- Opowiadanie: -13- - Córka karczmarza (fragment drugi)

Córka karczmarza (fragment drugi)

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Córka karczmarza (fragment drugi)

Część trzecia, w której okaże się, że pewna persona powinna zostać żeglarzem. Wszak co ma wisieć, nie utonie.

 

Większą część nocy podążałem tonącym w błocie traktem. Koń jakimś cudem omijał głębokie dziury i koleiny. Mimo ciężkich warunków nie zdecydowałem się na odpoczynek. Chciałem oddalić się od karczmy, zgwałconej dziewki i Hermana z Doenitz. Pragnąłem zostawić to wszystko za sobą.

Następnego dnia kontynuowałem wędrówkę, choć byłem bardzo zmęczony i z najwyższym trudem utrzymywałem uniesione powieki. Wprawny jeździec potrafi zasnąć w siodle, jednak mnie do podobnej wprawy było daleko. Mogę jedynie pochwalić się, że nieczęsto spadam z konia – oczywiście na trzeźwo.

 

W opuszczonej wsi, której nazwy nie znałem, zatrzymałem się na dłużej. Zgliszcza i zrujnowane domostwa stanowiły żywą pamiątkę po ostatniej wojnie. Będąc doświadczonym żołnierzem, wielokrotnie widziałem podobny krajobraz. Czasem sam podkładałem ogień, gdy wojsko, którego barwy nosiłem, grabiło wieśniaków z żywności i innych dóbr. Regułą było, aby nie zawracać sobie przy tym głowy dowiadywaniem się, komu wierni są owi nieszczęśnicy.

A jednak to spopielone cmentarzysko miało w sobie coś niezwykłego, znajomego. Nagle wróciły dawne i, jak mi się wydawało, wytarte wspomnienia: Koenitz, wioska jakich wiele dookoła, pełna kobiet i dzieci zwanych przez króla Zygfryda buntownikami. Na rozkaz księcia Olafa, który zwalczając w imieniu ojca chłopską rebelię, miał zyskać wojskowe doświadczenie, żołnierze służący koronie urządzili mieszkańcom piekło na ziemi. Ci, którzy nie zostali zabici podczas ataku, byli gwałceni, torturowani, nabijani na pale czy rozrywani końmi. To w Koenitz poznałem, na czym polega zabawa w poganiacza. Żołnierz wycinał ofierze pępek i przez powstały otwór wyciągał wnętrzności, które przybijał do drzewa. Następnie brał bicz, kij, czy też inne poręczne narzędzie i tłukł biedaka. Tym sposobem zmuszał go do biegania wokół drzewa i owijania tym sposobem trzewi wokół pnia.

Oczywiście towarzyszący księciu kronikarze utrwalali dla potomnych nieco inny obraz wydarzeń. Pergamin i pióro mają tę ciekawą właściwość, że ludobójstwo i masakrę zamieniają w pełną chwały i heroicznych czynów wiktorię. Tym samym kronikarze mogą być porównani do magów potrafiących kształtować rzeczywistość wedle swojej (i rządzących) woli.

Miałem wtedy pod komendą dość zbrojnych, by powstrzymać rzeź i gdybym wydał taki rozkaz, moi ludzie wytłukliby żołdaków króla. Przy odrobinie szczęścia nikt nie doniósłby na dwór, co się naprawdę stało z księciem i jego ludźmi. W świat poszłaby wieść o klęsce Olafa pod Koenitz i wielkim triumfie rebeliantów. Ja zaś zeznałbym, że wycofałem ludzi w obliczu nieuchronnej klęski… albo powiódłbym podkomendnych w cholerę, zapominając o Zygfrydzie i kontrakcie. Lecz nie zrobiłem nic. Mój oddział stał bezczynnie na łące nieopodal wsi, a ja jedynie przyglądałem się masakrze.

Pamiętam, że starców zapędzono do stodoły, którą następnie podpalono. Nadal słyszałem w snach przeraźliwe krzyki płonących wewnątrz ludzi. Pamiętam też dziewczynkę z malutkim dzieckiem w ramionach. Maleństwo płakało, a jego opiekunka próbowała przemknąć pomiędzy zajętymi grabieżą i mordem napastnikami,a potem zapewne uciec do pobliskiego lasu. Nagle jakiś mężczyzna w czarnej zbroi wyrwał niemowlę z jej rąk, po czym chwycił za nóżki i rozdarł. Krew malca zalała twarz dziewczynki. Wszystko to wracało w snach, a ja tak bardzo chciałem zapomnieć.

 

W końcu wyrwałem się z zadumy i ruszyłem dalej ku wyraźnemu niezadowoleniu mojej poczciwej szkapy. O zachodzie słońca zatrzymałem się i rozbiłem obóz na leśnej polanie nieopodal traktu. Rozpaliłem małe ognisko i upiekłem zająca, który albo był tak stary, albo na tyle zmęczony swym zajęczym życiem, że dał się upolować tak marnemu łucznikowi jak ja. Miałem wrażenie, że długouchy nie dość, że zatrzymał się, by ułatwić mi zadanie, to jeszcze, widząc, że chybię, poruszył się i celowo przeciął tor lotu wystrzelonej przeze mnie strzały. Tak czy inaczej, na kolację miałem przypalonego szaraka. Cóż, gotowałem tak samo marnie, jak strzelałem.

Po wieczerzy zrobiłem z płaszcza, derki i kilku kawałków sznura przywiązanego do rosnących blisko siebie pni prowizoryczny namiot. Zasnąłem jak dziecko, mając nadzieję, że tlący się ogień odstraszy zwierzęta, lecz nie przyciągnie wzroku ludzi. Srodze się myliłem.

 

Nic tak skutecznie nie budzi człowieka jak kopniak w brzuch. No, chyba że dwa kopniaki w brzuch. A na dokładkę czyjś but rozkwasił mi nos. Nie ma co – poranek jak się patrzy. Nim zrozumiałem, co się dzieje, klęczałem z rękoma związanymi na plecach. Z trudem łapałem oddech z powodu obfitego krwawienia z nosa. Stało przy mnie dwóch drabów. Sapanie trzeciego słyszałem za sobą. Po chwili przede mną stanął czwarty. Przyjrzałem mu się, lecz jego paskudna twarz nic mi nie mówiła. Widziałem tego brzydala pierwszy raz w życiu. Z pewnością też nie spałem z jego siostrą, matką czy kozą – mam gust (choć czasem staram się o nim zapomnieć, gdy sakiewka pusta, a w portkach swędzi). Tak więc albo narozrabiałem po pijaku, albo były to najemne zbiry. Od razu jakoś cieplej pomyślałem o Mariusie Gladbachu – kupcu, który był nie do końca zadowolony z moich usług. A z pewnością mniej zadowolony, niż jego cnotliwa, jak mu się pewnie wydawało, córka.

– Zawiśniesz, złociutki. – Uśmiechnął się stojący przede mną mężczyzna, ukazując garnitur spróchniałych zębów. – Zawiśniesz na najbliższej gałęzi.

– Kto wam zapłacił? – zaryzykowałem pytanie.

– Zapłacił pewien ojczulek bardzo niezadowolony z faktu, że zabawiałeś się z jego ukochaną córką niczym z wiejską dziewką.

Aha, czyli wszystko jasne. Panna Gladbach nie potrafiła utrzymać ani majtek na tyłku, ani języka za zębami. A ja miałem zapłacić życiem za ułomności charakteru córki kupca. Może gdybym nie był takim dobrym kochankiem, nie miałaby o czym opowiadać przyjaciółkom i szanowny tatko o niczym by się nie dowiedział.

Jeden z oprychów bez wątpienia dorabiał sobie jako kat. I to nie byle jaki. Widać to było we wprawnym przygotowaniu liny oraz w tym, z jakim namaszczeniem sprawdzał każde jej włókno. Dla mnie nie była to dobra nowina. Dlaczego? To proste: powieszony człowiek nie ginął, jak wielu sądzi, przez uduszenie. W chwili, gdy spod jego stóp wytrącano nagle oparcie, szarpnięcie liny łamało wieszanemu kręgosłup. Jednak wprawny kat, a z takim bez wątpienia miałem do czynienia, potrafił tak zręcznie powiesić skazańca, że ten jeszcze wiele godzin męczył się podduszany przez sznur. Podczas publicznych egzekucji kaci często w takich wypadkach szarpali gwałtownie ofiarę za nogi, gdy widownię zaczynał nudzić widok sinego, charczącego i szczającego w spodnie więźnia.

Posadzono mnie na koniu. Ręce miałem nadal związane z tyłu, a na szyi zarzuconą pętlę. Przywódca opryszków stanął przede mną i popatrzył w oczy. Czekał pewnie, aż zacznę prosić o litość, płakać lub próbować go przekupić. Nic z tych rzeczy – przynajmniej umrę z godnością.

Mężczyzna odczekał dłuższą chwilę, po czym dał znak. Koń pognany rózgą, postąpił do przodu. W momencie, gdy miałem zawisnąć, poczułem jak jego towarzysze przytrzymali mnie za ręce i wolno opuścili. Kat podjechał i poprawił nieco linę, by nieznacznie oparła się o mój podbródek. Cała banda przyjrzała się jeszcze swemu dziełu, po czym odjechali w wesołych nastrojach, pozwalając, by ciepłe promyki wschodzącego słońca ogrzewały moje wiszące ciało. Dostrzegłem, że nie zabrali nic z mojego mizernego dobytku, a szkapa skubała trawę pod uschniętym drzewem. Nie siliłem się, by ją przywoływać. Byłem prawie pewny, że jest głucha.

 

A więc tak najwyraźniej zakończy się historia Franza von Tyrau znanego w rodzinnych stronach jako Franciszek z Tyrawy. Ostatni przedstawiciel rodu zdechnie powieszony przez najemnych obwiesiów, a jego trup runie na ziemię, gdy tylko kark całkiem przegnije. Zakończenie iście epickie i chwalebne. Płakać będą po mnie tylko mniej wymagające dziwki, które z lubością odwiedzałem, oraz moi liczni wierzyciele. Niestety sam jestem sobie winien. O ile sposobu śmierci człowiek z reguły sobie nie wybiera, o tyle na życiowe losy ma się większy lub mniejszy wpływ.

Dalsze rozmyślania przerwała lina, która zsunęła się z podbródka i zaczęła mnie dusić. Desperacko łapałem oddech, wierzgałem nogami niczym dziki ogier, lecz mimo to wiedziałem, że moje trudy są daremne. W końcu zaczęło brakować sił i powietrza w płucach, a oczy powoli zachodziły gęstniejącą i ciemniejącą mgłą. To był mój koniec. Franz von Tyrau kłania się nisko. Żegnam. Adieu.

 

 

Część czwarta, która udowadnia, że są rzeczy gorsze od pętli na szyi.

 

Nie wiem, ile czasu wisiałem nieprzytomny. Zresztą nie miało to szczególnego znaczenia. Nagle bowiem się ocknąłem. Pierwsze, co poczułem, a właściwie czego nie poczułem, to lina. Dalej miałem ją na szyi, lecz mnie nie dusiła. W dodatku nie była naprężona. Wyglądało to tak, jakby niewidzialna siła unosiła mnie lekko, luzując pętlę odcinającą mi dopływ powietrza. Drugie, z czego zdałem sobie sprawę, to fakt, że miałem mokre spodnie. Niby normalna rzecz, gdy jest się wisielcem, a jednak czułem się nieco zawstydzony.

Bałem się drgnąć. Bałem się nawet pomyśleć o wykonaniu jakiegokolwiek ruchu, by pętla ponownie się nie zacisnęła. Jedyne, na co sobie pozwoliłem, to nieznaczny ruch gałek ocznych. Jednak mimo starań, nie dostrzegłem nic niezwykłego. Słońce świeciło, ptaszki świergotały na gałęziach, a moja kobyłka nieopodal skubała trawę. Ale jeśli wszystko było normalne, to jakim cudem żyję?

Nagle stanęła przede mną dziewczyna. Dłuższa chwila minęła, nim pojąłem, iż to ta, którą pozostawiłem na pastwę Hermana z Doenitz i jego ludzi. Stała przede mną bosa, w podartej, znoszonej spódnicy i strzępach poplamionej krwią koszuli, które ledwie okrywały jej ciało. A więc przeżyła? Puścili ją wolno, gdy już skończyli gwałcić? W takim razie dlaczego mnie śledziła? Przecież nie z wdzięczności za to, że jej nie pomogłem.

– Zdziwiony, prawda? – spytała delikatnym głosem.

– Nie wiem tylko, co bardziej mnie dziwi: to, że nie umarłem, czy to, że stoisz przede mną…

– Żywa? – dokończyła za mnie.

– To też – przyznałem.

– Ale ja nie jestem… żywa.

Gdy to powiedziała, na jej szyi pojawiła się cieniutka czerwona kreseczka, zadrapanie. Z każdą chwilą kreska nabiegała krwią i grubiała. To, co przed momentem mogło być śladem po pazurze niesfornego kota, szybko zamieniło się w ciętą ranę po nożu. Krew chlusnęła na jej tors i moje nogi. Na rękach i udach kobiety pojawiły się zielono-fioletowe siniaki. Dziewczyna jednak cały czas patrzyła mi prosto w oczy i lekko się uśmiechała. Zupełnie jakby sińce i poderżnięte gardło nie robiły na niej wrażenia. Zamarłem przerażony, nie mogąc jednak oderwać wzroku od tego makabrycznego widowiska.

– Widzisz, Franciszku – odezwała się po chwili. – Gdy już skończyli mnie gwałcić, jeden po drugim, a niektórzy nawet dwa razy, rycerz zwany Hermanem z Doenitz poderżnął mi gardło. A nim się wykrwawiłam, zobaczyłam, jak katuje mojego ojca. Ty jednak wyszedłeś jakby nigdy nic. Nie próbowałeś pomóc, nie wezwałeś pomocy. Może mój ojciec by żył.

– Błagam… kimkolwiek… czymkolwiek jesteś, mniej litość! Nie zgwałciłem tej dziewki i nie zabiłem jej ojca!

– Nie zgwałciłeś mnie! – krzyknęła, a jej głos zabrzmiał niczym wściekły ryk samego diabła. Słońce zniknęło za granatową chmurą, która pojawiła się zupełnie znikąd. Zapadł mrok. – Ale nie pomogłeś! Czy wobec tego jesteś lepszy od moich oprawców? Otóż nie! Jednak to, czy przeżyjesz, zależy od ciebie. Dam ci szansę na odkupienie win.

– Nie rozumiem…

– Uwolnię cię, a ty pomożesz mi w dokonaniu zemsty na Doenitzu i jego ludziach. Będziesz ślepo wykonywał moje polecenia, kłamał, mordował, jeśli taki będzie mój kaprys. Zaś nagrodą będzie wybaczenie. – Chmura zniknęła, a z nią otaczający nas mrok.

– I będę żył? – spytałem z nutką nadziei.

– Nie umrzesz na tej gałęzi – odparła zwykłym, delikatnym głosem. – A jeśli będziesz użyteczny, zyskasz coś jeszcze. – W jej dłoni pojawił się kłębek zwiniętego materiału. Rozłożyła go, bym się mu dobrze przyjrzał. Była to zielona tunika. Na piersi widniał wyszyty herb: cztery błękitne pola. Lewym górnym i prawym dolnym widniał biały koń, a na pozostałych czarny wilk. Kolory mocno wypłowiały, lecz wzór był nadal widoczny. Zresztą nawet, gdyby kolory wyblakły, ten herb poznałbym wszędzie. To był mój herb i moja tunika, którą woziłem zawiniętą w skórę z nadzieją, że kiedyś będę godny przywdziać barwy rodu i odzyskać wszystko to, co utracił mój ojciec. Przez niego biały koń i czarny wilk nie znaczyły nic. A moim marzeniem było odmienić kiedyś ten stan.

– Zostaw… – warknąłem.

– Albo pomścisz mojego ojca i odzyskasz dobre imię, albo… – Skinęła palcem, wskazując na moje nogi. Spojrzałem w dół i zobaczyłem, jak począwszy od palców u stóp, zamieniają się powoli w popiół, który ulatywał wraz z podmuchami wiatru.

– Zgoda! – krzyknąłem rozpaczliwie. – Zgoda! Pomogę! Nie zabijaj!

W tym samym momencie lina zniknęła, a ja runąłem na ziemię. Natychmiast chwyciłem się za stopy, by upewnić się, czy nadal są na swoim miejscu. Na szczęście były. Przez moment pomyślałem, że może to złudzenie, kuglarskie sztuczki. Bałem się jednak dociekać prawdy. Wolałem poczekać na lepszą okazję.

Kilka chwil później zbierałem dobytek i przygotowywałem się do drogi, choć nie wiedziałem jeszcze, dokąd mam jechać. Dziewczyna przyglądała mi się spokojnie. Wyglądała teraz inaczej: zniknęły rany i siniaki, a ubranie wyglądało jak nowe. Gdy byłem gotowy, poklepałem szkapę po głowie, jednak nie dosiadłem jej.

– Mam pytanie. – Pokusa okazała się zbyt silna.

– A więc pytaj, Franciszku.

– Do czego, tak naprawdę jestem ci potrzebny? Nie wiem, czym jesteś, ale zdajesz się być potężną istotą, która mogłaby sama ukarać oprawców.

– Nieważne, kim lub czym jestem. – Uśmiechnęła się. – A jeśli chodzi o mą moc, to są pewne zasady i ograniczenia, jednak to nie twoja sprawa. Zaś ciekawość to pierwszy stopień do piekła, a ja nie mam w zwyczaju zapraszać byle kogo pod swój dach. A teraz wskakuj na tę pożałowania godną imitację konia i jedź do Badenfeld. Musisz spotkać się z twoim przyjacielem, Francisco. Poza tym zaplanowałam ci schadzkę.

– Schadzkę? – odparłem zdumiony, lecz dziewczyny już nie było. Spojrzałem jeszcze raz na drzewo, którego gałąź miała stać się moją prywatną szubienicą, po czym ruszyłem w drogę.

 

Koniec

Komentarze

Przykro mi bardzo, ale w moim mniemaniu właśnie zacząłeś zjazd po równi pochyłej. Pogoń za bohaterem nie ruszyła od razu, bo, wnioskuję, nie od razu wygadała się puszczalska córka kupca – skąd te zbiry wiedziały, gdzie szukać? Ślady tak długo pozostawały wyraźne? Dalej: powieszenie. Zleceniodawcy mają zwyczaj żądać dowodów wykonania zamówienia – a tu wieszają faceta tak, żeby nie od razu kipnął. Po co, pytam? Wykonać robotę i pędzić po zapłatę, a nie zostawiać żywego i sobie odjechać… Musieli odjechać, bo ta czarodziejsko czy diabelsko ożywiona ofiara Doenitza musiałaby tych ścigających “posprzątać”, gdyby czekali na koniec spektaklu… Partacze. Znaczy, Ty zrobiłeś z nich pacanów, nie płatnych zabójców… No i to dziewczę – pal diabli, konszachty z nieczystymi siłami, autonekromancja czy co jeszcze – ale taką lebiegę na wykonawcę zemsty wybrać? Inna sprawa, czy miałby szanse przeciw ludziom Doenitza… Prędzej uwierzyłbym w swoisty sojusz ofiary gwałtu i zabójstwa – oboje mieliby motywy, ona zemsty z pomocą bohatera, on – odzyskania dobrego imienia i majatku w zamian za pomoc.

Mnie też zaskoczyło, że zabójcy nie upewniają się, że ofiara zeszła. W pełni zgadzam się z opinią Adama na temat takiego postępowania. Ech, trudno o dobrego płatnego mordercę. Pogoń mogła ruszyć wcześniej, bo w końcu kupiec mógł chcieć odzyskać kasę i zemścić się za uszkodzoną łapkę. Ale w takim wypadku, odebraliby bohaterowi sakiewkę, a ze złości, że pustawa – chabetę i inne ruchomości.

Zdanie “nie potrafiła utrzymać ani majtek na tyłku, ani języka za zębami” fajnie brzmi, ale w średniowieczu (typowe dla fantasy uniwersum) majtek jeszcze nie znano.

Z resztą => zresztą.

Cały czas przyjemnie się czyta i cały czas sądzę, że lepiej wstawić całość.

Babska logika rządzi!

Bohater, mimo że się zbytnio do zemsty nie nadaje, został do niej wybrany. Tyle, że w historii chodzi nie o zemstę a o niego właśnie. Od momentu gwałtu, a nawet od historii w Koenitz, dokonuje wyborów, które zaważą na jego życiu.

 

W “Trylogii Husyckiej” Sapkowskiego główny bohater przez większość pierwszego tomu nie potrafi umknąć pościgowi, choć ma pojęcie o magii, potrafi wybierać właściwe drogi. A jednak z trudem umyka pościgowi (a potem popełnia głupotę i pcha się w paszczę lwa, to jednak inna sprawa). W moim opowiadaniu szybko zostaje odnaleziony.

 

 Postawiłem na okrucieństwo kary powieszenia (opisany sposób wieszania jest ,z punktu widzenia ofiary, o niebo gorszy od tradycyjnego). Pomyślałem też jak osiłek: znalazłem gościa, związałem, powiesiłem tak, by się męczył, nim umrze. Nikt go nie uratuje, sam się nie uwolni, robota załatwiona – można jechać się napić.

– Nie ważne, kim lub czym jestem – nieważne

A ja będę bronić -13-go. Wcale nie powiedział dokładnie, czyje zbiry go dogoniły.  To bohater się domyśla, że dogoniły go zbiry pana von Gladbach. Tyle dziewek wychędożył, że mógł to być dowolny tatusiek. Może zażądał, żeby Franz cierpiał, ale zbyt mało zapłacił, żeby zbirom chciało się czekać na efekt swojej roboty.  Przyznaję jednak, że jest to mało wiarygodne. Ale mnie i tak tekst się podobał, choć miałam ochotę przerwać czytanie przy opisie wioski. Ale to jest właściwie komplement – opis był krwisty i barwny, tyle że ja nie przepadam za takimi scenami (wyjątek > sama je piszę). Natomiast wydaje mi się, że wybór Franza na narzędzie zemsty jest jak najbardziej uzasadniony. Dziewczyna jednocześnie mści się i wykorzystuje osobę Franza, który nie udzielił jej pomocy, mimo że miał świadomość tego, co za chwilę się stanie. 

Czekam na następne fragmenty

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Opisałeś dwa zdarzenia, dorzuciłeś garstkę wspomnień bohatera, zasygnalizowałeś pojawienie się sił nadprzyrodzonych i zamiast odsłonić dalsze losy Franza, podziękowałeś za uwagę.

Skoro wstrzymałeś się z publikacją dalszego ciągu, ja także się wstrzymam z wyrażeniem opinii. ;-)

 

„…jednak mi do podobnej wprawy było daleko”. – …jednak mnie do podobnej wprawy było daleko.

 

„Pergamin i pióro mają ciekawą właściwość, że ludobójstwo…”Pergamin i pióro mają ciekawą właściwość

Franz nie ma prawa znać słowa ludobójstwo.

 

Z resztą nie miało to szczególnego znaczenia”. – A bez reszty miało znaczenie? ;-)

Zresztą, nie miało to szczególnego znaczenia.

 

„Stała przede mną bosa, w podartej, znoszonej spódnicy i strzępach poplamionej krwią bluzki, które ledwie okrywały jej ciało”. – Wydaje mi się, że dziewczyna miała na sobie koszulę lub giezło, nie bluzkę.

 

„Zamarłem przerażony, nie mogąc jednak oderwać wzroku od tego makabrycznego spektaklu”. – Wolałabym: …od tego makabrycznego widowiska/ widoku.

 

Z resztą nawet, gdyby kolory wyblakły, ten herb poznałbym wszędzie”.Zresztą nawet, gdyby kolory wyblakły, ten herb poznałbym wszędzie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Poprawki naniesione. Dziękuję za wytknięcie błędów.

Mi się podobało i w większości zgadzam się z komentarzem Bemik. We wrzucaniu w kawałkach jest ten problem, że niektóre wydarzenia mają swoje wyjaśnienie później, dlaczego akurat tak, a nie inaczej się stało, a zanim pojawi sie odpowiedni fragment, który to wyjaśnia, niektóre rzeczy wydają się “nielogiczne”. Co do tego, że Franz został wybrany jako sprawdza zemsty jest dla mnie logiczne, bo jest to też kara dla niego, taka podwójna zemsta dziewczyny. Chociaż z tymi drabami co go wieszali, mogłoby być lepiej wyjaśnione, czemu spartolili robotę.

 

Czekam na następne kawałki.

Nowa Fantastyka