- Opowiadanie: uthModar - Słonecznik mamusi

Słonecznik mamusi

Opowiadanie zostało wyróżnione w konkursie grozy “Moje CIAŁO, moje WIĘZIENIE” z 2012 roku. Dotąd nie było nigdzie publikowane; przypomniałem sobie o nim porządkując dysk i postanowiłem wrzucić na portal, bo trochę czasu minęło od mojego ostatniego “literackiego razu”.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Słonecznik mamusi

Cześć! Nazywam się Zosia, mam dwanaście lat i jestem grubą świnią.

 

Chyba w ten sposób muszę się przedstawić, bo właśnie tak opisują mnie inni. No dobrze, trochę odwróciłam kolejność. Najpierw jest gruba świnia, potem dwanaście, a na samym końcu imię, ale przeważnie zmienione. Zosia jest zbyt zwyczajna, koledzy i koleżanki wolą Zosię-Prosię. Może powinnam być im wdzięczna? Świnki, wbrew temu, co się o nich uważa, to inteligentne i czyste zwierzątka. Istnieje mnóstwo bardziej obraźliwych przezwisk.

 

Nie wiem. Może.

 

Jestem taka duża, odkąd pamiętam. Tyle się teraz mówi o problemach z chormona gruczołami, o ge-ne-ty-ce, ale to takie pitu-pitu. Jestem duża, bo dużo jem. O. Niefajnie, jak ludzie obwiniają cały świat, jeśli doskonale wiedzą, że problem tkwi w nich samych. Mogę być Zosią-Prosią, ale nie Zosią-Kłamliwą Prosią.

 

Ważę ponad siedemdziesiąt kilo. Lubię jedzenie i nie umiem z niego zrezygnować. Próbowałam przejść na dietę, ale za późno się za to wzięłam. W gazetach piszą, że na efekty trzeba czekać miesiącami, a przecież nikt nie przestałby mnie wyzywać, nawet jakbym powiedziała, że się odchudzam. Wiem, jakie są dzieciaki. Nie mam tyle cierpliwości, by znosić zaczepki i w spokoju obserwować, jak wskazówka wagi pooowoooli zaczyna przesuwać się w lewo. Może jakbym zaszyła się w Himalajach, ale tu w mieście nie ma żadnych gór, tylko same haudy hałdy węgla. Jedząc leczę smutki. Smutki biorą się z tego, że jem. BŁĘDNE KOŁO! Przeczytałam o błędnym kole w jednej książce. To ciekawe, prawda?

 

Oprócz jedzenia lubię właśnie książki, dlatego wydaje mi się, że jestem trochę mądrzejsza od rówieśników. Książki rozwijają wyobraźnię. Kiedy nie masz przyjaciół, co innego zostaje? Telewizję oglądam rzadko, do gier czy internetu mnie nie ciągnie. Mamusia od najmłodszych lat podsuwała mi jakieś lektury. Gdyby na nich poprzestała, zamiast serwować też potrójną dokładkę obiadu, może wyglądałabym inaczej. Ale nie mam do niej pretensji. Chciała pewnie zrekompo zrekompensować śmierć taty, poświęcić mi całą uwagę. Pragnęła, żebym była szczęśliwa. Rozpromieniona buzia nad talerzem stanowiła dobry trop. „Jesteś wspaniałym kwiatuszkiem, wiesz?”, mówiła i gładziła moje włosy, kiedy pałaszowałam jedzonko. Blond włosy są chyba jedynym ładnym elementem Zosi-Prosi. Często słyszałam: „Słonecznik mamusi”.

 

Słonecznik to ładne przezwisko. Szkoda, że inni wolą grubą świnię.

 

Gdy podrosłam, sama już wybierałam sobie książki. Najbardziej lubię baśnie i FANTASY. Wygrałam nawet konkurs na szkolne opowiadanie. Pisałam o księżniczce zamienionej w żabę, którą pocałował rycerz i przywrócił jej prawdziwą postać. To było orginalne oryginalne, bo w bajkach to zawsze książę jest żabką. Dostałam dyplom i słownik ortograficzny. Słownik to niefajna nagroda, ale i tak się cieszyłam. Mamusia miała łzy w oczach i powiedziała, że jej słonecznik będzie kiedyś najlepszą pisarką na świecie. Obiecałam, że pierwszą książkę zadedu zadedykuję jej. Marcin stwierdził, że pewnie napiszę poradnik o hodowli świń. Klasa się śmiała i wszyscy zaczęli chrumkać. Chrum chrum chrum. Było mi przykro. Nie płakałam, bo przecież słoneczniki to takie kwiatki, co nie płaczą, tylko się uśmiechają.

 

Czasami zamykałam oczy i marzyłam, że jestem księżniczką z opowiadania, którą wiedźma zamieniła nie w żabę, a w brzydką Zosię-Prosię. Wystarczy, że przytuli mnie dzielny rycerz, słodko pocałuje (jak Robert Pattinson <3 ) i zły czar pryśnie. Zosia-Prosia zamieni się w Lady Zuzzi, będzie miała błękitną suknię i naszyjnik z pereł, i będzie piękniejsza niż Joanna Krupa (dziewczyny mówią, że to super modelka, ale mi się średnio podoba). Gdy zwierzyłam się z tego mamie, uśmiechnęła się, ale jakby trochę smutno. „Zosiu, ty jesteś piękna, masz piękne serduszko”. Tak powiedziała. „Liczy się, co mamy w środku. To jest najważniejsze, słoneczniku”.

 

Mamusię rok temu przejechał samochód. Bardzo płakałam i wyzywałam Pana Boga, że jak mógł to zrobić, jak mógł zabić najpierw tatę, potem mamę. To niesprawiedliwe! Inni są ładni i mają rodziców, a ja jestem brzydka i nie mam. Przygarnęła mnie ciocia. Chyba mnie za bardzo nie lubi, bo rzadko się odzywa i patrzy tak… no, zupełnie jak dzieciaki w klasie. Kuzynka Monika powiedziała nawet, że mama specjalnie rzuciła się pod auto, bo nie mogła patrzeć na takiego spaślaka jak ja. Przepłakałam wtedy cały tydzień. Mama nigdy nie nazwałaby mnie spaślakiem. Byłam jej kwiatuszkiem.

 

Przyszła do mnie w nocy, parę tygodni po pogrzebie. Usiadła przy łóżku, znowu gładziła moje włosy i szeptała na uszko, żebym się nie bała, że wszystko się ułoży, że jest jej teraz dobrze i z góry czuwa nad swoim kochanym słonecznikiem. Powiedziała, że widzi przyszłość, widzi, jak rośnie we mnie cudowny kwiat i kiedyś wszyscy będą go podziwiali. Chciałam ją objąć i już nigdy nie wypuścić, ale mamusia rozpłynęła się w powietrzu. To było dziwne, ale się nie bałam. Może tylko troszkę.

 

Czekałam, czekałam i nic. Minęło już tyle czasu, ale dalej jestem Zosią-Prosią, nie żadnym kwiatuszkiem. Już traciłam nadzieję, myślałam, że mama mnie okłamała, ale wczoraj wpadłam na pomysł. Jak się ucieszyłam! Kwiatki rosną przecież w ziemi. Pewnie jestem taką doniczką, w moim serduszku tkwi małe ziarenko i potrzebuje miejsca, żeby rozwinąć listki. Nie chcę go dłużej więzić.

 

Mama miała rację. Środek jest przecież najważniejszy.

 

Dlatego właśnie leżę na torach. Kiedy moja głowa oderwie się od szyi, kwiatuszek wewnątrz poczuje słoneczko i opuści brzydką skorupę. Zakwitnie. To będę prawdziwa ja. Proszę, zerwijcie mnie dopiero wtedy, kiedy urosnę duża i wspaniała. Potem zanieście na grób mamy. Nie chcę, żeby podziwiał mnie cały świat, trochę się wstydzę.

 

Chcę być słonecznikiem mamusi.

 

Zosia Majewska

Koniec

Komentarze

Zosia-Prosia, skoro w swoim krótkim życiu przeczytała tyle książek, powinna być trochę bardziej rozsądna. Z drugiej strony, zabezpieczyłeś się przed takim zarzutem wspominając o jej ulubionym rodzaju książek… No nie wiem, może tym, i fatalnym stanem psychicznym da się zakończenie wytłumaczyć, ale naciągane jest trochę. Tylko trochę.

Ale napisane to jest – świetnie.

Przekreślenia trochę mnie drażniły, bo wyglądają sztucznie, ale chyba spełniły swoją rolę.  Wow, całość naprawdę zrobiona świetnie.

Tintinie, od czytania książek raczej nie nabiera się rozsądku. Czasem wręcz przeciwnie. :)

 

Okrutne to. A czyta się świetnie.

Pamiętam tamten konkurs i wiem, ze chciałam wziąć w nim udział, ale zbrakło mi pomysłów. Potem czytałam (nawet chyba znalazły się na tym portalu) dwa albo trzy opowiadania na ten temat.  I właściwie ucieszyłam się, że jednak nie zdecydowałam się pisać, bo ja tak nie potrafię.  Twój tekst jest wstrząsający przez swoją prawdziwość – ludzie, a szczególnie dzieci potrafią być okrutne. Ten pożegnalny list dwunastoletniej dziewczynki jest napisany znakomicie. Gratulacje!

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Znakomicie napisane i porażające :) gratki.

Tylko nie "Tęcza"!

Czy ja wiem, ocho… Słuchaj, ja jestem na etapie wbijania mojemu trzyipółletniemu synkowi do głowy różnicy między filmami rysunkowymi a rzeczywistością. Wydaje się, że skubaniec całkiem nieźle ją rozumie. Dla przypomnienia, bohaterka “Słonecznika” ma lat 12…

Ale, jak zastrzegłem wyżej, to nie jest jakiś bardzo poważny zarzut, można spokojnie tę sytuację wytłumaczyć skopanym życiem dziewczyny. Niepoczytalność i te sprawy.

Jeju. Uderzające jest to. Serio. Bardzo mnie to wzruszyło, chociaż mi to niedużo potrzeba, jeśli potrafię poryczeć się na bajce Disneya i nie musi to być wcale Król Lew…

Doskonale wczułeś się w rolę tej dziewczynki. W jej psychikę, osobowość i odczucia. W sposób dosadny pokazałeś, jak rzeczywistość potrafi być okrutna i smutna…

Gratuluję pomysłu na wykonanie tego :)

"O Boże! ja bym mógł być zamknięty w łupinie orzecha i jeszcze bym się sądził panem niezmierzonej przestrzeni" Hamlet

Komentarz zawarłem w kliknięciu.

Piekne opowiadanie.

UthModarze, bardzo sprawny i poruszający kawałek prozy. Brawo.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Pozostaje mi dołączyć do grona szalenie usatysfakcjonowanych lekturą i kliknąć tam, gdzie kliknąć muszę.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

świetnie napisane i wzruszające (pamiętaj o fragmencie na główną):)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Dobre, wzruszające, przerażające – bo ewentualnie realne, świetnie napisane. Same plusy. Pomysł ze skreśleniami wykorzystany znakomicie. Lecę nominować.

 

Sorry, taki mamy klimat.

Aż się miło człowiekowi na sercu robi, kiedy czyta Wasze komentarze. Dzięki serdeczne i bardzo się cieszę, że szort przypadł do gustu.

Jeszcze nie za bardzo orientuję się w tych nowościach, które wprowadzono na odświeżonym portalu (swoją drogą bardzo dobra robota), ale to chyba dobrze, że tekst za Waszą sprawą wylądował w Bibliotece :)

Mam wrażenie,  że przeczytałam opowiadanie trochę inaczej niż pozostali.

Po pierwsze mamusia jest sadystką.  Tuczy córkę, później kiedy wszyscy się  z niej śmieją, mówi jej, że jest piękna w środku… To jest sadyzm w czystej postaci.

[Oczywiście dzieci  też są małymi sadystami i takimi sadystami zostaną do końca życia, po prostu nauczą się zakładać maski.]

Mamy mamusię, która doprowadza własne dziecko do samobójstwa…

 Po drugie miałam wrażenie, że dziewczynka jest troszeczkę mało inteligentna.  Rozumiem powody samobójstwa, ale kwiatek??? 

 Mamy więc lekko upośledzoną/niezrównoważoną dziewczynkę [możemy założyć, że konkurs wygrała, bo ktoś się nad nią zlitował], która jest przekarmiana przez matkę sadystkę [wiem, wiem… śmierć ojca/męża, ale to tłumaczy zachowanie dziecka, a nie matki, która rozumie konsekwencje swojego postępowania]. Dodatkowo matka utrzymuje dziecko w kompletnym oderwaniu od rzeczywistości… Koszmar. Wszyscy do leczenia.

Nie wiem, czy takie były zamierzenia autora, ale taka mi wyszła interpretacja. 

Ogólnie tekst na plus.

 

Smutna kobieta z ogórkiem.

Fakt, że dziewczyna wydaje się nie być do końca sprawna umysłowo. Ale o mamusi sadystce mimo wszystko jakoś nie pomyślałam, czytając skupiłam się na Zosi-Prosi… ; p

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Uch, mocne (choć gdzie tu fantastyka?)

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

@Virginia, zastanawiałem się, czy ktokolwiek odczyta szorta właśnie w ten sposób, nie pozwalając, by współczucie wobec Zosi przesłoniło źródło problemu. Innymi słowy: 10 punktów dla Gryffindoru! ;)

@dj, a nocne przytulanki z duchem mamy to nie fantastyka? O ile oczywiście założymy, że bohaterce nic się nie przyśniło.

Może wykwitnąć dyskusja jak pod tekstem Virginii ostatnio… Czasem granica jest cienka. Jedni uznają, że nocne przytulanki to fantastyka. Inni powiedzą, że dziecko miało nie po kolei w głowie i to tylko wytwór jego wyobraźni, a wtedy fantastyki nie ma. I bądź tu człowieku mądry…

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Na potrzeby tego portalu przyjmijmy, że to nie było przywidzenie ;D

na potrzeby tego portalu zostańmy przy tym, że to doskonały, mocny i horrorowaty szorcik

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Naprawdę świetne. Niestety współczucie dla Zosi przyćmiło mi sadyzm mamusi, a uwypukliło okrucieństwo dzieciaków. Czemu nie zareagował nauczyciel?! – to pytanie cały czas kołatało mi w głowie. 

Świetne, tak czy inaczej :D

Świetnie napisane – ale o tym chyba już wiesz :) Smutno mi tej Zosi… :C

Pisz tylko rtęcią, to gwarantuje płynność narracji.

Podobnie jak poprzednicy, z przyjemnością przeczytałem opowiadanie.

Dziewczynka żyjąca pod presją całe lata, próbowała ratować skórę uciekając w inny świat. Nie udało się po tym jak samochód rozjechał jej mamę (jakoś nie wierzę, że to samobójstwo – nie ma w tekście uzasadnienia, tylko wredny, złośliwy tekst kuzynki). Czytanie książek, Tintinie, nic tu nie zmienia, chyba że czyta się tak dużo, że nie ma się czasu na samobójstwo. Dla mnie więc zakończenie nie jest ani trochę naciągane.

Ale nikt mnie nie przekona, że to opowiadanie fantastyczne. Kontakt z duchem matki musiał być tylko przywidzeniem. To nic nadzwyczajnego, zwłaszcza w nocy i po takiej traumie. Uznawanie, że była to rzeczywistość jest nadinterpretacją, która zepsułaby efekt końcowy.

Czytanie książek, tfurco, zmienia wszystko. Szczególnie jeśli się je porówna z nieczytaniem.

Książki otwierają horyzonty myślowe, niezauważenie uczą psychologii, dają pozytywne i negatywne wzorce postaw – domyślam się, że nie trzeba Ci tego tłumaczyć. Jeśli ktoś od wczesnego dzieciństwa pochłania książki i wciąż żyje, to znaczy, że rozumie, iż zadławienie się jabłkiem kończy się definitywną śmiercią, a nie zaśnięciem. Że zabłądzenie w lesie skończy się zgonem z wyczerpania, a nie ratunkiem w ostatniej chwili. Że picie podejrzanych napojów nie spowoduje magicznego wzrostu. Walka z olbrzymem na 99% będzie przegrana. A całowanie żab wywołuje pojawienie się kurzajek.

Nie, obstaję przy swoim, że o ile pięcio– czy siedmiolatek jest “usprawiedliwiony” skacząc z okna z okrzykiem “I’m Batman!”, o tyle nastolatka – nie bardzo. Fantazja z rzeczywistością mogłaby jej się do tego stopnia pomieszać ewentualnie w stanie ekstremalnego stresu, i takie usprawiedliwienie, choć jak dla mnie trochę naciągane, przyjmuję, albo (ciekawy trop!) przy niskiej inteligencji.

Sugerujesz, że inteligencja zapobiega samobójstwom? Albo pomieszaniu zmysłów? Nie znam statystyk, ale wątpię. Jednak masz prawo obstawać przy swoim zdaniu.

Sugeruję, że im więcej młody człowiek przeczyta bajek, tym mniej skłonny będzie do wiary w to, że po śmierci wyrośnie z niego słonecznik. Sugeruję też, że ktoś o niskiej inteligencji, mimo wielu książek na koncie, różnicy między bajką a rzeczywistością nie pojmie. Czy mówię coś kontrowersyjnego?

uthModarze, przywołaj mnie – jakby co – do porządku za offtop:)

Tekst w bibliotece (gratulacje), ale jakiś taki nieotagowany. Ty miałeś prawo nie wiedzieć, bo na portalu dużo się zmieniło, ale Bibliotekarze mogliby słówko podszepnąć. ;) Niech będzie, że sam dodam kilka możliwie neutralnych tagów.

Pomysł. Biorąc poprawkę na temat konkursu – super. Pozakonkursowo – może być, ale bez szału, m.in. ze względu na niską wiarygodność wydarzeń (konkretnie finałowego pomysłu bohaterki)  w połączeniu z niską zawartością fantastyki, która pomogłaby próg dla wiarygodności nieco obniżyć.

Język. Kurczę, świetnie napisane. Sprawnie, ale zarazem dziecięco i dziewczęco, ze stylizowaną, językową i emocjonalną naiwnością. Bardzo pozytywnie wpływa na wiarygodność bohaterki. Pomysł z błędami oceniam na plus. Swoją drogą pamiętam szkolne konkursy literackie i wydaje mi się, że wygrała m.in. za sprawność językową, wynikającą pewnie w jakimś stopniu z oczytania.

Matka. Cóż, zdarza się, całkiem życiowa postać. Ewidentnie krzywdzi dziecko, ale jednak z miłości. Wywołuje u czytelnika emocje, budzi konflikt, czyli jest dobrze. Do tego poznajemy ją przez jej czyny, dzięki czemu w krótkim tekście mamy dość sprawną kreację bohatera z pogranicza pierwszego i drugiego planu.

Fantastyka. Jakby nie to, że w moim ostatnim tekście wcale nie ma jej więcej, to pewnie bym tu zaczął grymasić, bo co tu dużo ukrywać, sprawa mocno dyskusyjna. Najlepiej niech to Loża oceni przy nominacjach do piórek.

Kreacja bohaterki. Bardzo podobają mi się wszystkie wzbogacające jej postać dygresje w rodzaju zastanawiania się nad swoim imieniem bądź przezwiskiem. Wszystkie jej rozważania na temat matki etc. W połowie krótkiego przecież tekstu czuję, że znam Zosię-Prosię na tyle dobrze, aby stała mi się bliska i abym mógł odczuwać emocje w końcówce.

List. Jeśli już miałbym się do czegoś przyczepić, to zgrzyta mi nieco struktura samego listu pożegnalnego. Rozumiem Twój zamysł – ukazanie w nim ewolucji głównej bohaterki. To się akurat udało. Rozumiem, czemu pozwoliłeś sobie na wyraźne podkręcenie tempa akcji w końcówce – w końcu właszcza w młodym wieku im dalej w tekst, tym pisze się szybciej. Dla dramaturgii jest to z pewnością korzystne.

Ale na mój chłopsko-robotniczo-inteligencki (zależnie na którą część rodziny patrzeć) rozum nie jestem przekonany, czy to, że wraz z podkręceniem tempa akcji wzrasta również poziom zafiksowania bohaterki. Jakby chodziło tylko o relacjonowane czyny, to jeszcze pół biedy, ale w grę wchodzi cała stylizacja. O ile początkowo pisze jak zrównoważoną dziewczyna, na koniec pisze jak wariatka, a to przecież ten sam list, raczej nie pisany na raty. Czy bohaterka, która jest w stanie psychicznym z końcówki tekstu, przez większość listu będzie ot tak spokojnie pisać? 

Nie uznam tego za błąd, bo mimo wszystko jest to możliwe. Może mimo zafiksowania jest na tyle pogodzona ze swoim losem (więcej – traktuje śmierć nie jako coś złego, ale krok ku lepszemu życiu, więc ją to cieszy), że może z siebie ten spokój wykrzesać. Może zmiana języka pod koniec listu wynika również z podekscytowania tym, co się akurat w tym momencie pisze – takie tłumaczenie brzmiałoby wiarygodnie. Stąd moje pytanie – jak Ty jako autor to widziałeś podczas pisania?

Lecą smoki pod obłoki, wiatr im kręci smocze loki

Ewidentnie krzywdzi dziecko, ale jednak z miłości.

Wow… 

Wiem, że to nie w temacie opowiadania, ale z miłości się nie krzywdzi.

Smutna kobieta z ogórkiem.

Moja bratowa rozpuszcza swoje dzieci na potęgę. Moim zdaniem robi im w ten sposób krzywdę. Ale że robi to z miłości, tego nie zaneguję.

Trener mojego ulubionego klubu stawiał regularnie na tego samego zawodnika pomimo wyraźnego spadku formy. Zrobił mu w ten sposób krzywdę, bo chłopak stał się dla kibiców kozłem ofiarnym i był w kolejnych meczach coraz bardziej wyszydzany, aż się spalił psychicznie i zaczął grać jeszcze gorzej. Ale trener zrobił to w dobrej wierze, licząc, że się przełamie, albo uważając, że wcale nie gra źle.

Czasem można chcieć dobrze, ale źle wychodzi. Dlatego można krzywdzić z miłości.

Lecą smoki pod obłoki, wiatr im kręci smocze loki

Ja również nie rozumiem argumentu, że mamusia musiała być sadystką, skoro utuczyła córkę. Rozumiem, że spełniając jej zachcianki, starała się jej coś tam zrekompensować. Do tego nie trzeba być sadystką, wystarczy być nie do końca dojrzałą i rozsądną matką. A takich jest pełno, wystarczy się rozejrzeć.

Brajcie, w czym bratowa rozpuszcza dzieci? I czy na pewno robi to z miłości?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nie neguję tego,  że Twoja bratowa kocha swoje dzieci, ale wydaje mi się, że akurat powodem  samego rozpuszczania może być coś innego, nie miłość. Inne wytłumaczenie – Twoja bratowa nie uświadamia sobie konsekwencji tego, co robi, tzn. nie wie, że szkodzi. Wybacz, że komentuję, ale sam podałeś przykład z własnej rodziny.

Przypadek z opowiadania wydaje mi się dużo bardziej drastyczny. Dziecko jest dosłownie prześladowane, matka o tym wie.  Otyłość niszczy zdrowie dziewczynki i prawdopodobnie znacznie skróciłaby jej życie w przyszłości. To jest oczywiste. Mimo to matka chrzani coś o słonecznikach i nic konkretnego nie robi. To jest świadome robienie krzywdy. 

 

Smutna kobieta z ogórkiem.

Regulatorzy: Pozwala im na wszystko, łącznie z wyrażaniem braku szacunku do starszych, z drugiej strony nie pozwalając innym przemówić im do rozsądku, gdy się źle zachowują. Nie mam wątpliwości, że robi to, bo te dzieci kocha. Ale tego co robi nie pochwalam, bo nic dobrego z tego nie wyrośnie.

Ale to tak poza tematem.

 

Zachowanie matki z opowiadania wg mnie można interpretować na różne sposoby, bo nie jest ono tak dokładnie przedstawione, zresztą szczegółowy opis zaburzyłby strukturę tekstu. Znamy pobieżną relację dziewczynki, reszty możemy się domyślać.

Moim zdaniem ta matka akurat nie wie, że szkodzi, nie zdaje sobie z tego sprawy. Może brzmi to dla Ciebie jak naciąganie, ale naciągana jest cała opowieść (dziecko wierzące, że wyrośnie z niego kwiatuszek, jeśli się zabije na torach).

Lecą smoki pod obłoki, wiatr im kręci smocze loki

Ach, to w porządku, choć to nie w porządku! A ja wyobraziłam sobie, że bratowa stosuje jakieś kwasy i inne rozpuszczalniki. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A to jest wręcz znakomity pomysł na drabbla…

Lecą smoki pod obłoki, wiatr im kręci smocze loki

Sadyzm matki to moja interpretacja. Dla mnie krzywda jest oczywista, ale rzeczywiście opowiadanie pozostawia możliwość różnego tłumaczenia sytuacji. 

Brajcie wybacz, możesz olać to co mówię, bo nie jestem żadnym ekspertem, ale to co robi Twoja bratowa nie ma nic wspólnego z miłością. Nie twierdzę, że ona tych dzieci nie kocha, ale to konkretne postępowanie na pewno nie wynika z miłości, ma jakieś inne źródło. 

Smutna kobieta z ogórkiem.

Samo powiedzenie “robić coś z miłości” nie jest na dobrą sprawę wg mnie powiedzeniem dosłownym. Ja Ci przyznaję rację, że konkretne postępowanie ma inne źródło. Z miłością chodzi mi o to, że robi coś, co uważa, że będzie dobre dla jej dziecka. Choć oczywiście dla Zosi-Prosi nie jest to ani trochę dobre.

Lecą smoki pod obłoki, wiatr im kręci smocze loki

Widziałam kiedyś pewną instalację jakiegoś studenta krakowskiej ASP – zakręcony słoik ze smoczkiem w środku. Dzieło nosiło nazwę “Rozpuszczone dziecko”. Nie wiem, jaki kwas został użyty, skoro smoczek się ostał. :)

Wykorzystaj pomysł, Brajcie, skoro uważasz, że to możliwe. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy, ale złapałaś mnie na tym, nie domyśliłem się zupełnie o co chodzi, choć teraz jak czytam Twoje pytanie, to było oczywiste. :-)

Lecą smoki pod obłoki, wiatr im kręci smocze loki

;-)

I dziękuję za obszerne wyjaśnienie, jak bratowa rozpuszcza. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Z miłością chodzi mi o to, że robi coś, co uważa, że będzie dobre dla jej dziecka. Choć oczywiście dla Zosi-Prosi nie jest to ani trochę dobre.

I tu się pojawia pytanie jak wiele można wytłumaczyć brakiem wiedzy, brakiem zrozumienia konsekwencji swojego postępowania, błędnymi przekonaniami. Czy rodzic, który pierze dzieci pasem i twierdzi, że to doskonała metoda wychowawcza, robi to, bo tak myśli, czy dlatego, że jest to przykrywka dla jego sadyzmu, nieradzenia sobie z agresją, innych problemów, które ma ze sobą?

Oczywiście głośno będzie mówił, że bije bo kocha i to dobre dla dziecka, ale jakie są tak naprawdę przyczyny takiego postępowania?

W przypadku Zosi-Prosi matka nie  rozumie konsekwencji swojego postępowania, jest kompletnie niezaradna życiowo, więc woli nie dostrzegać problemu, czy ma skłonności sadystyczne?

Takie tam moje dywagacje. 

Smutna kobieta z ogórkiem.

Jestem pod wrażeniem. Bardzo ładnie napisany kawałek wyśmienitej prozy. Mocne :) Super !!! Chociaż brakuje tu fantastyki, ale cóż, rekompensuje bardzo dobry i przemyślany pomysł.

"Wszyscy jesteśmy zwierzętami, które chcą przejść na drugą stronę ulicy, tylko coś, czego nie zauważyliśmy, rozjeżdża nas w połowie drogi." - Philip K. Dick

Mocne. Bardzo mi się podobało.

Widząc tyle zachwytów, oczywiście muszę się a priori nie zgodzić. Dobra, teraz przeczytam. 

(…) Przeczytałem. Mocne :)

Ale z drugiej strony, oddzielając mięsko od kości, mamy:

 

– dziecięcy list,

– otyłą, nieprzystosowną, niezbyt rozgarnię bardzo otwartą dziewczynkę,

– której umiera mamusia… ( i tatuś)

– i ta popełnia samobójstowo

Troszkę jak billboard z kampaniI “Przekaż swój 1% na pomoc sierotom”, ale elementy poskładane w całość jak się patrzy. 

 

 

 

Pan Wysokiego Domu

Mocny, dobrze napisany tekst, ale zgrzyta. Co nie znaczy, że nie spodobał mi się jako horrorowaty szorcik.

 

Przyjmuję bez problemu postać zaślepionej, nadopiekuńczej mamusi – bo widziałem przypadki, kiedy rodzic krzywdzi dziecko, myśląc, że sprawia mu przyjemność. Tak, to może byćt rozpuszczanie, tyle, że zdrowego rozsądku w braku umiejętności przewidywania konsekwencji. Pamiętam wzrok pewnej mamy, kiedy ośmieliłem się powiedzieć – przy okazji jakiejś wywałki podczas prób stawania przez dziecko – że “przecież ból jest naturalnym elementem poznawania świata, uczy co bezpieczne, co nie” – niby argument został przyjęty, ale ten morderczy wzrok… Wyszedłem na nieczułego ch… ;-) Ale to właśnie ten typ zaślepienia.

 

Zgrzyta wiek dziecka z infantylnością argumentacji prowadzącej do radosnego samobója, “żeby wyrósł kwiatek”. Jako dwunastolatek też siedziałem po uszy w książkach fantastycznych, ale nie miałem problemów z odróżnieniem rzeczywistości od wyobraźni. To faktycznie, wskazuje na pewne upośledzenie – umysłowe lub tylko na warstwie psychiki? – a czemu przeczy bardzo trzeźwa i autoironiczna dywagacja na temat przezwiska Zosię-Prosię. Która, notabene, podobała mi się najbardziej ;-) Ta niespójność leje po mordzie, kłuje palcem w oko i kopie w jaja. Ewentualnie wykręca sutki, będzie bardziej unisexowo. Gdybyś coś z tym zrobił, uthModarze…

 

Poza tym świetnie napisane, kapitalny pomysł z wykorzystaniem przekreśleń, by oddać ręcznie pisany list, dobry pomysł na treść i formę. Nic tylko chwalić. ;-)

 

 

 

 

 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Wzrusza, smuci, niepokoi… Bardzo udanie wczułeś się w rolę dwunastolatki i świetnie opisałeś jej wewnętrzne przeżycia. 

Bardzo dobry tekścik.

Bardzo dobre opowiadanie. Nietuzinkowy pomysł i świetne wykonanie. Fantastyki jednak nie dostrzegłem.

Pozdrawiam

Mastiff

Przeczytałem. Tekst jest niezły, budzi pewne emocje, ale z drugiej strony mam siostrę w mniej więcej wieku  bohaterki i za nic nie jestem w stanie kupić tej końcówki listu w wykonaniu protagonistki  ; )

I po co to było?

Wypada z pewnych względów wypowiedzieć się szerzej.

Postać matki Zosi, konkretnie jej postępowanie po utracie męża, mam za nieco sztuczną z jednej, wystarczająco wiarygodną z drugiej strony. Tak gwałtowna i radykalna odmiana życia może wpłynąć w sposób częściowo zaślepiający i rozchwiewający normy i etyczne, i logiczne. Sama natomiast Zosia… Cóż, dlugotrwałe i wielokrotne powtarzanie tej samej mantry matczynej, że tak to nazwę, z wysokim prawdopodobieństwem może sprawić to, co sprawiło w opowiadaniu, czyli doprowadzić do fałszywych wniosków i decyzji. Sam element fantastyczny – słonecznik ukryty wewnątrz – poczytuję za oryginalny, interesujący i dobrze rozegrany.

Niepokojący, to słowo, które polubiłem ostatnio, a które pasuje do tego opowiadania. Tak, ten tekst jest niepokojący. Dobrze napisany, trochę naciągany, choć przestrzegający zasad jakiejś tam logiki, ale przede wszystkim niepokojący. Jednak sam fakt, że potrafisz wzbudzić w czytelniku takie emocje uważam za najbardziej pozytywny, a nawet jeśli nie pozytywny to przynajmniej pozytywnie świadczący o twoich umiejętnościach literackich.

Zacznijmy od tego, że tekst jest niefantastyczny, ewentualnie fantastyczny “na odwal się ;P

Największym atutem tego opowiadania, w moim przekonaniu, jest język, sposób, w jaki zostało napisane. Idzie się przez nie gładko, nawet pomimo tego, że dwunastolatka być może powinna pisać gorzej – nie zwracasz na to uwagi.

Z drugiej strony, nie wiem czy to ja jestem jakiś taki nieempatyczny, ale do momentu śmierci matki, historia dziewczynki zupełnie mnie nie poruszyła. Normalna sprawa, dziewczyna jest gruba, dzieciaki są podłe, to się z niej śmieją. Tekst nie był na tyle sugestywny, żeby mnie poruszyć. Potem jednak był doskonale sugestywny fragment ze śmiercią matki i ciotką oraz jej córką. I kiedy już myślałem, że koniec końców opowiadanie wywarło na mnie pozytywne wrażenie, nadeszło zakończenie.

Wybacz mocne słowo (wynika ono z mojego rozczarowania tekstem) ale moim zdaniem jest ono po prostu tak naiwne, że aż bzdurne. Wcześniej nie odniosłem wrażenia, żeby dziewczynka była upośledzona, a żeby rzucić się pod pociąg bo “zostanę kwiatuszkiem” to trzeba mieć mocno nie po kolei w głowie, jak na dwunastoletnie dziecko.

Administrator portalu Nowej Fantastyki. Masz jakieś pytania, uwagi, a może coś nie działa tak, jak powinno? Napisz do mnie! :)

historia dziewczynki zupełnie mnie nie poruszyła. Normalna sprawa, dziewczyna jest gruba…

Ty, zdaje się, drogi Berylu, byłeś z tej drugiej strony ;)

 

Trzeba mieć mocno nie po kolei w głowie, żeby rzucić się pod pociąg bo “zostanę kwiatuszkiem”

Dobrze ujęte, choć można delikatniej np. “trzeba popaść w psychozę” :)

 

Przy czym dalej uważam, że tekst pachnie billboroardowo-sierocińcową sztampą. Ale ze smakiem, odrobinę. I te akurat argumety, moim skromniusim przecież zdankiem, są nietrafione ;P

 

Masz rację, w mistrzostwach empatii bym na twoim miejscu nie stratował bez solidnego treningu :)

 

 

 

Pan Wysokiego Domu

Panie, beryl w jednym ma rację – dwunastolatek rozumie już całkiem sporo. Co innego siedmio-, ośmiolatek – w tym wieku kwiatuszek ma jak najbardziej rację bytu. Nadal twierdzę, że największy dysonans jest właśnie między trzeźwym początkiem a późniejszym ześlizgiem w nieco infantylną fantazję.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

PsychoFish, Pana niekoniunkturalny wpis nie bierze pod uwagę psychotycznego scenariusza, który jest aż nadto kolący w kamerki. Wpędzaniem powiastki w fantastykę czyni się jej krzywdę, zupełnie jak uczeniem leworękiego dłubać w nosie kciukiem prawym :)

Pan Wysokiego Domu

Mocny tekst, tylko finał trochę naciągany. 

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

KCIUKIEM, Panie? To raczej pod koniec życia, kiedy dziurka już mocno wyrobiona…

(offtop, przepraszam)

Ja zawsze dłubię w nosie kciukiem i uważam taki sposób dłubania za naturalny, bo mogę dzięki temu chwycić nos między kciuk a palec wskazujący. Poza tym paznokieć przy kciuki mam zwykle dłuższy, co dodatkowo pomaga w dłubaniu.

Mam nadzieję, że to mi życia nie skróci. :P

Lecą smoki pod obłoki, wiatr im kręci smocze loki

Co ci poradzę,  brajcie? Krasnoludy, u których stosunek obwodu dziurki do obwodu kciuka ma się jak 1:1,  tak już mają. A po kroku drapią się piątym. Z tych samych powodów, że tak subtelnie zażartuję z rana. 

Pan Wysokiego Domu

Hmm… największą zaletą używania kciuka (przez szczęśliwców szczodrze obdarzonych przez Naturę w kwestii szerokości wejścia) wydaje mi się to, że eliminujemy niebezpieczeństwo przypadkowego uszkodzenia mózgu w przypadku eksplorowania głębiej położonych pokładów.

Z drugiej strony – mniejsza długość kciuka stanowi jego wadę, być może niektórym utrudniającą osiągnięcie celu.

Ach, te wybory… Postępować bezpiecznie czy gonić za efektem za wszelką cenę?

Życie dorosłego jest ich pełne:(

Trochę mało fantastyki. Ten duszek to taki listek figowy.

Stylizacja na dziewczynkę bardzo fajna, tylko trochę mi się rozjechało w końcówce z powodu czasu teraźniejszego. Zosia pisała list, leżąc na torach?

A co do matki… Mogła jeszcze być zaślepiona i uważać, że jej dziecko jest śliczne i zdrowo wygląda.

Babska logika rządzi!

Podobało mi się :)

Znam tylko pięć liter ;)

Nowa Fantastyka