- Opowiadanie: sesi19 - Światło samotności

Światło samotności

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

Dreammy

Oceny

Światło samotności

Lekarze próbowali go złapać.

Usiłowali z całych sił, lecz ciągle im umykał. Pot napływał im do oczu. Ruchy stały się nerwowe i zbyt pośpieszne, by być skutecznymi. Najzabawniejsze, że on sam nie czuł strachu. Dajcie spokój – chciał powiedzieć, ale nie był w stanie. Tylko przedłużacie, nie odwleczecie…

Uciekł im pod górę, pod sufit sali. Widział ich stamtąd, tańczących w białych kitlach. Jego blade ciało tańczyło wraz z nimi, rzucane impulsami elektrycznymi.  Sala zaczęła wirować. A może to on kręcił się dookoła?

Cały świat trząsł się w posadach, jakby lada moment miał eksplodować, ukazując swe wnętrze. Tak się jednak nie stało. Tylko pękł po cichu, jak skorupka od jajka, ukazując drobną szparę, przez którą mężczyzna znalazł wyjście. Biło z niej delikatne światło, które wśród zalanej jaskrawym blaskiem sali wyróżniało się realnością. Mężczyzna znalazł tam wyjście dla wszystkiego.

 Tuż za progiem stała kobieta. Nie był pewien jak wyglądała; nie obchodziło go to. Ubrana była w światło.

– Chodź – powiedziała, biorąc go za rękę.

Tak bardzo chciał z nią pójść. Tuż za nią stali inni. Wszyscy, którzy stanowili o jego własnym ja, jego historii, marzeniach i pragnieniach. Uosabiali to wszystko. Nareszcie mógł się z nimi ponownie spotkać.

– Tak mi was brakowało.

Stał w progu, jakby niezdecydowany. Jeszcze jedno spojrzenie, pomyślał, odwracając głowę. Pragnął spojrzeć ten ostatni raz.

Wtedy do złapali.

***

– Dziadku!

Chłopiec stał u jego łóżka. Mężczyzna ledwo go widział – powieki wydawały się cięższe niż żelazo. Uniósł je tylko na chwilę. Dostrzegł dwie pary nóg oraz tego małego chłopca – jego wnuka.

Po chwili dołączył do nich lekarz. Mówili o czymś, nie wiedział o czym. Wszystkie dźwięki zlewały się w szum, podobny do śnieżenia telewizora. Doktor przejrzał wskaźniki monitorów, spojrzał w kartę i nawet nie patrząc na pacjenta wydał osąd, na który rodzina odpowiedziała westchnieniem ulgi.

– Za jakieś dwa lub trzy tygodnie będzie mógł wrócić do domu. Zrobimy jeszcze kilka badań, ale to raczej formalność. Dużo odpoczynku, witamin i powinien wrócić do zdrowia.

– Ale czy na pewno mu się nie pogorszy. Tata już nie raz tu wracał…

– Gorzej już było, spokojnie.

Pierwszy posiłek zjadł tydzień później. Syn próbował go nakarmić, jak dziecku wkładać łyżkę do ust. Chory nie pozwolił na to. Z drobną pomocą, oparł się o plecami o wezgłowie łóżka i przejął talerz z zupą.

– Może drugie najpierw zjesz? Łatwiej będzie ci utrzymać.

Zbył to milczeniem.

Mimo że oparł talerz o pierś, nie był w stanie go utrzymać. Trząsł mu się w rękach, o podniesieniu łyżki do ust nie było nawet mowy.

– Jesteś jeszcze słaby – powiedział syn, odbierając  naczynie. – Daj sobie trochę czasu. A teraz otwórz buzie. Proszę, nie każ mi ze sobą walczyć.

Wypisali go w momencie gdy odzyskał siły, ale stracił nadzieję na odzyskanie namiastka godności. Wywieźli go na wózku, obchodząc się jak z porcelanową figurką. Kiedy to się stało, że zamiast być podporą, stałem się utrapieniem – myślał.

Odkąd mnie straciłeś – odpowiedziała mu świetlista postać, której nie widział nikt prócz niego.

***

Milczał.

Cała gromadka siedziała wokół, wpatrzona w niego jak w laurkę. Odpowiadał tak lub nie, lecz nie było stać go na nic więcej. Wreszcie rodzinka straciła zainteresowanie. Rozeszli się, wymawiając różnymi obowiązkami.

– Dziadku? – Mały, niespełna dziesięcioletni chłopiec wskoczył na jego łóżko i położył się obok. – Czy ty jesteś zadowolony, że żyjesz?

 Milczał dłuższy moment, w trakcie którego próbował odpowiedzieć sobie na to pytanie. Bardzo dobre pytanie, nawiasem mówiąc.

– Nie wiem – odpowiedział szczerze. – Nie mów tego nikomu, ale nie jestem pewien.

– Dlaczego?

 Spojrzał w kąt pokoju. Stała w nim jego żona. Uśmiechnęła się i pomachała mu, widząc, że po raz pierwszy od dawna zwrócił na nią uwagę. Miała na sobie sukienkę, w której zobaczył ją po raz pierwszy, niemal przed pięćdziesięciu laty. Odwróciła się by oglądać stare fotografie. Wszystko było tak piękne. W szczególności poświata, która rozświetlała jej ciało.

– Gdybym tylko mógł ci to wytłumaczyć – odpowiedział wnukowi.

***

Wreszcie chłopiec poszedł sobie, zostawiając ich sam na sam.

– Możesz tu usiąść? – zapytał.

Przysiadła obok, na brzegu łóżka, lecz materac nie wgniótł się nawet na milimetr. Cała jej postać była niematerialna – plecy prześwitywały niczym firanka, dzięki czemu mężczyzna dokładnie widział ścianę i półkę z książkami.

Siedziała tyłem, jak zwykle, gdy szykowała się do kłótni. Znając ją, chętnie wzięłaby do ręki jakąś robótkę, aby udawać, że cała sprawa wcale ją nie obchodzi. W obecnej sytuacji nie było to raczej możliwe.

 – Zmieniłeś zdanie? – zapytała wreszcie, jakby ze zniecierpliwieniem.

– Nie. Nie zmieniłem. Nie mogłem. – Mówiąc to, potarł klatkę piersiową. Bolała go od czasu reanimacji. Chociaż złamane żebro już się zagoiło, odczuwał dyskomfort przy najmniejszym ruchu.

Kobieta wydawała się jakby zmartwiona, ale już po chwili uśmiechnęła się ciepło. Mężczyzna nie podzielał jej radości.

– Nie mogę tego zrobić. Chciałbym, ale… Musisz na mnie poczekać. Myślę, że nie tak długo.

Nie odpowiedziała. Patrzyła przez okno, za którym rosły drzewa, głównie owocowe.

– Nie wiem, o co ci chodzi. Co ty tu właściwie robisz? Dlaczego nie mogłaś zostać tam, gdzie wcześniej?

Zacisnęła ręce na brzegu spódnicy. Wreszcie wstała i bez oglądania się na męża wyszła z pokoju. Zamknięte drzwi nie stanowiły dla niej przeszkody.

***

Siedział na zewnątrz, między drzewami i promieniami wieczornego słońca. Jego żona przechadzała się wśród sadu, doglądając tegorocznych plonów. Nie odzywała się przez ostatni tydzień. Pojawiała się tylko od czasu do czasu, jakby nie zwracając uwagi na męża. Znał te zachowania niemal na pamięć, ale tym razem nie mógł przewidzieć rozwiązania. Nie mógł przyłożyć tej sytuacji na żaden ze wzorów, które poznał przez całe życie.

Z uznaniem potakiwała głową. Drzewa ciężkie były od owoców. Zawsze mówiła, że jest to najlepszy zabezpieczenie na wypadek głodu. W czasach, gdy sadzili te drzewa, była to całkiem realna groźba. Obecnie zamiast konieczności, stały się najlepszym przysmakiem lata.

Reszta rodziny siedziała w altance, zajadając się mięsem z grilla. Jak to pachnie – pomyślał. A jak smakuje. Szkoda, że nie mam czym ugryźć. Siedzieć tam i patrzeć na zajadających ludzi byłoby torturą.

– Tato, podprowadzić cię bliżej? – Usłyszał.

– Zostanę w cieniu.

– Ale tak sam będziesz siedział?

– Daj mi chwilę. Jeszcze moment.

Siedział na swym nowym bujanym fotelu. Przez całe życie nosił się z zamiarem jego kupna, ale dostał go dopiero teraz, gdy nie pozostało wiele czasu na jego użytkowanie. Podpowiadał to rodzinie, lecz najlepszą sugestią było jego odejście. Jak szlachetnie.

Syn doglądał mięsa, a także swego ojca. Spoglądał raz za razem, ukradkiem, udając, że spogląda gdzieś w dal.

– Bo przypalisz. – Zawołał, kołysząc się na fotelu. To pełnego obrazu zabrakło tylko fajki.

Syn uśmiechnął się i skinął głową.

– No chodź wreszcie, bo oczopląsu dostanę.

– Pomóż mi.

Przyszli do niego razem – jego żona i syn.

– Naprawdę nie dasz sobie rady? – powiedziała żona. Uniosła brwi, udając zdziwienie. – Osłabłeś ostatnio, kompletnie cię nie poznaję.

– Ciężko być ciężarem – odpowiedział.

– Przestań narzekać i chodź szybciej, zaraz wszystko się sfajczy – odpowiedział syn, nieświadomy toczącej się nad jego uchem rozmowy. Ujął ojca pod pachę i zaczął prowadzić go do altanki. Zapach grilla był coraz bardziej kuszący.

Żona szła na przedzie. Maszerowała, raz za razem oglądając się za siebie. Wreszcie dotarła do stołu.

– Chętnie bym ci pomogła, ale nie bardzo jestem w stanie. Na szczęście masz innych sługusów. Z całym szacunkiem, synku – uśmiechnęła się.

Jej słowa przypominały mu brzęczenie pszczół – przeszkadzały, ale nie bardzo zwracał na to uwagę. Wysiłek potrzebny przy poruszaniu absorbował wszystkie pozostałe mu siły. Nogi zdawały lgnąć pod ciężarem ciała. Gdyby nie pomocne ramie, dawno by się przewrócił.

– Naprawdę, dużo łatwiej byłoby z wózkiem, tato. Mogę cię, przenieś. Jak chcesz.

– Och, przymknij się.

Pot oblał jego ciało. Zanieś mnie, do cholery – myślał mężczyzna, lecz mimo to parł naprzód. Lekarz twierdził, że powinien robić sobie krótkie spacery. To powinno wzmocnić serce. Ciekawe czy chuderlak uniesie trzystukilową sztangę, czy raczej zemdleje z wysiłku – rozważał, robiąc kolejny krok. Patrzył przy tym żonie w oczy. Odwróciła wzrok.

– Jeszcze troszkę, parę kroczków.

Ludzie siedzący przy stole odwrócili głowy w jego stronę.

– Przed państwem nadworny trefniś. – Żona wykonała głęboki ukłon, jednocześnie wskazując męża ręką. Zaczęła klaskać.

Targnął się ze złości. Niespodziewający się tego syn zachwiał się. Niemal upadli, na co kobieta roześmiała się w głos.

– Tato, może…

– Jesteśmy prawie na miejscu – wysapał.

Wreszcie dotarli. Mężczyzna z westchnieniem ulgi usiadł na miękko wyścielonym krześle.

– Pić…

Podali mu wody. Była zimna. Mężczyzna pił łapczywie, gdy nagle zakrztusił się. Pochylił głowę, dając ścieknąć reszcie płynu na ziemię. Syn ukląkł, by wytrzeć mu usta, lecz wyrwał mu chustkę z ręki.

– Sam – wysapał.

Nie był pewien, czy cisza panująca od początku jego marszu jest tylko wyrazem troski, czy spuszczeniem zasłony milczenia na całą tą sytuację. Mężczyzna wreszcie podniósł głowę. Reszta rodziny spoglądała na niego, lecz udawali, że absorbują ich inne zajęcia. Grzebali w talerzach, sączyli napoje. Nikt nie wydukał choćby słowa.

Rozmowy niczym lokomotywa nabierały tempa – wywnioskował to wyłącznie z ruchu ust. Nie słyszał już zbyt dobrze. Dźwięki zlewały się w jeden szum, jakby stracił pewnego rodzaju maszynę dekodującą. Ktokolwiek chciał się z nim skontaktował, musiał mówić bardzo głośno. Wszyscy, prócz jednej kobiety.

– Jesteś na pewno zmęczony – wyszeptała mu do ucha Nie odpowiedział. Starał się ją ignorować, lecz była jeszcze bardziej natrętna. – Męczą cię, prawda? Te ich błahe rozmowy. Odsuwają cię na drugi tor, jakbyś już przestał być ważny. Lepiej połóż się do łóżka, odpocznij. Po prostu powiedz, że nie masz siły z nimi siedzieć. Że masz ich dość.

– Te małe, wścibskie muchy – powiedział mężczyzna..

– Co, tato?

– Pełno tu much.

– No tak. – Syn rozejrzał się, próbując znaleźć dręczącego ojca owady. Na próżno.

Wreszcie kobieta odezwała się ponownie.

– Wiesz co? Powiem ci, jak jest naprawdę. To ty ich męczysz. Twój obraz – sztywnego, leżącego bez życia. Nie mogą wyrzucić go z głów. Może nie jest to dobre słowo, ale wzbudzasz ich w niecierpliwość. Długie i trudne oczekiwanie. Skoro cel ma okazać się przepaścią, to po jaką cholerą droga także ma być bolesna. No po co?

– Komarzyce, wszędzie te diablice.

– Jeżeli masz jeszcze jakąś nadzieję to nie dość, że złudną, to bezsensowną. Przemyśl to.

– Trochę kiepską porę na grillowanie wybraliście. Duszno, słońce świeci w oczy. Można było poczekać do wieczora.

– Żebyśmy szukali się po omacku? Przestań narzekać i zjedź coś porządnego.

– A grillowałeś kleik? Jakoś nie sądzę, żebym zjadł coś twardszego.

– Mogę pokroić ci na cieniutkie kawałeczki. W kostki. Tak dasz chyba radę przełknąć?

– Jedźcie sami, nie jestem głodny.

– Ale…

– Może później.

Siedział, patrząc przed siebie. Odnosił wrażenie, że ludzie dookoła są blisko, ale jednocześnie bardzo daleko, jakby należeli do innego świata. Zwracali się do niego, ale nie słyszał, co mówili. W odpowiedzi kiwał tylko głową i uśmiechał się możliwie ładnie. Żona, oparta o pobliską śliwę, także uśmiechała się przyjaźnie.

Między drzewami biegały dzieci. Całe przyszłe pokolenie zebrane w jednym miejscu. Ich rozbawione głosy były przyjemne dla ucha, ale jednocześnie urągające dla samopoczucia mężczyzny. Miał wrażenie, że jest gnijącym liściem, oświetlonym przez pierwsze promienie wiosennego słońca.

Zachciało mu się pić – nie wody, ale czegoś znacznie mocniejszego. Niestety, lekarz zabronił.

Setki dźwięków latały mu dookoła głowy, tworząc szczelną zasłonę. Jakby słuchał pogłośnionego do maksimum telewizora. Wkrótce zaczęło mu piszczeć w uszach. Pisk wdzierał się powoli coraz głębiej w czaszkę, wwiercał w sam mózg…

– Dziadku? – zagadnął wnuk, trącając go w kolano.

– Umm?

– Pod drzewem postawiłem ci fotel. Może tam byś wolał usiąść?

– Dziadek nie powinien siedzieć sam – powiedział syn.

– Ale chyba wolałby.

– Chyba muszę posiedzieć trochę w cieniu – powiedział mężczyzna, dźwigając się z krzesła. Wnuk pomógł mu przemaszerować te kilka kroków. Gdy osiągnął cel, docierając do ukrytego w gruszy fotela, poczuł że mógłby spędzić tu kilka następnych godzin. Bez współczujących oczu i ciągłych pytań czuł się wreszcie jak mężczyzna.

Wnuk skierował się do reszty gromady, lecz zawołał go z powrotem.

– Chodź, posiedź trochę ze starym dziadkiem.

Krzyżując nogi, usiadł na trawie. Starzec bujał się w swoim fotelu.

– Pamiętasz trochę babcię? – zapytał.

– Nie bardzo. Tylko jak kiedyś zrywałem jabłka z drzewa. Mówiła, żeby zbierać te z ziemi, nie z drzewa. To tyle.

– Niedużo. Czyli nie pamiętasz, jaka była, czy… nic z tych rzeczy?

– Tylko jabłka – uśmiechnął się.

Milczeli przez dłuższą chwilę, w trakcie której mężczyzna bił się z myślami. Kobieta podeszła do nich, ukucnęła obok wnuka.

– Nie powinienem ci tego mówić. Nikomu nie powinienem… Ale chyba muszę. Wtedy, gdy umarłem, widziałem twoją babcię. Prawie za nią poszedłem. Myślę, że warto było za nią skoczyć, ale nie miałem odwagi.

Wnuk nie odzywał się. Patrzył.

– To wszystko zakończyło się inaczej, niż powinno. Babcia przyszła tu za mną.

– Tu?

– Tak. Jest tutaj. Nie chcę cię straszyć, ale stoi tuż obok ciebie. Po prawej stronie

Wnuk powoli odwrócił głowę, lecz nie zobaczył nikogo – martwego, ani żywego.

– Pewnie myślisz, że zwariowałem. Możliwe, że tak właśnie jest. Nie wiem tego na pewno. Tylko to, że ciągle ją tam widzę. – Skinął jej głową, ale nie odpowiedziała nawet najmniejszym gestem. Patrzyła tylko tępo na jego twarz.

Wnuk siedział, błądząc wzrokiem dookoła. Patrzył wszędzie, tylko nie na dziadka.

– Nie wiem, co mam myśleć. Zwyczajnie nie jestem w stanie. To jakieś, nie obraź się, chore…

– Nie obrażam się. Sam próbuje to zrozumieć, ale mi nie wychodzi.

– Może coś uszkodziłeś sobie w mózgu? Jakbyś wypalił sobie obraz na… Pojęcia nie mam, o czym gadam, lepiej skończyć.

– Próbowałem się modlić, ale nie wyszło. Śmiała się ze mnie. Prosto w twarz. Mówiła do mnie: „Co ci to da, jeśli masz otwartą drogę na górę? Gość, który odrzuca zaproszenie, nie jest mile widziany przez gospodarzy.” Ona chce, żebym się zabił. Nie wiem do czego jest to potrzebne, ale namawia mnie do tego, odkąd wyszedłem ze szpitala.

Wnuk patrzył w miejsce, w którym powinna znajdować się babka. Milczał.

– Co myślisz?

– Trzeba pójść do lekarza. To chyba jedyne sensowne wyjście. I jeszcze jedno, dziadku… Nie zrób nic głupiego. Proszę.

– Oczywiście. Nie po to mnie uratowali, żebym teraz zaprzepaścił całą pracę. – Przerwał na chwilę, po czym kontynuował. Już na początku miał wyrzuty sumienia – Myślałem, że w jakiś sposób mi pomożesz, przynajmniej będziesz się starał. Chciałem pomocy, nie sposobu na zamiecenie problemu pod dywan.

– Wybacz dziadku, ale nie wydaje mi się, żeby to mogło być prawdą. To zwyczajnie szalone. Myślę, że jutro musimy koniecznie jechać do szpitala. Może coś robi ci się w mózgu. A nawet jeśli nie, badanie i tak ci nie zaszkodzi. To nic osobistego – dodał na koniec.

– Idź już stąd – powiedział, patrząc mu prosto w oczy. – Pochwal się wszystkim najnowszą nowiną.

– Tylko tym, którym muszę. -Wstał ze swojego miejsca. – Proszę jeszcze raz, nie rób nic głupiego. Jakoś sobie z tym poradzimy.

– To zależy, czy komuś powiesz.

Odszedł, kierując się do reszty rodziny.

– Niewiele wolności ci pozostało – powiedziała miło żona, przykuwając uwagę męża. – Ostatnie godziny. Zamkną cię, zwiążą. Po co się wychylałeś?

– A ty nie możesz też sobie pójść?

– Chyba nie znam drogi… Musiałbyś mnie odprowadzić. – W dalszym ciągu mówiła z przemiłym uśmiechem.

Spokojnie oczekiwał, aż syn przyjdzie i przeprowadzi z nim wielce poważną rozmowę. No właśnie, po co się wychylałem? – pomyślał. Mogłem przecież spokojnie doczekać do końca. Niedużo brakuje.

Czekał długo, lecz nikt nie nadchodził. Z oddali dochodził głosy, ciemne sylwetki poruszały się w gęstniejącym mroku. Żona leżała na trawie i podziwiała gwiazdy. Nogi zgięła w kolanach, ręce podłożyła pod głowę.

– Czy naprawdę byłoby trudno wytrzymać ze mną całą wieczność? – zapytała, przeciągając się na ziemi. Przekręciła się na bok i podpierając głowę ręką patrzyła na męża.

– Czasami nawet pięć minut. A czasami nie. Masz humory – jak chyba każda baba.

– Tak gadasz, jakbyś miał ich na pęczki.

– Skąd niby wiesz, że tak nie było?

– Mam zaufanych informatorów – roześmiała się.

Milczeli dłuższą chwilę. Mężczyzna sądził, że to koniec rozmowy, lecz kobieta wkrótce się odezwała.

– Dlaczego nie chcesz ze mną iść?

– A dlaczego mam z tobą iść? – Mimo, że rodzina była daleko stąd, szeptał. – Jeszcze mam czas. Może jeszcze przeżyję ten rok, łudzę się, że następny. Siłą mnie nie wypchniesz.

– Ty się boisz. Tchórzysz zwyczajnie. Zawsze tak było. Choćby gdzie indziej miałoby być ci lepiej, niebiańsko!, wolałeś zostać na starych śmieciach i klepać biedę. Bo tu wszystko znam i mnie wszyscy znają, że pozwolę sobie zacytować.

– Jak na niebiańską istotę wredna z ciebie małpa. To tyle. A teraz, proszę, idź już stąd. Chce wreszcie odpocząć. Stary jestem.

Podniosła się, poprawiła sukienkę i nie oglądając się na nic, ruszyła między drzewa. Zniknęła, pochłonięta przez coraz gęstszą mgłę.

Niedługo potem przyszedł syn. Wręczył mu pokrojone, zmielone niemal, kawałki grillowanego mięsa i tabletki.

– Najpierw zjedź, później połknij. Masz tu sok do zapicia. Poradzisz sobie?

– No ile ja mam lat, synku? – Synek bez słowa odszedł w ślad za swoją matką, między drzewa.

Mężczyzna długi czas zastanawiał się, jak przepchnąć przez gardło całe to jedzenie. Chociaż pachniało świetnie, nie sądził, aby był w stanie je przełknąć.

Nie wiedział kiedy, do jego stóp przybiegł pies. Stary jak on sam, niewiele lepiej słyszący, niewiele lepiej widzący. Poczęstował go. Postawił talerz na ziemi. Pies nie czekał zaproszenie. Wszystko zniknęło z talerza w przeciągu kilkudziesięciu sekund. I tak nie byłem głodny, pomyślał mężczyzna, po czym wyrzucił za siebie pigułki. I tak by nie pomogły, pomyślał.

***

Oglądał telewizję, bezskutecznie poszukując sensu w nadawanym programie. Byłoby znacznie prościej, gdyby z ściany dźwięków rozróżnił choć jedno sensowne zdanie. Nie pomogło nawet maksymalne pogłośnienie telewizora. Mężczyzna z rezygnacją odwrócił wzrok na trzymany w rękach talerz z owsianką, lecz zastane tam widoki nie prezentowały się lepiej.

– No skąd ta kwaśna mina? – krzyknął jego syn.

– CO?

– Skąd ta…?! A, cholera. – Podszedł to telewizora i nacisnął wyłącznik.

– Oglądałem.

– Jedź ty lepiej, bo schudłeś ostatnio.

Próbował zastosować się do rady, podczas gdy syn przyglądał mu się z stojącego w kącie fotela. Zjedź, jak to łatwo powiedzieć. Kilkakrotnie powąchał… to coś. Inaczej nie mógł tego nazwać. Miało zapach i wygląd błota. Jak mogło smakować?

Smak go nie zaskoczył. Błoto, które włożył sobie do ust urosło nagle do monstrualnych rozmiarów. Miał wrażenie, że jeżeli tylko spróbuje przełknąć, jedzenie stanie mu w gardle. Bez dłuższego namysłu wypluł wszystko do talerza.

– Tato…

Odstawił talerz na stolik, po czym zapadł się w fotelu.

– Musisz coś jeść, chyba nie muszę ci tego tłumaczyć.

– Sam się tym paś, no masz, weź sobie!

– Daj spokój. Przecież ty nic nie jesz. To już chyba drugi dzień – westchnął. – Dzisiaj pojedziemy do lekarza. Zbada cię. I jeszcze kroplówkę dostaniesz. Od razu poczujesz się lepiej. Nabędziesz sił.

– Tak jak ostatnim razem? A może od rzeźni od razu, pod nóż?

 Syn patrzył na swego ojca głęboko skupiony.

– Nie wiem, jak mam już z tobą rozmawiać. Przecież ty nic nie rozumiesz,  zachowujesz się kompletnie jak nie ty. Odkąd wróciłeś ze szpitala wcale nie walczysz. Jakbyś tylko czekał na śmierć. Jakbyś tylko tego się spodziewał.

– A niby na co innego mam czekać? No podaj jeden dobry przykład, proszę. Jeden pierdolony przykład.

– To ty powinieneś go znaleźć, nie ja. – Gdy ponownie się odezwał, wzrok miał wbity w podłogę. – Jesteśmy umówieni na drugą. Niedługo będzie trzeba się zbierać.

– Nigdzie nie jadę.

Syn wyszedł, jakby go nie słyszał.

***

Jak się okazało, niewiele miał do gadania. Szarpał i krzyczał zaledwie przez chwilę, do czasu gdy opuściły go siły. Chcieli go wsadzić na wózek, lecz nie dał się poniżyć. Z niewielką pomocą, zachowując strzępy godności, wsiadł do samochodu. Jazda trwała niespełna godzinę.

– Powinni tu przyjechać, przecież byśmy zapłacili – powiedziała synowa. – To zbyt męczące, prawda tato?

– Proszę, przymknij się. – Syn powiedział dokładnie to, co chciał ojciec.

Mimo to, gdy dotarli na miejsce, był wycieńczony. Nogi gięły się pod ciężarem, niczym plastelina.

– Chyba musisz na to usiąść, wybacz. – Syn podstawił mu wózek i pomógł bezpiecznie zająć miejsce. – Odpocznij teraz. Zawiozę cię na miejsce.

Mężczyzna poczuł, że chce mu się spać. Zaledwie przymknął oczy i zasnął, niczym za sprawą hipnotyzera. Z samego szpitala niewiele pamiętał – głównie oślepiającą biel i dziwny zapach. Tym dziwniejszy, bo przyjemny. Mógł nawet powiedzieć, że piękny. Oprócz tego, brakowało konkretnych wspomnień.

Obudził się już w domu, pod kroplówką. Obok jego łóżka stała ubrana na biało kobieta. Ale babsko, pomyślał.

– Musi być taka duża, żeby cię podnieść i tyłek wytrzeć – powiedziała jego żona. Siedziała w kącie pokoju. Mężczyzna spojrzał na nią, bez większej radości. Wypomniał jej, że dawno się nie widzieli. Odpowiedziała, że była bliżej, niż kiedykolwiek.

Pielęgniarka pochyliła się i krzyknęła mu prosto w ucho.

– Jak dobrze, że pan się obudził. Ile to można spać?

– Ile? – wychrypiał. Nie poznał swojego głosu.

– Tydzień. Cały tydzień. Ale proszę się już nie odzywać. Lepiej odpocząć. Ja będę się panem opiekowała. Karmiła, myła. Takie tam rzeczy.

– Gdzie jest… mój syn.

Gdzie oni są?, pomyślał. Mój syn, wnuk. Wszyscy.

– W domu. Mam po nich zawołać?

– Nie. – Wstydzą się mnie. Gdy umierał mój ojciec, byliśmy cały czas przy nim.

Spojrzał na żonę. Uśmiechała się lekko, lecz jakby z żalem.

– Zostali tylko umarli – powiedziała.

***

– Czy mogę odejść stąd, tak jak przyszedłem?

– Co masz na myśli? – zapytała, kładąc mu rękę na twarzy. Odniósł wrażenie, że to miejsce zrobiło się odrobinę cieplejsze.

– Żywy. Szczęśliwy. Coś w tym stylu.

– To nie takie trudne. Mogę ci pomóc. Jeśli tego właśnie chcesz.

Nieznaczenie skinął głową.

Wzięła go za rękę. W jednym momencie poczuł się przyjemnie lekki. Bez najmniejszego kłopotu wstał z łóżka. Maszerowali przed siebie, otoczeni światłem. Cienie pozostały gdzieś daleko z tyłu.

Uścisk żony stał się pewniejszy. Mężczyzna wiedział, że za późno jest na zmienienie zdania. Tym razem nie odwracał głowy. Nie znał powodu, dla którego miałby to robić. Bez zastanowienia przeszedł na drugą stronę.

Nie wiedział, w którym momencie delikatny uścisk stał się rozgrzaną do czerwoności bransoletą. Zawołał żonę po imieniu.

– To boli – krzyknął.

Uśmiechnęła się do niego.

– Wytrzymaj jeszcze chwilę – powiedziała. – Już niedługo.

Z każdym krokiem robiło się coraz ciemniej. Wyglądało to, jakby zbliżali się ku nocy.

Mężczyzna odwrócił się, lecz za jego plecami nie było niczego. Pustka i czerń. Nicość.

– Dokąd mnie prowadzisz? Gdzie my idziemy?

Gdy odpowiedziała, nie patrzyła mu w oczy. Uciekała gdzieś wzrokiem.

– Będziemy tam razem, ty przy mnie, ja przy tobie. Z sobą, bez samotności.

Szarpnął rękę, lecz zdawała się zespawana z ciałem jego żony.

– Wiem, że będziesz tu szczęśliwy. Przecież kto powiedział, że niebo jest tam, a piekło tutaj? – zapytała, uśmiechając się. Jej oczy były martwe, szkliste jak u ryby – Ja mam ciebie, ty masz mnie. Nie mamy nieba, ale możemy je stworzyć. Razem.

Nim zdążył odpowiedzieć, pochłonęła ich ciemność.

Koniec

Komentarze

Proszę, nie karz mi ze sobą walczyć. – każ

Całkiem ciekawe opowiadanie. Ja ostatnio sama piszę w takich klimatach. Jednak, jak na mój gust, za długie w stosunku do zakończenia. Zyskałoby wiele, gdyby je skrócić o kilka (podobnych) scen.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Jest jakiś pomysł, ale trochę skrzywdzony wykonaniem.

powieki wydawały się cięższe niż żelazo.

A ile waży żelazo?

Dużo literówek, jakieś braki w interpunkcji. Jedz i jedź znaczą całkiem różne rzeczy i pomyłka tego typu rozwala cały nastrój.

Babska logika rządzi!

Przeczytałem ze sporym zainteresowaniem. Przyznam się, że w pierwszej chwili chciałem rzucić lekturę, bo wstępny opis nachalnie kojarzył mi się z rojeniami pacjenta psychuszki, ale gdy skapnąłem, że może to być co innego, zostałem i nie żałuję.

Pomysł nowatorstwem nie grzeszy, realizacji do wysokiego poziomu tak ze dwóch schodków brakuje, ale w sumie uważam za nieźle oddane krążenie myśli bardzo starego człowieka wokół jednego, wiadomego tematu. Trudno uniknąć swoistego powtarzania się podobnych scen, gdy pisze się o perseweracjach, więc to mnie nie razi.

Tekstowi przydałby się na spokojnie przeprowadzony przegląd. Tu i tam spacja, kropka… Warto poprawić.

Udało Ci się pokazać umieranie bez zbędnej ckliwości, której nie cierpię w tekstach. To trudna sztuka. Poza tym opowiadanie przypomniało mi opowieść mojej babci ze szpitala, gdzie czuwała przy chorym pradziadku, a jego sąsiad z sali przeszkadzał zasnąć, bo rozmawiał z nieżyjącymi kolegami z partyzantki, którzy przyszli po niego i świecili w ciemnościach… zawsze mi włosy dęba stają, jak słyszę tę historię. Pewnie dzięki temu Twoje opowiadanie też zapamiętam na dłużej ;)

Wtedy do złapali.

“go złapali”?

 

To pełnego obrazu

“Do pełnego” ?

 

Wysiłek potrzebny przy poruszaniu absorbował wszystkie pozostałe mu siły.

Niezręcznie brzmi, poczytaj na głos?

 

Nogi zdawały lgnąć pod ciężarem ciała.

??? Nogi lgną pod ciężarem? Czy czasem autokorekta nie zrobiła cię w bambuko?

 

Gdyby nie pomocne ramie,

“ramię

 

Mogę cię, przenieś.

“Mogę cię przenieść.” ?

 

– Jedź ty lepiej, bo schudłeś ostatnio.

“Jedz”

 

 

 

 

Dużo drobnych błędów, psujących klimat. Niezłe opowiadanie o ciężarze starości, o przygotowaniach do przejścia na drugą stronę, o powolnej utracie własnej godności i zapadaniu się w zrezygnowanie. Refleksyjnie, bezpretensjonalnie, przyzwoita lektura. Dziękuję.

 

 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Całkiem niezłe opowiadanie – ładnie opowiada o trudnych sprawach. Przeczytałam z przyjemnością, którą, niestety, pomniejszyło nie najlepsze wykonanie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka