- Opowiadanie: SirBreckton - Czas się skończył

Czas się skończył

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Czas się skończył

Jak to często bywa z największymi katastrofami, wszystko zaczęło się niepozornie.

Siedziałem przy biurku, udając, że pracuję. Przez uchylone okno do środka dostawało się rześkie, wiosenne powietrze. Słońce grzało przyjemnie, ptaki ćwierkały radośnie, a poranna kawa smakowała nadzwyczaj dobrze.

Zaraz, zaraz. Poranna?

Zegar ścienny wybił dwunastą. Omal nie oblałem sterty dokumentów, odstawiając w pośpiechu filiżankę. Zganiłem się w myślach za bumelanctwo – zmarnować tyle czasu! Niebywałe.

Szybkim ruchem zgarnąłem potrzebne papiery i wcisnąłem je do teczki. Niemal biegnąc dotarłem pod drzwi wejściowe, po drodze zabierając kluczyki do samochodu i telefon. Ledwo zamknąłem mieszkanie, wyszukałem potrzebny numer i kliknąłem zieloną słuchawkę.

Łączenie dłużyło się niemiłosiernie. Jeden sygnał, drugi… piąty… Wreszcie!

– No co tam, młody? – zaspany i zdradzający rozluźnienie ton głosu nieco mnie zmieszał.

– Cześć – zacząłem, dysząc. – Słuchaj, Maciek, sorry, że tak długo czekasz, ale mam tu pewien poślizg. I chciałem…

– Długo? – Przerwało mi zdziwienie mojego rozmówcy. – Wyluzuj. Wiem, że obowiązkowy z ciebie człowiek, ale nie nakręcaj się tak. Ja nawet gazety nie doczytałem. A szefa jeszcze nie ma w biurze.

Zdębiałem. Odstawiłem komórkę od ucha, a kiedy wyświetlacz się rozjaśnił, zerknąłem na godzinę. Kwadrans po dziewiątej.

– Co do cholery… – przekląłem cicho.

– Hmm? Jesteś tam, młody?

– Jestem – odpowiedziałem ponuro. – Zapomnij o sprawie. Chyba mam zegar do naprawy.

Usłyszałem śmiech.

– Spoko. To teraz daj mi dojeść kanapkę i widzimy się w południe. Buziaki.

Westchnąłem, po czym zakończyłem połączenie.

 

Pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem po zdjęciu butów i rzuceniu na stolik teczki było udanie się do pokoju z zegarem. Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że obie wskazówki ustawiły się na cyfrze 4.

– Konkretnie ci odwaliło – zarzuciłem maszynie, a ta grzecznie przemilczała obelgę. Zdjąłem zegar ze ściany i położyłem na biurku. Nieco się zaniepokoiłem, bo sytuacja nie wydawała mi się normalna.

Tymczasem, coś czarnego poruszyło się na granicy mojego pola widzenia. Odwróciłem twarz w tamtą stronę, jednak nic nie zauważyłem. Wtedy, z drugiego krańca pomieszczenia, dobiegł mnie cichy szmer. Znieruchomiałem i wytężyłem słuch. Czułem na sobie spojrzenie drapieżnych oczu. Ktoś bezdźwięcznie się zbliżał. Nie śmiałem nawet drgnąć. Intuicja i doświadczenie podpowiedziały, kiedy powinienem się odwrócić.

– Wraaaaa! – wrzasnąłem.

Mały czarny kotek przestraszył się i odskoczył. Przycupnął nieopodal kanapy i spojrzał na mnie z wyrzutem.

– To cię nauczy – rzuciłem, jednocześnie śmiejąc się z reakcji zwierzęcia. – Na dworze dawno byś zginął, łamago.

– Miau – nie zgodził się futrzak.

– Tak, tak, jasne. Jak zwykle mocny w gębie. – Usiadłem przy biurku. – W kuchni masz wątróbkę, a teraz daj mi spokój, tatuś musi popracować.

Ledwo położyłem ręce na klawiaturze, mój pupil już był obok i ocierał się o ekran. Westchnąłem.

– Chyba się nie zrozumieliśmy. – Odstawiłem czarną kulkę na podłogę. – Zmykaj.

Mniejsza o zegar, myślałem, otwierając program. Jest cała kupa pism do napisania, a zmarnowałem już dość czasu.

 

Byłem tak pochłonięty nadrabianiem zaległości, że kiedy zadzwonił telefon, aż podskoczyłem.

– No, co jest z tobą dzisiaj? – Maciek był wyraźnie poirytowany. – Rozwaliłeś sobie ten zegarek czy co? Już powinieneś tutaj być!

W pierwszej chwili nie odpowiedziałem. Zamiast tego spojrzałem w prawy dolny róg ekranu.

– Nie wydaje mi się – mam jeszcze godzinę na skończenie roboty – broniłem się.

– Kurwa, młody! Mieliśmy się widzieć w południe, a jest południe. Ćpałeś coś z rana?

Wstałem nerwowo. Sprawdziłem zegarek w komórce. Porównałem z tym w komputerze. Pobiegłem do sypialni, zerkając na budzik. Potem do kuchni, by dowiedzieć się, co mówi ten wbudowany w mikrofalówkę. Na końcu odwiedziłem łazienkę, zgarniając z pralki mojego atlantica.

Zamarłem.

Maciek rugał mnie właśnie za to, że się nie odzywam, kiedy wszedłem mu w słowo:

– Słuchaj… – zacząłem drżącym głosem. – Zanim powrócisz do opieprzania mnie, możesz coś dla mnie zrobić?

Przytaknął, nieco się uspokoiwszy. Kontynuowałem:

– Sprawdź wszystkie zegarki, jakie masz w okolicy. I powiedz mi, czy chodzą tak samo.

– No dobra… – odparł, nieco zniecierpliwiony.

Po krótkiej chwili usłyszałem głośne przeklinanie.

– One wszystkie pokazują inną godzinę! – dobiegło ze słuchawki. – Co jest grane?

Wstrząsnął mną dreszcz. Nie wiedziałem dlaczego, ale ta sytuacja zaczynała mnie mocno niepokoić. Czując rosnące podenerwowanie rzuciłem tylko:

– Nie wiem, muszę kończyć.

 

Włączyłem telewizor. Przerzucałem jeden kanał informacyjny za drugim z coraz większym lękiem. Podawane przez nie godziny były różne. Mało tego! Na kilku stacjach leciały programy wieczorne, na kolejnych poranne, a na jeszcze innych popołudniowe zapychacze.

Albo ktoś robił sobie żart na ogromną skalę, albo ja miałem halucynacje.

Gdybym palił, pewnie puściłbym z dymem całą paczkę w kilkanaście minut.

Niestety, dawno temu rzuciłem. Musiałem zadowolić się spacerem. Tak, przewietrzenie zagotowanego umysłu dobrze mi zrobi, myślałem.

 

Mijani ludzie wydawali się równie skonfundowani, co ja. Jednych zdradzały niepewne, nerwowe ruchy, drudzy kłócili się przez telefon, jak ja jeszcze chwilę temu.

Nie musiałem pytać, czy mieli ten sam problem, wystarczyło trochę pokrążyć po ulicach – z podsłuchanych rozmów było jasne, że tak. Wszystkie zegarki pokazywały inną godzinę. Świat oszalał.

Zacząłem się zastanawiać, czy można znaleźć jakieś racjonalne wytłumaczenie. Wirus komputerowy? Tak, to mogłoby wyjaśnić sprawę elektroniki, ale jak dobrałby się do klasycznych zegarów? Raczej wątpliwe, żeby istniał sposób na ich zdalne przestawienie.

A może… a może jestem wkręcany? Koledzy postanowili zrobić mi głupi żart, jest jakiś nowy program z rodzaju „ukryta kamera”, a ja właśnie jestem nagrywany? Ktoś włamał mi się do domu, poprzestawiał wszystkie zegary, pomajstrował przy telewizorze, podstawił ludzi na ulicy…

Chyba zaczynałem wariować.

 

Ze zdziwieniem odkryłem, że zrobiło się już dosyć późno. Ile czasu spędziłem na zewnątrz? Oczywiście, odpowiedź na to pytanie była niemożliwa. Zresztą, to nie miało znaczenia. Ucieszyłem się, że niebo szarzeje. Skierowałem kroki do domu. Potrzebowałem snu.

 

– Miau!

Otworzyłem jedno oko. Bambo – bo tak nazywał się czarnuszek – ugniatał właśnie moją klatkę piersiową. Co dzień to samo…

Odruchowo zerknąłem na budzik. Pokazywał dwudziestą, mimo że słońce górowało nad światem. Innymi słowy, nie miałem co marzyć, że właśnie zbudziłem się z koszmaru. Westchnąłem przejmująco, a następnie udałem się nakarmić coraz bardziej dającego się we znaki kota. Kiedy ten radośnie pałaszował saszetkę, ja postanowiłem włączyć telewizor. Może mówili coś o tym niespotykanym zjawisku?

Nie myliłem się. Na niemal wszystkich kanałach, niezależnie od godziny, królował jeden temat: czas. Tu czy ówdzie wybuchły rozruchy. Jedni strajkują, inni pikietują, kolejni kradną. Norma.

Premier uspokaja, sytuacja jest pod kontrolą. Jesteśmy w Unii i NATO, więc możemy czuć się bezpieczni.

Prominentny poseł dużej opozycyjnej partii zapewnia, że to robota Rosjan – i ma na to dowody, ale ich na razie nie pokaże, bo to tajne. Wtóruje mu ekspert – profesor europeistyki.

Prymas mówi coś o karze za grzechy i nawołuje do nawrócenia.

Jakiś chuderlawy koleś czuje się dyskryminowany.

 

Usłyszałem pukanie do drzwi i z radością wyłączyłem telewizor. W progu stała wystrojona para młodych ludzi.

– Dzień dobry – zaczął chłopak, siląc się na przesadnie grzeczny ton. Zrobił wyraźną pauzę, czekając na moją odpowiedź. Kiedy ta nie nastąpiła, nieco zmieszany, kontynuował: – Nastały trudne czasy i tylko ludzie wiary mogą je przetrwać. Chcielibyśmy porozmawiać z panem o Bogu.

– Wpadnijcie o szesnastej – burknąłem i zamknąłem drzwi.

 

Nie wiedziałem, co ze sobą zrobić, dlatego usiadłem i pogrążyłem się w zmartwieniach. Po dłuższym czasie wstałem by coś sobie ugotować i wtedy moja trauma osiągnęła jeszcze większe rozmiary. Okazało się bowiem, że z jednej strony bloku panuje noc, podczas gdy po drugiej słońce wisi wysoko nad horyzontem. Tego było za wiele. Chrzanić obiad, pomyślałem, i otworzyłem wódkę.

 

Następnego dnia czasoprzestrzeń chyba już całkowicie pogięło.

Siedziałem na ławeczce przed sklepem, razem z sąsiadami popijając piwa. Wszyscy mieliśmy dość i naszą jedyną receptą na to, co się dzieje, była ucieczka w alkoholizm.

– Antek! – krzyczałem do młodszego ode mnie o pięć lat studenciaka. – Skocz za winkiel i powiedz nam, jaki tam czas. Tutaj za bardzo grzeje, chyba będzie letnie południe.

Antek posłusznie udał się we wskazane miejsce. Wrócił rozczarowany.

– A tam zimno – powiedział. – Śnieg leży.

– Niedobrze… – odrzekłem, zasłaniając twarz dłonią. Nie spodziewałem się tak palącego słońca. Kiedy wychodziłem z domu, widziałem za oknem jesień.

I wtedy usłyszałem końskie parsknięcie.

Zgodnie, jak jeden mąż, odwróciliśmy głowy w stronę, z której dobiegł dźwięk. I równie zgodnie nasze ręce opadły ze zdziwienia.

Dwa metry od nas, na koniu, siedział bowiem… rycerz. W pełnej zbroi płytowej. Z mieczem u jednego boku i kopią zwieszającą się z siedziska u drugiego. Podniósł przyłbicę, ukazując nam poharataną twarz o surowych rysach.

– Cni panowie! – zadudnił. – Którędy na Grunwald?

Widząc, że na naszych obliczach maluje się jedynie olbrzymi szok, dodał nieco mniej pewnie:

– Jam… zgubił chorągwie, z pobliskimi dziewojami zbyt długo bawiąc. Za moje bałamuctwo ostawili mnie i mię teraz gonić ich. Pomożecie szlachcicowi? Złotem za to nagrodzę.

Nadal nie mogąc się otrząsnąć, zmusiłem swoje mięśnie do podniesienia ręki. Wskazałem, jak mi się wydawało, północ.

Rycerz ukłonił się i rzucił dwie złote monety, po czym popędził wierzchowca i wkrótce rozpłynął się w powietrzu, prawdopodobnie wracając do swojego czasu.

Łyknąłem piwa.

 

Od tamtego wydarzenia nie wychodziłem z mieszkania. Przechodząc kilkunastometrową trasę między klatką a sklepem można było zaliczyć wszystkie pory roku, a po drodze kilka epok. Na ulicach zapanował chaos i uzbrojone bandy napadały na nielicznych przypadkowych przechodniów i na siebie nawzajem.

Siedziałem w domu, próbując oswoić się z rzeczywistością.

 

Świat oszalał, a wraz z nim oszaleli ludzie. Nikt już nad niczym nie panował.

Przeskoki czasowe osiągały coraz większe rozmiary. Trudno było za tym nadążyć. Dlatego, kiedy obudziłem się następnego razu i pod stopami ujrzałem wypaloną, spękaną ziemię, a nad głową zajmujące połowę nieba, czerwone słońce – nawet się nie zdziwiłem. Nie czułem też przerażenia. W końcu, w jakimś czasie, nadal istnieję.

Koniec

Komentarze

Przeczytałam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

:)

Oh, kurczę, czytając tak fajnie napisane opko (”Wpadnijcie o szesnastej” LOL) miałem nadzieję na konkretne walnięcie w zakończeniu. Zabawne albo tragiczne, ale z rodzaju tych wyraźnych, zasadniczych. A tu… no, jakoś tak się rozmyło. Szkoda. Ale czytało się przyjemnie:)

Dzięki za przeczytanie :) Cieszy mnie, że czytało Ci się przyjemnie i uważasz opowiadanie za fajne napisanie. Jednocześnie żałuję, że zakończenie nie spełniło Twoich oczekiwań. Tym bardziej, że – przyznam – byłem przekonany, że jego ciężar jest odpowiedni :)

Bez wahania piszę, że taki model apokalipsy mam za interesujący i nieschematyczny. Inna sprawa, że “sztuczki z czasem” nie są nowością, ale nie przypominam sobie, by ktoś ten sposób kładł kres normalnemu biegowi historii.

Trochę żałuję, iż takie podejście nadaje się tylko do krótkich tekstów. Zbyt wiele paradoksów przestałoby bawić…

Ja również z tak przedstawioną apokalipsą się nie zetknąłem, acz, oczywiście, sztuczki z czasem występowały już w niejednej książce czy serialu.

Podejście do tekstu…

Początkowy pomysł wyglądał w moim umyśle poważniej. Anomalia rozprzestrzeniała się wolniej, a bohater wyposażony w popularnonaukową wiedzę zaczerpniętą z serialów sf i Discovery starał się rozwikłać zagadkę. Ostatecznie i w tej wersji nic nie zostałoby wyjaśnione, a bohater i tak kończył, jak tutaj.

Szybko okazało się jednak, że tak przedstawiona historia byłaby przegadana, więc kiedy tylko spod moich palców wyszły pierwsze słowa, opowiadanie ułożyło się samo i bardzo mnie to cieszy.

Mam nadzieję, Adamie, że nie zmarnowałeś czasu przy lekturze, a wręcz przeciwnie, że dobrze się bawiłeś.

Nadzieja Twa, Autorze, niepłonną jest. :-)

To przez ten Twój nick i awatar pseudostaropolszczyzna sama na klawisze włazi…

Uradowanym wielce, jeśliż prawdę rzeczesz, dobry człowieku!

Ja też przeczytałam, ale na razie powstrzymam się od opinii.

Zapraszam na stronę autorską: www.facebook.com/LadyWrites - Anna Szumacher

“Spoko. To teraz daj mi dojeść kanapkę i widzimy się w południe. Buziaki.”

Wydaje mi się, że Buziakami dwóch kolegów w rozmowie nie raczy się, chyba, że są nieco odmienni. 

Taka bezkrwawa ta apokalipsa, ale styl masz dość przyjemny.

 

 

“Cni panowie” są najlepsi :)

Chociaż “ Wpadnijcie o szesnastej“ też niczego sobie :D

Bardzo… interesujące opowiadanie.

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Mnie się zaś podobało zakończenie, tj. przede wszystkim postawa bohatera wyrażona w ostatnim zdaniu. Niezły tekst.

I po co to było?

Sprawnie napisany tekst. Takie trochę humorystyczne podejście do tematyki apokaliptycznej, ale to akurat uważam za plus. Podoba mi się opowiadanie.

"Wszyscy jesteśmy zwierzętami, które chcą przejść na drugą stronę ulicy, tylko coś, czego nie zauważyliśmy, rozjeżdża nas w połowie drogi." - Philip K. Dick

– Spoko. To teraz daj mi dojeść kanapkę i widzimy się w południe. Buziaki.

Buziaki?! Buziaki!? Ja wiem, że epoka gender, ale…

Na końcu odwiedziłem łazienkę, zgarniając z pralki mojego atlantica.

Atlantica chyba z dużej – nazwa własna?

Oczywiście, odpowiedź na to pytanie była niemożliwa.

Niemożliwa ta odpowiedź, wraca pijana i kurwi się po barach ;] Może: odpowiedzieć na to pytanie było niemozliwością?

Kiedy ten radośnie pałaszował saszetkę,

Saszetkę, czy to co w środku?

 

Rycerz ukłonił się i rzucił dwie złote monety,

Dobra, może głupio się czepiać w opowiadaniu humorystycznym takich rzeczy, ale za dwie złote monety to oni w tamtych czasach mogli kupić sobie konia z rzędem i jeszcze im by sporo reszty zostało… Wątpie czy rycerze tak niefrasoblwiie złotem szastali ;)

 

Poza tym, trochę gubisz czas – raz piszesz w teraźniejszym, raz w przeszłym, nie wiem czy zabieg celowy, w końcu opowiadanie czasu się tyczy.

 

Wpadnijcie o szesnastej było dobre. Uśmiechłam się ogólnie :)

Tylko nie "Tęcza"!

Hurra, ile nowych komentarzy!

 

Chciałbym podziękować Jose za to, że przy słowie “biblioteka” stoi jej nick, czyli jak mniemam, uznaje ona, że to opowiadanie jest godne wyjść z poczekalni. A także Emelkali, że jako jedyna postanowiła oddać głos, i to nawet bardzo dobry :)

Pozostałym czytającym też oczywiście dziękuję nie mniej. Cieszy mnie, że tekst niemal wszystkim przypadł do gustu, i to nawet jeśli nie na tyle, by opuścić poczekalnię, to zawsze.

 

Zoju, Tenszo – “buziaczki”, w formie rzecz jasna bądź żartobliwej bądź ironiczno-prześmiewczej oczywiście między heteroseksualnymi mężczyznami funkcjonują. Wydawało mi się, że ta druga wymowa wynika z ogólnej maniery, jakiej używa Maciek podczas rozmów z naszym bohaterem.

 

Syfie, fajnie, że ktoś zwrócił uwagę na to ostatnie zdanie.

 

A teraz odpowiedzi co do uwag Tenszy:

Atlantica chyba z dużej – nazwa własna?

Też tak kiedyś myślałem, ale okazuje się, że jeśli nie mówimy o marce, ale o konkretnym modelu (czy to samochodu, telefonu czy zegarka) to powinniśmy używać takiej pisowni.

 

Niemożliwa ta odpowiedź, wraca pijana i kurwi się po barach ;] Może: odpowiedzieć na to pytanie było niemozliwością?

Mówisz, że napisanie czegoś jest niemożliwe czy że jest niemożliwością? ; ) Nie widzę, gdzie tutaj błąd.

Saszetkę, czy to co w środku?

Oczywiście, że chodzi o to coś w środku :) Wydaje mi się jednak, że cały język opowiadania, napisanego w dodatku narracją pierwszoosobową, jest dosyć luźny. A tutaj wchodzi w grę doświadczenie życiowe: nikt nie mówi, że jego kotek je to coś z saszetki, ale że je saszetkę. Co dałaś kotu? Saszetkę! Itd. ;)

 

Poza tym, trochę gubisz czas – raz piszesz w teraźniejszym, raz w przeszłym, nie wiem czy zabieg celowy, w końcu opowiadanie czasu się tyczy.

To nie ma nic wspólnego z tym, że opowiadanie dotyczy czasu :)

Jeżeli chodzi Ci o streszczenie wiadomości telewizyjnych, to z premedytacją były tak zapisane, by przypominać nagłówki. W innym miejscu mogą to być myśli bohatera, o ile potem jest dodane coś w rodzaju “myślałem” (tj. “myślałem wtedy” – w czasie teraźniejszym, no bo jakim?).

:)

 

 

 

Jak tam chcesz, nidgy nie mówiłam, że moje uwagi sa obiektywne i najmontżejsze :P Chociaż te buziaczki to aż w mózg gryzą…

 

A co do tej niemożliwości – nie czepiałam się stricte słowa niemożliwe, tylko słowa odpowiedź. Używasz odpowiedzi jako podmiotu. Przytaczasz “napisanie” jako argument przeciw, ale według twojej wersji zdanie powinno wyglądać: odpowiedzenie na to pytanie było niemożliwe. Tyle, że to brzmi słabo, więc podałam inne rozwiązanie.

Tylko nie "Tęcza"!

Ależ Tenszo, ja oczywiście również nie jestem nieomylny :) Doceniam każdego, kto poświęca czas na wypunktowanie tego, co mu językowo do gustu nie przypadło. Postanowiłem wyjaśnić, dlaczego mimo wszystko to czy tamto moim zdaniem do poprawki się nie nadaje, najlepiej, jak umiałem :)

Ale przyjemnie odświeżająca apokalipsa. I to zrezygnowane, ale uparte trzymanie się życia przez głównego bohatera – bardzo mi w smak. Miła lektura.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Gdybym miał taką możliwość, to również optowałbym za umieszczeniem Twojego opowiadania w bibliotece, Sir, choć im dłużej przyglądam się jej funkcjonowaniu, tym większej nabieram pewności, że jest ona poronionym pomysłem.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Psycho, Cieniu, dzięki za przeczytanie i skomentowanie.

Psycho – a to większość konkursowiczów postawiła na cięższe klimaty? Przyznam, że wiele nie czytałem, więc nie wiem.

Cieniu, to proszę nabyć taką możliwość i zabibliotekować! ; )

SerBekonie (nader apetyczny miks, przyznaję) – różnie. Ale przeważnie umierali wszyscy. :-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

PychaFiszu, ależ to, że wszyscy umierają, też może być lekkie ; )

Bardzo fajne opko. Nieschematyczne i dobrze napisane.

Ja tam nie rozumiem, czemuż to dwóch heteryków nie może żegnać się słowem “Buziaki”. Wychrypane barytonem brzmi kozacko. Choć w niektórych miejscach, tak dla bezpieczeństwa, lepiej mówić: “Buziaki, kurwa”;)

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Hmmm… Ja się z kolegą żegnałem per “Buzi, dupci”.

Nikt nam nie podskakiwał ;-)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Dzięki, Alex :)

Przyznać muszę, że “buziaki, kurwa” rozłożyły mnie na naplecznik :)

 

Psycho, pewnie dlatego, że nikt nie słyszał :)

Słyszał, słyszał, a jak spojrzał dziwnie, to dostawał wzrokową ripostę – i zaraz gdzieś oczka uciekały na bok, w buty, w sufit…

Wspominałem, że ów kolega był podówczas dwa razy szerszy ode mnie? ;-)

 

Nie, to nie było więzienie, świnie! ;P To tylko politechnika…

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Plaga czy co? Kolejne opowiadanie z dobrym, pomysłem i zwalonym, zakończeniem?

A taki potencjał!

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Świetny tekst. A mi najbardziej podobała się pogięta czasoprzestrzeń. Ale szesnasta też niezła, nie przeczę. :-)

I pomysł super, i lekki styl mi przypasował.

Babska logika rządzi!

Podpisuję się pod zdaniem Finkli. :-)

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

Podpisuję się pod zdaniem Jajka…

Zapraszam na stronę autorską: www.facebook.com/LadyWrites - Anna Szumacher

Nie nastawiałam się na przejmujące opowiadanie pełne drastycznych scen i Bóg wie jakim zakończeniem, więc mi się podoba.:) Fajnie też, że udało Ci się nadać temu tekstowi humorystycznego wydźwięku (zbyt często natrafiałam na raczej żenujące niż zabawne opowiastki, by teraz tego nie docenić)

Dzięki wszystkim, którzy uznali, że moje opowiadanie jest godne przejść przesiew : )

Dj, Ceterari – przykro mi, że zakończenie nie przypadło wam do gustu aż tak, że pomysł wydaje się wam zmarnowany. Może następnym razem wyjdzie lepiej.

Finklo, Bemik – dzięki za dobre słowa, cieszy mnie niezmiernie, że miło spędziłyście czas, czytając moje opowiadanie :) Autor więcej oczekiwać nie może.

Niv, czy mnie oczy mylą, czy jedyny komentarz na tym portalu oddałaś pod moim tekstem? I to pozytywny – miło mi :)

 

Lepiej zobacz na ile oceniłem :)

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Sir, nikt nie powiedział, że cały pomysł zmarnowany. Na 50 apokalips i tak wyróżniał się z tłumu…

Zapraszam na stronę autorską: www.facebook.com/LadyWrites - Anna Szumacher

To nie tak najgorzej : )

Haha, no nie mylą.;) Twoje opowiadanie jest lepsze od wielu, które tutaj przeczytałam, więc stwierdziłam, że jest warte mojego komentarza.:D

Bardzo mi miło to czytać : )

Spodobał mi się pomysł. Fajnie opisane kolejne etapy postępującej zagłady, począwszy od zróżnicowanych godzin, pór dnia, poprzez pory roku i skończywszy na różnych epokach. Może zakończenie winno być dobitniejsze, bardziej uderzające, ale i tak wrażenie całkiem pozytywne.

 

Ciekawy pomysł. Zaintrygowało mnie to czasowe wariactwo i początkowe zdezorientowanie (przypomniał mi się nawet „Dzień świstaka” przy okazji). Świat współczesny jest uzależniony od czasu, więc niesamowicie można wyrysować jego brak. Myślałam jednak, że pociągniesz to w inną stronę. Szkoda, że tą apokalipsę potraktowałeś tak lekką ręką. Dla mnie trochę nawet za lekko w języku… ale może właśnie taki jest urok? Bohater – po prostu kwintesencja polskości. Wódka, polityczna wina Rosjan i Bóg.

Ale rycerz musiał się pojawić. Obowiązkowo ;)

Domku, Pam – dzięki za wizytę i komentarze : ) Bardzo mnie cieszy, że oceniacie tekst pozytywnie. Z drugiej strony moje wrażenie “niewykorzystanego potencjału” z każdym komentarzem lekko się pogłębia. Oczywiście co człowiek, to opinia, ale kilka wspólnych pierwiastków w większości komentarzy osób “którym czegoś brakowało” można odnaleźć.

 

Psychofishu – widziałem Twoją nominację, dzięki! ; )

 

Edytowane: Hmm… regulatorzy oraz SzyszkowyDziadek od jakiegoś już czasu mają mój tekst “w kolejce” – co to oznacza? Myślałem, że prędzej czy później tu trafią i że on gdzieś tam im się wyświetla, ale czas mija, mija… ; )

Kolejki, waćpanie, bywają długie. Ja mam w swojej aktualnie 107 tekstów (zaznaczonych do przeczytania, żeby mi nie przepadły w natłoku kolejnych) i jakoś mi ich raczej przybywa niż ubywa mimo czytania. A na początku tak dobrze mi szło…

 

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Hmm… regulatorzy oraz SzyszkowyDziadek od jakiegoś już czasu mają mój tekst “w kolejce” – co to oznacza? Myślałem, że prędzej czy później tu trafią i że on gdzieś tam im się wyświetla, ale czas mija, mija… ; )

Ktoś mnie wzywał? Przybyłem jak najprędzej. Muszę w końcu porządnie wziąć się za opróżnianie kolejki, bo niektóre teksty już mi się tam pół roku kurzą.

Przyjemne opowiadanie z ciekawym pomysłem na apokalipsę. Lubię takie humorystyczne szorty. ;)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Jednym czas się skończył, a dla innych nastał. ;-)

Właśnie, zmobilizowana przez SzyszkowegoDziadka, przeczytałam Twoje bardzo porządne i zabawne opowiadanie, i z przykrością konstatuję, że czas Twojej bytności na stronie trwał nadzwyczaj krótko. Aż żal, bo chętnie przeczytałabym coś jeszcze.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

SzyszkowyDziadku, regulatorzy – dziękuję za przeczytanie i tak miłe słowa!

Regulatorzy – postaram się, by mój czas na stronie nieco się wydłużył. Wróciłem i zamierzam zostać :)

Wróciłeś, SirBrecktonie, domyślam się, z tarczą. Cieszę się, że zamierzasz zostać. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No dobrze, przyznam, że ostatni powrót mi nie wyszedł. Ale byli już tacy, np. Cimoszewicz, którzy wracają bardzo regularnie. Ja nie zamierzam brać przykładu, wracam otóż drugi raz, ale tym razem skutecznie. Dziękuję za miłe przyjęcie :)

Fajne :)

Przynoszę radość

Nowa Fantastyka