślenia. Czy wtedy, pod Koenitz, postąpiłem słusznie? Nie sprzeciwiłem się rozkazom Olafa, nie wywołałem buntu, a tym samym uniknąłem poważnych kłopotów. Jednak swą bezczynnością skazałem mieszkańców wsi na śmierć. W zasadzie taki już los prostych ludzi, że często giną pod kopytami pańskich koni. Ale co jeśli tamten dzieciak, którego na moich oczach zabił Cavalli, był faktycznie moim synem? W takim wypadku byłbym człowiekiem, który naraża życie dla kilku sztuk złota, zaś nie kiwnie palcem nawet wtedy, gdy idzie o nadstawianie karku za najbliższych. Pal licho wieśniaków, do diabła z dziewką z karczmy – wielu postąpiłoby tak jak ja. Ale pozwolić na śmierć potomka… Z drugiej strony – jakim głupcem bym się okazał, rzucając ludzi do walki z żołdakami księcia z powodu dzieciaka będącego skutkiem igraszek Marty z kompanią podrzędnych piechurów. Wszak mi o dziecku nie powiedziała.

– Dość! – powiedziałem sam do siebie. – Dość tego, Franz. Gdybanie niczego nie zmieni.

Rzuciłem się na posłanie. Postanowiłem nie rozmyślać więcej.

Inga Holz przyszła do mnie po zmroku, zaś opuściła dopiero następnego południa. W tym czasie pięciokrotnie stanąłem na wysokości zadania, badając swym instrumentem wszystkie zakamarki jej ciała. Oczywiście nie zapomniałem o tym, by dziewczynę wypytać. Inga, nieco już przeze mnie wymęczona, wyjawiła, że nazajutrz Herman z Doenitz zatrzyma się w majątku należącym do nieboszczki matki siostrzenicy księdza. To oczywiście już wiedziałem. Okazało się jednak, że zbrojni pana z Doenitz dali się w przeszłości we znaki mieszkańcom Badenfeld: wszczynali burdy, raz czy dwa dopuścili się gwałtu, a nawet wybatożyli kilku wpływowych mieszczan, którzy akurat im się nawinęli pod rękę. Dlatego tym razem, w obawie przed gniewem magnata, w którego władaniu znajdowało się Badenfeld, Herman nakazał swoim ludziom nocować w stajni, gdzie pod okiem swego pana będą mogli oddawać się pijaństwu i burdom do woli. W końcu obijać będą własne mordy. To bardzo dobra wiadomość. Wszystkie gołąbki zebrane w jednym miejscu. Wystarczyło je tylko sprawnie połapać. To było zadanie Francisco i jego ludzi.

– Oj, nieładnie, Franciszku – rzekła Anna, gdy tylko drzwi zamknęły się za panną Holz. Jak zwykle pojawiła się znienacka. – Liczyłam, że będzie jak zwykle: pomęczysz się ze dwa pacierze, potem zaśniesz z grymasem triumfu na ustach, a ja będę mogła udobruchać rozczarowaną twą męskością Ingę. A ty, jak na złość, zebrałeś na tę noc chyba cały zapas sił witalnych. Nie miałam serca ci przerywać, choć przyznam, że sama bym chętnie pofiglowała.

– Trzeba było się przyłączyć – odparłem.

– Wprawdzie nie wolno mi, jako szanującej się wysłanniczce sił nieczystych, oddać się żadnemu mężczyźnie, jednak żaden z ciebie mężczyzna, Franciszku. To, że od wielkiego dzwonu zdołasz zaspokoić kobietę, stawia cię co najwyżej na równi z świecą, ogórkiem czy rękojeścią bata. Te przyrządy również potrafią przynieść rozkosz samotnej i zdesperowanej kobiecie. Tak więc faktycznie, gdybym się odrobinę zastanowiła, nie zmarnowałabym nocy na bezsensowne sabaty, ofiary z niemowląt i tym podobne głupoty. Mój błąd. – Uśmiechnęła się i westchnęła teatralnie.

Nim zdążyłem odpowiedzieć, Anna zniknęła, zaś ja postanowiłem odpocząć i przygotować się do nocnego wypadu. Czułem narastający niepokój. Wszak nazajutrz będę albo wolny, albo martwy.

 

 

Część ósma, w której okaże się, że zemsta z jakiegoś powodu nie budzi radości.

 

To była jasna noc. Blask księżyca w pełni rozjaśniał otaczający mnie mrok. Siedziałem przyczajony pod drzewem na skraju lasu. Widziałem doskonale zabudowania majątku, o którym opowiedziała mi Inga. Położony nieco na uboczu dom był idealnym miejscem schadzek. Doskonale nadawał się też do moich celów. Nie będzie słychać krzyków czy odgłosów ewentualnej, choć niepożądanej walki. Widać też było zarys stajni, w której nocowali zbrojni.

