- Opowiadanie: KPiach - Toporna baśń

Toporna baśń

Tekst był publikowany na forum Fahrenheita. Życzę miłej lektury.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Toporna baśń

Za górami, za lasami, za siedmio… A tam, duby smalone. Skoro i tak nie bardzo wiadomo gdzie, to przyjmijmy, że Nigdzie. A więc w Nigdzie – w momencie, gdy zaczyna się ta opowieść – rządził król, wspierany radami mądrej królowej. Można by było próbować dociekać, jakie nosili imiona, ale nie warto – krótko z nami zabawią. Para królewska miała córkę, jej imię znamy dzięki kronikarzom, jakkolwiek nikt nigdy nie wyjaśnił, kimże był wybitny mędrzec, co nadał dziecięciu takie miano. Dziecięciu, które miało kiedyś zasiąść na tronie. Żeby to była Elżbieta, czy inna Jadwiga, to nie – Śnieżka.

Dziewczynka miała kilka lat, gdy kraj lotem błyskawicy obiegła nowina: królowa jest w stanie błogosławionym! W zasadzie winien to być powód do radości, ale pozostawała jedna, niezwykle ważna okoliczność, kładąca się cieniem na powszechnym weselu. Królowa, oględnie mówiąc, nie była pierwszej młodości. Dokładnie rzecz ujmując, to była dojrzałą kobietą rodząc już pierwsze dziecko. Cóż, czasy były dość parszywe, a opieka medyczna cokolwiek prymitywna. Poza nielicznymi wyjątkami, które i tak przecież służą potwierdzaniu reguły, można było liczyć głównie na to, że konował pocmoka, powie kilka mądro brzmiących słów, upuści krwi, przyłoży pijawki. Dobrze jak nie zaordynuje wygrzewania w piecu chlebowym przez trzy zdrowaśki. No, ale to zupełnie inna bajka. Tygodnie mijały nieubłaganie. W końcu nadeszło rozwiązanie. Dramatyczne wydarzenia, które rozegrały się w alkowie królowej nie są przedmiotem tej historii. Dość powiedzieć, że maleństwo porodu nie przeżyło, a matka odeszła wkrótce po nim. Na marginesie można odnotować, że topór kata wyprawił nadwornego medyka w ślad za podopiecznymi.

Smutek okrył czarnymi skrzydłami zamek i zapanowała żałoba. Jednak nic nie trwa wiecznie, a po każdej nocy nadchodzi dzień. Król był mężem w sile wieku i choć kochał nieboszczkę całym sercem, to w końcu znalazł ukojenie w ramionach innej kobiety. Po prawdzie to tajemnicą pozostanie, czym go urzekła Kamila i może taktowniej będzie tego nie roztrząsać. Koniec końców, stolica stała się świadkiem zaślubin, a Śnieżka zyskała macochę.

Szczęście, jeżeli w ogóle zawitało w progi zamku, nie trwało zbyt długo. Posterunki graniczne nadsyłały coraz bardziej alarmujące meldunki. Barbarzyńcy gromadzili znaczne siły, a ich lekka jazda zapuszczała się na terytorium znienawidzonego sąsiada. Niepodobnym było dłużej tolerować takiej sytuacji. Król stanął na czele ekspedycji karnej i wyruszył ku wschodnim rubieżom.

Mówiłem już, że czasy były parszywe? Dwór i poddani tygodniami czekali na wieści o rozstrzygnięciu konfliktu. Wszyscy żyli w niepewności, a Śnieżka miewała koszmary, w których widywała jak ojciec ginie. Od miecza, od włóczni, od bełtu, stratowany przez konia. Wojna niesie tak wiele możliwości. Wreszcie nadeszło lato, a wraz z nim doniesienia z kampanii. Po wielu dniach uganiania się za nieuchwytnym wrogiem doszło do walnej rozprawy. Barbarzyńcy przegrali bitwę, a żałosne niedobitki salwowały się ucieczką. Jednakże zwycięstwo zostało okupione licznymi ofiarami. Wielu mężów położyło głowę, a wśród nich przyboczni króla i sam władca. Świadkowie opowiadali o potężnym barbarzyńcy, który dwuręcznym toporem zadał śmiertelny cios. Ostrze, niepowstrzymane przez blachy pancerza, zdruzgotało obojczyk i dotarło aż do mostka. Kraj powtórnie pogrążył się w żałobie, a Śnieżka została sierotą.

 

Przez kolejne lata władzę w królestwie sprawowała Kamila jako regentka. Tron miał przypaść Śnieżce w chwili osiągnięcia pełnoletności, czyli ukończenia szesnastu wiosen. Czas ma to do siebie, że jego bieg jest nieubłagany. Królewna dorastała odliczając dni dzielące ją od chwili, gdy będzie mogła pozbyć się macochy. Uczucia Kamili, względem pasierbicy, również nie były nazbyt gorące. Kobieta przywykła do władzy i wcale nie chciała się z nią rozstawać. Zaczynała dochodzić do wniosku, że jest w stanie poważyć się na wiele, byleby tylko usunąć ze swej drogi smarkulę. Powoli dojrzewał plan.

 

Obchody szesnastych urodzin Śnieżki zostały zaplanowane z rozmachem i przepychem, a ich punktem kulminacyjnym miała być koronacja. Lista zaproszonych gości mogła przyprawić o zawrót głowy każdego szambelana. Mistrzowie etykiety głowili się nad kolejnością składania życzeń, sposobem zasiadania przy stole… Drobny zgrzyt mógł w konsekwencji spowodować konflikt, w którym w imię urażonej dumy władców, tysiące mężów będą zarzynać się na różne wyszukane sposoby.

Śnieżka ze zrozumiałą ekscytacją oczekiwała koronacji. Setki razy wyobrażała sobie moment wręczania przez biskupa insygniów koronacyjnych. A wcześniej czekały bale i uczty, a nade wszystko wielkie łowy. Królewna uwielbiała uganiać się po kniei za zwierzyną. Że co, że to nie przystoi? Cóż, młoda następczyni nieco odbiegała od wizerunku dobrze wychowanej panienki ze szlachetnego rodu. Przejawiało się to nie tylko w zamiłowaniu do broni, ale również w napadach złego humoru. Czeladź niewdzięczna nazywała je napadami wściekłej furii i szeptem plotkowała o latających stolcach i kandelabrach, nabitych guzach, podbitych oczach. Doprawdy trudno dziś o dobrą służbę.  

W dniu polowania zamek budził się do życia znacznie żwawiej niż zwykle. Korytarze dudniły odgłosami podkutych buciorów. Poprzez ciężkie łup, łup, niekiedy przedzierał się szybki stukot obcasików panien dworu. Z dziedzińca dochodziło rżenie koni, dowodząc, że stajenni również nie zaspali. Pokrzykiwanie gości, ujadanie psów i brzęk broni dopełniały melodię krzątaniny – swoiste preludium. Wkrótce wszystko było przygotowane, pozycje w szyku ustalone. Towarzystwo wysypało się przez bramę na błonia u podnóża murów zamkowych. Słońce jeszcze nie wychynęło spoza ściany lasu, a poranna mgła snuła się nisko nad łąką. Prawdziwie magiczna chwila, rzec można. Szczególnie, jeśli ktoś ma nazbyt sentymentalną naturę.

Zbrojni niespiesznie zanurzyli się w zielony półmrok. Z każdym krokiem w głąb kniei rosło podniecenie. Doprawdy, zapowiadały się wspaniałe łowy. Królewna zajmowała miejsce pośrodku długiego, nieregularnego szeregu myśliwych, pomiędzy wysoko narodzonymi bliźniakami z jednego z ościennych królestw. W prawicy dzierżyła krótką włócznię o szerokim grocie. Marzyła o łupie w postaci grubego zwierza. Mógłby być dzik, a może nawet trafi się coś większego? Cały las rozbrzmiewał hałasem czynionym przez nagonkę. Gwizdki, kołatki, pokrzykiwania. Wierzchowce przestępowały z nogi na nogę, chrapy drżały niespokojnie wciągając powietrze. Do uszu myśliwych zaczęły docierać nowe, bliższe, odgłosy łamanych gałęzi i tratowanego poszycia. Przerażone zwierzęta parły wprost na swych katów, gotowych skrócić ich męki.

Na wprost Śnieżki, z krzaków, wyłonił się potężny odyniec. Na widok ludzi gwałtownie wyhamował, opuścił łeb, fuknął i ruszył do przodu z fajkami wycelowanymi w pęciny konia. Dziewczyna wyszczerzyła zęby w drapieżnym uśmiechu i mocno ściągnęła wodze wymuszając posłuszeństwo wierzchowca. Stanęła w strzemionach i szybkim ruchem cisnęła włócznią. Ugodzony dzik przeorał gwizdem poszycie, obficie brocząc posoką. Poderwał się, zawrócił i runął w gęstwinę. Drzewce sterczące z boku uderzyło raz i drugi o pnie, aż w końcu włócznia uwolniła swoją ofiarę, pozostając zaplątana w chaszczach. Królewna z doświadczenia wiedziała, że nawet śmiertelnie ranny dzik potrafi długo uchodzić. Nie zamierzała tracić zdobyczy. Spięła konia i ruszyła w pościg. Bracia, którym przykazano nie spuszczać oczu z następczyni tronu, chcąc nie chcąc, podążyli jej śladem.

Dziewczyna sprawiała wrażenie, że przemierza gościniec a nie trudny do przebycia las. Tempo, które narzuciła było nieosiągalne dla bliźniaków, więc i nie dziwota, że wkrótce stracili ją z oczu. Wybitnymi tropicielami również nie byli i gdy wkroczyli na teren zadeptany przez naganiaczy i psy, ostatecznie zgubili królewnę. Jednak Śnieżka miała jeszcze jednego anioła stróża, który bez trudu podążał jej śladem, sam pozostając niezauważony.

Odyniec okazał się nad podziw żywotny. Uszedł szmat drogi zanim padł bez życia na skraju niewielkiej polanki. Młoda łowczyni zeskoczyła z siodła i z nożem w ręku ruszyła w kierunku zdobyczy. Jeden krok, drugi… Przerażony kwik konia spowodował, że gwałtownie odwróciła głowę. W samą porę, aby zobaczyć jak druga strzała wbija się w szyję wierzchowca. Dziewczyna stała jak skamieniała, rozbieganym wzrokiem przeczesując pobliskie zarośla. Drobny błysk przyciągnął jej uwagę. Skupiła wzrok – na strzale celującej prosto w jej pierś. Napięty łuk dzierżyła zakapturzona postać, ubrana w strój, który gwarantował świetny kamuflaż w leśnej gęstwinie. I gdy wszystko wskazywało na to, że Śnieżka następnych urodzin nie dożyje, do jej uszu dotarł charakterystyczny poświst i w głowie zabójcy, z paskudnym mlaśnięciem, utkwił toporek. Królewna zbladła i z przeciągłym sykiem wypuściła, dotąd bezwiednie wstrzymywane, powietrze. Na polanę, z przeciwnych stron, wkroczyli dwaj dziwaczni przybysze. Byli tak niscy, że zdawało się, że mogą przejść pod końskim brzuchem bez pochylania głów. Za to w barach nie ustępowali kowalom z podzamcza. Kwadratowe sylwetki ginęły w gąszczu długich włosów i bród, spod których wyzierały skórzane kaftany gęsto nabijane stalowymi ćwiekami. Pozornie nie zwracając uwagi na Śnieżkę, podeszli do ciała.

– Łajza, patrzaj jak mu sie oczka zbiegły! – Jeden z mężczyzn przydeptał głowę zabitego i wyszarpał toporek. – Przepatrz mu zanadrze, może cosik ciekawego najdziesz.

Nazwany Łajzą skinął głową, powoli, jakby z namysłem i zaczął metodycznie obszukiwać nieboszczyka. Zaś właściciel toporka, wycierając ostrze o wyświechtaną nogawicę, podszedł do dziewczyny.

– Zwą mnie Drobny, panieneczko. – Skłonił się niezgrabnie.

Królewna przez chwilę zastanawiała się, czy powinna skłamać, co do swojej tożsamości, ale spostrzegła, że mężczyzna z zainteresowaniem przygląda się haftowanym herbom na czapraku.

– Śnieżka, następczyni tronu.

– Szczęście wielkie, żeśmy z braciszkiem tędy leźli. – Wyszczerzył czarne pieńki zębów w nieszczerym uśmiechu.

– Drobny, pismo jakoweś, ważkie chyba.

Rzeczywiście, na poskładanej karcie pergaminu widniał odcisk pieczęci regentki. Dziewczyna wzięła dokument z rąk Łajzy, rozłożyła i zbladła. To był rodzaj pełnomocnictwa. Wzywało każdego do udzielenia nieograniczonej pomocy okazicielowi. Królewna zadumała się. Wracać na zamek? Tam rzeczywistą władzę piastowała Kamila. Oskarżyć ją o próbę zabójstwa było niepodobieństwem. Śnieżka zrozumiała, że jej panowanie może być niezwykle krótkie i uwieńczone tragicznym finałem. To nie był wymarzony sposób zapisania się na kartach historii.

­ – Panieneczko, tak se dumam, że nie pogardzisz naszą gościną. – Przesadnie słodki głos przerwał niewesołe rozważania.

– Dziękuję, szlachetni panowie. Jak mniemam macie nadzieję na stosowne wynagrodzenie za wszelakie trudy i niewygody?

– Nie pogardzim!

Królewna zrozumiała, że być może jedynym ratunkiem jest przekonanie tych rzezimieszków, aby zrezygnowali z okupu w zamian za dość mgliste obietnice szczodrej nagrody. W przyszłości, nieokreślonej i niepewnej. Śnieżka poczuła zawroty głowy, wciąż była w szoku. Usiadła na trawie i postanowiła wszystko postawić na jedną kartę.

– Umiecie czytać? – Podała mężczyznom pismo.

 

Polowanie miało się ku końcowi. Myśliwi pojedynczo przybywali na błonia pod murami. Przechwalali się głośno, opowiadając o niesamowitych dokonaniach. Doprawdy, sami bohaterowie. Zamieszanie wybuchło, gdy powrócili bliźniacy i stwierdziwszy nieobecność następczyni tronu, opowiedzieli o wydarzeniach sprzed kilku godzin. Na poszukiwania natychmiast wyruszyła gwardia. Zbrojni przetrząsali las a goście, miast radośnie ucztować, wlewali w siebie kolejne kielichy, coraz bardziej pogrążając się w czarnej rozpaczy. Świt i następny dzień nie przyniosły niczego nowego. Kamila musiała podjąć decyzję o oficjalnym ogłoszeniu zaginięcia królewny. Rada była, że szczeniak zniknął z jej życia. Niepokoił ją tylko brak ciała. No i nieobecność zaufanego człowieka.

 

Bracia mieszkali w drewnianym domku, zagubionym w leśnej głuszy. Na miejscu czekała na Śnieżkę niespodzianka, która przyprawiła ją o lekki atak paniki. Okazało się, że w chatce zamieszkiwało nie dwóch, a siedmiu mężczyzn. Wszyscy bracia byli obdarzeni podobną posturą i zarośniętymi facjatami.

 Przez pierwsze noce dziewczyna prawie nie spała. Wyobraźnia podsuwała jej nieprzystojne sceny, w których odgrywała pierwszoplanową rolę bezbronnej ofiary. Jednak dni mijały i Śnieżka przekonywała się, że co prawda gospodarze są nieokrzesani, ale na szczęście nie nastają na jej cześć. Pozostawało tylko jedno pytanie: jak długo będzie trwała taka sytuacja. Jak dotąd nikt nie wymyślił planu, który dawałby cień szansy na bezpieczny powrót do stolicy i rozprawę z regentką. Jeżeli królewna miała jakiekolwiek złudzenia, co do swoich gospodarzy to prysły one, gdy pod ich nieobecność, zwiedziła piwniczkę. Cały loszek wypełniony był kosztownościami, egzotycznymi towarami, sukniami z bogatych materii. Niektóre stroje były zakrwawione i podarte. Ślady pasowały do narzędzi, które bracia nosili zatknięte za pasy: sztyletów, toporków i czekaników. To była banda bezlitosnych zbójów i w każdej chwili mogło im zabraknąć cierpliwości.

 

Było mglisto, zimno i na dokładkę siąpiła uporczywa mżawka. Siedmiu zbójów nasiąkało wodą w gąszczu na skraju gościńca. Powoli tracili nadzieję na jakikolwiek zarobek.

– Zaraza by to! – mruczał Gbur. – Było na rzyci, w chałupie siedzieć. Jak reszta normalnych ludzisków.

– Nie jojcz. Lepiej byś wlazł na drzewo, może kogo zoczysz.

– Głupiś, Cwany! Opar taki, że własnego chwosta nie widać.

– Cicho, chopy! – syknął Łajza wyraźnie nasłuchując.

Co prawda wilgoć tłumiła dźwięki, ale mimo to do kryjówki zbójów docierał stukot. Zrazu ledwie uchwytny, z każdą chwilą stawał się wyraźniejszy.

– Konie. I chyba wóz. – Senny miał najlepszy słuch.

– No, to bydzie robótka! – Drobny zatarł ręce i sięgnął po toporek.

Wszelkie rozkazy były zbędne. Mężczyźni sprawnie zajęli dogodne pozycje wzdłuż drogi i z bronią w ręku zamarli w oczekiwaniu.

 Z mgły wyłoniło się dwóch konnych. W ślad za nimi podążał wóz kupiecki. Mały poczet zamykała tylnia eskorta w postaci kolejnej pary zbrojnych. Skryty zwolnił cięciwę kuszy i bełt utkwił w piersi woźnicy. Bracia wysypali się z zarośli blokując gościniec przed i za orszakiem. Trzeba przyznać, że obstawa zareagowała błyskawicznie, dobywając oręż. Jeden z nich nawet zdążył przeskoczyć na kozioł i zepchnąć martwego furmana. To był ostatni czyn w jego życiu. Skryty, bowiem, zdążył naciągnąć kuszę i wpakować w cel kolejny bełt. Towarzysz zabitego z dzikim wrzaskiem spiął konia i natarł na Figla. Zamach miecza, tyle razy ćwiczony, zawsze skuteczny, tym razem chybił celu. Nieszczęśnik nie zdążył uzmysłowić sobie, że nigdy nie stawał naprzeciw takiego kurdupla. Nie zdążył, bowiem, między jego łopatkami utkwił wprawnie rzucony toporek. Figiel, z pewnym trudem, złapał za lejce zaprzężonych koni. Łajza i Cwany ruszyli ku tyłowi wozu. Z krzaków, z małą, ale śmiertelnie niebezpieczną na niewielkie odległości, kuszą, wychynął Skryty. Sytuacja reszty eskorty stawała się rozpaczliwa. Ich zapał, nie wiedzieć czemu, ostygł już wcześniej. Teraz jednak jakikolwiek opór jawił się jako mało wyszukana metoda popełnienia samobójstwa.

– Zadki z kobył! – warknął Łajza – I cisnąć żelazo!

Dwa miecze zadźwięczały na kamieniach. W tym momencie jeden z jeźdźców spiął konia i runął przed siebie. Potrącony Senny wyrżnął jak długi. Gbur wykazał się refleksem i zdążył wbić czekanik w nogę uciekiniera. To jednak mężczyzny nie powstrzymało. Przywarł do końskiej szyi, dzięki czemu uniknął bełtu, który świsnął mu koło ucha. Po chwili sylwetka jeźdźca rozpłynęła się we mgle.

– Hej, złazić z wozu!

Polecenie skierowane było do dwóch kupców, którzy całą potyczkę spędzili zagrzebani pomiędzy pakunkami, ze wszystkich sił starając się być niewidzialni. Na próżno, rzecz jasna.

– No, chłopy, obaczym co tu mamy.

Bracia zabrali się za plądrowanie. Jedynie Senny i Skryty stali nieco na uboczu starając się przebić wzrokiem wszechobecną szarość.

 

Odgłos kopyt pobudził czujność dowódcy przedniej straży. Przeklął w myślach mgłę a następnie rzucił szybki rozkaz. Należało zachować ostrożność, ale nie mogli każdego na gościńcu witać obnażonymi mieczami. Jeszcze chwila i niewyraźny majak – przyczyna hałasu – przerodził się w postać jeźdźca. Jeźdźca, który trzymał się w siodle z wyraźnym wysiłkiem.

– Żołnierzu, pomóżcie mu! A ty, duchem do księcia! Reszta rozstawić straże!

Gwardziści skoczyli wykonać rozkazy. Sierżant, zasępiony, zsiadł z konia i podszedł do rannego, który został ostrożnie ściągnięty z siodła i pieczołowicie ułożony na płaszczu. Przybysz był półprzytomny i głośnym jękiem reagował na próby opatrywania nogi. Ktoś zlitował się nad nim i wlał do gardła solidny łyk gorzałki. Mężczyzna zakrztusił się, oczy prawie wyszły mu z orbit, ale już po chwili potoczył wokół znacznie przytomniejszym wzrokiem.

– Pomóżcie! Napadnięto nas! – wychrypiał.

– Sierżancie, co się dzieje? – Kapitan oddał wodze i energicznie zeskoczył z siodła.

Krótki meldunek i kilka zdań zamienionych z rannym pozwoliło nakreślić sytuację. Oficerowie wydali rozkazy dzieląc gwardzistów na kilka drużyn. Dwie z nich, spieszone, pozostawiwszy zbędny ekwipunek, zniknęły, niczym duchy, pomiędzy drzewami po obu stronach gościńca. Żołnierze tworzący najliczniejszą grupę, z niewzruszonym spokojem sprawdzali uprzęże, broń, dociągali popręgi. Czekali na rozkazy.

– Na koń! Formuj szyk!

 

Senny pochylił głowę, a jego czoło pokryło się zmarszczkami. Nasłuchiwał. Nie był pewien, ale raz i drugi zdawało mu się, że słyszy jakiś brzęk.

– Chłopy, szybciej! – Skryty z niepokojem spoglądał w kierunku brata.

– Starczy, uchodzim! – Łajza zarzucił na plecy solidny tobół.

Reszta zbójów, jeden po drugim, również zeskakiwali z wozu. Cwany ominął trzech związanych mężczyzn, podniósł z ziemi belę materiału i zamarł. Do jego uszu dobiegł odgłos kopyt, wielu kopyt. Konie szły galopem, najwyraźniej poderwane do biegu, gdy jeźdźcy byli stosunkowo blisko.

– Chodu! – Bracia nie mieli zamiaru czekać, aż wyjaśni się, kto gna na złamanie karku gościńcem.

Niestety, las, zawsze tak przyjazny, nagle najeżył się postaciami żołnierzy. Ucieczka była niepodobieństwem. Twarze rozbójników stężały w wyrazie zaciętości. Łupy poszły precz. Twarde dłonie mocno chwyciły styliska toporów i czekaników. Mężczyźni stanęli plecami do siebie, znać było, że tanio skóry nie sprzedadzą.

Wokół zakotłowało się. Pierwsi konni w pełnym galopie minęli wóz i dopiero wówczas ściągnęli wodze. Po chwili droga była obstawiona ze wszystkich stron.

– Psie syny! – Łajza splunął.

Wojsko otoczyło zbójców, ale atak nie następował. Braciom również nie spieszno było do lepszego świata, więc tkwili nieruchomo wodząc oczyma od żołnierza do żołnierza.

– W obce barwy odziani… – mruknął Figiel.

Żelazny pierścień rozstąpił się, aby przepuścić oficera. Przybyły zeskoczył z siodła, zdjął hełm ozdobiony czerwoną kitą i pokręcił głową.

– No, to był wasz ostatni rozbój. Przydacie się jako prezent dla regentki Kamili. A, i niezłe widowisko będzie, gdy małodobry zacznie z wami gadać. Nie odbierajcie mi tej przyjemności i rzućcie broń. Byłbym niepocieszony, gdybyście dali gardła tu i teraz.

– Kat to winien pohasać z tą suką, Kamilą! – warknął Gbur.

– Waż słowa! To twoja Pani, kurduplu!

– Taki synu, kłonić to sie moge, ale młodej Pani, a nie…

– Królewnie Śnieżce? Bredzisz, wszak ona nie żyje!

Gbur jedynie wzruszył ramionami, a w ciszy, która zapanowała, rozległ się spokojny głos Łajzy:

– Las chowa wiele sekretów.

– Dość gadania! Rzucić…

– Kapitanie! – Donośny głos przerwał oficerowi. – Chcę z nim porozmawiać… Zanim dojdzie do czegoś nieodwracalnego.

Łajza odłożył broń i został odprowadzony poza kordon. Czas wlókł się niemiłosiernie. Bracia z niepokojem przestępowali z nogi na nogę, zadając sobie pytanie: co dalej? I gdy zdało im się, że zaczynają wypuszczać korzenie, powrócił siódmy zbój. Przecisnął się pomiędzy żołnierzami i z opuszczoną głową stanął przed braćmi.

– Ciśnijta broń. – ozwał się ledwo słyszalnie. – Powiedziem książątko do nas.

– Książątko?

– Do nas? A, Śnieżka?

Pytania padały jedno za drugim. Łajza westchnął z rezygnacją.

– Pomoc przyobiecał. A, krom tego, mamy inszy wybór?

– Kat z nim! – wycedził przez zęby Gbur. – Mus to mus.

Twarde dłonie z niechęcią rozwierały palce. Bracia woleliby stanąć na gościńcu nago niż bez broni. Ledwie ostatni topór jęknął uderzając o kamienie, a już żołnierze doskoczyli do rozbrojonych, powalili ich na ziemię i skrępowali.

 

Niewielki oddział zbrojnych przedzierał się przez gęsty las. Na przedzie wędrowało kilku mężczyzn nikczemnego wzrostu. Klęli cicho z wyraźnym trudem torując sobie drogę związanymi rękoma. Gałęzie raz po raz chlastały ich po zarośniętych facjatach. Pośrodku maszerującego konduktu, jeżeli ciągłą walkę z gałęziami można nazwać marszem, krok za krokiem podążało dwóch mężczyzn wyróżniających się strojem i znakami herbowymi.

– Mam nadzieję, panie, że nie popełniasz błędu.

– Kapitanie, jeżeli tamci nie łżą jak psy, to… Do kroćset! – Książe nieomalże uszkodził majestat potknąwszy się o korzeń. – Coś mi podpowiada – kontynuował – że prawdę rzekli. Jednak miej na nich oko.

– Panie, spójrz.

Las wyraźnie rzedł. Pomiędzy drzewami pojawiło się coś, co przy odrobinie dobrej woli można było nazwać ścieżką. Nawet mgła gdzieś pierzchła i przez listowie przedzierały się nieśmiało promienie słońca. Jeszcze kilka kroków i przed pochodem zamajaczyła polana.

– Stać!

Żołnierze otoczyli związanych zbójów.

– Tutaj? ­– Książe ruchem głowy wskazał prześwit.

– Ehe. – Przytaknął Łajza.

– Ty pójdziesz. – Wypielęgnowana dłoń wskazała Skrytego. – Pójdziesz i przyprowadzisz dziewczynę na skraj lasu. Tak, byśmy mogli się jej dobrze przyjrzeć. I pamiętaj, jeden nierozważny czyn i krew się poleje.

 

– Śnieżko, chodźże!

Skryty stał na środku izby i niemalże rwał włosy z brody.

– Ale gdzie? Po co?

– Przeca gadałem, tą, no, niespodzianość mamy.

Trwało trochę, zanim Skryty namówił księżniczkę na wyjście z chaty. W końcu osiągnął sukces i wspólnie podeszli do drzew stanowiących granicę lasu. Czas płynął, a irytacja dziewczyny rosła.

– Skryty, albo natychmiast…

Przerwała dostrzegłszy kątem oka ruch. Wbiła wzrok w sylwetkę zbliżającego się mężczyzny. Było w niej coś znajomego. Jeszcze kilka kroków. I, czy to możliwe?

– Pani. – Głęboki ukłon podkreślił estymę w głosie przybyłego.

– Książę? – Śnieżka odruchowo dygnęła, nie mogąc ukryć zdumienia.

– Pani, radość wypełnia me serce. Wszyscy, szczerze opłakaliśmy wasze, hm, zniknięcie.

 

Gdyby ktoś tamtego wieczora zapuścił się przez przypadek w leśne ostępy, zdziwiłby się niepomiernie, napotkawszy obcych wojaków. Wędrowiec ów zostałby poproszony, aby odejść, niezwłocznie. A prośbę, w razie konieczności, poparto by kopniakiem lub płazem miecza odbitym na rzyci. Żołnierze pilnie strzegli polany, na której stała chata. W jej wnętrzu dziewięć osób – nie licząc książęcej eskorty – snuło plany. Plany, które miały przywrócić prawowitą władzę w pewnym królestwie.

Po prawdzie, to nie była narada. Książę najpierw zadał szereg pytań, a następnie przedstawił swoje zamiary, w sposób niepozostawiający miejsca na dyskusje. Śnieżka, z pewnym zdziwieniem, skonstatowała, że nie ma nic przeciwko temu. W dodatku nie miałaby również nic przeciw paru innym rzeczom związanym z młodym władcą.

 

O świcie, sprzed chaty zbójów wyruszył niewielki orszak zbrojnych. Na odjezdnym książę odwrócił się w siodle, spojrzał Śnieżce głęboko w oczy, huknął kułakiem w pierś i rzekł:

– Przysięgam, pani, że wkrótce zasiądziesz na przynależnym ci tronie. A wam wara od gościńca, macie siedzieć tutaj i na wszystko mieć baczenie.

 

Nie darmo, w całym ówczesnym świecie, władcy zazdrościli sprawności służbom wywiadowczym księcia. Rządzący, możni, potężne gildie, nikt nie był pewien czy nie jest szpiegowany. Młody władca wiedział, że jego macierz nie była potęgą militarną, ale wiedział również, że źródłem prawdziwej władzy jest wiedza i pieniądz. Nie darmo ten mały kraj słynął również jako ojczyzna najbogatszych bankierów. Finansistów, którzy chętnie pożyczali pieniądze wszystkim potrzebującym. Szczególnie, gdy potrzebujący dźwigał na skroniach koronę lub diadem…

Zaprawdę, warto o tym pamiętać. Bo nikt dokładnie nie wie, co zdarzyło się po tym jak książę opuścił chatę zbójów. Kronikarze odnotowali przybycie oficjalnej delegacji na dwór Kamili. Nic niezwykłego, ale kto wie, co wydarzyło się poza oficjalnym ceremoniałem? Dziejopisarze nie zajmują się tym, czy po zmroku, ulicami podzamcza nie przemykają, znacznie częściej niż zwykle, zakapturzone postacie. Nie zajmują się niespodziewanym zniknięciem pokojowego, ani tym, że prosty strażnik zamkowy kupuje świetnie prosperującą karczmę, ani wieloma innymi drobiazgami. Wszak dziejopisarze zajmują się historią państw i głów koronowanych.

Wizyta młodego księcia dobiegła końca. Jeszcze tylko wystawna uczta i barwny orszak, żegnany przez licznie zgromadzonych mieszkańców stolicy, opuścił gościnne progi.

I co dalej, zapytacie? Minęło kilka zwykłych dni. Miasto i zamek żyły w rytmie codziennych czynności. Nic się nie działo, aż do momentu, gdy…

 

Przez zwodzony most przemknął królewski posłaniec. Znać było, że nie oszczędzał konia. Boki zwierzęcia pokryte były płatami piany. Mężczyzna wpadł na zamkowy dziedziniec, ściągnął wodze i niemalże jeszcze w biegu zeskoczył z siodła. Pędem przebiegł zachodni pasaż i prawie stratował podkomorzego.

– Prowadź do pani – wysapał. – Natychmiast!

Wkrótce nowina, niczym pożoga, ogarnęła zamek, podzamcze, a w końcu całą stolicę. Królewna żyje! Śnieżka powraca!

 

Kamili i Śnieżce nie dane było się spotkać. Gdy królewna przyodziana w przepyszne szaty, na czele zbrojnego orszaku, wjeżdżała do miasta, służba znalazła martwą regentkę. Nadworny lekarz orzekł zgon na skutek ataku apopleksji. Taka tragedia! Aż trudno dać wiarę! Prawowita władczymi witana była z niespotykanym entuzjazmem. Tłum tłoczył się wzdłuż ulic i na placach. Śnieżka i jej orszak tonęli w powodzi kwiatów. I tylko niektórzy zastanawiali się, kim jest siedmiu brodatych kurdupli podążających za królewną i jak to się stało, że zbrojna eskorta nosi znaki księcia, który nie tak dawno korzystał z gościny na zamku. Wkrótce przybył i sam młody władca, aby odebrać z rąk królewny oficjalne podziękowania za pomoc.

Następnego dnia odbył się pogrzeb Kamili. Wszak obowiązkiem żywych jest grzebać umarłych. Stypa przeistoczyła się w radosne święto ku czci młodej następczyni. Wraz z zamkiem szaleństwo ogarnęło całą stolicę. Wszędzie słychać było entuzjastyczne okrzyki, głośne toasty i… plotki. Niedorzeczne, rozbuchane, karmione wyobraźnią ludzi. Władza jakoś nie kwapiła się z wyjaśnieniami, obojętnie: prawdziwymi czy nie.

Gdy zdało się, że powszechne wesele powoli wygasa, kolejna nowina spowodowała wybuch radości. Książę poprosił o rękę królewny i został przyjęty. Zrękowiny!

 

Wkrótce odbył się również ślub i koronacja. A gdy w końcu ucichły odgłosy ostatniej uczty i wyjechali ostatni goście, królewska para rozpoczęła rządy. Na mocy pierwszego, wspólnego edyktu, kat po siedmiokroć wzniósł topór i tyleż brodatych głów wpadło do wiklinowego kosza, osierocając kwadratowe korpusy. Wszak władza nie może tolerować zbrodni i rozbojów. Ponoć odcięte łby chórem złorzeczyły i przeklinały Śnieżkę. Ale kto by dawał wiarę takim historiom?

I to prawie koniec opowieści. Jeszcze tylko chciałoby się rzecz, że żyli długo i szczęśliwie i takie tam. Ale życie to nie bajka, a czasy to były, jak wspominałem paskudne. Niewiele wody upłynęło w rzekach, gdy przez cały kraj przetoczyła się straszliwa zaraza, dziesiątkując wsie i miasta. Nie ominęła również stolicy i zamku. Agonia młodych władców była długa i bolesna. Odeszli bezpotomnie wraz z rzeszą poddanych. I ja na ich pogrzebie byłem i na stypie za pokój ich duszy piłem.

 

Koniec

Komentarze

O, kawałek literatury. Będzie co czytać nocną porą. :-) Witam na portalu, czuj się jak u siebie. Pytanie tylko – poprawiałeś później tekst na bazie uzyskanych na Fahrenheicie wskazówek?

Lecą smoki pod obłoki, wiatr im kręci smocze loki

Dzięki za powitanie! Po niewczasie przywitałem się również na Hyde Parku.

Co do opowiadania, nie doczekałem się komentarzy, poza jednym, który wskazał dwa głupie błędy ortograficzne (jeszcze mi za nie wstyd), jakiś przecinek i jedno miejsce z ewidentnie zbędnym zaimkiem. Te rzeczy oczywiście skorygowałem. Generalnie chyba wyszło na to, że tekst jest za długi dla formuły Fahrenheita. Albo jest nijaki i nawet nikomu się nie chciało komentować. 

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Przeczytałam całość, bo nie rozpraszały mnie błędy i niedoróbki wszelkiej maści, a ponadto chciałam się dowiedzieć, czy jest możliwe wyprodukowanie kolejnej „historii alternatywnej” z wyeksploatowanej do cna „Królewny Śnieżki”.  I cóż, to ostatnie stało się już chyba dość trudne. Skoro wziąłeś na tapetę baśniowego klasyka, liczyłam, że zrobiłeś to z ważnego powodu, czyli urodziła ci się w głowie jakaś niesamowicie odkrywcza, świeża, przewrotna koncepcja przenicowania tej historii. Ale, prawdę mówiąc, zawiodłam się. Poza standardowym majstrowaniem przy charakterze i osobowości królewny oraz zmianą branży drwalskiej na zbójecką w przypadku siedmiu kurdupli, specjalnego wkładu twojej inwencji nie dostrzegłam. Jedynym atutem tekstu jest  poziom języka, jaki zaprezentowałeś – bez wątpienia wysoki – oraz umiejętność włączania w narrację fajnie dwuznacznych, kpiarskich dopowiedzeń. W ostatecznym obrachunku wyszło mi, że styl napisania kolejnych wariacji na temat w/w, po wielokroć przewyższa wartość samej historii.

Dzięki za komentarz. W rzeczy samej chyba wyszła trochę na wierzch geneza powstania tekstu. To opowiadanie w pierwotnej formie powstało na zamówienie moich córek, które nie były specjalnie zainteresowane odstępstwami od oryginału. Później leżało w zakamarkach twardego dysku. I pewnie leżałoby nadal, gdybym na nie nie wpadł w trakcie pewnej dyskusji, z której wynikały dwie rzeczy: że sobie nie radzę w tekstach z humorem oraz, że generalnie jest cholernie trudno w opowiadaniu wprowadzić stylizację języka. I zawziąłem się. Tekst wrócił na warsztat i ostatecznie nabrał takiego kształtu jak widzicie. W rezultacie balans diabli wzięli i mamy przerost formy nad treścią. Jednak jakby nie było, to i tak miło jest przeczytać taką opinię o własnym stylu. Jeszcze raz dziękuję i obiecuję poprawę.

Edit: literówka

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

A mi się ta interpretacja baśni podobała. Ba – wygląda bardziej wiarygodnie niż oryginał. :-)

Z błędów: w raz => wraz. “Latające stolce” brzmią dwuznacznie. Ten komizm był zamierzony?

Babska logika rządzi!

Dzięki, Finklo! Błąd skorygowałem, klnąc po cichu. W tym tekście to trzeci strzał z serii razem czy osobno. I do żadnego się nie przyznaję! Najgorsze, że powinienem wyłapać je w korekcie, nawet jeżeli nie w pierwszej to w kolejnych.

Co do latających stolców. Jak napisałem to zdanie, to się zawahałem, później je nawet przeredagowałem. Ale, koniec końców postanowiłem przywrócić formę pierwotną – ku uciesze gawiedzi.

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Parskłem przy stolcach.  :)

Bardzo porządnie napisane opowiadanie, miło się czytało. Tylko, jak już to było wspomniane wcześniej, permutacja pomysłu jakaś taka mało zaskakująca.  Tak jak w_baskerwille spodziewałem się jakiegoś novum. Niemniej poczytać można i warto.

Pozdrawiam i powodzenia przy następnych próbach.

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Dzięki Zalth!

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Nie ‘z razu’,ale ‘zrazu’. Kilka przecinków warto byłoby dodać…

Nie będę wybrzydzał, że za bliskie oryginału. Bo nieźle się czytało, i już, a to ważniejsze.

Inna rzecz, że takie ponurackie zakończenie… Jak gdybyś nie wiedział, co dać na finiszu. Było to się krępować happy endu?

Happy end nie mieścił się w pomyśle od samego początku. Starałem się wyeliminować cechy charakterystyczne dla bajki literackiej za wyjątkiem sposobu narracji. A, poza tym, jak pisałem: czasy były ponure…

Ogromne dzięki, Adamie, za komentarz!

 

EDIT: poprawiłem w tekście błąd wskazany przez AdamaKB. Kolejny z serii…

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

No i zżarło koment. 

W takim razie:

“nie taka toporna, Zaszyszakowany… ;) “

Pan Wysokiego Domu

Dzięki!

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Nikt się nei spodziewał hiszpańskiej inkwizycji! I Pogotowia Komciowego (Ochotniczego) ;-)

– Mus, to mus

– Coś mi podpowiada, – kontynuował

– Konie. I, chyba wóz.

 

Chyba zbędne przecinki.

 

To tak:

Nieoryginalna alternatywa do Śnieżki. Z nielogiczności w tekście uderzyło mnie to, że para królewska ma dziecko, kurewnę królewnę, a za chwilę królowa umiera rodząc… pierwsze dziecko. Znaczy, że adoptowali pannicę czy jak? A, rozumiem, nielegalny przemyt niemowląt… :-)

Potem znikąd pojawiają się jacyś bracia. Na początku myślałem, że chodzi o jakiś zepsół muzyczny, bo przecież Śniegówa żadnych kazirodczych konotacji w twoim tekście nie ma, a to od razu w liczbie mnogiej. Potem dopiero, za pomocą starożytnej magii dedukcji, doszedłem do wniosku, że bliźniacy to muszą być bracia, bo jeden drugiemu bratem, a kto wie, może i batem.

Za to jestem zadowolony z lektury bo narrator jest złośliwy, z odpowiednią dozą ironii popartej zapewne nielichym doświadczeniem w kwestii tego, jak świat działał, działa i pewnie będzie działać, a pohyble dla kurwich synów to tylko w opowieściach, bo tak naprawdę to oni górą. Czyli stylizacja cacy :-) Krasnale rozbójnicy już już zrobiły nadzieję, że będzie coś nielicho, że Bałwanica stanie się zbójniczką (najlepiej rozpustnie bezwstydną), że ujeździ ujarzmi wziętego w jasyr podczas napadu księcia i w ogóle takie tam skóry, pejcze i pomarańczowe kulki w charakterze knebli… Ale, mimo, że nieoryginalnością zawiodłem się srodze, naturalistyczne ciachu ciachu na krasnalach nie były złe, podobnie jak ten młodzian, któremu pewnie na nazwisko Macchiavelli, a na imię Książę. ;-)

Tylko ten pomór na końcu to bozia z pudełka, tfu, duch z maszinu, tfu, no ten sedes ex machina… tfu… deux… weź tu kuźwa człowieku bryluj w towarzystwie tymi łacińskimi wtrętami, nie idzie tego spamiętać, curvum macium…

Se kliknę bibliotekę, bo tekst w sumie dobry jak browarek z osiedlowej karczmy, który wprawdzie zawsze smakuje tak samo, ale nie można powiedzieć, że źle, bo ten strażnik to jednak dobrze zrobił, że się piwowarstwem zaczął parać ;-)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Przepyszny komentarz Rybko! Dzięki!

Co do nielogiczności. Śnieżka nie była pierwszym dzieckiem, a królowa miała już swoje lata rodząc pierwsze dziecko. Przesunąłem partykułę już, mam nadzieję, że teraz znaczenie zdania nie budzi wątpliwości. Bracia, natomiast, nie pojawili się znikąd, tylko z ościennego królestwa ;-)

A ten pomór z pudełka, to nie objaw sprawiedliwości dziejowej/boskiej/ludzkiej* tylko niemieszczący się w koncepcji autorskiej happy end.

W sumie, to jak zebrać wszystkie sugestie z Twojego komentarza – przemyt niemowląt, pejcze, kneble i królewnę grasującą po/przy* gościńcu – to chyba wyjdzie prawdziwie alternatywna historia i to w wersji 18+.

Jeszcze raz dzięki!

---------------------------------------------------------------------------------------

* Niepotrzebne skreślić.

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Prąciem uprzejmie. ;-)

"Świryb" (Bailout) | "Fisholof." (Cień Burzy) | "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Oż kurcze, co miałam napisać, napisał już PsychoFish (łącznie z nadzieją na zmianę Śnieżki w dominę kneblującą niewinne książęta). Narracja świetna, ale fabuła taka… rozczarowująca.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Mówiąc krótko, jednak przerost formy nad treścią. Dzięki, Alex!

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Myślałam że będzie powtórka z rozrywki i była, ale okazała się, że dość zmodyfikowana. Jednak nie narzekam, bo czytało się nieźle, jak na bajkę przystało. ;-)

 

Ugo­dzo­ny dzik prze­orał gwiz­dem po­szy­cie, ob­fi­cie bro­cząc po­so­ką. – Masło maślane. Nie można broczyć niczym innym, jak tylko posoką.

 

Tam rze­czy­wi­stą wła­dzę pia­sto­wa­ła Ka­mi­la.Tam rze­czy­wi­stą wła­dzę sprawowała Ka­mi­la.

 

jej pa­no­wa­nie może być nie­zwy­kle krót­kie i uwień­czo­ne tra­gicz­nym fi­na­łem. – …zwień­czo­ne tra­gicz­nym fi­na­łem.

 

Mały po­czet za­my­ka­ła tyl­nia eskor­ta… – Mały po­czet za­my­ka­ła tyl­na eskor­ta

 

Bra­cia za­bra­li się za plą­dro­wa­nie.Bra­cia za­bra­li się do plą­dro­wa­nia.

 

– Ci­śnij­ta broń. – ozwał się ledwo sły­szal­nie. – Zbędna kropka po wypowiedzi.

 

Wę­dro­wiec ów zo­stał­by po­pro­szo­ny, aby odejść, nie­zwłocz­nie.Wę­dro­wiec ów zo­stał­by po­pro­szo­ny, aby odszedł, nie­zwłocz­nie. Lub: Wę­dro­wiec ów zo­stał­by po­pro­szo­ny o odejście, nie­zwłocz­nie.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

O, Reg, kontynuujesz odkurzanie staroci ;-) Fajnie i dzięki za wizytę, a jeszcze bardziej za klika! To opowiadanie wisi tak nisko na moim profilu, że dopiero dziś zauważyłem gwiazdkę.

Dzięki Twojej wizycie znów się czegoś nauczyłem! Jakoś dopuszczałem, że czasownik broczyć można powiązać nie tylko z krwią, jakkolwiek oczywiście uważałem, że z nią tworzy najtrwalszy związek frazeologiczny. Natomiast samo broczyć, bez dookreślenia, dla mnie brzmi jakby czegoś brakowało. Ale oczywiście masz rację, masło maślane.

Natomiast będę bronił użycia piastowała. Słownik języka polskiego, np. Doroszewskiego, podaje również i takie użycie. Co nie znaczy, że po Twojej to nie brzmi trochę lepiej…

Co do reszty baboli, oczywiście masz rację :-(

Jeszcze raz dzięki!

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Tak, KPiachu, staram się skrócić kolejkę, która, jak do tej pory, wciąż się wydłuża.

Bardzo się cieszę, że uwagi okazały się przydatne, a nawet kształcące. ;-D

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No ja jak zwykle na ostatku. Sama nie wiem, jak to się stało, że taką zacną baję przeoczyłam. Baaardzo przyjemnie się czytało i z taką samą przyjemnością robię ostatni klep!

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

No fakt, chwilę Ci zeszło zanim tu zajrzałaś. Ale spoko zmieściłaś się poniżej 1000 dni ;-D

Pięknie dziękuję za odwiedziny oraz za kopa do biblioteki! I cieszę się, że miło spędziłaś czas!

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Fajne :)

Przynoszę radość :)

:-)

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Nowa Fantastyka