- Opowiadanie: zygfryd89 - Trumna Hioba

Trumna Hioba

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Trumna Hioba

Studio pogrążyło się w mroku. Kopuła nad głowami widzów przemieniła się w widziane z Ziemi nocne niebo. Gwiazdozbiory zdawały się tańczyć, mknąc ze wschodu na zachód. Nagle znieruchomiały i widownia wstrzymała oddech. Fragment nieboskłonu pomiędzy Pegazem a Orłem zaczął rosnąć, objął całe sklepienie, setki kolejnych gwiazd rodziły się w każdym fragmencie animowanego nieba.

– Gwiazdozbiór Delfina – oznajmił podekscytowany prowadzący. – To właśnie tam wyruszą nasi śmiałkowie. Dokąd dokładnie? Oto przed państwem – kopułę zdominowała karmazynowa gwiazda, wokół której wędrowały świetliste punkciki – WD 4103! Czerwony karzeł, który, waszymi głosami, od dziś zwie się Okiem Jaszczurki! Krąży wokół niego planeta WD 4103 b, cel naszej wyprawy. Zanim przejdę do szczegółów, pragnę ogłosić, że ją również będziecie mogli państwo nazwać.

Anhel w skupieniu analizował słowa prowadzącego. WD 4103 b. Pierwsze słyszał. Nic dziwnego, Korporacja Teletex wszystkie swe obiekty trzymała w ścisłej tajemnicy. Dziewicze globy czekające, by ukazać się ludzkości w najbardziej spektakularny z możliwych sposobów – w relacjonowanym na żywo programie typu reality show. Cztery pięcioosobowe grupy śmiałków ruszały, by na oczach miliardów poznawać i badać nowy świat. I przy tym rywalizować o główną nagrodę. Anhel wkrótce miał się stać członkiem takiej ekspedycji.

Od zawsze uwielbiał gwiazdy. Wiedział, że ongiś, gdy zanieczyszczenie światłem było mniejsze, mrugały na ziemskim niebie. Kiedy będąc małym chłopcem, oglądał wczesne edycje „Tańca wśród gwiazd” (z tym samym prowadzącym, który w jakiś magiczny sposób wcale się nie postarzał), marzył, że pewnego dnia wyruszy w niezbadaną otchłań kosmosu. Dorósł jednak i zamiast gwiezdnym odkrywcą został pracownikiem produkcji w jednej z niezliczonych fabryk. Szare, niczym nieróżniące się od siebie dni jego dorosłości skutecznie zabiły wszelkie marzenia.

Do programu zgłosił się, bo wszyscy to robili. Miliardy na dziesiątkach planet. Zeskanowanie organizmu, wpisanie danych – wszystko trwało krócej od chwili. W dniu ogłoszenia wyników naboru do czterdziestej edycji męczył go okrutny kac, była to bowiem niedziela. Ledwo zdołał podłączyć się do studia, „zasiadł” na widowni, nie opuszczając swojego domu, i o mało nie udławił się obiadem. Komputer wylosował jego nazwisko. Miał polecieć w nieznane.

Zamiast podekscytowania czuł głównie strach.

Prowadzący wyjawił, że glob jest rozmiarów podobnych do Ziemi, orbituje blisko swej gwiazdy, rok trwa tam trzydzieści cztery ziemskie dni. Posiada atmosferę, zaobserwowano życie. Anhel wzdrygnął się, gdyż przypominał sobie wczorajszy sen. W śnie tym trafił na planetę, gdzie żyły dinozaury. Wylądował, i nie minęło nawet pięć minut, nim go pożarły. Ustanowił absolutny rekord programu.

Później rozpoczęto prezentację uczestników. Trafił do grupy wschodniej. Cierpliwie czekał na swą kolej, gdy przedstawiano pozostałe ekipy. Widownia – dwa, może trzy tysiące – wiwatowała energicznie. Anhel wiedział jednak, że na trybunach są miliardy. Podłączeni, niewidoczni, anonimowi.

Jako pierwszy z jego grupy przedstawiony został Zletan – prawdziwa legenda. Anhel dostrzegł go już wcześniej i był tym faktem na równi podekscytowany (wystąpi u boku takiej sławy!), jak i zasmucony (szybko pożegnał się z marzeniami o zwycięstwie). Zletan, żwawy, twardy jak skała starzec, był prawdziwym mistrzem przetrwania. Pracował ongiś w polimetalicznej kopalni na jednej z asteroid. Wylosowali go przed laty, porwał tłumy, zwyciężył. A potem jeszcze wiele razy. Prowadzący przywitał go jak starego przyjaciela.

Po nim na scenę wstąpiła drobniutka, niezbyt urodziwa kobieta. Debiutantka z losowania, jak się dowiedział. Na imię było jej Alya. Denerwowała się bardziej od Anhela.

Trzeci był elegancko wystrojony mężczyzna w średnim wieku. Pit, jak przedstawił go gospodarz. Anhel uznał, że nie ma w nim nic interesującego, publiczność jednak była innego zdania.

Potem pojawiła się kolejna gwiazda – uczestniczka czterech edycji, malarka, pisarka, piosenkarka i ambasadorka wszystkiego, zwana Aksamit. Jej prawdziwego imienia, jak i nieskażonego operacjami plastycznymi wyglądu, nikt nie znał. Anhel musiał przyznać, że jest piękna i urocza. Gdy się uśmiechała, widać było każdy zainwestowany przez Teletex dolar. Tłum ją uwielbiał.

– Piątym członkiem grupy wschodniej jest… Pamiętacie jego imię? Wylosowaliśmy je całkiem niedawno. Anhel! Powitajmy go brawami!

Wyszedł na scenę wśród owacji i zapomniał o całym strachu. Padały pytania, tłum ryczał. Nic z tego później nie pamiętał.

*

 „Dator” był statkiem-legendą, olbrzymim Gwiezdnym Wędrowcem, który z daleka przypominał skarabeusza, a z bliska potężne miasto. Transportował uczestników każdej edycji. Wraz ze szczęśliwą dwudziestką na jego pokładzie znalazły się setki pracowników stacji i tony sprzętu tak drogiego, że Anhel bał się czegokolwiek dotykać.

Podróż na WD 4103 b zaplanowano na pięć dni. W mniej niż tydzień mieli dotrzeć tam, gdzie światło wędrowałoby przeszło sto lat. Anhel zdawał sobie sprawę, że Telewizja używa specjalnych tuneli czasoprzestrzennych, które zwano Przekopami Teletexa (ponoć każdy, kto dysponował odpowiednią kwotą, mógł taki zamówić), mimo wszystko nie mógł się temu nadziwić.

W trakcie podróży do gwiazd nie sposób było się nudzić. Pierwszego dnia zaznajamiano ich z milionem procedur, zakazów i nakazów. Odbyła się też krótka transmisja.

– Widzowie muszą się z wami oswoić – rzekł prowadzący. – Bądźcie swobodni. Udawajcie, że kamery nie istnieją.

Drugiego dnia nakreślono im kolejny milion procedur, tym razem odnośnie pobytu na WD 4103 b.

– Gdy już wylądujecie, możecie mieć zawroty głowy i trudności w oddychaniu. To minie.

Trzeci dzień był bliźniaczo podobny do drugiego.

– Teleportacja na statek jest ostatecznym rozwiązaniem. W razie zagrożenia wciśniecie płytkę w płatku małżowiny usznej i opuścicie planetę. Oznacza to waszą eliminację z programu.

Potem panowie w fartuchach wszczepili im lokalizatory, w oczy kamery, a do uszu mikrofony i procesor teleportujący. Poddawano ich szczepieniom i innym, niezrozumiałym dla Anhela zabiegom. Nic nie bolało.

Czwarty dzień mieli wolny. Urządzili więc imprezę. Zletan pił jak wielbłąd i pozostałym trudno było dotrzymać mu kroku. Okazał się takim samym sympatycznym gadułą, jakim Anhel zapamiętał go z programu.

– A teraz pytanko – odezwał się starzec. – Wiecie, że gwiazdozbiór Delfina zwą Trumną Hioba?

– Kim był ten Hiob? – zabełkotała wstawiona Aksamit. Anhel, który zdążył bardzo ją polubić, zaczął wykładać biblijną historię, lecz wyraz twarzy kobiety sugerował, iż nic z tego nie pojmuje.

– Złowieszcza nazwa – orzekł Pit.

– Nieprawda – sprzeciwił się Zletan. – Śmierć Hioba wcale nie była smutna. Zmarł i poszedł do nieba. Bo kto, jak nie on?

Pit pokiwał głową. Okazał się bardzo miłym, choć nieco wycofanym człowiekiem. Anhel go zaakceptował. Niestety, nie mógł tego samego powiedzieć o Alyi. Kobieta nie potrafiła zintegrować się z grupą. Spoglądała na towarzyszy, jakby skrzywdzili jej rodzinę. Była małomówna i nerwowa.

Na szczęście byli jeszcze ludzie z grupy zachodniej. I północnej. I południowej.

Piątego dnia wytłumaczono im procedurę lądowania.

– Dlaczego ostatnio nie było żadnych transmisji? – zainteresował się w pewnej chwili Pit.

Prowadzący uśmiechnął się szeroko.

– Nie chcieliśmy was niepokoić. Od dwóch dni stale jesteście na wizji.

Anhel poczuł, jak uginają się pod nim kolana. W tej chwili miliardy ludzi widziały jego oczami. Słyszały jego uszami. Dziwne uczucie.

Szkoda, że nie mogą poczuć mojego kaca – pomyślał. Zanotował w pamięci, żeby po powrocie do domu zajrzeć do telewizyjnego archiwum i odtworzyć wczorajszy wieczór, z którego nic nie pamiętał.

*

– Musicie jedynie skoczyć – powtórzył prowadzący. Za jego plecami otwarty właz ukazywał chmury mknące po błękitnym niebie, jakby żywcem przeniesione z Ziemi. Anhel wcale nie czuł, że przybył na inną planetę.

Pozostałe grupy skoczyły wcześniej. Nikt nie stchórzył. Jeden na stu uczestników programu odpadał, zanim postawił nogę na lądzie. Anhel zawsze się z nich naśmiewał. Już nigdy tego nie zrobi. Żałował, że jego plecaka nie wyposażono w ogromną dłoń do popychania bojaźliwych uczestników.

Zletan stanął na tle nieba i po chwili już go nie było. Aksamit i Pit również skoczyli bez zawahania.

Jego kolej. Podszedł do krawędzi, po raz setny sprawdził, czy ma założony plecak.

– Mogłabyś mnie popchnąć? – szepnął do Alyi.

– Sam musisz to zrobić. Inaczej cię zdyskwalifikują.

Z oczu kobiety wyczytał, że bardzo liczy na jego porażkę. Nie mógł jej dać tej satysfakcji.

Skoczył.

Ziemia była rosnącym gobelinem, na którym umieszczono wszystkie możliwe kolory, lecz dominowała szarość. Anhel krzyczał. Wiatr targał jego ciałem, zabierał słowa gdzieś daleko. Na dole dostrzegł trzy małe, ledwo dostrzegalne sylwetki. Zamknął oczy.

Nigdy nie przeżył czegoś tak wspaniałego i przerażającego zarazem. Czuł się wolny. Jak ptak po latach wypuszczony z klatki.

Podniósł powieki dopiero, gdy poczuł szarpnięcie. Komputer w plecaku otworzył spadochron. Czasza płynęła w powietrzu, prezentując nowemu światu olbrzymie logo Teletexu. Linki sterownicze same kierowały, aby Anhel wylądował w ustalonym miejscu.

Po jakiejś wieczności zarył nogami w trawę. Natychmiast zdjął plecak, który wzniósł się w niebo, odleciał z powrotem na statek. Rozejrzał się. Tutejsze słońce, jeśli dokładnie się przyjrzeć, było bledsze i większe od ziemskiego. Łąka, na której wylądowali, była popielata. Rosły na niej dziesiątki kolorowych kwiatów. Nieopodal wznosił się szaro-biały las. Coś, co równie dobrze mogło być dużym owadem jak i małym ptakiem, odfrunęło z sykiem.

Alya opadła dziesięć metrów dalej.

– Zgrabne lądowania – pochwalił wszystkich Zletan. – Idziemy zobaczyć nasz nowy plac zabaw?

*

Anhel nie miał wiele czasu, by przygotować się do programu. Telewizja zapewniła jedynie podstawowe przeszkolenie polegające na wszczepieniu treści kilku podręczników, w tym takich bestsellerów jak: „Survival na obcej ziemi” czy „Tysiąc lat wstecz”. Oczywiście miał też do dyspozycji trzydzieści dziewięć dotychczasowych edycji – prawdziwą skarbnicę wiedzy każdego nowego uczestnika.

Problem w tym, że po raz pierwszy program odbywał się na planecie krążącej wokół czerwonego karła.

– To cud, że obserwujemy tam życie – rzekł jeden z uczonych jeszcze podczas podróży „Datorem” – Karły świecą słabo, więc by pojawiła się woda, planeta musi krążyć blisko. A to zwykle prowadzi do obrotu synchronicznego, glob zwrócony jest do swego słońca wciąż tą samą stroną. Druga pozostaje zimna i martwa. Tu jednak jest inaczej. Co więcej, gwiazda tego typu wykazuje dużą aktywność. Jest jak zdenerwowana kobieta, czerwona i wciąż robi wyrzuty. Nie bójcie się jednak, na WD 4103 b jest spokojnie. Na razie.

Anhel przypomniał sobie te słowa, krocząc skrajem szaro-białego lasu. Co pewien czas spoglądał w niebo, jakby w obawie, że gwiazda zaraz ich wszystkich spopieli. Głównie jednak podziwiał dolinę, w której się znaleźli. A było co podziwiać.

Ciągnące się po horyzont łąki otoczone były przez góry, niewysokie i zalesione – pejzaż szary niczym jego dotychczasowe życie, lecz wcale nie ponury. Odcienie szarości były bowiem tłem dla tysięcy barw, zupełnie jakby ktoś rozsypał po okolicy niezliczoną ilość klejnotów.

Nigdy wcześniej nie widział takiego ogromu nieskażonej natury. Na Ziemi oczywiście zachowały się podobne obszary, lecz trzymano je pod wielkimi kopułami. Kiedyś nawet planował się wybrać do jednej, ale odstraszyła go cena biletu.

– Czy liście i trawy nie powinny być zielone? – zapytał głupio czwórkę towarzyszy.

– Myślę, że to ma jakiś związek z fotosyntezą i promieniowaniem gwiazdy – odparł Pit.

Dolina opadała łagodnie. Dotarli do miejsca, gdzie rosły kwiaty przypominające oszlifowane rubiny. Wśród nich pasło się przypominające małą kozę stworzenie. Zwierzę spoglądało na przybyszów z zaciekawieniem.

– Kto podejdzie i pogłaszcze? – zapytała Aksamit. – Pierwszy kontakt ze zwierzęciem to dziesięć punktów.

– Przed chwilą rozdeptałem robaka – rzekł Anhel. – Liczy się?

Aksamit posłała mu rozbawione spojrzenie i z gracją buldożera zaczęła deptać kwiaty . Logo Teletexu na jej bluzce falowało na wietrze.

– No, hyć, hyć, mała kózko – zapiszczała w taki sposób, że Anhel, był pewien, iż w całym kosmosie nie znalazłoby się stworzenie, który by przed nią nie uciekło.

Zwierzę obnażyło cztery rogi i odskoczyło.

Kobieta wycofała się ze skwaszoną miną.

Zletan spróbował jako drugi. Z równie miernym skutkiem.

Przyszła kolej na Anhela. Stąpał powoli, wdychając cudowne, nieskażone powietrze. Nawiązał kontakt wzrokowy ze zwierzęciem, chciał mu przekazać, że nie musi się obawiać, że kroczy przed nim przyjaciel.

Koza zabeczała i uciekła.

Niemal usłyszał śmiech miliardów widzów. Na szczęście Pitowi poszło jeszcze gorzej. Gdy zaczął się zbliżać, stworzenie zabeczało przeraźliwie, wpadło w panikę, uciekło w popłochu.

– Jesteście popierdoleni – rzuciła Alya i ruszyła za zwierzęciem.

Chwilę potem dostrzegli, jak kobieta tuli przerażoną kózkę. Anhel mógłby przysiąc, że w oczach czworonoga dostrzegł łzy.

*

– Baza? Skarabeusz? Jesteście tam? Zadanie pierwszego dnia wykonane – zameldował Zletan, machając dłonią przed oczami towarzyszy. – Mamy wodę i jedzonko.

Nie było trudno. Na dnie doliny znaleźli rzeczkę. Małe, skrzydlate ryby szybowały nad nią niczym niezwykła, zmierzająca na niezrozumiałą wojnę eskadra. Napełnili bidony, które, oprócz noża i zapałek, były elementem ekwipunku uczestnika.

Do wodopoju przychodziły zwierzęta – jedne przypominały małe żyrafy, inne duże jaszczurki. Pojawiały się też znane im kozy, olbrzymie, pokryte pancerzem dziwadła o wielkich kłach oraz kudłate stworzenia, które wskakiwały do wody i chwytały latające ryby. Zletan musiał jedynie stanąć w dogodnym miejscu.

Zasztyletował coś, co przypominało małego jelonka.

Niedługo potem Oko Jaszczurki skryło się za górami, nadając niebu kolor intensywnego różu. Wraz z zapadnięciem ciemności w powietrze wzbiły się setki świetlików – maleńkie wyspy zielonej jasności przypominające walczących z nocą żołnierzy.

Upiekli zdobycz na ognisku, zameldowali się.

Prowadzący zmaterializował się pod postacią hologramu.

– Witam grupę wschodnią. Jak nastroje?

– Cudnie – odparła rozpromieniona Aksamit.

– Ta zwierzyna wygląda smakowicie, szkoda, że nie mogę się poczęstować. Gratulacje, grupo. Wasz pierwszy dzień był interesujący. Alyo, zaimponowałaś mi z tamtym zwierzęciem.

Kobieta nie odpowiedziała.

– Co słychać w szerokim świecie? – zapytał wesoło Anhel.

– Świat jest tu, nad tym strumieniem. Wszyscy was oglądają, są z wami. No, chyba że akurat obserwują inną grupę. W południowej działo się, oj działo. Coś ich zaatakowało… Właściwie to nie wiemy, co to było. Trzech się teleportowało. Ale nie bójcie się. Nad tą sprawą pracują nasi najlepsi uczeni.

Anhel poczuł ulgę na myśl, że nie odpadnie jako pierwszy.

Rozmawiali z prowadzącym bez końca, jakby był ich dobrym znajomym, który przypadkowo wpadł w odwiedziny. Gdy mężczyzna zniknął, ułożyli się do snu.

Anhel spoglądał w gwiazdy, tysiące gwiazd. Gdzieś tam była Ziemia z jej wielkimi miastami i zatrutymi oceanami.

Wcale nie tęsknił.

*

Śniło mu się, że wędrował w dół rzeki. Nie było z nim grupy, nie obserwował go żaden widz. Czuł się jak więzień oswobodzony z kajdan, jak ptak lecący pod niebo.

Ptak. Było w nim coś dziwnie znajomego. Leciał przed Anhelem, jakby go gdzieś prowadził. Wyglądał jak ziemska kawka. Nagle mężczyznę naszła przerażająca myśl, iż cała wyprawa była jedynie snem i nigdy nie opuścił rodzinnej planety.

Gdy dotarli do niewielkiego gaju, ptaszysko skryło się pośród przypominających dłonie, bordowych liści niewielkiego drzewa. Gałęzie tańczyły smagane przez wiatr.

O pień opierała się kobieta. Wyglądała niczym odlana ze złota. Spoglądała na Anhela trudnym do rozszyfrowania wzrokiem.

Chciał do niej przemówić, zapytać, kim jest, lecz się przebudził.

Coś wyło w oddali. Anhel przypominał sobie stare historie o wilkach zamieszkujących dawne lasy Ziemi. Wzdrygnął się, podpełznął bliżej ogniska i ponownie zapadał w sen.

*

– Czy widzicie niebieski dym, który formuje się w logo naszej Telewizji? – zapytał prowadzący. – Znaczy miejsce, w którym zostawiliśmy dla was artefakt. Kto pierwszy do niego dotrze, zostanie nagrodzony trzydziestoma punktami i nagrodą-niespodzianką. Powodzenia. – Zniknął.

Aksamit uciszyła towarzyszy i przemówiła:

– Nie róbmy wyścigu, panowie i pani. Chodźmy tam razem, jak grupa. – Gdy zakończyła apel, Zletana już wśród nich nie było. – A to stary drań! – krzyknęła zniesmaczona. Podczas tych czterech krótkich słów Pit również zdążył czmychnąć. – Anhelu, Alyo, a jak wy zapatrujecie się na mą odezwę?

– To wszystko jest tak głupie – odrzekła Alya. – Przeganiają nas jak krowy na pastwisku.

– Po cholerę zgłosiłaś się do tego programu? – odparował w jej kierunku Anhel. Kobieta posłała mu urażone spojrzenie.

Aksamit natomiast uśmiechała się do niego uroczo.

– To jak będzie, aniołku?

Nie umiał odmawiać kobietom. Razem udali się w stronę dymu.

– Anhelku, zwolnij, proszę – zapiszczała, gdy olbrzymie sylwetki drzew o popielatych liściach otoczyły ich niczym armia zastygłych w oczekiwaniu upiorów. – Boli mnie stopa. Nie dam rady wędrować tak szybko. A sama się boję. Tu jest strasznie.

– Mkniemy z szybkością emeryta bez nogi. Nie da się iść wolniej.

Chwilę później Aksamit udowodniła, że jednak jest to możliwe.

Droga prowadziła w górę zbocza gęstym, wypełnionym śpiewem ptaków i szelestem liści lasem. Przez korony drzew sączyły się promienie Oka Jaszczurki, poszycie zasłane było grzybami. Wczoraj w nocy Anhel zauważył, iż grzyby te świecą w ciemnościach, każdy gatunek innym kolorem. Najwspanialsza była jednak woń tutejszych drzew, delikatna, niemal namacalna.

Aksamit odwróciła się nagle.

– Czekaj, Anhelku! Stop!

– Co zobaczyłaś? – zapytał ze strachem.

– Spójrz, jaki piękny krajobraz! Szkoda, że nie mam przy sobie pędzla, farb i sztalugi.

Tylko by tego brakowało.

– Ruszajmy. Przed zmierzchem musimy dotrzeć do dymu.

Spojrzała na niego jak matka na dziecko, które niczego nie potrafi pojąć.

– Przecież po to tu jesteśmy, prawda? Podziwiać piękno obcego świata!

Anhel otworzył usta, lecz nic nie powiedział. Co bardziej się dla niego liczyło: przygoda czy wygrana?

– Masz rację. I tak ich nie dogonimy.

Spacerowali niespiesznie, rozkoszując się lasem. Aksamit opowiadała mu o swej nowej książce, której akcję umieściła w pradawnej puszczy, świadomie lub nie reklamując pozycję miliardom widzów.

Gdy osiągnęli szczyt, znów zatrzymali się na chwilę, by spojrzeć na rozciągające po horyzont lasy, malownicze góry oraz lśniące w blasku tutejszego słońca rzeki i jeziora.

Schodząc, natrafili na śliczny potok, w którym pławiły się tysiące maleńkich ryb. Podążyli jego brzegiem, mijając niezliczone kaskady. Słup dymu był już blisko.

Wtedy spomiędzy drzew wyłoniło się bezszelestnie zwierzę – potężne czworonożne stworzenie o długim pysku i grafitowej sierści. Zajęta rozmyślaniem Aksamit zrobiła ku niemu dwa kroki, nim znieruchomiała i krzyknęła.

Drapieżnik zawył znajomo.

– Powoli się wycofaj – szepnął do kobiety Anhel. – Żadnych gwałtownych ruchów.

– Ale… on… – Cofnęła się. Zwierzę postąpiło krok do przodu.

– Wskakujemy do strumienia – zdecydował.

Aksamit jakby go nie słyszała. Drżała, lecz nie ruszyła się z miejsca.

– O Boże… co za koszmar – wydukała i podniosła rękę.

– Nie rób tego – szepnął.

Stworzenie zbliżyło się na kolejny krok. Wtedy Aksamit pisnęła po raz ostatni, chwyciła się za ucho i zniknęła.

– Cholera! – krzyknął, wskoczył do wody i popłynął z nurtem. Zwierzę usiadło na brzegu i ponownie zawyło, odprowadzając go wzrokiem.

Strumień zaprowadził go niemal pod sam dym. Gdy dotarł przemoczony, ujrzał Pita, który z zadowoleniem przyglądał się złotej figurce. Jak się potem dowiedzieli, ufundował ją zakład wyrobów cukierniczych, jeden ze sponsorów programu. Jej wnętrze wypełniały słodycze, którymi zajadali się przez kolejne dwa dni.

– No cóż – rzekł Zletan na wieść o teleportacji Aksamit – w poprzedniej edycji odpadła już pierwszego dnia. Tym razem wytrzymała trzy. To chyba jej rekord.

*

We śnie Anhel znów podążył za kawką. Gdy dotarł do drzewa o bordowych liściach, ujrzał znajomą twarz.

– Kim jesteś? – zapytał kobietę. Pomijając lśniące, przepełnione wiedzą oczy oraz złote włosy, wyglądała jak Ziemianka. Anhel w całym swym życiu nie widział piękniejszej istoty.

– Jestem pyłem dawno umarłych gwiazd – odparła. – Podróżnikiem z miejsca tak odległego, że ludzie nigdy tam nie dotrą. Dzieckiem tego, co nazywasz WD 4103 b.

– Mieszkasz tu? W tych szarych lasach?

– Szarych? – Uśmiechnęła się słodko. – One są złote.

Rozejrzał się zaciekawiony, lecz ujrzał taki sam widok, jaki rozpościerał się przed nim od początku pobytu.

– Dlaczego się ze mną spotkałaś?

– Wiem, że zawsze marzyłeś, by wzbić się w niebo na skrzydłach ptaka. Zróbmy to.

Anhel miał tylko chwilę, by nadziwić się, skąd ta istota zna jego skryte marzenie, bowiem szybko zdumiał się po raz kolejny.

Wylądował przed nimi latający wierzchowiec. Mężczyzna rozpoznał w nim kawkę. W jakiś magiczny sposób urosła do rozmiarów gryfa.

Polecieli. Ponad górami, spośród których wciąż tlił się słup dymu. Ponad ogromną równiną, gdzie pasły się tysiące różowych, czworonożnych przeżuwaczy. Wreszcie ponad morzem, nieskończoną otchłanią, którą zachodzące Oko Jaszczurki zabarwiło na karmazynowo. Dziesiątki małych wysepek dzielnie znosiły uderzenia fal.

Gdy frunął wtulony w kobietę, pragnął nigdy się nie obudzić. Był wolny, czuł się jak pan tego świata.

A gdy w blasku zachodzącej gwiazdy jeszcze raz spojrzał na oddalające się lasy, wydały mu się złote.

Sen odszedł nagle i Anhel o mało nie spadł z gałęzi, na której nocował w obawie przed leśnymi drapieżnikami. Pit i Zletan drzemali na sąsiednich drzewach. Jedynie Alya, odporna na dobre rady, ułożyła się na ziemi.

Może coś ją zjadło – pomyślał z nadzieją, spoglądając w dół. Niestety, kobieta wciąż tam była.

Zamknął oczy i próbował zasnąć, marząc, by znów przyśniła mu się kawka.

*

– Wytrzymaj – prosił bliski rozpaczy Anhel. – Jeszcze tylko trochę. Kawałeczek. Jesteś dobrą tratewką i nie zrobisz mi tego, prawda?

Konstrukcja, na której płynął, na wyrost nazwana tratwą, rozpadła się jak domek z kart. Na szczęście woda była ciepła, na nieszczęście – pełna nieznanych mu organizmów. Przypomniał sobie wczorajszy wieczór, podczas którego z jeziora wygramolił się jakiś pokraczny stwór. Przypominał prastarego płaza, który właśnie wyewoluował, aby zrobić im na złość. Musieli naprędce przenieść obóz.

Dopłynął do brzegu bez problemów. Pit i Zletan już tam na niego czekali. Ich tratwy okazały się solidniejszej. Na tej stworzonej przez starca Anhel nie bałby się wyruszyć w zamorski rejs. Jednak to Pit był najszybszy.

Alya wciąż była w wodzie. Odmówiła zbudowania łodzi i oznajmiła, że przeprawi się wpław. Anhel nie omieszkał zauważyć, że płynęła sprawniej od niego.

– Gratuluję wszystkim – rzekł prowadzący. Pojawił się, gdy byli już w komplecie. – Winszuję osobom, które pokonały jezioro suchą nogą, i tym, którym poszło trochę gorzej. – Uśmiechnął się do Anhela. – Minęło już dziesięć dni. Przypomnę więc punktację. W waszej grupie lideruje Pit z trzystoma punktami, Zletan ma ich na koncie dwieście trzydzieści. Alya i Anhel idą łeb w łeb, oboje po osiemdziesiąt punktów. Oczywiście są jeszcze te ukryte, przyznawane przez widzów. Wyjdą na jaw ostatniego dnia.

– Jakie wieści z innych grup? – zapytał Anhel. Tak naprawdę wcale go to nie interesowało. Wiedział, że jego szanse na wygranie są już tylko iluzoryczne.

– Południowa przestała istnieć. Pamiętacie? To tam trzech się teleportowało już pierwszego dnia. Dwaj pozostali śmiertelnie się pokłócili i nie pociągnęli długo. W grupie północnej wciąż komplet, stawka wyrówna, punkty rozkładają się równo. W zachodniej zostały trzy osoby. Jedna ma ponad trzysta punktów. Tak że starajcie się, grupo! Na koniec ważna wieść. Zakończyło się inne głosowanie widzów. Od dziś WD 4103 b to Grafitowy Poranek.

– Nazwa oddająca ducha tego miejsca – stwierdził Pit.

Niedługo potem prowadzący pożegnał się i znikł. Na Grafitowym Poranku zapadała kolejna noc.

*

Przebudziło go ciche kliknięcie. Otworzył oczy i ujrzał przed sobą ciemną sylwetkę Zletana.

– Ty… co?

Mężczyzna przyłożył palec do ust, nakazując Anhelowi zachować milczenie, i wyszeptał pięć bardzo absurdalnych słów:

– Nikt nie może nas usłyszeć.

Nie całkiem przytomny Anhel zgodził się kiwnięciem głowy. Po chwili jednak zapytał:

– Ale przecież… widzowie…

Był tak zdezorientowany, że nie sprzeciwił się Zletanowi, gdy ten złapał go za rękę i zaciągnął do lasu. Zatrzymali się dopiero, kiedy obozowe ognisko zniknęło za drzewami. Starzec wyjął i pokazał niewielkie urządzenie. Było tak ciemno, że Anhel nie zdołał rozpoznać żadnych szczegółów.

– Mój wynalazek – wyznał z dumą. – Takie gówienko, a potrafi przechytrzyć wielki Teletex.

– O rety… zaczyna się wariactwo…

– Czy wiesz, jak działają nasze kamery i mikrofony?

– Nie. I nie chcę wiedzieć. W co ty mnie próbujesz wciągnąć?

– Nagrywają tylko to, co widzimy i słyszymy. Gdy zapadamy w sen, mikrofon nie słyszy nic. Zrobili tak, by było realistycznie. Moje urządzenie wyłącza te ustrojstwa. W tej chwili smutni panowie na „Datorze” myślą, że śpimy.

– I po co ich tak oszukiwać?

– Żeby poczuć wolność! Nikt nas nie szpieguje. Gdy nocą samotnie ruszam do lasu, wtedy czuję, że naprawdę żyję. – Zletan aż promieniował ekscytacją. – Lokalizator i mechanizm teleportujący też nie działają, i w tym cała zabawa!

– Zaraz, zaraz. – Anhel zatrzymał się. – Załóżmy, że coś nas teraz zaatakuje. Co wtedy? Zginiemy?

– To by im dopiero wywindowało oglądalność! – zaśmiał się i wręczył mu drugie, identyczne urządzenie. – Wystarczy przełączyć i po kilkudziesięciu sekundach wszystko wróci do normy. Pomyślą, że się obudziłeś.

– Kilkadziesiąt sekund… To kupa czasu…

– Tak, tak, wiem, ryzykujemy życia. O to właśnie chodzi! Przykro mi, że cię w to wciągnąłem, ale musiałem. Trzy edycje samotnych wędrówek znudziłyby każdego. Trzeba mi było towarzysza. Padło na ciebie. Lubię cię bardziej od Pita.

Zleten ruszył przed siebie, a Anhel, wciąż oszołomiony, podążył za nim.

Las wyglądał pięknie i upiornie zarazem. Grzyby miejscami rosły tak gęsto, że tworzyły różnobarwny, świecący dywan. Jaśniały też owady i dziwne narośle na pniach. Gwiazdy, niezliczone jak ziarnka piasku na pustyni, mrugały uroczo. Były też inne niebiańskie obiekty.

– WD 4103 c. – Zletan wskazał malutki, jasnoniebieski punkcik. – A tam WD 4103 d. Oczywiście, jeśli w międzyczasie nasi widzowie nie nadali im nowych nazw. A ten szybko poruszający się punkcik, to nasz statek-matka, ciekawskie oko, „Dator”. Widzimy ich, a oni nas nie widzą. Czyż to nie wspaniałe?

– Mam nadzieję, że gdzieś za naszymi plecami jakaś para groźnych stworów nie napawa się podobnym stwierdzeniem.

– Marudzisz, Anhel. Bo zacznę żałować, że nie wziąłem Pita.

– Dokąd właściwie zmierzamy?

– Upolować bestię.

– Cudownie. A nie lepiej nazbierać grzybów? Niektóre wyglądają groźnie.

– A skąd!

– Na polowanie może wybrać się każdy, wystarczy niedobór oleju w głowie. Grzybobranie po ciemku… to dopiero coś!

– Bestia szwenda się za nami od kilku dni. To ta sama, która napadła cię nad strumieniem.

– Było, minęło – odparł szybko. – Nie mam pretensji. Właściwie to weszliśmy jej w drogę.

Zletan uzbrojony był w łuk, dwa dodatkowe noże i coś w rodzaju krótkiej dzidy – wszystko zrobił własnoręcznie. Po lesie poruszał się bezszelestnie i zwinnie. Mimo to Anhel wcale nie czuł się przy nim bezpiecznie. Niestety, było zbyt późno, by zawrócić. Nie trafiłby do obozu.

Zaczęli więc tropić. I rozmawiać. Po raz pierwszy szczerze, bez kamer, bez świadków.

– Pit wygra tę edycję – oznajmił Zletan. – Nie wiem, skąd go wytrzasnęli, bo przecież nie z losowania, ale jest dobry i potwornie zdeterminowany. Należy mu się zwycięstwo.

– Nie jesteś rozczarowany?

– Skądże. Ja już swoje wygrałem. Mam pieniądze, a tę drugą nagrodę zawsze odrzucałem. Nie zależy mi na laurach, choć kiedyś było inaczej. Pierwsza moja edycja, byłem nikim. Pamiętasz? To wtedy Telewizja zaliczyła wpadkę, gdy nie dostosowała naszej flory bakteryjnej do planety…

– Edycja biegunek i wymiotów – dopowiedział Anhel.

– Zgadza się. Wygrałem, bo miałem najsilniejszy układ pokarmowy. To dzięki tym latom spędzonym na asteroidzie, gdzie żarcie było okropne. A potem… samo przyszło. Zwycięstwo za zwycięstwem. Jednak raz przegrałem.

– Pamiętam. Z tą Leokadią, która każdego dnia kąpała się nago. – Anhel sam dał jej najwyższą liczbę punktów, ale o tym już nie zamierzał wspominać.

 – Mimo przegranej tę edycję wspominam najmilej – wyznał rozbawiony. – Niestety, tym razem nie mamy takiej Leokadii, tylko naszą Alyę. I wiesz, czego się boję?

– Ty się czegoś boisz?

– Tego, że ona wygra. Ludzie są przekorni. Każ im skoczyć w przepaść, to cię wyśmieją. Powtórz to kilka razy i za każdym razem odmówią. A potem rzeknij: „dobra, to nie skaczcie”. I wtedy skoczą. Widzowie mogą na nią głosować, dla jaj, żeby było ciekawie. Swoją drogą jest w niej coś niesamowitego.

– Jest tylko zrzędliwą pomyłką tego programu – odparł.

– Która uciułała tyle punktów co ty, choć wcale się nie stara – zgasił go Zletan. – Czekaj, Anhelu. Ani kroku. Chyba go widzę.

Cień, czarna sylwetka wyglądająca jak nicość w kształcie zwierzęcia, czekała na nich w mrocznym fragmencie lasu.

Zletan napiął cięciwę i wymierzył.

Anhel spojrzał w świecące oczy drapieżnika i zacisnął trzęsącą się dłoń na urządzeniu. Kilkadziesiąt sekund.

– Nie włączaj – starzec syknął do niego i strzelił. Nie dostrzegli, czy strzała ugodziła zwierzę, gdyż uciekło.

Próbowali je tropić, lecz szybko stracili ślad.

– Zletanie, muszę ci o czymś opowiedzieć – zaczął w drodze powrotnej. – Mam dziwne sny. Może to nic takiego, a może nawiązałem kontakt z czymś w rodzaju tutejszej formy życia. Inteligentnej formy.

Opowiedział mu wszystko.

– Ciekawe – podsumował Zletan. – Pewnie to tylko głupie sny. Też mam takie czasami. Ale jedno miej na uwadze. Pamiętasz trzydziestą piątą edycję i uczestnika imieniem Trevis?

– Oczywiście. To ten, który zaczął widywać w dżungli swą zmarłą matkę. Biedak nie wytrzymał psychicznie i użył teleportacji. Jeśli dobrze pamiętam, za tym wszystkim stał Teletex. Znaleźli zaginioną siostrę bliźniaczkę jego matki, zabrali na „Datora” i tworzyli jej hologram, gdy tylko on mógł go zauważyć.

– Zgadza się. Istny kabaret. – Zletan nie zdołał powstrzymać śmiechu. – Szkoda, że nie wziąłem udziału w tej edycji. Ale do rzeczy. Może to właśnie Telewizja miesza ci w głowie? Kto ich tam wie. Uważaj więc, by ta twoja złota pani nie okazała się jedynie kolejną sztuczką, która ma przyciągnąć widzów.

– A jeśli nie?

– Wówczas, nie wiem, czy jesteś świadom, za pierwsze nawiązanie kontaktu z pozaziemską inteligentną formą życia przyznają pięćset punktów. Nikt jeszcze ich nie zdobył.

*

Na trzy części podzieliło się jego życie.

Dni były ekscytujące. Przemierzali góry, gdzie czekały na nich niezliczone wyzwania. Pit umacniał swe prowadzenie, choć Zletan deptał mu po piętach. Anhel głównie się kompromitował, a Alya jak zwykle miała wszystko głęboko w nosie.

Nocami wędrował ze starcem. Przeklinał swoją głupotę, ale owe eskapady przypadły mu do gustu. Czuł się jak dziecko, które może psocić za plecami dorosłych.

Gdy zasypiał, śnił o kawce i złotowłosej dziewczynie. Latali razem na czarnym wierzchowcu, spacerowali złocistą plażą, kąpali się w blasku zachodzącej gwiazdy. Mimo trapiących go wątpliwości, czuł, że z każdą nocą jest mu coraz bliższa.

*

– Pobudka, grupo – rozkazał surowy głos. Należał do prowadzącego, lecz brzmiał inaczej. Nie było w nim ani krzty zwyczajowej życzliwości.

Stało się coś niedobrego.

Zaspani, ustawili się w szeregu. Za ich plecami rozciągał się malowniczy górski stok.

– Czołem, szefie – Anhel przemówił w imieniu grupy. Próbował rozładować napięcie. Bezskutecznie.

Prowadzący w milczeniu świdrował ich wzrokiem. Gdy padło na Anhela, ten natychmiast zlał się potem. Spojrzenie mężczyzny zatrzymał się jednak na kimś innym.

– Zletanie, czy jest coś, co chciałbyś nam powiedzieć?

– Hmm… Dobra, przyznaję się. Oszukałem was odnośnie wczorajszej kolacji. To nie było mięso ptaków, tylko tych małych, szczurom podobnych brzydali. Łapią się w sidła, cóż miałem począć?

– Grunt, że było smaczne – rozgrzeszył go Pit.

– To wszystko, Zletanie? – dopytywał prowadzący. – Nic więcej nie pragniesz dodać?

– Nie.

– Wydajesz się niewyspany.

– Pozory.

– Czyżby? A może to sprawka wędrówki w świetle gwiazd?

Anhel czuł, jak trzęsą mu się ręce. Pot napłynął mu do oczu.

Zletan spuścił głowę i milczał.

– Przykro mi, złamałeś regulamin. Zakłócałeś nasze rejestratory, by wymykać się bez nadzoru. To skrajnie niebezpiecznie. Nie mamy wyboru. Zostajesz wyeliminowany z programu.

– Teletex dał, Teletex wziął – przemówił pokornie i zbliżył dłoń do ucha.

– Chwileczkę – powstrzymał go prowadzący. – Czy w tym oszustwie uczestniczył ktoś jeszcze? Jeśli tak, powiedz, kto. W imię uczciwości, jeśli jeszcze pamiętasz, co to słowo znaczy.

Zletan zamyślił się.

Anhel mógłby przysiąc, że w każdej sekundzie jego serce uderza stukrotnie.

– Nie jestem na tyle głupi, by kogoś narażać. To wyłącznie moje przewinienie. – Oplótł spojrzeniem otaczające go góry, jakby chciał zachować ten widok na resztę życia. Anhel ujrzał w oczach starca smutek. Prawdopodobnie Zletan już nigdy nie zostanie zaproszony do programu. – Żegnajcie wszyscy razem i każdy z osobna.

Zniknął. Anhel podążył w dół stoku za prowadzącym, czując dziwną pustkę.

*

Dwudziestego dnia zeszli z gór. Na horyzoncie rozciągała się, znana mu ze snu, usłana różowymi zwierzętami równina. Gdzieś za nią było morze. Ich droga prowadziła jednak na północ, przez pola czarnego jak antracyt, sięgającego do piersi człowieka zboża. Teletex przeprawiał ich przez ten mroczny ocean, serwując kolejne zadanie.

Wieczorem, by zrobić miejsce na obóz, zmuszeni byli urządzić małe żniwa. Ziarna okazały się jadalne i całkiem smaczne. Na tym jednak kończyły się zalety okolicy. W zbożu buszowały jakieś stworzenia. Nie widzieli ich, lecz kilka razy spostrzegli falujące kłosy, gdy coś pomykało po polu.

Musieli wystawić wartownika. Ponieważ Alya ani myślała współpracować, mężczyźni pełnili funkcję na zmianę.

– Pit, opowiedz coś o sobie – poprosił Anhel. Nie mógł spać. Wyobrażał sobie, że gdy tylko przymknie oczy, ze zboża wyskoczy dwunożna, przypominająca demona gadzina i odgryzie mu głowę.

– Pochodzę z Czerwonej Akacji – odparł mężczyzna.

– To wiem. Ale nic poza tym. Jak wyglądało twoje życie na tej pięknej i bogatej planecie? Zdradź coś. I jak, do cholery, załapałeś się do programu?

Pit zesztywniał.

– Śpij, Anhelu. Jutro czeka nas trudny dzień. Będę pilnował, by nic się tu nie podkradło. Miłych snów. – Odwrócił się i wlepił spojrzenie w kołyszące się na tle rozgwieżdżonego nieba czarne kłosy.

*

Mury zamku, wyrastającego pośród rozległej równiny, jeszcze przed momentem wydawały się różowe, lecz kiedy Oko Jaszczurki dotknęło horyzontu, zaczęły mienić się szkarłatem.

– Czy ktoś wzniósł tę budowlę, czy wyrzeźbił ją wiatr? – zapytał złotowłosą dziewczynę.

Uśmiechnęła się tylko. Nie lubiła odpowiadać na jego pytania, a gdy to robiła, Anhel nic nie rozumiał. Nadal nie poznał jej imienia.

– Niezwykłe – przyznał. – Zamek z czasów świetności. Na Ziemi podobne budowle zamieniły się smętne ruiny albo zostały przebudowane. Zawsze marzyłem, by odwiedzić prawdziwy zamek, taki żywcem wyjęty ze starych powieści.

– Wiem.

Przeszli ponad strumieniem robiącym za fosę, pokonali niewielki, skąpany w cieniu dziedziniec. Zamkowe korytarze były zimne i przypominały labirynt, lecz kobieta znała to miejsce. Otworzyła drzwi wielkiej sali. Ciepło z palenisk, zapachy jedzenia, dziesiątki głosów na tle muzyki – wszystko uderzyło w nich jednocześnie.

W środku ucztowały istoty, wyglądające jak ludzie, lecz dziwnie nieludzkie. Mężczyźni i kobiety, dzieci i starcy. A także zwierzęta. Pod sufitem, wśród gromady ptaków, Anhel rozpoznał znajomą kawkę.

 Na podwyższeniu siedział władca, młody mężczyzna z przypominającą wodospad złotą brodą. Przywołał ich gestem ręki, a oni uklęknęli przed jego obliczem.

– Wstańcie – nakazał monarcha – i rozgośćcie się.

Usiedli pośród ucztujących. Kobieta przedstawiała Anhela kolejnym osobom. Witali go z serdecznością, źródła której nie potrafił zrozumieć. Blat uginał się od potraw. Były pieczenie z nieznanych mu zwierząt, przedziwne owoce i warzywa, wypieki z czarnych zbóż; próbował wszystkiego po kolei. Był też tutejszy odpowiednik wina. Całe morze.

Kim jesteście? Biesiadnikami-kosmitami ucztującymi w ziemskim zamku w dalekim kosmosie? Czy tworami Teletexu? Nie miał pojęcia. Wiedział tylko, że ich polubił.

– Chciałbyś z nami ucztować po wsze czasy, Anhelu? – zapytała Złotowłosa.

– Oczywiście – wydukał, olśniony taką propozycją.

– Być może będzie ci to dane… Kto wie… Jeśli nie zawiedziesz nas w chwili próby.

– Jakiej próby?

Odpowiedziała mu jedynie uśmiechem. Uśmiechem, po którym Anhel wiedział już, że zrobi dla niej wszystko.

*

Dwudziestego piątego dnia każdej edycji następowało zjednoczenie drużyn. Nie tym razem. Anhel, Pit i Alya nie mieli się z kim połączyć. Grupa północna, ponoć zgrana i lubiana przez widzów, przepadła pewnej nocy w okolicznościach wyjątkowo tajemniczych. Prowadzący zrelacjonował im owo wydarzenie w taki sposób, że Anhel nic nie zrozumiał. Grupa zachodnia natomiast wykruszała się systematycznie. Ostatni jej członek teleportował się dzień przed planowanym spotkaniem, gdyż złamał nogę.

– Gratulacje, Pit – rzekł Anhel. – Wygrasz. Zasłużyłeś.

– Nie przesądzajmy – odrzekł z ostrożnością, nie zdołał jednak ukryć zadowolenia.

*

– Dłuto – wybrał Anhel.

– Młotek – zdecydował Pit.

– Nic – burknęła Alya.

Mieli za zadanie uwiecznić swój pobyt na Grafitowym Poranku w jakiś twórczy, ciekawy sposób. Zapoznawszy się z listą przedmiotów, którymi mogli się posłużyć, Anhel i Pit postanowili poudawać rzeźbiarzy. Efekt ich starań mieli ocenić widzowie.

Niedługo potem „Dator” zrealizował zamówienie. Zabrawszy przesyłkę, mężczyźni udali się na północ, gdzie pośród srebrnej łąki wznosił się rdzawy, wysoki na trzydzieści metrów monolit. Anhel znał to miejsce. Zastanawiał się, czy jeśli wydrążyć skałę odpowiednio głęboko, natrafi się na ukryty w niej zamek.

Stanęli pod urwiskiem. Padał deszcz i wydawało się, że ściana płacze. Anhel z niepokojem spoglądał na wiszące powyżej skalne bloki. Miał wrażenie, że kołyszą się na wietrze, uważał więc, by nie stanąć pod którymś z nich.

Podjął się zadania jako pierwszy. Gdy skończył kaleczyć skałę dłutem, odszedł na dwa kroki i zaczął podziwiał swe dzieło. 

– Przesadziłeś – orzekł Pit. – Takich maszkar to my na swej drodze nie spotkaliśmy.

– Ten rysunek przedstawia mnie – odparł z oburzeniem. – Dosiadam pięknego podniebnego wierzchowca!

– Doprawdy? Który to ty?

– Na górze. Zwierz poniżej.

– Hmm… Skoro tak twierdzisz… Ale lepiej podpisz.

Gdy Pit przejął dłuto i młotek, Anhel usiadł pod jedynym okolicznym drzewem i czekał na przedstawienie. Nie było zadania, którego jego towarzysz nie wykonałby z zaangażowaniem i imponującą perfekcją. Przypominał Anhelowi jednego z tych okropnych prymusów, którzy w czasach szkolnych nieustannie wpędzali go w kompleksy. Oni również byli doskonali we wszystkim. Na początku próbował dorównywać im, używając sprytu, niestety, dyrekcja okazała się jeszcze sprytniejsza i z czasem wprowadziła egzamin za pomocą skanowania umysłu. Pamiętał, jaką czuł wówczas frustrację. Tym razem było inaczej. Rozumiał, że Pit jest od niego lepszy, i nie czuł żalu.

– Widzę Alyę! – zameldował mężczyzna, gdy był już w połowie wysokości ściany. Narzędzia, zatknięte u pasa, uderzały o siebie rytmicznie.

– Co robi?!

– Stoi nad brzegiem rzeczki i wrzuca liście do wody!

– Nudy! Do dzieła, artysto, bo tu moknę!

Pit zatrzymał się na wąskiej skalnej półce. I zaczął rzeźbić.

Anhel nie potrafił oderwać od niego wzroku, nigdy w życiu nie widział podobnej wirtuozerii. Zdawało się, że Pit urodził się po to, by uwalniać płaskorzeźby z ich skalnego więzienia. Był szybki, precyzyjny, nieludzko zręczny. Gdyby dać mu tydzień, wyrzeźbiłby całą górę w znany mi zamek.

Dzieło ukazywało dwóch mężczyzn. Jednym był Pit, twarz drugiego wydawała się tak pospolita, że mogła przedstawiać każdego. Anhel rozpoznał w wizerunku siebie, toteż zawołał:

– Jestem wzruszony! – Było to prawdą. Przez ostatnie dni bardzo polubił swego towarzysza.

Nad płaskorzeźbą Pit wyrył swe imię. Co dziwne, po każdej literze postawił kropkę.

Anhel już miał go zapytać, co to oznacza, lecz nie zdążył.

W jednej chwili Pit uśmiechał się do niego, ukazując efekt swej pracy, w następnej spadał wraz z oderwanym skalnym blokiem.

Nie teleportował się. Grzmotnął w ziemię.

Anhel podbiegł do niego z krzykiem. Spodziewał się, że mężczyzna jest martwy tudzież czeka, by wlepić w niego mgliste, przedśmiertne spojrzenie i wyszeptać jakieś ostatnie, arcyważne słowa.

Nic mu się jednak nie stało. Nie licząc ręki, którą przygniotła mu skała, na oko ważąca tonę.

– Cholera – jęknął Pit bez śladu bólu. – To się narobiło. – Uśmiechnął się smutno.

– Jesteś… androidem? – wydukał Anhel.

– Tak. PIT. Podróżny Inteligentny Towarzysz. Z pierwszej serii.

– Podróżny? – zapytał tępo.

– Stworzono mnie, czerpiąc z najlepszych cech zwycięzców dawnych edycji. Jestem więc idealnym towarzyszem wędrówki każdego poszukiwacza przygód. Reklamuję moich pobratymców.

– Ale… to nieuczciwe. Jak zwykły człowiek ma z tobą rywalizować?

– Ja nie liczę się w grze o zwycięstwo. Widzowie wiedzą to od początku. Nagroda przypadnie tobie lub Alyi. Chcę się jedynie dobrze zaprezentować i dotrwać do końca. Pragnę, by ludzie kupowali PITy.

Do Anhela powoli docierał sens tych słów. Rozpromienił się.

– Jeśli wygram, sprawię sobie jednego – zdecydował, co bardzo spodobało się androidowi.

– Pomożesz mi się uwolnić? Nie chcę stracić ręki. Nowa jest cholernie droga.

I wtedy usłyszeli warczenie. Kroczył ku nim stwór, grafitowy drapieżnik znad strumienia. Anhel wyciągnął nóż.

– Chyba czas, byś uciekł – poradził mu Pit drżącym głosem.

Anhel zaczął powoli się wycofywać. Zwierz obserwował ich obu. Najwyraźniej zauważył, że Pit nigdzie mu nie ucieknie, toteż skupił się na drugiej ofierze.

Zawył i skoczył.

Anhel nie skorzystał z teleportacji. Sam potem nie wiedział, czy nie zdążył, czy po prostu wyczekał do ostatniej chwili.

Zwierz nie chciał mu zrobić krzywdy, pragnął go jedynie nastraszyć. Zatrzymał pysk tuż przed twarzą mężczyzny i wyszczerzył zęby w ostatnim groźnym grymasie. A potem, widząc, że Anhel nie rusza się z miejsca, położył się koło Pita.

Anhel, wciąż w szoku, spoglądał na tę dziwną scenę jeszcze przez chwilę. Potem android zniknął. Teletex go zabrał. Zwierz odszedł.

Spoglądając potem na pozostawiony przez Pita wizerunek, pewien był dwóch rzeczy.

Nigdy przedtem żaden sprzęt nie miał równie niezwykłej reklamy.

I ponownie czuje pustkę.

*

Ostatnie trzy dni Anhel spędził w towarzystwie Alyi. Każdy dłużył mu się niczym rok. Dziękował Bogu, że doba na Grafitowym Poranku trwa tylko dwadzieścia dwie godziny. Dwudziestu czterech by nie wytrzymał.

Aż w końcu nastała ostatnia noc. Jutro wszystko miało się rozstrzygnąć. Prowadził pięćdziesięcioma punktami, lecz mimo to nie był pewien wygranej. W ostatnim dniu tracono większe przewagi. Zasnął niespokojny.

*

Coś dotknęło jego ręki i przesunęło się po niej delikatnie niby piórko smagane wiatrem. Anhel, wciąż na wpół pogrążony w śnie, wzdrygnął się lekko. Nie otworzył oczu. Kolejne muśnięcie. I jeszcze jedno. Litery – doszedł do wniosku. Ktoś po mnie pisze. Zaczął się głowić, któż to porozumiewa się z nim tym nieopanowanym przez Teletex zmysłem, szybko jednak przypomniał sobie, że pozostał tu tylko z jedną osoba.

Utkana na jego skórze wiadomość brzmiała: „Udawaj, że śpisz. Włącz dar Zletana.”

Czego ona chce? Zwalczył pokusę otwarcia oczu, po czym powolutku i bezgłośnie sięgnął do kieszeni. Miał nadzieję, że nieliczni podłączeni do niego widzowie zignorują dźwięk kliknięcia.

Odczekał kilkadziesiąt sekund, a potem drugie tyle, by mieć pewność.

Alya, milcząca jak zawsze, zaprowadziła go w stronę brzegu. Usiedli na plaży, która wówczas, o brzasku, wydawała się szaro-złota. Wśród piasku wiły się uciekające przed wschodzącym słońcem maleńkie stworzenia. Niebo czerwieniło się nieśmiało, jakby wstydziło się rychłego spotkania z Okiem Jaszczurki.

Nagle zdał sobie sprawę, że popełnił wielki błąd.

– Nie bój się, Anhelu – uspokoiła go, jakby czytała w myślach. – Mnie również nie widzą ani nie słyszą. Nie wyciągnęłam cię tutaj, by doprowadzić do twojej dyskwalifikacji.

I wtedy, Anhel nie wierzył własnym oczom, uśmiechnęła się do niego. Był to jednak smutny uśmiech, pełen czegoś, czego nie potrafił odgadnąć. W półmroku kobieta wyglądała nierzeczywiście, jakby została utkana z ledwo dostrzegalnego światła.

Wie, że nie ma szans na zwycięstwo, i w coś ze mną pogrywa.

Na jej ramieniu usiadła czarna kawka. Anhel rozdziawił szeroko usta, lecz nic nie zdołał powiedzieć.

– Czy już wszystko pojąłeś? – zapytała. Widząc, jaka odpowiedź ciśnie mu się na usta, zaczęła wyjaśniać: – Miałeś dwa latka, kiedy taki sam ptak wylądował niedaleko twego domu. Prawdziwe, dzikie zwierzę, jakie nieczęsto się widuje. Byłeś tak zachwycony, że za nim pobiegłeś. Dlatego właśnie kawka. Znów za nią podążyłeś. W gruncie rzeczy, wciąż jesteś dzieckiem.

– Dlaczego? Czemu kochałaś mnie w snach i nienawidziłaś w rzeczywistości? Czym ty jesteś?

– Grafitowy Poranek to dom mój, mych sióstr i braci. Jakbyś się czuł, gdyby ktoś wyważył twoje drzwi i urządził we wnętrzu jarmark? Nie mieliśmy wyjścia. Teletex musi stąd odjeść. I tak się stanie. Ludzie zapomną, nie zniszczą naszego domu. Wystarczy, że złapiesz się za ucho i pozwolisz mi wygrać program.

– Twoje rozumowanie mnie przerasta.  

– Dobrze, po kolei. Co jest nagrodą dla zwycięzcy?

– Mnóstwo pieniędzy. I zaszczyt bycia pierwszy osadnikiem na planecie, gdzie wygrało się program.

– Zgadza się. Przebadaliśmy, jak to było w przeszłości. Gdy zwycięzca przyjmował tę drugą nagrodę, Teletex zakładał dla niego kolonię, a zachęceni widzowie ściągali tysiącami, grabiąc nowy świat. Jeśli jednak ją odrzucał, oznaczało to, że miejsce nie jest warte zamieszkania. Takie planety lub księżyce odchodziły w zapomnienie. Robiłam wszystko, by widzowie mnie nie polubili. Gdy wygram, obrzydzę im ten świat. Teletex nie odważy się tu nikogo osiedlić. Za rok już nikt nie będzie pamiętał o Grafitowym Poranku. Musisz tylko oddać mi zwycięstwo.

– Ale… ciebie wylosowali. Spośród miliardów. To wszystko nie trzyma się kupy.

– Wylosowali Alyę, nie mnie. Nie martw się o tamtą kobietę, jest bezpieczna. Wystarczyła mała sztuczka.

– A potem? Wchodziłaś do głowy wszystkim po kolei?

– Nie. Podejrzewaliśmy, że tylko ty masz szansę na zwycięstwo. Aksamit wyeliminować było łatwo, wystarczyło pokazać jej mojego pupila. – Wskazała na kawkę, która kręciła się niespokojnie na jej ramieniu. – To tego maleństwa się przestraszyliście, tylko pod inną postacią. Zletan sam sprowadził na siebie nieszczęście, trzeba było jedynie szepnąć parę słów. Oczywiście włodarze programu dowiedzieli się, że i ty oszukiwałeś, ale nie chcieli wyeliminować aż dwóch swoich zawodników.

– Prawie zabi… zniszczyliście Pita!

– Nieprawda, sam spadł. Nie jesteśmy zdolni krzywdzić. Dlatego mój pupil zostawił cię w spokoju. Byłeś najsilniejszy ze wszystkich. Pozostałymi grupami zajęli się inni. Zapewniam, że nikt nie ucierpiał.

– Ja ucierpiałem! – odparł z oburzeniem. – Zwodziłaś mnie przez te wszystkie noce. Chciałem wygrać, osiedlić się tu, zostać z tobą. Byłem głupi.

Alya uśmiechnęła się w sposób, w jaki zwykła to robić złotowłosa kobieta.

– Ależ ja ciebie kocham, Anhelu. Nie sądziłam, że to nastąpi, ale stałeś mi się bliski. Pamiętasz, co ci powiedziałam w zamku? To wszystko prawda. A oto twój czas próby. Daj mi wygrać, a obiecuję, że nadejdzie dzień, w którym przybędę do ciebie i z powrotem sprowadzę na tę ziemię. Będziemy ucztować w zamkach, jakie tylko sobie wymarzysz, i latać wyżej niż wznoszą się chmury.

Anhel rozdziawił szeroko usta. Skąd mam wiedzieć, że to prawda? Skąd mogę mieć pewność, że to nie sztuczka Teletexu? Może miliardy widzów właśnie teraz patrzą na mnie wzrokiem tej kobiety?

Spojrzał w jej oczy. Pragnął ujrzeć w nich kłamstwo, odrazę i nienawiść. Wówczas łatwiej byłoby podjąć decyzję. Nic z tego. Lśniły jak diamenty, były jak rodzące się nowe gwiazdy. Płakała.

– Proszę – powiedziała. – Tak będzie najlepiej dla wszystkich.

Skinął głową i odszedł bez słowa.

Wracając do obozu, spoglądał na lasy i lśniące w blasku wschodzącej gwiazdy morze. Spojrzał na przecudne niebo. Gdzieś tam był „Dator”. Będą cholernie zdziwieni. Być może Teletex pozwoli mu na nieograniczony dostęp do archiwów, będzie wtedy wracał na Grafitowy Poranek każdego dnia.

Położył się, jakby do snu, i wcisnął przycisk.

Odczekał kilkadziesiąt sekund, po czym wstał dotknął ucha i uruchomił teleportację.

*

Niewielu pamięta jeszcze czterdziestą edycję „Tańca wśród gwiazd”. Nieudana i nudna. Szary, brzydki świat. Rekordowo szybkie eliminacje zawodników. I nielubiana, gardząca wszystkim zwyciężczyni, o której szybko słuch zaginął.

Losy pozostałych uczestników były mniej tajemnicze.

Sprzedaż PITów okazała się sukcesem. Najsłynniejszy z nich powrócił na Czerwoną Akację, gdzie, po naprawieniu ręki, działał aktywnie w reklamie. Czasem wypożyczano go ludziom, z którymi wyruszał na niebezpieczne przygody w dalekich światach.

Zleten przez kilka kolejnych lat pracował jako doradca w Teleteksie. Za jego kadencji powstało wiele znakomitych edycji. Gdy porzucił to zajęcie, zaszył się gdzieś w gwiazdozbiorze Wagi. Prowadził spokojne życie, od czasu do czasu doglądając eksploatacji wykupionej przez siebie asteroidy.

Kariera Aksamit rozkwitła. Jej nowa książka, horror, okazała się sukcesem. Mrożąca krew w żyłach scena spotkania z leśnym drapieżnikiem przeszła do historii literatury.

Anhel wziął udział w jeszcze jednej edycji. Odpadł drugiego dnia, i na tym skończyła się jego kariera w Telewizji. Pieniądze znikały szybko, wrócił więc do pracy w fabryce.

I czekał.

Nocami bez końca wpatrywał się w niebo, na którym nie było widać gwiazd.

I tęsknił.

Gdy nadszedł zmierzch jego żywota, siedział na balkonie swojego niewielkiego mieszkanka. Czarne niebo ponad miastem przypominało otchłań. Podniósł starą, wychudłą rękę, zakrył nią światła metropolii, i przez chwilę wydawało mu się, że widzi na nieboskłonie wszystkie gwiazdozbiory. Wśród nich Trumnę Hioba.

Wtedy właśnie przyszła do niego. Nie wyglądała jak Alya, lecz jak złotowłosa dziewczyna. Uśmiechnęła się, chwyciła go za dłoń i wyjawiła swe imię.

Udali się na planetę szarych lasów i srebrnych łąk.

Koniec

Komentarze

Jak czytam w odpowiednim wątku, kawkowe teksty miały być lekkie, rozrywkowe, nie przeciążać szarych komórek. “Trumna Hioba” niewątpliwie owe wymagania spełnia. Napiszę tak. Znaczna liczba gorszych tekstów ma na portalu piórka. I skoro “Trumna” nie załapała się do antologii, to opowiadania, które przeszły przez sito, muszą być naprawdę dobre.

Co wyłapałem:

pola otaczały góry

– co było otoczone?

Nigdy wcześniej nie widział takiego ogromu nieskażonej natury. Na Ziemi oczywiście zachowały się podobne, lecz trzymano je pod wielkimi kopułami

– co się zachowało, co trzymano pod kopułami?

Pojawiały się też znane im kozy, olbrzymie dziwadła pokryte pancerzem o wielkich kłach oraz kudłate stworzenia

– pancerz o wielkich kłach?

Akasami jakby go nie słyszała

wyszeptał pięć bardzo absurdalnych słów

– nie wystarczy samo “absurdalnych”?

Mam nadzieję, że gdzieś za naszymi plecami jakaś para groźnych stworów nie napawa się podobnym stwierdzeniem

– może lepiej “podobną refleksją”

złota pani nie okazał

– literówka

Anhel mógłby przysiąc, w każdej sekundzie jego serce uderza stukrotnie

– chyba zgubiłeś “że”

Anhel podążył za prowadzącym w dół stoku, czując dziwną pustkę.

– Nie jestem pewien, co chciałeś wyrazić. Podejrzewam, że Anhel szedł za prowadzącą osobą. W takim razie zmieniłbym szyk na “w dół stoku za prowadzącym”.

Czerwone mury zamku, wyrastającego pośród rozległej równiny, jeszcze przed momentem wydawały się różowe, lecz kiedy Oko Jaszczurki dotknęło horyzontu, zaczęły mienić się szkarłatem.

– minus “czerwone”?

Było też tutejszy odpowiednik wina

– literówka

prowadzący zrelacjonował im ów wydarzenie

dyrekcja okazała się jeszcze sprytniejsza i z czasem wprowadziła egzaminu za pomocą skanowania umysłu

– literówka

Anhel, wciąż na wpół pogrążone w śnie

– kolejna

Zaczął głowić

– “się” zginęło

W półmroku kobieta wyglądała nierzeczywiście

– może lepiej: “na nierzeczywistą”?

Być może Teletex pozwoli mu nieograniczony dostęp

– zgubiłeś “na”

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Świetny pomysł na przyszłościowy reality show. Odnoszę wrażenie, że kawka została do niego wepchnięta na siłę i zaszkodziła reszcie tekstu. Ale mogę się mylić.

Dziwi mnóstwo usterek językowych w tak starym tekście – literówki (sama już nie wiem, jak miał na imię ten na Z), zgubione wyrazy itp.

Babska logika rządzi!

Mnie odrzuciło już drugie zdanie: Gwiazdozbiory zdawały się tańczyć, mknąc powoli ze wschodu na zachód. Zgodne z tą logiką można jednak cofać się do przodu ;) Zajrzę tu później jeszcze, ale zmień to, proszę.

Sorry, taki mamy klimat.

Zygfrydzie, jestem zachwycona. Podchodziłam do tego opowiadania z niechęcią, bo długie i SF. A teraz żałuję, że już się skończyło.  Podobał mi się klimat, narracja i pomysły. Nie miałabym nic przeciwko, gdybym dostała tę historię bardziej rozwiniętą i w formie drukowanej. Gratuluję. Domyślam się, że nie załapała się do “kawki”, bo nie jest to opowiadanie humorystyczne!

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

O, jakbym już to kiedyś czytał :)

Znaczy Berylu, że jeszcze nie masz sklerozy, mimo sędziwego wieku!

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Moim zdaniem to – cytując DJa – tekst spalony do publikacji w NF. Bardzo dobrze napisany, oparty niezłym pomyśle, 50 tysięcy znaków. Może nie jest jeszcze za późno?

Jeroh – dzięki za wszystkie poprawki, trochę błędów się nazbierało, niestety, następnym razem czas skorzystać z funkcji bety :)

 

Finkla – gdyby nie kawkowe wymagania, to opowiadanie wyglądałoby inaczej, na pewno byłoby dłuższe (i tak przekroczyłem limit o 10 tysięcy znaków) i trochę mroczniejsze, starałem się jak mogłem, by przypasować się w wymogi, chciałem nadać całości lekki ton i wprowadzić trochę humoru, mimo to przesłanie i zakończenie wyszło trochę ciężkawe; no i sama kawka, zgadam się z tobą w jej kwestii, choć skoro już się zagnieździła w tym opowiadaniu, to niech zostanie

 

Sethrael – poprawiłem to okropieństwo :)

 

Bemik – dzięki

 

Beryl – gorzej jakbyś napisał, że pierwszy raz widzisz to na oczy :)

 

Waranzkomodom – zastanawiałem się, czy nie wysłać do NF i się na to nie zdecydowałem; z tego tekstu jestem zadowolony, choć nie w stu procentach (napisałem o tym wyżej); mam już pomysł na inne opowiadanie, może nieco mniej oryginalne, ale, że tak powiem, bardziej poruszające, i to je planuje wysłać w odległej przyszłości (oczywiście, jeśli wyjdzie takie, jakbym chciał), a „Trumna…” jeśli jest dobra, o czym nie mnie decydować, to spodoba się na portalu

 

Wersje mobi i PDF dodam, jak naniosę poprawki.

Po jakieś wieczności

Po jakiejś?

lecz trzymano je pod wielkimi kopułami. Kiedyś nawet planował się wybrać do jednej, lecz odstraszyła go cena biletu.

lecz lecz

Zletan już wśród nich nie było.

Zletanaaaa

wszystko uderzyło w niech jednocześnie.

nich

Prowadzący zrelacjonował im ów wydarzenie

owe?

 

Wciągające, ale szczerze powiedziawszy, ani mnie zakończenie nie uradowało, ani ta kawka, która klimat zwyczajnie psuła. Podobnie do Finkli, odniosłam wrażenie, że ptaszysko zostało wciśnięte na siłę.

Na początku myślałam, że opowiadanie na 6 , bo i pomysł bardzo ciekawy, ale za błędy i zakończenie wrzuciłam “tylko” 5 ;)

Tylko nie "Tęcza"!

Dzięki, Tensza, za przeczytanie.

Prowadzący zrelacjonował im ów wydarzenie

owe?

 

Chyba jednak “owo”. Sprawdziłem tu, l. pojedyncza, rodzaj nijaki.

Tak, tak, poprawiając sama się pierdzielnęłam :P Ech, tak to jest, jak nie przeczytasz czegoś drugi raz…

Tylko nie "Tęcza"!

Nie ma tego złego :) Dzięki Tobie powtórzyłem sobie odmianę tego niewdzięcznego słowa :)

No to się cieszę, że chociaż trochę pomogłam :P

A pomysł z tym reality show aż prosi się o kolejną edycję, bo jest naprawdę wciagający. Tylko może następnym razem bez kawek (odmiana mn. specjalnie, bo kawkę strzelić sobie przy pisaniu to już inna sprawa).

Tylko nie "Tęcza"!

Ja rozwinę trochę mój komentarz, żeby Beryl mi nie kwękał przy nominacji do piórka.

Także należę do osób lekko rozczarowanych zakończeniem. Nie chodzi mi tutaj o całą puentę (obrończynię planety), tylko raczej o puentę tej puenty ;). Jednocześnie sądzę, że w przypadku tekstów, które bardzo dobrze się zaczynają i rozpędzają, takiego zawodu często trudno uniknąć.

Pomysł z reality show nie wydaje mi się jakoś szalenie oryginalny – wrażenie zrobił na mnie raczej sposób zbudowania atmosfery takiego programu i opis całej otoczki. Świetna, bardzo sugestywna robota. W ogóle bardzo dobrze udawało Ci się grać klimatami poszczególnych fragmentów – telewizyjnością, rywalizacją w grupie, pięknem tajemniczej planety.

Fabularnie też działo się fajnie i zaskakująco.

Trumna Hioba miała spore szanse, Zygfrydzie, odpadła na końcowym etapie.

 

Mnie bardzo spodobał się pomysł, sama idea kosmicznego reality show. Większa część tekstu jest naprawdę dobra, trzyma w zainteresowaniu, ma klimat. Ale są po drodze drobne zgrzyciki i niedociągnięcia, a najsłabszym punktem wydaje się zakończenie. Jakbyś ciągnął pełna parą, a potem nagle stracił rozpęd. Po zakończeniu poczułam lekki niedosyt i rozczarowanie.

Dwóch z trzech jurorów zastanawiało się, czy tekst przepuścić, czy nie, ale ostatecznie przegrał w konfrontacji. To nie znaczy, że nie jest dobry. Niestety jak trzeba wybierać, to wybór zawsze jest trudny.

 

Jeszcze tu zajrzę i może coś dodam do komentarza… jak tylko kiedyś odnajdę wydruk, na którym mam notatki…

 

Pozdrawiam ; )

 

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Bardzo dobry tekst. Pomysł fajny, opowiadanie klimatyczne i wciągające, bohaterowie ciekawi. I tylko zakończenie uwiera jak kamyk w bucie.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Zygfrydzie, dlaczego nie uzupełniłeś reprezentatywnego fragmentu, na okoliczność ewentualnego dodania do biblioteki? Zatwierdziłem Twój tekst po 5 głosach, ale nie ma go na głównej, bo nie wpisałeś kilki linijek. Szkoda.

Ups. Myślałem, że ten fragment się dodaje dopiero, gdy opowiadanie uzyska odpowiednią liczbę głosów. Na przyszłość będę wiedział.

Co do tekstu, tak na szybko, patrząc pod kątem nominacji: ja bym na Twoim miejscu wyrugował kawkę. Biorąc pod uwagę, że nie jest to pierwsza taka opinia, mam nadzieję, że temat przemyślisz.

Chętnie byłbym na tak w przypadku tego tekstu, ale moim zdaniem zakończenie kompletnie leży, a kawka jest widocznie dodana na siłę.

 Podobało mi się łącznie z zakończeniem. Dobry tekst, choć pomysł nie jest mega-oryginalny, to wykonanie sprawiło, że chciało się czytać i czytać. Kawka i mnie trochę raziła, ale to chyba dlatego, że o tym ptaszysku słyszę coś bez przerwy od miesięcy; gdyby to była sroka czy inna wrona, nic by nie zgrzytało. Gratuluję i dołączam do nominacji.

 

Sorry, taki mamy klimat.

To ja zapytam wprost: zygrydzie, czy masz zamiar dokonać jakichś poprawek w tym tekście, czy jednak zostanie tak, jak jest teraz? ;)

W najbliższym czasie nie zamierzam. Co do zakończenia, to takie zaplanowałem od początku i nie mam pomysłu, jak miałbym je ulepszyć. Istnieje też prawdopodobieństwo, że zamiast polepszyć, pogorszyłbym. Kawka… no cóż, opowiadanie było pisane na kawkę, i choć nie jestem w pełni zadowolony z tego ptaka, to jednak jest to jakiś znak rozpoznawczy dla czytelników, z jakiej okazji ten tekst powstał.

 

Berylu, czy ta ciekawość to oznaka obawy, że musiałbyś się przebijać przez tekst od nowa z racji naniesionych poprawek? ;p

Nie, chodzi mi raczej o to, że tak jak najpierw miałem problem ze zdecydowaniem się, czy być przychylny Twojemu opowiadaniu jeśli chodzi o antologię kawkową, tak teraz zastanawiam się, czy jest ono warte piórka ; )

Moim zdaniem pomysł ciekawy, nawet nieźle zrealizowany, ale. Ale dużo potknięć językowych. Ale naiwne i ckliwe zakończenie. Przyznam, że o ile samo przedstawienie wizji reality show bardzo mi się spodobało i mnie do siebie przekonało, o tyle tak kawka jak i śniąca się bohaterowi kosmitka zupełnie mi tutaj nie pasowały. Zakończenie niestety tylko pogłębiło rozczarowanie.

Mogę obiecać, że przejrzę jeszcze tekst pod względem usterek językowych, gdy znajdę chwilę czasu.

– Szarych? – Uśmiechnęła się słodko. – On są złote.

One są(…)

 

Skąd Anhel wiedział, jak duży jest gryf? Wskoczył ten gryf w rozmiar kawki znikąd.

Anhel podąża za Zletanem bez zastanowienia, bez wahania, lekko tylko oszołomiony – dlaczego? Strach przed śmiercią to naprawdę bardzo podstawowy i niezwykle trudny do przełamania bodziec.

– Cudownie. A nie lepiej nazbierać grzybów? Niektóre wyglądają groźnie.

Groźne grzyby? ;-) Może: “niektóre z tych stworów…” – dodać podmiot.

 

 

Kawka. Uwiera.

Zakończenie nieco pospieszne, ckliwe – ta końcówka, gdy czeka do końca życia. Samej ckliwości może i bym nie czepiał się tak bardzo, ale siedzi na balkoniku, siedzi i marzy o Trumnie Hioba. I koniec. Żadnych rozterek, żadnych powrotów, po prostu zbyte kilkoma zdaniami. Czyli – pospieszność mi przeszkadzała. I faktycznie, opowiadanie aż się prosi o cięższe, bardziej mroczne lub przewrotne zakończenie.

 

A poza tym same superlatywy: świetnie zbudowany klimat rywalizacji w grupie, niezły pomysł na reality show, niezłe wykonanie (dobrze, że odleżało u mnie w kolejce, widzę, sporo byków poszło się kochać. Z krowami ;-) ). Czytałem na jeden raz i przez ciebie wstanę rano niewyspany ;-)

 

 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dzięki, Psychofiszu, za przeczytanie.

 

“I faktycznie, opowiadanie aż się prosi o cięższe, bardziej mroczne lub przewrotne zakończenie.“

 

Myślę, że cały tekst byłby nieco mroczniejszy, ale podobno opowiadania na kawkę miały być lekki i przyjemne, więc się powstrzymywałem. Może niesłusznie.

To se będę marudzić…

 

Jej prawdziwego imienia, jak i nieskażonego operacjami plastycznymi wyglądu, nikt nie znał.

Raczej jej wyglądu sprzed operacji, bo tak wychodzi trochę jakby nie miała żadnych operacji i nosiła jakąś maskę, więc nikt nie wiedział jak wygląda. 

 

Drugiego dnia nakreślono im kolejny milion procedur, tym razem odnośnie pobytu na WD 4103 b.

– Gdy już wylądujecie, możecie mieć zawroty głowy i trudności w oddychaniu. To minie.

 

Kto to mówi? Dziwny głos rozlegający się w pustce? Jakie to ma znaczenie, jeśli żadne objawy u bohaterów się nie pojawiły? Po co o tym wspominać? 

 

Stąpał powoli, wdychając cudowne, nieskażone powietrze.

Cudowne powietrze, smaczne żarcie samo wchodzi w ręce… nic tylko kolonizować obce planety.

 

Chwilę potem dostrzegli, jak kobieta tuli przerażoną kózkę. Anhel mógłby przysiąc, że w oczach czworonoga dostrzegł łzy.

 

Płaczące kozy z obcej planety??? Ok ten fragment nabiera sensu w kontekście reszty opowiadania, ale czemu ona to zrobiła, jeśli chciała być antypatyczna? Przytulanie się z kozą musiało wzbudzić raczej sympatię u widzów.

 

Potem pojawiła się kolejna gwiazda – uczestniczka czterech edycji, malarka, pisarka, piosenkarka i ambasadorka wszystkiego, zwana Aksamit. Jej prawdziwego imienia, jak i nieskażonego operacjami plastycznymi wyglądu, nikt nie znał. Anhel musiał przyznać, że jest piękna i urocza. Gdy się uśmiechała, widać było każdy zainwestowany przez Teletex dolar. Tłum ją uwielbiał.

– No cóż – rzekł Zletan na wieść o teleportacji Aksamit – w poprzedniej edycji odpadła już pierwszego dnia. Tym razem wytrzymała trzy. To chyba jej rekord.

 

Pomijam fakt, że Aksamit zachowuje się jak kretynka… Po przeczytaniu pierwszego akapitu uznałam, że to twardszy zawodnik. Za co uwielbiał ją tłum, jeśli odpadała tak szybko? Chyba ze była znana z innych okazji, a na obce planety wpadała tylko, żeby pokazać się przez chwilę publiczności i opowiedzieć o nowej książce… Jeśli odpadała pierwszego dnia to trudno nawet powiedzieć, że w czymś uczestniczyła…

 

Podjął się zadania jako pierwszy. Gdy skończył kaleczyć skałę dłutem, odszedł na dwa kroki i zaczął podziwiał swe dzieło.

 

To musiała być bardzo miękka skała… Szybko mu poszło. Może miał jakieś super-mega-hiper dłuto?

 

Oczywiście włodarze programu dowiedzieli się, że i ty oszukiwałeś, ale nie chcieli wyeliminować aż dwóch swoich zawodników.

 

To czemu włodarze pytali Z.? Przecież istniało ryzyko, że wyda kumpla na wizji i wtedy będą musieli obu wycofać… 

 

Pomysł – bardzo fajny. Zakończenie – klasyka wyciskaczy łez, dla mnie może być. 

Może powinieneś napisać to jeszcze raz, ale bez kawki, bez przejmowania się limitem znaków i wymaganiami konkursu? 

 

 

Smutna kobieta z ogórkiem.

2 Prowadzący. Albo ktokolwiek z obsługi. Uznałem, że kto to wypowiada jest mało ważne, w tym fragmencie ważniejszy był dynamizm przedstawiania kolejnych zagadnień. Może niesłusznie.

3 Zbadawszy dużą liczbę planet, w końcu trafi się na taką z dobrymi warunkami.

4 No cóż… czasem ludzki (obcy?) odruch jest zbyt silny, by się powstrzymać.

5 W naszych czasach celebryci również są uwielbiani, choć często niczego sobą nie reprezentują. Aksamit była lubiana z powodu swych różnych działalności, nie dzięki temu, że powodziło jej się w programie.

6 Skały są różne pod względem twardości i łupliwości, taki gips można zarysować paznokciem. Wychodnie skał poddawane są wietrzeniu. Zaufaj mi, jestem geologiem :P Ewentualnie można przyjąć, że to było bardzo mocne dłuto przyszłości :D

7 Gdyby wydał, Anhel zostałby ukarany, ale jako że jego przewinienie było nieco mniejsze, nie zostałby wyeliminowany z programu.

 

Dzięki za przeczytanie i wnikliwą analizę :)

 

Zaczęło się obiecująco, bo ładnie klecisz zdania. Jednak tekst jest monotonny i to do tego stopnia, że nie dałem rady doczytać do końca. Brakowało jakichś fragmentów, w których skacze adrenalina i czytelnik dostaje kopa, żeby czytać dalej. Do tego ten świat tak podobny do ziemskiego (koza rozłożyła mnie na łopatki). Możliwe, że to było świadome i na końcu jest to uzasadnione, ale efekt jest taki, że zaziewałem się czytając opis fauny i flory. A można się było tu wykazać wyobraźnią! To był ten moment, w którym dałoby się poznać prawdziwego mistrza (albo chociaż pretendenta). I ta kawka ni w kij, ni w oko.

Oj, coś strasznie krytykuję bibliotekowe opowiadania. Niech nikt nie pomyśli, że robię to złośliwie, bo jak dotąd wszyscy zachwycali się tym tekstem, a tu nagle taki troll z konopi! Mam nadzieję, że moja krytyka pomoże w tworzeniu genialnych historii w przyszłości i jak zygfryd dostanie Nobla, to wyrazy wdzięczności przeleje mi na konto ;)

Dobre opowiadanie, choć – jak zauważył kolega nade mną – świat przez Ciebie przedstawiony jest niemal kalką Ziemi. Wolałbym, żeby bardziej różnił się od naszej planety, bo tekst byłby bogatszy/ciekawszy. Coś podobnego do kozy, drapieżnik wilkopodobny to jednak trochę mało. Do tego zgrzytała mi ta cholerna kawka, chyba na siłę wepchnięta do opowiadania.

Natomiast nie zgadzam się, że historia nuży. Ja czytałem z niesłabnącym zainteresowaniem do końca, lecz – niestety – zakończenie mnie rozczarowało. Mam mieszane uczucia – z jednej strony dobry tekst, ale z drugiej czegoś mi zabrakło.

Pozdrawiam

Mastiff

Opowiadanie, niestety, nie porwało mnie. Uważam, że jest nieco rozwlekłe i dość monotonne. Niby coś się dzieje, ale żadne ze zdarzeń nie było na tyle emocjonujące, bym nie mogła oderwać się od lektury i z zapartym tchem musiała śledziła, co dalej. Wielki Brat już był i nie przypuszczam, by kolejna wersja podobnego programu, nawet z użyciem najnowszych technologii i możliwości, które zaistnieją w przyszłości, nawet przeniesiona na inną planetę, mogła sprawić, bym przejęła się losami ewentualnych uczestników. Nie każda rywalizacja wystawiona na widok publiczny, jest dla mnie interesująca. Zawody sportowe obejrzę; reality show, nie.

Nie podobają mi się senne objawienia, których doświadcza Anhel. Są takie baśniowe i słodkie, że brakuje tylko różowego jednorożca. Dość oklepana wizja próbująca udowodnić, że szczęśliwy lud, to lud ucztujący, także nie podnosi walorów opowiadania.

Kiedy czytałam Trumnę Hioba zgłoszoną na konkurs, słabiutką znalazłam rolę kawki; kiedy przeczytałam teraz, uważam, że ptak jest całkowicie zbędny. Zakończenie marne.

Mimo wszystko, opowiadanie czytałoby się nie najgorzej, gdyby nie liczne usterki.

 

„Tutejsze słońce, jeśli dokładnie się przyjrzeć, było bledsze i większe od ziemskiego. Łąka, na której wylądowali, była popielata. Wyrastały z niej dziesiątki kolorowych kwiatów”. – Powtórzenie. W ostatnim zdaniu wolałabym: Rosły na niej dziesiątki kolorowych kwiatów.

 

„Nieopodal wznosił się szaro-biały las. Coś, co równie dobrze mogło być dużym owadem jak i małym ptakiem, odfrunęło od niego z sykiem”. – Odfrunęło od lasu? ;-)

 

„A było co podziwiać. Ciągnące się po horyzont łąki otoczone były przez góry, niewysokie i zalesione – pejzaż szary niczym jego dotychczasowe życie, lecz wcale nie ponury. Odcienie szarości były bowiem tłem dla tysięcy barw…” – Powtórzenia.

 

„Aksamit posłała mu rozbawione spojrzenie i zaczęła deptać kwiaty z gracją buldożera”. – Kwiaty miały grację buldożera?

Proponuję: Aksamit posłała mu rozbawione spojrzenie i z gracją buldożera zaczęła deptać kwiaty.

 

„Logo Teletexu na jej bluzce falowało na wietrze”. – Raczej: Jej bluzka z logo Teletexu falowała na wietrze.

 

„Wtedy spomiędzy drzew wyłoniło się bezszelestnie zwierzę – potężne czworonożne stworzenie o długim pysku i grafitowej sierści. Zajęta rozmyślaniem Aksamit zrobiła ku niemu dwa kroki, nim znieruchomiała i krzyknęła. Drapieżnik zawył znajomo. – Powoli się wycofaj – szepnął do kobiety. – Żadnych gwałtownych ruchów”. – Czy istotnie powiedział to drapieżnik? ;-)

 

Zwierze postąpiło krok do przodu”. – Literówka.

 

Zwierze usiadło na brzegu i ponownie zawyło, odprowadzając go wzrokiem”. – Literówka.

 

Także starajcie się, grupo!”Tak że starajcie się, grupo!

 

„Bestia szwenda się za nami od kilku dni. To ta sama, która napadała cię nad strumieniem”. – Wszak bestia pokazała się raz.

 

„To wtedy Telewizja zaliczyła wpadkę i niedostosowaną naszej flory bakteryjnej do planety…” – Czy tu miało być: To wtedy Telewizja zaliczyła wpadkę z niedostosowaniem/ i nie dostosowała naszej flory bakteryjnej do planety

 

„Anhel podążył w dół stoku za prowadzącym , czując dziwną pustkę”. – Zbędna spacja przed przecinkiem.

 

„Odwrócił się i wlepił spojrzenie w kołyszące się na tyle rozgwieżdżonego nieba czarne kłosy”. – Odwrócił się i wlepił spojrzenie w kołyszące się na tle rozgwieżdżonego nieba czarne kłosy.

 

„…Anhel rozpoznał znajomą mu kawkę”. – …Anhel rozpoznał znajomą kawkę. Lub: …Anhel rozpoznał znaną mu kawkę.

 

„Jakbyś się czuł, gdy ktoś wyważył twoje drzwi i urządził we wnętrzu jarmark?”Jakbyś się czuł, gdyby ktoś wyważył twoje drzwi i urządził we wnętrzu jarmark?

 

„Czarne niebo na tle miasta przypominało otchłań”. – Nie potrafię wyobrazić sobie miasta, mogącego być tłem dla nieba. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki:

– Regulatorzy, za poprawki

– Bohdanie, za przeczytanie

– Tfurco, za wizytę

:)

Jako „czytasz-wiecznie-w-drodze” chciałabym Ci podziękować za ten PDF na górze, a jeszcze bardziej za mobi. Koło takiego pakietu nie można przejść obojętnie ;)

 

Pewnie słyszałeś to nie raz (i pewnie powtarzam komentarze z góry, których nie chce mi się czytać), ale masz bardzo dopracowany styl pisania. Umiesz posługiwać się narracją, umiejętnie prowadzić czytelnika, by zabrnął w ślepe zaułki w odpowiednich chwilach. Przynajmniej ze mną się udało.

Nie zauważa się długości opowieści głównie dzięki bohaterom. Sprawnie ich wprowadzasz i każda sytuacji coś o nich mówi. To mi się podoba: nie ma pustych scen byleby tylko nabić licznik znaków. Można ich poznać, polubić bądź nie, a potem równie umiejętnie ich eliminujesz. Nawet nie odczuwa się aż tak tego pustoszenia. Wreszcie coś nowego – wszyscy nie giną „na raz”, tylko powoli robią przestrzeń bohaterowi. On także jest wieloznaczny. Niby taki zwyczajny, a z drugiej strony: ten tekst o grzybobraniu szalenie mi się podobał. Dobre wyczucie humoru :) Tak samo wzruszające jest wyznanie, że cyborg pragnie tylko aby kupowali PITy. W tym momencie to jest takie oczywiste, ale wcześniej nie lubi się „faceta” zdeterminowanego wygraną aż do granic możliwości.

Opisy. Hm, po „Nad Niemnem” trudno stworzyć coś jeszcze w tym temacie.^^ Zgrabnie je wkładasz między sceny, nawet kiedy bohater po prostu odwraca się i patrzy. Czuć w nich obcość tego świata, ale nie bez przesady. Tak ciekawskim okiem podróżnika, który wszędzie ma swój dom. W podtekście dużo kolonializmu.

Szalenie podoba mi się formuła reality show. Szczególnie, że telewidzowie decydują praktycznie o wszystkim. Odwołania do poprzednich edycji pozwala wczuć się w rolę właśnie takie widza, który podgląda bohaterów non stop. Niby malutkie wzmianki, a nadają tekstowi znamion swojskości.

Jeżeli to było na Kawkę to z jednej strony bardzo mi szkoda, że nie znajdzie się w antologii. Z drugiej, cóż, mogę to czytać już teraz, nie muszę czekać. Sprytnie wytłumaczyłeś skąd się wzięła. Pojawia się w snach i to ona czaruje „ten nudny i szary” świat. Ocalenie tej planety było szlachetne. Szczególnie przy domknięciu mówiącym, co się z kim później działo. Tylko to zakończenie… idealnie wywarzone pomiędzy bajkową naiwnością a goryczą oczekiwania.

Dziękuję, Pam, za tak rozbudowaną opinię :) Cieszę się, że Ci się podobało.

W sumie już napisałam co chciałam napisać, czytelników p9ojawiło się wielu, Regulatorka przeprowadziła łapankę… Powiem zatem tylko raz jeszcze, że bardzo mi się podoba Twoja koncepcja i opis rywalizacji. Zgadzam się z tymi, którzy stwierdzili, że wstawki “senne” nie wypadły najlepiej, a zakończenie jest przewidywalne i mogłoby być znacznie lepsze.

 

“Relacjonowany na żywo reality show” wydaje mi się masłem maślanym, bo one zawsze są na żywo, nie? Nie licząc powtórek ; p

 

“wypełnienie danych” – chyba formularza?

 

“krócej od chwili” – to znaczy ile? ; p

 

“Wylosowali go przed laty, porwał tłumy, zwyciężył. A potem jeszcze wiele razy.“ – takie to losowanie ; p

 

“Jej prawdziwego imienia, jak i nieskażonego operacjami plastycznymi wyglądu, nikt nie znał.” – Nie rozumiem? Przecież widzieli dobrze, jak wygląda? Chyba że chodzi o to, że właśnie tak liczne operacje już przeszła?

 

“Aksamit jakby go nie słyszała. Drżała, lecz nie ruszyła się z miejsca.

– O Boże… co za koszmar – wydukała i podniosła rękę.“

Tu się zachowuje, jakby nigdy wcześniej nie była w programie…

 

“Schodząc, natrafili na śliczny potok, w którym pławiły się tysiące maleńkich ryb.“

(…)

“– Cholera! – krzyknął, wskoczył do wody i popłynął z nurtem.“

Popłynął potokiem? Serio? Wpław że niby?

 

“Na trzy części podzieliło się jego życie.“ – Po co taki dziwny szyk przestawny?

 

Popracuj nad tym trochę, Zygfrydzie, a wyjdzie Ci coś naprawdę dobrego. Dzięki za udzial w projekcie ; )

 

Pozdrawiam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Ależ proszę bardzo.  Szczególnie, że chyba jestem w mniejszości w kwestii końcówki, z tego co pobieżnie przejrzałam wyżej.

Joseheim, dzięki za kolejny komentarz.

 

“Relacjonowany na żywo reality show” wydaje mi się masłem maślanym, bo one zawsze są na żywo, nie? Nie licząc powtórek ; p

 

Są też programy typu Survivor i kilka innych, gdzie bohaterowie gdzieś wyruszają, a w telewizji leci skrót ich poczynań, czasem kilka miesięcy później.

W sumie może i tak, nie oglądam telewizji to się nie znam ; p

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Przeczytałem z zainteresowaniem, chociaż wydaje mi się, że opowiadanie nie niesie wystarczająco dużego ładunku emocjonalnego. Zabrakło mi dramatycznych momentów, pełnych napięcia sytuacji determinujących obawę o życie bohaterów. Opisane w tekście spotkania z owymi stworzeniami, które miały budzić grozę, stwarzać realne zagrożenie, nie wywołały w zasadzie żadnych emocji. Można było wykorzystać te sceny znacznie lepiej, w obecnej postaci wydały mi się zwyczajnie beznamiętne.

To samo tyczy się rywalizacji między uczestnikami. Odniosłem wrażenie, że bez żalu żegnałeś się z kolejnymi bohaterami, eliminując ich z programu. Nawet Anhel jakoś tak szybko, “bez pompy” odszedł z konkursu, po prostu się teleportował. Według mnie tak kluczowy, kulminacyjny moment powinien w jakiś sposób epatować pomysłowością, oryginalnością. Znowu – bez szczególnych emocji.

Zakończenie też mnie nie zdumiało, mogło być inne, ale trudno.

Pomimo tych moich zastrzeżeń opowiadanie mi się podobało, miło spędziłem czas przy jego lekturze.

Mnie się podobały dwie sceny: rozmowa z tym starym uczestnikiem, podczas wypadu do lasu i rozmowa z PITem; w nich rzeczywiście coś się działo, czuć było pewne emocje. One były dobre, gdyby reszta trzymała ten poziom, to wiesz… Ale reszta: nie wiem, nie czytało się źle, ale nie było nic konkretnego, co by przykuło uwagę. Ci bohaterowie niby chodzili, coś robili, ale odniosłem wrażenie, że nie zostali obdarzeni wiarygodnym zaangażowaniem w sprawę, jakby od początku zostali przez autora skazani na bycie meblem do przestawienia, tj. przegraną w konkursie ;) I zakończenie – jak dla mnie relacja protagonisty z tą babką ze snów była zbyt słabo zarysowana, żeby finał wywołał jakieś poważniejsze emocje; ten happy end wyszedł trochę nijaki. 

I po co to było?

Rozdroże bez drogowskazów, nawet szpagat nad wilczym dołem. Przy pierwszym czytaniu tekst że ho ho, a potem… Potem refleksja, że reality show to nic nowego, że przeniesienie widowiska w kosmos jakoś niespecjalnie uatrakcyjnia, ożywia. Bohater, mam wrażenie, poprowadzony do celu, ujawnionego w zakończeniu, prawie jak marionetka. Cel owszem, szlachetny, ale czy nie za łatwo osiągnięty… Cóż, bywa, nawet dość często, że optyka zmienia się po drugim wejrzeniu.

Dziękuję za przeczytanie.

Trochę to wszystko dla mnie zwariowane. W żadnym poprzednim tekście nie dostałem tyle krytycznych głosów (za wszystkie dziękuję, bo dają do myślenia), a jednocześnie opowiadania odniosło sukces w głosowaniu czytelników, o jakim wcześniej tylko mogłem pomarzyć :D

To może oznaczać, że jesteś niejako w połowie drogi, na końcu której czekają same słowa uznania za wszystko.

U Adama szklanka zawsze w połowie pełna ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Może takie show niedługo będziemy mieli w naszej telewizji?

 

http://pl.wikipedia.org/wiki/Mars_One 

 

Podobała mi się równowaga pomiędzy poszczególnymi dawkami s-f, a snutą, czasami w baśniowym (chociaż miejscami zbyt cukierkowym) stylu opowieścią. A zakończenie według mnie jest w sam raz. Smutne i melancholijne, jak życie człowieka który utracił szansę na coś większego.

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Podobało mi się.

Edyta

Jak mówiłem, tak zrobiłem i przeczytałem. Zgadzam się z wieloma uwagami, które pojawiły się powyżej, ale generalnie tekst mi się podobał (może poza samym zakończeniem). W każdym razie bardziej niż Dziś już nie ma dzikich smoków.

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Nowa Fantastyka