- Opowiadanie: Scathach - Ona

Ona

I znów: nie jestem jeszcze wprawiona w dobieraniu gatunku i tagów. Fantasy – bo w zamyśle miało to być fantasy. Tagi – cóż, wybierane na drodze “hmmmm, co by mi tu pasowało...”. No i nie jestem pewna w którym momencie kończy się szort, a zaczyna opowiadanie... Jakby coś nie grało, dajcie znać, poprawi się.

Kolejna sprawa mogąca budzić wątpliwości: spora liczba zaimków osobowych. Jest ona całkowicie zamierzona i służy podkreślaniu osoby, o której wtedy mowa. Dałabym je z dużej litery, ale uznałam to za lekką przesadę, więc po prostu zostawiłam je w takiej ilości, w jakiej są.

Przyznam, że to opowiadanie jest moim osobistym eksperymentem, jeśli chodzi o narrację i czas, w którym piszę. Jest to po prostu pierwszy tego typu tekst w moim wykonaniu. So...

Hope you’ll enjoy it! :)

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Ona

Klik-klik.

Klik-klik.

Klik-klik.

Kciuk, całkowicie bez udziału mojej woli raz za razem naciska końcówkę długopisu, z wolna odmierzając upływające minuty. Trzy, dwadzieścia, trzydzieści osiem… Co to za różnica? Wszystkie wyglądają dokładnie tak samo, wloką się jedna za drugą, jak gdyby dźwigały na plecach największe ciężary. Sekunda po sekundzie stawiają kroki wolniej niż zwykle, niby to ze zmęczenia, a naprawdę z czystej złośliwości.

Czuję na sobie czyjś wzrok i uświadamiam sobie, że klikanie zaczęło rozlegać się w absolutnej ciszy, jeszcze przed chwilą wypełnionej delikatnym szumem głosów. Podnoszę oczy, prześlizguję się spojrzeniem po znajomych twarzach i natychmiast przestaję bawić się długopisem. Teraz patrzą się już wszyscy. Z wolna przenoszę wzrok na postać z przodu, stojącą tuż obok zielonego kawałka blachy w ramce, powieszonego na ścianie. Kątem oka rejestruję zapisane na nim równanie, ale nie mam czasu zastanowić się nad tym, kiedy się tam pojawiło.

Matematyczka przygląda mi się z wyczekiwaniem i lekką dezaprobatą. Po wyrazie jej twarzy poznaję, że właśnie zadała mi pytanie. Grzecznie proszę ją o powtórzenie i niemal jak w deja-vu patrzę, jak z irytacją podchodzi do stojącego na biurku komputera. Dokładnie przewiduję każdy ruch jej palców na klawiaturze, kiedy w dzienniku elektronicznym pojawia się kolejna jedynka. Wiem, w którym momencie podniesie na mnie wzrok znad monitora, a moja twarz całkiem automatycznie przyjmuje wtedy ten skruszony, smutno-gorzki wyraz, który w najmniejszym stopniu nie odzwierciedla obojętności, z jaką przyjmuję kolejną naganę. Wiem jednak, że jeśli nie okażę uczuć, nauczycielka zrobi z tego aferę jak stąd do nieskończoności… Niech przynajmniej myśli, że mnie to obchodzi.

Gdy powietrze przecina dźwięk dzwonka, moje rzeczy błyskawicznie lądują w torbie. Jednym ruchem wieszam ją na ramieniu i pierwsza wychodzę z klasy na jeszcze pusty korytarz, za kilka sekund mający zapełnić się tłumem uczniów. Zatrzymuję się dopiero przy klasie piętro wyżej, rzucam torbę na parapet i siadam obok niej. Okno jest zamknięte, ale otwieram je mimo zimnego, deszczowego dnia i braku ogrzewania w budynku. Staram się nie zauważać wrogich spojrzeń mijających mnie ludzi, ciaśniej zawijających się w bluzy i swetry.

Chłodne powietrze, przesycone zapachem mokrych bzów, otula moją twarz, wypełnia płuca. Z ulgą opieram się o framugę okna i przymykam oczy. Spędzam tak całą przerwę, jedyną odmianę stanowi kilka łyków wody z plastikowej butelki. Dzwonek odzywa się zdecydowanie zbyt szybko, zapowiadając kolejne czterdzieści pięć długich minut czystej katorgi, dla odmiany w sali pełnej niebiesko-biało-czerwonych flag, a nie tablic ze wzorami na pola czworokątów.

Kolejna lekcja, kolejne złośliwie ciągnące się minuty, uparcie nie zgadzające się na minimalne choćby przyspieszenie wędrówki. Tym razem udaję, że słucham, zapisuję nawet kilka słówek, chociaż moje myśli cały czas błądzą w zupełnie innym miejscu i czasie. Tak jak przez kolejne snujące się leniwie godziny, z których każda minimalnie tylko różni się od następnej. Mijają, a ja stoję jakby z boku. Lekko ożywiam się tylko na polskim, zgłaszam się i uczestniczę w tej lekcji również duchem. Z uwagą słucham o literaturze średniowiecza, o naszej rodzimej „Bogurodzicy”, do wykładu dorzucam nawet kilka rzeczy od siebie. Polonistka jest zadowolona, widzę to w jej spojrzeniu, kiedy kolejny raz udziela mi głosu. Jedyna osoba w całym tym obskurnym budynku, która potrafi czymkolwiek mnie zainteresować.

 

*

 

Stoję w swoim pokoju. Zimne panele chciwie spijają ciepło z bosych stóp, z włosów co chwilę spadają na nie w odwecie krople wody. Patrzę na łóżko, jak zwykle przez moment się waham. Wiem jednak, że się nie powstrzymam i moment później leżę na prawym boku, otulona chłodną jeszcze kołdrą. Miękki materac dopasowuje się do kształtu mojego ciała, jakby otwierał ramiona, by mnie przywitać. Teraz już się nie waham, ze zniecierpliwieniem zamykam oczy, czekając na sen.

 

*

 

Pierwszym, co czuję, jest zapach. Teraz już znajomy, wdziera się do nozdrzy razem z suchym, ciepłym powietrzem. Zapach starego papieru i tajemnicy. Kiedy robię krok w przód, pod moim ciężarem skrzypią deski podłogi. Dopiero wtedy otwieram oczy.

Stoję w niesamowicie długim korytarzu, którego oba końce giną w mroku, dalej niż można by się było tego spodziewać po skąpym, a właściwie żadnym oświetleniu. Zamiast ścian ograniczają go jednak regały – ogromne, z ciemnego drewna, wypełnione po brzegi książkami. Ich szczytów również nie widać, co sprawia, że pomieszczenie wydaje się być zawieszone w pustce, bez końca ani początku. Co kilkanaście metrów jest przejście do sąsiedniego korytarza, równie długiego jak pierwszy. I jak kolejne. Same regały sprawiają wrażenie wiekowych, zupełnie jakby stały w tym miejscu od początków czasu, a jednocześnie nie widać po nich żadnych oznak butwienia, ani nawet przetarć od częstego używania.

Zaczynam iść. Teraz wiem już, co czeka mnie w dalszej części Wielkiej Biblioteki, jak lubię o niej myśleć. Prawdopodobnie wcale się tak nie nazywa, ba – prawdopodobnie w ogóle nie ma żadnej nazwy, ale tak jest mi łatwiej. Zupełnie jakby istniała naprawdę.

Liczę przejścia, które mijam, za każdym razem odruchowo zerkając w prawo. Pusta przestrzeń znowu ciągnie się w nieskończoność… A może ściana jest tuż za granicą cienia? Siódme przejście. A może Biblioteki wcale nie ograniczają ściany? Może naprawdę nie ma końca? Dziesiąte przejście. Spoglądam na książki. Chyba nie ma tu dwóch takich samych, bo choć nie mają na grzbietach tytułów, widać wśród nich różnorodność. Dwunaste przejście. Jeszcze trochę…

Pamiętam, że kiedyś próbowałam przeczytać kilka z nich. Pierwsza, której dotknęłam, była gorąca, jakby płonęła, choć nie widać było ognia. Druga poraziła mnie boleśnie prądem. Kolejnej nawet nie dotknęłam, w odległości zaledwie dwóch centymetrów natrafiłam na coś w rodzaju przezroczystej bariery…

Jest. Dokładnie dziewiętnaste przejście od miejsca, w którym zawsze pojawiam się w Bibliotece. Przystaję na środku tego osobliwego skrzyżowania i czekam. W ciszy, która zapadła po ustaniu odgłosu moich kroków, słyszę tylko swój oddech.

Ile mija czasu, nie mam pojęcia. Tutaj wszystko dzieje się inaczej, równie dobrze mogła to być minuta, jak i godzina czy półtorej. A może w ogóle nie płynie tu czas… Nie zwracam na to uwagi, już dawno przestałam zastanawiać się nad takimi kwestiami. Uparcie wpatruję się w podłogę przy następnym, dwudziestym przejściu. I czekam. Czekam, aż przyjdzie ona.

Na początku zawsze byłam w Bibliotece sama. Noc w noc pojawiałam się tutaj, nie wiedząc czemu, nie wiedząc, czy to naprawdę sen, czy może po prostu tracę zmysły. Bałam się wtedy, że już nie wrócę, że zostanę tu na zawsze, a kiedy jednak się budziłam, bałam się znowu zasnąć.

Ona pojawiła się dopiero, kiedy już przyzwyczaiłam się do tego miejsca, kiedy wręcz zaczęłam czuć się tu swojsko. Jak zwykle siedziałam na zakurzonej podłodze, nie bardzo wiedząc co robić, kiedy zobaczyłam ją stojącą nieruchomo kilka przejść od miejsca, w którym siedziałam. W ciągu następnych nocy pojawiała się coraz dalej, tak samo nieruchoma, milcząca. Oczywiście szłam za nią. Co noc o jedno przejście bliżej, nigdy nie ośmieliłam się jednak podejść na mniej niż długość regału. A ona stała i patrzyła, ni to z wyczekiwaniem, ni to z przyganą, ni to z niecierpliwością. Ale się nie poruszała.

Którejś nocy nie pojawiła się. Na początku lekko skonsternowana, szybko zaczęłam się niepokoić. Przyzwyczaiłam się do jej cichej obecności, do spojrzenia… A jej tym razem nie było. Niewiele myśląc, zaczęłam jej szukać, nie zastanawiając się czemu, po co… Biegłam przed siebie, cały czas rozglądając się na boki. Pojawiła się znienacka ledwie parę kroków przede mną, niemal nie zdążyłam wyhamować. Potem po prostu odwróciła się i odeszła. I tak przez kolejnych parę nocy… Wszystko działo się irytująco powoli, ale z drugiej strony, dokąd można by się spieszyć w takim miejscu?

Za każdym razem mam nadzieję, że się odezwie, i za każdym czeka mnie rozczarowanie. Czasem odnoszę wrażenie, że nigdy nie wypowiedziała nawet jednego słowa, ale może to tylko moja wyobraźnia.

Czekam, a ona nie przychodzi. Mimo to wiem, że pojawi się w dwudziestym przejściu. Że potem spojrzy na mnie wyczekująco. Że pójdzie w lewo. Jestem pewna, że w końcu się pojawi.

A jeśli nie?

Potrząsam głową, żeby pozbyć się natrętnych myśli. Na pewno przyjdzie, czuję to. Ona chce mi coś pokazać, chce, żebym coś zrozumiała, dlatego mnie tu przyprowadza. W tym musi być jakiś cel.

Zamykam oczy, próbując pozbyć się ogarniającego mnie powoli poczucia bezsilności. Dziwne, powinnam się chyba już do niego przyzwyczaić. W końcu towarzyszyło mi wiernie przez całe życie na jawie.

Kiedy powoli uchylam powieki, ona już tam stoi. Czeka. W jej twarzy widzę coś nowego, coś, co kojarzy mi się ze światłem ciepłego, letniego poranka, a jednocześnie coś dziwnie znajomego. Robię krok naprzód, jak zawsze nieco onieśmielona jej obecnością. Wtedy ona odwraca się i znika za zakrętem, więcej się na mnie nie oglądając.

Nie mogę wytrzymać, przyspieszam, a chwilę później biegnę lekkim truchtem. Moje stopy w kontakcie z drewnianą podłogą wydają dziwny, przytłumiony odgłos. Albo raczej… Pochłaniany? Tak, to dobre słowo. Otaczająca mnie pustka pochłania dźwięki.

Mimo że biegnę, kiedy skręcam w przejście, w którym zniknęła ona, dostrzegam ją dość daleko. Zbyt daleko, zważywszy na to, że prawdopodobnie nawet na moment nie przyspieszała kroku. Nie dziwię się temu jednak, jej nie da się przecież zaszufladkować zgodnie z zasadami logiki.

Truchtam dalej. Boję się, że jeśli zostanę za bardzo w tyle, ona zniknie i nie znajdę jej w przepastnym wnętrzu Biblioteki. A jednak kiedy przyspieszam, mam wrażenie że jestem znacznie bardziej w tyle. Na próbę zwalniam i zaczynam iść. Momentalnie się do niej zbliżam. Nie zastanawiając się długo nad tym ewenementem, zwalniam jeszcze trochę i staram się uspokoić rozkołatane serce. Teraz podążam raptem kilkanaście kroków za nią.

Nie mam pojęcia, jak długo tak idziemy. Co jakiś czas skręcamy w różne przejścia, klucząc chyba po całej Wielkiej Bibliotece. Nie mam pojęcia, dokąd ona mnie prowadzi, ale idę za nią jak zaczarowana. Nie mam pojęcia gdzie się znajduję… Dochodzę do wniosku, że w ogóle o niczym nie mam w tym miejscu pojęcia. Jestem tu obca.

Ona zatrzymuje się bez uprzedzenia. Również przestaję iść, równocześnie uświadamiając sobie, że przez całą naszą wędrówkę słyszałam odgłos tylko jednych kroków. W sumie nawet mnie to nie dziwi.

Chciałabym o coś spytać, ale nie mogę mówić. Nie, nie z emocji, w Bibliotece nigdy nie jestem w stanie wydobyć z siebie głosu. Może to jedno z tych miejsc, w których słowa są zbędne, a może to dlatego, że to wszystko tylko wytwór mojej chorej wyobraźni.

Śledzę ją wzrokiem, kiedy odwraca się powoli w moją stronę. Patrząc mi w oczy, podnosi rękę i wskazuje dłonią regał po swojej prawej stronie. To coś nowego, zwykle w tym momencie budziłam się we własnym łóżku. Nie bardzo wiedząc, o co chodzi, przenoszę spojrzenie na półkę. Nie różni się niczym specjalnym od innych. Cała zapełniona książkami, niemal identyczna jak ta powyżej i poniżej. Spoglądam pytająco na nią, ale ona nawet nie drgnęła. Robię kilka kroków w jej stronę, przyglądam się dokładniej. Zauważam, że wskazuje konkretną książkę. Chcę powiedzieć, że próbowałam zdejmować niektóre z półek, ale oczywiście nie mogę. Nie widząc innego wyjścia, ostrożnie sięgam po księgę.

Jest to opasłe, oprawne w czarną skórę tomiszcze, niewiarygodnie grube w porównaniu z innymi znajdującymi się na półce i w ogóle w całej Bibliotece. Bez problemu mogę go dotknąć, nie czuję żadnych sensacji. Oglądam się na stojącą za mną postać. Opuściła już dłoń i wpatruje się we mnie wyczekująco. Ledwie dostrzegalnie kiwa głową w odpowiedzi na niezadane przeze mnie pytanie. Mocniej zaciskam palce na księdze i zdejmuję ją z półki. Mimo swoich rozmiarów sprawia wrażenie, jakby nic nie ważyła. To dość dziwne uczucie – czuję pod palcami fakturę skóry, twardość okładki i lekki chłód przenikający do dłoni, ale księga zupełnie mi nie ciąży.

Niewiele myśląc, otwieram ją na stronie tytułowej… Jest pusta. Przewracam kolejne kartki i znajduję tylko ciągły tekst, oddzielony jedynie niewielkimi cyframi odliczającymi kolejne fragmenty. Dla wygody siadam i zaczynam czytać od początku.

Opowieść jest wprost wspaniała. Traktuje o życiu, całkiem zwyczajnym, usianym prozaicznymi niekiedy przeszkodami, ale wciąż pięknym, tętniącym niespożytą energią. O wolności, ulotnej a jednocześnie stałej, nieograniczonej… O szczęściu, na które trzeba sobie zasłużyć. O miłości, w najróżniejszych jej odsłonach. O cudownych krajobrazach. O harmonii ze światem. W końcu, o rzeczach całkowicie nieprawdopodobnych, niemal niemożliwych, a jednak w jakiś sposób mi bliskich.

Czytam, nie mogąc wyjść z podziwu. Dochodzę do wniosku, że bohaterka opowieści musiała mieć idealne życie, skoro znalazło się w nim miejsce dla tylu pięknych rzeczy. Nieoczekiwanie dla siebie, czuję ukłucie zazdrości, chociaż zawsze uważałam, że moje własne jest mi całkiem obojętne.

Księga, której przeczytanie w normalnych warunkach zajęłoby mi całe tygodnie, kończy się zaskakująco szybko. Oczarowana, odruchowo chcę przewrócić ją znowu na pierwszą stronę i przeczytać raz jeszcze, ale kiedy to robię, natrafiam znowu na pustą stronę tytułową. Dziwne, wydawało mi się, że ją pominęłam… Przewracam kartkę, ale kolejna strona również jest pusta. To niemożliwe! Przewracam dalej, ale z każdą kolejną stroną tylko utwierdzam się w ponurym podejrzeniu: cały tekst zniknął.

Nagle przypominam sobie o niej. Podnoszę wzrok znad księgi i napotykam utkwione we mnie spojrzenie. Coś jednak zmieniło się w jej twarzy… Przyglądam się jej dłuższą chwilę, zanim zauważam. Uśmiecha się. Wracam spojrzeniem do jej oczu. W nich również coś się zmieniło. Spoglądam na pustą księgę i znowu na jej oczy. I nagle doznaję olśnienia: widzę w tych oczach to wszystko, o czym przeczytałam przed chwilą w opowieści. Widzę szczęście, widzę miłość i wolność, widzę piękno zimowego wschodu słońca i upalnego wieczoru późnym latem, widzę… Od nadmiaru wrażeń zaczyna kręcić mi się w głowie. Znowu odzywa się we mnie zazdrość, już nie ukłuciem, a nożem wbitym prosto w serce.

Próbuję wstać, ale coś ciągnie mnie ku ziemi. Zataczam się i upadam, nie pomaga nawet trzymanie się półki. Zawroty głowy nie są już wynikiem oszołomienia emocjami, wzmagają się tym bardziej, im bardziej staram się podnieść. Nieco nieprzytomnym wzrokiem szukam jej, ale już jej tu nie ma, znowu jestem w Bibliotece całkiem sama. Pamiętam tylko wyraz jej oczu, to wszystko, co sama chciałabym czuć… Teraz nie jestem w stanie nawet siedzieć, upadam na brudną podłogę. W klatce piersiowej czuję dziwny ucisk, a może kłucie… Zaciskam powieki, ale nadal widzę to spojrzenie, te oczy, jakby wypalone na stałe w moim umyśle. Ból się wzmaga, wypiera wszelkie inne myśli. Nie mogę oddychać, więc wpadam w panikę, gorączkowo próbuję zaczerpnąć tchu. Bezskutecznie. Chwilę później…

 

*

 

… Budzę się w łóżku pod ciężką pościelą, cała zlana potem. Oddycham szybko, rozkoszując się każdym haustem chłodnego, cudownie rześkiego powietrza…

To dlatego nie od razu zauważam, że coś jest nie tak. Powietrze pachnie zupełnie inaczej niż powinno, jest aż zbyt rześkie, wręcz… sterylne. Wzrok mam lekko zamglony, ale rozejrzawszy się dookoła wszędzie dostrzegam biel, od czasu do czasu tylko przetykaną błękitem lub metalicznym połyskiem. Chwilę później uświadamiam sobie, że czuję w gardle dziwny ucisk, a oddycham wyłącznie przez usta. Wzrok nieco mi się wyostrzył, więc zezuję w dół. Z gardła sterczy mi gruba rurka.

Lekko spanikowana, próbuję usiąść, ale z powodzeniem utrudnia mi to różnorodna aparatura. Dopiero teraz słyszę ciche pik-pik-pik, w równych odstępach czasu rozlegające się gdzieś nieopodal. Poruszam się gwałtownie, usiłując zobaczyć, co wydaje ten dźwięk, ale mięśnie niemal mnie nie słuchają, są ociężałe i zastałe jak po długim nieużywaniu.

Nagle coś porusza się gdzieś z lewej, na samej granicy mojego pola widzenia. Słyszę cichy świst gwałtownie wciąganego przez kogoś powietrza, a moment później znajomy, choć nieco zachrypnięty głos.

– Chryste Panie, Jasia! Obudziłaś się! Monia, wstawaj, szybko! Jasia się obudziła!

Kolejny ruch, potem kilka nieartykułowanych mruknięć osoby, która dopiero co się obudziła i nie do końca kontaktuje.

– Co…? Co ty… O mój Boże! Jaśminka! Nareszcie… Paweł, wołaj panią doktor!

Szuranie odsuwanego krzesła, pośpieszne kroki. Przytłumiona rozmowa gdzieś dalej, może za drzwiami. Wszystko dociera do mnie z lekkim opóźnieniem. Chciałabym coś zrobić, ale mogę tylko błądzić wzrokiem gdzieś w okolicach sufitu.

Znowu kroki, tym razem powrotne.

– Och! Dobrze, że pan po mnie przyszedł, Górzewski. Tak, tak, zaraz sprawdzę, czy wszystko z nią w porządku. Proszę dać mi chwilę.

Głos jest raczej przyjemny, łagodny i spokojny, budzący zaufanie. Prawdopodobnie należy do młodo wyglądającej kobiety w białym fartuchu, która pochyla się nade mną chwilę później. Macha mi przed oczami dłonią i świeci latarką w oczy, ale wybaczam jej, kiedy tylko znowu się odzywa, pytając, czy dobrze się czuję. Tak miło się jej słucha… Kiwam twierdząco głową, a w każdym razie chcę to zrobić. Chyba mi się udaje, bo kobieta uśmiecha się ciepło i znika z mojego pola widzenia. Słyszę jak mruczy coś do siebie, głównie jakieś liczby. Kilka razy wychwytuję słowo ‘norma’, potem pojedyncze ‘śpiączka’ i ‘prawie tydzień’…

– Cóż, wygląda na to, że już po wszystkim. Nie ma się czym niepokoić, córka będzie musiała zostać jeszcze tylko kilka dni, zrobimy badania kontrolne, odpocznie trochę i wypiszemy ją. Za chwilkę przyjdzie pielęgniarka, odłączy pacjentkę od respiratora, a ja wrócę na obchód – odzywa się znowu kobieta i chyba odchodzi, bo słyszę kroki i trzask zamykanych drzwi.

Rzeczywiście przychodzi pielęgniarka. Nie jest tak miła, jak ‘pani doktor’, ale też nie taka znowu zła. Przede wszystkim wyciąga mi z gardła tę przeklętą rurkę, co jest odrobinę bolesne, ale czuję niesamowitą ulgę. Pomaga mi usiąść, a właściwie położyć się nieco wyżej i poprawia poduszki. Potem daje mi do picia trochę wody, która wydaje się wtedy najwspanialszym, najbardziej orzeźwiającym napojem, jakiego w życiu próbowałam. Pyta jeszcze, czy na pewno wszystko w porządku, a kiedy kiwam głową również wychodzi.

Gdy tylko trzaskają drzwi, odwracam głowę w lewo i patrzę na siedzących obok łóżka ludzi. Rodzice mają na sobie dziwne, na wpół przezroczyste zielonkawe ‘szatki’, które mgliście kojarzę z filmów o lekarzach. Patrzą na mnie z wyczekiwaniem, niedowierzaniem i jakimś dziwnym lękiem, jakby bali się, że jestem kimś innym niż dotychczas, albo że zaraz umrę. Uśmiecham się do nich lekko, z wysiłkiem. Odwzajemniają go, po chwili jestem już otoczona ich ramionami, z lewej taty, a z prawej mamy. Szepczą, że mnie kochają, że im przykro, że przepraszają. Nie odpowiadam, tylko przytulam ich nieco mocniej.

Wychodzą, kiedy myślą, że zasnęłam. Otwieram oczy od razu, gdy tylko słyszę ostrożne trzaśnięcie zamykanych drzwi. Próbuję wszystko jakoś poukładać sobie w głowie, ale wciąż nie bardzo to do mnie dociera. Ostatnie, co pamiętam sprzed obudzenia się w tym miejscu, to Biblioteka…

Pod wpływem impulsu podnoszę się lekko na łokciach i rozglądam po sali. Patrzę przez okno. Mrużę oczy, oślepiona na moment blaskiem zachodzącego słońca, a kiedy znowu je otwieram, widzę na zewnątrz znajomą postać. Patrzy na mnie z tym samym wyrazem oczu, który tak głęboko wyrył mi się w pamięci, a w rękach trzyma grubą, oprawioną w czarną skórę księgę. Wskazuje na nią, potem na mnie. Uśmiecha się i unosi dłoń w geście pozdrowienia. Odwzajemniam uśmiech i również podnoszę rękę. Już rozumiem.

A ona znika razem z ostatnimi promieniami słońca.

Koniec

Komentarze

Wszystko powyżej 10 tysięcy znaków to już zdecydowanie opowiadanie. Ogólnie przyjmuje się limit 5 tysięcy dla szorta. Trzeba to będzie umieścić w instrukcji (jak kiedyś będzie).

Lecą smoki pod obłoki, wiatr im kręci smocze loki

5 tysięcy… Zapamiętam :D Dzięki, brajcie!

Radość pisania. Możność utrwalania. Zemsta ręki śmiertelnej.

Co zauważyłam póki co:

największe ciężary.

To brzmi bardzo dziwnie. Czym miałyby być te ciężary? Czytelnik musi sam sobie coś wyobrażać. Jak dla mnie zastąp to, np: jak gdyby dźwigały góry.

Czuję na sobie czyjś wzrok i uświadamiam sobie, że klikanie zaczęło rozlegać się w absolutnej ciszy, jeszcze przed chwilą wypełnionej delikatnym szumem głosów.

Nie robi się opisu wstecz. Czytelnik powinien wiedzieć, że szum już tam był. W innym przypadku nagle jest zmuszony wyobrazić sobie szum, który sobie teraz ucina. To tworzy… nienaturalne wyobrażenie.

z przodu pomieszczenia, 

Samo “z przodu” wystarczy. Bez pomieszczenia.

niemal jak w deja-vu patrzę

Tu może się czepiam, ale zamiast deja-vu dałabym retrospekcję. Deja-vu można "mieć" nie wiem jak z "byciem w".

opieram się o framugę okna

Okna są wewnątrz wnęki. Jak już to bohaterka opiera się o wewnętrzny parapet.

jakby obok

jakby z boku

o naszej rodzimej „Bogurodzicy”, dorzucam kilka rzeczy od siebie

To brzmi dziwnie. Jakby bohaterka dorzucała coś do Bogurodzicy :P

Zimne panele chciwie spijają ciepło z bosych stóp

Ładne :)

Patrzę na łóżko, jak zwykle przez moment wahając się

“Wahając się” zamieniłabym na zwykłe “waham się”.

Stoję w niesamowicie długim korytarzu, którego oba końce giną w mroku, dalej niż można by się było tego spodziewać.

Zbędny dopisek na końcu. Skoro jest niesamowicie długi to wiadomo, że raczej nie jest to typowe/spodziewane ;]

Zamiast ścian ograniczają go jednak regały

Skoro używasz zamiast to czemu dodajesz jednak? 

wypełnione po brzegi książkami, z ciemnego drewna

Książki z ciemnego drewna?;) Wiem, że tam jest przecinek, ale nie lepiej po prostu zmienić kolejność opisu?

I ogólnie odniosłam wrażenie, że jest trochę za dużo jak/jakby w tekście. Może zamień niektóre na “niczym”.

 

EDIT:

Wrócę później :)

Tylko nie "Tęcza"!

Dzięki za odwiedziny, Tenszo ;)

Co do uwag:

– ciężary są po prostu ciężarami, trzeba je dźwigać, więc idzie się wolniej – nie jest de facto istotne co tym ciężarem jest. Jeśli bardzo przeszkadza, czemu nie, zmienię, ale po co biednym minutkom wizualizować ciężary? ;)

– w głowie bohaterki również nie było szumu – to jeden z tych stopni zamyślenia, kiedy nie zdajemy sobie sprawy, że coś słyszymy, dopóki ten dźwięk nie ustanie… W każdym razie o to mi chodziło.

– OK, “pomieszczenie” wylatuje

– jednak zostawię deja-vu. Lepiej oddaje to, co odczuwała wtedy bohaterka :)

– jakby to… O, już wiem. Ona usiadła wzdłuż parapetu, a okno, przy otwarciu go na oścież oparło się o ścianę wnęki. Dlatego z kolei bohaterka opierała się o framugę. Niedokładnie napisałam ;-; postaram się poprawić

– fakt, “z boku” brzmi o niebo lepiej!

– hmmm… Coś dorzucę, żeby było mniej dziwnie :p

– merci :D

– po namyśle stwierdzam, że “waham” faktycznie lepsze

– w tym miejscu chodziło o to, że mimo ogólnego braku światła w pomieszczeniu, było widać dużo więcej, niż wynikałoby to ze zwyczajowych praw fizyki :)

– bo to jednak regały, a nie ściany xD

– racja, zmienię ;)

– jeśli jakieś rzuci mi się w oczy przy poprawkach to zmienię, czemu nie ^^

 

Wracaj, zapraszam serdecznie :D

 

P.S.

Mimo upłynięcia terminu poprawki wprowadzę, żeby przyjemniej czytało się ewentualnym przyszłym odbiorcom, niekoniecznie jury (jeśli już przeczytało :3)

Radość pisania. Możność utrwalania. Zemsta ręki śmiertelnej.

Poprawiaj śmiało, zresztą przedłużyliśmy termin o jeden dzień.

Lecą smoki pod obłoki, wiatr im kręci smocze loki

była gorąca, jakby ktoś właśnie wrzucił ją w sam środek płonącego budynku.

Chyba jak już to "wyją z", a nie "wrzucił w". Ogólnie ciut dziwne to porównanie.

A ona stała i patrzyła, jakby z wyczekiwaniem, jakby z przyganą, jakby z niecierpliwością.

Jako, że tych jakby masz jus sporo dałabym:

A ona stała i patrzyła, wyczekując, ni to z przyganą, ni to z niecierpliwością.

Niewiele myśląc, zaczęłam jej szukać

Wiem, że tych “jej” jest intencjonalnie dużo, ale ten już mocno zgrzyta.

ledwie parę kroków przede mną, ledwo

ledwie ledwo

że w ogóle nigdy nie wypowiedziała

zbędne w ogóle

podłogą wydają dziwny odgłos, jakby przytłumiony

Lepiej: dziwny, przytłumiony odgłos. Nadużywasz jakby :P

Nie mam pojęcia gdzie jestem… Dochodzę do wniosku, że w ogóle o niczym nie mam w tym miejscu pojęcia. Jestem tu obca.

Jestem jestem – może lepiej "Nie mam pojęcia, gdzie się znajduję".

Ona zatrzymuje się zupełnie bez uprzedzenia.

Zbędne "zupełnie". Ciężko się zatrzymać częściowo bez uprzedzenia.

Spoglądam pytająco na nią, ale ona nie drgnęła nawet o milimetr.

Spoglądam pytająco na nią, ale ona nawet nie drgnie.

Mimo jej rozmiarów sprawia wrażenie, jakby nic nie ważyła.

Rozumiem, że "Ona" zasługuje na dużo "jej" "ją" etc… Ale to jest szkaradełko ciężkie do przełknięcia. Szczególnie, że dotyczy tylko przedmiotu.

Nieoczekiwanie dla siebie, czuję ukłucie zazdrości, chociaż zawsze uważałam, że moje własne jest mi całkiem obojętne.

Ke? O.o

Znowu odzywa się we mnie zazdrość, już nie ukłuciem, a nożem wbitym prosto w serce.

Ładne :)

Zawroty głowy nie są już wynikiem oszołomienia emocjami, wzmagają się tym bardziej, im bardziej staram się podnieść

Zbędne "emocjami". I dałabym jednak "tym mocniej".

na samej granicy mojej widoczności.

na samej granicy pola widzenia.

Znowu kroki, tym razem z powrotem.

Znowu kroki, tym razem powrotne.

Potem dale mi do picia

daje ;)

 

Poniedziałek, więc gorzej widzę na oczy, mogłam pominąć to i owo.

Jeśli chodzi o wrażenia z lektury – ciężko mi coś powiedzieć. O ile bohaterka już wszystko na końcu rozumie, to ja ni cholery. Czasami naprawdę ładnie budujesz zdania, to się przyjemnie czyta, ale nadal potrzebujesz praktyki ;) I niestety nie przekonałaś mnie do takiej lawiny zaimków osobowych :P aż mnie świerzbiło, żeby wszystkie wymazać.

 

 

Tylko nie "Tęcza"!

Przeczytałam.

Zaczyna się nieźle, natomiast potem jest gorzej.

A) Opis biblioteki, poruszania się w niej i pogoni za dziewczyną jest za długi, po jakimś czasie staje się nużący i czytelnik nie może się doczekać, kiedy się wreszcie skończy,

B) To jeden z najbardziej oklepanych zabiegów – bohaterowi coś się przydarza we śnie/bohater coś robi, a potem budzi się w szpitalu, bo był nieprzytomny. Można powiedzieć, że to nawet dwa z najbardziej oklepanych zabiegów, tu złączone w jeden…

C) Nie ma żadnego wyjaśnienia. Po co bohaterka przenosiła się do Biblioteki, jaki cel miała dziewczyna-duch w ciąganiu bohaterki po korytarzach, czemu trwało to tak długo, ewentualnie po co dusza, która żyła szczęśliwie, została uwięziona w Bibliotece i potrzebowała kogoś, by opowiedzieć mu o swoim życiu?

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Warunki konkursu spełnione.

Duch – nie jestem pewna, ale chyba obecny.

Język – całkiem nieźle, tylko chyba jednak trzeba było pisać zaimki dużą literą, bo w którymś miejscu z konstrukcji zdań wynikało, że „ona” odnosi się do półki.

Tekst czytało się nieźle, ale do mnie nie przemówił. Być może dlatego, że nie zrozumiałam przesłania. Z czepiactwa: kiedy rodzice wychodzą ze szpitala, zachodzi słońce, a niedługo wcześniej spali. Trochę mnie to zaskoczyło.

Babska logika rządzi!

Witam ponownie, Tenszo :)

I znów, co do uwag:

– jak to teraz czytam, to rzeczywiście brzmi dziwnie. Dałam inne

– OK. Po prostu OK

– nie wiem czemu, ale w tym miejscu akurat mi nie zgrzyta O.o

– poprawione ;)

– jw.

– jw.

– … jw. xD

– iiiii…. jw.!

– zmienione, chociaż przy czasie przeszłym zostałam

– ależ to nie ta ‘ona’! Ona to dziewczyna, tutaj – księga. Niemniej zmieniłam, żeby nie raziło

– cóż, bohaterka nie miała do końca… zdrowej psychiki. Po prostu była obojętna na własne życie

– merci :3

– nie jestem pewna, ale raczej nie można ‘mocniej się wzmagać’… Emocje też zostawiłam, bo zależy mi na zaznaczeniu ich jako przyczyny oszołomienia :)

– racja, brzmi lepiej. Zmienione

– no, w sumie…

– ech, a już myślałam, że nie ma literówek! :/

 

Na samym końcu dorzuciłam jedno króciutkie zdanko – mam nadzieję, że co nieco wyjaśni. Jeśli nie, odpowiedź w dalszej części komentarza xD

Zaimki jednak zostawię :p

 

joseheim,

– opis w zamierzeniu miał być nużący – bo i same wizyty w bibliotece takie były. I wierz mi, bohaterka również chciała jak najszybciej podróż zakończyć ;)

– co do snów – zależało mi na tym, żeby to były właśnie sny, bo motyw ten ubóstwiam i uważam, że daje ogromne możliwości. Co do szpitala… Fakt, oklepany, ale uznałam, że takie nagłe zagrożenie życia lepiej zmotywuje bohaterkę do zmiany niż zwykłe obudzenie się, po którym możnaby stwierdzić ‘to był tylko sen, nie ma co się przejmować’… Wyszło trochę sztampowo, ale szpital ma jedną dodatkową funkcję – zbiegnięcie się w czasie ostatecznego rozwiązania kwestii biblioteki i choroby podkreśla celowość wizyt. Dlatego właśnie szpital i choroba ;)

– nie wiem, czy moje dodane przed chwilą zdanko coś wniosło, na wszelki wypadek wyjaśnię – dziewczyna spotkana w bibliotece była tylko przewodnikiem. Może w kontekście tego portalu zabrzmi nieco dziwnie, ale była, co tu dużo mówić, Duchem Biblioteki :D tak czy owak, zazdrość bohaterki nie była przypadkowa – książka opisywała życie, którego pragnęła i które mogłaby mieć, gdyby nie jej nastawienie. Były to po prostu porzucone przez nią marzenia – jak wszystkie książki w bibliotece, ale o tym nie napisałam, więc nie mam pretensji, że nikt na to nie wpadł. ciąganie było, żeby, może trochę naiwnie ale jednak, nauczyć bohaterkę cierpliwości i poniekąd przygotować ją na sam koniec. Gdyby taki sceptyk jak ona od razu przeczytał, co miał, z miejsca by to zbagatelizował. Jak już pewnie jest jasne, opisane w książce życie nie było historią Ducha, a alternatywną wersją egzystencji bohaterki.

Tak, wiem, że tekst, którego nie rozumie się od razu nie może być uznany za dobry, ale wciąż staram się ćwiczyć odpowiednie przekazywanie informacji. Błagam więc o wybaczenie mi mojego niewyrobionego jeszcze (mam nadzieję) warsztatu :)

 

 

Finklo,

Miejsca nie wyłapałam, więc nie poprawione :c niemniej dziękuję nawet za ‘całkiem nieźle’, bo to dobra droga do ‘całkiem dobrze’ i ‘dobrze’, a kto wie, czy nie dalej… Przynajmniej w moim optymistycznym postrzeganiu świata :D

Jak wyżej, może moje zdanko coś zmieni, jeśli nie, zapraszam do wyjaśnień dla joseheim, a następnym razem postaram się bardziej ;)

Och, rodzice spali, bo od kilku dni zwyczajnie koczowali w szpitalu, z oczywistych powodów starając się spać jak najmniej. No i zmogło ich w środku dnia ;)

 

Dzięki wszystkim za odwiedziny i długie komentarze – zwłaszcza Tenszy, która była bardzo pomocna!

Radość pisania. Możność utrwalania. Zemsta ręki śmiertelnej.

Tekst ładnie napisany, ale po przeczytaniu wyjaśnienia Autorki w komentarzach powiem wprost – nie przekazałaś swojej intencji w zrozumiały dla Czytelnika sposób. Ja, na ten przykład, doszukiwałem się jakiegoś horroru, że duszka-bibliotekuszka wabi małolatę, daje jej książkę i za pomocą tejże oprawnej w czarną skórę knigi (dlaczego ten szczegół jest ważny?) wciska ją na swoją pozycję, a sama odchodzi pożyć życiem jak z bajki. Bohaterka ma jednak jakieś szczęście i wybudza się ze śpiączki…

 

I pościg w Bibliotece zdecydowanie za długi, zacząłem skanować tekst co kilka lini, żeby ominąć nużący fragment. TO, że podróż miała taki efekt na bohaterkę, możesz zakomunikować czytelnikowi jednym zdaniem, zamiast męczyć go tak samo ;-)

 

Generalne na plus warsztat, na plusik pomysł, na duży minus – niezrozumiałość przesłania.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Z opóźnieniem, PsychoFish, ale przeczytałam i dziękuję :)

Powiem wprost: przelewanie wszystkiego, co mam w głowie na papier/ekran w konkretny i jasny sposób, a przy tym zwięźle i nienużąco, zawsze stanowiło dla mnie problem. Niemniej pracuję nad tym (a w każdym razie się staram)!

Moim skromnym zdaniem i tak poszło mi lepiej, niż przy poprzednim konkursie, czyli nie jest źle.

Jeszcze raz dzięki za komentarz, szczególnie za pochwałę warsztatu (ale za krytykę również) :)

Radość pisania. Możność utrwalania. Zemsta ręki śmiertelnej.

Ja tak króciutko, bo Koleżanki i Koledzy napisali praktycznie wszystko – zwalcz ten problem, o którym piszesz powyżej, a będzie duuużo lepiej.

Powodzenia.

No cóż, bardzo nużąca historia i tak po prawdzie, to nie bardzo wiem, co Autorka miała nadzieję opowiedzieć. Opis snu i przebudzenie w szpitalu, moim zdaniem, całkowicie pogrzebały pomysł.  

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka