- Opowiadanie: Walerij Żyła - Czy widzicie hen?

Czy widzicie hen?

Drogi Czytelniku. Przedstawiam Ci moje debiutanckie na Nowej Fantastyce opowiadanie. 

Jako wieloletni fan szkoły science-fiction i prozy nazwijmy to militarystycznej, postanowiłem spróbować swoich sił w kategorii wojenno-fantastycznej. 

Wiele przeczytaliśmy o inwazji obcych i żywych trupach. Nie trafiłem jeszcze (prawdopodobnie przez brak szczęścia lub dobrego przeszukania zasobów) na opowiadania nawiązujące do konfliktu ludzkości z piekłem. Tym nam wszystkim znanym jakim straszą nas wizje i teksty chrześcijańskie. Być może wroga nie musimy szukać w innych układach solarnych i galaktykach?

Tak czy inaczej. Miłej lektury! :)

 

Kuba

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Czy widzicie hen?

I

 

Niewielu ludzi w Waszyngtonie mogło mieć to, co ja. Dom w Fox Crescent i to nie byle jaką chałupinę obitą sidingiem, ale prawdziwy dom. Dwie sypialnie, piętro i salon wielkości kortu do tenisa. Gabinet postanowiłem urządzić w starym stylu, nazywają to kolonialnym. Nic to praktycznego, ale można to zdefiniować, jako nawalenie wszystkiego co ma brązowy lub pochodny kolor i jest zrobione z drewna. Ponoć czuć wtedy historię naszego kraju. Ja czułem tylko żywicę. Ale czego się nie robi mając dniówkę sięgającą pięciuset dolarów?

Dzień wcześniej wróciłem zdecydowanie za późno. Sobotni dyżur w MedStar Washington Center zwalił mnie z nóg. Dawno nie widziałem takiego przypadku. Wyobraźcie sobie, co czuł ten góra dwudziestoletni chłopak, kiedy ktoś zmiażdżył mu brzuch kilkunastokilogramowym kafarem. Chłopak miał bebechy w strzępach. Był bez szans. Operowaliśmy siedem godzin, zszedł jeszcze na stole. Tego pacjenta nie żałowałem. Lepiej dla niego, już nigdy nie zjadłby niczego w inny sposób niż przez rurkę. Pewnie wrzucili chłopaka do pieca, nikt z rodziny się nie zgłaszał. Podczas operacji i nastepnych kilku godzin nikt nie zgłosił zaginięcia.

Noc była ciepła, nawet jak na czerwiec w DC. Można było paradować w koszuli z podciągniętymi rękawami i zapomnij o lekkim zefirku przyjemnie muskającym śmierdzącą od chemii twarz. Samochód zawsze zostawiałem na końcu parkingu, jak najdalej od wejścia. Przez osiem, czasami dwanaście godzin dziennie stoję przy stole operacyjnym i mieszam łapami w ludzkich kiszkach. Dwa razy za dnia mogę zrobić sobie dłuższy spacer.

Wjechałem na podjazd jakoś po drugiej w nocy, nie później niż wpół do trzeciej. Przez chwilę posiedziałem jeszcze we wnętrzu swojego Jeepa wsłuchując się w zwalniającą sprężarkę. Mój Boże, zawsze czułem się wtedy jakbym siedział w kabinie myśliwca, ta turbina… Nie wjeżdżałem do garażu, rano mieliśmy wybrać się z Michelle i Jessicą nad Potomak. Nie miałem pojęcia, że ledwie kilka mil na północ od miasta są takie tereny. Lasy, łąki, wzgórza, jak w filmach. Kilkukrotnie wspięliśmy się na sam szczyt, panorama Waszyngtonu zapierała dech w piersiach. Podobnie jak stan mojej kondycji, wycieczka na kilkusetmetrowe wzgórze gwarantowała palpitacje serca. Od tamtej pory ile razy wyjeżdżamy za miasto, biorę ze sobą zajumany ze szpitala respirator. Strzeżonego… i tak dalej.

Wturlałem się pod prysznic, gorąca woda była jak zbawienie. Stałem tak dobry kwadrans patrząc na płytki. Jedna kosztowała chyba z pięćdziesiąt dolców, ale ładne były. Dalej są. Duże cholery, a ciężkie jak sam diabeł. Podniosłem raz taką, nie wiem ile to ważyło, ale łapy mi latały jak kołowrotki. Nie odznaczałem się szczególną siłą fizyczną ani atletycznym wyglądem. Wyhodowany na Budweiserze mięsień towarzyszył mi od czasów studiów, i nigdy się go nie wstydziłem. Byłem mężczyzną pełnym innych przymiotów, z czego dłonie były największym skarbem. Przekonało się o tym kilkuset pacjentów. No i moja żona, jako jedna z wielu szczęściarek.

Mając wielkie plany wykorzystania wirtuozerii moich dłoni wślizgnąłem się do łóżka. Nie zdążyłem nawet dotknąć aksamitnie gładkiej skóry Michelle. Zasnąłem jak prosiak, w koszulce na lewej stronie.

– Tato! Tato! Wstawaj! Zaraz jedziemy! – Jeszcze przez sen miałem nadzieję, że wybuchła wojna. Niestety tygrysi skok i uśmiech pełen mleczaków zniweczył ostatnie nadzieje. Wojna nie wybuchła, ale było gorzej, niedziela. Wycieczka za miasto.

– Chodź tutaj mały potworze! – złapałem Jessicę za ramiona i z rykiem godnym afrykańskiego lwa wciągnąłem pod kołdrę. Piskom i krzykom nie było końca. Zachrypłe od śmiechu gardło zarzęziło w cieniutkiej szyjce mojej córki.

– Zostaw mnie lwie! Oddaj mi tatę i jedziemy! Jest słońce, ciepła woda, będzie super! – spocona i zmierzwiona twarzyczka wychynęła spod atłasowej kołdry.

Co ja bym oddał za dwadzieścia cztery godziny nic nie robienia? Takie absolutnie nic, jak warzywo patrzyłbym się w telewizor albo rżnął w porządnego FPSa na konsoli. Sześciopak Budweisera, ze trzy paczki chipsów i święty spokój. Obawiałem się, że już nigdy nie będzie mi to dane.

– Wiesz, że w niedzielę, że odpoczywa? Ewentualnie idzie do kościoła? – zapytałem wpatrując się w te ciemne, sarnie oczy.

– Przecież będziemy odpoczywać. Pogramy znowu w berka w lesie!

Przysięgam, że chciało mi się płakać.

 

II

 

Michelle siedziała na skórzanej kanapie okrytej kaszmirowym kocem. Popijała swoją ohydną, jamajską kawę z porcelanowej filiżanki. Jej matka była Boliwijka ojciec Kolumbijczykiem, niestety długo na tym świecie nie pożył. Uwikłany w wojny karteli narkotykowych dokonał żywota podczas potyczki o plantację zielska, gdzieś na granicy Boliwii i Kolumbii. Zostawił jednak po sobie wciąż ponętną, dojrzałą kobietę w kwiecie wieku. Długonogie cudo, siedzące na kanapie w grubym szlafroku. Nie miałem pojęcia, po jaką cholerę jej ten szlafrok? Na zewnątrz temperatura wskazywała już dwadzieścia pięć stopni a było ledwie kilka minut po dziewiątej.

– Cześć kochanie. – Zaszedłem ją od tyłu, tak jak lubi, czasami. Szybki pocałunek w pociągłe kości policzkowe wywołał spodziewany przeze mnie uśmiech śnieżnobiałych, równych jak na paradzie ząbków.

– Hej, zbieraj tyłek. Mała już nie może się doczekać. – Michelle uwielbiała spinać włosy. Nigdy tego nie rozumiałem. Kudły, sięgały jej prawie do pośladków a ona i tak swoje. Wyglądała jakby miała grejpfruta na głowie, tylko zgniłego.

– Musimy jechać?

– Musimy, Jessice przyda się świeże powietrze. Tobie też trochę ruchu nie zaszkodzi. – Michelle poklepała mój ukryty pod koszulką bęben.

– Dobra…, Co chcesz na śniadanie?

– Cokolwiek! – krzyknęła za mną, kiedy wchodziłem do kuchni. Pierwsze kroki skierowałem do radia. Jak można wstawać rano i nie wysłuchać serwisu informacyjnego?

Zwykle wiadomości zaczynały się o równych godzinach, w studiu mieli jeszcze przynajmniej kilkadziesiąt minut. Teraz jednak od razu uderzyły mnie niespokojne tony spikera. Włączyłem czajnik elektryczny i oparłem się o blat wsłuchując w potok słów.

Nie mamy jeszcze żadnych potwierdzonych informacji. Wiadomo tylko, że mniej więcej w tym samym czasie, koło godziny trzeciej w nocy czasu lokalnego w Jerozolimie, Rzymie, Lhasie oraz Moskwie doszło do serii zamachów terrorystycznych. Zamachowcy uderzyli na obiekty kultu. Obecnie płonie Wzgórze Świątynne, Bazylika Świętego Piotra, Cerkiew Chrystusa Zbawiciela oraz Pałac Potala.

Skurwysyny… – zakląłem nalewając sobie kawy. Po jaką cholerę atakować kościoły czy meczety? Co to, komu da? Zawsze uważałem, że religia jest najgłupszym powodem do wojny. Już jakiś czas temu, utwierdziłem się w przekonaniu, że wiara jest zdecydowanie zbyt dojrzała dla naszego gatunku. Po prostu tego nie rozumiemy. Jesteśmy jak dzieci we mgle, którym wydaje się, że machanie sztandarem Proroka rzeczywiście podoba się temu czy innemu bogu. Jakby to nie był ten sam. Poza tym, w każdej kulturze mamy diabła. Czy jeśli szatan wszędzie jest taki sam, to z Bogiem jest inaczej?

… niepokojące, wojsko odseparowało wszystkie miejsca ataków. Służby porządkowe donoszą o wielkim niebezpieczeństwie, jakie może grozić postronnym, którzy zbliż…

Wyłączyłem radio, miałem dość tych bredni. Kolejne zamachy, wojny, zamieszki. Miałem to w dupie, interesowała mnie rodzina i kariera, albo odwrotnie. Wróciłem z kubkiem parującego naparu na kanapę. Narobiłem przy okazji cały talerz tostów z salami i serem. Całkiem niezłe, niestety, dla mojego brzucha zabójcze jak karabinowa kula. Ale co tam, miałem to dzisiaj rozbiegać ścigając po krzakach Jessicę. Ten mały rozrabiaka usadowił się koło Michelle i niczym prawdziwy drapieżnik wpatrywał w talerz parujących tostów. Klapnąłem tuż obok nich i postawiłem talerz na stoliku. Michelle włączyła telewizor. Pięćdziesięcio calowa plazma ożyła ferią kolorowych barw.

– Zobaczmy, co tam na świecie… – uśmiechnęła się przełączając na kanał informacyjny. Całkiem niezła prezenterka CNN czytała właśnie z kartki jakiś raport. Twarz miała bladą jak ściana. Spodziewałem się, że może to mieć coś wspólnego z wydarzeniami, o których słyszałem w radiu chwile temu.

Mówi się o setkach, jeśli nie tysiącach zabitych. Do walki weszło wojsko, według najnowszych doniesień Watykan został zbombardowany przez kilkanaście samolotów wojskowych. Armia oraz niezidentyfikowane jednostki rządowe odseparowały zagrożone dzielnice. Przedstawiciele wojska oraz administracji rządowej, ogłosili ewakuację Rzymu w promieniu dwóch kilometrów od Watykanu… – oniemiałem. Bombardować Watykan? Co tam się dzieje? Prezenterka na chwilę przestała czytać, spojrzała w kamerę dotykając ucha. Po chwili odwróciła wzrok na kartki. Zakryła dłonią usta. – Prezydent Chińskiej Republiki Ludowej ogłosił właśnie pełną mobilizację armii oraz całkowitą izolację Tybetu. Przed kilkunastoma minutami izraelska armia uderzyła na Wzgórze Świątynne. Wciąż nie mamy żadnych informacji, kto stoi za zamachami i jakie są ich zamiary. Jeden z reporterów, który rzekomo nagrał zamachowców został aresztowany a następnie rozstrzelany. Przez Jerozolimę przetacza się fala zamieszek. Wciąż nie mamy żadnych doniesień z Moskwy. Wiadomo jedynie, że armia wyszła na ulicę a władze ogłosiły stan wyjątkowy…

Przypominało mi to film. Jakąś kiepską produkcję science fiction albo horror. Zombie, lub coś równie idiotycznego, ewentualnie inwazję z kosmosu. Poza tym, wszystko oglądaliśmy siedząc bezpiecznie przed telewizorem, w stolicy najpotężniejszego kraju na świecie. Miałem właśnie zabrać pilot z lekko drżącej dłoni Michelle, kiedy daleko za oknami, jakby gdzieś pod ziemią przeszedł huk. Był ledwie słyszalny, ale mimo to powodował podświadome poczucie lęku. Jak przypodłogowa listwa, która w środku nocy postanawia zaskrzypieć i przyprawić o gęsią skórkę. Niby gówno, ale od razu widzisz przed sobą upiory i monstra z najczarniejszych koszmarów.

– Słyszałeś? – zapytała Michelle skacząc wzrokiem od ściany do ściany, była przerażona.

– Tak, to pewnie gdzieś na budowie. Przecież budują tu obok apartamentowce. Tym idiotom ciągle coś tam spada. – próbowałem ją pocieszyć, przysunąłem się bliżej obejmując żonę. Jessica nawet tego nie zauważyła. Zeskoczyła na miękki dywan, i rozwaliła skrupulatnie budowaną przeze mnie konstrukcję z drewnianych klocków. Chciałem przełączyć kanał, ale Michelle położyła mi dłoń na kolanie.

– Nie, nie przełączaj.

– Michelle, zaraz jedziemy. Nie mamy czasu na telewizję. – próbowałem być jak najbardziej przekonujący. Widywałem ludzi w takim stanie albo i gorszym każdego dnia. Największy chojrak robił w gacie, kiedy kładli go na stół. Robiłem to setki razy i nigdy nie czułem, żeby przerażenie pacjenta przekładało się na mnie. Teraz było inaczej. Mało nie narobiłem w gacie, kiedy CNN zniknął zastąpiony czarnym obrazem i przeciągłym wizgiem w głośnikach. Michelle schowała twarz w dłoniach, Jessica z szaleńczą furią niszczyła drewnianą replikę zamku z Malborku.

Komunikat alarmowy dla miasta Waszyngton dystrykt Columbia. – irytująco spokojny spiker, rozpoczął odczytywanie nagranej wcześniej wiadomości. Widziałem już to kiedyś, po jedenastym września, raz na jakiś czas rząd ogłaszał ćwiczenia z wykorzystaniem mediów. Po kilku latach spokoju dali sobie na wstrzymanie. Aż do dzisiaj. – Zamach terrorystyczny w dzielnicy: Woodland-Normanstone Terrace. Policja oraz służby porządkowe ogłosiły blokadę dróg dojazdowych do dzielnicy: Woodland-Normanstone Terrace oraz ewakuację zagrożonych obszarów. Punkty ewakuacji dla dzielnic:…

Przez chwilę się wyłączyłem, monotonny głos lektora wprawiał w znużenie, przeplatane przejmującą ochotą zastrzelenia chłopa przed mikrofonem. Trans przerwał się jakby samoistnie, wróciłem między żywych z mętlikiem w głowie.

To się działo też u nas, jeszcze chwila a wojsko wyjdzie na ulicę. Tylko, dlaczego nie ma informacji o zamachowcach? Dlaczego morduje się świadków zamachów? Przecież to kurwa terroryści, widzieliśmy ich setki, nic to nowego. Michelle poderwała Jessicę z dywanu i przytuliła mocno do piersi. Mała musiało coś wyczuć, objęła swoją maleńką rączką matkę i spojrzała jej prosto w oczy.

– Mamusiu? Czemu jeszcze nie jedziemy?

– Cichutko córeczko, jeszcze chwilkę, poczekaj. – Michelle uśmiechnęła się i pogładziła Jessicę po włosach. Przeszły mi ciarki po plecach. Boże, jakbym poczuł na karku lodowaty oddech samego diabła.

– Dla dzielnic: Palisades, Wesley Heights, Foxhall Crescent i Foxhall Village punktem ewakuacyjnym, jest kompleks przy tamie Little Falls. Nakazuje się natychmiastowe opuszczenie posesji i udanie się do miejsc ewakuacji. Proszę wykonywać wszystkie polecenia, przekazywane przez napotkanych funkcjonariuszy oraz jednostki sił zbrojnych Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Proszę nie zabierać rzeczy osobistych, wszystkie niezbędne przedmioty zostaną zapewnione w obozie przejściowym…

Obóz przejściowy, kurwa mać! To się dzieje naprawdę! Co to za zamachowcy, ewakuacja dotyczyła prawie połowy miasta! To nie mogła być bomba, ani nic takiego. Chińczycy, Żydzi, Włosi i Rosjanie z kimś walczyli. Wojska nie wyprowadza się do napierdalania w oniemiały tłum. Co tu się dzieje? CNN był wciąż blokowany, jak podczas ćwiczeń. Ogłoszenie będzie puszczane przez kwadrans, potem pół godziny spokoju i od nowa. Do tego czasu byliśmy całkowicie odcięci od informacji. Pozostawał jeszcze Internet, ale ostatnie, o czym teraz myślałem to uruchamianie Maca.

– Musimy uciekać… – wyszeptała Michelle spoglądając na mnie jak na speca od walki w mieście. Starałem się zachować zimną krew, nie mogłem pęknąć. Nie w takiej sytuacji.

– Bierz Jessicę, ja pójdę po broń…Czekajcie na mnie w kuchni i nie podchodźcie do okien. Za kilka minut musimy wyjść.

Michelle pokiwała głową i pobiegła z małą do kuchni. Ja w tym czasie rzuciłem się do schodów i wbiegłem na piętro. Sypialnia nie miała dla mnie tajemnic, bez trudu znalazłem rewolwer. Potężny, oksydowany Colt Pyton był moją perełką. Mógłbym siedzieć z nim na strzelnicy dzień w dzień. Michelle mało się ze mną nie rozwiodła, kiedy przyniosłem go w lakierowanym pudełku. Po jakimś czasie przyzwyczaiła się do obecności przenośnej armaty w naszym domu. Pudełko amunicji i ładowarka bębenka leżały tuż obok w niewielkim sejfie.

Otworzyłem wzmacniane drzwiczki i zamarłem. Tuż nad naszym domem przeleciały śmigłowce. Hurgot wirników wprawił dom w drżenie, lusterko powieszone nad nocną toaletą zawibrowało rytmicznie. Z dołu dochodził mnie płacz Jessici. Nic dziwnego, śmigłowce nie leciały wysoko, nie myliłbym się bardzo twierdząc, że brzuchami muskały dachy.

Zbiegłem na dół jak szaleniec. Objuczony plecakiem musiałem wyglądać jak traper lub inny wędrowiec. Prawa ręka pewnie ściskała Colta, w lewej trzymałem torbę podróżną z amunicją, światełkami chemicznymi i całym pieprzonym sprzętem survivalowym. Nigdy z niego nie skorzystałem, ale teraz mógł uratować nam skórę. Michelle i Jessica były gotowe, syreny wyjące w tle komunikatu alarmowego ucichły w ułamku sekundy. Popatrzyliśmy po sobie nerwowo i powoli weszliśmy do salonu. Prezenterka oddychała płytko, ręce drżały jej jakby prowadziła właśnie relację z końca świata.

-…nie mamy danych o ofiarach.  Policja oraz wojsko odgrodziły teren przylegający bezpośrednio do katedry. – realizator uznał chyba, że widok spikerki wprowadzi jeszcze większą panikę niż do tej pory. Zamienił obraz na relację z helikoptera należącego do stacji. Nie wybrał najlepiej. Ekran przedstawiał zapadającą się w sobie katedrę narodową. Konstrukcja była spowita czarnymi jak smoła obłokami od fundamentów aż po ledwie wystające z ciemnej zawiesiny szczyty wież. Dach po prostu zniknął wyrzucając w szare od pyłu niebo grzyb gorącego popiołu. Wieże zapadły się pod ziemię jakby były zbudowane z klocków. Ściany złożyły się do środka wśród wirującego w gorącym powietrzu dymu. Potem coś mignęło. Michelle krzyknęła i zasłoniła otwartą dłonią usta.

– Mój Boże… – powtarzałem te słowa jak mantrę. Swoją drogą nigdy nie darzyłem Stwórcy szczególną miłością. Tym bardziej zadziwiające było dla mnie ciągłe międlenie w ustach Jego imienia.

– Widziałeś? – zapytała Michelle. Wyglądała jakby miała się zaraz rozsypać na miliony kawałków. Nie miałem pojęcia, o co jej chodziło.

– Chodźmy… – złapałem ją za wolną dłoń. Była zimna, jakby wykuta z bryły lodu. Realizator puścił film jeszcze raz, tym razem w zwolnionym tempie. Skóra ścierpła mi aż po samą dupę. Przez ułamek sekundy, w rogu kadru załopotał wśród kłębów dymu błoniasty kształt. Przypominał potężnego nietoperza, który wylatywał z gruzów zostawiając za sobą wirujące powietrze.

– Widziałeś to prawda, powiedz, że widziałeś… – szeptała mi do ucha jak katarynka. Jessica szła posłusznie trzymana za rączkę przez mamę. Opanowała się, twarda sztuka.

Jeep stał tam gdzie go zostawiłem i to była jedyna rzecz, która na zewnątrz wyglądała normalnie. Sąsiedzi pakowali się w panice, zarzucali bagażniki ciężkimi walizami. Zryte oponami trawniki świadczyły o niebywałym pośpiechu. Zaczynałem tracić kontakt z rzeczywistością, jakbym serio wylądował na planie filmowym. Przecież takie coś się nie dzieje na prawdę. Na pewno nie w Waszyngtonie, nie jesteśmy jakimś zadupiem na Kaukazie.

Nad drzewami, nieco dalej na północny wschód, unosił się coraz wyższy słup kłębiącego się w dymu. Katedra. To było przecież ledwie milę stąd. Zapakowaliśmy się do samochodu, kazałem im czekać w środku. Jessica była przerażona. Siedziała w foteliku i kurczowo trzymała swojego pluszowego króliczka. Michelle siedziała tuż obok niej, rozglądając się nerwowo we wszystkie strony. Zamknąłem drzwi do domu, byłem pewien, że rabusie tylko czekają na taką okazję. Uruchomiłem alarm i wtedy usłyszałem ten dźwięk po raz pierwszy. To był strzał, odległy, stłumiony strzał. Większość oszalałych mieszkańców osiedla nawet nie zwróciła na niego uwagi, kilku przystanęło ze spoconymi, czerwonymi ze strachu twarzami. Kolejne strzały padły w kilkanaście sekund po pierwszym. Potem rozpętała się huraganowa kanonada. Nie mam pojęcia ilu policjantów czy wojskowych było na miejscu, ale huk niósł się jak na rekonstrukcji bitwy pod Gettysburgiem. A tam było walczyło ze sobą kilka tysięcy zapaleńców. Chwilę później nad głowami przeleciały nam kolejne śmigłowce, trzy, pięć, sześć helikopterów w wojskowych barwach śmignęło nad dachami. Wszystkie były pełne żołnierzy z karabinami spoczywającymi na kolanach. Przy wyjeździe z naszej uliczki pojawił się radiowóz i zajęczał syreną. Oficer w kapeluszu z szerokim rondem wyszedł przed maskę i podniósł do ust megafon.

– Proszę o natychmiastowe opuszczenie zagrożonego terenu! Mają państwo trzydzieści minut by opuścić Foxhall Crescent. Dzielnica zostaje izolowana na rozkaz dowódcy Waszyngtońskiego Dystryktu Wojskowego. Proszę nie zabierać rzeczy osobistych. Zapewnimy państwu wszelkie wygody do czasu zażegnania kryzysu.

Zniknął równie szybko jak się pojawił. Zawył jeszcze raz syreną i powoli zniknął za ścianą równie wielkiego jak mój domu. Jego miejsce zajął inny radiowóz, z którego wysypało się czterech policjantów ze strzelbami. Rozmieścili się u wyjazdu z uliczki i koordynowali bezładną ucieczkę mieszkańców. Mieli zapewne chronić i nasze posiadłości. Wątpiłem jednak by chciało im się biegać od domu do domu i sprawdzać czy nikt nie wybił okna.

Byliśmy jednymi z ostatnich. Strzały nie cichły ani na chwilę, kolejne słupy dymu dołączały do pękatej kolumny unoszącej się nad ruinami katedry. Radia nadawały sprzeczne komunikaty. To wyglądało jakby nikt, absolutnie nikt, nie miał pojęcia, co się dzieje na jego podwórku. Michelle i Jessica zastygły na tyle Jeepa przytulone w desperackim uścisku. Musiałem skupić się na prowadzeniu, nogi latały mi na pedałach jakbym pokonywał właśnie Wielki Kanion. Ostatnie samochody stłoczyły się u wylotu uliczki. Wszyscy trąbili i wygrażali sobie pięściami, jakby miało to komuś pomóc. Na własne oczy widziałem, jak pulchny Latynos dosłownie wytargał innego mężczyznę z samochodu i stłukł do nieprzytomności na oczach rodziny. Pamiętam jak jeszcze wczoraj obaj popijali Millera nad skwierczącym na grillu befsztykiem. Chwilę później Latynos padł na ziemię jak ścięty. Jeden z policjantów wypalił w jego kierunku z obrzyna. Mulata trzepnęło o asfalt aż zagruchotały kości. Nie wierzyłem, że to widzę, ten facet po prostu rozjebał mojego sąsiada, nawet go nie ostrzegł. Podniósł strzelbę do policzka i wypalił z odległości może dwudziestu metrów. Fala śrutu niemal przecięła go na pół. Efekt wydawał się zadowolić funkcjonariusza. Samochody zderzały się, darły karoserię, ale wyjeżdżały z uliczki w ekspresowym tempie. Wolałem nie patrzeć w boczną szybę mijając barczystego chłopa ze strzelbą.

Na położonej przy Potomaku Canal Road było jeszcze gorzej, tutaj pojazdów były dziesiątki, setki. Pojawiła się Gwardia Narodowa, ciężkie Hummery w wojskowych barwach zajmowały cały pas od strony rzeki. Wzdłuż kolumny przechadzali się uzbrojeni żołnierze. Widziałem ich twarze, byli jeszcze bardziej przerażeni niż my. Pewnie wiedzieli więcej. Odruchowo uruchomiłem radio. Resztki włosów stanęły mi dęba.

Władimir Putin został ewakuowany do Sankt Petersburga razem z premierem oraz gabinetem. Ogłoszony twierdzą Kreml wypełnił się wojskiem. Nad miastem krąży kilkadziesiąt śmigłowców wojskowych oraz samolotów. Centrum zostało odseparowane od reszty miasta kordonem policji i armii… – Musiało być tragicznie, ewakuacja rządu do miasta na drugim końcu kraju nie zwiastowała dla stolicy niczego dobrego. Przeciągająca się w eterze cisza tylko potęgowała wrażenie dezorientacji. – Szef sztabu armii rosyjskiej, generał Walerij Gierasimow potwierdził doniesienia o bombardowaniu Moskwy. Sobór Chrystusa Zbawiciela oraz przyległe do niego tereny zostały zbombardowane przez siły powietrzne armii rosyjskiej. Nie wiadomo jak duży obszar stał się celem ataku, świadkowie przesyłają do sieci filmy potwierdzające, że ładunki spadły aż na Placu Czerwonym.

Spociłem się jak prosiak. Dlaczego wciąż nie ma żadnych informacji, co tam się kurwa dzieje?! Przecież nikt nie bombarduje swoich miast, z powodu ataku terrorystycznego! Dlaczego nie wiemy, z kim walczymy?

Jerozolima została stracona… Premier Izraela potwierdził, że uderzenie na terrorystów zostało odparte. Wszystkie wciąż stacjonujące w mieście siły rządowe są wycofywane w kierunku Tel-Awiwu. Wojsko będzie prowadziło ostrzał oraz bombardowania Jerozolimy w celu zatrzymania przeciwnika.

To się nie dzieje naprawdę… – powiedziałem sam do siebie. Przecież to niemożliwe, niemożliwe. Tak się nie dzieje nawet w grach.

– Co się dzieje Thomas? Co tam się dzieje? – Michelle nie wytrzymała, ciężkie grochy płynęły jej po twarzy strumieniami wpełzającymi pod łososiową bluzkę. Spojrzałem na nią przez tylne lusterko. Skąd ja kurwa miałem wiedzieć?!

– Nie wiem kochanie, to jakieś szaleństwo…

Korek powiększał się z każdą chwilą. Zobaczyłem je kilka sekund nim przeleciały nad naszymi głowami. Nie mam pojęcia jak się je nazywa w wojsku, ale nad Potomakiem przefrunęło nisko przynajmniej dziesięć myśliwców. Chwilę później spod maszyn oderwały się bomby. Huk był potworny, odurzał niczym impaktujący meteoryt. Katedra była ponad milę dalej, ale byłem pewien, że ładunki spadły znacznie bliżej. Terroryści musieli przebijać się coraz dalej w miasto… Jacy kurwa terroryści?! To musiało być coś innego…

Kilkadziesiąt metrów przed nami nad Potomakiem przewieszono most. Był całkowicie zablokowany przez wojsko. Dwa Strykery zajmowały oba pasy, uniemożliwiając przejazd na drugą stronę rzeki. Zielone sylwetki żołnierzy zawracały bardziej hardych, kilkukrotnie oddano strzały ostrzegawcze. Część samochodów stała porzucona na poboczach, ludzie ruszyli piechotą. W nieprzerwanej rzece kiwających się ciał maszerowały tysiące ludzi. Wydawali się nieobecni, jakby spadające kilkaset jardów dalej bomby były fajerwerkami na czwartego lipca. Apatia, szok, to najlepiej opisywało stan ewakuowanych waszyngtończyków. Nie wiedzieliśmy, co nas zaatakowało, wielu myślało pewnie, że to ćwiczenia. Cholernie realne ćwiczenia. Potem zobaczyliśmy to.

Żołnierze zrobili się niespokojni, rozbiegli się na wszystkie strony, przeciskali przez tłum w stronę domów. Wieżyczki Strykerów poruszyły się w poszukiwaniu celów a lufy działek powędrowały górę. Kanonada eksplodowała niczym narodziny supernowej. Ludzie zwariowali do reszty. Rzucili się do panicznej ucieczki w każdym kierunku. Wpadali pod lufy nie zwracając uwagi na setki pocisków lecąc w stronę… właśnie, do czego oni strzelali? Michelle wyglądała jak trup, Jessica zobojętniała z przerażenia. Nawet nie płakała, trzymała kurczowo drżącą matkę i patrzyła się ślepo przed siebie jak lalka. Odwróciłem się w stronę mostu. Spadło na nas tak nagle, Boże. Do dzisiaj nie mam pojęcia jak zareagowałem. Nie wiem czy zemdlałem, czy po prostu moja podświadomość postanowiła to wyprzeć. Było wielkie jak samolot, przeleciało nad nami i chwyciło jeden z samochodów. Przez kilka metrów poderwany jak zabawka pojazd wisiał w powietrzu, by nagle runąć w nurt Potomaku jak kamień. Tego było już zdecydowanie za wiele. Zredukowałem bieg i depnąłem na gaz. Podobnie pomyślały setki kierowców na zapchanej drodze. Zaroiło się jak w mrowisku. Ludzie porzucali samochody i rzucali się do ucieczki w zbiorowym ataku paniki. Tratowali się nawzajem, rozjeżdżali na miazgę. To była rzeź. Więcej osób zginęło na tej drodze z rąk rodaków niż tego… czegoś, co właśnie kołowało nad drzewami do kolejnego ataku.

Smok? Potwór, nie wiem, co to było, ale z terrorystami nie miało wiele wspólnego. Przypominało gigantycznego nietoperza z oleistą, czarną jak smoła skórą. Błoniaste skrzydła łopotały wściekle gnąc czubki drzew i mierzwiąc spokojny nurt Potomaku. Pociski wystrzeliwane przez żołnierzy i pojazdy migały, między potężnymi skrzydłami tego monstrum. Widziałem, jak niektóre kule przelatują przez błony zostawiając w nich okopcone dziury. Na przeciwniku nie wydawało się to robić wrażenia. Spadł na most dokładnie w tym samym momencie, w którym jakiś debil wpakował się prosto w boczne drzwi mojego Jeepa. Dzięki Bogu Michelle i Jessica siedziały z tyłu.

– Tatusiu! Co to jest! – zaskrzeczała Jessica pokazując drżącą dłonią monstrum, które z impetem spadło właśnie na wieżyczkę transportera. Stryker zamilkł, kątem oka zobaczyłem jak stwór dosłownie wyrwał wieżyczkę z łoża i cisnął w Hummvee.

– Nie patrz! Schowaj się przy mamie! – kolizja cisnęła samochód na trawnik jednej z posesji tuż przy drodze. Kto wie, czy właśnie to nas wtedy nie ocaliło? Drugi potwór pojawił się niemal tuż nad nami i porwał w szponiaste łapy debila razem z jego Fordem. Wolałem nie patrzeć jak ciśnięty w płonący dom samochód niknie wśród płomieni. Armia nie dawała rady, obrona pękła jak bańka mydlana. Przed sobą miałem uliczkę, która równie dobrze mogłaby prowadzić do mojego podjazdu. Ledwie usłyszałem jak tylna szyba pęka sypiąc na nas drobne odłamki. Radio wyło jak opętane.

Rzecznik waszyngtońskiej policji potwierdza, że mogło dojść do ataku chemicznego lub biologicznego. Według niepotwierdzonych informacji, jeden z członków włoskiego rządu przyznał, że Ziemia padła ofiarą inwazji obcej cywilizacji. Rzym w dużej mierze został zniszczony. Moskwa jest otoczona przez wojsko a cywilom nie wolno wjeżdżać do miasta…

Pomyślałem, że chyba do reszty mnie popierdoliło. Inwazja obcych? Atak biologiczny? Na własne oczy widziałem jak coś podobnego do smoka zabija ludzi na ulicach stolicy USA. Zacząłem się śmiać, jak wariat. Nie byłem w stanie przestać, rozwalałem niskie białe płotki i prawdopodobnie przejechałem policjanta, który potknął się i wpadł mi pod maskę. Między domami pojawił się Humvee z czymś… uczepionym stanowiska karabinu maszynowego. Kierowca robił, co mógłby zrzucić z wozu napastnika. Ten jednak uczepił się szponami karoserii i ani myślał puszczać. Strzelec półcalówki zwisał przez lufę z flakami wyprutymi na pancernye płyty. Potem zobaczyłem błysk i monstrum poderwane eksplozją wystrzeliło do góry by, po ułamku sekundy wpaść przez szybę do jednego z domów. Żołnierze zatrzymali się kilka metrów dalej i wyskoczyli na drogę. Wycelowane w moją stronę karabiny wybiły mi z głowy ochotę na opór. Nasz samochód stanął jakieś dwieście metrów w głębi osiedla. Odwróciłem się by powiadomić o sytuacji moją żonę.

Michelle była martwa. Zbłąkana kula jednego z żołnierzy rozbiła szybę i trafiła Michelle prosto w twarz. Zmiażdżona czaszka zapadła się do środka, strzępy tkanek i mózgu zabryzgały cały tył samochodu łącznie z Jessicą, chlipiącą i nieświadomą śmierci własnej matki. Nim zdołałem wydusić z siebie choćby jedno słowo, coś wyszarpnęło mnie z samochodu na asfalt. Poczułem na skroni chłód karabinowej lufy.

– Leżeć! Sawyer, bierz małą! – krzyknął ten stojący nade mną.

– Zostawcie moją córkę! Pojebało was?! – wrzeszczałem ile sił w płucach. Nie miałem pojęcia, dlaczego nas zatrzymali. Niech się kurwa rozejrzą! Świat się wali a oni trzasnęli mną o ziemię jak nastolatka za jazdę po pijanemu.

– Zamknij mordę frajerze! Wiesz gdzie jesteś? To strefa wojenna idioto! – żołnierz poderwał mnie na kolana i wskazał otaczające nas osiedle. Większość domów płonęła, ogień przeskakiwał po drzewach tworząc jaśniejącą pajęczynę ogników. Co chwila osiedlem wstrząsały nowe eksplozje. Modliłem się, żeby to były nasze bomby albo granaty.

– Oddajcie mi córkę… Nie chcieliśmy wjeżdżać na zakazany teren. Musieliśmy uciekać z głównej drogi, tam były te smoki… – bełkotałem jak po skrzyneczce mojego kochanego Budweisera. Wyobraź sobie, że przychodzisz do znajomych i zaczynasz opowiadać o skrzydlatych potworach, ciskających samochodami na lewo i prawo. Zaraz po ciepłym rosołku na kaca, zadzwoniliby do najbliższego szpitala. Kilku żołnierzy stojących nade mną nie wyglądało jednak na specjalnie zdziwionych. Ten, którego wziąłem za dowódcę splunął na rozgrzany asfalt.

– Dotarli już do Potomaku. Skurwysyny…

– Dajcie mi córkę… – wyciągnąłem zdrętwiałe ręce w stronę innego żołnierza, trzymającego Jessicę w żelaznym uścisku. Dowódca skinął głową. Mała wtuliła się we mnie z siłą pociągu towarowego. – Dziękuję.

– Tam w środku… To pana żona? – zapytał dowódca.

– Tak…

– Przejebane. Pojedziecie z nami, musimy ewakuować was do tamy. Tam czeka transport.

Nie protestowałem. Wiedziałem, że nie mogę zostawić ciała Michelle tak po prostu, ale… To nie była normalna sytuacja, nie mogłem powiedzieć, hej poczekajcie chwilę tylko usypię mojej żonie zgrabny kurhanik. Nawet nie patrzyłem na Jeepa. Po prostu wsiadłem do Humvee i złapałem Jessicę najmocniej jak potrafiłem.

– Tatusiu…, gdzie jest mamusia? Dlaczego nie ma jej z nami? – Mała podniosła oczy w moją stronę i niemrawo poruszała brodą. Co miałem jej odpowiedzieć?

– Mamusi nic nie jest, już wszystko z nią dobrze. Nie będzie musiała więcej uciekać. – pogłaskałem Jessicę po głowie i dotknąłem jej małego noska. – Teraz my musimy ją dogonić, dobrze? Będziemy biegli bardzo, bardzo szybko, prawda?

Jessica pokiwała głową. Humvee zarzuciło na zakręcie, przywarłem nosem do szyby. Niebo było szare od dymu, daleko między tumanami mlecznej zawiesiny migały błoniaste kształty. Było ich przynajmniej kilkanaście, nie widziałem ani jednego samolotu. Przecięliśmy chyba bulwar McArthura, przynajmniej tak mi się wydawało. Roiło się tam od wojska i oszalałych z przerażenia cywilów. Były ich tysiące, panikę potęgowały nieustanne wystrzały z broni automatycznej i granatników. Strykery i Humvee nie milkły ani na chwilę. Piekielna kanonada huczała w najlepsze i współczuje każdemu, kto był po drugiej stronie. Tam gdzie rój ołowianej śmierci zamieniał budynki w durszlaki.

– Gdzie jedziemy?! – starałem się przekrzyczeć karabinową palbę.

– Na północ! Zostawimy was przy akweduktach. Będziecie mieć niespełna kilometr do tamy! – dowódca siedział na miejscu pasażera, zaraz obok kierowcy. Nie wiem czy był biały czy czarny. Osmalona twarz nadawała mu wyraz demona nie mniej groźnego od tego czegoś, co fruwało wesoło nad naszymi domami.

– Wiecie, co się dzieje? Do czego oni strzelają? – Jessica kuliła się na moich kolanach jak kot. Strzały i krzyki przerażały ją nie mniej niż mnie. Utknęliśmy w morzu pojazdów i prących wzdłuż drogi ludzi. Wojsko nie dawało rady, a mniej liczne siły policji po prostu niknęły w tłumie.

– Posłuchaj… – dowódca podkręcił gałkę. Wojskowe częstotliwości były zdecydowanie bogatsze w wiadomości. Nie wiedziałem czy to dobrze.

Walą na Tenleyton! Straciliśmy stację telewizyjną! Kilka tysięcy pełzaków! Straciłem połowę ludzi! Musimy spierdalać! – dowódca kliknął i częstotliwość przeskoczyła na inny oddział. – Smithsonian Zoo zaminowane. Wycofujemy się na pozycję Charlie Trzy Siedem. Detonacja za sześć minut.  – ponowna zmiana częstotliwości. – Romeo Dwa Jeden zbliżamy się do ogniska. Powtarzam, atak na ognisko za minutę. Widzimy wroga, nie jesteśmy w stanie podać liczby. Dziesiątki tysięcy jednostek. Nasi bronią mostu na Calvert Street. O kurwa!

– Co się stało? – zapytałem przerażony. Spojrzałem przez szybę w drzwiach, żadnych samolotów.

– Pewnie ich strącili… Kilka naszych już dzisiaj padło. – odpowiedział dowódca.

– To daje radę naszym myśliwcom?

– Daje… Dostajemy po tyłku, wszędzie. Nie wiemy, co to jest, nie wiem skąd to jest. Wszystko wali się w gruzy. – dowódca gadał jak najęty. Umorusany od stóp do głów, w brudnym jak święta ziemia mundurze, przypominał bardziej strach na wróble.

– Nic nie wiedzieliście?

– A skąd mieliśmy wiedzieć? Przewidziałby pan, że pewnego dnia obudzi pana ryk latającego po niebie kurewstwa. Bądź pan poważny…

– Ale…

– Ale co?

– Przecież to jest niemożliwe…

– Biały Dom pewnie powtarza sobie to od rana.

 

III

 

Humvee i jego kierowca nie przejmowali się szczególnie bramą. Rozpędzony pojazd rozerwał na strzępy siatkowane skrzydła, krzesając iskry na rozgrzanym od słońca asfalcie. Zatrzymaliśmy się kilka metrów przed głównym wejściem, parking był całkowicie pusty. Dowódca wyjaśnił mi, że pracownicy zostali ewakuowani, a przepompownia działa w trybie automatycznym.

– Dalej poradzicie sobie sami. Tama jest milę stąd na północ. Traficie bez problemu. – dowódca nawet nie wysiadł, z podskakującego od drgań silnika Humvee. Podobnie jego ludzie, wszyscy mieli twarze jak z kamienia i trzymali kurczowo gotową do strzału broń.

– Dziękuję… – nie siliłem się na szczególnie wylewne podziękowania. Moja żona… musiałem skupić się na ratowaniu omdlewającej z przerażenia Jessice.

Odjechali po kilku chwilach. Nie czekaliśmy aż znikną za rozwaloną w strzępy bramą. Główne wejście było otwarta na oścież. Żadnego strażnika, ani jednego pracownika w przestronnym hallu. Przez chwilę stałem przy wejściu nasłuchując odgłosów z wnętrza. Poza miarowym szumem, wciąż pracujących maszyn nie usłyszałem niczego. Pierwsze kroki skierowaliśmy do maszyny z napojami i przekąskami. Wyjąłem portfel z kieszeni spodni i wrzuciłem kilka monet do wnętrza pudła. Dwie puszki Coli i batony wysypały się na niewielką szufladkę. Jessica piła jakby spędziła miesiąc na pustyni. Przez chwilę chyba zapomniała, albo nie zdawała sobie sprawy z tego, co się wydarzyło. To jeszcze dziecko, nie wszystko dociera do niej tak szybko. Na pewno nie w obecnej sytuacji. Coś się działo, a ja tak na dobrą sprawę nie miałem pojęcia, co.

Tuż obok maszyny była niewielka portiernia. Drzwi naturalnie były otwarte, a po wnętrzu walało się morze rozrzuconych papierów. Przepustki, ze zdjęciami pracowników uśmiechały się do mnie serdecznie. Żółty kask z naklejką czarnego kota trzymającego bombę, przypominał malunki z bombowców z drugiej wojny. Radio stało na niskiej półce podczepionej do ścianki. Przekręciłem włącznik, uruchamiając starego jak świat Panasonica. Przez chwilę radio potrzeszczało. Szum zniknął nagle, zastąpił go nieco nerwowy głos spikera. Tym razem był to mężczyzna, poznałem, że czyta z kartki. Nikt nie jest w stanie mówić tak równo i tak sztucznie. Jessica usiadła w fotelu dyspozytora i gryzła czekoladowego batona.

Na rozkaz prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej ogłoszono częściową mobilizację prezydencką. Osoby wyznaczone do stawienia się w swoich macierzystych jednostkach, zostaną poinformowane w ciągu najbliższych kilku godzin.  – długie piknięcie zapowiedziało koniec komunikatu. Czyli to wszystko było nagrane, dopiero teraz na antenę wejdzie spiker. – Serwis rozpoczynamy kolejnymi informacjami z Europy. Według włoskiego rządu, nieznany przeciwnik opanował już większą część miasta. Siły porządkowe oraz wojskowe otaczają miasto kordonem. Nad centrum rozrywają się eksplozje i krążą samoloty bojowe. Pojawiły się również informacje, że przeciwnik posiada jednostki latające. Nie wiemy jednak, jakiej są przynależności a relacje świadków… relacje, jakie do nas napływają, bywają skrajnie różne. Póki, co nie jesteśmy w stanie podać szczegółowych informacji.

Pierdoleni dziennikarze, będą zatajać informacje do ostatniej sekundy. Kurwa mać, przecież tam giną ludzie! Chwyciłem Jessicę za rączkę i wyprowadziłem na zewnątrz. Póki co tutaj był spokój, chociaż dym zaczynał już wypełniać opustoszały parking. Nie miałem pojęcia, jak ruszyć w strone tamy bez wychodzenia poza obręb kompleksu. Nie miałem ochoty cofać się ani o metr. Poza tym, że wiedziałem gdzie jest przepompownia, nie miałem o niej zielonego pojęcia. Uznałem, że prawdopodobnie najlepiej będzie, jeśli po prostu pójdziemy na północ aż do ogrodzenia. Tam musi być jakaś brama, nawet jeśli nie, to coś się wymyśli.

Nie wyglądało to źle. Kompleks był całkiem pusty, ani żywej duszy. W normalnych warunkach byłoby to powodem do głębokiego niepokoju. Jednak w tej chwili byłem przeszczęśliwy, że kroczyłem przez przepompownię tylko z moja córką. Każdy wydawał się potencjalnym zagrożeniem. Bez większego trudu doszliśmy na drugi koniec, tam też rzeczywiście było ogrodzenie. Była nawet brama. Zamknięta na cztery spusty i obwiązana grubym jak warkocz łańcuchem.

– Jessica, siedź tutaj i nie odchodź. Nawet na kilka kroków. Muszę poszukać czegoś, żebyśmy otwarli bramę. Rozumiesz?

Pokiwała niewielką główką.

– Dobrze tatusiu…

– Zobaczysz coś, krzycz. Przybiegnę od razu.

– Dobrze…

Stróżówka była zamknięta, chyba jako jedyna rzecz poza bramą. Mijając kompleks widzieliśmy pełno pootwieranych bram i drzwi. Wszystkie patrzyły na nas czarnymi jak smoła jamami. Przy stróżówce leżała oparta o ścianę łopata, idealne narzędzie. Po jednym uderzeniu zamek strzelił metalicznie, drzwi stanęły przede mną otworem. Dzięki Bogu wewnątrz była szafa z narzędziami. Nożyce do metalu wypadły ze środka, zanim jeszcze na dobrze ją otwarłem. Spojrzałem przez szybę na córkę. Siedziała bez najmniejszego ruchu. Niewielki bloczek betonu był na widoku.

Łańcuchy puściły dopiero za czwartym razem. Po przecięciu łańcucha byłem mokry jak dorodny wieprzek. Brama otwarła się z wyraźnym jękiem. Wtedy usłyszałem przeciągły wrzask. Włosy stanęły mi dęba, a po plecach mimo upału popłynęła lodowata strużka potu.

Przez szeroki asfaltowy plac przeleciał cień, nie musiałem podnosić głowy by zobaczyć, co to jest. Rzuciłem się do Jessici i poderwałem ją z betonowego klocka. Do najbliższego wejścia mieliśmy może ze trzydzieści metrów. Poczułem na plecach smagnięcie gorącego wiatru. Stwór był coraz bliżej, zbliżał się bezszelestnie, bez emocji ani ekstazy czującego krew ofiary myśliwego. Po prostu leciał.

Wbiegłem do środka przepompowni niemal pozbawiony tchu. Sam bieg trwał może kilkanaście sekund, ale dałbym sobie rękę uciąć, że zrobiłem przynajmniej półmaraton. Wbiegliśmy głęboko w budynek,  to coś mogło nas ścigać, mogło wejść do środka. Blaszana ściana nie stanowiła dla niego szczególnej przeszkody. Skoro potrafił rzucać samochodami, warstwa blachy falistej była marną ochroną. Zatrzymałem się dopiero za drugim, albo trzecim zakrętem. Byliśmy chyba w częsci biurowej, korytarze były niskie, wręcz klaustrofobiczne. Spodziewałem się tu raczej szerokich, otwartych hal i wielkich zbiorników do filtrowania milionów ton wody, jakie spływają tutaj z kibli w Waszyngtonie. Usłyszałem dźwięk dartego metalu. To weszło do środka! Poczułem jak zwieracze zaczynają odmawiać mi posłuszeństwa. Jessica łkała mi w ramię, czułem jak maleńkie ciałko drży spazmatycznie. Dziecko nie powinno tego oglądać. Dobiegliśmy do skrzyżowania korytarzy. Bez większego namysłu skręciłem w prawo. Miałem nadzieję, że korytar doprowadzi nas do przeciwległego wyjścia w stronę rzeki. Dźwięki się nasilały, od rygipsowych ścian odbijał się przeciągły, potępieńczy skrzek tego kurewstwa. Czuło nas, pędziło tuż za nami. Widziałem mroczki przed oczami, organizm odmawiał posłuszeństwa, takie biegi nie były na moją kondycję.

Ściana. Po prostu ściana. Nic więcej. Zamarłem, słyszałem za sobą, jak wielkie cielsko rozrywa ściany, zagłębiając się w konstrukcję. Słyszałem jak budynek jęczy pod naporem potwora.

– Tatusiu… To tu idzie.

– Wiem córeczko, wiem, nie bój się. Zaraz znajdziemy wyjście, tutaj musi być jakieś wyjście.

Monstrum chyba nieco przesadziło. Kolejne targnięcie się w korytarzu wprawiło ściany w niebezpieczne amplitudy drgań. Dykta pękła jak zapałka na całej długości korytarza. To była nasza szansa. Postawiłem Jessicę na podłodze i chwyciłem gaśnicę z podłogi. Z rykiem lwa przywaliłem czerwoną tubą w rozchybotaną ścianę. Niemal wpadłem na drugą stronę. Nadwyrężona ściana puściła od samego impetu gaśnicy. Jessica odgadła moje myśli, zanim zdążyłem się odwrócić. Wskoczyła w ciemny otwór jak suseł. Mnie się nie udało, wpadłem do dziury jak worek kartofli zabierając ze sobą sporą część rygipsu. Kaszląc od unoszącego się w powietrzu pyłu pozbierałem się z zimnej, betonowej wylewki. Byliśmy w magazynie, ku dachowi pięły się kratownice i poskręcane stelaże pełne palet. Na cholerę w przepompowni palety? Na dalsze pytania nie miałem czasu, monstrum nie dawało za wygraną. Dygocząca od wibracji ściana pękła całkowicie. Monstrum parowało jakby ktoś oblał je wrzącą smołą. Szponiaste łapy zatopiły się w rygipsie, który zajął się chwilę później. Płomienie pełzały po ognistych pazurach stwora nie czyniąc mu żadnej krzywdy, jakby w jego żyłach płynęło roztopione żelazo. Przez parującą czeluść do wnętrza magazynu przecisnął się pękaty, pociągły łeb monstrum. Wąskie szparki ropiejących ślepi mrugały pomarszczonymi powiekami.

Wcisnęliśmy sie między kratownice jak dwie myszy, uciekające przez kocurem. Jessica nie patrzyła, wtuliła swoją główkę między moje ramiona i oplotła szyję wiotkimi rękami. Ledwie oddychała. Ja miałem się niewiele lepiej, zaciskałem powieki ilekroć to coś spoglądało w naszą stronę. Byłem pewny, że zostało nam kilkadziesiąt sekund życia, może kilka minut. To coś nie odpuści, będzie nas ścigało aż na koniec świata. To nie było stąd. Monstrum przez chwilę łypało swoimi trupimi oczyma, ukazując rzędy ostrych jak sztylety zębisk. Płomienie zaczęły rozlewać się coraz głębiej, pierwsze palety smagane ognistymi jęzorami sczerniały i zajęczały poddając się płomieniom.

Potwór musiał uznać, że magazyn jest pusty. Ewentualnie wyczuł obecność innej ofiary. W mgnieniu oka jego łeb zniknął wśród płomieni zostawiając po sobie wirujące strugi rozgrzanego powietrza. Było coraz goręcej, palety zajmowały się żywym ogniem jedna po drugiej. Patrzyłem jak płomienie pochłaniały kolejne piętra rurowatej konstrukcji, ani drgnąłem. Jessica wydawała się równie nieobecna jak ja. Huczący ogień nie pochłaniał jej uwagi, wpadła w zupełne odrętwienie. Zerwałem się na równe nogi dopiero, kiedy metalowa konstrukcja nie wytrzymała temperatury i zawaliła się, siejąc na wszystkie strony płonącymi odłamkami palet. Jessica rozwrzeszczała się jak syrena okrętowa. Magazyn czerniał od buchającego jak z kotła dymu.

– Ciszej! – syknąłem i przyłożyłem jej dłoń do ust. – Musimy być cicho, inaczej to wróci.

– To coś zabrało mamę, nie pójdzie sobie, dopóki nie zabierze też nas. – Jessica łkała, ale nie krzyczała. Sama odsunęła sobie moją dłoń od ust. Nie poznawałem jej.

– Nie mów tak, wszystko będzie dobrze. Zaraz będziemy bezpieczni. Chodźmy.

Magazyn miał niewielkie drzwiczki. Były otwarte. Świeże powietrze zmieszało się z obłokami szarego dymu w szalonym, podniebnym tańcu. Wyskoczyliśmy na zewnątrz ile sił w nogach. Czułem jak smoła oblepia moje płuca, a krtań zamienia się w rurę wydechową. Odwróciłem się tylko na chwilkę, wolałem nie szukać wzrokiem podniebnego monstrum. Konstrukcja przepompowni była wyraźnie naruszona, szramy na blasze i murowanych ścianach świadczyły o obecności stwora. Dobiegliśmy do siatki, tutaj nie było żadnej bramy ani furtki. Ciągnąca się z okładem na dwieście metrów siatka nie dawała żadnej możliwości ucieczki. Trzeba było przejść górą.

– Jessica, siądź sobie tutaj. Pójdę coś sprawdzić.

– Dobrze. Poczekam sobie na niego…

– Jessica! – syknąłem. To nie było do niej podobne, jakby całkiem się poddała. Jakby to nie ona poruszała ustami, a była tylko marionetką w cudzych dłoniach. Lalką, w piekielnym spektaklu. – Przestań, uda nam się. Wyjdziemy stąd.

Potrząsnęła noskiem, skuliła się w sobie i klapnęła na trawę. Chwyciła niewielki patyczek i zagrzebała w ziemi. Kompleks zaczynał trzeszczeć od środka, ogień trawił coraz większą powierzchnię budynków. Ruszyłem wzdłuż siatki. Żadnej szczeliny, żadnego przerwanego druta.

– Pierdolony dzień… – powiedziałem sam do siebie.

Huk niemal rozerwał mi bębenki. Rzuciłem się ku Jessice potykając się o wystający z trawy korzeń. Wyrżnąłem jak długi, Jessica zerwała się z miejsca i bez słowa pobiegła w stronę niewielkiej przybudówki. Odwróciłem się na plecy. Obracający się wokół własnej osi kształt runął na blaszany magazyn, nadwyrężony płonącym w środku piekłem. Blachy pękły z jękiem pod naporem helikoptera. Śmigło trafiło na wystający ponad dach komin i roztrzaskało się na tysiące odłamków. Maszyna przekoziołkowała nad magazynem i zabierając ze sobą sporą część płonących palet, runęła prosto w siatkę. Połowa ogona oderwała się i kosząc, niższe drzewa wylądowała z trzaskiem kilka metrów ode mnie. Wtedy nie wytrzymałem, po prostu zlałem się w gacie. Widziałem jak opasłe cielsko helikoptera dosłownie wbija się w ziemię, miażdżąc ogrodzenie jakby było zrobione z plasteliny. Kabina była zdruzgotana, pilot nie miał szans przeżyć takiego upadku. Wrak tlił się coraz bardziej. Płonące paliwo mogło eksplodować w każdej chwili. Pilot zginął, ale pomógł nam wydostać się nad rzekę. Nie mieliśmy czasu do stracenia. To, co strąciło maszynę mogło wciąż tutaj być, a ja wolałem nie spotykać się ponownie.

Rzeka była przyjemnie chłodna, szemrała cicho w wąskim korycie. Na wysokości akweduktów, Potomak miał nie więcej niż dwadzieścia metrów szerokości. Dopiero w okolicy Białego Domu rozlewał się szeroką ławą, majestatycznie okalając wyspę Roosevelta. Spojrzałem w tamtą stronę i od razu pożałowałem. Centrum było zasnute czarnymi słupami dymu. Widziałem krążące na niebie monstra, były ich dziesiątki. Raz na jakiś czas między potworami przelatywały myśliwce siejąc rakietami. Kilka nawet trafiło posyłając przeciwnika w zaświaty, przynajmniej taką miałem nadzieję. Było ich jednak zbyt dużo, a na niebie ciągle pojawiały się nowe. Wolałem nawet nie myśleć jak to wygląda na ziemi. Tam, w samym centrum stolicy najpotężniejszego kraju na świecie.

Ruszyliśmy przez Brookmont, staraliśmy się unikać ulic i głównych dróg. Bez ustanku słyszałem nasilające się klaksony i krzyczących ludzi. Strzały padały jeden po drugim. Doszliśmy do skrzyżowania ulic McArthura i alei Maryland. Dante miał wyobraźnie, ale to, co działo kilkadziesiąt metrów od zbawczego kompleksu Little Falls przekraczało wszelkie pojęcie. Nie widziałem tylu ludzi na Super Bowl a samochodów na parkingu przed wyścigami Nascar. Wyglądało to tak, jakby zebrał się tam cały Waszyngton razem ze swoim dobytkiem. Między tym falującym morzem ludzi i maszyn, przeciskały się toczące się powoli transportery z desantem na pancerzach. Nie mam pojęcia ilu ich było, ale zdecydowanie za mało. Przeszliśmy bokiem, kierując się prosto na wojskową blokadę. Wziąłem Jessicę na barana, tak będzie nam trudniej się zgubić. Chociaż w tym pieprzonym tłumie wystarczyło jedno szturchnięcie, a znalazłbym się razem z córką na drodze tysięcy stóp. Żołnierze mieli na sobie pełne bojowe wyposażenie, co niektórzy zamontowali na hełmach noktowizory. Spodziewali się, że kryzys nie zostanie szybko opanowany. Przepuszczali wszystkich jak leci, chociaż każdy musiał ustawić się w kolejce. Samochody stały porzucone na poboczach, kilka znaków górujących nad tłumem wyraźnie zabraniało wprowadzania na teren tamy pojazdów. Spanikowany tłum miał jednak zakazy głęboko w dupie, czemu nie można się było szczególnie dziwić. Większość cywilnych wozów przerobiono na prowizoryczne barykady oddzielające kompleks tamy od osiedli. Nie zdążyłem dojść do blokady, poczułem jak nogi się pode mną uginają. Tuż za nami rozległ się ten sam, potępieńczy skrzek.

 

IV

 

Tłum zafalował jak wzburzone morze. Jessica nie wytrzymała naporu oszalałej tłuszczy, zagubiony worek dosłownie zmiótł ją z moich barków. Zniknęła między ludźmi.

– Jessica! Jessica! Słyszysz mnie?! – wrzeszczałem, rozbijałem się łokciami na lewo i prawo. Komuś strzeliła szczęka, ktoś inny zwinął się w bolesnym skurczu po potężnym kopniaku. Na własne oczy widziałem jak starsza kobieta padła pod napierający tłum. Nie miała szans, czaszka deptana setkami stóp pękła jak balon z wodą. Tylko swojej profesji zawdzięczałem to, że nie zwymiotowałem na ludzi przede mną.

Nie mogłem jej dojrzeć, niesiona tłumem zniknęła między barykadami z samochodów i żołnierzami walącymi w powietrze ze wszystkich luf. Odruchowo spojrzałem za siebie. Monstrum wylądowało na dachu kampera, miażdżąc go dokumentnie. Jednym machnięciem łapy rzuciło barczystym facetem o barykadę. Odbił się od samochodów jak szmaciana lalka, kręgosłup musiał przypominać mączkę kostną. Nie minęła chwila jak z nieba spadł drugi. Temu nie poszło jednak tak dobrze. Kilka gniazd karabinów maszynowych zogniskowało ogień na latającym potworze, wyrywając kawałki parującego mięsa i przebijając błony skrzydeł. Monstrum straciło impet i wbiło się w tłum. Tumany kurzu natychmiast przesłoniły mi widok. Napór tłumu rzucił mną o wojskowy kontener, poczułem jak pękają mi żebra.

– Tutaj! Panie, tutaj! Szybciej kurwa, bo pana zagniotą! – jeden z żołnierzy, najwyżej dwudziestoletni rekrut chwycił mnie za bark i szarpnął, aż zatrzeszczało w barku. Jakimś cudem przeciągnął mnie przez betonowy kloc, oddzielający rzekę ludzi od umocnionej pozycji transportera opancerzonego.

– Muszę wrócić po córkę! Zostawcie mnie! – starałem się wyrwać, ale dłoń tego chłopa była jak imadło. Przewrócił mnie na ziemie i przydusił klatkę kolanem. Straciłem oddech. Żebra boleśnie uwierały w płuca. Jeszcze chwila i ten kutas by mnie udusił! Już miałem protestować, kiedy w uszach rozbrzmiał skrzek i terkot broni maszynowej. Działko transportera i karabin w dłoniach mojego skąd inąd wybawiciela ożyły. Wystrzały były tak głośne, że wtłaczały powietrze do gardła, a mózg pulsował w rytm każdego wystrzeliwanego pocisku.

– Leż pan kurwa!

– Muszę… Córka!

– Jak się pan dasz zabić, to na pewno jej nie znajdziesz!

– Jessica… Przeżyj Jessica…

– Morda!

Kanonada narastała, nie widziałem przed sobą nic poza objuczonym sprzętem młodym chłopakiem, który zawzięcie strzelał do jednego z tych monstrów. Wiedziałem, że się zbliża, czułem już swąd palonego mięsa i krzyki przerażonych, mordowanych ludzi. Włosy jeżyły mi się na głowie, w powietrzu unosił się zapach ludzkiej krwi, kału i uryny. Wstąpiłem do piekła, albo to piekło postanowiło odwiedzić nas.

– Spierdalamy! Wstawaj i do transportera! – żołnierz chwycił mnie za połę kurtki i postawił na równe nogi, jego towarzysze byli bladzi jak kreda. Skuliłem się i prawie na czworaka podreptałem do burty kolosa na ośmiu kołach. Spojrzałem ponad betonowe bloki. Po raz kolejny poczułem, jak mieśnie ledwo wytrzymują napływ adrenaliny. Kilkadziesiąt metrów przed nami stała ściana ognia. Między płomieniami, w makabrycznym tangu tańczyły trzy monstra. Wszystkie jednakowe, tak samo opalizująco czarne, tak samo pokryte ludzkimi strzępami i juchą kapiącą ze szponów. Tłum ogarnęło istne szaleństwo, rzucali się w ogień lub walczyli między sobą o przejście w stronę tamy. Coraz częściej, żołnierze zamiast strzelać do potworów, walili po ludziach, którzy podnosili zabitym broń i mordowali innych jak leci.

– Co tu się kurwa dzieje! – wrzasnąłem na całe gardło. Efektu nie przyniosło to żadnego. Gdzieś tam, wśród tego kotłującego się pierdolca była moja córka, moja Jessica. Ten, który wciągnął mnie za barykadę chyba przeczuł moje zamiary.

– Gdzieś się wybierasz? – nie zdążyłem odpowiedzieć. Cios kolbą prosto w czoło wyeliminował wszelkie próby buntu. Świat przestał istnieć.

 

***

 

– Tatusiuuu, tato wstawaj! – nie rejestrowałem tego głosu. Tak jak czasami nie zwraca się najmniejszej uwagi na buczenie klimatyzatora, lub gderanie starej prukwy w kolejce do kasy. Głos nie ustępował, nasilał się, wibrował pod czaszką niczym stado robaków między bruzdami mózgu. – No, tato!

Zerwałem się jak porażony prądem. Siedziała tuż przede mną, ze swoim misiem i brudnej jak święta ziemia sukience. Ale żyła, mój Boże…

– Jessica… – wyjęczałem i przytuliłem córkę. Nie liczyło się teraz nic innego, sam rzuciłbym się w ogień gdyby coś jej się stało. – Tak się bałem, tak bardzo się bałem…

– Nie musiałeś tato. Nie znalazł mnie, schowałam się. Dopiero panowie żołnierze mnie znaleźli. Powiedzieli, że na pewno tu będziesz, i byłeś. Nie kłamali.

– Gdzie my jesteśmy? – zapytałem wciąż tuląc moją malutką córeczkę. Rozglądałem się na boki jak wariat. Namiot? Na zewnątrz słychać straszny gwar, a przez ludzkie głosy przebijał się dźwięk, który towarzyszył nam od samego rana. Strzelanina.

– Przy tamie. Strasznie tu dużo ludzi, ale mają owsiankę. Zjadłam cały talerz a pani pielęgniarka dała mi batonika. Wiesz, że ten batonik to jak cały obiad! Tak mówiła pani pielęgniarka i jeszcze…

– Spokojnie Jessica, spokojnie. Tu nadal nie jest bezpiecznie. Wiesz, gdzie jest ta pielęgniarka?

– Na zewnątrz, pomaga innym… – Jessica wskazała wydymane wiatrem rozcięte poły jednej ze ścian. Stanąłem na równe nogi, mała z lekkim uśmiechem spojrzała na mnie i wróciła do zabawy misiem.

– Chodź, porozmawiamy z nią.

– Mhm… – Jessica zeskoczyła z kanadyjki.

Namiot był całkiem spory, dopiero teraz zobaczyłem, że część łóżek jest zajęta. Niektórzy byli nieprzytomni, zakrwawieni. Kobiety, mężczyźni, dzieci. Nie mogłem uwierzyć, że to się dzieje naprawdę, to było jak gra, film. Odchyliłem wejście i uderzyła mnie jasność.

Parking przed kompleksem tamy był wielkości boiska piłkarskiego. Okalany ze wszystkich stron ulicami i pozbawionymi drzew skwerami, był serio wielki. Teraz nie było na nim ani jednego samochodu, nie licząc kilkudziesięciu karetek i wojskowych pojazdów na poboczach. Wojska była masa. Głównym środkiem lokomocji, jaki obecnie zajmował szeroki asfaltowy plac, były helikoptery. Startowały i lądowały jeden za drugim, bez przerwy. Wielkie dwuwirnikowe Chinooki, Black Hawki i masa cywilnych maszyn jedna za drugą kursowały z kompleksu Little Falls na zachód. Parking roił się od ludzi. Obdarci, przerażeni i ranni szwendali się po płycie w poszukiwaniu schronienia. Wojsko i policja robiły, co mogły, uciekinierzy napływali zapewne całą masą, a helikoptery nie wyrabiały z kursami. Przed namiotem i krzątała się pielęgniarka. Zakładała właśnie szew jednemu z żołnierzy. To był ten sam chłopek, dzięki któremu uratowałem skórę. Tym razem bez hełmu i maski wydawał się zdecydowanie bardziej ludzki. Swoją drogą, był rudy jak marchewka.

– Przepraszam panią… – delikatnie dotknąłem ramienia kobiety. Odwróciła wzrok, nie przerywając zszywania rozharatanego przedramienia.

– Jestem zajęta.

– Rozumiem, ale… Co tu się dzieje?

– Dobrze widzieć pana całego. – młodzieniec skinął w moją stronę swoją rudą czupryną. Jak ona mieściła mu się pod hełmem?

– Dziękuje, uratował mi pan skórę. Gdyby nie…

– Daj pan spokój. Mam nadzieję, że zrobiłby pan dla mnie to samo. Widzę, że znalazł pan córkę. – rudzielec uśmiechnął się do Jessici.

– Tak, pewnie jakiś pana kolega ją znalazł.

– Nie, moi koledzy zostali na skrzyżowaniu…

– Dalej walczą?

– Teraz pewnie już skwierczą, jak bekon na grillu. Jak pan odleciał, ruszyła na nas reszta.

– Jaka reszta? – zapytałem z nieukrywanym zaniepokojeniem.

– Nie widział ich pan jeszcze? Wiele pan nie stracił. Robótka, którą kończy właśnie nasza wspaniała pani doktor, to ich dzieło. Zaatakowali chwilę po tym jak położyliśmy tych dwóch dużych.

– Te latające?

– Tak. Swoją drogą twarde z nich skurwysyny. Nie można ładować w nie z granatników albo rakiet. To tylko pogarsza sprawę…

– Dlaczego? Przecież możecie ich zabić.

– Owszem, ale rozerwany rakietą latacz, wybucha fontanną płynnego żelaza. Muszę mówić, co się dzieje jak to spada nam na głowy?

Przełknąłem ślinę. Robiło się coraz gorzej, ten żołnierz stracił przed chwilą cały swój oddział. Jeśli tak samo wyglądała walka w innych rejonach miasta, nie wróżyłem nam świetlanej przyszłości.

– Wracając do tematu. Załatwiliśmy drugiego i wtedy, rzuciła się na nas piechota. Mówię panu, to była rzeź. Oni nie używają żadnej broni palnej, no może poza tym oszczepnikami.

– Kim? – relacja wojaka była coraz bardziej absurdalna. Skąd to się w ogóle wzięło?

– Oni potrafią tworzyć coś jak, takie… no oszczepy z płynnego żelaza. Humvee rozgrzewa jak puszkę  w ognisku, jak trafi w człowieka to pozamiatane. Tylko Strykery jakoś dają radę.

– Mój Boże…

– Czekaj pan. Oni są czymś w rodzaju oficerów. Dowodzą innym kurewstwem. Grał pan kiedyś, w taką sławną grę o zombie? Kupa filmów na jej podstawie powstała.

– Coś kojarzę…

– A pamięta pan ten motyw, jak takie duże pieroństwo spadało z sufitu na ofiary? Łaziło po ścianach i takie tam.

Pokiwałem głową w zrozumieniu. Wiedziałem, o czym mówił. Nie był to szczególnie wymagający przeciwnik w grze. Niemniej pierwsze spotkanie z jegomościem, na posterunku policji przyprawiało o dodatkowe kilogramy w majach.

– Więc tak wygląda ich piechota. Tylko biegają jak ludzie i mają szpony zamiast palców. Ja pierdolę… jak sobie przypomnę widok pierwszego. Obdarty ze skóry, z mordą pełną ostrych jak brzytwa zębów. Tyko oczu nie mają. Nie wiem jak nas rozpoznają.

– Jak to, jak ludzie? To, kim oni są? – myślałem, że znowu odpłynę. To jakiś koszmar, przecież to było niemożliwe!

– Widział pan kiedyś, żeby obdarty ze skóry człowiek biegał jak sprinter i mordował innych jak leci?

Odpowiedź uznałem za całkowicie zbyteczną. Rudzielec nie wyglądał zresztą na zdziwionego moim milczeniem.

– Właśnie… – skwitował kwaśnym uśmiechem.

– Udało wam się? Zatrzymaliście ich?

– Wezwaliśmy artylerię. Kupiliśmy nam najwyżej pół godziny czasu…

Zacząłem się śmiać, niepowstrzymanie, histerycznie. Zataczałem się ze śmiechu i jednocześnie trzymałem Jessicę za malutką rączkę. Widziałem karcące spojrzenia pielęgniarki i rannego rudzielca. Największa machina wojenna świata dostawała wciry od… no właśnie, od czego? Latających potworów, które potrafią rzucać płynnym żelazem. Do tego obdartej ze skóry piechocie, która z kolei nie posiadała niczego, co można było nazwać bronią palną. Świat oszalał, to nie dzieję się naprawdę, ja po prostu śniłem.

Facet, który podszedł w naszą stronę, skutecznie wymiótł uśmiech z moich ust. Jeśli ktoś miałby stanąć w szranki z tym latającym nad miastem kurewstwem, to tylko on. Dwa metry wzrostu i drugie tyle szerokości. Grubo ponad sto kilogramów samych mięśni, które uporczywie walczyły o wyrwanie się z ciasnego munduru. Gość wyglądał jak goryl, nie wyłączając mordy. Był uosobieniem sierżanta US Marines. Łysa góra mięcha miała jednak na sobie naszywkę armijną, czyli stał przede mną monstrualnych rozmiarów piechociarz.

– Pan Milton? – zapytał przez zaciśnięte zęby.

– To ja… – przełknąłem powoli ślinę. Wielkie jak bochny łapy oficera drżały, od nadmiaru adrenaliny. Jeden strzał i wyrwałby mi łeb.

– Leci pan następnym helikopterem. Proszę przygotować córkę.

– Przygotować? Na co?

– Możemy wpaść między wroga. Lepiej przygotować córkę na najgorsze. Helikopter WAF 554, za piętnaście minut.

Powtórzyłem numer w myślach. Za kwadrans nas tu nie będzie. Nie zdążyłem zapytać się, dokąd polecimy. Góra mięcha odwróciła się na pięcie i poszła w jedynie sobie znanym kierunku. Niewypowiedziane pytanie musiała odgadnąć pielęgniarka. Wstała znad fotela i wytarła zakrwawione dłonie w fartuch. Krew rudzielca nie była pierwszą, która splamiła seledynowy materiał. Brunatne plamy zakrzepłej juchy, nadawały fartuchowi wyglądu rzeźniczej odzieży.

– Zabiorą was na lotnisko Dulles. Tam jest punkt zborny dla uciekinierów. Co dalej, niestety tego nie wiem.

– Dziękuje pani… Panu też. – skinąłem w stronę rannego. Wstał już i najwyraźniej szykował się do powrotu na linię walk. Zdrową ręką chwycił karabin i przerzucił przez pierś. Na głowie ponownie pojawiła się kevlarowa skorupa.

– Nie ma sprawy, każdy by tak zrobił.

– Szczerze wątpię. – odpowiedziałem.

– Przepraszam za nos, ale inaczej by pan zabił nas obu. – rudzielec uśmiechnął się i wskazał palcem na zmiażdżony kolbą kichol. Szeroki plaster i bandaże utrzymywały go w jednym miejscu. Wiedziałem, że jest złamany, każdy wdech i wydech boleśnie rozpychał zdruzgotaną chrząstkę.

– Nic się nie stało. Do zobaczenia. – rzuciłem, zanim młodzik zniknął między prostokątnymi namiotami i potokami przerażonych ludzi.

– Musi pan już iść. – powiedziała pielęgniarka wycierając czyste już ręce w papier.

– Dziękuję pani. Dziękuje, że zajęła się pani moją córką.

– To moja praca. – odpowiedziała bez najmniejszej zmiany tonu lub wyrazu twarzy. Jakby słyszała to setki razy.

– Wcale nie, to nie jest praca. Czuje pani, że to obowiązek, dług, który musi spłacić względem tego, co dało pani ten dar. Ratowanie życia to rzadka umiejętność. Tak, jestem chirurgiem, wszyscy myślimy podobnie. – uśmiechnąłem się na widok coraz jaśniejszych rysów, ponurej do tej pory twarzy.

– Obyśmy spotkali się w spokojniejszych czasach. – tym razem pielęgniarka uśmiechnęła się, ukazując rzędy białych zębów.

– Obyśmy ich doczekali. Do zobaczenia pani. – nasze dłonie splotły się w silnym, męskim uścisku.

– Proszę dbać o córkę.

Skinąłem głową i odwróciłem się w stronę parkingu. Mieliśmy siedem minut, żeby dostać się do naszego helikoptera. Wędrówka przez parking przypominała brodzenie po kolana w bagnie. Przebicie się, przez spanikowany tłum przerażonych ludzi przypominało walenie młotem w mury zamku. Tylko szczęściu zawdzięczałem to, że zobaczyłem numer na ogonie helikoptera. WAF 554.

Maszyna stała niemal w centrum placu. Tuż nad nią, śmigały zwiewne sylwetki startujących lub lądujących Black Hawków. Nasz był wielki, ale miał tylko jeden wirnik. Przysadzista konstrukcja z krótkimi, ale szerokimi skrzydłami wyglądała jak bestia, szykując się do skoku. Grozy dodawały maszynie dwie osiatkowane tuby tuż nad kabiną, z których wystawały dysze silników. Potężny piechociarz stał na otwartej rampie, gdzie tłoczyli się inni pasażerowie. Do środka wlazło przynajmniej kilkudziesięciu ludzi, a kolejni byli już pożerani, przez przepastne wnętrze helikoptera. Wojak skinął na mnie i machnął żylastą dłonią pospieszając nas.

– Dokąd lecimy? – zapytałem patrząc na oficera.

– Lotnisko Dulles. Tam otrzyma pan kartę powołania. – odpowiedział beznamiętnie.

– Co? – byłem pewien, że gość powiedział to do kogoś innego. Byłem właśnie odwrócony i zapinałem córkę w pasy na wąskim siedzisku. Jessica kurczowo trzymała się malutkim rączkami czerwonych siatek na ścianach. Ludzie byli niespokojni.

– Jest pan chirurgiem, potrzebujemy takich ludzi.

– Nie zostawię córki. Może pan o tym zapomnieć. – parsknąłem prosto w tą obrzydliwie agresywną gębę. Nie zrobiło to moim rozmówcy najmniejszego wrażenia.

– Pana córka będzie w tym samym miejscu. Nie rozdzielimy rodzin. Gdzie pańska żona? – zapytał bez ogródek.

Śmigłowiec zawibrował i uniósł się nad ziemię. Czułem jak konstrukcja drży, poruszana potężnymi silnikami. Póki co nie patrzyłem przez okno, widziałem jednak, że kilka osób z martwymi, pełnymi żalu twarzami spoglądało na miasto. Wiedziałem, co widzą.

– Nie żyje. – odpowiedziała Jessica wpatrzona w olbrzyma szeroko otwartymi oczami. Oficer przeniósł wzrok na mnie. Pokiwałem głową.

– Współczuje, ale będzie pan miał okazję wyrównać rachunki.

– Nie jestem żołnierzem.

– Dzisiaj każdy nim jest.

Wnętrze helikoptera zajęczało. Głośniki zamontowane na ścianach przedziału ładunkowego ożyły z wyraźnym, sprzęgającym piskiem. Kilka krzyków wyrwało się z gardeł bardziej ogłupiałych pasażerów. Jessica nawet się nie poruszyła.

– Do lotniska dolecimy za kwadrans, za chwilę nadamy przemówienie prezydenta. – głos należał zapewne do pilota helikoptera. Olbrzym wyprostował się jak na defiladzie i spojrzał w głośnik. Nie wiem, czemu ale wydało mi się to równie idiotyczne jak zamawianie jedzenia, gadając do metalowej skrzynki.

Amerykanie, nasz kraj został dziś brutalnie zaatakowany. Stolica, miejsce, w którym czuliśmy się najbezpieczniej, obecnie jest miejscem najgroźniejszym. Wciąż nie wiemy, jakie są zamiary przeciwnika, ani jakie jest jego pochodzenie. Możemy jednak jasno stwierdzić, ludzkość znalazła się z stanie wojny. To nie jest starcie narodów. Tym razem nie walczymy przeciwko sobie. Nasz wróg jest inny i trzeba to powiedzieć jasno. To nie był zamach terrorystyczny. Katedry w Waszyngtonie, Wzgórza Świątynnego, Watykanu, Cerkwi Chrystusa Zbawiciela w Moskwie i pałacu Potala nie wysadzili terroryści.  Nie wiemy jeszcze, co nas zaatakowało, ale obiecuję mojemu narodowi i całemu światu, że Ameryka nigdy nie zostanie pokonana na swoim terytorium. Jesteśmy w stałym kontakcie z przywódcami zaatakowanych krajów. Jeszcze dzisiaj, zbierze się Rada Bezpieczeństwa ONZ by wypracować wspólną strategię walki z wrogiem. Niech Bóg błogosławi Amerykę.

Oficer rozluźnił sylwetkę. Większość osób stłoczonych w przedziale ładunkowym siedziała w milczeniu. Wpatrzeni w głośnik, zapomnieli o bożym świecie. Kilku wciąż wyglądało przez niewielkie okienka. Kręcili głowami w zaprzeczeniu, nie wierzyli, że to co słyszą i widzą jest prawdą. Mieli nadzieję, że za chwilę coś pstryknie, a oni obudzą się w ciepłej pościeli. Nie było co się dziwić, nie każdego dnia nad miastem latają skrzydlate stwory, a ludzie są rozrywani na sztuki przez tysiące monstrów, biegających bez opamiętania po ulicach. Jednym słowem, było się czemu dziwić.

Najpierw usłyszeliśmy grzmot, dopiero po kilku chwilach śmigłowce targnęła fala uderzeniowa. Natychmiast dopadłem do najbliższego okienka. Oficer piechoty splunął pod nogi i skrzywił usta w kwaśnym grymasie. Daleko na południe, w ledwie widocznych promieniach słońca mienił się Potomak. Do tamy mieliśmy na oko jakieś trzy, góra cztery mile. Nie lecieliśmy wysoko, pułap nie przekraczał pięciuset metrów. Tam gdzie jeszcze nie tak dawno straciłem przytomność, teraz unosił się potężnych rozmiarów obłok dymu. Niektóre elementy poderwane wysoko w powietrze, wciąż wirowały ciskane podmuchami szalejącego wiatru. Eksplozja musiała sięgnąć tamy, kilka czarnych słupów dymu unosiło się nad oddalającym się parkingiem. Chyba, że wtargnęli na niego już tamci. Ciekawe, co z tym rudzielcem? Grzyb nie rósł, to nie eksplozja nuklearna. Nie była to też byle jaka bombka. Dystans między skrzyżowaniem a parkingiem sięgał z pół mili.

– Bomba paliwowo-powietrzna. – olbrzym pojawił się tuż obok, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Mimo gigantycznych rozmiarów potrafił przemieszczać się niemal bezszelestnie.

– Co? – zapytałem cały czas spoglądając na rosnące tumany ciemnego dymu.

– Gorsza jest tylko atomówka albo fosforowa. To, co tam wybuchło zmiata wszystko na swojej drodze. Chłopaki przy tamie nie mieli najmniejszych szans. Nikt już tego nie broni.

– Ale przecież tam były tysiące ludzi! Żołnierze, pojazdy wojskowe, mogli się tam bronić. Na pewno wciąż walczą.

– Widzisz pan tam jakieś helikoptery? Nic nie startuje, nic nie ląduje. Wszyscy nie żyją.

Wychyliłem się bardziej, prawie przykleiłem policzek do niewielkiej szybki. Rzeczywiście, za nami było góra dziesięć helikopterów, w tym dwa wielkie Chinooki. W sumie kilkaset osób. Co z resztą? Zamordowaliśmy właśnie kilka tysięcy swoich rodaków? Odwróciłem się do wnętrza helikoptera. Jessica siedziała bez ruchu, nie patrzyła przez okno. Wlepiła wzrok przed siebie, nie reagowała na nic. Kobieta, która siedziała tuż obok niej próbowała zagadać, dać kawałek czekolady. Jessica nawet się nie odwróciła. Coś było nie tak a ja nie miałem czasu, żeby bardziej się temu przyjrzeć. Może na lotnisku szaleństwo nie będzie tak rozpanoszone jak tutaj. Od rana przeszliśmy przez gehennę. Straciłem żonę, Jessica straciła matkę. Mój świat się zawalił jak domek z kart. Wystarczyło jedno dmuchnięcie, a misternie budowany kokon, forteca, która miała nas odgrodzić od świata, zniknęła. Jakby nigdy jej nie było.

Helikopter zmniejszył pułap, centrum miasto zostało daleko za nami. Czarne słupy dymu biły w powietrze kilka kilometrów ponad szczyty budynków. Setki pożarów łączyły się w olbrzymie ogniska szalejącego ognia. Nawet z tej odległości widziałem, jak nowe eksplozje rozrywają się nad miastem, zamieniając budynki w kupy gruzów. Waszyngton chylił się upadkowi.

– Lądujemy za trzy minuty! – pilot ponownie odezwał się przez głośniki.

– Proszę usiąść. Zaraz wylądujemy. – oficer skinął na mnie i sam chwycił się czerwonej siatki.

Posłusznie wbiłem się w wolną przestrzeń ławki tuż obok Jessici. Wylądowaliśmy chwilę później, oficer wcisnął guzik i rampa powoli opadła na płytę lotniska. Jeśli parking pod tamą był wypełniony sprzętem, to lotnisko Dulles przypominało ogarnięte pożarem mrowisko. Samoloty lądowały i startowały jeden za drugim. Wojskowe transportowce i cywilne statki pasażerskie huczały silnikami, tuż nad pasami startowymi. Były ich dziesiątki, drobnica w postaci helikopterów szczelnie wypełniała płytę i mniejsze betonowe place. Kilkanaście śmigłowców wojskowych usadowiono na pasach zieleni między drogami dojazdowymi, do głównych tras startowych. Autobusy, ciężarówki, transportery, nawet czołgi zmieszały się ze sobą w abstrakcyjnej parodii uporządkowanego chaosu. Ludzie wysypali się z przedziału ładunkowego na rozgrzaną płytę lotniska. Ruchem cywilów kierowali ochroniarze lotniska i żandarmeria wojskowa. Opaski MP były doskonale widoczne na ramionach odzianych w mundury mężczyzn. Olbrzym szedł razem z nami. Prowadził naszą grupę między wytyczonymi kolorowymi taśmami, które przecinały płytę różnobarwną pajęczyną. Widziałem go wtedy ostatni raz.

Weszliśmy do jednego z hangarów. Żandarmi kazali nam ustawić się jeden za drugim, kolejka sięgała daleko poza wejście do blaszanej konstrukcji. Wnętrze szczelnie wypełniały kontenery, biurka i masa komputerów. Kilku żołnierzy siedziało za biurkiem przy otwartych laptopach. Niektórzy po weryfikacji tożsamości byli po prostu puszczani wolno i kierowani przez kolejnego żandarma do właściwego wyjścia. Kilkanaście osób przede mną stał nieźle zbudowany facet w garniturze. Wygląd odzienia sprawiał wrażenie jakby facet przeżył równie ekscytujący poranek jak ja. Żołnierze wstukali jego dane do systemu i wydrukowali arkusz, który sekundę później trafił do rąk mężczyzny. Facet rzucił im dokumentem w twarz i wyszedł z kolejki. Dwójka żandarmów pojawiła się znikąd i odcięła mężczyznę od drogi ucieczki. Na jego oliwkowej twarzy pojawił się złowrogi grymas.

– Otrzymał pan rozkaz. Proszę podnieść kartę i zgłosić się do odpowiedniego punktu. – powiedział jeden z żołnierzy i wskazał biurko.

– Pierdolę wasze rozkazy. Jestem biznesmenem, w dupie mam armię. – nie mógł popełnić większego błędu, odepchnięty żandarm natarł natychmiast. Drugi już wyciągał plastikowy zatrzask. Chwilę później rzeczony biznesmen leżał na zimnej podłodze hangaru ze skutymi na plecach rękoma. Kurwił aż uszy więdły, żandarmi podnieśli cielsko z ziemi i podeszli do biurka.

– Odprowadzimy do jednostki. – powiedział oficer i klepnął buntownika w ramię. – Idziemy panie biznesmenie.

Przełknąłem ślinę. Prezydencka mobilizacja ruszyła, jestem chirurgiem, mnie na pewno nie ominie. Jessica musiała znaleźć się w bezpiecznym miejscu. Nie zabiorę jej przecież na front łatać rannych. Nawet nie zorientowałem się, kiedy przyszła moja kolej. Niewielki chłopak spojrzał na mnie zmęczonymi oczami i przygotował palce do surfowania po klawiaturze.

– Ubezpieczenie? – zapytał beznamiętnym głosem. Podałem numer. Palce świsnęły po klawiszach w ułamku sekundy. Drgnąłem. Jeśli chłopak równie szybko posługiwał się chociażby nożem, bez problemu mógłby wpaść z kosiorem między tamtych i narobić nielichego zamieszania… Kilka chwil, łaciata postać klepała w klawiaturę, po czym wreszcie przeniosła wzrok na mnie. Dźwięk drukarki zmroził mi serce. Jessica poczuła, że mocniej ściskam jej dłoń. Spojrzała na mnie badawczym wzrokiem.

– Wszystko dobrze tatusiu? – zapytała

– Tak córeczko, wszystko jest dobrze. – uśmiechnałem się i odszedłem na bok. Żandarm za biurkiem nie wykonał żadnego gestu. Usłyszałem tylko prośbę o numer ubezpieczenia kolejnej osoby.

Karta powołania, naturalnie szpital. Prześlizgnąłem się po gęsto zadrukowanej tekstem kartce. Pominąłem brednie o patriotycznym obowiązku i zaszczycie, jaki mnie spotkał. Rodzina, gdzie jest coś o rodzinie. Jest! Wstrzymałem oddech i wypuściłem go z ulgą. Córka pojedzie ze mną, przynajmniej na razie. Teraz wypadałoby się dowiedzieć gdzie mamy się udać. Fort Drum, stan Nowy Jork. Gdzie jest stan kojarzyłem, ale Fort Drum? Pierwszy raz zobaczyłem tą nazwę. Nie mówiła mi nic. Żandarmi pokierowali nas do właściwego wyjścia, spojrzeli na kartę. Wyraźnie zdziwiła sygnatura karty, która na mnie nie zrobiła żadnego wrażenia. Swoją drogą, dopóki nie zapytał o nią żandarm, nawet nie miałem pojęcia o jej istnieniu. Y21, zwykle numery jednostek są dłuższe, tutaj były to tylko trzy symbole. Szczerze mówiąc miałem to w dupie, nie chciałem wiedzieć, co to znaczy ani dlaczego akurat mnie się taka trafiła.

Transport mojej grupy zorganizowano niezwykle szybko, jakbyśmy byli szczególnie uprzywilejowani. Przy naszym Herculesie stało może ze czterdziestu ludzi. Całe rodziny z dziećmi, kilka uszczuplonych podobnie jak moja. Niemniej ludzi było za mało jak na taką maszynę. Spokojnie można było upchać we wnętrzu transportowca drugie tyle jak nie lepiej. Wtedy nie rozumiałem jeszcze nienawistnych spojrzeń. Teraz to zupełnie inna bajka. Kiedy zamykała się na za nami klapa, nad lotniskiem Dulles zapadał krwawy zmierzch.

 

***

 

Pierwsze dwadzieścia cztery godziny były tragiczne. Zakwaterowali nas w plastikowych kontenerach, widziałem takie w telewizji jak pokazywali reportaże z Afganistanu i Iraku. Było ich kilka, po jednym dla każdej rodziny. Mnie i Jessicę zakwaterowano w pobliżu głównych budynków bazy. Jessica spędziła niemal cały dzień na obserwowaniu startujących i lądujących samolotów i helikopterów. Dopiero na miejscu dowiedziałem się że, poza 10 dywizją górską, do bazy ściągają rezerwy. Obecnie na terenie Fort Drum mieliśmy prawie dwadzieścia tysięcy żołnierzy. Przez cały dzień nikt się nami nie opiekował, nikt nie zdradzał nam celu naszego pobytu w bazie, a z całą pewnością mogłem stwierdzić, że nie jest, bo obóz dla uchodźców. Strzępy informacji, jakie do nas docierały stawiały włosy na sztorc. Waszyngton był oblężony przez… coś. Wojsko wprowadziło kwarantannę dla całego miasta. Wszystkie drogi wyjazdowe zablokowała armia. Naloty i ostrzał artyleryjski nie ustawały ani na chwilę. Masowa ewakuacja była katastrofą. Media podawały informacje o dziesiątkach tysięcy zabitych. Reszta świata nie miała się lepiej, centrum Moskwy było spaloną ruiną a wróg zajmował kolejne dzielnice. Rzym był areną brutalnych walk przeciwko czymś, co Włosi nazywali piekielnikami. Piekielnicy… nie kojarzyło się to najlepiej. Nie poprawiało mi humoru również to, co widziałem w relacji Jerozolimy i Lhasy. Dziesiątki skrzydlatych bestii unosiło się nad ruinami, by co chwila pikować w dół w aurze wzmagającego się pożaru. Chiny zamknęły granice – nikt nie miał pojęcia, dlaczego, Izraelczycy dokonali masowego nalotu na Jerozolimę niszcząc połowę miasta. Nie powstrzymało to hord na ulicach, rozlewali się jak fala powodziowa. Na niebie nie panowało lotnictwo ludzi. Ciskane ku ziemi ogniste ostrza eksplodowały na pancerzach czołgów i transporterów. Krople płynnego żelaza topiły ciała i wżerała się w kadłuby pojazdów. Mieliśmy jeden telewizor i właściwie nie odrywaliśmy od niego wzroku. Filmy były przerażające a komunikaty zamiast uspokajać wprawiały w jeszcze większą panikę. Unikać dróg dojazdowych, taka dzielnica odcięta, tamta zajęta przez wroga. Zaraz potem informacja, że siły USA rozbiły oddział wroga o nieznanym pochodzeniu. Eksperci mnożyli się jak grzyby po deszczu. Rewelacje wygłaszane, przez mądroli w telewizyjnych studiach przyprawiały o napady histerycznego śmiechu. Świat walił nam się na głowy, każde kolejne wystąpienia prezydentów i premierów nadal nie dawały odpowiedzi na to, z czym walczymy. Aż do dzisiaj.

Wojska było coraz więcej. Wyszliśmy z kontenerów, Jessica zaprzyjaźniła się z kilkoma dzieciakami w jej wieku. To dobrze, nie musiała myśleć o matce. Ja dzięki stolikowi, który spajał naszą niewielką społeczność też nie traciłem zmysłów. Siadywaliśmy tam całymi godzinami i snuliśmy coraz głupsze teorie na temat tego, co nas otaczało. Poprzedniego wieczoru doszliśmy już do pomysłu inwazji obcych spod ziemi lub zombie. To był dobry wieczór, mimo, że żartowaliśmy na temat tego, co zabija setki tysięcy ludzi, pierwszy raz od kilkunastu godzin mieliśmy ochotę na śmiech. Głupkowaty, wywołujący potoki łez i skurcze mięśni, histeryczny. Straceńczy śmiech.

Zjawił się bezszelestnie. Wysoki, szczupły w jednolicie czarnym mundurze. Kieszenie pod skosem, stójka, talia spięta szerokim parcianym pasem z klamrą i dziwnym napisem wokół czegoś, co zapewne miało imitować wieniec laurowy. Nigdy wcześniej nie widziałem kogoś takiego.

– Proszę za mną. Dzieci zostaną pod opieką, proszę się nie martwić. – jego pociągła, blada twarz nie wyrażała absolutnie żadnych emocji. Jakby była całkowicie wyprana z uczuć. Facet nie zmienił wyrazu twarzy ani na chwilę, zbieraliśmy się dobry kwadrans a on po prostu stał i patrzył w siną dal. Dziwny gość.

Jessicę zostawiłem razem z innymi dziećmi. Rzeczywiście, nim odjechaliśmy w kolumnie ciężkich, równie czarnych jak mundury pojazdów, dziećmi zajęło się kilka kobiet o zniewalającej wręcz urodzie. Większość nie mogła oderwać oczu. Nie opuściliśmy terenu bazy, wręcz przeciwnie. Pojechaliśmy na wschód, właściwie to na północny wschód. Nim wyjechaliśmy poza obręb samego lotniska nad kolumną śmignęły dwa klucze F-15. Przez ostatnie godziny nauczyłem się rozróżniać typy samolotów i ze dwóch helikopterów. Nie było to takie trudne, F-15 mały po prostu podwójne usterzenie i to wszystko… Szesnastki tylko jedno a Black Hawki nie miały tylu rakiet, co Apache. Żadna filozofia.

Wjechaliśmy w las, wąska droga meandrowała między stuletnimi strzelistymi drzewami. Szerokie, rozłożyste gałęzie pochylały się nad drogą w oliwkowym szpalerze. Jechaliśmy szybko, po cztery osoby na samochód. To nie były Humvee, zdecydowanie bardziej przypominały te przeciwminowe, wysokie krowy. Las przerzedził się po mniej więcej kilometrze. Przed nami rozpościerała się szeroka polana z centralnym punktem w postaci owalnego, wielkiego placu. Osłaniany z kilku stron punktowymi murkami wyglądał, jak opuszczone stanowisko przeciwlotnicze z czasów drugiej wojny światowej. Na środku wyrwanego przyrodzie placu stał wielki hangar, na oko przynajmniej sto na sto pięćdziesiąt metrów. Nie był garażem dla myśliwców, jak te na lotnisku. Tutaj konstrukcja już z zewnątrz wyglądała jak więzienie. Zatrzymaliśmy się na niewielkim parkingu, tuż przed głównym wejściem. Dwa równe rzędy czarnych jak smoła Strykerów, tworzyły przed nami szeroki szpaler. Przez parking i jego okolice maszerowało kilku żołnierzy. Nawet karabiny mieli pomalowane na czarno. Twarze zasłaniali maskami ze sztywnego, porowatego materiału. Przypominały czaszki. Na ramionach widniały białe jak śnieg krzyże. Siły specjalne? Delta czy coś takiego?

Kazali nam wysiąść i bez słowa zaprowadzili szpalerem do wejścia. Przechadzający się po terenie wartownicy nie zaszczycili nas nawet spojrzeniem. Tuż za rozsuwanymi i z pewnością pancernymi drzwiami, znajdowało się doskonale oświetlone białymi lampami wnętrze. Było ogromne, pełne pojazdów i takich samych, czarnych niczym heban żołnierzy. Wszyscy pod bronią, nerwowo spoglądali ku środkowi hangaru. Stała tam biała kopuła, obudowana czymś w rodzaju stelażu z grubych jak lamy drogowe stalowych przęseł. Kopuła miała tylko jedną śluzę, przy której stała dwójka strażników. Obracałem głową z rozdziawioną gębą, zauważyłem, że pod sufitem i na ścianach obracały swoje obiektywy kamery. Kamery były podwieszone do działek automatycznych. Było ich przynajmniej kilkanaście. Wszystkie miały kopułę w zasięgu strzału. Zaprowadzono nas prosto to śluzy. Ten sam bezosobowy człowiek o rybich, szarych oczach stanął przed nami zagradzając wejście do śluzy.

– Wszystko, co tam zobaczycie jest prawdziwe. Wszystko, nad czym będziecie pracować jest przeklęte. Porzućcie nadzieję, przekraczacie właśnie bramy piekła na ziemi. – żadnej emocji, nic. Jak kat, który unosi topór po raz tysięczny.

Śluza rozstąpiła się. Blade, błękitne światło sączyło się ze świetlówek zamontowanych na ścianach. Drugie drzwi otwarły się z wyraźnym sykiem, tam również świat tonął w lepiących się barwach. Były jednak znacznie bardziej intensywne, tutaj przypominały dyskotekowy ultrafiolet. Przed nami stanęła smukła postać. Kolejne lampy zapalały się z trzaskiem reflektorów.

– Witamy w naszym zwierzyńcu. – powiedziała obłędnie piękna brunetka w czarnym, obcisłym uniformie. Poza krzyżami na naramiennikach nie było żadnego nazwiska, żadnych dystynkcji. Reflektor bił dokładnie nad jej głową, równie dobrze mogła właśnie zacząć śpiewać na rewii.

– Co my tu robimy? – zapytał jeden z mężczyzn, którego poznałem, jako Kerry Gilles. Blondyn i antropolog, pracował w muzeum nawet nie wiem, czyjego imienia.

– Wiecie, co nas zaatakowało? – zapytała piękność nie zmieniając pozycji.

– Terroryści to chyba nie są. – odpowiedziała jedna z kobiet, która przyjechała razem z nami. Niska blondynka, z niewielką nadwagą, była kimś w rodzaju kryptologa w waszyngtońskiej policji, naturalnie na emeryturze.

– Zgadza się. Słyszeli państwo kiedyś o exodusie? – zapytała przybierając uwodzicielski uśmiech.

– Coś z Żydami? – zapytałem.

– Brawo. – klasnęła w dłonie i zakręciła się na pięcie.

– Co mają wspólnego Żydzi z nami? – blondynka wyglądała na poirytowaną.

– Żydzi nic. Na ziemię wyszło piekło. – odpowiedziała z rozbrajającą powagą.

Antropolog zaniósł się śmiechem, blondynka przybrała jeszcze bardziej poirytowaną minę i przypominała knura, który od miesiąca nie wytarzał się w błocie. Kilka innych śmiechów dołączyło do Kerrego Gillesa. Brunetka w mundurze wydawała się całkowicie niewzruszona.

– Pani tak poważnie? – zapytał antropolog z trudem powstrzymując skurcze mięśni.

– Widział pan askalony?

– Co?

– Askalony, skrzydlate bestie.

– Ja widziałem. – spojrzałem w te hipnotyzujące, pulsujące zielenią oczy.

– Inne demony zapewne też pan widział? Szybkie jak błyskawica, bezlitosne. To nie są ludzie ani terroryści. – odpowiedziała na spojrzenie.

– To jakieś brednie. Piekło? Diabły? Przecież to są bajki i wymysły kościoła by ogłupić ciemną masę! – blondynka – kryptolog wrzasnęła na całe gardło. Reflektory pod sufitem zajęczały od wibracji.

– Proszę powiedzieć to tym, którzy stracili życie podczas spotkania z jak pani to nazywa, bajkami. – brunetka odpowiedziała z delikatnym uśmiechem.

– Nonsens! Piekło nie istnieje! – kryptolog nie dawała za wygraną.

– Ależ istnieje, sięga właśnie po lotnisko Dulles. To samo, które jeszcze wczoraj obsługiwało tysiące połączeń w ciągu dnia.

Kilka osób zamilkło. Inni wciąż jeszcze chichotali histerycznie i kręcili głowami. Gdybym nie spotkał się twarzą w twarz z tym latającym kurewstwem, sam bym teraz ślinił się ze śmiechu jak wieprz. Niestety widziałem.

– Dobrze pani… Dlaczego tutaj? – nie miałem pojęcia jak się zwracać do tej kobiety.

– Prefekt Fairmont. Zarządzam tym laboratorium. Cieszę się, że zadał pan to pytanie. Exodusy zdarzały się już wcześniej. Piekło nie po raz pierwszy odwiedza ziemię.

Przez nasz niewielki tłumek, przeszedł wyraźnie słyszalny szmer.

– Właśnie, dlatego stworzono nas. Legion. Każdy kraj, w którym w historii ludzkości doszło do exodusu powołał jednostkę do walki z demonami. My jesteśmy jedną z nich. Fort Drum to główna siedziba Kohorty Nowego Świata.

– Pani żartuje… – tym razem nawet ja się nie powstrzymałem.

– Nie. – uśmiech zniknął z jej ust, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

– Na jaką cholerę, my tu jesteśmy? – zapytał antropolog krzyżując ramiona na piersi.

– Nie spodziewaliśmy się exodusu we wszystkich miejscach jednocześnie. Brakuje nam zasobów. Jesteście naszym wsparciem.

– Kto się na to zgodził? Nigdy o was nie słyszeliśmy. Nie wiemy, kim jesteście. – oburzyło mnie to. Wiele byłem tego dnia w stanie zrozumieć, to jednak zaczynało przekraczać granice dobrego smaku.

– Rząd. Od urodzenia byliście wybrani. W przypadku ponownego przyjścia, mieliście stawić się na rozkaz. Oto jesteście. – prefekt Fairmont uniosła dłonie w wielkopańskim geście.

– Po co? – blondynka nieco ostygła. Piersi wciąż unosiły się i opadały jak tłoki parowozu.

Prefekt cofnęła się i oparła plecami o płaską powierzchnię. Kolejny reflektor ukazał szklaną klatkę. Tym razem nie było żadnego stelażu, tylko lite szkło i to coś w środku. Nieco wyższe od człowieka, potężnie umięśnione. Złożone wzdłuż tułowia skrzydła drgały. Nie były jak te wcześniej, te wyglądały jakby obdarto je ze skóry i błony, czysta kość i pulsujące wzdłuż stawów i chrząstek żyły. Wyglądało jakby spało. Nabijana licznymi kolcami głowa była opuszczona, wzdłuż potężnie rozbudowanej klatki. Fairmont oparła dłonie o szkło i zastukała w taflę. Łeb powoli się podniósł. Usta pełne ostrych jak brzytwy zębisk wystawały z zaciśniętej żuchwy, naciągnięta i sucha jak pergamin skóra wydymała się pod naporem wydychanego przez monstrum powietrza. Najgorsze były oczy, dwie pary zimnych jak lód i jasnych oczu. Musiały niegdyś należeć do człowieka. Blondynka osunęła się na zimną podłogę jak podgrzana galareta.

– Pomożecie nam to zabić. – rzekła Fairmont wciąż opierając się o szklaną klatkę.

– To on? – zapytał antropolog mrużąc oczy.

– Poznajcie jednego z książąt. Witamy w projekcie Baal.

Koniec

Komentarze

Dobry wieczór, Autorze! Mam nadzieję, że będzie Ci u nas miło. Zajrzyj do Hyde Parku, tam jest kącik przywitaniowy:) Kilka uwag o Twoim opowiadaniu:

Wikipedia podaje, że “długość kortu wynosi 23,77 metra, a szerokość 8,23 m”. Salon połowy kortu tenisowego (nie: boiska!) to ledwie dwanaście na cztery. Moi rodzice w swoim sporym, ale bynajmniej nie luksusowo wielkim domu mają nieco większy. Nie sprawdziłeś ile to jest ta “połowa”, przyznaj się;>

urządzić jeszcze w starym stylu – “jeszcze” zbędne

nazywają to kolonialnym → nazywają go kolonialnym

kilkunastu kilogramowym kafarem → kilkunastokilogramowym kafarem

nawet ja na czerwiec – literówka

nikt z rodziny się nie zgłaszał. Przez siedem godzin ktoś w końcu zacząłby go szukać – nie chcę umrzeć w Stanach, szczególnie jeśli na przykład cała moja rodzina spędza wakacje za granicą i nie ma ochoty dzwonić do krewniaka co sześć i pół godziny z pytaniem, czy przypadkiem nie umarł, a jeśli tak, to chcieliby pochować ciało. Nie przemyślałeś, przyznaj się;>

nie później niż w pół do trzeciej → nie później niż wpół do trzeciej

Lasy, łąki, wzgórza, jak w filmach. Raz udało nam się wspiąć na sam szczyt – na sam szczyt wzgórza? Gieroje!

Podobnie jak sama wędrówka, moja kondycja ogranicza się wyłącznie do psychicznej – ze zdania wynika, że wędrówka ogranicza się do psychicznej.

 

O, stary, wypisałem zauważone błędy tylko z czterech pierwszych akapitów. Zwykle początek opka – szczególnie tak długiego – jest najbardziej dopracowany. Wybacz, nie przeczytam reszty. Głównie z powodu jego długości, ale fakt, że pisałeś to bez głębszego namysłu nad swoimi słowami pomógł mi podjąć decyzję.

Pozdrawiam!

Wrzuć coś krótszego, zbierzesz więcej komentarzy, no i łatwiej Ci będzie ogarnąć mniej tekstu:)

Przejrzałem tekst na tyle dokładnie, że bez obawy o pomyłkę mogę stwierdzić: fatalnie niedopracowany językowo. A to powtórzenia, a to myląca składnia, o interpunkcji lepiej nie wspominać.

Pomimo niezliczonych błędów tekst ma ręce i nogi. Uwolniony od usterek ma szanse zdobyć uznanie fanów fantasy, i nie tylko ich. Autorze, wycofaj opowiadanie do kopii roboczych w swoim profilu, dopracuj je pod kątem językowym i wrzuć z powrotem.

Dziękuję za pierwsze opinie. Owszem, muszę przyznać, że wrzuciłem opowiadanie głodny recenzji bez uprzedniego sprawdzenia pisowni oraz warstwy (jednej z najważniejszych – składniowej).

Przejrzałem tekst jeszcze raz i poprawiłem to wszystko, co udało mi się odszukać. Wciąż liczę na dalszą krytykę (pozytywną i negatywną, bowiem nie mam zamiaru się obrażać ;))

Jednocześnie dzięki, że widzicie w opowiadaniu potencjał :)

No witam!

Kilka uwag na początek, Autorze.

Nie wiem czy poprawiałeś tekst, ale ja wrzuciłem go sobie do worda i kilkudziesięciu miejscach zakreśliło literówki. Jest również wiele literówek, których edytor nie zakreśla.

Zaimki. Tak na wyrywki, pierwszy akapit. “Wjechałem na podjazd jakoś po drugiej w nocy, nie później niż wpół do trzeciej. Przez chwilę posiedziałem jeszcze we wnętrzu swojego Jeepa wsłuchując się w zwalniającą sprężarkę. “ swojego – zbędne.

Czy ten długi wstęp o grzebaniu w ludziach jest konieczny? Serio, można wszytko w jednym, dwóch akapitach zmieścić, tzn., to, że koleś jest chirurgiem i ma bardzo wyczerpującą pracę.

Kwiatki typu: “Zaszedłem ją od tyłu, tak jak lubi, czasami”. – To lubi czy nie lubi? “...plazma ożyła ferią kolorowych barw“ – a są jakieś inne barwy?

No i przecinki. Ale o tym to się nie wypowiadam, bo sam zbieram za nie bury. :)

Sumiennie doczytałem do połowy. Później, przykro mi, ale tekst mnie znużył i tylko go przejrzałem. Miałem nieodparte wrażenie, że oglądam film w reżyserii Micheala Baya. Helikoptery, wojsko, bombardowania, wybuchy, potwory, pożary, bieganie i akcja, akcja, akcja! Akcja nie jest zła, ale ja, w tej się kompletnie zagubiłem.

Ogólnie, jak już moi szanowni koledzy się wypowiedzieli, jak na debiut, to jest dobre rokowanie. Tylko trzeba trochę styl ogarnąć.

Pozdrawiam.

P.S. Czy masz może beta-czytacza?  Jeśli nie, to znajdź sobie kogoś takiego. Osobę, która przejrzy tekst przed publikacją i wskaże błędy i nieścisłości? To bardzo pomaga. Ewentualnie, może jakaś dobra dusza na portalu na niego zerknie. :)

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Chciałam, usiłowałam, nie dałam rady. Wyjątkowo liczne błędy znakomicie utrudniają lekturę i wybijają z rytmu. Fatalnie konstruowane zdania zmuszają do zastanawiania, co właściwie Autor miał na myśli i dlaczego mówi o tym w tak pokrętny sposób.

Przykro mi, opowiadanie znużyło mnie tak jak Zaltha, tylko nieco wcześniej.

Pozostaje mi mieć nadzieję, że Twoje kolejne teksty będę czytać z przyjemnością. ;-)

 

„Wturlałem się pod prysznic, gorąca woda była jak zbawienie”. – Dlaczego bohater wturlał się, a nie, jak wszyscy, wszedł pod prysznic? ;-)

 

„…jak warzywo patrzyłbym się w telewizor…” – …jak warzywo, patrzyłbym w telewizor

 

„Popijała swoją ohydną, jamajską kawę z porcelanowej filiżanki”. – Czy na Jamajce produkują kawę z porcelanowych filiżanek? ;-)

Proponuję: Z porcelanowej filiżanki popijała swoją ohydną, jamajską kawę.

 

„Jej matka była Boliwijka ojciec Kolumbijczykiem…”Jej matka była Boliwijką ojciec Kolumbijczykiem

 

„…ojciec Kolumbijczykiem, niestety długo na tym świecie nie pożył. Uwikłany w wojny karteli narkotykowych dokonał żywota podczas potyczki o plantację zielska, gdzieś na granicy Boliwii i Kolumbii. Zostawił jednak po sobie wciąż ponętną, dojrzałą kobietę w kwiecie wieku”. – Czy ojciec żony bohatera, choć umarł młodo, zostawił po sobie dojrzałą kobietę w kwiecie wieku, jak rozumiem, znacznie starszą od siebie, która była jego córką? ;-)

 

„Szybki pocałunek w pociągłe kości policzkowe…” – Jeden pocałunek w dwie kości? ;-) Pociągła może być twarz, kości nie.

 

„Teraz jednak od razu uderzyły mnie niespokojne tony spikera”. – Spiker nie miewa tonów. ;-) Niespokojny ton można wyczuć w głosie spikera.

 

„Zamachowcy uderzyli na obiekty kultu”. – Zamachowcy uderzyli w obiekty kultu.

 

„…donoszą o wielkim niebezpieczeństwie, jakie może grozić…” donoszą o wielkim niebezpieczeństwie, które może grozić…

 

„Wróciłem z kubkiem parującego naparu na kanapę. Narobiłem przy okazji cały talerz tostów z salami i serem”. – Czy wracając na kanapę, z kubkiem w jednej ręce, bohater wykorzystał okazję, że drugą rękę ma wolną i po drodze narobił cały talerz tostów? ;-)

Proponuję: Wróciłem, niosąc kubek parującego napoju i talerz, pełen zrobionych przed chwilą, tostów z salami i serem.

 

Ten mały rozrabiaka usadowił się koło Michelle i niczym prawdziwy drapieżnik wpatrywał w talerz parujących tostów. Klapnąłem tuż obok nich i postawiłem talerz na stoliku”. – Bohater mówi o córce, więc: Ta mała rozrabiaczka usadowiła się koło Michelle i niczym prawdziwy drapieżnik wpatrywała się w talerz parujących tostów.

Tosty chyba nie parują.

Czy dobrze rozumiem, że bohater klapnął obok tostów? ;-)

 

Pięćdziesięcio calowa plazma ożyła ferią kolorowych barw”.Pięćdziesięciocalowa plazma ożyła feerią barw.

 

„…o których słyszałem w radiu chwile temu”. – Literówka.

 

„Prezenterka na chwilę przestała czytać, spojrzała w kamerę dotykając ucha”. – Czy dotknięcie ucha sprawiało, że widziała uchem? ;-)

Proponuję: Prezenterka na chwilę przestała czytać i, patrząc w kamerę, dotknęła ucha.

 

„…kto stoi za zamachami i jakie są ich zamiary”.Czy podejrzewano, że zamachy mają jakieś zamiary? ;-)

Proponuję: …kto stoi za zamachami i jakie ma zamiary.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka