- Opowiadanie: Verne95 - Ulikses do Waleriusza

Ulikses do Waleriusza

Napisałem to opowiadanie  spontanicznie i w zasadzie przez przypadek. Ale chciałbym, żeby stało się wstępem do serii podobnych historii, niekoniecznie z tego samego świata. 

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Ulikses do Waleriusza

Kalendae Iunius, XLV rok panowania Cezara Augusta Flawiusza Klaudiusza Juliana

 

Witaj drogi Gajuszu!

Piszę w odpowiedź na twój ostatni list z Aleksandrii, który niewolnik raczył mi dostarczyć przed trzema dniami. Sycąc twoją ciekawość i obawy płynące z mojej dalekiej podróży, odpowiadam, że wróciłem cały, bez uszczerbku na ciele i duszy. Od id majowych przebywam tu gdzie się moja wyprawa zaczęła, czyli w Ostium. Trudno streścić tak wiele niezwykłości, jakie wydarzyły się podczas ostatniego roku, mimo to spróbuję. Początek naszej wyprawy sięga dekadę wstecz, kiedy to Cezar rozgromiwszy powstanie w Germanii postanowił ruszyć dalej, na wschód do dzikiej krainy, którą dzisiaj Venedią nazywamy. Prowincja ta sięgająca od gór do morza, mieszcząca się między dwoma rzekami, zamieszkiwana jest jak sam wiesz przez ludy galijskie, które pod groźbą najazdów burzliwych hord ze wschodu, zjednoczyły się i poprosiły Cezara o opiekę. Niemal dziewięć lat po rozpoczęciu zwycięskiej kampani venedyjskiej, swoją podróż rozpocząłem również ja. Kierowaliśmy się początkowo Via Sacinum, która wiodła starym szlakiem handlowym przez Dalmację, Panonię, Moravię, Bohemię i Venedię, aż do granic Mare Suebicum. O ile przez większość część trasa nie różniła się niczym od innych licznych rzymskich dróg, tak gdy przekroczyliśmy góry zwane Karpatami (od dackiego plemienia, które niegdyś je zamieszkiwało), wszystko uległo zmianie. Podróż stała się trudna i uciążliwa, a kamienny bruk zastąpiły wbite w grunt drewniane belki, niestety w większości na wpół zgniłe lub wyłamane. Poza szlakiem rozciągała się gęsta, nieprzebyta puszcza, która była naszą jedyną towarzyszką między nielicznymi grodami. W końcu, po trzech tygodniach dotarliśmy do Colonia Iulianus, stolicy Venedii.

Powitał nas tam, wraz z całym dworem, słynny Pompeliusz Sewer zwany niedźwiedziem, dawniej venedyjski książę, teraz rzymski prefekt. Był to ponad dwumetrowy olbrzym, pokaźnej postury i zdumiewającego wręcz owłosienia. Stanął przed nami ubrany w wilcze skóry. Wtedy zrozumiałem czym zasłużył na swój przydomek. W końcu, po dniach udręki, trafiliśmy do prawdziwego rzymskiego miasta! Od podstaw budowanego już szósty rok, rękami naszych legionistów. Na wąskich ulicach można było, oprócz galijskiego gwaru, usłyszeć łamaną łacinę, a miejscami nawet grekę. Architektonicznie Colonia wprawdzie nie mogła rywalizować z Neapolis, Ancium, czy Mediolanum, lecz w niczym nie ustępowała innym miastom Imperium. Nasi budowniczowie stworzyli prawdziwą perłę cultus latini, w sercu barbarzyńskiej głuszy. Jednak spędziliśmy w tym mieście zaledwie kilka nocy, ponieważ rozkazy Cezara były dość pilne, mimo to staraliśmy wykorzystać ten krótki pobyt, by w ukończonych niedawno termach i pałacu prefekta zażyć odrobiny cywilizacji. Sam najjaśniejszy prefekt okazał się człekiem dosyć prostackim, aczkolwiek wielkodusznym i spełniał wszystkie nasze zachcianki. Przeczuwałem, że za tą dobrocią musi coś się jednak kryć. I jak zwykle się nie myliłem. Poznałem historię tego nieokrzesanego ''rzymianina'', poznaj ją i ty.

Kiedy przed siedemnastoma laty zbuntowały się legiony germańskie, w imperium tliła się jeszcze wojna domowa. Tylko dlatego stłumienie tego powstania trwało tak długo. Wobec walki na dwa fronty Cezar Julian postanowił zawrzeć sojusz z lokalnymi plemionami, które razem z nim miały napaść na Germanów. Były one wprawdzie skłócone, lecz wizja obfitych łupów zjednoczyła je, przynajmniej na pewien czas. Owy Pompeliusz, noszący wtedy imię barbarzyńskie, był księciem Tartów, jednego z największych venedyjskich plemion. Z tego faktu został wybrany tymczasowym wodzem koalicji plemiennej. Jednak ten cwany lis wiedząc, że wojna wkrótce się skończy, pożądał władzy na stałe. Więc przed dziesięcioma laty złożył hołd Julianowi i namówił go na późniejszą kampanię venedyjską. Mieczami obcych wojsk w trzy lata zjednoczył pozostałe plemiona, a po rozbiciu Gotów na północy i zajęciu pomorza Venedia stała się oficjalną prowincją rzymską, a on dożywotnio jej prefektem. To opowiedział mi sam prefekt. Ale chodząc uliczkami Colonii usłyszałem od miejscowej kapłanki, że ciąży na nim i nasieniu jego klątwa. Podobno podczas kampanii, zazdrosny o władzę, wyrżnął cały swój ród i wszystkich synów podbitych książąt. Później, gdy Cezar postanowił ogłosić go namiestnikiem, ten poprosił o radę wróżbitkę.

– Cóż mnie czeka, wszechwiedząca? Jaki to los plotą mi bogi?

Ta przyjęła ofiarę, rozpaliła ognie i zamknęła się w świątyni bez chleba i wody. Po trzech dniach i dwóch nocach w końcu jej mizerna postać wyłoniła się ze świątynnego mroku. Sługa, który cały ten czas czuwał w okolicy, natychmiast pobiegł uprzedzić o wszystkim księcia. Ten, zniecierpliwiony tak długim oczekiwaniem wezwał ją do swojego dworu.

– Jaką masz dla mnie wróżbę, skoroś tak prędko nie wracała z zaświatów?!

Zaklinam Cię, książę! Ta wróżba nie przyniesie nic dobrego ani tobie, ani mnie.

Jednak on nie ustępował. Przeciwnie, jeszcze bardzie zapiekł się w swoim uporze i wydał rozkaz.

– Mów co widziałaś!

– Krew. Ród we krwi! Gród się pali. Orzeł! Widzę jak orzeł, książę, Cię rozszarpuje.

– Łżesz! Orzeł to Rzym. A Rzym mi sprzyja.

– To inny orzeł, panie. Przyjdzie na tarczach, stamtąd gdzie słońce wschodzi. Widzę jak wzywa cię twój ród, byś do niego dołączył! Widzę Ciebie książę i gród… w płomieniach!

Ten wzdrygnął się i natychmiast zlękł, że ktoś przejrzał jego zbrodnie. Wróżbitka jednak jeszcze nie skończyła.

– Strzeż się panie ponad wszystko orlego gniazda! Bo to z niego wylęgnie się plemię, które weźmie w posiadanie nasze ziemie i życia.

– Łżesz, stara wiedźmo! Pójdziesz do lochu i nauczysz się inaczej wróżyć. Mam za sobą wszystkie rzymskie legie i Cezara. A ta klnie się, że rychło zdechnę! Wyrżnąłem tysiące. I wyrżnę dziesięć razy więcej, jeśli będzie trzeba! I nawet bogi mnie nie powstrzymają. Złożę im ofiary. Ale jeśli mnie zdradzą pogaszę im ognie, druidów rozpędzę, świątynie zrównam z ziemią!

Tu odezwał się jeden z milczących do tej pory kapłanów.

– Nie szukajcie, panie wojny z bogami. Dość ich z ludźmi mieć będziecie.

Pompeliusz wpadł ponoć wtedy w taką wściekłość, że rozkazał na miejscu ubić pyskatego kapłana. Wróżbitkę czekał los o wiele straszniejszy. Wrzucono ją do kotła pełnego wody i gotowano nad ogniem tak długo, aż skóra całkiem z niej zeszła, a oczy wypłynęły na powierzchnię. Jednak książę musiał się mocno przestraszyć, choć nie dał tego po sobie poznać. Od tamtej wszak pory rozkazał polować na wszystkie orły na jego ziemiach, z wyjątkiem złotych rzymskich. Unikał też ponoć, o ile to było możliwe, wypraw na wschód. Ale wróćmy do naszych losów. Na ostatniej uczcie, przed dalszą drogą, Pompeliusz poskarżył się nam niemiłosiernie na najazdy barbarzyńców, jakby zapomniał, że jeszcze dekadę temu sam był jednym z nich!

Imperium jeszcze podczas kampanii przyrzekło zbudować wał wzdłuż wschodniej granicy. Niestety ''Wielki Wał Juliana'' (jak on go nazywał), nie został nigdy ukończony. Wybudowano zaledwie 80 mil na południu, wzdłuż gór. Natomiast północne równiny, najbardziej narażone na ataki, pozostawione zostały same sobie. Jest to naprawdę uciążliwy problem, ponieważ na wschodzie pojawił się nowy, groźny lud, zwany Sclavinami . Zeszłego lata jeden z ich Kniazi, podszedł, aż pod Colonię!

Wielki Pompeliusz miał więc pragnienie nieopisane, żebyśmy po powrocie, jako prawi bohaterzy, wstawili się u boskiego Juliana, by przypomniał sobie o zawsze lojalnej Venedii, która teraz cierpi niemiłosiernie. Cóż miałem zrobić? Dałem mu słowo, że jeśli wrócimy, to opowiem o jego rozterkach Cezarowi, ale niczego nie obiecuję. A ten warchoł, gdyby nie broniący go przez hańbą sługa, całowałby mnie po rękach. Następnego dnia wypłynęliśmy łodzią wzdłuż Visculii, która miała nas poprowadzić, aż do wybrzeża. Tam zaczęła się opowieść właściwa, na temat której wypełniłem atramentem już trzy zwoje! Tak niezwykła, a jednocześnie prawdziwa, że sam Homer, Wergiliusz, Horacy, czy Petroniusz by się jej nie powstydzili. Gdy się spotkamy niebawem obiecuję Ci ją wręczyć.

Ale mniejsza już z tym, drogi Gajuszu! Tu w Ostium mieszkam teraz u swojego towarzysza Marcusa, który użyczył mi jeden z pokoi. Pierwszego poranka po przyjeździe zamierzałem przespacerować się po dawno niewidzianych uliczkach i wstąpić na Forum . W pierwszej kolejności odwiedziłem jednak świątynię Marsa, by się w spokoju pomodlić i złożyć wota, które mu przysięgłem w zamian za bezpieczny powrót. Dałem trzysta sestercji i srebrny puchar, który wywalczyłem. Było to nawet więcej niż zamierzałem, gdyż gdyby nie jego opatrzność i chyba mój daimonion, nie czytałbyś teraz tego listu. To Mars powrócił mi cudem życie, zamknął rany toczone krwią i otworzył powiekę. Już mi wkładali srebro do ust, kiedym odżył! Zapewne w tej chwili zamarłeś i boisz się czytać dalej. Ale żyję Gajuszu i mimo licznych blizn szybko wracam do zdrowia. Lecz nie wszyscy mieli tyle szczęścia. Przed rokiem wyruszyło nas dziesięciu i trzynastu niewolników. Połowa nie powróciła, a kości ich bieleją od Oceanu Północnego po śnieżne góry, których ja osobiście nie widziałem i całe szczęście. Przed świątyniom spotkał mnie niejaki Petyliusz, minister senatora Sylwaniusza. Złapał mnie, gdy już wychodziłem, niespodziewanie za ramię. Jesteś zapewne ciekawy czego chciał? Tak samo ja byłem ciekaw, gdy zaskoczony odwróciłem głowę w jego stronę. Przedstawił mi się i swego pana, o którym oczywiście słyszałem, a potem wręczył zaproszenie do jego rezydencji.

– Wielki Sylwaniusz chce cię widzieć panie jeszcze dzisiaj. – powiedział, skłonił się i odszedł. Oczywiście krążyły liczne plotki o tym senatorze, jakoby za sprawą niewolnika przyjął Judejskiego boga do swojego ołtarza domowego. O jegoż licznych skandalach nawet nie wspomnę. Swego czasu całym Rzymem zatrzęsła wieść o jego rychłym aresztowaniu i procesie jaki się przeciwko niemu toczy. Został wprzódy oskarżony o sekciarstwo. Nie pamiętam dokładnie, ale podejrzewano go o sprzyjanie zakazanemu kultowi. A może nawet, na Jowisza, o bycie jego wyznawcą! Jaki to plugawy zabobon nie wspomnę, pomny na bezpieczeństwo twoje i swoje. Chodzi jak mniemam o Galilejczyka, który niegdyś cieszył się tutaj popularnością. Ufny twej przenikliwości listowi nie powierzę tajemnicy. Zaproszenie dotyczyło uczty, która miała się u niego odbyć tamtego wieczora. Co się wydarzyło na samej uczcie u Sylwaniusza i jakie miała późniejsze konsekwencje nie napiszę. Za tydzień odpływa mój statek do Aleksandrii i będziemy mogli się wreszcie spotkać po rozłące. Wtedy też Ci osobiście wszystko opowiem. Żyjemy w ciekawych czasach Gajuszu, a słowa należy dobierać równie rozważnie co sojuszników. Jak powiedział poeta ''polityka jest grą podtekstów i niedomówień''.

Życzę Ci dużo szczęścia zacny Gajuszu Waleriuszu i rad jestem, że przy pomyślności Neptuna już wkrótce będziemy mogli się uściskać. Niech Merkury poniesie ten list prosto do twoich rąk.  

 

Juliusz Ulikses, Ostium

 

Koniec

Komentarze

Jak dla mnie ogromnie męczący ten tekst.

Po pierwsze, forma listu sprawia, że musisz wszystko opisać, nie dając dialogów  – robi się blok tekstu.

Po drugie, jakoś tak monotonnie snujesz tę opowieść, ledwie zarysowując różne intrygi, czyli ten list nadawałby się ewentualnie na jakiść prolog.

Po trzecie, zmęczyły mnie opisy miejsc i osób, a ich mnogość sprawiła, że niczego nie zapamiętałam, a raczej nie utkwiło mi  w pamięci.

Trochę Ci szwankują przecinki, do tego skoro użyłeś formy listu – to wszystkie Ty, Tobie i Ci powinny być z dużej litery, bo tak właśnie używa się ich w liście, grzecznościowo.

Spróbuj może napisać to samo, ale jako historię dziejącą się, a nie opisywaną. Da Ci to możliwość wplecenia wszystkich opisów w akcję, dołożysz do tego emocje, których tu brakuje i może wyjdzie dobry tekst.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Doceniam stylizację, dla miłośnika antyku jest czytelna, forma trochę kuleje. Razi mnie spacja przed kropkami. Nie bardzo rozumiem treść. Najpierw piszesz o Pompeliuszu i ucinasz, gdy robi się ciekawie. Potem wspominasz o powrocie do zdrowia, na koniec o senatorze Sylwaniuszu (na wygnaniu w Ostium?) i Galilejczyku. Zarysowane wątki, brak puenty. I gdzie motyw polski?

 

“Kalendae Iunius, XLV rok panowania Cezara Augusta Flawiusza Klaudiusza Juliana

1 czerwca to Kalendiis Iuniis, lepiej skrótem: Kal. Iun. (i problem z odmianą odpada). Miejscowość też dałabym w nagłówku, nie na końcu listu. Podobnie z powitaniem, Rzymianie kochali formułki i skróty. Polecam na wzór listy Cycerona :) Pytanie, czy taki zapis będzie jasny dla czytelnika? ;)

 

Piszę w odpowiedź na twój ostatni list z Aleksandrii

[w odpowiedzi] tutaj raczej zamiast ostatni, to na list z dnia (a nuż ostatni zaginął w drodze, nigdy nie ma tej pewności)

 

który niewolnik raczył mi dostarczyć przed trzema dniami

niezręcznie, spróbowałby nie raczyć…

 

 “Niemal dziewięć lat po rozpoczęciu zwycięskiej kampani venedyjskiej

[kampanii]

 

nieprzebyta puszcza, która była naszą jedyną towarzyszką między nielicznymi grodami

nie mam pomysłu jak to poprawić, może robić na dwa zdania? Na pewno nie “między”.

 

W końcu, po trzech tygodniach dotarliśmy do Colonia Iulianus, stolicy Venedii.”

proponuję Colonia Iuliana (Kolonia Juliańska), bo colonia jest rodz. żeńskiego

 

słynny Pompeliusz Sewer zwany niedźwiedziem”

[Niedźwiedziem]

 

Nasi budowniczowie stworzyli prawdziwą perłę cultus latini, w sercu barbarzyńskiej głuszy.

cultus to raczej wykształcenie, chodzi o perłę architektury?

 

Poznałem historię tego nieokrzesanego ''rzymianina'', poznaj ją i ty.

dałabym wielką literę: Rzymianina – jako mieszkańca Imperium, bez cudzysłowu; mała literą, gdy chodzi o mieszkańca miasta Rzym

 

“Owy Pompeliusz

[Ów]

 

Mam za sobą wszystkie rzymskie legie i Cezara.”

legiony?

 

 “Zeszłego lata jeden z ich Kniazi, podszedł, aż pod Colonię!

[…jeden z ich kniazi podszedł aż pod…]

 

Następnego dnia wypłynęliśmy łodzią wzdłuż Visculii, która miała nas poprowadzić, aż do wybrzeża.

nie rozumiem tego zdania

 

“minister senatora Sylwaniusza” 

[sługa, minister może zmylić]

 

przyjął Judejskiego boga do swojego ołtarza domowego

[judejskiego]

 

Masz mnie, kocham antyk :)

bemik i rooms: 

Dziękuję wam za komentarze i konstruktywną krytykę. Na pewno się przyda:)

 

rooms: 

Faktycznie mogło ty wyjść trochę mętnie. Zapomniałem, że to co jest jasne dla autora, nie zawsze takie jest dla czytelników. 

 

który niewolnik raczył mi dostarczyć przed trzema dniami

To był sarkazm bohatera, że tak długo musiał czekać. 

 

Nasi budowniczowie stworzyli prawdziwą perłę cultus latini, w sercu barbarzyńskiej głuszy.

Według translatora ‘’cultus latini’’ to kultura łacińska. 

 

Poznałem historię tego nieokrzesanego ''rzymianina'', poznaj ją i ty.

Cudzysłów to znowu sarkazm. Miał pokazać pogardę bohatera, który Pompeliusza nadal uważa za barbarzyńcę, a nie Rzymianina. 

 

Mam za sobą wszystkie rzymskie legie i Cezara.”

Legia też jest poprawną formą, ale w tym przypadku chciałem pokazać różnice językowe między barbarzyńcą ,a Rzymianinem. 

 

Następnego dnia wypłynęliśmy łodzią wzdłuż Visculii, która miała nas poprowadzić, aż do wybrzeża. “

Viscula to łacińska nazwa Wisły (pisał o niej, o ile się nie mylę Ptolemeusz). Wypłynęli łodzią wzdłuż rzeki do wybrzeża (morza). Czego tu nie rozumieć?

 

Ten list jest swego rodzaju prologiem do historii samej wyprawy.

Gdzie jest wątek polski? Venedia leży na terenach obecnej Polski. Zamieszkują ją Galowie (tak określali Rzymianie wszystkich Celtów). Ze wschodu napierają Sclavini (Słowianie), a “orle plemię” z przepowiedni to właśnie Polacy. Jeśli jeszcze chcesz wiedzieć to Pompeliusza Sewera oparłem na postaci Popiela. 

 

Rozumiem Cię, również kocham antyk i cieszę się, że jest ktoś ten tekst. Jest to moje pierwsze opowiadanie, bardzo niedoskonałe, ale dziękuję, że je przeczytałaś. Wszystkie rady wezmę do serca i mam nadzieję, że powstaną nowe historie. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wyrażam nadzieję, że następne historie nie tylko powstaną, lecz będą historiami bardziej “bagiennymi”, czyli wciągającymi czytelnika minimum do pasa, nie tylko do kostek. Naprawdę, Autorze, nudnawy ten list. Coś zapowiada, coś obiecuje, słowa nie dotrzymuje…

Pomijając fakt, że tekst byłby bardziej ciekawszy jako opowiadanie w zwykłej formie, niż jako list. Tekst jest nużący z powodu jednolitego sposobu narracji. Może to taki zabieg autorski, ale mnie nie przypadł do gustu. Może rozwiń to, i napisz opowiadanie akcji – jak poradzili inni – wplatając tu fragmenty listów. Powodzenia w każdym razie.

"Wszyscy jesteśmy zwierzętami, które chcą przejść na drugą stronę ulicy, tylko coś, czego nie zauważyliśmy, rozjeżdża nas w połowie drogi." - Philip K. Dick

Nowa Fantastyka