- Opowiadanie: berserkerka - Na drugą stronę

Na drugą stronę

Tekst napisany już jakiś czas temu, lekko odświeżony. Jest to mój pierwszy tekst publikowany tutaj, dawno pojawił się na innym portalu.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Na drugą stronę

Na­zy­wa­li go róż­nie: cu­do­twór­ca, zna­chor, uzdro­wi­ciel, szar­la­tan, na­cią­gacz. Teraz mieli mia­no­wać bo­giem. Wła­śnie trzy­mał ręce na gło­wie nie­wi­do­mej dziew­czyn­ki, kiedy za­dzwo­nił te­le­fon.

– Panie An­to­ni, ko­lej­ne we­zwa­nie. Na kiedy… – Młoda asy­stent­ka wy­chy­li­ła się zza drzwi.

– Nie teraz! – wark­nął roz­ju­szo­ny. Stra­cił kon­cen­tra­cję, dzie­sięć minut me­dy­ta­cji po­szło na marne. Do tego dziew­czyn­ka drgnę­ła ze stra­chu na dźwięk pod­nie­sio­ne­go głosu. Musi być opa­no­wa­ny, spo­koj­ny, to część wi­ze­run­ku uzdro­wi­cie­la. Uśmiech­nął się przy­mil­nie, za­po­mi­na­jąc, że prze­cież mała i tak nic nie widzi. Do czasu.

 Kil­ka­na­ście minut póź­niej, wy­bie­gła z ga­bi­ne­tu i rzu­ci­ła się w ra­mio­na za­pła­ka­nej, gru­bej ko­bie­ty. Zosia pierw­szy raz w życiu zo­ba­czy­ła fa­lu­ją­ce pod­bród­ki matki, jej czer­wo­ną i świe­cą­cą twarz. W oczach dziew­czyn­ki po­ja­wi­ły się łzy. Wkrót­ce wszyst­kich w po­cze­kal­ni ogar­nę­ło wzru­sze­nie i po­chli­py­wa­li razem, każdy z in­ne­go po­wo­du. Matka, z ra­do­ści, że córka na­resz­cie widzi. Męż­czy­zna obok, że jemu pew­nie się nie uda, bo prze­cież przy­wró­cić wzrok, to nie to samo co spra­wić, by od­ro­sła noga. Oko było na miej­scu, wy­star­czy­ło je uru­cho­mić, a jemu trze­ba od­two­rzyć całą koń­czy­nę. Dziew­czyn­ka zaś pła­ka­ła, bo wresz­cie zo­ba­czy­ła, że matka jest ob­le­śną, grubą babą, w ohyd­nym ró­żo­wym swe­trze, a nie przy­jem­nie pulch­ną nimfą, za którą ją miała. Czar prysł. Cu­do­twór­ca jedno dał, dru­gie za­brał.

 ***

An­to­ni nie­na­wi­dził środy. Tego dnia trze­ba było ru­szyć tyłek z cie­płe­go po­ko­ju i je­chać do pa­cjen­tów. Tych w naj­cięż­szym sta­nie, któ­rzy nie mogli przyjść do niego. Na nie­szczę­ście obu stron, było ich bar­dzo wielu.

Cza­sem chory nie do­ży­wał do wi­zy­ty.

 Drzwi otwo­rzy­ła wy­chu­dzo­na ko­bie­ta o sza­rej twa­rzy i mo­krych po­licz­kach.

– Nie zdą­żył pan! Jak pan mógł! Jak?! – za­nio­sła się szlo­chem. An­to­ni wy­kle­pał tra­dy­cyj­ną for­muł­kę, spe­cjal­nie opra­co­wa­ną na takie oka­zje, że bar­dzo przy­kro, cza­sem tak bywa, wcze­śniej nie mógł, szko­da wspa­nia­łe­go czło­wie­ka i tym po­dob­ne bzdu­ry. Nie­ste­ty, za­no­si­ło się na dłuż­szą wi­zy­tę. Roz­mów­czy­ni wglą­da­ła na taką, która lubi wy­le­wać żale przed innymi. Trud­no, trze­ba swoje prze­trzy­mać, po­ki­wać głową, wy­du­sić kilka łez. To pod­no­si pre­stiż i zwięk­sza obrót, bo prze­cież nie dość, że cu­do­twór­ca, to jesz­cze taki dobry czło­wiek. Do­broć w tej bran­ży znacz­nie zwięk­sza zyski.

Oczy­wi­ście wdowa za­cią­gnę­ła go do po­ko­ju, w któ­rym spo­czy­wał mał­żo­nek. W całym po­miesz­cze­niu uno­sił się od­ra­ża­ją­cy odór. Mimo tego, do­oko­ła otwar­tej trum­ny zgro­ma­dzi­ła się spora grupa ża­łob­ni­ków.

– Kiedy zmarł mąż? – za­py­tał, siląc się na współ­czu­ją­cy ton. An­to­ni nie był nie­czu­ły, to kwe­stia przy­zwy­cza­je­nia, taki zawód.

– Przed­wczo­raj wie­czo­rem – od­po­wie­dzia­ła ko­bie­ta po­wstrzy­mu­jąc ko­lej­ny szloch.

– Co? – An­to­ni wy­trzesz­czył oczy. – To czemu nie za­bra­no go do kost­ni­cy? Prze­cież tu jest za go­rą­co, ciało za­cznie się roz­kła­dać. Już chyba za­czę­ło. – Dodał po chwi­li, zer­ka­jąc w stro­nę trum­ny.

– No wie pan? – Obu­rzył się nagle star­szy męż­czy­zna, sto­ją­cy nad de­na­tem. – Tak bez noc­ne­go czu­wa­nia? Taka jest tra­dy­cja.

– Ale chyba mi­nę­ły już dwie noce – za­uwa­żył roz­trop­nie zna­chor.

– Za­uwa­ży­li­śmy, że od­szedł, do­pie­ro wczo­raj rano. – Żona za­ru­mie­ni­ła się lekko i scho­wa­ła twarz w chu­s­tecz­ce. – Le­karz po­wie­dział, kiedy zmarł.

Szyb­ko prze­pchnię­to go do trum­ny, aby mógł obej­rzeć ciało, choć tak na­praw­dę nikt nie wie­dział po co. Sta­rał się za­cho­wy­wać uprzej­mie, ale jed­no­cze­śnie nie na­chy­lać zbyt­nio nad trum­ną. Smród i z tej od­le­gło­ści był nie do znie­sie­nia. Poza tym, widok roz­dę­tych i ciem­no-si­nych już zwłok, spra­wiał, że śnia­da­nie pod­jeż­dża­ło mu do gar­dła. W po­ko­ju pa­no­wał taki upał, iż An­to­ni nie zdzi­wił się nawet, że pro­ces gnil­ny był znacz­nie po­su­nię­ty.

– Skoro nie mógł go pan ura­to­wać, może mógł­by pan spra­wić, żeby jego ostat­nia po­dróż była udana – za­skrze­cza­ła jakaś sta­ro­win­ka.

– Nie ro­zu­miem – po­wie­dział, pierw­szy raz szcze­rze.

– Na pewno jako cu­do­twór­ca, zna się pan na tych spra­wach – rzu­cił ktoś inny.

– Nie je­stem księ­dzem… – bro­nił się.

– To może cho­ciaż – ode­zwa­ła się żona zmar­łe­go – mógł­by pan spra­wić, że bę­dzie… pięk­niej­szy.

– Pro­szę go oddać do kost­ni­cy, tam o to za­dba­ją. Już mó­wi­łem, że tu jest za go­rą­co i ciało…

– Przy­wra­ca pan lu­dziom wzrok, słuch, leczy umie­ra­ją­cych. Czy nie może pan w takim razie na­pra­wić jego ciała, aby wy­glą­da­ło tak jak wcze­śniej? – bła­ga­ła.

– Sły­sza­łam, że ule­czył pan po­pa­rzo­ne­go chłop­ca, na­pra­wił jego skórę, czy to nie to samo? – za­ata­ko­wa­ła sta­ro­win­ka.

– Nie sądzę… – Pró­bo­wał cof­nąć się do drzwi, ale ża­łob­ni­cy na­pie­ra­li coraz bar­dziej. Ktoś trzy­mał za ręce, inny cią­gnął w stro­nę ciała. Nie może go do­tknąć. Czuł, że jak tylko zbli­ży się do trupa, zwy­mio­tu­je bez­czesz­cząc zwło­ki, czego mu już nie wy­ba­czą. Nie­bosz­czyk na­pa­wał obrzy­dze­niem i lę­kiem. Uzdro­wi­ciel sta­wiał opór, ale wszyst­ko na nic. Byli sil­niej­si. Szum gło­sów na­ra­stał, po­wie­trze gęst­nia­ło, a ręka An­to­nie­go zna­la­zła się na czole nie­bosz­czy­ka. Za­war­tość żo­łąd­ka pod­je­cha­ła mu do gar­dła, lecz opa­no­wał się. Wie­dział, że nie wy­brnie tak łatwo. Po­my­ślał, że od­sta­wi jak naj­szyb­ciej swoją szop­kę i uciek­nie.

– Po­trze­bu­ję ciszy, muszę się sku­pić – szep­nął, wal­cząc z mdło­ścia­mi. Ze­bra­ni od­su­nę­li się kilka kro­ków i za­mil­kli jak na roz­kaz. An­to­ni za­mknął oczy, aby od­da­lić obrzy­dli­wy widok, co ode­bra­no jako ozna­kę naj­wyż­sze­go sku­pie­nia i za­an­ga­żo­wa­nia. Nie po­tra­fił się skon­cen­tro­wać, me­dy­ta­cję co chwi­lę prze­ry­wa­ły dziw­ne myśli, prze­szka­dzał smród bu­cha­ją­cy od zwłok. Nie wie­dział czy stał tam mi­nu­tę, czy pół go­dzi­ny. Po­czuł, że udało się, choć tak na­praw­dę za bar­dzo się nie sta­rał. Za­wsze czuł, kiedy od­niósł suk­ces. To część daru. Otwo­rzył oczy. Zo­ba­czył brą­zo­we tęczówki. Osu­nął się na pod­ło­gę.

Mu­siał być nie­przy­tom­ny tylko kilka se­kund, bo ze­bra­ni jesz­cze ni­cze­go nie za­uwa­ży­li. Po­chy­la­li się nad nim, a nie nad trum­ną. Ze­rwał się na równe nogi i ostroż­nie spoj­rzał na męż­czy­znę. Po­zo­sta­li po­dą­ży­li za jego wzro­kiem. Może nie wy­pięk­niał, nadal był roz­dę­ty i siny, ale mru­gał ocza­mi i pró­bo­wał coś mam­ro­tać. Pac. Pac. Ko­lej­ne dwie osoby ze­mdla­ły. An­to­ni pa­trzył z nie­do­wie­rza­niem na swoje ręce – cud.

Chwy­cił zmar­twych­wsta­łe­go pod ra­mio­na i po­mógł wy­gra­mo­lić się z pudła. Resz­ta stała w bez­piecz­nej od­le­gło­ści, nie­któ­rzy cu­ci­li żonę de­na­ta. Nikt jesz­cze nie wie­rzył w to, co się stało.

– Jak się pan czuje? – za­gad­nął po chwi­li An­to­ni. Za­miast od­po­wie­dzi otrzy­mał nie­wy­raź­ne rzę­że­nie i potok śliny.

– Karol! – Ko­bie­ta rzu­ci­ła się na męża. Za nią po­dą­ży­ła resz­ta i już chwi­lę póź­niej nie­daw­ny nie­bosz­czyk sie­dział w fo­te­lu, przy­kry­ty kocem i w oto­cze­niu ro­dzi­ny. Cu­do­twór­cę wy­no­szo­no pod nie­bio­sa i wty­ka­no do kie­sze­ni za­skór­nia­ki po­cho­wa­ne w miesz­ka­niu. Sam zmar­twych­wsta­ły chyba za bar­dzo nie wie­dział, co się stało – czy żyje, czy też nie i gdzie się wła­ści­wie znaj­du­je.

Tego dnia An­to­ni zo­stał bo­giem.

 ***

Maria Wa­lew­ska, z przy­kle­jo­nym do twa­rzy uśmie­chem, obmywała ciało męża. De­li­kat­ne ruchy zo­sta­ły za­stą­pio­ne przez coraz moc­niej­sze szarp­nię­cia. Pu­meks wrzy­nał się w ciało Ka­ro­la, gęsty płyn do ką­pie­li ob­my­wał skórę, a smród wy­do­by­wa­ją­cy się z jego wnętrz­no­ści nadal był smro­dem. Nie­spo­ty­ka­na eu­fo­ria spo­wo­do­wa­na cu­dow­nym po­wro­tem męża, po kilku dniach zmie­ni­ła się w ra­dość. Nad­gni­łe po­wło­ki ciała były nie­przy­jem­ne w do­ty­ku i na­pa­wa­ły obrzy­dze­niem. Odór był nie­prze­mi­ja­ją­cy, nie­po­ko­na­ny i nie­zmy­wal­ny. Idąc spać, od­wra­ca­ła się do męża ple­ca­mi i za­ty­ka­ła twarz po­dusz­ką. Le­piej umrzeć za­du­szo­na przez po­ściel, niż smród. Karol nie był już zresz­tą Ka­ro­lem. Coś wi­docz­nie po­prze­sta­wia­ło mu się w gło­wie, lub, jak twier­dził An­to­ni, tkwi jesz­cze w szoku po­śmiert­nym. Wpraw­dzie od­zy­skał mowę na­stęp­ne­go dnia po wskrze­sze­niu, roz­po­zna­wał ludzi i miej­sca, ale mówił od rze­czy. Nawet po we­se­lu Wieś­ka, są­sia­da z góry, był w lep­szym sta­nie. Teraz sie­dział sku­lo­ny na tap­cza­nie z wiecz­ną struż­ką śliny ciek­ną­cą po bro­dzie.

Maria nie mogła jed­nak po­wie­dzieć choć­by słowa skar­gi. Stał się prze­cież cud, od­zy­ska­ła męża. Po­win­na się cie­szyć, być wdzięcz­na. Ale za co? Po śmier­ci Ka­ro­la zna­la­zła się w cen­trum uwagi. Przy­cho­dzi­li zna­jo­mi, ro­dzi­na. Po­ma­ga­li, współ­czu­li. Przez jakiś czas mogła pobyć mę­czen­ni­kiem, otrzą­snąć się i żyć dalej. A tak, do­sta­ła pod opie­kę ciało wy­peł­nio­ne ga­za­mi gnil­ny­mi, a po­zba­wio­ne oso­bo­wo­ści. Po­win­na dzię­ko­wać za cud. Wcze­śniej mogła cho­ciaż po­psio­czyć na służ­bę zdro­wia, na los, Boga, cu­do­twór­cę. Teraz za­gry­za­ła zęby w uśmie­chu i mu­sia­ła się sta­rać, aby nie przy­po­mi­nał gry­ma­su. Nie miała prawa się mar­twić i na­rze­kać.

Czemu w Bi­blii nie wspo­mnie­li, że wskrze­sze­ni tak na­praw­dę nadal byli mar­twi? Czy Ła­zarz pro­wa­dził póź­niej nor­mal­ne życie? A może to wina cu­do­twór­cy? Pew­nie zro­bił coś źle, w końcu nie miał wpra­wy we wskrze­sza­niu. Jeśli spie­przył spra­wę, to niech teraz na­pra­wia, po­my­śla­ła.

 ***

Od kilku dni An­to­ni żył jak król. Spra­wa tra­fi­ła do me­diów, le­ka­rze po­twier­dzi­li cud – mar­twy ożył. Za­pra­sza­no go na wy­kła­dy, pre­lek­cje, wy­wia­dy te­le­wi­zyj­ne. W przy­szłym ty­go­dniu miał le­cieć do Pa­ry­ża i Bar­ce­lo­ny. Młodą asy­stent­kę za­mie­nił na młod­szą, sa­mo­chód na jacht, a wy­na­gro­dze­nie na dzie­sięć razy więk­sze. I to wszyst­ko w kilka dni. Ko­lej­ny cud.

Żona Wa­lew­skie­go pro­si­ła o spo­tka­nie. Bar­dzo do­brze, spo­łe­czeń­stwu spodo­ba się, że od­wie­dza swo­je­go pa­cjen­ta. Szcze­rze mó­wiąc, po­wi­nien był wpaść na to sam… Tak czy ina­czej, musi go od­wie­dzić jesz­cze przed wy­jaz­dem.

Drzwi otwo­rzy­ła uśmiech­nię­ta Wa­lew­ska. An­to­ni drgnął na widok wy­szcze­rzo­nych zębów. Na­tych­miast po­znał nie­udol­ne uda­wa­nie szczę­ścia, które czę­sto wi­dział w lu­strze.

– Niech pan na niego spoj­rzy – zła­pa­ła go za ło­kieć i po­cią­gnę­ła do po­ko­ju. Pan Karol sie­dział przy oknie i ob­ser­wo­wał ulicę. – Sie­dzi jak kłoda, nie wie, co się do­oko­ła dzie­je i wie pan co? On wcale nie chce wie­dzieć! – po­wie­dzia­ła z wy­rzu­tem.

– Nie ro­zu­miem…

– Coś mu­sia­ło pójść nie tak. On niby żyje, ale jest nie­obec­ny, a kiedy już kon­tak­tu­je, za­cho­wu­je się jak dziec­ko.

– To z cza­sem minie. Za­pew­niam panią – po­wie­dział pew­nym gło­sem An­to­ni, sta­ra­jąc się nie wdy­chać smro­du wy­peł­nia­ją­ce­go miesz­ka­nie.

– Skąd może pan wie­dzieć? Prze­cież to je­dy­ny znany przy­pa­dek wskrze­sze­nia od cza­sów Bi­blii! Niech pan nie udaje, że wie, jak to prze­bie­ga, bo guzik pan wie! – krzy­cza­ła. Wa­lew­ski nie­wzru­szo­ny wy­glą­dał przez fi­ran­kę. Chyba na­praw­dę od­pły­nął. An­to­ni mu­siał się ra­to­wać. Prze­cież od­niósł suk­ces, wskrze­sił czło­wie­ka. Nie może po­zwo­lić, aby ta ko­bie­ta wszyst­ko po­psu­ła.

– Pro­szę po­słu­chać – rzekł spo­koj­nie. – Po­win­na się pani cie­szyć, pani mąż żyje. A jego chwi­lo­wa nie­dy­spo­zy­cja z pew­no­ścią minie. Chwi­lecz­kę… – Pod­szedł do męż­czy­zny i po­mógł mu wstać, ledwo po­wstrzy­mu­jąc wy­mio­ty. – Jak się pan czuje?

W za­mian otrzy­mał tylko dzie­cię­cy uśmiech, ma­ka­brycz­ny na sinej, roz­dę­tej twa­rzy.

– Widzi pani, jest szczę­śli­wy – po­wie­dział szyb­ko, wi­dząc otwie­ra­ją­ce się już usta ko­bie­ty. – A teraz niech pan przej­dzie kilka kro­ków. – Pchnął go do przo­du, na co Wa­lew­ski o mało się nie prze­wró­cił. – Nadal wy­stę­pu­je lekka nie­ko­or­dy­na­cja, ale wszyst­ko wraca do normy, widzę po­stęp.

– Ale… – za­czę­ła, ale An­to­ni nie dawał jej dojść do słowa.

– No, ale oczy­wi­ście z chę­cią po­mo­gę pań­stwu jesz­cze raz – uśmiech­nął się pro­mien­nie. – Je­stem w końcu cu­do­twór­cą.

Po­sa­dził pa­cjen­ta na krze­śle i po­ło­żył ręce na opuch­nię­tej gło­wie. Po­czuł nie­bez­piecz­ne re­wo­lu­cje w żo­łąd­ku. Sta­rał się sku­pić z ca­łych sił. Po­now­nie za­mknął oczy, tym razem, aby nie wie­dzieć po­wąt­pie­wa­ją­cej miny ko­bie­ty. Czuł, że nic z tego nie bę­dzie, ale trze­ba było ode­grać scenę, jak w do­brym te­atrze. Na­pi­nał się, ję­czał, mam­ro­tał przez dobre dwa­dzie­ścia minut. Kiedy czuł, że dłu­żej nie wy­trzy­ma za­pa­chu zgni­łe­go mięsa, od­su­nął się i zmu­sił do uśmie­chu.

– Wszyst­ko bę­dzie już w po­rząd­ku. Niech mi pani zaufa, je­stem prze­cież cu­do­twór­cą. – Wy­piął dum­nie pierś i jak naj­szyb­ciej opu­ścił miesz­ka­nie.

Maria spoj­rza­ła po­wąt­pie­wa­ją­co na męża. Nie zmie­nił się nie­przy­tom­ny wzrok, ani tępy wyraz twa­rzy. Nagle, na ulicy roz­legł się po­twor­ny hałas. Ko­bie­ta do­sko­czy­ła do okna i zo­ba­czy­ła roz­sma­ro­wa­ne na as­fal­cie ciało uzdro­wi­cie­la. Nie­bie­ski mer­ce­des za­trzy­mał się do­pie­ro na la­tar­ni, kil­ka­na­ście me­trów dalej. Krzy­cze­li lu­dzie, już sły­chać było od­głos nad­jeż­dża­ją­cej ka­ret­ki. Karol sta­nął obok żony i z prze­ra­żo­ną miną wska­zy­wał na plamę krwi przed blo­kiem. Oczy dziw­nie się po­więk­szy­ły, a z ust wy­do­by­wa­ło się dzie­cię­ce po­chli­py­wa­nie.

– Nie martw się. Zaraz zmar­twych­wsta­nie. W końcu to cu­do­twór­ca.

Koniec

Komentarze

Zauważyłem jedną literówkę (strużką śliny cieknąca), może też jeszcze jeden czy dwa gorsze fragmenty, ale nie będę teraz wracał i ich szukał, bo chciałem napisać, że opko czytało się świetnie.

Natomiast jeśli chodzi o finał… jak dla mnie, właściwie żaden nie istnieje. Tzn. rozumiem, że trudno ni nazwać czyjejś śmierci finałem, ale ostatni akapit wydał mi się tak trochę ni z gruszki, ni z pietruszki. Jakbyś nie wiedziała jak zakończyć to fajne, wciągające opowiadanie.

Literówka poprawiona.  Co do finału to od początku miałam takie założenie, żeby go zabić, chociaż może i racja, że mogłam o jakoś zgrabniej opisać albo trochę rozwinąć… Pomyślę nad tym, jak mi coś sensownego przyjdzie to głowy to poprawię zakończenie.

Dzięki za komentarz :-)

Ciekawy pomysł. Przyjemnie się czytało.

Babska logika rządzi!

Jejku, przerażające, brrr….

Ano czyta się, pomysł dobry, jak najbardziej. Myślę, że warto było go trochę pociągnąć, zamiast tak ucinać opowiadanie – chciałoby się przeczytać jakieś tego pomysłu rozwinięcie. Ujrzeć niebanalne konsekwencje nie do końca udanego ożywienia.

Czemu w Biblii nie wspomnieli, że wskrzeszeni tak naprawdę nadal byli martwi? Czy Łazarz prowadził później normalne życie? A może to wina cudotwórcy?

No to a propos. W “Krokach w nieznane 2009” jest poruszające opowiadanie Aleksieja Kaługina pt. “Syndrom Łazarza”. Otóż według “Syndromu” Jezus spartolił sprawę w ten sam sposób, co Antoni. Z tym, że Łazarz zachował pełnię władz umysłowych. Implikacje okazują się naprawdę smutne, zwłaszcza dla wskrzeszeńca, rzecz jasna.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Całkiem porządne opowiadanie – dobry pomysł, niezłe wykonanie. Ale zakończenie, niestety, psuje nieco wrażenie. Wygląda tak, jakby Autorka, będąc na rozdrożu, nie miała pomysłu, którą drogę wybrać – czy przywracać Karola do normalnego życia, czy też pozwolić mu powoli gnić u boku żony. I w tej rozterce Autorka wybrała trzecią drogę, i uśmierciła Antoniego.  

 

„Rozmówczyni wglądała na taką, która lubi wylewać żale innym”. – Wolałabym: Rozmówczyni wyglądała na taką, która lubi wylewać żale przed innymi.

 

„Zobaczył brązowe źrenice”. – Zdanie chyba winno brzmieć: Zobaczył brązowe tęczówki.

Źrenice są czarne.

 

„Maria Walewska obmywała ciało męża z przyklejonym do twarzy uśmiechem”. – Dlaczego ciało męża miało przyklejony uśmiech? ;-)

Pewnie miało być: Maria Walewska, z uśmiechem przyklejonym do twarzy, obmywała ciało męża.

 

„Lepiej umrzeć zaduszoną przez pościel, niż smród”.Lepiej umrzeć zaduszona przez pościel, niż smród.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki za wskazanie błędów, już zostały poprawione.  Po ponownym przeczytaniu przyznaję,  że to zakończenie wygląda na takie trochę “za szybkie” i na siłę. Myślę wlaśnie, żeby je jakoś zmienić, rozwinąć. Powinnam wtedy edytować tekst i zmienić zakończenie, czy wrzucić opowiadania drugi raz jako nową wersję? Jestem tu zupełnie nowa i nie za bardzo się orientuję, która wersja jest tu preferowana.

 

Jeszcze raz dziękuję wszystkim za przeczytanie i rady.

Nowa Fantastyka