- Opowiadanie: tintin - Upór

Upór

Nie no, horrorem bym tego nie nazwał, ale chciałem uniknąć kategorii “Inne”.

Opowiadanie pisane od północy do piątej nad ranem. Idę spać:)

 

P.S. Wiem, wiem, lepiej dać się tekstowi uleżeć. Trudno: poświęcam niemal pewną wygraną wstawiając opko z pewnością obarczone licznymi wadami, żeby mi już się nie pętało po głowie i pozwoliło skończyć to, nad czym pracuję od kilku dni. Uff, ledwo widzę co piszę...

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Upór

Dwie sprzedawczynie od stu lat stanowiące nieodłączną część antykwariatu w Gdańsku Wrzeszczu odliczały minuty do końca pracy. Stary zegar pokazywał wpół do piątej; słońce zaszło godzinę wcześniej. W ciasnym pomieszczeniu, gdzie gospodarzami były regały pełne książek, a ludzie musieli rozmawiać przyciszonym głosem, brakowało choćby jednego klienta. Kobiety lubiły się wzajemnie i szanowały, ale po całym dniu poświęconym na rozmowy z kupującymi i sprzedającymi książki gdańszczanami nie miały już siły na pogawędkę. Zmęczone, wolały oddać się oczywistej w tym miejscu pasji: czytaniu. Szerokie, brązowe radio Ślązak nadawało ostatnie takty piosenki Maryli Rodowicz.

Nastały ciężkie czasy. Kto miał książki, ten je wyprzedawał. Wprawdzie w sklepach i tak nie było co kupić, tam gotówka nie przydawała się na nic, ale za bajońskie sumy dawało się czasem skombinować nadprogramowe kartki na mięso i papierosy. Podaż zawartości domowych biblioteczek przewyższała popyt, więc antykwariuszki mogły przebierać, przyjmowały tylko książki w najlepszym stanie. Albumy i encyklopedie rozejdą się na pewno, mimo chwilowych kłopotów na froncie walki o wzrost gospodarczy: bibliofile głodni dobrej jakości papieru i ilustracji kupią nawet „Atlas chorób i szkodników buraka” (pięknie wydany, jak na Zachodzie), i to za pieniądze odłożone na opłacenie ogrzewania. Beletrystyka może trochę poczeka, ale w końcu i na nią znajdzie się nabywca. A tym bardziej na tablice matematyczne, normy i podręczniki mechaniki teoretycznej, czyli obiekty pożądania studentów nieodległej politechniki.

Cynowy dzwonek odezwał się dzyń-dzyń, potrącony przez otwierane od zewnątrz drzwi. Dzyń-dzyń-dzyń, szarpany listopadowym wiatrem. Kiedy młody człowiek, z wyglądu studencik, przekroczył próg, zderzył się z surowym wzrokiem zwykle tak łagodnych i przyjaznych pań sprzedawczyń. Speszony, po cichutku wytupał buty i ostrożnie otrząsnął z mokrego śniegu ortalionową kurtkę do pół uda, którą kurczowo zaciskał w obu dłoniach, na wysokości splotu słonecznego.

– Dzień dobry… – Spojrzał bezradnie przez oszklone drzwi za siebie, w mrok zacinający pluchą. – Dobry wieczór… Panie mnie może nie pamiętają, ale ja szukam takiej jednej książki… Nie znam autora, ale opowiadałem niedawno tyle, ile przypomina mi się z treści… i nie znalazły jej panie?

– Dobry wieczór – odpowiedziała młodsza z kobiet, znudzona lekturą najnowszego numeru „Fantastyki”. – Oczywiście, że pamiętam. Nie, nie udało nam się. Nadal nic pan więcej o niej nie może powiedzieć? Tylko te urywki? Wie pan, to musiał być jakiś niezbyt poczytny autor. Może debiutant, który nie wydał już nic więcej? Sądząc po perypetiach bohatera, obawiam się, że nakład książki nie był wielki, i raczej się nie sprzedał w całości.

Chłopak stropił się na takie dictum. Jego plan zakładał parokrotne odwiedziny w antykwariacie i stopniowe streszczenie całej fabuły powieści. Druga sprzedawczyni udawała zanurzoną po uszy w świecie „Moby Dicka”. Pff, nic specjalnego, pierwszych dziesięć stron czytał przez pół godziny, przysypiając co chwilę.

– A-ale ja przypomniałem sobie zakończenie. Może po tym pani skojarzy? – zapytał zdesperowanym tonem. Odkaszlnął. To był bardzo dziwny dźwięk. – Więc Mark, okazało się, wcale nie był Elgeraninem. Pochodził z-

– Nadal nic mi się nie przypomina. Może, o, pójdzie pan tam, do końca tego regału w głębi. Po lewej jest sekcja pozycji rzadko poszukiwanych. A ja zaparzę herbatę z cytr… z pokrzywy. Sama suszyłam! Niech pan rozejrzy się po półkach i do nas wróci za chwilę.

Starsza z kobiet łypnęła na koleżankę podejrzliwie: herbatę?

– No co – szepnęła tamta, zerkając na potulnie oddalającego się dziwaka – chcę go czymś zająć. Przecież on by nam znów ględził i ględził. Ty kojarzysz tę książkę?

– Zupełnie. Może jakiś wczesny Asimov? Albo Kuttner? Ale u nas wyszły tylko ich lepsze rzeczy. To, co on ostatnio opowiadał to jakiś straszny gniot.

Marylka oddała mikrofon Czerwonym Gitarom, a oni – prowadzącemu “Koncert życzeń”.

– Nie wiem. Nie chcę wiedzieć. Jezu, niech już pójdzie i zamykamy. Jutro wolna sobota, nie mam zamiaru umrzeć tutaj słuchając tego ciamciaka.

Tymczasem na zapleczu chłopak zbierał siły do konfrontacji z nieprzychylnie nastawionymi, przynajmniej dwukrotnie starszymi od niego kobietami. Widział je jako niedosięgłe widma, zjawy z innego, strasznego świata ludzi kompetentnych i znających swoją wartość. Przerażały go, ale chciał – musiał! – wreszcie komuś o tej książce opowiedzieć. A one wiedziały o literaturze więcej niż ktokolwiek kogo znał. Byle tylko nie dać im dojść do słowa! Przygładził włosy, chwycił kurtkę tak by się nie rozchyliła i pewnym krokiem wymaszerował spomiędzy regałów.

– No więc Mark, okazało się, nie miał z zamachem nic wspólnego. W ogóle nie był Elgeraninem! Kiedy z uratowaną od śmierci w męczaraniach księżniczką wbiegł na statek, pogoń była tuż za nimi. Po wielu perypetiach udało mu się odpalić silniki. Niestety, jego ukochana leżała umierająca na podłodze ładowni. Mark gorączkowo przeszukiwał ładunek, jednocześnie walcząc z niedobitkami agentów, żeby znaleźć jakieś antidotum. I znalazł, ale – tu młodzieńcowi zabrakło tchu; nabrał go i – Livia już skonała. Akurat, kiedy pokonał ostatniego wroga i kazał niesamowitemu komputerowi pokładowemu z kolorowym wyświetlaczem obrać kurs na Ziemię! Kiedy to zobaczył, przez łzy zmienił cel lotu tak, żeby rozbić się – kolejny świszczący wdech – na najbliższej planecie. Na szczęście, ale to jest już w epilogu, drzewa wyhamowały jej upadek, a Mark musi teraz poradzić sobie na obcej ziemi, wśród człekopodobnych gadów.

Chłopak nagle przygasł. Cichym, nieśmiałym tonem zapytał kompletnie zaskoczone jego tyradą sprzedawczynie:

– A czy… myślą panie, że taką książkę ktoś by zechciał przeczytać?

Starszej nie chciało się nawet odpowiadać – jak gdyby nigdy nic wróciła do przerwanej lektury. Młodszą naszły wątpliwości. Coś się tu nie zgadzało: czy na pewno chodziło o poszukiwanie na wpół zapomnianej książki z dzieciństwa, jak młodziak wcześniej utrzymywał? Coś… nieuchwytnego. A, nieważne. Jaki sens się nad tym zastanawiać, za kilka minut skończy pracę. Ależ paskudna ta pogoda. Zamknie staroświeckie drzwi do antykwariatu, na zewnętrzną kratę założy kłódkę i pożegna się z koleżanką. Jak co wieczór od stu lat.

– Nie, proszę pana – powiedziała stanowczo. – Lepiej niech pan już tej książki nie szuka. To, co jako dziecku wydawało się panu świetne teraz wywoła tylko zażenowanie. Nie wiem, kto napisał tego gniota, ale powinien się wstydzić. Pewnie zresztą tak jest. Na pewno nikt by tego nie chciał doczytać do końca, chyba że odsiadywałby dożywocie i umierał z nudów. Dobranoc.

– Aha. – Młody zwiesił smutno głowę i otworzył drzwi. Dzyń-dzyń, dzyń-dzyń. Wyszedł po kilku schodkach na pusty chodnik, ledwo widoczny przez zasłonę padającego lepkiego śniegu.

Więc jednak nikomu by się jego nieukończona powieść nie spodobała. Kurtka załopotała na wietrze, odsłaniając wielką krwawą dziurę w klatce piersiowej. Ktoś pamiętający zeszłoroczne prasowe kroniki wypadków drogowych mógłby dopatrzyć się w jej kształcie odwzorowania bukowego konara. Przerwane nitki robionego na drutach swetra zahaczyły się o wystające końce pogruchotanych żeber.

 

No to mógł już odejść.

Koniec

Komentarze

Pękło mu serce?

Tak łatwo się nie umiera, a porażki??? Też są do zniesienia, każdą kolejną znosi się chyba łatwiej.

 

Dwie sprzedawczynie, od stu lat stanowiące nieodłączną część antykwariatu w Gdańsku Wrzeszczu odliczały minuty do końca pracy – tu i jeszcze gdzieś w innym miejscu mam wątpliwości co do przecinków. Wydaje mi się, że albo usunąć przecinek po “sprzedawczynie” albo wstawić jeszcze jeden po “Wrzeszczu” – wtedy będzie to ograniczenia dla zdania wtrąconego.

Pochodził z –  – wydaje mi się, że lepiej byłoby dać wielokropek, to chyba lepiej przedstawia przerwaną wypowiedź niż myślnik.

 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

A jeszcze jedno – chyba nadaje się na najnowszy konkurs związany z biblioteką.

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Ja to opko właśnie z myślą o konkursie pisałem:)

Dziękuję za podzielenie się uwagami. Najpoważniejszym błędem jest chyba to, że nie sprecyzowałem, co się przytrafiło niespełnionemu pisarzowi. Tak naprawdę to chodziło mi o coś banalnego (to złe słowo, ale rozumiesz), na przykład o wypadek samochodowy. Niepotrzebnie zostawiłem tę informację schowaną w głowie. Postaram się szybko poprawić:)

Pozostałe punkty – przyjrzę się, i prawdopodobnie uznam Twoje racje.

:)

No właśnie, mnie też zdziwił stan chłopaka, jego obrażenia. Podoba mi się, ale przeczytam jeszcze raz, po uzupełnieniach. ;-)

 

„Szerokie, brązowe radio Ślązak grało ostatnie takty piosenki Maryli Rodowicz”. – Wolałabym: Szerokie, brązowe radio Ślązak nadawało ostatnie takty piosenki Maryli Rodowicz. Lub: Z szerokiego, brązowego radia Ślązak, płynęły ostatnie takty piosenki Maryli Rodowicz.

 

„Kto miał, ten wyprzedawał książki”. – Wolałabym: Kto miał książki, ten je wyprzedawał.

 

„Spojrzał bezradnie przez oszkolne drzwi za siebie…” – Literówka.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wielce-m Paniom zobowiązany. Nie poprawiłem tylko myślnika po “z”, jedynie dlatego, że kawałek dalej pojawia się wielokropek. Mam nadzieję, że nie wygląda to jakoś wyjątkowo koszmarnie:)

To ja jeszcze poprawię Koncert Życzeń na “Koncert życzeń” i opko będzie być może mniej-więcej gotowe.

Dzięki!

Moim zdaniem mocno niewiarygodny jest ten kawałek:

znudzona lekturą najnowszego numeru „Fantastyki”

;-)

Widział je jako niedosięgłe widma, zjawy z innego, strasznego świata

Niezła zmyłka :-)

A czy… myślą panie, że taką książkę ktoś by zechciał przeczytać?

I – w kwestii tajemniczej książki – wszystko jasne. Później, uważam, niepotrzebnie wyjaśniasz wprost, o co chodzi z tą całą, a skądinąd niecałą, powieścią. Znaczy “niecałość” istotna, poza tym jednak mogłeś tak nie dopowiadać, byłoby subtelniej. Już

Młodszą coś tknęło. Coś się tu nie zgadzało: czy na pewno chodziło o poszukiwanie na wpół zapomnianej książki z dzieciństwa, jak młodziak wcześniej utrzymywał?

IMO niepotrzebne. Ale właśnie – IMO. To tylko opinia.

 

Końcowy akapit mnie zaskoczył (choć nie jego pierwsze zdanie, oczywiście).

Generalnie się podobało, zdecydowanie. Fajna peerelowsko-antykwaryczna klima; leciutka nostalgia z dodatkowym małym ładunkiem melancholii w finale :-)

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Przemiły komentarz, jerohu. Wpadaj częściej! Dokonałem jeszcze kilku drobnych zmian, jakby ktoś się zdziwił, że tekst szorta nie zgadza się z cytatem w poście wyżej.

Że subtelniej by było – przyjacielu, ja to wiem! Ja jestem w stanie napisać trzytomową sagę przy pomocy sześciu wyrazów. Ba, zdarzało mi się takie rzeczy umieszczać na portalu. Cóż, skoro warsztatu brakuje mi tak dramatycznie, że 80% komentarzy to były wariacje na temat “nie rozumiem”…

 

Unfallu, nie uśmiechnąłem się do Ciebie wcześniej… wybacz. Miło wiedzieć, że udaje mi się ostatnio trafiać w Twój gust, co owocuje łechcącym próżność punkcikiem przy tytule opowiadania:)

Bardzo, bardzo smutne. Ależ zrobiło mi się przykro w imieniu nieszczęsnego bohatera :( Nie dość, że zmarł tragicznie i przedwcześnie to jeszcze jego powieść była gniotem. Teraz będę lać potoki łez ;(

A miało być, kurrrtka na wacie, autoironicznie i kpiarsko. Czarny humor, takie tam. Przepraszam, paciu;-)

A przy okazji, jeśli może ktoś nie wie, sześciowyrazowe opowiadania rzeczywiście powstają. Bawili i bawią się tak najwięksi – i nie tylko – pisarze. Najlepszy tego typu tekst jaki znam, prawdziwa powieść w pigułce to

“Sprzedam: buciki dziecięce, nigdy nie noszone”.

O kurczę, ponowne sorki, paciu ;-)

Dobrze się czyta, świetny pomysł. Ale faktycznie, wyszło trochę smutno ;p Czyżbyś próbował trafić do głęboko ukrytych w podświadomości obaw i strachów wszystkich publikujących na portalu? Jako puenta – odrobina poezji (nie popisuję się, przeczytałem przypadkiem ;p):

 

W borze śpiew,

Pośród liści,

Leśnego kwiatu

Cichy:

 

“Spałem wśród ciemnej,

milczącej nocy:

Straszne, lecz dobre

To ziemi łono.

 

Wzeszedłem rankiem

Mokry od rosy:

Szukałem szczęścia;

Lecz mną wzgardzono”.

Si cecidit, de genu pugnat

Morał z wierszyka nie jest taki, że biedny kwiatuszek jaki on smutny… tylko taki, że szczęścia nie należy szukać w poklasku innych:)

A mój tekst naprawdę jest kpiną – podszytą współczującym zrozumieniem – z ducha. Autoironia, panie Koper. Autoironia:)

A ja, Tintinie, żałuję, że nie dałeś temu opowiadaniu drugiego oddechu. Bo pomysł spodobał mi się bardzo, ale klimat i tajemnica pojawiają się w ostatnim akapicie. A śmiało mogły unosić się nad całym  tekstem.

Więc – moim zdaniem – jest ok, a mogło być bardzo dobrze.

Jedyną tajemnicą, którą chciałem umieścić w szorcie było to, kto właściwie tym duchem jest. Bo że jakiś się tam pojawia, było jasne od początku. Starałem się, co zauważył i nawet docenił jeroh, trochę zmylić tropy. Domyślam się jednak, że nie o takiej tajemnicy piszesz, a raczej o atmosferze tajemniczości.  

Pewnie powinienem był o nią zadbać, rzeczywiście, ale pisząc to nie miałem takiego zamiaru. Prawdę mówiąc, jestem trochę zaskoczony, że opko wyszło mi nawet całkiem przyzwoite. Czasem widocznie lepiej nie napinać się na arcydzieło, tylko dać się ponieść chwili. Ale tylko czasem; i problemem jest rozpoznanie tej okazji:)

Dziękuję za komentarz!

 

EDIT: A zauważyłaś tytuł? :-) (a co tam, precz z fałszywą skromnością, zadowolony z niego jestem;))

Tak, zauważyłam tytuł. :) I z jego powodu dopiero dziś przeczytałam tekst. Bo czytałam “Upiór” i myślałam – o, fajnie, już czytam! A potem – a nie, to “Upór” – eee tam, “Upór”, przeczytam kiedy indziej. I tak parę razy dałam się złapać. :)

 

I tak, chodziło mi o atmosferę tajemniczości. Pewnie masz rację, że nie zawsze warto się spinać, ale ja tu zauważyłam niewykorzystany potencjał. A niewykorzystanie potencjału zawsze mnie wkurza. :)

Tytuł boski – dałam się nabrać.

Ale z całego shorta tylko zakończenie wywarło na mnie jakieś większe wrażenie. Wcześniejsza część – może być po prostu :) Chociaż uśmiechłam się na ten Gdańsk-Wrzeszcz, bo akurat mam przyjemność w nim mieszkać :P

Tylko nie "Tęcza"!

Jak miło!

Nie bardzo wiem, jak mógłbym ten dostrzeżony przez Ciebie potencjał wykorzystać… Następnym razem:) Antykwariat teraz wygląda tak, choć ja go lepiej pamiętam z lat osiemdziesiątych, kiedy godzinami stałem w kolejce z ojcem, którego mama pogoniła, żeby wreszcie sprzedał choć trochę tych cholernych książek, bo mu się nowe na półkach nie mieszczą…

Jedną z nich był oczywiście “Atlas chorób i szkodników buraka”, do dziś ozdoba pokoju taty:)

 

EDIT do Tenszy: Ha! Krajanka:) Pozdrawiam!

Tintinie, ironiczne i melancholijne, ale podpiszę się pod opinią jeroha, dorzucając od siebie:

 

Od momentu, gdy młodzian opowiada zakończenie jak z taniego romansidła, domyśliłem się, że sprawdza na antykwariuszkach własny tekst. Jedyne zaskakujące rozwiązanie to jego stan i obrażenia, to wyszło dobrze – nie zaznał spokoju, póki nie upewnił się że jego dzieło jest lub nie jest warte zachodu.

 

Jeszcze jest trochę czasu do końca konkursu, popracuj nad tym opowiadankiem, bo, jak pisała Ocha, drugi oddech (gdzieś za tydzień, może za dwa) – tylko może mu pomóc.

 

P.S. Tytuł świetny, bo ludzie czytają tylko początki i końce wyrazó, dlatgo dróbne litreowki jak w “Upór w operze” potrafia pominąć ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Fiszu, dzięki za uwagi. Nadal nie jestem pewien, co mógłbym zmienić w opku, ale jeśli spłynie na mnie natchnienie – może jakieś przeróbki się pojawią.

Bo wydaje mi się, że zrealizowałem co chciałem: przynajmniej kilkoro Czytelników nie domyśliło się nieżywości bohatera. Nie miałem zamiaru robić tajemnicy z książki; co najwyżej taką poboczną, nie czekającą na wyjaśnienie do samego końca. Tak przy okazji, fragment jej treści pozostał praktycznie bez przeróbek od momentu jak go wklepałem, co wymagało dziesięciu sekund stukania przy wyłączonym mózgu:)

P.S. Twój P.S. od przeickna do krepki to jakś belkot niezrorumiały…

Przeczytałam. Szkoda, że jednak nie odczekałeś, aż tekst się odleży, mógłbyś go nieco wygładzić, może coś dodać, pogłębić klimat.

Całkiem mi się spodobał zamysł, ale z drugiej strony widać właśnie, że pisałeś na szybko…

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Całkiem fajne, choć faktycznie widać, że test pisany na szybko. Ale pomysł jest naprawdę super ;D

OK, to ja zaczynam od dzisiaj intensywnie myśleć nad ulepszeniem “Upora”. Do końca konkursu pozostało jeszcze trochę czasu. Nie jestem tylko pewien czy to w porządku, że wziąłby w nim udział tekst, na którego ostateczny kształt tak duży wpływ miały osoby komentujące.

Wyraźnie zaznaczę Wasz udział w słowie wstępnym.

Dziękuję za odwiedziny, joseheim i michaue:)

Tintinie, ależ własnie dlatego jurorzy czytają teksty dopiero po terminie zgłaszania prac – czas przedtem jest czasem autora i komentujących. By teksty były lepsze ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Bardzo dobre. Podobał mi się klimat, zmyłki, smaczki i zakończenie.

Tu się z Tobą Psycho nie zgodzę ; P Jakbym z wszystkimi konkursami czekała na ostatni dzień, w życiu bym się nie wyrobiła w żadnym sensownym terminie ; P

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

A ja zawsze czytam drugi raz ;-) Ale zobaczymy, co będzie z koegzystencją, bo tam krowy się szykują… ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Warunki konkursu spełnione.

Duchy – tylko i wyłącznie.

Język – nie mam uwag.

Tylko że oprócz konkursowych wymogów w tekście jest niewiele – ot, odrobina historii. Nie zauważyłam (albo nie zrozumiałam, bo może to był jakiś sławny wypadek) żadnego porywającego pomysłu. Z zastrzeżeń: czy naprawdę po kształcie rany można poznać, że konar był bukowy? Kroniki tak dokładnie podawały, jak wyglądał?

Babska logika rządzi!

Po kształcie rany nie, ale jeśli ktoś pamięta zeszłoroczny wypadek (wymyślony przeze mnie na potrzeby opka), w którym chłopak nabił się piersią na drzewo, to widząc podobną makabryczną ranę mógłby sobie przypomnieć też i inne szczegóły.

Pomysłem było zakpienie z nieszczęśliwego grafomana, nic więcej. Hmm, mam dziwne wrażenie, że zdarzają się na portalu teksty powszechnie chwalone, mimo że z wątlejszymi niż w moim podstawami.

:-)

Bardzo fajny tekst. Plus za tytuł, klimat i smutne zakończenie, które dobrze pasuje i do tytułu i do klimatu.

Główny bohater wzbudził u mnie wiele sympatii a jego powieść nie wydała się aż takim gniotem, żeby trzeba się było wstydzić. Chociaż dużo akcji było!

Mogło być gorzej, ale mogło być i znacznie lepiej - Gandalf Szary, Hobbit, czyli tam i z powrotem, Rdz IV, Górą i dołem

Klimatyczne i przyjemne opowiadanie. Opętany niepewnością nie mógł zaznać spokoju. :-)

Powiedziałabym, że z chęcią przeczytałabym tą powieść. Ale nie powiem – ​w końcu chłopakowi należy się odpoczynek.

Hmm... Dlaczego?

Nowa Fantastyka