- Opowiadanie: BOTA - Cena magii

Cena magii

Drużyna A pierzynowego konkursu – czyli Bemik, Ocha, Tensza i AlexFagus – melduje się gotowa do akcji.

Ponieważ Unfall się gdzieś zapodział, wiosna blisko i czas przewietrzyć pierzyny, postanowiłyśmy pokazać nasze dziełko światu.

Eksperyment polegający na pisaniu jednego tekstu przez cztery autorki okazał się pod względem towarzyskim i edukacyjnym zdecydowanie udany. Czy jest taki również pod względem literackim, zostawiamy do oceny Wam, Drodzy Czytelnicy:)

Jesteśmy też niezmiernie ciekawe, czy zdołacie bez pudła dociec, która z nas opisywała dzieje którego z bohaterów. Nagroda – oczywiście wieczysta chałwa, rodzynki i beta w razie potrzeb;D

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Cena magii

 

Prolog: Draha

 

Poczuł nieprzyjemne ukłucie i przesunął się ostrożnie, żeby nie stracić równowagi. Puchowiec wyrastał ponad linię lasu i orkus mógł stąd obserwować wioskę, ale to drzewo nie było dobrym wyborem – kolce, rzadkie liście, kruche gałęzie. Draha ciągle dokonywał złych wyborów. Od dzieciństwa. Przyzwyczaił się już do tego i do samotności, konsekwencji kolejnego złego wyboru. Gdyby został wtedy w jaskini, byłby nadal razem z matką, ojcem i młodszym rodzeństwem. Ale jego gnała ciekawość. Dlatego opuścił rodzinę i ruszył, by pooglądać sobie te bezwłose stworzenia – tak podobne i tak różne od nich.

Był wtedy na początku dorosłości i rodzice często mu o tym przypominali. O tym i o innych trudnych rzeczach – odpowiedzialności, rozwadze, trosce o rodzinę. Ale przecież wtedy zostali w jaskini, bezpieczni, ukryci przed niedoskonałym wzrokiem ludzi. Nic im nie groziło. Dlatego zdecydował, że może wyśliznąć się po cichu i powędrować na skraj lasu. Trwało to prawie pół nocy, ale kiedy dotarł, życie w wiosce zaczęło się budzić. Nim zdołał cokolwiek zobaczyć, uderzył w niego przesycony przerażeniem i bólem krzyk matki, ryk wściekłości ojca i króciutkie, niepewne kwilenie siostry i brata. Strach sparaliżował go, ale cisza, która nastąpiła za chwilę, była jeszcze gorsza. Zsunął się z drzewa, nie bacząc na to, że ostra kora i kolce kaleczą mu ciało. Pędem ruszył w stronę jaskini, choć wiedział, że jest już za późno. Wreszcie dotarł i zatrzymał się bezradny przed wejściem. W nozdrza uderzył zapach rodziców i rodzeństwa. Ale był zmieszany z innym odorem. Z zapachem strachu i śmierci.

Wiedział, co tam zastanie, a mimo to zdecydował, że musi zobaczyć. Rozczłonkowane ciała. Zastygłe, matowe oczy, w których nie mógł nawet dostrzec przerażenia. I cisza. Kompletna. Choć nie stawiał osłony przed myślami rodzeństwa czy rodziców, nie docierało do niego nic. Nawet najlżejszy szum.

Ryk poniósł się po jaskini, wybuchł na zewnątrz i potargał korony drzew. Draha żałował, że nie zginął z nimi. Bał się samotności. Nienawidził ludzi za to, co zrobili. Płakał.

Chciał popędzić z powrotem do wioski i rozszarpać wszystkich, którzy nie zdołają przed nim uciec. I nagle dotarło do niego, dlaczego zabraniano mu kontaktów z ludźmi. Dlaczego orkusowie kryli się w jaskiniach, dlaczego nosili skóry zwierząt, które własnoręcznie upolowali, dlaczego w każdej chwili  bez żalu mogli opuścić leża i pójść dalej. Zrozumiał, że nie może ulec żądzy zemsty, bo przesycony nienawiścią stałby się tym, za co uważali go ludzie – bestią bezmyślnie zabijającą wszystkie żywe, znajdujące się w zasięgu jego pazurów istoty. Zepchnął ból i emocje w głąb umysłu, by móc rozważyć dalsze postępowanie.

Usiadł pośrodku jaskini. Pozwolił, żeby odór śmierci i strachu popłynął przez nozdrza i wypełnił mózg. Umieścił każdą ścieżkę zapachu w osobnej klatce, by nigdy jej nie zapomnieć, nawet po wielu latach, nawet gdy jego dzień zastąpi zmierzch. Cztery komory wypełnione nienawiścią i gniewem, które nie pozwolą mu zaznać spokoju, dopóki ich nie oczyści.

Potem naniósł gałęzi i nakrył nimi ciała, a na koniec zasypał kamieniami wejście do jaskini.

 

I. Branik

 

Branik stanął na środku obsypanej drobnymi kwiatami polany, wyprostował się, odchylił głowę i przymknął oczy. Trwał tak chwilę bez ruchu, chłonąc gorące promienie słońca. Upalne powietrze obezwładniało go, rozleniwiało, niemal pozbawiało woli. Szybko się jednak otrząsnął, odetchnął, rozluźnił spięte mięśnie ramion. I zdegustowany rozejrzał się wokół.

Łąka byłaby piękna – gdyby tylko zdołał zignorować obecność rozpadającej się chałupy, dwóch kóz, spoglądających na niego z bezczelną obojętnością, połamanych mebli, sterty brudnych szmat oraz innego rodzaju śmieci i gratów niewiadomego przeznaczenia. Westchnął i ociężale ruszył w stronę barłogu, piętrzącego się przy obrośniętych winoroślą resztkach płotu. Przykucnął tuż przed nim, a w nozdrza uderzył go ostry smród potu i brudu. W kapryśnym grymasie zmarszczył nos.

– Jak można żyć w takim syfie? – mruknął.

Sterta szmat poruszyła się nieznacznie i wydała z siebie głuchy jęk. Branik patrzył uważnie, stopniowo wydobywając wzrokiem z hałdy łachmanów ludzką sylwetkę. Skulony, brodaty mężczyzna wbił spojrzenie w ziemię, posapywał cichutko. Nie protestował, nie buntował się, chociaż Branik świetnie wiedział, że nawet ze związanymi na plecach rękami nie jest całkowicie niegroźny. Ale doskonale wyczuwał jego strach, poddanie i rezygnację. Uznał więc, że tym razem miał szczęście. Chociaż – uzdrowiciele przecież i tak rzadko sprawiali problemy.

– Musimy się zbierać, zanim zjawią się tu twoi wielbiciele. Z widłami i łopatami. – Wyciągnął rękę, mocno chwycił brodacza. Ale tamten kwiknął tylko i jeszcze głębiej zapadł się w swój barłóg. Branik przewrócił oczami. – Och, przestań. Trzeba było myśleć wcześniej.

– Co ze mną zrobią? – zachrypnięty głos zabrzmiał zdumiewająco przytomnie i Branik, zaskoczony, zerknął w twarz związanego mężczyzny. Jasne oczy patrzyły na niego z pełnym niepokoju oczekiwaniem. Jasne, i dość jeszcze młode. Opanował się i wzruszył ramionami.

– To już nie moja sprawa. Zapewne… nauczą cię odpowiedzialności. Postarają się, żebyś nie mógł skrzywdzić ludzi, którzy na to nie zasługują.

Brodacz roześmiał się głośno i nieprzyjemnie.

– Zapytaj się ludzi ze wsi. Zapytaj się ich. Młynarza, na przykład. Jego córka jeszcze niedawno była umierająca. Albo kowala, o! Wydawało się, że straci rękę, w najlepszym wypadku. Albo…

Branik stanął prosto, mimo że nagle zakręciło mu się w głowie.

– Chodź – powiedział cicho.

– Ich się zapytaj. Powiedzą ci, jak krzywdziłem ludzi. Wytłumaczą, wieszając na najbliższym drzewie.

Upał… Chyba upał sprawił, że Branik zachwiał się lekko. Z trudem nabrał powietrza w płuca.

– Wiesz, że nie o to chodzi.

– Myślisz, że panujesz nad darem bardziej niż ja, łowco? Tak bardzo jesteś pewny swego? – Głos uzdrowiciela zabrzmiał zupełnie spokojnie i czysto.

Branik cofnął się o krok, fala gorąca uderzyła go z nienaturalną siłą. Nagle poczuł, jakby na szyi zacisnął mu się sznur, gwałtownie i mocno, bez uprzedzenia odcinając go od dostępu powietrza. Palcami szarpnął niewidzialne więzy, opadł na kolana, unosząc wzrok na brodacza; w oczach miał jednak więcej zdziwienia niż strachu. Za to w kącikach ust uzdrowiciela czaił się kpiący uśmiech.

Branik próbował nie wpaść w panikę, nie potrafił jednak uspokoić łomoczącego serca i spokojnie odetchnąć. W desperackiej próbie potrząsnął głową, oderwał od szyi prawą rękę i machnął nią niezgrabnie. Wystarczyło. Uzdrowiciel śmiesznie podskoczył i wylądował na plecach, kilka kroków dalej. Spadł na związane z tyłu ręce – musiało zaboleć, bo skrzywił się i jęknął, mimo że upadek nieco go ogłuszył. Branik głośno wciągnął powietrze, zerwał się na równe nogi i doskoczył do leżącego. Przestań! – krzyknął do siebie w myślach, ale nie potrafił już przerwać tego, co zaczął. Brodacz ponownie uniósł się nad ziemią, tylko po to, by zaraz grzmotnąć w nią z wielką siłą. Ziemia lekko zadrżała, a Branik niepewnie zerknął na przeciwnika. Ten leżał na plecach, lewa noga skręcała mu się pod dziwnym kątem, twarz umazana była krwią wypływającą z ust i nosa. Branik podszedł ostrożnie, zafascynowany własnymi możliwościami. Ale gdy spojrzał w oczy uzdrowiciela, oczy, które zastygły w wyrazie kpiny i triumfu, udało mu się wydusić zaledwie jedno słowo:

– Kurwa.

 

 ***

 

Branik, nieco znudzony, grzecznie czekał pod gabinetem Ivany Aniki, swojej bezpośredniej zwierzchniczki. Jeszcze chwilę temu intensywnie i nieco chaotycznie myślał, co powinien powiedzieć, ale teraz uspokoił się już zupełnie. Łowcy mieli zakaz grzebania w głowach przełożonych, jednak niektóre myśli były tak intensywne… Doskonale wiedział, czego pragnie Ivana. Przyglądał się właśnie swoim nadgarstkom, ozdobionym sparciałymi, splątanymi rzemykami, gdy gwałtownie otwarte drzwi niemal uderzyły go w ramię. Niski mężczyzna wyszedł z zaciętą miną i ruchem głowy, bez słowa, dał znak Branikowi, by ten wszedł do środka.

Ivana Anika tkwiła za zarzuconym papierami biurkiem i udawała obojętność. Nie spojrzała na wchodzącego, pozornie zaczytana w dokumentach. Ale Branik, nie starając się nawet, wyczuł jej podekscytowanie i niecierpliwość. Wsunął się cicho do ciasnego pomieszczenia i przyglądał zwierzchniczce bez zainteresowania. Jak zwykle siedziała ze zmarszczonymi brwiami, wciśnięta w jakąś szarą suknię i z zaczesanymi gładko włosami. Wiedział, że nie jest wiele starsza od niego, ale sprawiała wrażenie osoby pozbawionej wieku. I emocji.

– Branik Birut. – Podniosła na niego znużony wzrok. – Narozrabiałeś.

Ledwo powstrzymał wzruszenie ramion; pokora mogła okazać się jednak lepszym rozwiązaniem.

– Musiałem się bronić.

– Łamiąc mu połowę kości? Nie wystarczyło go nieco ogłuszyć? Potrzebujemy takich jak ten uzdrowiciel, a ty najwyraźniej straciłeś nad sobą kontrolę. – Głos Aniki brzmiał doskonale beznamiętnie; gdyby Branik nie wiedział, jak bardzo było jej teraz duszno, jak bardzo się denerwowała – dałby się oszukać.

– Musiałem się bronić – powtórzył. – Okazał się sprytniejszy niż sądziłem. Potrafił ukryć przede mną swoje zamiary.

– Czyli nie dość, że straciłeś panowanie, to jeszcze dałeś się oszukać.

Niedobrze. Potrzebna była szybka i zdecydowana reakcja. Zmęczonym gestem uniósł rękę do twarzy, przesunął nią po czole i policzku. Poczuł, jak myśli Ivany oblepiają jego szyję, wąskie usta, opaloną dłoń.

– Masz dość? – zapytała po chwili milczenia, nagle łagodnym i pełnym współczucia głosem. – Kiedy jest termin następnej kontroli?

– Za miesiąc.

Ivana złapała jakieś papierzyska. Siedziała, długo gapiąc się na nie pustym wzrokiem.

– Dobrze, Branik. Masz szczęście, że tak cię cenię… jako łowcę. Jestem pewna, że ten incydent zostanie uznany za nieszczęśliwy wypadek… W najgorszym razie – efekt zmęczenia. Ale ty – zacięła się na moment – ty lepiej rzeczywiście odpocznij. Wrócisz na kontrolę, spokojny i w pełni sił.

Branik skinął głową, odwrócił się i ruszył w stronę wyjścia. Nacisnął klamkę, gdy dogoniła go jeszcze desperacka myśl: przyjdź do mnie po zmierzchu. Zamknął za sobą drzwi, zanim Ivana Anika odważyła się wypowiedzieć ją na głos.

 

II. Maika

 

 Powietrze drżało od śpiewu cykad. Przez upał wydawało się gęste, niemal oleiste. Pachniało tymiankiem.

Kobieta odgarnęła ze spoconego czoła niepokorny kosmyk i zawiązała kawałek czerwonej włóczki na gałązce żarnowca. Następnie ruszyła wzdłuż okalającego gospodarstwo, niskiego murku z białego wapienia. Zatrzymywała się co kilkanaście kroków, by poprawić wymalowane na nim kurzą krwią i sokiem z piołunu znaki. Wreszcie dotarła do domu. Przyjrzała się krytycznie wiszącym u powały amuletom, splecionym z włókien pokrzyw, wełny i ptasich kości. Wszystkie były w idealnym stanie. Wtedy odetchnęła z ulgą, kończąc obchód.

Nalała wody do miednicy, umyła twarz. Przejrzała się w wiekowym, pokrytym liszajami lustrze. Oblicze w zwierciadle wciąż wydawało się całkiem ładne – i niestare. Lecz chyba nikt już nie rozpoznałby w wiejskiej dziwaczce córki jednego z bardziej wpływowych strańskich rodów.

Bo jedenaście lat temu, trochę przez przypadek, Maika została wiedźmą.

 

***

 

Właściwie doprowadziło do tego kilka przypadków.

Pierwszy miał miejsce dużo wcześniej, a polegał na tym, że na przekór nadziejom ojca i modlitwom matki urodziła się dziewczynką. Klan Asenów, żołnierzy z dziada pradziada, uznał ten postępek za ogromny nietakt.

Przez większość dzieciństwa Maika próbowała odpokutować ów afront i wyrosnąć na potomka, z którego generał Asen mógłby być naprawdę dumny. Jeździła konno jakby urodziła się w siodle. Znała dzieje rodu do dziesięciu pokoleń wstecz. Potrafiła opisać przebieg wszystkich ważniejszych bitew ostatniego stulecia. Świetnie strzelała z pistoletu. I nie płakała, gdy musiała na polowaniu skręcić kark dzikiemu królikowi.

Lecz choć ojciec mawiał o niej z uśmiechem: "moja mała wojowniczka", Maika powoli zdawała sobie sprawę, że nigdy nie zdoła naprawić tego pierwszego błędu. Bez pewnej drobnej rzeczy między nogami pozostawała jedynie pomyłką. Żartem losu. Kobietą.

Uciekła z domu, gdy miała szesnaście lat; dzień przed debiutanckim balem.

I przez przypadek wpadła – dosłownie – na Lukę. A przynajmniej wówczas tak myślała. Obecna Maika była przekonana, że pojawienie się na jej drodze młodego maga zostało starannie zaplanowane. Luka zaopiekował się krnąbrną dziewczyną i szybko przekonał ją do powrotu na łono rodziny. Z wdzięczności zaproponowano mu stanowisko ochroniarza generalskiej córki, zaś Maika, wyraźnie zauroczona swym obrońcą, usiłowała zmienić się w dobrze wychowaną, subtelną panienkę. Dokładnie taką, jakie podobały się Luce. Dokładnie tak, jak wymyślili  Asenowie.

Pewne rzeczy jednak nie poszły zgodnie z planem. Bo Luka z pewnością nie miał odwzajemnić jej uczucia. Magowie nie zakochiwali się, ot tak. Magowie właściwie nic nie robili ot tak. Choć nikt o tym głośno nie mówił, władze traktowały ich trochę jak agresywne psy – potrzebne, by pilnować obejścia, lecz wymagające twardej ręki i krótkiego łańcucha. Nadal żyli ludzie pamiętający, co dzieje się, gdy dać cudakom zbyt wiele wolności. Wciąż nie umarła pamięć o Rewolcie Petara.

Żadnemu magowi nie pozwolono by wżenić się w rodzinę równego Asenowi dygnitarza ani w takiej rodzinie dorastać.

Dlatego, gdy miesięczne krwawienie Maiki zaczęło się podejrzanie spóźniać, a poranki coraz częściej witały ją mdłościami, Luka, pod pozorem krajoznawczej przejażdżki, wywiózł dziewczynę z miasta.

Wtedy nawet nie zdziwiło jej, że tak łatwo uciekli. Była młodziutka, ufna i bardzo naiwna. Nie pytała, skąd ukochany wie tyle o ziołach i truciznach. Nie budziły zdumienia sposoby, którymi zacierał ślady, sztuczki mające oszukać jego konfratrów. Patrzyła, jak splatał amulety z włókien pokrzyw, wełny i ptasich kości, jak znaczył pnie drzew swoją krwią. Słuchała słów wykrzyczanych w ochrypłym języku. Uczyła się kruczków, pozwalających okpić istoty o nadnaturalnych zdolnościach.

Wtedy jeszcze nie zdawała sobie sprawy, że magowie zwykle nie korzystają z podobnych metod, że wiedza przekazana jej przez Lukę to dar rzadki i niebezpieczny.

Teraz często zastanawiała się, kim naprawdę był mężczyzna, którego pokochała.

Wspominała dni, kiedy żyli tu razem, w kupionym za bezcen domu po zmarłej na tyfus zielarce. Naczelnik ostrzegał przed zarazą, choć chętnie wziął ich srebro. Maika nie kryła obaw, lecz Luka tylko się śmiał – kiepski byłby z niego mag, gdyby nie umiał wytłuc wszy.

Wspominała dni słodkie jak leśny miód, gdy jej brzuch pęczniał owocem tamtej miłości. Gdy kładła się, słuchając równego oddechu Luki, a po przebudzeniu widziała nad sobą uśmiechniętą twarz kochanka.

Zaś kiedy dojrzały oliwki, na świat przyszła Szikra – jej śliczna, wesoła Iskierka, maleńka czarodziejka spragniona snu i mleka.

Maika była szczęśliwa, zupełnie i bezgranicznie. Czuła się bezpieczna w ich wiejskiej twierdzy o murach z wiedźmich uroków i spisanych krwią zaklęć.

Niesłusznie.

Pewnego jesiennego dnia Luka pojechał na targ do sąsiedniego miasteczka i nie wrócił.

Maika szalała z niepokoju. Najchętniej wzięłaby ze sobą dziecko i wyruszyła na poszukiwania, lecz nie mogła. Bała się, że poza gospodarstwem nie zdoła ukryć zdolności córki. Że jeden z przeklętych łowców, o których wspominał ukochany, wyczuje magię drzemiącą w umyśle dziewczynki i odbierze jej Szikrę.

Trwała więc bezsilna, tęskniąc i czekając, poprawiając wymalowane przez Lukę znaki, reperując amulety i wykrzykując zaklęcia do bladego księżyca. Co ranek brała niemowlę na ręce i spacerowała wzdłuż granic posiadłości, szukając na horyzoncie znajomej sylwetki.

Po miesiącu przestała wyglądać powrotu ukochanego.

Nigdy nie dowiedziała się, co go naprawdę spotkało: czy odszedł z własnej woli, czy został pojmany; czy żyje. Różnie mówiono o karach dla zbuntowanych magów, lecz Maika nie ufała plotkom. Wolała nie karmić się złudzeniami. Nieważne jak, nieważne czemu – Luka po prostu zniknął.

Od tamtej pory żyła jedynie dla Szikry.

 

***

 

Przez jedenaście lat wydawało się, że świat o nich zapomniał. Maika pielęgnowała figi i oliwki, hodowała kozy i kury. Opiekowała się córką.

Co miesiąc ruszała na obchód gospodarstwa, by odnowić ochronne zaklęcia. Rytuał wszedł jej w krew, mimo że widziała w tym coraz mniej sensu. Choć Luka niegdyś zapewniał, że mała odziedziczyła jego zdolności, Szikra wydawała się normalną, bystrą dziewczynką.

Maika przeklęła w myślach zrodzoną ze spokoju gnuśność.

Niewiele brakowało, by przeoczyła zbliżające się zagrożenie.

Rano poszła do pobliskiej miejscowości sprzedać jajka i przypadkiem usłyszała rozmowę naczelnika z kowalem. Plotkowali jak przekupki o obcym, który niedawno zawitał do wioski, ponoć po to, by odpocząć na łonie natury i łowić pstrągi. Oczywiście mężczyźni mieli na ten temat swoje zdanie. Zwłaszcza, że przybysz nawet nie starał się ukryć, iż jest magiem. Niedawno zniknął poważany w okolicy uzdrowiciel i szeptano, że dziwny gość mógł mieć z tym coś wspólnego. Ostatecznie podobna persona nie włóczyłaby się po prowincji bez powodu. Pozostawało pytanie, czego cudak szuka akurat w ich wiosce.

Na samo wspomnienie beztroskiej paplaniny sąsiadów, Maika czuła dreszcze na karku.

– Szikra! – zawołała, wyszedłszy z domu. – Szikra! Gdzie ty, do licha, jesteś?!

Odpowiedział jej tylko śpiew cykad i przez jedną, przeraźliwie długą chwilę Maika myślała, że córka została pojmana.

W obórce rozległ się hałas i na podwórze wybiegła chuda, rozczochrana dziewuszka. W brązowych włosach tkwiło kilka źdźbeł słomy i oliwnych liści, na piegowatej twarzyczce widać było zaschnięte plamy malinowego soku, a w oczach barwy orzechów – dziką, niczym nieskrepowaną radość.

– Przepraszam, mamo – powiedziała dziewczynka. Widząc krzywą minę matki, przeczesała włosy palcami. – Nie słyszałam cię, bo czyściłam Gladen.

– Kochanie, kozy to nie rumaki. Nie trzeba ich czyścić.

– Czasami jednak trzeba – mruknęła pod nosem Szikra.

Maika westchnęła ciężko. Wolała nie pytać, co też zrobiła jej latorośl, że biedna Gladen wymagała takich zabiegów. Miała na głowie ważniejsze rzeczy.

Podeszła do córki i położyła dłonie na jej ramionach.

– Kochanie – powiedziała, patrząc z powagą w ciemne, bystre oczy – uważaj na siebie, proszę. I przez kilka dni trzymaj się z dala od drogi. Do wioski przyjechał… zły człowiek. Wolałabym, żebyś bawiła się w lesie. Dobrze?

– Dobrze, mamo. – Dziewczynka z uśmiechem skinęła głową.

Matka czasem zachowywała się dziwnie. Zwykle nie pozwalała na wędrówki po puszczy. Skoro rodzicielka chwilowo zmieniła zdanie, Szikra postanowiła jak najlepiej tę rzadką okazję wykorzystać.

 

III. Szikra

 

Spojrzała do góry. Kilka promieni słonecznych zdołało przedrzeć się przez korony drzew, lekko ogrzewając piegowatą buzię. Piękna gra światłocieni stanowiła jednak sprawę absolutnie drugorzędną. To ptaszek, ćwierkający beztrosko na wysokiej gałęzi, przykuł uwagę dziewczynki. Żółte piórka były ledwie dostrzegalne na tle prześwietlonych liści, czarne oczko zdawało się mniejsze niż główka od szpilki. Gdyby on i jemu podobni potrafili trzymać dzioby na kłódkę, bez trudu uniknęliby psychicznego prześladowania. A tak Szikra, prędzej czy później, znajdowała jakiegoś członka ptasiej rodziny.

Teraz się uda! – pomyślała, wytężając zmysły. Po chwili przystawiła palce do skroni i ściągnęła brwi. To nie mogło zaszkodzić, prawda?

Delikatna twarzyczka wykrzywiła się przerażająco, małe usta zmieniły w wąską kreskę. Niestety, i tym razem świstunka wydawała się całkiem nieporuszona wysiłkami dziewczynki. Czemu nie słuchała? Przecież Szikra nie chciała zrobić jej krzywdy, a jedynie przywołać do siebie. Wszak już kilka razy zdołała zrobić to z Gladen. Dlaczego teraz nie wychodziło? Ostatni z mentalnych impulsów, który posłała ku kozie, był nawet zbyt mocny. Biedne zwierzę zapomniało się zupełnie i czym prędzej pognało ku Szikrze, ignorując całkowicie wszelkie stojące na drodze przeszkody. W tym dorodną kupkę nawozu…

Z kolei przebrzydły, rozkochany w trelach skubaniec nawet nie przekrzywił łebka w stronę dziewczyny. A po wykonaniu krótkiej serenady, odleciał zupełnie obojętny na telepatyczne zaloty.

No nic. Spróbuję jeszcze raz.

W zapamiętaniu nie spostrzegła nawet, że zdążyła się dosyć głęboko zapuścić w las. Poszukiwania nigdy nie trwały zbyt długo i nie sięgały daleko. Chwilę później kolejna bliźniaczo podobna (a może ta sama?) żółta świstunka stała się celem mentalnego zaproszenia dziewczynki.

Szkira już chciała się poddać, gdy nagle ptaszek spojrzał prosto na nią. Czy to przypadek? Nie chcąc stracić swojej szansy, wykrzywiła się jeszcze mocniej i boleśnie docisnęła palce do skroni. Przez to ledwie zdążyła ułożyć dłonie w koszyczek, kiedy stworzonko sfrunęło z drzewa.

Udało się! Udało się! – Skakałaby z radości, gdyby nie bała się, że wystraszy tym zwierzątko. Chociaż wydawało się całkiem zahipnotyzowane…

Uśmiech zamarł na ustach dziewczynki. W ramach próby poruszyła lekko rękoma. Ptak ani nie drgnął, ani nie mrugnął. Potrząsnęła mocniej. Świstunka upadła na bok, podobna do bryłki lodu. 

– Nie, nie, co ja zrobiłam? – zapiszczała żałośnie Szikra. – Przepraszam, ptaszku, nie chciałam… przepraszam.

Ze zdenerwowania zaczęła dreptać w kółko. A po kilku bezskutecznych próbach ożywienia zwierzęcia, rozpłakała się cichutko. Nie wiedziała czy jest martwe, czy tylko stężało pod wpływem niechcianego uroku.

W końcu klęknęła na mchu, zastanawiając się, co robić dalej.  Pochować świstunkę, czy może zabrać do mamy? Tak, mama na pewno coś wymyśli! Poderwana nową nadzieją, dziewczynka ruszyła przed siebie. W podnieceniu nie usłyszała kroków obcego, nie zauważyła również jego cienia. A gdy stanął przed nią, było już za późno…

 

IV. Draha

 

Od razu wiedział, że harmider, który wdarł mu się do umysłu, nie pochodzi od przedstawiciela jego gatunku. Nikt nie wrzeszczałby w sposób tak nieskoordynowany. Przypominało to dzikie harce jesiennego wiatru, ciskającego wokół opadłymi liśćmi, piachem i śmieciami. Orkus kierował swoimi myślami – były jak spokojna rzeka – miały źródło, nurt i ujście. Draha poczuł jednak zaciekawienie. Spróbował ustalić, skąd dobiega wezwanie i po dłuższej chwili udało mu się. Ruszył ostrożnie, bo już wiedział, kogo może się spodziewać. Po kilkudziesięciu krokach przystanął i obserwował z ukrycia ludzkie młode. Nieudolne próby przywołania świstunki skwitował złośliwym uśmieszkiem. Doskonale wiedział, jak to się skończy – czuł moc wezwań, niewspółmierną do wielkości ptaka.

Może powinien był wtedy odwrócić się i odejść, ale zafascynował go widok ludzkiego dziecka, przejętego losem zwierzęcia. Poczuł rozpacz, zobaczył łzy i zapragnął pomóc. Nie było to zbyt rozsądne z jego strony, ale też nie niebezpieczne. Wiedział już, że to dziewczynka, młoda samica ludzi, a one są tak samo bezradne, jak u orkusów. Nikt nie potraktuje poważnie jej opowieści, nawet gdyby zechciała podzielić się wrażeniami po spotkaniu z Drahą. Nie wyglądała na skłonną do zwierzeń. Już nieraz ją widywał. Mieszkały z matką z dala od wsi, nie utrzymywały kontaktów z innymi, a podchodząc nocą pod ich zagrodę czuł lekkie mrowienie skóry, które wywoływały słabe zaklęcia starszej kobiety. Ale ona nie potrafiła wysyłać swoich myśli. Tej młodej też o to nie podejrzewał. 

Wysunął się na ścieżkę i zagrodził drogę dziewczynce. Szikra zatrzymała się gwałtownie. W dłoni trzymała martwego ptaka i przyciskała go w obronnym geście do piersi. Ogromne, brązowe oczy patrzyły w twarz potwora, a przerażone myśli uderzały w Drahę. Orkus cofnął się pół kroku, zrozumiał bowiem, że dziecko jest śmiertelnie wystraszone i lepiej byłoby odejść. Przygotował się nawet do mentalnego zatarcia śladów spotkania, gdy w jego nozdrza uderzył dziwny zapach. Zapach, który przechowywał w zakamarkach pamięci i którego nie czuł od wielu wiosen.

Ślad odoru mordercy przywołał wszystkie wspomnienia: jaskinię, ciała bliskich i własną przysięgę. Wzniósł do uderzenia ramię, zdolne zgruchotać kark mężczyzny i rzucił ostatnie spojrzenie na swoją ofiarę. Czy jego siostra dostała też chwilę, by popatrzeć w twarz oprawcy? Czy w jej oczach zdążyły pojawić się łzy, jak w oczach tego dziecka? Czy zdążyła wysłać do umysłu zbrodniarza błaganie o łaskę? Orkus opuścił rękę. To nie ta mała była odpowiedzialna. To nie zapach mordercy poczuł. To tylko ślad, który może pozwoli dotrzeć do winnych jego rozpaczy, bólu i samotności. 

Podszedł do dziewczynki i ujął jej twarz w obie dłonie. Mała stała bez ruchu, niezdolna do wykrztuszenia słowa. Z półotwartych ust nie popłynął żaden dźwięk, za to myśli bombardowały umysł Drahy. Przycisnął kciuki do jej skroni i nakazał zasnąć. Dziecko zwiotczało natychmiast, ledwie zdołał je uchwycić. Potem zarzucił małą bez wysiłku na ramię i nie oglądając się, podążył w stronę matecznika.

Niebo zaciągnęło się ciemnymi chmurami. Wiatr szarpał koronami drzew i sukienką dziewczynki. Zniecierpliwiony orkus odgarniał z twarzy materiał, przesączony wonią ziół, kwiatów, gospodarskich zwierząt, leśnego ptaka i odoru mordercy. Draha przyspieszył kroku. Wiedział, że lada chwila spadnie deszcz. Nie chciał, aby ludzkie dziecko zmokło, ale cieszył się, bo ulewa zmyje jego ślady tak dokładnie, że nie odnajdzie ich nawet wytrawny łowca. Po krótkiej chwili stwór wraz z ofiarą zniknęli wśród bujnych krzewów i potężnych pni. Na ścieżce pozostała tylko mała świstunka z rozłożonymi szeroko skrzydełkami, wpatrująca się matowym spojrzeniem w liście, drżące pod wpływem uderzeń pierwszych kropli.

 

 

V. Branik

 

 Siódmego dnia zaczął się nudzić. Wymuszony urlop upływał spokojnie i bez zakłóceń, czyli dokładnie tak, jak został zaplanowany. Branik uznał, że drzewa i jeziora wszędzie są takie same, nie ma więc sensu wyjeżdżać gdzieś daleko, skoro można je znaleźć niemalże na miejscu.

Wynajął więc pokój w stojącym na uboczu pensjonacie, prowadzonym przez energiczną wdowę, panią Lankę, i odpoczywał. Dni upływały mu na spacerach, gapieniu się na zachody słońca, spaniu i czytaniu. Po tygodniu takiej rekreacji poczuł się stary, zmęczony i zirytowany.

 Przewrócił oczami i poprawił na ramieniu wędkę, pożyczoną od pani Lanki. Stanowiła część spadku po jej mężu, podobnie jak podbierak i niewielkie wiadro. Uzbrojony w taki sprzęt zbliżał się już do jeziora, wzdychając na widok kilkunastu nieruchomych sylwetek. Mężczyźni w absolutnym milczeniu kontemplowali spokojną toń. Branik wciągnął powietrze i poczuł, że się lekko zaczerwienił. To się nazywa desperacja.

Stanął przy brzegu. Świetnie wiedział, że został zauważony, chociaż siedzące postaci trwały doskonale nieporuszone.

– Biorą? – zapytał głośno i kopnął kamień, który potoczył się w stronę jeziora i z głośnym pluskiem wpadł do wody. Branik uśmiechnął się w duchu. Myśli wędkarzy, początkowo po prostu niechętne podejrzanemu nieznajomemu, o którym już od paru dni plotkowano w okolicy, teraz eksplodowały oburzeniem.

Łowca znalazł miejsce na wysokim brzegu, usiadł wygodnie i zarzucił wędkę. Ku własnemu zdumieniu już po chwili poczuł, że żyłka zadrżała. Szarpnął. Na haczyku trzepotała się spora ryba, a w konsekwencji myśli mężczyzn zgęstniały. Zdobycz wylądowała w wiadrze i nie musiała długo czekać na towarzyszkę. Branik z lekką paniką pomyślał, że zaczyna mu się to podobać.

Ale podekscytowanie szybko przemieniło się w znużenie, a to z kolei w poczucie absurdu. I co niby miał zrobić z tymi rybami? Wypatroszyć, upiec i zjeść samotnie na pustkowiu? Co za idiotyczny pomysł, skoro w pensjonacie czekać będzie pani Lanka z całkiem przyzwoitą kolacją. Stłumił ziewnięcie, odłożył wędkę i z rozkoszą położył się na miękkiej trawie. Najchętniej by się zdrzemnął, jednak wroga atmosfera wokół skutecznie go przed tym powstrzymała. Wątpił, żeby którykolwiek z obecnych mężczyzn zdecydował się na nierozsądny krok, wolał jednak nie ryzykować. Poleżał więc tylko chwilę, czujny i spięty, po czym z gracją zerwał się na równe nogi, chwycił wiadro i z rozmachem wylał jego zawartość z powrotem do jeziora. Wreszcie zasłużył sobie na kilka spojrzeń, pełnych zdumienia i grozy. Parsknął śmiechem, zszedł na niewielką plażę, kucnął i począł wygrzebywać z piachu płaskie kamyki. Puszczał kaczki, jedną za drugą, i mrużąc oczy patrzył, jak kamienie odbijają się od spokojnej tafli jeziora.

– Ej, ty! – Któryś z wędkarzy wreszcie zdobył się na odwagę. – Może już sobie pójdziesz?

Branik spojrzał na niego pogodnie.

– Może rzeczywiście. – Zebrał swoje rzeczy, odwrócił się i dziarskim krokiem ruszył w drogę powrotną.

 

***

 

Do pensjonatu wszedł tylnym wejściem. Przed kolacją koniecznie chciał się jeszcze umyć i przebrać. Sprzęt do wędkowania zostawił przy drzwiach. Zamyślony, powoli wspinał się po schodach, po drodze zdejmując kurtkę. Stanął przed swoim pokojem, podniósł rękę, by nacisnąć klamkę i zmarszczył brwi. Zakłócenia były ledwo wyczuwalne i zupełnie nieczytelne. Przez chwilę nawet uważał, że jednak się pomylił. Ale gdy ostrożnie oparł czoło o deski drzwi i przymknął oczy, zrozumiał, że coś tu się zdecydowanie nie zgadzało.

 

VI. Maika

 

Maika oparła łokcie o blat inkrustowanego szylkretem stolika i starała się wyrównać oddech. Zwykle, gdy jej palce zaciskały się na gładkim niczym jedwab, orzechowym drewnie, czuła się silna i spokojna. Wspominała wówczas piętnaste urodziny, kiedy dostała od ojca wymarzoną zabawkę i owo szalone przeświadczenie, że może stawić czoła całemu światu. 

Zaklęła cicho. Jednak czym innym było zastrzelenie podchodzącego pod obejście wilka, a czym innym siedzenie w obcym domu z nabitym pistoletem. Mimo starań Maiki lufa tańczyła niczym dziecięcy bączek, a muszka ani myślała zgrać się ze szczerbinką.

Oblizała zaschnięte wargi. Miała nadzieję, że pani Lanka nie wróci od naczelnikostwa przed zmrokiem. Wdowa prawie nie okazała zdziwienia, gdy młoda sąsiadka zjawiła się z koszykiem pasztecików i zaproponowała, że przypilnuje pensjonatu, by gospodyni mogła odwiedzić przyjaciółkę. W końcu Maika już dawno powinna znaleźć nowego męża, ale w okolicy wszystko, co nosiło portki, od lat było zajęte. A przecież pan Birut to taki urodziwy i fascynujący mężczyzna!

Maika miała ochotę udusić tego przystojniaczka gołymi rękami. Powoli.

Wiedziała, że niezależnie od wyniku dzisiejszej konfrontacji, nie ma szans na powrót do sielskiego życia. Straciła swój azyl.

Nieważne. Grunt, to odzyskać Szikrę.

Cholerny drań, jak śmiał porwać jej dziecko?! Niemal pół dnia biegała po lesie niczym szalona, płacząc i nawołując córkę, aż znalazła ślady. Były tak łatwe do przeoczenia, ledwie widoczne – zgnieciona trawa w miejscu, w którym przez dłuższą chwilę stała dziewczynka i niewyraźny odcisk stopy kogoś znacznie cięższego, kto nagle zwiększył swoją wagę. Maika pewnie zdołałaby wytropić napastnika, gdyby nie przeklęty deszcz.

Wtedy zauważyła martwego ptaszka. Gdy obejrzała dokładnie biedne stworzenie, przestała mieć wątpliwości, kto uprowadził Szikrę. Tylko jeden człowiek w okolicy potrafił zabić coś magią.

A Maika wiedziała, gdzie ów człowiek mieszka.

Usłyszała trzask zamykanych drzwi, a potem kroki na schodach. Ciężkie. Męskie. Łowca wszedł na piętro i zatrzymał się tuż przed progiem. Wzięła głęboki wdech, a potem powoli wypuściła powietrze. Delikatnie przesunęła palec na spust. Lufa wreszcie znieruchomiała. Spokojnie. Spokojnie, głupia krowo. Zaraz naciśnie klamkę.

To trwało zbyt długo. Maice zaczynało brakować tchu.

On wie! – uświadomiła sobie z przerażającą pewnością, dokładnie w momencie, gdy mężczyzna otworzył drzwi.

Przez kilka uderzeń serca spoglądali na siebie, chyba równie zdziwieni.

– Stój, bo…!

Nie zdążyła wykrzyczeć swego ultimatum. Niewidzialna siła cisnęła nią i fotelem o ścianę. W ostatniej chwili Maika odkopnęła lecący w jej stronę stolik. Bezwiednie pociągnęła za cyngiel. Rozległ się syk odpalonego kapiszonu, a tuż potem huk wystrzału. Brzękła stłuczona szyba. Coś wyrwało kobiecie pistolet z dłoni. Zacisnęła powieki, czekając na kolejny cios.

 Ten jednak nie nadszedł.

Ostrożnie otworzyła oczy.

Łowca stał na szeroko rozstawionych nogach, niespodziewanie zalękniony, i gapił się to na przyciśniętą do ściany kobietę, to na unoszące się w powietrzu odłamki szkła. Pozwolił opaść lśniącym okruchom na podłogę.

– Kurwa – wykrztusił wreszcie, patrząc na obezwładnioną napastniczkę.

– Bynajmniej – oświadczyła twardo, marszcząc z niesmakiem nos. – Uczciwa matka szukająca córki. Byłabym wdzięczna, gdyby zechciał mnie pan uwolnić, panie Birut. Nie godzi się traktować damy w taki sposób. Przyszłam poprosić, by oddał mi pan dziecko.

Zaskoczyła go. I to na tyle, że krepująca ją siła zelżała. Maika odetchnęła z ulgą. Zaciekawiony mag powinien być mniej skory do przemocy.

Łowca wyraźnie nie wiedział, co rzec. Przesunął wzrokiem po leżącym w kącie pistolecie i połamanych meblach, by w końcu zatrzymać spojrzenie na otrzepującej spódnicę intruzce.

Uśmiechnął się krzywo.

– Przyszła mnie pani o coś poprosić? Włamawszy się wpierw do mojego pokoju? Z bronią w ręku? Czego jak czego, ale tupetu pani nie można odmówić, pani…?

– Panno. Asen. – Podszedłszy do maga, wyciągnęła ku niemu rękę. – Maika Asen.

Nawet nie drgnął na dźwięk jej nazwiska. Może nie skojarzył go ze słynnym generałem albo pomyślał, że kobieta konfabuluje. Zamiast zgodnie z obyczajem ucałować jej palce,  mocno ścisnął podaną mu dłoń. Przytrzymał ją nieco dłużej, niż było to konieczne, w milczeniu, jakby się nad czymś zastanawiając, westchnął wreszcie z rezygnacją i postanowił się przedstawić:

– Branik Birut. Panno Asen, to zaszczyt panią poznać.

Udała, że nie zauważa ironii w jego głosie. Uśmiechnęła się słodko jak niewinny podlotek.

– Cała przyjemność po mojej stronie. A skoro tak cieszymy się naszą znajomością, ośmielę się wrócić do sedna sprawy. Gdzie jest moja córka, panie Birut?

Zmarszczył brwi. Ignorując czekającą na odpowiedź damę, wyciągnął zza pazuchy stalową piersiówkę.

– Rakii? – Gdy zapytana potrząsnęła głową, westchnął. Usiadł na łóżku.– Proszę wybaczyć, panno Asen, lecz ja się napiję. Od dawna nikt nie próbował mnie zastrzelić. Zabić – owszem, ale z broni palnej? To niezbyt rozsądne, skoro najwyraźniej wiedziała panienka, kim jestem.

Maika miała powoli dość konwenansów.

– Nie przypuszczałam, że posiadasz tak różnorodne talenty – wycedziła przez zęby.

– Chyba jednak nie aż tak różnorodne, jak bym chciał. Na przykład nie mam pojęcia, gdzie jest twoje dziecko. Ani dlaczego niby powinienem to wiedzieć. Czy ja wyglądam na porywacza?

Kobieta zbladła. Mówił szczerze, wiedziała o tym. Zupełnie niepotrzebnie zdradziła siebie i Szikrę. Przeklęła własną porywczość.

Łowca otarł dłonią czoło i policzek.

– Od kiedy? – zapytał, a gdy Maika udała, że nie rozumie pytania, powtórzył: – Od kiedy dziewczynka używa magii?

– Nie używa. Nie jestem nawet pewna, czy ma jakiś dar. Nie poddano jej testom.

– Nie kłam, panno Asen. Nie uwierzę, że chciałaś mnie zabić przez przypadek. Ani że bawisz się w babskie czary, bo lubisz pląsać nago przy księżycu.

– Nie chciałam cię zabić, tylko postraszyć. I nie kłamię. Nigdy nie przyłapałam córki na czymś podobnym. Ale – wzięła głęboki wdech – jej ojciec twierdził, że Szikra ma potencjał. Był jednym z was. A teraz moje dziecko porwano i mam powody sądzić, że zrobił to mag. Dziwisz się, panie Braniku, że w pierwszym rzędzie pomyślałam o tobie?

Pozbawiony dostępu do jej umysłu czuł się niekomfortowo. Widziała to w jego napiętym karku, w niespokojnych ruchach palców. „Babskie czary” wyprowadzały mężczyznę z równowagi skuteczniej niż wystrzał z pistoletu.

– Pozwól mi odejść. Proszę – wyszeptała po chwili. – Wiem, że musisz donieść na mnie. Rozumiem. Przepraszam za najście, broń i bałagan. Zapłacę za straty. Jeśli chcesz, przysięgnę, że wrócę tu z córką, byś mógł nas aresztować. Gdy tylko ją odnajdę. Błagam, daj mi tylko trochę czasu, bym dopadła drania, który uprowadził Szikrę.

Czuła dławienie w gardle i zdradziecką wilgoć na policzkach.

Łowca przyglądał się Maice z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Szturchnął butem odłamek szkła, po czym zerknął w stronę drzwi. Kobieta otarła policzki grzbietem ręki i czekała. Mag burknął coś pod nosem, lecz na tyle cicho, że nie potrafiła dokładnie rozróżnić słów. Gdyby nie zupełny brak sensu, obstawiałaby „pieczone pstrągi”.

– Nie martw się, na razie nie powiadomię przełożonych. W końcu jestem na urlopie – mruknął wreszcie Branik. – Co więcej, pójdę z tobą. Pomogę ci szukać córki.

Maika spojrzała na niego zdziwiona.

– Jeśli mała rzeczywiście ma predyspozycje, nie mogę pozwolić, by dostała się w niepowołane ręce – wyjaśnił. – Nie wiem, czemu uważasz, że porwał ją mag, ale jeśli to prawda, mamy do czynienia z buntownikiem. Nikt z naszych nie działa obecnie w tych stronach. Poza tym… Nieważne. Jednak skoro chwilowo zostaliśmy sojusznikami, Maiko Asen, wypadałoby pozbyć się zaburzającego moje zdolności świństwa. Wywal proszę swój amulet. Łeb mnie od niego boli.

– Niestety, najpierw musiałbyś mnie obedrzeć ze skóry – westchnęła kobieta i, uprzedzając dalsze pytania, rozwiązawszy troczki koszuli, odsłaniła lewy bark.

Branik przyglądał się cienkim, spiralnym bliznom jednocześnie z fascynacją i obrzydzeniem. Podszedł do Maiki i wyciągnął dłoń, jakby chcąc dotknąć pokrywającego plecy wzoru, zaraz jednak cofnął się.

– Kto…? – zapytał ochrypłym głosem. – Kto ci to zrobił?

 

VII. Szikra

 

Szikra leżała na twardej ziemi wpatrzona w skalne niebo. To błękitne gdzieś zniknęło. Przestało dla niej istnieć. Obcy związał ręce dziewczynki za plecami i nogi w kostkach, a potem sobie poszedł, przez co czuła się niczym szynka wystawiona na suszenie. Jeszcze tylko brakowało, by zawiesił ją pod kamiennym sklepieniem jaskini i uwędził.

Nieprzyjemna myśl sprawiła, że skrępowane ciało przeszył zimny dreszcz. Na tyle, by naruszyć mur oddzielający Szikrę od uczuć, acz nie burząc go całkowicie. A jeśli obcy naprawdę miał zamiar ją zjeść? Będzie tu spokojnie leżeć i czekać? Nigdy nie powiedziałaby, że w razie porwania wpadnie w taki dziwny, osowiały stan. Powiedziałaby, że zacznie krzyczeć, toczyć pianę z ust i rzucać się, jak zwierzę chore na wściekliznę. Mama nazywała ją swoją Iskierką. Małą, żywą Iskierką. Teraz bardziej przypominała kupkę popiołu. Nie! Nie będę żadną kupką! 

Umysł dziewczynki zalała fala złości, przysłaniając świat kurtyną czerwieni. Razem z gniewem przybył upór. I trochę łez. Zwilżyły policzki, spłynęły po drżącej brodzie, a mur zawalił się bezgłośnie.

Szikra podkurczyła nogi, bez problemu przeciągając skrępowane ręce zza pleców. Przyjrzała się pętli. Nie wyglądała zbyt porządnie. W sumie nie odcinała dopływu krwi do dłoni, więc nie mogła być mocno zaciśnięta.

Dziewczynka rozczapierzyła palce, próbując poluźnić więzy. Nie wiedziała, ile czasu minęło. Metodycznie skręcała i rozkręcała sznury. Coraz śmielej poruszając rękoma, starała się wysunąć jedną z pętli. A kiedy wreszcie udało się, pisnęła, ledwie tłumiąc okrzyk radości. Skóra na dłoni zaczerwieniła się i piekła, ale to nie miało znaczenia. Ważne, że obcy obejdzie się smakiem!

Roztarła obolałe nadgarstki i zabrała się za rozsupływanie więzów krępujących nogi. To zajęło jej zdecydowanie mniej czasu niż uwalnianie rąk. Ucieszyła się, mogąc swobodnie poruszać wszystkimi kończynami, ale wiedziała, że to dopiero początek. Znajdowała się w bocznej jamie, była tego pewna. Skąd? Tego już pewna nie była. Niesiona przez porywacza niczym worek fasoli, mimo odcinającej ją od świata mgły, jakoś kojarzyła fakty. Obserwowała, co się dzieje, stojąc z boku i patrząc obcymi oczami na swoje zwiotczałe ciało. A potem przyszło otępienie…

Szikra potrząsnęła głową. Wolała nie popadać znowu w tamten stan. Lepiej działać. Zebrała krępujące ją do niedawna sznury – a nuż się przydadzą. Potem ruszyła ostrożnie przed siebie, starając się możliwie nie hałasować. W pewnym momencie pochyliła plecy, chociaż na razie kamienne ściany skrywały ją całkowicie. Ale tak czuła się pewniej, jakby zgarbiona stawała się mniej widoczna. Cichsza.

Niedługo miała się przekonać, że to bez znaczenia. Równie dobrze mogłaby krzyczeć.

Ostrożnie wyglądała zza kolejnych skał, aż za którymś razem przekonała się, że dotarła do głównej jamy. I poczuła, jak serce w niej podskakuje ze szczęścia. Miejsce sprawiało wrażenie opustoszałego. Wprawdzie pośrodku groty paliło się ognisko, ale na klepisku obok nikogo nie było. Może porywacz poszedł polować? Może jedno dziecko na obiad mu nie wystarczyło?

Szikra poczuła mrowienie w głowie. Jakby słyszała śmiech, ale nie uszami. Przetarła czoło i wytężyła wzrok. Jakim cudem mogła przegapić kogoś tak dużego? Przecież siedział tam i skrobał… nie, piekł coś? Inne dziecko? A potem znowu zniknął.

Potrząsnęła głową. Chyba miała omamy ze strachu. Tyle że już się nie bała. Lęk wyciekł z niej razem z łzami, pozostała tylko złość i upór. Szikra po prostu nie mogła ufać własnym oczom. Przymknęła powieki i spróbowała wyczuć obecność porywacza. Miała nadzieję, że nie wezwie go jak Gladen, czy nie zabije jak świstunkę. Mimo wszystko…

– To miło – słowa rozbrzmiały pod czaszką dziewczynki – że nie chcesz mojej śmierci, ale muszę cię zmartwić – i tak byś nie była w stanie mnie skrzywdzić.

Szikra otworzyła oczy i rozejrzała się zaskoczona, szukając źródła „głosu”. I znowu zobaczyła porywacza. Siedział przy ognisku, faktycznie piekł coś. Chyba rybę.

Jak on to zrobił? – zdążyła pomyśleć, zanim uświadomiła sobie, co to dla niej oznacza. Z ucieczki nici.

Obcy popatrzył w stronę dziewczynki, jakby dokładnie wiedział, gdzie się ukrywa.

– Zasadniczo twoje oczy cały czas mnie widziały, ale mózg nie odczytywał tej informacji.  Ześlizgiwał się po niej. Zawsze żałowałem, że ta sztuczka nie działa na przeklętych magusów. Zresztą parę minut szkolenia i na ciebie też przestanie działać. Z kolei twoja próba ucieczki… cóż, była z góry skazana na przegraną. Powiedzmy, że związałem cię raczej profilaktycznie niż z prawdziwej potrzeby…

Szikra zwinęła się na ziemi, opierając plecy o skalistą ścianę. Emocje walczyły w niej zażarcie – strach próbował wrócić, zagarniając umysł dziewczynki dla siebie, ale to zdziwienie dominowało. To, co widziała nie zgadzało się z tym, co słyszała w głowie. Ogromny, włochaty, odziany w łachmany mężczyzna w „mowie” sprawiał wrażenie bardziej cywilizowanego niż mieszkańcy wioski, z którymi dotychczas Szikra miała sporadyczną styczność. Ba, wydawał się wręcz gawędziarski!

– Czemu mnie porwałeś? – odważyła się spytać.

– Na pewno nie chcę cię zjeść. Wyglądasz na niesmaczną.

– Wyglądam na przepyszną! – zaperzyła się, zapominając zupełnie o strachu.

Obcy zaczął się śmiać. Szikra również.

 

VIII. Draha

 

Kiedy wreszcie ucichł śmiech, dziewczynka nieco oprzytomniała. Zerknęła na dzikusa i powrócił strach. Draha wyczuł to natychmiast. Oderwał spojrzenie od dziecka i zajął się pieczystym. Wiedział, że żadne słowa nie są w stanie uspokoić ludzkiej samicy, ale umiał oswajać zwierzęta, więc dlaczego miałoby to nie skutkować na nią.

Zapach ryby rozszedł się po całej jaskini i dotarł do nozdrzy Szikry. Orkus zarejestrował zmianę jej nastawienia. Od strachu i wrogości do zainteresowania posiłkiem. Łykała ślinę, patrząc, jak Draha odrywa małe kawałeczki i wkłada je sobie do ust. Dziewczynka śledziła wzrokiem jego dłoń, jakby trzymał w niej czarodziejską różdżkę.

– Chodź, jesteś chyba głodna? – zapytał bezgłośnie.

Szkira cofnęła się pod ścianę i pokręciła energicznie głową.

 Jak sobie życzysz – znowu zaszemrał w jej umyśle – ale uprzedzam, ryba nie jest duża, a ja mam ogromny apetyt. Jeśli się nie pospieszysz, zostaną dla ciebie tylko ości do oblizania.

– Świnia!

Nie był przygotowany na taki cios. Zabolało, choć dziewczynka nie ukierunkowała uderzenia. Musi być bardzo silna, pomyślał, a zaraz potem uprzytomnił sobie, że jej moc jest dzika i już narobiła szkód. 

– Nie rób tak więcej – poprosił. – Zrobisz coś złego sobie. Albo ja zrobię coś niemiłego tobie, jeśli mnie zaatakujesz, jak teraz.

– To ja cię zaatakowałam? – zdziwiła się Szikra, a Draha wiedział, że nie udaje. Trzeba bardzo wielu lat treningu, żeby opanować sztukę kamuflażu myśli.

  Ano, zaatakowałaś – potwierdził – a przynajmniej próbowałaś. Zostawmy to na razie. Masz, zjedź tę rybę! 

– Nie jestem głodna!

– Jesteś. Pamiętaj, że siedzę w twojej głowie i wiem, co myślisz.

Zareagowała błyskawicznie, uderzając w niego skondensowaną złością.  Przez chwilę siedział oniemiały z rybą wyciągniętą w stronę dziewczynki. Zaatakowały go obrazy bajkowych potworów, wyobrażenia gnijących szczurów, robaków wijących się w kupie gnoju i uwalanego łajnem zadka kozy.

– Teraz wiesz, co myślę o tobie! – powiedziała ze złością, ale podniosła się i wzięła od niego rybę. Przykucnęła obok ogniska i z zapałem pochłaniała białe mięso.

Draha wybuchnął śmiechem. Ale dziewczynka nie zawtórowała mu, zajęta jedzeniem. Jednak orkus wyczuł, że się uspokoiła. Przynajmniej na chwilę.

– No dobra – otarła usta wierzchem dłoni – to teraz gadaj, dlaczego mnie porwałeś. Nie chcesz mnie zjeść, bo chyba nie chcesz, prawda? Więc do czego jestem ci potrzebna?

Była inteligentna, musiał jej to przyznać. Ale sam dokładnie nie wiedział, dlaczego to zrobił, więc jak miałby wytłumaczyć dziecku ten impuls? Postanowił zagrać na zwłokę, a potem zająć czymś Szikrę. Może treningiem myślami. Albo poprosi ją, żeby nauczyła go mówić tak, jak robią to ludzie. Czasami próbował naśladować usłyszane dźwięki, ale sam zdawał sobie sprawę, że nie brzmi to zbyt dobrze. Może nawet strasznie. 

– Do niczego. Poczułem twoją moc i chciałem sprawdzić, kim jesteś. A potem ujrzałem świstunkę…  – odpowiedział, ale dziewczynka nie dała się oszukać. Tak samo jak on mogła wyczuć fałsz. Choć domyślał się, że dość łatwo pojmie tajniki myślowego przekazu, nie spodziewał się, iż nastąpi to tak szybko. Spojrzała na niego i wykrzywiła pogardliwie usta. A potem podniosła się. Powietrze wzburzone jej nagłym ruchem dotarło do nozdrzy orkusa. I wtedy znowu poczuł ten zapach, ślad zapachu, przywołującego straszliwe wspomnienia. Wściekłość czerwoną falą zalała umysł Drahy. Przestał panować nad sobą. Ryknął przeraźliwie, a echo zwielokrotniło głos, zanosząc go do najdalszych zakątków jaskini, pozwalając, by uderzał w ściany i strop, pomnażając się prawie w nieskończoność. Jednocześnie przesłał do dziewczynki zapamiętane obrazy, sprawiając, że najpierw skuliła się, a potem osunęła na ziemię. Dopiero, gdy dostrzegł leżące dziecko, zdołał się opanować. 

Nachylił się nad Szikrą, z napięciem próbując usłyszeć bicie jej serca. Nie chciał, by stało jej się coś złego. Przygryzł do krwi wargi.  

 

IX. Branik

 

 W milczeniu patrzył na zdeptaną trawę, połamane gałęzie, już ledwo widoczne ślady stóp. Tropy mówiły mu całkiem sporo, ale raczej nic interesującego. Miał niejasne przeświadczenie, że wydarzyło się tu coś niezwykłego, coś, co powinno go zaalarmować i sprawić, że jego zmysły zostaną postawione w stan najwyższej gotowości. Ale umykało mu to, nie potrafił połapać unoszących się wokół wątłych, kruchych strzępów cudzych myśli i emocji. Strach, nienawiść, dezorientacja… Nie był w stanie poskładać ich w sensowną całość, nie wskazywały żadnego konkretnego kierunku.

A poza tym – ponownie rozbolała go głowa.

Zerknął z niechęcią na towarzyszącą mu kobietę. Maika gapiła się na niego szeroko otwartymi oczami, zagryzając wargę niemal do krwi. Branik westchnął, przycisnął dłoń do czoła w beznadziejnej próbie skupienia się.

– I co? – Niecierpliwe pytanie zirytowało go bardziej, niż mógłby przypuszczać.

– Skąd wiesz, że porywaczem był ktoś z magicznymi zdolnościami? – odparł po chwili, całkiem spokojnie.

Twarz kobiety na moment przybrała jakiś dziwny, lekko tępawy wyraz, po czym Maika wydęła policzki i z ociąganiem sięgnęła do przewieszonej przez ramię skórzanej torby. Podała łowcy zawinięty w cienki papier przedmiot. Branik chwycił go i z ciekawością rozwinął pakunek. Skrzywił się z obrzydzeniem.

– Proszę cię, nie mów mi tylko, że w tej samej torbie nosisz prowiant. – Chwycił truchło świstunki w dwa palce i z odrazą uniósł je na wysokość oczu.

– Trzymałam ją w osobnej kieszeni. – Maika zarumieniła się lekko. Raczej z wściekłości niż wstydu, nie mogąc uwierzyć, że tłumaczy się przed tym mężczyzną.

Branik pokręcił głową, nie spuszczając jednak wzroku z martwego ptaszka.

– Zdechły ptak – mruknął do siebie. – Pięknie.

Zaskoczona Maika patrzyła, jak łowca zamyka oczy, nagle niemal pieszczotliwym gestem zamyka maleńkie ciałko w dłoniach i przysuwa je do piersi. Trwał tak przez chwilę, z twarzą prawie pozbawioną wyrazu, w końcu jednak rozluźnił się, uśmiechnął i – ponownie w dwóch palcach – oddał świstunkę Maice.

– Trzymaj. Mam nadzieję, że już nie będzie mi potrzebna, ale nie pozbywaj się jej jeszcze. Na wszelki wypadek. Ptaszydło rzeczywiście padło z powodu magii, jednak dalej nie rozumiem, dlaczego uważasz, że to właśnie porywacz jej używał.

Uśmiechnął się do siebie. Gniew, irytacja i… strach zdesperowanej matki gwałtowną falą wtargnęły na moment do jego umysłu, zaraz wycofały się chyłkiem. Branik skrzywił usta. Zabezpieczenia, utrwalone na ciele towarzyszki, ponownie okazały się irytująco skuteczne. Podniósł palce do skroni, próbując się skupić. Nadaremnie. Machnął w końcu ręką, pokręcił głową i kopnął leżący na ziemi kamień. 

– Mogłabyś sobie na chwilę gdzieś pójść? Te twoje szramy… Nie pozwalają mi myśleć i sprawiają, że głowa mi pęka.

Maika zmarszczyła brwi. Usta jej zadrżały, wydawało się, że zaraz wybuchnie; zamiast tego jednak odwróciła się na pięcie i – z wysoko uniesioną głową – odmaszerowała, by zniknąć za zaroślami.

Branik odetchnął. Krążące wokół niego niematerialne, efemeryczne nici zaczęły nagle, same z siebie, splatać się w całość. Obrazy powstające w umyśle łowcy nie były wyraźne, ale niosły ze sobą silne emocje. Znowu poczuł strach, nienawiść, dezorientację… Tym razem jednak wskazały mu jakiś konkretny, uchwytny kierunek.

Zawołał Maikę. Pojawiła się natychmiast, zerkając na niego spode łba.

– Zbieraj się. Idziemy.

Kobieta podskoczyła do niego podekscytowana.

– Już wiesz?! Dokąd poszli?! Dokąd idziemy?

Branik poprawił na ramieniu pas torby i odwrócił się do Maiki plecami.

– Na razie w lewo.

 

X. Maika

 

 Rak smutno poruszał szczypcami. Osadzone na szypułkach oczy gapiły się na Maikę z wyrzutem, a wnętrzności skorupiaka spływały powoli po przeszywającym błękitny pancerzyk patyku.

Westchnęła, zawstydzona własnym zachowaniem. Nie powinna niszczyć jakiegoś istnienia tylko dlatego, że była wściekła. Cóż, nie pozwoli, by biedak zginął na darmo.

Włożywszy kijek pod pachę, odeszła od strumienia i podniosła leżące w trawie, wypatroszone pstrągi.

Gdy dotarła do prowizorycznego obozu, rozgrzebała żar z jednej strony ogniska i wrzuciła weń raka. Skorupka zapiszczała, ale Maika nie zwracała na to uwagi. Nadziała oczyszczone ryby na patyki, które wbiła w pobliżu płomieni.

Spojrzała ponuro na otulonego kocem, śpiącego mężczyznę. Miała go ochotę kopnąć. Przygryzła wargę.

Wielki pan łowca, drągiem w dupę chędożony.

Na początku przynajmniej wydawało się, że będzie z niego jakiś pożytek. Gdy już wyczuł aurę Szikry, ruszył jej śladem jak tresowany ogar. Och, czasem przystawał, krzywił, niby dręczony zaparciem, i nakazywał Maice trzymać się na dystans, by nie zaburzać jego cennej koncentracji, ale w działaniach maga było widać celowość i zdecydowanie.

Kiedy zasypiała przy ogniu po pierwszym dniu poszukiwań, była przekonana, że niebawem spotka się z córką.

Drugiego dnia Branikowi szło nieco gorzej. Łowca coraz częściej przystawał, marszczył brwi i dumał. Niby niewiele się zmieniło, ale Maika dostrzegała wkradającą się w jego kroki niepewność. Nie próbowała nawet pytać, o co chodzi: powoli miała dość pogardliwych spojrzeń i wypranych z emocji odpowiedzi. Zapobiegliwie trzymała się z dala od mężczyzny, nie chcąc, by winił ją za swoje niepowodzenia.

Trzeciego dnia, wczesnym wieczorem, Branik zatrzymał się w pół kroku i przycisnął dłoń do czoła. Trwał w tej pozycji przez dłuższą chwilę, po czym oznajmił nad wyraz spokojnie:

– Zniknęła.

Maika przez moment nie wierzyła własnym uszom. Serce zamarło w piersi, by zaraz ruszyć wściekłym galopem. Czuła, jak miękną jej kolana.

– Nie… – wyszeptała bezsilnie. – Proszę…

– Przestań. – W chłodnym wzroku łowcy nie było nawet cienia współczucia. – Twoja córka nie umarła. Osłoniła się.

Maika odetchnęła z ulgą. Wyprostowała się, próbując odzyskać godność, i spojrzała magowi w oczy.

– Powiedziałeś to tak, jakby to była ta gorsza opcja.

Wzruszył ramionami.

– Nic nie rozumiesz. Dziewczynka nie mogła dojść do tego sama. Ktoś ją szkoli.

Pomyślała o Luce, lecz zaraz zganiła samą siebie. Jej mąż nie miał najmniejszego powodu, by porywać Szikrę. Wystarczyło, by zapukał do ich drzwi.

– I co teraz? – zapytała.

– Teraz – odrzekł powoli Branik – będziemy czekać, aż popełnią błąd.

 

***

 

Pucołowata z początku twarz księżyca coraz bardziej przypominała żniwny sierp, a oni nadal czekali, aż Szikra i jej tajemniczy nauczyciel popełnią błąd.

Czego jak czego, ale bezczynności nikt nie mógł im zarzucić: miotali się po puszczy niczym dzieci grające w ślepą babkę. Raz na jakiś czas Branik nieruchomiał jak wystawiający zwierzynę wyżeł, po czym ruszał w na pozór przypadkowym kierunku. Lecz, prędzej czy później, zawsze gubił trop i zatrzymywał się na odpoczynek. Łowca twierdził, że Szikra kilka razy dziennie używa mocy. Jednak Maika za nic nie potrafiła odnaleźć w tej chaotycznej marszrucie wzorca, który pozwoliłby jej wytyczyć drogę do córki. Dziewczynka pozostawała nieuchwytna niczym błędny ognik. Jeżeli Branik odczuwał z tego powodu wściekłość czy rozczarowanie, dobrze to krył.

Coraz mniej wierzyła w powodzenie ich wyprawy i coraz mniejszą ufność pokładała w zdolnościach łowcy. Nocami prześladowały ją koszmary; gdy tylko zamykała oczy, widziała Szikrę – zagubioną, torturowaną, gwałconą. Budziła się z krzykiem, tylko po to, by po drugiej stronie ogniska zobaczyć tchnącą pogardą twarz łowcy. Żałowała, że nie wzięła na tę eskapadę kuca, przynajmniej do niego mogłaby się przytulić, znaleźć pocieszenie w cieple żywego stworzenia.

Z każdym dniem mniej jej się podobał układ, jaki zawarła z magiem. Ryzykowała wolnością córki, zdradziła niebacznie jej zdolności, w zamian za… Właściwie za co?

Równie dobrze mogła szukać Szikry sama.

Dziś – postanowiła, wyciągając z żaru upieczonego raka. – Jeśli dziś jej nie odnajdzie, zrobię to wieczorem.

W ukrytej kieszonce torby chowała maleńką flaszkę domowej roboty laudanum. Kilka kropli dodanych do wina zapewni Branikowi długi i smaczny sen, a Maice da czas na ucieczkę.

Pstrągi wyglądały na gotowe.

Przyklękła obok łowcy, chcąc go obudzić. Sen wygładził czoło mężczyzny, rozchylił wąskie wargi, nadał sylwetce pozór bezbronności. W takich chwilach Branik rzeczywiście wydawał się przystojny. Spojrzała na jego ręce, smukłe i opalone. Wspomniała palce Luki, równie długie i subtelne, błądzące po jej ciele, parzące jak rozgrzany wosk. Czy wszyscy magowie mieli dłonie pianistów?

Łowca nagle otworzył oczy.

– Czego? – westchnął znużony.

Maika przygryzła dolną wargę.

– Naprawdę mnie nie pamiętasz – szepnęła ze smutkiem.

Zmarszczył brwi, jakby walczył z bólem głowy.

– Co?

– W pierwszej chwili też cię nie poznałam – kontynuowała niewzruszenie. – Jedenaście lat to szmat czasu, każdy się zmienia. Wtedy ciągle się uśmiechałeś. Jak oni mogli ci to zrobić, kochany? Fałszywa tożsamość, fałszywe wspomnienia… Ile czasu potrzebowali, by zmienić cię w tego smutnego żołnierzyka o sercu z ołowiu? A teraz planujesz im oddać własną córkę. Szikra ma twoje oczy, wiesz? Lu…

– Kłamiesz – przerwał jej, nie podnosząc głosu. – Nie jestem tym renegatem.

Uśmiechnęła się krzywo.

– Kłamię – przyznała. – Ale może jestem bliska prawdy. Kto wie? Bo na pewno nie ty.

Przez chwilę myślała, że ją uderzy, ale Branik tylko wzruszył ramionami.

Nagle łowca pobladł i oznajmił:

– Twoja córka znowu posługuje się magią. I to niedaleko stąd.

– Gdzie? – zapytała podekscytowana, nagle zapominając o wszelkich niesnaskach.

– Gdzieś… tam.

– Tam? – Spojrzała we wskazanym przez mężczyznę kierunku. – Jesteś pewien, że właśnie tam?

Chętnie wyściskałaby go z radości, ale miała dość rozsądku, by tego nie robić.

Skinął głową, nie rozumiejąc jej podniecenia.

– Och, jak mogłam być taka durna! – roześmiała się gorzko. – Przecież to oczywiste. Gdzie indziej mieliby się ukrywać? Tam – wyjaśniła skonsternowanemu magowi – znajdują się najsłynniejsze w okolicy jaskinie: Labirynt.

 

XI. Szikra

 

Ocknęła się z krzykiem przerażenia na ustach. Wnętrznościami Szikry szarpał ból utraty tak dojmujący, że mimowolnie wyciskał łzy z oczu. Oddychała ciężko.

Zaczęła spadać. Wpierw otulała ją ciemność, ale nagle przed oczami zaświtało dno jaskini. Nim uderzyła o skaliste podłoże, zbudziła się znowu.

Oddychała ciężko. Widziała swoją rodzinę – ukochaną mamę, ojca, którego nie znała, ale wyobrażała sobie wielokrotnie, oraz nieistniejące rodzeństwo.

Wszyscy byli martwi.

Kucnęła przy ciele matki i załkała cicho. Puste oczy odbijały twarz nienależącą do niej. Oblicze mężczyzny. A może potwora? Ukłucie lęku sprawiło, że Szikra po raz kolejny uciekła z koszmaru.

Tym razem oddychała trochę lżej. Owinięta ciasno skórami, leżała w łóżku, a ktoś obok próbował ją uspokoić. Co dziwne – nie słowami. Po prostu czuła fale ukojenia, powoli zalewające jej umysł. Wtedy zrozumiała, że wciąż śpi. A ból, który dotąd odczuwała, nie należał do niej.

Wreszcie naprawdę otworzyła oczy. Zobaczyła wykrzywioną zmartwieniem twarz obcego; strużka krwi znaczyła mu brodę.

Szikra szybko przypomniała sobie wydarzenia ostatnich godzin. I ku własnemu zdziwieniu odkryła, że w jej sercu nie ma nawet odrobiny strachu. Tylko współczucie oraz smutek.

Kto ci to zrobił? Kto zabił twoją rodzinę?

Poczuła oszołomienie mężczyzny. Nawet źrenice mu się lekko rozszerzyły.

Mimowolny uśmiech uniósł kąciki jej ust. Widocznie brak lęku ze strony dziewczynki zaskoczył obcego jeszcze bardziej niż ją samą.

Wielkolud wahał się jeszcze chwilę, zanim odparł:

– Magowie. Nie znam imion, ale pamiętam zapach każdego z nich.

Przeniosła spojrzenie z twardego oblicza na równie twarde sklepienie jaskini. W tamtym momencie nie chciała patrzeć obcemu w oczy.

– Pachnę którymś z nich, prawda?

Ze strony wielkoluda popłynęło nieme potwierdzenie. Otarł twarz z zasychającej krwi i dodał:

– Nosisz ślad zapachu. Odległy, a jednak wystarczająco silny…

– By doprowadzać cię do furii?

– Nie. Powinienem był się opanować. Przepraszam.

– A obiecasz, że już więcej nie wpadniesz w szał?

Kolejne ukłucie zaskoczenia. Ale tym razem mężczyzna nie wahał się przed odpowiedzią:

– Obiecuję.

Poruszyła palcami i usłyszała cichy trzask. Spojrzała w dół. Najwyraźniej, kiedy była nieprzytomna,  wielkolud przeniósł ją na skromne posłanie z liści i miękkich gałązek.

Uniosła się na łokciach, potem z ociąganiem wstała. Musiała spać długo, ogień wyraźnie dogasał, co napełniło ją niewymownym żalem, bo wciąż była głodna. I to chyba jeszcze bardziej niż wcześniej.

Na szczęście, tak jak ona potrafiła odczytać jego stan emocjonalny, tak on migiem rozgryzł jej apetyt. Nie zdążyła nic powiedzieć, a wziął się za podsycanie płomieni i spytał:

– Dobrze się czujesz?

– Jestem strasznie głodna. – Uśmiechnęła się, siadając obok. – Na twoim miejscu bałabym się o siebie. Jeśli nie chowasz gdzieś kolejnej ryby, mogę zechcieć cię zjeść.

Z gardła wielkoluda wydobył się osobliwy rechot.

– Skąd się wzięła ta obsesja, drogie dziecko? Wpierw boisz się, że to ja cię zeżrę, potem mówisz…

Przerwała mu:

– Nie nazywaj mnie dzieckiem!

Nagle uświadomiła sobie, że tym ostrym jak sztylet okrzykiem wdarła się do głowy swego rozmówcy, bezlitośnie tratując wszystkie jego myśli.

– Przepraszam. Miałam tak więcej nie robić.

Milczał, świdrując ją przenikliwym spojrzeniem. Raptem role się odwróciły – to nad dziewczynką górę wzięły emocje i w efekcie – ogarnęło ją poczucie winy.

– No, przepraszam! – powtórzyła.

– A obiecasz, że już więcej nie wpadniesz w szał?

Szikra zrobiła nadąsaną minę, bo przecież wielkolud perfidnie ją przedrzeźniał, ale obiecała. Potem chwilę siedzieli w ciszy. Okazało się, że mężczyzna w rzeczy samej chował kolejną rybę; wyciągnął ją z kubełka postawionego pod ścianą.

Ryba nie ruszała się, pewnie zdechła już z braku tlenu. Szikra wiedziała takie rzeczy, ponieważ mama kiedyś musiała jej wytłumaczyć, dlaczego okonek, którego złapała do miski z wodą, jednak umarł.

Obcy spokojnie wziął się za patroszenie. Właśnie – “obcy”…

Dziewczynka wyszeptała to słowo: brzmiało dziwnie w jej ustach. Spojrzała na oporządzającego rybę towarzysza. Przecież on już nie był „obcy”.

– Co? – spytał, odczytując jej konsternację.

– Jestem Szikra, a ty?

– Ach, rozumiem – jego oblicze rozpromieniło się – skutkiem burzliwych wydarzeń, nie zdążyliśmy wymienić między sobą grzeczności. Jestem Draha. Miło mi cię poznać, Szikro.

Dziewczynka wyciągnęła rękę do przodu, tak jak robili to dorośli mężczyźni, kiedy kogoś widzieli po raz pierwszy. A może w innych okolicznościach również tak robili? Nie była pewna, ale nie żywiła wątpliwości, że Draha to dorosły mężczyzna.

Okazało się jednak, że dla niego gest ten nie był tak oczywisty. Popatrzył na dłoń dziewczynki, jakby miał do czynienia z nieznanym sobie rodzajem zwierzątka.

– Po prostu ją uściśnij – podpowiedziała.

Zrobił jak poleciła, choć dosyć niezgrabnie, wywołując tym wesoły chichot Szikry.

Wtem podjęła decyzję. Decyzję, która ścisnęła jej serce wyrzutami sumienia.

Mama musi zamartwiać się o mnie na śmierć, pomyślała. Ale wiedziała, że to była dobra decyzja. I że mama zrozumiałaby. Przecież na pewno wiedziała… chociażby przeczuwała, że moc córki powoli wymyka się spod kontroli. Dziewczynka ostatnio doświadczała tego aż nazbyt często.

Poza tym wielkolud wyraźnie potrzebował towarzystwa. I będzie musiała mu wystarczyć jej mała, krucha osóbka.

– Miałabym dla ciebie propozycję – zaczęła Szikra.

– Słucham.

– Mówiłeś, że wystarczyłoby parę minut szkolenia, by ta sztuczka ze znikaniem przestała na mnie działać. Mógłbyś mnie tego nauczyć? W zamian spróbowałabym ci… – Zastanawiała się na doborem odpowiednich słów, ale w końcu dodała tylko: – Opowiedziałabym ci o ludziach. Bo ty nie jesteś człowiekiem, prawda?

Wpatrzył się w pustą przestrzeń, wyraźnie na moment  opuszczając myślami kamienne ściany jaskini.

– Mój gatunek nazywają orkusem.

Szikra wstała i patrząc na wielkoluda niemalże z góry (w gruncie rzeczy ich oczy znajdowały się mniej więcej na tym samym poziomie), ujęła się pod boki i oznajmiła oficjalnie:

– W takim razie, nadobny Draho z rodu Orkusów, czy przyjmiesz mnie na swoją uczennicę? W zamian oferuję każdy skrawek wiedzy, jaką posiadam na temat gatunku ludzkiego. A jeśli obiecasz, że spróbujemy powiadomić jakoś moją mamę o tym, że jestem cała i zdrowa, to być może… – zająknęła się. – Być może zdołam ci pomóc odnaleźć morderców twojej rodziny!

Znowu wyciągnęła ku niemu dłoń. Tym razem uścisnął ją pewnie.

 

XII. Draha

 

Nie wierzył w to, co powiedziała dziewczynka. Była młoda, zdawało się jej, że chcieć to móc. Z drugiej strony łączyły ją jakieś powiązana z mordercami, a przynajmniej jednym. A jego męczył ten ślad zapachu. Drażnił umysł, kładł się cieniem na sympatii, jaką zaczął odczuwać do dziecka. Do Szikry – poprawił się w myślach i uśmiechnął. Czy tego chciała, czy nie, nadal była szczeniakiem. Nie zgubiła entuzjazmu i wiary, nie nauczyła się nieufności wobec obcych… wobec niego. A przecież, gdyby była tylko kilka lat starsza, nie siedzieliby razem przy ognisku, nie rzucałaby mu wesołych spojrzeń znad obgryzanej ryby. Byliby wrogami…

– Co się tak na mnie gapisz? – zapytała. – Znowu planujesz mnie zjeść? Oddam ci trochę ryby, jeśli zgłodniałeś!

– Zbytek łaski! Zostały same ości, a i tak prawie je wylizałaś do czysta.

– Wiesz – dziewczynka spojrzała na niego uważnie – ja nigdy nie byłam tak głodna. To znaczy bywałam, ale nie aż tak… żeby wszystko oceniać pod kątem jadalności…

– Nawet mnie? – Zachichotał, ale zaraz spoważniał. – Nie martw się, to minie. Na razie zużywasz swoje zapasy na magię. Nawet nasza rozmowa pochłania tyle, co bieg na przełaj. Ale kiedy nauczysz się kontroli, będzie lepiej.

Szikra pokiwała ze zrozumieniem. Z żalem odrzuciła niejadalne resztki ryby i oblizała palce.

– To co? Zaczniemy? – spytała i wpatrzyła się z ufnością w nauczyciela.

 

***

 

Draha musiał przyznać, że czas spędzany z ludzkim dzieckiem dostarcza mu wiele radości. Przede wszystkim ponownie odkrywał, jak to jest obcować z istotą myślącą. Od dawna z nikim tak naprawdę nie rozmawiał. Podpatrywał ludzi, ale bał się do nich zbliżyć, zresztą wiedział, jaki miałoby to skutek. Szikra była pierwszym człowiekiem, który nie wrzeszczał na jego widok, nie próbował zabić, a nawet obdarzył sympatią. On sam budził się jakiś radośniejszy, lepiej nastawiony do życia, a pierwsza myśl po otwarciu oczu dotyczyła dziewczynki. Widział, jakie zmiany w niej zachodzą, bo mimo szkolenia jeszcze nie potrafiła ukryć swoich uczuć. Jej podziw sprawiał mu przyjemność, a nauka postępowała błyskawicznie. Chwalił ją za każdy, nawet drobny kroczek, bo czuł, że dziewczynce dostarcza to radości. Policzki czerwieniły się z podekscytowania, a oczy błyszczały szczęściem, gdy kiwał z uznaniem głową albo cmokał z zadowoleniem. A było za co chwalić – w ciągu kilkunastu dni osiągnęła bardzo dużo. Najgorzej było z opanowaniem emocji – i złych, i dobrych. Potrafiła uderzyć z ogromną siłą w umysł Drahy tylko dlatego, że zachwycił ją iluzją kolorowych kwiatów. I omal go nie powaliła, gdy wystraszył ją ogromnym pająkiem, którego stworzył nad jej głową, bo ociągała się ze wstaniem z posłania. Nie rozstawali się ani na chwilę, oboje szczęśliwi, choć wiedzieli też, że tak nie będzie wiecznie.

 

***

 

Tego dnia długo nie poćwiczyli, jakąś godzinę, może trochę więcej, bo dziewczynka znowu zgłodniała. Draha westchnął ciężko i wstał od ogniska. Żeby nałowić ryb, musiał opuścić przyjazne jaskinieMiał nadzieję, że pójdzie sam, ale tym razem Szikra zerwała się ochoczo, gotowa do wyjścia. Nie mógł jej odmówić, wieczorem wymusiła na nim tę obietnicę.

– Nie rozmawiaj ze mną tam, na zewnątrz – poprosił.

– Dlaczego? – zdziwiła się.

– Bo twoje myśli rozchodzą się jak kręgi po wodzie, gdy wrzucisz kamień. Nie biegną tylko do mnie, każdy może je usłyszeć.

– Ale przecież tu nikogo nie ma!

Draha nie zaprzeczył, choć od wielu dni wyczuwał obecność obcej magii. Za każdym razem, gdy opuszczał schronienie, by nałapać ryb, otaczał swój umysł zaporami, a i tak wyczuwał mentalne macki rozpuszczane po okolicy. Jeszcze do niedawna nie niepokoił się, bo utknęły gdzieś daleko, ale teraz znacznie się zbliżyły. To nie była robota nowicjusza, ten ktoś zarzucał sieć jak rybak i ściągał do siebie, mając nadzieję na złowienie czegoś większego.

– Rób, co ci każę – powiedział ostro i zaraz dodał, by złagodzić swój wybuch: – Możesz do mnie mówić, ale normalnie, nie myślami.

– A zrozumiesz mnie?

– Będę się starał.

Ruszyli żwawym krokiem. Draha poganiał Szikrę. Choć do wieczora zostało jeszcze parę godzin, musiał się liczyć z tym, że łowienie zajmie im sporo czasu i do Labiryntu wrócą dopiero po zmroku. Wolałby tego uniknąć. Ludzkie dziecko było niezdarne i po zapadnięciu ciemności nie widziało zbyt wiele.

Zaczaili się na progu, gdzie wartka woda strumienia obmywała im tylko kostki. Za sobą mieli ścianę lasu, przeciętą jedynie wąską nitką potoku. Draha ustawił dziewczynkę obok siebie i przesłał jej myśl:

- Ty nic nie mów, tylko słuchaj! Tu będziemy łowić. Rękoma. Patrz i naśladuj!

Dziewczynka spojrzała na niego zaskoczona i gwałtownymi gestami domagała się wyjaśnienia.

- Ja mogę mówić, bo potrafię ukierunkować swoje myśli i zmniejszyć ich siłę. Jestem jak… komar na ramieniu – poczuje mnie ten, kogo ukłuję. Ty jesteś jak… rój pszczół – słychać cię w całej okolicy.

Szikra pokiwała głową, ale nadal wydawała się niezadowolona. Poza tym Draha złapał już dwa łososie, które usiłowały przebić się w górę strumienia, a ona nawet nie pogłaskała łuski. Naburmuszona odeszła na brzeg. Jej rozpaczliwe machanie ramionami do niczego nie prowadziło, tylko przeszkadzała orkusowi.

Usiadła na mokrej trawie, podciągnęła kolana pod brodę i przymknęła oczy. Myśli poszybowały w stronę matki. Pewnie się zamartwia i płacze. Dziewczynka urwała jakieś źdźbło i wetknęła do ust. Pogryzanie uwolniło lekko słodkawy smak, a to przypomniało Szikrze pieczeń z królika, którą mama zawsze doprawiała ziołami.

Draha włożył kolejną rybę do wiadra. Mogą się zbierać, jedzenia na pewno wystarczy im na kolację i na śniadanie. Wysłał delikatny impuls w stronę dziewczynki, a ona spojrzała w jego kierunku.

Zbyt szybko wszystko się odbyło, by zdążył ją zablokować. Zobaczył, że Szikra sztywnieje, w jej oczach ujrzał przerażenie, a z otwartych ust wydobył się okrzyk. Ale nie to było najgorsze. Jednocześnie z fizycznymi oznakami niepokoju, wysłała też ostrzeżenie myślami: niedźwiedź. Tylko że jej mentalny wrzask rozlał się potężną falą po okolicy.

Nie było szansy, by ci, którzy ich ścigali, nie zauważyli tego. Draha zmusił drapieżnika, by zwrócił swoją uwagę na łososie, chwycił wiaderko i ponaglił Szikrę. Miał nadzieję, że zdążą ukryć się w Labiryncie.

 

XIII. Branik

 

Branik stał chwilę skupiony, z palcami przyciśniętymi do skroni, wreszcie ruszył za Maiką. Kobieta początkowo szła niemal spokojnie, pewnie kierując się na zachód. Przyśpieszała jednak coraz bardziej; mężczyzna ledwo za nią nadążał, złorzecząc na szarpiące go za ubranie kolczaste rośliny, śliski mech i nierówny teren. Na polanę niemal wbiegli, stanęli tuż przed ścianą białych skał. Kobieta rozejrzała się bezradnie, ale to łowca pierwszy zauważył dziewczynkę. Nie patrzyła na nich, żwawo podążając w kierunku wejścia do jednej z licznych w Labiryncie jaskiń. Zaskoczony Branik zmrużył oczy. Szikrę prowadziła zwinna, wysoka, owłosiona istota. Łowca doskonale wiedział, czym było to stworzenie. Napiął mięśnie, wyostrzył zmysły. Skoczył w stronę uciekinierów jak dziki kot, szybko i niemal bezszelestnie.

Szikra krzyknęła, gdy mocno ścisnął jej ramię i przyciągnął do siebie. W ostatniej chwili, bo towarzyszący jej orkus zdążył już skryć się w ciemnościach. Branika uderzyły gniew i strach małej. Ale wychwytywał również słabe bodźce dobiegające z jaskini. Niepewność, wyczekiwanie, groza. Mężczyzna bezwiednie uśmiechnął się do siebie – samokontrola orkusa musiała chwilowo osłabnąć, inaczej nawet doświadczony łowca nie miałby szans dotrzeć do jego odczuć. Czyżby zależało mu na tym dziecku?

– Szikra! – Drgnął na dźwięk krzyku kobiety, chociaż przecież powinien się go spodziewać. Wyszarpnął zza pasa pistolet, mocniej ścisnął małą, która – usłyszawszy matkę – zaczęła wierzgać jeszcze intensywniej. Branik wycelował w Maikę.

 – Stój – powiedział spokojnie, a oczy kobiety rozszerzyły się w przerażeniu. Trwoga pofrunęła w stronę łowcy, nie zważając na utrwalone na ciele Maiki zabezpieczenia. Branik niemal poczuł, jak serce tkwiącego w mroku orkusa na moment zamiera.

– Nikt nie chce, żeby małej coś się przydarzyło, prawda? – rzucił tonem tak obojętnym, że Maika pobladła i zachwiała się niebezpiecznie. Zdziwił się, że ta silna, zdeterminowana kobieta w jednej chwili mogła stać się tak bezradna. – Mnie na tym nie zależy. Tobie pewnie również. – Odwrócił się w stronę jaskini. – Wyjdź. Wiesz przecież, do czego zdolni są tacy jak ja.

Chwilę nie działo się nic. Branika otoczyło wyczekiwanie, a szamoczące się, urwane myśli tańczyły mu nad głową. Potem orkus spróbował zaatakować, ale nie do końca pewnie, zbyt słabo. Myśli z łatwością odbiły się od nałożonej przez łowcę blokady, nie wyrządzając żadnej szkody. Branik był niemal zawiedziony, spodziewał się więcej i przygotował na coś znacznie bardziej niebezpiecznego.

Wreszcie w jaskini ciemnoszary cień oderwał się od ściany i ruszył ku wyjściu. Łowca z zaciekawieniem patrzył na górującego nad nim orkusa.  Ale to on miał broń. I dziewczynkę.

– Zostaw ją. – Olbrzym patrzył gdzieś w przestrzeń, pustym wzrokiem.

– Nie chcę jej krzywdy. Pójdzie ze mną.

Draha wykrzywił wargi w jakiejś upiornej imitacji uśmiechu.

– Pójdzie z tobą i stanie się taka jak ty?

– Czyli?

Orkus zerknął na Szikrę, która najwyraźniej słuchała wymiany zdań, bo na twarzy zastygł jej wyraz skrajnego napięcia. Potrząsnął głową.

– Zostanie niewolnicą. Będzie żyła w strachu, będzie nosiła maskę. Stanie się… morderczynią. Bo przecież czasem po prostu trzeba kogoś zabić, prawda? Są przecież tacy, którzy nie chcą ochoczo zasilić waszych szeregów.

Łowca próbował odpowiedzieć, poczuł jednak nagłe zniechęcenie. To był orkus, jego przyszłość została już przesądzona. Doskonale wiedział, jak traktowani są przedstawiciele tego gatunku. Nie potrafiący się podporządkować, zbyt mocno ceniący wolność. Uważano ich za niegodnych zaufania, nieobliczalnych, niebezpiecznych. Kiedyś podjęto kilka prób opanowania tych istot i ich daru – wszystkie skończyły się niepowodzeniem. Od tej pory musiały żyć w ukryciu, otoczone coraz gorszą legendą, przez lata obrosłą wydumanymi, bzdurnymi historiami. Ścigane nie tylko przez łowców, ale i zwykłych ludzi, dla których orkusy stawały się najlepszym wytłumaczeniem wszelkich plag, nieszczęść i zwykłego pecha.

 Branik nie mógłby go uratować, nawet gdyby chciał. Ale czy chciał? Nad tym wolał się nie zastanawiać. Jednak koniecznie musiał nieco zyskać na czasie. I mimo wszystko nie powinien lekceważyć zagrożenia.

– Pójdziesz ze mną? – spytał.

Draha po raz pierwszy uważnie spojrzał na mężczyznę. Ze spokojną rezygnacją pokręcił głową. Szikra załkała rozpaczliwie, próbowała kopnąć łowcę w łydkę. Jednak  ten trzymał mocno, a poza tym właściwie nie zwracał na nią uwagi.

– Dobrze – powiedział głośno. Kobieta za jego plecami na moment wstrzymała oddech, potem postąpiła dwa kroki do przodu. Odwrócił się w jej stronę, uśmiechnął łagodnie, opuścił pistolet. Zarejestrował zdziwienie Maiki, gdy zrozumiała, że nie patrzy na nią, ale gdzieś ponad jej ramieniem. Podążyła za wzrokiem mężczyzny.

Na polanie pojawili się przybysze. Czterej mężczyźni szli powoli, ostrożnie, ze skupieniem w oczach. Branik poznał dwóch łowców, pozostali zapewne byli tu wyłącznie dla wzmocnienia efektu. Szczupła kobieta, ubrana w szarobury męski strój, podeszła do niego, z fascynacją przyglądając się orkusowi.

– Branik Birut – stwierdziła krótko. – Jak tam urlop?

 

XIV. Maika

 

– Zbyt długi, pani Ivano. Jednak jak widać, praca wszędzie mnie znajdzie – rzekł z przekąsem łowca, starając się zamaskować cynizmem ulgę, jaką odczuł na widok kochanki.

Bo faktu, że ta zimnooka żmija nieraz grzała Branikowi łoże, Maika była niemal pewna. Kobieta zerkała na podwładnego miękkim, pożądliwym wzrokiem właścicielki lub rzucała domniemanej rywalce pełne niepokoju i niechęci spojrzenia. Co najzabawniejsze, urzędniczka myślała, że dobrze kryje się ze swymi uczuciami. Głupia gęś. Buduary i sale balowe Strany niewiele się różniły od pól bitewnych – choć główny oręż stanowiły tam obietnice i plotki. Chcąc przetrwać w podobnym środowisku, Maika musiała nauczyć się szybko oceniać intencje przeciwników. W innym miejscu i czasie dobrze wykorzystałaby tę wiedzę, lecz tu była bezsilna jak pozbawione pazurów kocię. Postanowiła jednak spróbować, ufna w osłony wyryte na skórze. Popatrzyła na łowcę z wyrzutem i troską, po czym zapytała cicho:

– Braniku, powiedz, kim ona jest?

Oczy urzędniczki rozszerzyły się na chwilę, lecz zaraz na jej twarz wróciła maska obojętności. Mężczyzna, jak to mężczyzna, niczego nie zauważył.

– Anika Ivana, Urząd Bezpieczeństwa – przedstawiła się chłodno kobieta, nie dopuszczając łowcy do głosu. Z pogardą odwróciła wzrok od Maiki i skupiła się na podwładnym. – Widzę, że jednak udało ci się znaleźć w wolnym czasie rozrywkę, panie Birut. Dobrze przynajmniej, że zdecydowałeś się nas wezwać.

Maika nawet nie słuchała wyjaśnień Branika, do którego wreszcie dotarły targające przełożoną emocje. Zostawiona sama sobie, puściła rękojeść noża i dyskretnie wyciągnęła rękę z torby. Wcześniej mogła łudzić się, że zabije łowcę, choćby za cenę własnej śmierci, i da dziecku sposobność ucieczki. Przybycie oddziału Ivany zmieniło ten plan w mrzonkę.

Nie potrafiła pogodzić się z przegraną i utratą Szikry, lecz jedyne, co mogła obecnie zrobić, to postarać się przeżyć. Martwa na nic by się córce nie zdała. Niestety kiepsko oceniała swe szanse. Bo i po co oszczędzać niewygodnego świadka? Jedyną jej nadzieją było zostać uznaną raczej za ciekawostkę niż zagrożenie.

Stojący u wejścia jaskini orkus nie mógł liczyć na litość magów. Jego los został przesądzony w momencie, gdy łowca wkroczył do Labiryntu. Wielkolud też zdawał sobie z tego sprawę. Kobieta zerknęła na niego ze współczuciem. Żałowała, że nie zdołała samodzielnie wytropić niezwykłego porywacza. Olbrzym zdobył zaufanie jej córki, poza tym wyraźnie zależało mu na bezpieczeństwie dziewczynki. Dogadaliby się jakoś, Maika była tego niemal pewna.

Przyglądała się jego dziwnym, masywnym rysom twarzy. Gdy Branik pojmał Szikrę, orkus wydawał się stłamszony i bezsilny. Teraz z owłosionego oblicza zniknęła rezygnacja. Dzikus wpatrywał się w Ivanę z bezgraniczną nienawiścią. Maika zadrżała. Wiedziała, że wściekłość olbrzyma zaraz wyrwie się spod kontroli.

Jednak to nie on zrobił pierwszy krok.

Branik syknął, gdy zęby Szikry zacisnęły się na jego nadgarstku i odruchowo puścił dziewczynkę. Ta wyprysnęła jak z procy w kierunku zdumionej urzędniczki.

– Ty… ty suko! – wrzasnęła, a Maika zaczęła się irracjonalnie zastanawiać, skąd jej słodka córeczka zna podobne słowa. – Byłaś tam. Zabiłaś mamę Drahy!

Szikra wyciągnęła dłoń w stronę Ivany, a przywódczyni magów zbladła i przycisnęła ręce do piersi. Walcząc o oddech, wbijała przerażony wzrok w małą przeciwniczkę.

Potem wszystko działo się niedorzecznie szybko.

Branik uniósł pistolet i wycelował w głowę dziewczynki. Położył palec na spuście, a serce Maiki zgubiło rytm. Nie zdołała nawet krzyknąć czy ruszyć się. Jednak łowca nie strzelił. Niewidzialna siła wyrwała Branikowi broń i miotnęła nią o skały.

Któryś z towarzyszy urzędniczki krzyknął i zgiął się w pół. Pozostali, tak jak Maika, byli zbyt zaskoczeni rozwojem sytuacji, by zareagować.

Orkus w trzech susach znalazł się między Szikrą a Birutem. Pochylił kark, napiął mięśnie i ryknął. Łowca zachwiał się, pobladł. Przez jego twarz przebiegł grymas bólu, lecz w okamgnieniu mężczyzna wyprostował się i uśmiechnął krzywo.

Draha uniósł się nad ziemię. Przez chwilę lewitował, młócąc desperacko nogami. Nagle znieruchomiał. Plecy olbrzyma wygięły się w łuk, a potem jeszcze mocniej i mocniej, niby łamany na kolanie patyk. Do uszu Maiki dobiegł ohydny trzask i orkus zwisł bezwładnie jak wielka, groteskowa kukła. A potem runął na murawę.

Szikra odwróciła się i bezradnie spoglądała to na łowcę, to na zmaltretowanego przyjaciela. Uwolniona spod jej mocy Ivana nabrała łapczywie powietrza, otrząsnęła się i sięgnęła po broń.

– Nie – szepnęła bez wyrazu dziewczynka, a potem powtórzyła głośniej, z narastającą furią: – Nie! Nie pozwolę wam! Nie pozwolę!

Padnij! – rozkaz słabnącego olbrzyma zaszemrał w umyśle Maiki. Kobieta, jak na urodzonego żołnierza przystało, bez zwłoki rzuciła się na ziemię. Dopiero leżąc, zrozumiała, że Draha przedarł się przez zdobiące jej skórę zaklęcia.

Odruchowo zasłoniła dłońmi uszy, zacisnęła powieki.

Musiała stracić przytomność, bo gdy ponownie otworzyła oczy, dostrzegła na mchu, tuż obok nosa, lśniące rubinowe krople. A kiedy uniosła nieco brodę, napotkała pusty wzrok oderwanej od korpusu głowy jednego z podwładnych Ivany.

 

XV. Szikra

 

Wszystko stało się skowytem. Przeciągłym wizgiem i deszczem krwi. Ciężkie krople rosiły skórę i wpadały do oczu; trawa czerwieniła się gwałtownie, ziemia czerniała.

Szikra odruchowo oblizała usta. Metaliczny posmak na języku przywrócił jej utracone zmysły, a świat odzyskał dźwięki. I wrzeszczał jak szalony.

Podniosła się z ziemi. Nie wiedziała, kiedy padła na kolana, ale gdy tylko ujrzała okrutnie wykręcone ciało Drahy, zamarła w bezruchu, tak jak jej serce.

Pod czaszką dziewczynki rozbrzmiał ledwie cień szeptu:

– Uciekaj. Uciekaj, drogie dziecko…

Pomyślała, że nie jest już dzieckiem. To był taki idiotyczny odruch, szczególnie w tej sytuacji.

– Nie, nie jesteś. A teraz uciekaj – resztką sił powtórzył jej nauczyciel.

Po raz ostatni poczuła ciepło jego troski. A potem Draha skonał. Tak po prostu. Wiedziała dokładnie, w którym momencie, wiedziała jak i nic nie mogła na to poradzić.

Wizg wrócił. Przepełnił uszy i drążył mózg. Dziwny ucisk w piersi pogłębił się. Szikra nigdy nie miała w sobie tego uczucia, więc nie rozpoznała go od razu. Ale ze śmiercią przyjaciela zrozumiała, czego chce.

 Zemsty.

Pragnienie wlało się do serca i rozeszło po całym ciele. Opanowało ją. Odszukała wzrokiem kobietę, która brała udział w rzezi orkusów i krzyknęła bezgłośnie:

– Morderczyni! 

Usta Ivany wykrzywił protekcjonalny uśmiech.

– Myślisz, że jesteś ode mnie lepsza, smarkulo? Zgadnij, kto mi pomagał? – drażniła dziewczynkę, odsuwając się powoli. – Twój tatuś uwielbiał zabijać te ohydne małpy.

Szikra zesztywniała, jakby trafiona piorunem. Widząc to, Anika wyprężyła dumnie pierś i triumfującym tonem kontynuowała:

– Poddaj się. Przez wzgląd na młody wiek będziemy dla ciebie łaskawi. Może nawet pozwolimy zobaczyć się z Luką.

Kobieta nie podejrzewała nawet, jak wielki popełniła błąd. Jej słowa, zamiast uspokoić, złamały coś w kruchym sercu dziewczynki.

Nie było już Szikry. Była tylko Zemsta w ludzkiej formie, wzmocniona echem nienawiści wtłoczonej w to drobne ciało przez Drahę. Nienawiści do magów.

Uderzyła w Ivanę z całą furią, jaka trawiła jej duszę. Płuca kobiety zapadły się niczym przydeptane stopą pudełko, szkarłatna plwocina spłynęła po brodzie. Ale tego było Zemście mało. Zaczęła wykręcać ciało przywódczyni, na wzór tego, co Branik zrobił ze zmarłym orkusem. Kości trzeszczały, aż w końcu po Anice została bezkształtna masa, której nikt nigdy nie nazwałby człowiekiem.

Wtedy nadszedł pierwszy cios. Pełen przerażenia, rozwiał się jak mgła na tarczy, którą Zemsta instynktownie ustawiła wokół siebie. Potem były kolejne. Niczym macki okładały barierę, nie przedzierając się jednak na drugą stronę.

Czuła, że jej nasycona wściekłością moc wciąż rośnie. Nigdy nie była taka silna. Miała wrażenie, że może nosić góry i zgniatać ludzi jak muchy.

Spojrzała w oczy najbliższego z podwładnych Ivany. Błyszczały strachem, ale również determinacją. Mimo to bez problemu wdarła się do głowy mężczyzny.

– Potwór. Potwór… – powtarzał w amoku.

– Nie! To wy jesteście potworami!

Wciąż utrzymując tarczę, Zemsta uderzyła od środka. Oczy tamtego wywinęły się białkami do góry, nosem poleciała krew. Bezdźwięcznie gruchnął o ziemię, a zlęknione myśli jakby nożem ucięło.

– Chcecie potwora, tak? Chcecie?! – tym razem skierowała swój mentalny okrzyk do wszystkich. Jednak w rzeczywistości była cichutka. Z jej gardła nie wydobył się najlżejszy pomruk.

Otaczający ją magowie zachwali się pod naciskiem mocy. Okładała ich raz za razem, bez opamiętania. Była niepohamowaną żądzą mordu. Nie rozumiała, jak mogła kiedykolwiek opłakiwać zabitą świstunkę. Teraz przecież kończyła jedno ludzkie istnienie za drugim, a jej oczy nigdy nie były równie suche.

Gdy już przebiła się przez barierę któregokolwiek z magusów, cięła na odlew i miażdżyła kończyny. A potem wykręcała. Tak jak to robił mężczyzna, który przybył z matką. On się uśmiechał, gdy zabijał Drahę. Ale wargi Zemsty nawet nie drgnęły.

Ludzie Ivany ginęli na podobieństwo swojej suki-przywódczyni. Zmieniali się w kupki bezkształtnego mięsa, zgruchotanych gnatów i wykwitających wszędzie kałuży krwi. Zemsta zgarnęła po drodze nawet tego, który zginął od uderzenia orkusa. Nie docierało do niej, że już nie dycha, choć przecież korpus pozbawiony głowy nie miał szans na przeżycie.

– Zabiję was wszystkich – powiedziała na głos do trupa i zaczęła śmiać się histerycznym chichotem szaleńca. – Zabiję…

Zabiła ich wszystkich. Został tylko Branik. Zamiast uciekać, wciąż próbował przebić się przez jej tarczę. Musiała przyznać, że był odważny. I głupi.

Uniosła dłonie i ruszyła w stronę łowcy. Powoli, spokojnie, mierząc zimnym spojrzeniem każdą ranę na jego ciele. Żadna nie była groźna. Żadna nie była wystarczająca.

Wpierw złamała mu nogę i patrzyła jak upada. Potem łokieć zachrzęścił, a ręka zgięła się nienaturalnie. Stawy trzeszczały, gdy Zemsta wyłamywała je po kolei. Z gardła Branika wydobywały się pojękiwania bólu. A nad tym ohydnym duetem przebił się głos.

 Głos mamy.

– Szikra! Na litość boską, opanuj się, kochanie! – Maika tłukła w niewidzialną barierę pięściami, a krew spływa jej po przedramionach. – Szikra!

Zemsta stanęła w miejscu. Spojrzała na kobietę nierozumiejącym wzrokiem. Szikra? Ach, tak. Kiedyś nosiła takie imię. Ale opanować się? Przecież ona dopiero zaczęła.

– Zabiję ich, matko – oznajmiła dziwnie spokojnym tonem. – Zabiję ich wszystkich.

– Dobrze, córeczko. – Maika uśmiechnęła się przez łzy. – Zabijesz ich wszystkich, obiecuję. Ale teraz uspokój się… Proszę.

Zemsta przeniosła wzrok na twarz Branika. Na jego wykrzywione udręką rysy. Już się nie uśmiechał. Już nie patrzył się z odwagą czy nienawiścią. Był złamany zarówno duchem, jak i ciałem.

Zanim powróciła Szikra, Zemsta uderzyła po raz ostatni. A mężczyzna zamknął oczy.

Wtedy znowu stała się małą dziewczynką. Zdjęła barierę i łkając cichutko, padła bezwładnie w objęcia chwytającej ją matki.

 

XVI. Branik

 

Było gorąco, dokładnie tak, jak przed rokiem. Branik z ulgą usiadł na ławce, stojącej w cieniu rozłożystego drzewa oliwnego. Przymknął oczy, położył dłoń na piersi. Oddychał płytko, uspokajając zbyt gwałtownie bijące serce. Z irytacją stwierdził, że wciąż szybko się męczy, a ciało tępym bólem uparcie przypomina mu o swoim istnieniu.

Jednak żył, chociaż nie powinien. Połamane kości, wykręcone stawy, krwotoki – to wszystko miało go zabić od razu, na miejscu, jak innych. Medycy, pod których opiekę trafiał, po kolei z niedowierzaniem kręcili głowami, widząc jego ciało, najpierw zmasakrowane, potem powoli, bardzo powoli przybierające formę podobną do ludzkiej. Ból fizyczny słabł, chociaż wciąż nie zniknął całkowicie. Z biegiem czasu dla mężczyzny bardziej uciążliwa okazywała się utrata pamięci. Bezsilnie słuchał cudzych myśli, nie mogąc dogrzebać się do własnych wspomnień. Był już gotów przyjąć to, co sądzili inni – rzezi dokonał orkus. Wiedział, że nie za bardzo zgadza się to z naturą tych stworzeń, jednak przecież miały moc. Potężną, niekontrolowaną. Dlaczego więc nie?

Ale wtedy pamięć wróciła. Nie powoli, stopniowo, jak sprawność fizyczna, tylko gwałtownie, w jednej chwili. Obrazy pojawiły się przed oczami niespodziewanie, nagle, pozbawiając Branika oddechu i świeżo odzyskanych sił.

– Miałam nadzieję, że zostałeś w tym lesie na zawsze, panie Birut. – Uniósł głowę i zobaczył kobietę. Stała kilka kroków od niego, w prostej, podkreślającej figurę sukni, z upiętymi włosami i zmarszczonymi brwiami. Ledwo ją poznał.

– Mało brakowało, panno Asen. Podobno znaleźli mnie drwale. Rano. – Nie chciał marnować sił na próbę przebicia się do jej umysłu, zresztą wszystkie emocje potrafił bez trudu wyczytać z oczu. Czujność, nieufność… Strach. – Dziękuję, że zechciałaś się ze mną zobaczyć.

Prychnęła pogardliwie.

– Zechciałam? Nie, to bardzo nieodpowiednie słowo. Ale jestem ciekawa, po co przyszedłeś. Po roku. Bo przecież musiałeś się już zorientować, że nie jesteś dla nas zagrożeniem. Inaczej szybciej byś się pojawił… Aż tak potrzebne ci pieniądze?

Stłumił uśmiech, podniósł się z wysiłkiem.

– Pamięć odzyskałem dopiero kilka tygodni temu, panno Asen – szepnął, patrząc z zainteresowaniem, jak kobieta blednie. – Zacząłem was szukać i dowiedziałem się, że wyrodna córka wróciła na łono rodziny. Wpływowej rodziny.

Maika szybko odzyskała rezon.

– Właśnie. Spróbuj tylko zacząć szerzyć oszczerstwa, mój ojciec upora się z tobą prędko. A Szikra… Szikra jest zwykłą, uroczą dziewczynką, ukochaną wnuczką dziadka. Już wystarczająco wiele przeszła.

Branik wyciągnął do kobiety rękę.

– Przejdźmy się trochę. Macie piękny ogród. Wciąż trudno mi zbyt długo przebywać w jednej pozycji.

Zignorowała podaną dłoń, ale ruszyła powolnym krokiem, u boku mężczyzny.

– Też wolałbym, żeby było inaczej. Chciałbym żyć inaczej. Ale nie mogę – zaczął, dziwnie spokojnie i beznamiętnie. – Magia jest darem, ale jeszcze bardziej przekleństwem. Brak umiejętności jej kontrolowania może doprowadzić do katastrofy. Już doprowadziło. – Przystanął na chwilę, przez twarz przemknął mu grymas bólu. – Przecież wiesz, dlaczego jest, jak jest. Dlaczego nadzór nad magią jest niezbędny. Nie potrzebujemy kolejnej wojny.

– Szikra jest zwykłą dziewczynką – uparcie powtórzyła Maika.

Branik pokręcił głową, zniechęcony.

– Nie jest. I dobrze o tym wiesz. Nie przyszedłem po pieniądze, nie chcę ci grozić. Nie chcę, by twojej córce przydarzyło się coś złego. Ale musi się uczyć. Musisz ją oddać. Musisz! – Niemal krzyknął, z jakąś pełną desperacji rozpaczą. – Widziałaś, do czego jest zdolna. Straciła na chwilę panowanie nad sobą, zginęło tylu ludzi… A przecież jest dopiero na początku drogi… – Oparł się o pień drzewa, przymknął oczy.

– To moja córka, dam sobie radę.

Roześmiał się nieprzyjemnie, chrapliwie.

– Nie dasz. Maiko, chcę ci przemówić do rozsądku. Ale jeśli mi się nie uda…

– To co?

Branik szeroko otworzył oczy, z niepokojem rozejrzał się wokół. Maika patrzyła na niego zdziwiona.

– Jeśli się nie uda, to co, Braniku?

Szikra pojawiła się na ścieżce. Urosła przez rok, wysmuklała. Wydoroślała.

– Szikra, idź do domu. Zaraz wracam.

– Mamo, to on. Pamiętam. – Dziewczynka wykrzywiła usta, głos jej drżał na granicy szlochu. – Co on tu robi?

– Już wychodzi. Nie będzie nam więcej przeszkadzał.

Branik patrzył na dziewczynkę w milczeniu. Próbował dostać się do jej umysłu, ale najwyraźniej postawiła blokadę. Niezwykle skuteczną. Niespodziewanie poczuł się zupełnie bezradny. A Szikra kurczowo złapała matkę za rękaw, przytuliła się do jej ramienia.

– Zrozumiałeś? Myślisz, że to może dlatego, że wciąż jesteś słaby? Nie, Braniku. Z innymi też sobie poradzę. Sprowadź ich tutaj i zrób z siebie szaleńca. Niczego nie znajdą.

– Nie zdajesz sobie sprawy…

– Tak sądzisz? A może doskonale sobie zdaję. I ty też podejrzewasz, do czego jestem zdolna. Mogę potwierdzić twoje przypuszczenia, Branik. Masz rację.

– Idź już – zażądała Maika.

Branik skinął głową, odwrócił się i ciężkim krokiem ruszył w stronę bramy. Minął ją – i dopiero wtedy nastąpił atak. Poczuł, jak na niedawno zrośnięte żebra napiera jakaś potężna siła. Kości zaczęły uciskać płuca, oddychanie stało się jeszcze trudniejsze i bardziej bolesne. Osunął się na kolana, wśród zdziwionych i niechętnych spojrzeń nielicznych przechodniów, i wówczas stało się najgorsze: oczy zasłoniła mu ciemność. Krzyknął, ogarnięty zimną paniką, a do jego umysłu wdarły się gniewne myśli:

– Pamiętasz Drahę? Był moim przyjacielem. Był dobry. A wy… wy… Zginiecie. Życzę wam śmierci. Wszystkim. Idź już. I nie wracaj.

Czyjeś dłonie chwyciły go za ramiona, próbowały podnieść. Otrząsnął się ze złością. Napór na ciało zelżał, zachłysnął się, gdy ponownie oślepiły go promienie słońca. Wstał, nie patrząc na zgromadzonych ludzi. Zacisnął szczęki, zmarszczył brwi. Był wściekły. Wreszcie, po tylu miesiącach, nie poczuł zniechęcenia, strachu, niepewności. Wściekłość. Uśmiechnął się do siebie. Nikt nie zagoni Branika Biruta do nory, nikt nie każe mu zniknąć.

Musi tylko wreszcie odzyskać siły.

Koniec

Komentarze

Czy wyście, BOTY szanowne, ulubione moje, nie wykorzystały fragmencików i motywów z wcześniej publikowanych tekstów? Swoich, oczywiście?

No, chyba że mam już nadpalone nadmiarem portalowych lektur szare komórki.

Miałybyśmy autoplagiat robić? Nie, żadnych fragmencików nie kojarzę. Ale niektóre motywy pewnie mogą być podobne, w końcu miewa się przyzwyczajenia do takiej czy innej kreacji bohaterów, większe przywiązanie do niektórych kwestii itp.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Wszystko nówka nieśmigane :D

Tylko nie "Tęcza"!

Ponieważ ja właściwie chyba rzeczywiście w kółko piszę o tym samym, to się i zapierać nie będę – jakiś jeden czy dwa z motywów, które mnie interesują, znalazł(y) się i tutaj. Ale nie ma tu na pewno bezpośrednich nawiązań do znanych już naszych tekstów.

Uch, się BOTY zleciały dementować. ;)

Ja też dementuję, chyba że się okaże, iż mam demencję i sama nie wiem, co dementuję. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Panie Koleżanki moje naj+, posądzenia żadne w głowie mi nie postały, ale to i owo z lekka znajome się wydało, toteż pozwoliłem sobie spytać. Znajome, nie znane, czyli nie dosłownie powtórzone, tylko zbliżone na tyle, że się kojarzy. Skądinąd niczego złego w sięgnięciu po starsze motywy nie ma, wszak po swoje sięgałybyście…

Znaczy, schematy zaczęły dominować w mojej pamięci. Trzeba wyrzucić komputer przez okno… :-)

<><>

Stworzyłyście udany kwartet, Silną Grupę spod Znaku Pegaza. Opowiadanie opowiada się samo. Tak sprytnie podzieliłyście się postaciami i wydarzeniami, że pomimo różnic między rozdziałami nie ma się wrażenia przeskoku lub niedopasowania. No i efekt wzajemnych korekt..

Gdybym siedział na miejscu szefa wydawnictwa, zaprosiłbym na rozmowę przy dobrej kawie i podsunąłbym umowę na czterotomową sagę. Po tomie na głowę, a co… :-)*)

*) uśmiechajka dotyczy tylko ostatniego zdania.

Dzięki, Adamie.

Dzięki, Adamie:) Nie pokusisz się o zgadywankę?

(Jeszcze pewnie usłyszysz dwa podziękowania. To się nazywa generowanie komentarzy;D)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Nie pokuszę się. Być może wprawię Was z lekkie zdumienie, dlaczego, ale powodem jest niechęć do rozbijania całościowego obrazu na niejako składowe. Świadomego rozbijania. Domyślam się, że te “łagodne” fragmenty wypłynęły najprawdopodobniej spod palców bemik, że ochaAlex pisały te “twardsze”, a wzajemne wpływy zniwelowały, jak pisałem, różnice w stylach do poziomu zauważalnych, ale nie rozczłonkowujących tekstu – może czuwała nad tym Tensza? – jej nie potrafiłbym niczego przypisać… – więc po co to robić teraz, skoro nic mnie do tego nie zmusza? Lepiej pozostawić w pamięci spójny, całościowy obraz.

Podzieliłyśmy się postaciami, każda z nas “opiekowała się” jedną z nich, i to na tyle mocno, że z prawem do nieograniczonej interwencji dotyczącej “osobistej” postaci we fragmentach innych autorek. Więc właściwie każda z nas wniosła porównywalny wkład do tekstu, a nadzór nad całością również był czteroosobowy. Polegał na korekcie językowej i – jak któraś coś zauważyła – logicznej.

Ja tam jestem ciekawa, czy ktoś zgadnie, która z nas zajęła się którą postacią. ;)

Dzięki, Adamie :D (nr3)

Tylko nie "Tęcza"!

Tekst rozkręca się powoli, ale jak już się rozbuja… Przy takim sposobie pisania postacie po prostu nie mogą być papierowe. Podobało się.

Siedziała długo gapiąc się na nie pustym wzrokiem.

Gdzieś tu powinien być przecinek.

– Już wiesz?! Gdzie poszli?! Gdzie idziemy?

A dlaczego nie dokąd? Osoba ze znanego rodu to mówi, powinna być wykształcona.

Aha, chcecie jeszcze się ponabijać ze zgadujących? No dobrze, nie będę Was pozbawiać tej rozrywki (coś Wam się za tekst należy :-) ):

A tu kiedyś były moje zgadywanki, ale usunęłam, żeby inni mogli startować z tego samego poziomu.

I jak? Zaliczyłam jakieś trafienie?

Babska logika rządzi!

Dzięki, Finklo. Auć, jak widać zawsze się coś prześlizgnie. Zaraz poprawię.

A trafienie jedno, ale nie powiem które:D

Kurcze i jak tu wierzyć w unikalność stylu?;)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Fajnie, że sie podobało. I dzięki za punkt do biblioteki! O te chyba będzie trudno, skoro autorki stanowią pokaźny odsetek osób, które w ogóle punkty mogą dawać xD

Nie powiem, czy Finkla zgadła mnie czy nie, ale powiem, że jestem dumna z siebie za to jak zgadywała :P

Tylko nie "Tęcza"!

No dobra. Mogę zgadywać dalej, czy przysługuje tylko jedno podejście?

Babska logika rządzi!

Zgaduj. Ale i tak na razie nie napiszemy, czy Ci się udało. :)

Dzięki za wizytę.

Finkla mnie zawstydziła. Pamiętała o Bibliotece, a ja na dobrych chęciach poprzestałem, Ach, ta, no, jak się ona nazywa…

Ale powiedzcie! Obiecuję, że wyedytuję z komentarzy treści psujące zabawę innym. Ale chcę wiedzieć. Chociaż PW…

No to podejście drugie:

A tu kiedyś było rzeczone drugie podejście.

Adamie, bo Finkla to pamiętliwa zołza. Do tego ma wrażenie, że gdyby ona nie klikała na Bibliotekę, to znajdowałoby się w niej niewiele tekstów. A biblioteki winny być porządnie zaopatrzone!

Babska logika rządzi!

Wysłałam Ci pw. :)

Moje typy: Maika – AlexFagus, Branik – Tensza, Draha – Ocha, Szikra – Bemik. I macie, dziewczyny ode mnie głos na bib :)

Dzięki, Bellatrix:) Rozwiązanie zagadki wyślę na priv:)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Dzięki, Adamie. Dzięki, Bella :)

A ja teraz chce wiedzieć, jak zgadywała Finkla za drugim podejściem! xD Ja kcem PW.

Tylko nie "Tęcza"!

Ja też!

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Drogie Botki, chyba znalazłyście cudowny sposób na rekordową liczbę komentarzy. Nie, nie piszę o procesie powstawania tekstu. ;-)

Dobra, zaraz poślę swoje typy.

Babska logika rządzi!

Hazardzistki. Tekstem się zająć proszę, nie zgadywankami! :-)

Ale przecież zgadywanki ściśle wiążą się z tekstem.

Na pewno bardziej niż ochrzanianie komentatorów. ;-p

Babska logika rządzi!

Bellatrix – wielkie dzięki!

Adamie – może jednak się skusisz? Co Ci szkodzi? ;)

Historia wciągająca od samego początku. Nie wiem, nawet kiedy zleciało mi prawie 100k tekstu. Co prawda czytałam z przerwami, ale tylko ze względu na brak wystarczającej ilości czasu. Zdecydowanie grupa zgrana. Uważam, że świetnie poszła Wam ta praca zespołowa. Spróbuje trafić, kto był kim, ale nie sądzę aby udało mi się zgadnąć. Obstawiam tak: Maika – Bemik; Draha – AlexFagus; Szikra –Tensza; Branik – Ocha. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Dziękuję w imieniu naszej czwórki. Trafienia pół na pół.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Ciii, Bemik, nie podpowiadaj. ;) Morgiano, wielkie dzięki.

Bemik niech już nie podpowiada, a ja wysłałam Morgianie info na pw :D

Dzięki za czytanie!

Tylko nie "Tęcza"!

Próbowałem czytać to opowiadanie, ale ono tak odbiega od tego co lubię, że przerwałem po opisie pogromu w jaskini. Uprzejmie proszę o wybaczenie i pozdrawiam.

“Jak można żyć w takim s y f i e… “ – czy to zdanie wydaje się wam, drogie panie, pasujące do klimatu tego opowiadania? Toż to współczesny, młodzieżowy slang.

Ryszardzie, dziękuję za próbę. :)

Oczywiście od strony warsztatowej opowiadanie jest bardzo ładnie napisane. Zastanawiam się tylko, czy fantasy zawsze musi posiłkować się okrucieństwem, krwią i trupami.

Ryszardzie, oczywiście, że nie musi. To jednak jakoś musiało. ;) Zresztą, jak mi się wydaje, oprócz wspomnianej masakry koło jaskiń przemoc nie jest tu specjalnie bardzo na pierwszym planie. 

Nie wydaje mi się, żeby przemoc w literaturze mogła być postrzegana wyłącznie pejoratywnie. Może nam się nie podobać, że ludziom strzela się na spacerze w plecy, ale takie rzeczy się zdarzają i trudno, aby cała literatura to ignorowała. W moich osobnych tekstach, także tych, które zyskały Twoje uznanie, przemoc zazwyczaj jest obecna, co nie oznacza, że się nią fascynuję. Przemoc jest mi potrzebna, jeśli chcę coś przez nią pokazać.

 

Ten tekst to opowiadanie napisane przez cztery osoby. Siłą rzeczy musiało zostać jakoś “uśrednione”, bo i kompromisy były czasem potrzebne. Rzeczywiście, wyszło dość klasycznie, zastanawiam się nawet, czy którakolwiek z nas ma aż tak klasyczne fantasy na koncie. Ale zastanawiam się również, jak wyglądałyby cztery teksty, każdy napisany przez jedną z nas, po bardzo ogólnych pierwotnych wytycznych. Zapewne, siłą rzeczy, każda z nas poszłaby w nieco inną stronę. :)

Na pewno. Ja bym zabiła wszystkich :P

Tylko nie "Tęcza"!

Ha! A ja bym ocaliła niedobitki (niedobitków?) żeby mieć kogo w przyszłości dręczyć psychicznie! :)

i wychodzi na to, że to ja jestem łaskawa xD

Tylko nie "Tęcza"!

Realny świat, w którym żyjemy, jest okrutny i brutalny. Przykłady tego mamy w dziennikach telewizyjnych. Świat kreowany w “fantasy”, jest wielokrotnie bardziej okrutny i krwawy.

Mnie podobają się opowiadania, gdzie nie ma krwawej przemocy, ale gdzie występuje ciekawa intryga, gdzie stawia się egzystencjalne pytania, gdzie zagląda się w przyszłość przez dziurkę od klucza.

Natomiast epatowanie sadyzmem, śmiercią, cierpieniem w nie istniejącym, wymyślonym świecie, to, bez urazy, hodowanie i rozwijanie złyych instynktów, tkwiących w człowieku, szczególnie młodym. Tak często spotykam w opowiadaniach na portalu rozerwane brzuchy, wyłupione oczy, poderżnięte dzieciom gardła, palone żywcem kobiety i dzieci, jakby wymyślone światy musiałyby być jeszcze gorsze od świata rzeczywistego. W opowiadaniach “fantasy”, dominują emocje negatywne:

Okrucieństwo, strach, nienawiść, pogarda, cynizm, chciwość itp. Opowiadania mają najczęściej złe, smutne, tragiczne zakończenia. Opowiadanie z happy endem to na portalu rzadkość. Pozytywne emocje takie jak miłość, poświęcenie, oddanie, życzliwość, pogoda ducha, w opowiadaniach portalowych to wyjątki.

Literatura owszem, powinna oddawać rzeczywistość otaczającego świata, ale moim zdaniem fantazy kreuje świat jeszcze gorszy niż ten rzeczywisty. I to mnie, osobiście, się nie podoba. Pozdrawiam ciepło.

Ryszardzie, w znacznej mierze się z Tobą zgadzam. Ale wiesz, jak to jest. Tak jak w wiadomościach nie pokazują, jak świat wygląda naprawdę, tylko ekstrema, tak samo bywa w literaturze. Ja tam najbardziej lubię, gdy w książkach pogarda miesza się z poświęceniem, a cynizm z miłością.

A egzystencjalne pytania… Czy ich często nie stawia się w książkach pokazujących okrucieństwo, strach, nienawiść, pogardę..?

Jeej, nasz tekścik trafił na stronę główną :D

Tylko nie "Tęcza"!

O, jak to? To ktoś musiał przeczytać i nie skomentować. :(

No, szkoda trochę ;] Komentarza, nie punkta :P

Tylko nie "Tęcza"!

Co, dziewczyny? Macie więcej punktów bibliotecznych niż czytelników? Rzadka przypadłość…

Babska logika rządzi!

No, może nie aż tak, ale Morgiana na razie nie ma bibliotecznych uprawnień, a Ryszard zachwycony nie był. To mi jakoś dwóch głosów brakuje. Ale cóż, trudno, chociaż szkoda. Jestem uzależniona od komentarzy, a piszę przecież mało. ;)

"Narazie" to raczej szybko się nie zmieni, ale jak czytam to i komentuję. Gratuluję biblioteki. Może komentarz pojawi się za jakiś czas. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Bardzo mi się podobało. Jak dla mnie opowiadanie nie jest jakieś wyjątkowo brutalne, dobrze napisane, wciągające. Postaci ciekawe, niestety nie mam typów, kto kogo stworzył. :)

Zastanawiam się, czy w IV opowiedzianej z punktu widzenia orkusa nie wkradł się błąd – myśli “dziecko” / “dziewczynka”, a nagle pojawia się imię:

Wysunął się na ścieżkę i zagrodził drogę dziewczynce. Szikra zatrzymała się gwałtownie.

Nie zdążyłam nominować do piórka, bardzo żałuję…

Raczej błędu nie ma, bo to kwestia odnarratorska.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Rooms – bardzo dziękujemy!

Z piórkiem to byłby chyba problem – w końcu BOTA nie istnieje, więc w sumie kto miałby je dostać? ;)

Ale to ostrzeżenie dla bytów realnych – nie publikujcie swoich długich tekstów pod koniec miesiąca, bo może was coś ominąć. :)

A swoją drogą, Rooms, szkoda, że się nie bawisz w zgadywanki. Mnie się wydawało, że moja postać będzie ewidentna, niekoniecznie ze względu na styl, ale właśnie postać. A tu – lipa. ;(

To może w weekend pogłówkuję :)

Teraz Ocha jakoś mi przypomniała: w końcu BOTA nie istnieje, więc w sumie kto miałby je dostać? ;).

W jednym starym serialu występował taki bohater: WOLF. Pamiętacie gdzie to było?

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

“Stawka większa niż życie”?

Babska logika rządzi!

Zgadłaś.

A wiesz, że jakimś dziwnym zrządzeniem losu pamiętam nawet nazwiska: Wernitz, Olers, Luebow, Farenwirst – nie jestem pewna pisowni, ale tak je zapamiętałam.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Ryszard może i zachwycony nie był, ale warsztat pisarski docenił i zagłosował za biblioteką. Uściski.

A, to dziękujemy tym bardziej.

Udany tekst. Gdybym nie wiedział, nie przyszłoby mi do głowy, że ma aż cztery autorki.  Nawet nie próbuję zgadywać, kto pisał o kim (ale możecie wysłać na priva, bo jestem ciekaw). Całość stanowi całość tak spójną, że aż jestem ciekaw, jak przebiegał proces twórczy.

 

A co do okrucieństwa w fantasy. Kiedyś ludzi chodzili na areny albo na publiczne egzekucje. Teraz oglądają krwawe filmy i czytają krwawe książki, a gdyby im pokazać krew, połowa by zemdlała. Ja tam wolę stan dzisiejszy. Wiele lat temu nie było wszechobecnej przemocy w mediach, a gdy wybuchnęła wojna, ludzie szli bez pytań mordować. Teraz gdy mają iść zabijać, ludzie pytają dlaczego.

Może to taki sam efekt jak z pornografią. Nie wiem, czy to prawda, ale ponoć zwiększenie dostępu do pornografii przekłada się na zmniejszenie liczby przestępstw seksualnych.

Dzięki, Zygfrydzie. Coś w tym jest, o czym piszesz.

Już wysyłam pw. :)

Nie przypuszczałam, że cztery różne klawiatury złożą się na tak znakomicie zgrany kwartet. Gratuluję udanej współpracy i świetnego opowiadania. Przeczytałam je z prawdziwą przyjemnością i choć upłynęło sporo czasu od chwili publikacji, to mam nadzieję, że jeszcze inni użytkownicy również docenią jego urodę. :-)

 

Za­sty­głe, ma­to­we oczy, w któ­rych nie mógł nawet do­strzec prze­ra­że­nia . – Zbędna spacja przed kropką.

 

Wes­tchnął i ocię­ża­le ru­szył w stro­nę bar­ło­gu, pię­trzą­ce­go się przy ob­ro­śnię­ty­mi wi­no­ro­ślą reszt­ka­mi płotu. – …przy ob­ro­śnię­ty­mi wi­no­ro­ślą reszt­ka­ch płotu.

 

Że któ­ryś z prze­klę­tych łow­ców, o któ­rych wspo­mi­nał uko­cha­ny… – Nie wygląda to najlepiej.

 

Pięk­na gra świa­tło-cie­ni sta­no­wi­ła jed­nak spra­wę ab­so­lut­nie dru­go­rzęd­ną.Pięk­na gra świa­tłocie­ni sta­no­wi­ła jed­nak spra­wę ab­so­lut­nie dru­go­rzęd­ną.

 

Ze zde­ner­wo­wa­nia za­czę­ła krą­żyć w kółko. – Masło maślane.

 

Skrzy­wił się obrzy­dzo­ny. – Raczej: Skrzy­wił się z obrzy­dzeniem.

Można komuś coś obrzydzić, wtedy coś zostanie komuś obrzydzone, ale czy rzeczony ktoś także stanie się obrzydzony, czy raczej będzie się tego czegoś brzydził?

 

Przez chwi­lę le­wi­to­wał w po­wie­trzu… – Masło maślane. Czy mógł lewitować nie w powietrzu?

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

O, super, że przypomniałaś ten tekst. Sama prawie zapomniałam, że kiedyś to stworzyłyśmy.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Również się cieszę, że wpadłaś na to opowiadanie, Regulatorzy. Dzięki za przeczytanie i komentarz. Tak jak Bemik – ledwo o nim pamiętałam. :)

No to teraz sobie popamiętacie. Cieszę się, że sprawiłam Wam przyjemność. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

O, ja też się cieszę z Twojej wizyty. Mam nadzieję że uda mi się znaleźć hasło do konta i wprowadzić poprawki

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Jestem przekonana, Alex, że Tobie wszystko się uda! ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Poprawione:) A.

A imię nasze Legion. Tylko mocno zredukowany liczebnie

Wowww!!! Jedno z najlepszych opowiadań jakie do tej pory tu przeczytałam. świetnie napisane, nie mogłam się oderwać. Co cztery głowy to nie jedna:-)

Dzięki, Maxeno. Miło mi (nam). :)

My wszystkie jesteśmy genialne. Razem i każda z osobna. ;)

Raem wyszło wam to rzeczywiście super, czy z osobna jesteście równie dobre tego jeszcze nie wiem:-)

Jednej z was już czytałam  parę dni temu tekst i był bardzo infantylny o czym napisałam, drugiej też czytałam i mi się spodobał…  n wasz tekst nie pozwwolił mi się oderwać po kawę ani odebrac telefonu, póki go nie skończyłam czytać – dla mnie jest świetny:-)

 

:). Ten mój poprzedni komentarz był oczywiście nieco humorystyczny, ale myślę, ze bez ryzyka mogę Cię zapewnić, że Alex, Bemik i Tensza są w ścisłej portalowej czołówce. Jasne, każdej mógł zdarzyć się gorszy tekst, jednak generalnie każda jest naprawdę dobra.

Ojej, ktoś tu jeszcze zagląda ^^ Jak miło.

Tylko nie "Tęcza"!

O, rzeczywiście fajnie. Może kilka osób zajrzy przy okazji nowej inicjatywy wspólnego pisania. Maxeno, fajnie że zajrzałaś. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Nowa Fantastyka