Cavalli podkradł się niespodziewanie.

– Nie śpisz, Franz?

– Nie. Twoi ludzie gotowi? Możemy zaczynać? – spytałem. Chciałem, by już się zaczęło. Pragnąłem wypełnić zadanie powierzone mi przez Annę i znów być wolnym.

– Tak. Już czas. Wezmę ośmiu chłopaków. Zakradniemy się do stajni i poderżniemy wszystkim gardła, nim się zorientują, co się dzieje. Jurgena poślę z tobą. Pomoże ci z Hermanem.

Już miałem przytaknąć, gdy w głowie odezwał się głos Anny:

– Nie. Niech Francisco idzie z tobą po Hermana.

Szybko otrząsnąłem się z zaskoczenia. Nie miałem pojęcia, dlaczego Cavalli koniecznie miał mi towarzyszyć, ale nie było czasu na dyskusje.

– Francisco, choć ze mną, a Jurgen niech pomoże w stajni. Będę czuł się pewniej, mając u boku kogoś zaufanego.

– Zaufanego? Ha, dobre! Powiedz lepiej, że boisz się Hermana na tyle, by domagać się pomocy najsprawniejszego zabijaki w Imperium. – Francisco wyszczerzył zęby w uśmiechu. – Bo jeśli ty mi ufasz, to rano przywdzieję habit i zostanę zakonnicą, ot co.

– Myśl co chcesz – odburknąłem. – Pójdziesz ze mną?

– Jak tam chcesz – odparł. – Ale zanim ruszymy, jedna kwestia do wyjaśnienia.

– Jaka? – Zaniepokoiłem się nieco. Czyżby najemnik chciał zmienić zasady gry tuż przed jej rozpoczęciem?

– Łupy zdobyte na zabitych i znalezione w domu zabieram ja. Odwalamy za ciebie z chłopakami całą brudną robotę. Powiedzmy, że to będzie taka premia.

– Co tylko znajdziesz, jest twoje – odrzekłem uspokojony. – Chcę tylko Hermana z Doenitz związanego i przerzuconego przez grzbiet mego konia.

– No to się rozumiemy. – Cavalli uśmiechnął się jeszcze szerzej. – Tylko proszę, nie nazywaj tej szkapy koniem. To obelga dla wszystkiego, co ma podkowy i żre owies.

Powoli i ostrożnie zakradliśmy się do zabudowań. Słychać było pojedyncze głosy pijanych żołdaków dobiegające ze stajni. Pewnie najtwardsze łby dopijały wszystko to, co pozostało z libacji, zaś reszta zapadła w alkoholowy sen. W jednym z okien domu również paliło się światło. Zakładałem, że to sypialnia, w której Herman gził się z dziewczyną.

– Gruchają sobie gołąbki w najlepsze – skomentował Cavalli.

Francisco skinął na swoich ludzi. Ci zaś ruszyli w stronę wrót od stajni. Dostrzegłem, że trzech stanęło w progu z kuszami w rękach. Szybko złożyli się do strzału i posłali bełty w głąb pomieszczenia. Zapewne uciszyli tych, których wino nie ułożyło do snu. Reszta napastników weszła do środka z sztyletami w dłoniach.

Delikatnie pchnąłem drzwi, które – ku mojemu zdziwieniu – ustąpiły. Widocznie Herman czuł się pewnie i nie spodziewał się nieproszonych gości. A może tak mu się spieszyło, by wypuścić ptaszka z klatki, iż nie dbał o bezpieczeństwo? Nieważne. Grunt, że jak na razie szło jak z płatka. Francisco powstrzymał mnie gestem i sam wszedł do środka. Ruszyłem za nim, ostrożnie stawiając kolejne kroki. Nie chciałem, by skrzypienie obluzowanej deski czy też jakikolwiek inny odgłos zaalarmował domowników.

Najpierw upewniliśmy się, że w pozostałych pomieszczeniach nie ma nikogo, kto mógłby przeszkodzić w pojmaniu Hermana, następnie weszliśmy do sypialni.

Jak wielkie było zdziwienie przyłapanego z gołym tyłkiem Hermana, tego nie jestem w stanie teraz opisać. Dość powiedzieć, że widok był przezabawny. Wydarzenia jednak potoczyły się błyskawicznie, więc nie miałem okazji nacieszyć się chwilą. Dziewczyna krzyknęła przeraźliwie, po czym uciekła w kąt, gdzie przykucnęła, zasłaniając niezdarnie swe obnażone wdzięki. Pan z Doenitz próbował doskoczyć do leżącego na ławie pod ścianą miecza. Prawie mu się udało. W ostatnim momencie silny cios pałką w głowę zadany przez Francisco posłał szlachcica na ziemię. Mężczyzna, choć oszołomiony, próbował jeszcze unieść się na kolana, lecz w tym momencie mój but pomknął na spotkanie z jego twarzą. Poprawka nie była konieczna. Upewniłem się, że Herman żyje, po czym skrępowałem nogi nieprzytomnego sznurem, który wziąłem przezornie ze sobą. Przerzuciłem bezwładne ciało przez ramię. Musze przyznać, że było co nieść.

Miałem już ponaglić Cavallego, lecz mój towarzysz najwyraźniej nigdzie się nie wybierał. Chwycił wystraszoną dziewczynę za włosy i bezceremonialnie zaprowadził do łoża.

– A ty co? – krzyknąłem zdziwiony.

– Jak to co? Biorę, co mi się należy – odparł, po czym trzasnął dziewczynę w twarz. – Ty chciałeś szlachcica, zaś łupy znalezione w domu należą do mnie. Tak się umawialiśmy, prawda?

– Prawda – przytaknąłem.

– No to bierz nogi za pas, a ja tu się moimi łupami nacieszę – rzekł z lubieżnym uśmiechem i brutalnie rozłożył nogi dziewki.

Zawahałem się na moment, zaś Cavalli to dostrzegł. Nagle w jego oku pojawił się błysk zrozumienia.

– Nie martw się o nic. Za głupca mnie masz? Po wszystkim poderżnę jej gardło. Świadków nie będzie – jedź spokojnie.

Z niemałym trudem wyniosłem Hermana na zewnątrz. Skinąłem na jednego z ludzi Cavallego, który biegł w stronę domu – zapewne by zdać raport z wydarzeń w stodole. Żołdak pomógł mi przerzucić nieprzytomnego przez koński grzbiet. Związałem szlachcica solidnie i upewniwszy się, że nie spadnie z konia podczas jazdy, odjechałem w stronę pobliskiego lasu.

– Głębiej, powiedziałam! Dół ma być tak głęboki, by sięgał ci do pasa. Jakbyś kopał grób. – Głos Anny był nieprzyjemny.

Od momentu porwania von Doenitza, Anna stała się szorstka w obyciu. Spodziewałem się, iż nadchodząca wielkimi krokami chwila kaźni i zemsty stanie się powodem do zadowolenia. Może bez toastów i biesiad z finałem w łożu (choć nie powiem, myśl o spółkowaniu z demonem przeleciała mi gdzieś w czeluściach umysłu), lecz spodziewałem się radości. Tymczasem wydawało się dokładnie odwrotnie.

Zniecierpliwiona Anna przyglądała się, a ja kopałem jamę w mokrej ziemi po części rękoma, po części płaskim kawałkiem drewna przypominającym deskę.

Nie miałem pojęcia, jaki los dziewczyna szykuje dla Hermana, lecz ilekroć dostrzegałem, jak przygląda się przywiązanemu do drzewa i zakneblowanemu mężczyźnie, upewniałem się, że za nic bym się z nim nie zamienił.

W końcu dół był gotowy. Anna przytknęła do nosa więźnia małą buteleczkę. Herman zaciągnął się mimowolnie delikatną zieloną mgiełką unoszącą się z flakonika i momentalnie zasnął. Wiedziałem, co mam robić. Ułożyłem szlachcica na krawędzi w taki sposób, iż nogi spoczywały na twardym gruncie, zaś pierś opierała się na długiej żerdzi przełożonej ponad dołem. Następnie nogi więźnia przywiązałem w kilku miejscach do palików mocno wbitych w ziemię. Zamysł był taki, by w momencie, gdy spod torsu Hermana wyciągnę żerdź, mógł on siłą mięśni utrzymać głowę ponad jamą… przynajmniej tak długo, jak długo starczy mu sił. Zastanawiałem się jedynie, na czym tortura miała dokładnie polegać.

– Upuść mu trochę krwi – rzekła, podając mi małe srebrne naczynie.

Naciąłem skórę na przedramieniu Hermana i już po chwili dno pokryła czerwona ciecz.

– Co dalej? – spytałem. Może i miałem sporą wiedzę oraz liczne talenty, lecz na magii nie znałem się ani trochę.

Kobieta podeszła, szybkim ruchem rozcięła swoją dłoń, po czym upuściła do naczynia podobną ilość krwi. Następnie wymieszała wszystko palcem, mrucząc coś po nosem.

– Wylej to do dołu – poleciła.

Nie powiem – zdziwiłem się. Gdzie spektakl, pentagramy, zapach siarki i ryk demonów? Gdzie tańce półnagiej wiedźmy i inkantacje w obcych językach? Jakoś mi to wszystko pachniało amatorszczyzną. Jednak przyzwyczaiłem się do wykonywania poleceń Anny, więc bez mrugnięcia okiem opróżniłem naczynie. Krew wsiąkła powoli w ziemię. Już miałem obrócić się ku dziewczynie z pytającym wzrokiem, już miałem rzec: "nie podziałało", albo "no i dupa z czarów", gdy doszedł mnie odgłos bulgotania. Dno dołu stało się błotniste, a po chwili trysnęło źródełko, z którego biła jednak nie woda, lecz krew! Jama szybko wypełniła się do takiego poziomu, że gdybym wyjął żerdź podtrzymującą Hermana, ten zanurzyłby się po pierś.

– Ach, rozumiem! Ma się utopić w niewinnej krwi. Jakie to dramatyczne – roześmiałem się szczerze. – Żaden bard czy poeta nie wpadłby na równie ciekawy pomysł.

Anna nie podzielała mego rozbawienia. Mało tego – zgromiła mnie wzrokiem. Zupełnie jak gdybym powiedział coś niesamowicie głupiego, lub wyrzygał się po pijacku przed ołtarzem w czasie mszy… no, może to ostatnie by jej tak bardzo nie oburzyło.

– Wrzuć do dołu swój miecz – rozkazała.

– Co? Miecz? To pamiątka rodzinna – zaprotestowałem.

– To może mniej jesteś przywiązany do ręki lub nogi? Masz je od dziecka, lecz któż to wie – może faktycznie bardziej cenisz ten tępy niczym twój umysł kawał żelaza.

Aha, zrozumiałem. Żarty się skończyły. Podniosłem leżący nieopodal miecz, podszedłem i wrzuciłem go do dołu wypełnionego krwią. W pierwszej chwili zdziwiło mnie, że broń nie poszła na dno, lecz unosiła się na powierzchni. Jednak w prawdziwe osłupienie wprawił mnie widok rozpadającego się żelaza. Zupełnie jakby to nie była krew, lecz piekielny kwas. Nie minął pacierz, a po orężu nie było śladu.

– Matko najmilsza – rzekłem w duchu. – Jeśli ta ciecz tak łatwo rozpuściła miecz, to co się stanie z ludzkim ciałem?

Cóż, moja ciekawość miała zostać szybko zaspokojona. Anna podeszła do krawędzi dołu i podetknęła pod nos Hermana kolejną fiolkę. Tym razem opary szybko ocuciły mężczyznę. Początkowe oszołomienie ustąpiło miejsca gniewowi, a ten przerażeniu.

– Pamiętasz mnie? – spytała ciepłym, delikatnym głosem Anna. – Pamiętasz, jak się ze mną zabawialiście w karczmie?

Odpowiedział jej przerażony wzrok von Doenitza, który najwyraźniej przypomniał sobie twarz dziewczyny. Zapewne doskonale pamiętał też, że ją zabił. Gdyby nie zakneblowane usta, wrzeszczałby pewnie teraz tak, że zrujnowana wieża kościelna w pobliskim Badenfeld posypałaby się do reszty.

– Widzę, że mnie rozpoznałeś – kontynuowała bez pośpiechu dziewczyna. – Zabiłeś mnie, mojego ojca oraz pewnikiem wiele niewinnych osób. A teraz za to zapłacisz. Nie zabiję cię od razu. Tak naprawdę, to tylko od ciebie zależy, jak długo jeszcze będziesz żył. Wiedz tylko, że śmierć jest bez wątpienia nieuchronna i w twoim wypadku niewyobrażalnie bolesna. – Uśmiechnęła się, po czym skinęła dłonią.

Wiedziałem, co robić. Szybkim ruchem wyciągnąłem żerdź podtrzymującą tors Hermana. Ten momentalnie napiął wszystkie mięśnie, usiłując za wszelką cenę utrzymać ciało w pozycji poziomej. Anna ukucnęła z boku i przypatrywała się, ja zaś cofnąłem się o kilka kroków.

Mężczyzna walczył o każdą sekundę życia. Mięśnie zaczynały drżeć, a pot oblał czoło, choć było chłodno. Anna przetarła delikatnie dłonią jego policzek.

– Będziesz cierpiał – wyszeptała.

Herman wyraźnie opadał z sił, zaś ciało powoli chyliło się ku nieruchomej dotychczas powierzchni czerwonej cieczy. Dostrzegłem jednak, że im bardziej jego głowa zbliżała się do powierzchni płynu, tym bardziej substancja zaczynała falować i bulgotać. W pewnym momencie ciało musiało dać za wygraną i ten moment nadszedł. Herman zetknął się z cieczą. Natychmiast czerwona dłoń objęła jego głowę i ścisnęła. Poczułem woń przypominającą palone mięso. Biedak z całych sił szarpnął się ku górze, lecz krwistoczerwone łapsko nie chciało puścić. W końcu dało za wygraną, jednak nim zniknęło, ściągnęło mu skórę z twarzy. Szlachcic usiłował wrzasnąć, a ja widziałem, jak napinały się nagie mięśnie jego twarzy. Nieosłonięte już wargami zęby sczerniały w kontakcie z substancją. Wytrzeszczył oczy w przerażeniu. Lewa gałka wypadła z oczodołu i zawisła na nitce mięśni i nerwów.

Anna przypatrywała się spektaklowi z zapartym tchem. Zupełnie jakby chciała wszystko dokładnie zapamiętać i nie przegapić żadnego detalu trwającej kaźni. Knebel wypadł z ust i Herman wydobył z siebie przeraźliwy ryk. Kompletnie nieludzki, upiorny. Brzmiał tak, jak gdyby należał do obdzieranego żywcem ze skóry zwierzęcia.

Mężczyzna w końcu zamilkł po ciągnącej się wieczność chwili, po czym zanurzył się po pierś w cieczy. Usłyszałem bulgot i syk.

– Zepchnij to ścierwo do dołu. – Anna wskazała bezgłowe ciało z obrzydzeniem w głosie.

 

 

 

Część dziewiąta. Historia zwycięstw i podbojów miłosnych szlachetnego Franciszka z Tyrawy.

 

Anna dotrzymała słowa i puściła mnie wolno. Nim to uczyniła, podarowała sakiewkę wypełnioną złotem i poleciła kupić porządną zbroję i rumaka. Miałem odtąd brać udział w każdym turnieju, w którym zdołam. Był to rzekomy sposób na zdobycie sławy dla mnie i mego rodu.

Przez następne dwa lata podążałem od miasta do miasta, od zamku do zamku. Za każdym razem pozostawiałem za sobą pokonanych rywali (a czasem i zbrzuchacone dwórki czy dziewki służebne). Na początku traktowano z przymrużeniem oka nieznanego rycerza. Po kilku wygranych zacząłem wzbudzać ciekawość, aż w końcu podbiłem serca ludu, zaś w sercach rycerstwa rodził się strach na samą myśl o Franciszku z Tyrawy.

Kiedyś brałem udział w zawodach zorganizowanych przez mniej znaczącego barona. Przed pierwszą walką pozwoliłem, by na mej kopii zawiązała swą chustę najmłodsza, lecz najdorodniejsza z jego córek. Turniej ten przeszedł zapewne do historii i niejeden bard ułożył barwną pieśń o tamtych pamiętnych wydarzeniach. Jednak nie z powodu mego, łatwego z resztą, zwycięstwa. Otóż zazdrosne o względy sławnego rycerza siostry rzuciły się na mą wybrankę. Przyznam, że takich atrakcji, jakich widownia była świadkiem za sprawą owych dam, nie zapewniłoby starcie najznamienitszych wojów. Zaś widok rwanych włosów i dartych sukien – bezcenny.

Nie potrafię powiedzieć, jak to się działo. Nigdy nie miałem wielkiej wprawy w walce na kopie. Teraz wystarczyło pognać wierzchowca, a czubek drzewca sam szukał celu, tarcza bezwiednie przesuwała się, by jak najlepiej odbić cios przeciwnika. Nawet gdy trafiony wyjątkowo silnie zachwiałem się w siodle, jakaś nieznana moc podtrzymywała mnie, nie pozwalając upaść.

Turniej wyprawiony na cześć księcia Mściwoja odwiedzającego zamek w Janowcu miał być kolejną areną, na której Franciszek z Tyrawy – postrach męskich serc i kobiecych spódnic – miał zaprezentować swój kunszt. Przed południem przyjąłem dwa wyzwania od miejscowych rycerzy. Obu wysadziłem z siodeł bez trudu. Teraz kończyłem właśnie przechadzkę po obozie i kierowałem się ku swemu namiotowi, gdyż niebawem stanąć miałem naprzeciw Gromisława – książęcego syna. Młokos był na tyle głupi i uparty, że wbrew woli ojca rzucił mi wyzwanie. Każdy inny rycerz na moim miejscu podjąłby rękawicę, stanął do walki, stworzył zapierające dech w piersiach widowisko, po czym pozwoliłby się pokonać. Ja jednak nie miałem zamiaru ulegać presji książęcego tytułu. Gromisław już leżał na plecach, jedynie nie był jeszcze tego świadom, a jego ojciec doskonale zdawał sobie z tego faktu sprawę. Moim skromnym zdaniem porażka nie przynosiła ujmy młodzianowi. Wszak na ziemię miała posłać go kopia samego Tyrawy. Mógł sobie poczytać nawet za zaszczyt, że otrzyma soczystego kopa w szlachetny tyłek od najznamienitszego rycerza na kontynencie.

Szedłem spokojnym krokiem w stronę swego obozu, gdy dostrzegłem szlachcica, który tłukł solidnym kijem zakrwawionego chłopaka – najwyraźniej swego pachołka. Biedak ostatkiem sił zasłaniał się przed ciosami, a te spadały nieubłaganie. Byłem pewien, że jeszcze chwila, a mężczyzna zatłucze młokosa na śmierć. Ale cóż – na pewno kara była adekwatna do winy. Odwróciłem głowę i spojrzałem w niebo, jak gdyby zainteresował mnie klucz ptaków mknący po niebie, po czym ruszyłem dalej.

Pegaz, mój rumak, był niespokojny. Niecierpliwie przebierał kopytami w miejscu i tylko czekał na znak, by ruszyć pędem do przodu. Opuściłem zasłonę przyłbicy i chwyciłem podaną przez służącego kopię. Przez wąski wizjer widziałem jeźdźca w lśniącej zbroi na białym koniu. Jego hełm przyozdabiał czerwony smok z rozłożonymi skrzydłami. Pomyślałem, że też będę musiał sprawić sobie takie cacko – publika lubi takie dodatki. Choć z drugiej strony w swej solidnej płytowej zbroi pozbawionej jakichkolwiek ozdób wyglądałem nie jak bogaty, śmierdzący lawendą panicz, lecz rycerz z krwi i kości.

Na dany znak ruszyliśmy z kopyta. Widziałem wyraźnie szybko przybliżającą się sylwetkę Gromisława. Czubek drzewca skierowałem w jego pierś. Widziałem jego wcześniejsze pojedynki. Książęcy syn nieporadnie operował tarczą. Byłem więc pewien, że przed moim ciosem się nie obroni. Ja zaś ustawiłem tarczę tak, by jego grot ześlizgnął się po niej.

Jeszcze tylko kilka uderzeń serca i będzie po wszystkim, jeszcze tylko jeden oddech… Wszystko się zatrzymało. Konie zamarły w galopie, ludzie stanęli w bezruchu niczym kamienne figury. Nawet chorągwie nie reagowały na podmuchy wiatru, o ile wiatr w ogóle wiał. Chciałem obrócić nieco głowę, lecz nie mogłem. Zupełnie jakby czas stanął i tylko mój umysł pracował jak należy.

– Witaj, Franciszku. – Głos Anny odezwał się w mej głowie. – Nie sil się na odpowiedź – nie masz władzy nad ciałem. Wysłuchasz mnie, a ja potem odejdę i pozwolę, by wydarzenia potoczyły się swoim torem. A oto, co mam do powiedzenia. Otóż dotrzymałam słowa, jak widzisz. Twe obawy były płonne. Pomogłeś mi dokonać zemsty, a ja obdarowałam cię sławą i bogactwem. Franciszek z Tyrawy znany jest w każdej zapchlonej wsi na tym kontynencie. Dziewczęta wzdychają na twój widok, a pod wpływem twego wzroku same im się rozchylają uda. Dzieciaki bawiąc się, naśladują twoje sławne czyny. Tego chciałeś, czy nie? Tak więc spłaciłam dług. A teraz czas, byś ty spłacił swój.

Anna przemawiała do mnie spokojnie, bez emocji. Wyobrażałem sobie jej pozbawioną wyrazu twarz, nieruchomą niczym maska na bal przebierańców. I mimo że nie słyszałem w jej głosie gniewu, byłem przerażony. Gdyby chciała się pożegnać i podziękować, mogła to uczynić w mniej osobliwy sposób.

– Wyjątkowe w tobie, Franciszku, jest to – kontynuowała – że nie zapłacisz za to, co uczyniłeś. Ty zapłacisz za wszystko to, czego w swoim życiu zaniechałeś. A lista jest długa: masakra mieszkańców Koenitz, której mogłeś zapobiec. Śmierć twego syna, której się przyglądałeś. By rozwiać twe wątpliwości: dzieciaczek zabity przez Cavallego to był twój syn! A ty w głębi duszy o tym wiedziałeś. Pozwoliłeś też Hermanowi na gwałt oraz zabicie mnie oraz mego ojca. Gdy odesłałam twych oprawców i uwolniłam od pętli, miałam nadzieję, że wystarczy tobą delikatnie pokierować, byś się zmienił i przestał przymykać oko na wszystko to, co się wokół ciebie dzieje. Byś zachowywał się jak prawy mąż. Nawet nie wiesz, jak się rozczarowałam. Doprowadziłam do twego spotkania z Francisco, sprawiłam, że zostałeś z nim sam na sam, podałam ci jego głowę na tacy, a ty nie dokonałeś zemsty na mordercy syna! Ha! Mało tego! Jeszcze pozwoliłeś mu zgwałcić tamtą dziewczynę! A na deser przeszedłeś obojętnie obok katowanego pacholęcia. Do twojej wiadomości – tamten szlachcic zatłukł chłopaka na śmierć za kradzież, której biedak nie dokonał. Sam widzisz – masz spory dług wobec świata. A teraz go spłać!

Głos zniknął z mej głowy, a tryby napędzające świat ruszyły. Konie znów mknęły, publika wrzeszczała. Wtem poczułem dziwną słabość w rękach. Kopia pozbawiona mocnego uchwytu odchyliła się i teraz gotowa była minąć cel, zaś ramię trzymające tarczę opadło. Za to czubek drzewca Gromisława mknął wprost na spotkanie mych oczu. Jeszcze moment, jedno uderzenie serca. Próbowałem szarpnąć kopią, unieść tarczę, odchylić głowę, by uniknąć śmiertelnego najpewniej ciosu. Huk, trzask, cisza i ciemność.

Koniec

Komentarze

Zakończenie – bardzo mi przykro – typu życzeniowomoralizatorskiego, podane na tacy.

Koniec opowieści mniej zabawny niż początek, ale w porządku.

Służyłem z Francisco pod komendą syna króla Zygfryda. Jego zakuta w czarną zbroję postać śniła mi się prawie każdej nocy.

Czyli czyja postać – Francisco, syna, króla?

Ale sztylet pod żebra w ciemnym zaułku

– czemu nie.

Tu chyba niepotrzebny enter się zakradł.

Tak z ciekawości: co zrobili z rękoma Hermana? Związali na plecach?

I skąd bohater wiedział, że zostawiał zbrzuchacone dwórki? Chyba często zmieniał miejsca pobytu, a to chwilkę trzeba, żeby chociaż kobieta się zorientowała.

Hmmm, Adamie, a jakie zakończenie byłoby satysfakcjonujące?

Babska logika rządzi!

:-) Takie spod mojej ręki. :-)

Żadne nie będzie satysfakcjonujące. Może poza jednym: obdarzyć faceta nigdy nie milknącym sumieniem i bardzo długim życiem.

Oj, chyba masz sadystyczne skłonności. Ale trudno powiedzieć, że gościu sobie nie zasłużył…

Babska logika rządzi!

No więc przeczytałam. Jest, jak zwykle, napisane nieźle. Ale ja się zawiodłam. Nie chodzi mi o zakończenie, jak Adamowi, bo to akurat wydaje mi się sensowne. Chodzi mi o to, ze ostatnia część odbiega nastrojem od poprzednich. Tam pełno było humoru, nieco przaśnego i dosadnego, a tu tego zabrakło. Poszedłeś całkowicie w powagę, a to mi się nie spodobało, zaburzyło odbiór całości.

Ale ogólnie całość podobała mi się.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

AdamKB – gdybym zakończył zgodnie z Twoją propozycją, Bemik by mnie chyba zasztyletowała:P

 

Bemik – i tu jest, w moim przypadku, pies pogrzebany. Otóż dość łatwo przychodzą mi “wygłupy” czyli cięte riposty, niewyszukany humor. Tylko że tym pociągiem można dojechać tylko do jednego punktu. Z reguły humor jest dodatkiem, a u mnie mógłby stać się daniem głównym. Ok, historie o Debrenie z Dumajki p.Baniewicza mi osobiście bardzo się podobają, lecz chyba nie chciałbym iść tą drogą ( że o Jakubie Wędrowyczu nie wspomnę :p ).

 

Moja dziewczyna czyta tylko te opowiadania, w których sypię humorem. Czuję, że wiele osób postępuje podobnie. A czasem chciałoby się napisać coś na poważnie, sypnąć nutką grozy czy smutku. Lecz to z kolei odrzuci tych, których bawi użeranie się z podrzędnymi prostytutkami i sranie po krzakach. Tak więc stoję na rozstaju dróg i nie wiem, gdzie iść, a zostać na miejscu przecież nie mogę.

Ależ pisz, -13-, i takie z humorem i takie na poważnie. Mój zarzut dotyczy jedynie tego, że w tym opowiadaniu wyłamałeś się z konewncji, którą sam sobie narzuciłeś na początku. Otóż ja czytam i te “na poważnie” i te “z humorem”. Problem polega na tym, że tu, gdzie oczekiwałam “z humorem” trafiło się “na poważnie”.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Tak, -13-, stoisz na rozdrożu, a drogowskaz dawno diabli wzięli… Może nigdy go tam nie było?

Spróbuj naśladować życie. Bardzo często przeplata komedie z tragediami. Mniej więcej jak w powyższym opowiadaniu, w którym największa wadą okazało się naruszenie, a potem zmiana proporcji.

Ja też jestem trochę zawiedziona i podzielając zastrzeżenia wcześniej komentujących, nieco „współrozczarowana”. Mimo to opowieść podoba mi się, choć lektura byłaby bardziej satysfakcjonująca, gdybym mogła od razu przeczytać całość.  

 

„Zu­peł­nie jak gdy­bym po­wie­dział coś nie­sa­mo­wi­cie głu­pie­go, lub wy­rzy­gał się po pi­jac­ku przed oł­ta­rzem w cza­sie mszy…” – Czy tu nie powinno być: …lub wy­rzy­gał się po pi­jaku przed oł­ta­rzem w cza­sie mszy

Bo nie znam pijackiego zwyczaju rzygania przed ołtarzem w czasie mszy… ;-)

 

„Tak na­praw­dę, to tylko od cie­bie za­le­ży, jak długo jesz­cze bę­dziesz żył. Wiedz tylko, że śmierć jest bez wąt­pie­nia nie­uchron­na…” – Proponuję: Tak na­praw­dę, to wyłącznie od cie­bie za­le­ży, jak długo jesz­cze bę­dziesz żył. Wiedz tylko, że śmierć jest bez wąt­pie­nia nie­uchron­na… Lub: Tak na­praw­dę, to tylko od cie­bie za­le­ży, jak długo jesz­cze bę­dziesz żył. Wiedz jednak, że śmierć jest bez wąt­pie­nia nie­uchron­na

 

„Lewa gałka wy­pa­dła z oczo­do­łu i za­wi­sła na nitce mię­śni i ner­wów”.Lewa gałka wy­pa­dła z oczo­do­łu i za­wi­sła na nitkach mię­śni i ner­wów.

 

„Był to rze­ko­my spo­sób na zdo­by­cie sławy dla mnie i mego rodu”. – Wolałabym: Był to ponoć spo­sób na zdo­by­cie sławy dla mnie i mego rodu. Lub: Był to ponoć spo­sób na okrycie sławą mnie i mego rodu.

 

„Jed­nak nie z po­wo­du mego, ła­twe­go z resz­tą, zwy­cię­stwa”. – Czy ktoś za walkę zapłacił za dużo, i bohater musiał wydać resztę? ;-)

Jed­nak nie z po­wo­du mego, ła­twe­go zresz­tą, zwy­cię­stwa.

 

„…na któ­rej Fran­ci­szek z Ty­ra­wy – po­strach mę­skich serc i ko­bie­cych spód­nic…” – Wybacz -13-, ale zrozumiałam, że Franz może się skłaniać ku męskim sercom, a tym samym siać konfuzję i postrach wśród rycerzy.

Może: …na któ­rej Fran­ci­szek z Ty­ra­wy – pogromca mę­skiej/ rycerskiej odwagi i zdobywca kobie­cych serc

 

„Obu wy­sa­dzi­łem z sio­deł bez trudu”. – Skoro to były siodła bez trudu, nic dziwnego, że łatwo było rycerzy z nich wysadzić. ;-)

Może: Obu, bez trudu, wy­sa­dzi­łem z sio­deł.

 

„Od­wró­ci­łem głowę i spoj­rza­łem w niebo, jak gdyby za­in­te­re­so­wał mnie klucz pta­ków mkną­cy po nie­bie, po czym ru­szy­łem dalej”.Od­wró­ci­łem głowę i spoj­rza­łem w górę, jak gdyby za­in­te­re­so­wał mnie klucz pta­ków mkną­cych po nie­bie, po czym ru­szy­łem dalej.

To nie klucz mknął, mknęły ptaki w takim szyku.

 

„Nie­cier­pli­wie prze­bie­rał ko­py­ta­mi w miej­scu i tylko cze­kał na znak, by ru­szyć pędem do przo­du”. – Czy zdarzało się, że rumak bohatera ruszał pędem do tyłu? ;-)

 

„…chwy­ci­łem po­da­ną przez słu­żą­ce­go kopię. Przez wąski wi­zjer wi­dzia­łem…” – Może wystarczy: …chwy­ci­łem po­da­ną kopię. Przez wąski wi­zjer wi­dzia­łem

 

„Czu­bek drzew­ca skie­ro­wa­łem w jego pierś. Wi­dzia­łem jego wcze­śniej­sze po­je­dyn­ki”. – Może:

Czu­bek drzew­ca skie­ro­wa­łem w pierś przeciwnika. Wi­dzia­łem jego wcze­śniej­sze po­je­dyn­ki.

 

„Ja zaś usta­wi­łem tar­czę tak, by jego grot ze­śli­zgnął się po niej”. – Czyj grot? Grot tarczy? Chyba zgubiłeś podmiot i teraz można zrozumieć, że tarcza nabrała cech męskich – stąd jego grot, nie wyzbywszy się do końca cech żeńskich – dlatego ześlizgnął się po niej. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka