- Opowiadanie: t1500 - Bez sentymentów

Bez sentymentów

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

dj Jajko

Oceny

Bez sentymentów

Podnoszę lewą powiekę. Potem prawą. Patrzę otępiałym wzrokiem w sufit, przebiegając myślami po wszystkich nudnych wydarzeniach jakie mnie czekają tego dnia. Świetnie, dopiąłem swego. Już jestem przekonany, że następne dwanaście godzin będzie do dupy.

Prysznic. Zawsze pierwszy na liście porannych czynności… nie wiem dlaczego. Pozostawiam na wieczór ten przywilej ludzi bogatych w czas. U mnie poranna toaleta to kupa, siku (często w odwrotnej kolejności), dwadzieścia sekund na mycie zębów, może trzydzieści, kilka kropli wody na oczy, bo śpiochy to obciach i już jestem w kuchni.

Mam w planie zrobić sobie kanapki, ale skłonność do prokrastynacji jest jedną z moich ulubionych cech, więc sprawdzam na telefonie, czy ktoś do mnie dzwonił. Genialne, przecież zawsze ludzie do siebie wydzwaniają w nocy… o, jedna nieodebrana wiadomość wizualna.

Uruchamiam hologramowy zapis, zostawiam aparat na stole i jak zwykle odsuwam się na kilka kroków. Nie lubię przytulać się ze światłem.

Na środku mojego salonu pojawia się nieprzyzwoicie chuda czterdziestolatka w czarnym mundurze Służb Wspomagania. Stoi wyprostowana, jakby ją ktoś nasadził na tyczkę. To moja szefowa. Jej blada, irytująca gęba psuje mi humor od samego rana…

– Dzwonię, żebyś nie zapomniał, tak jak rok temu, fajtłapo! Startujesz dzisiaj na piątce o dziewiątej, pełen szyk, bez wymówek! – Na koniec mruży ze złością oczy, pomrukuje złowrogo, udaje przez chwilę, że mi się uważnie przygląda (niezła komedia, skoro nagrywała to dwie godziny temu, jak spałem) i wreszcie znika.

Co za życie. Podejmuję przełożonego w domu jeszcze zanim pójdę do pracy. Czasem żałuje, że To się stało…

Dobra, czas zjeść. Zazwyczaj dla towarzystwa włączam telewizor. Dzisiaj się jednak nie przyda – cały dzień puszczają tylko te sentymentalne bzdury i wspomnienia… bez końca, przez dwadzieścia cztery pieprzone godziny! A ja już tego nie mogę słuchać…

Ubieram się. Mundur pasuje idealnie, zaczynam czuć się jak człowiek, elegancki i poważny… Jeszcze dwie tabletki na wzmocnienie, łyczek wódki dla kurażu i czas na teleport… tylko gdzie był kod transferu? A, tutaj jest. Żebym się tylko nie pomylił, tak jak rok temu…

Po kilkunastu sekundach stoję dumny i wyprostowany przed Bramą. Nieskończenie czarna zasłona utkana z niczego prócz absolutnej pustki, a przed nią kolejka chętnych do przejścia. To będzie długi dzień, wypełniony tymi samymi pytaniami i odpowiedziami. Jak co roku.

– Cel wizyty? – pytam staruszkę w wyciągniętym, szarym swetrze.

– Ja na drugą stronę… – odpowiada zachrypniętym głosem, a mi już skacze ciśnienie.

– Każdy na drugą stronę… a ja pytam do kogo pani idzie?

– Do siostry.

Każę jej zostawić przed wejściem wszystko oprócz ubrań i zapraszam w nicość. Uśmiecha się jeszcze na koniec, jakbym jej wręczył wyśniony podarek, wreszcie znika za czarną kurtyną.

Następny!

Kolejne godziny są praktycznie nieodróżnialne. Czas nie chce współpracować i wlecze się beznamiętnie w nieskończoność. Kolejni ludzie przesuwają się powoli przez bramę, a ja mam to zwyczajnie w dupie. Chciałbym tylko, żeby ten dzień się skończył.

Pod wieczór robi się luźniej. Nie ma kolejki, wszystkie stare baby już przeszły. Nowy podróżnik pojawia się raptem co kilka minut. Nudzi mi się jeszcze bardziej.

Nagle staje przede mną młoda dziewczyna, chyba w moim wieku. Jest ładna, zdecydowanie za ładna, by wyruszać w tego typu podróż.

– Cel wizyty? – pytam nieco onieśmielony. Mam wrażenie, że to jakiś żart. Może podstęp?

– Rodzice. Idziesz ze mną?

Co to w ogóle za pytanie? Dlaczego miałbym?

– Wyglądasz, jakby ci się to mogło przydać. – Uśmiecha się uwodzicielsko.

– Nie… dziękuję.

– Myślisz, że to wszystko jest zbyt sentymentalne?

Oczywiście, że tak myślę. Ale przecież jej tego nie powiem…

– To, co ja myślę, nie ma wpływu na to, jak jest. – odpowiadam.

– Ach, rozumiem. – Znowu ten uśmiech. – Cyniczny za życia, cyniczny po śmierci.

Co to ma właściwie znaczyć?!

Wzruszam obojętnie ramionami, odbieram portfel i odsuwam się, by mogła przejść przez Bramę.

Macha mi na pożegnanie i znika za niematerialną kurtyną.

Mijają kolejne godziny, a ludzi przychodzi coraz mniej. Ostatnie trzydzieści minut to już głównie wyczekiwanie na ostatni dzwonek i fajrant.

Dostrzegam starszego mężczyznę, siedzącego na ławce nieopodal.

– Zapraszam. Za chwilę zamykamy. – zwracam się do niego, podchodząc na kilka kroków. Lepiej, żeby się szybko zdecydował, zamiast opóźniać zamknięcie.

– Zastanawiam się… – odpowiada zachrypniętym głosem. – Czy to jeszcze ma sens… tak męczyć tych biednych ludzi?

– Z tego co widzę, to raczej wszyscy idą dobrowolnie.

– Ja mówię o tamtych, po drugiej stronie.

Zapada chwila ciszy.

– Niemniej jednak… – kontynuuje mężczyzna, podnosząc się z ławki. – Ostatecznie to Święto Zmarłych, jesteśmy im to winni.

Dawno już nie myślałem o nich. Mój pogrzeb był najbardziej frustrującym wydarzeniem ze wszystkich, jakich doświadczyłem. Płacze i lamenty nad moim losem, wyrywanie włosów z głów, załamywanie rąk. A ja stałem tuż obok. I czułem się winny. Wiele godzin szwendałem się potem po cmentarzu zanim dotarłem tutaj. Może już czas ich odwiedzić?

Podchodzimy razem do Bramy. Puszczam nieznajomego przodem, bo to moja praca. Upewniam się, że nikt więcej nie czeka na przejście i również wkraczam w otchłań. Sam nie jestem pewien dlaczego.

Czuję, jak dreszcze ścigają się z ciarkami po moich plecach.

Widzę ciemność.

I po chwili już wiem. Spóźniłem się. Świata już nie ma.

Koniec

Komentarze

Powieki się nie otwiera. Można to zrobić z okiem, przy pomocy podniesienia powieki.

kupa, siku (często w odwrotnej kolejności) – O_o To z narratora prawdziwy hardkor:)

Jak dla mnie, z drugiego akapitu wynika, że narrator zdefekował do brodzika i spłukał moczem. Fujda!

chuda jak renta czterdziestolatka w czarnym mundurze Służb Wspomagania – wiem, o co chodzi, ale i tak lepiej popraw, bo zdanie można interpretować  tak, że rentę wypłaca się czterdziestolatkowi. Nawet jeśli po sekundzie odczytałem zdanie właściwie, po co czytelnik ma tracić tą sekundę i wybijać się z rytmu?

fajtułapo – bez u

Przestałem czytać, muszę lecieć.

Zgadzam się z tintinem – powieki się podnosi.

 

A tutaj:

czy ktoś do mnie dzwonił Genialne, przecież zawsze ludzie

Brak kropki.

 

Zawsze pierwszy na liście porannych czynności… nie wiem dlaczego. Pozostawiam na wieczór ten przywilej ludzi bogatych w czas.

Wydaje mi się nieco bez sensu mówienie o tym, że prysznic jest na pierwszym miejscu, skoro narrator go nie wykonuje.

 

U mnie poranna toaleta to kupa, siku (często w odwrotnej kolejności), dwadzieścia sekund na mycie zębów, może trzydzieści, przepłukuję powierzchownie oczy, bo śpiochy to obciach i już jestem w kuchni.

Popatrz na to w ten sposób: U mnie poranna toaleta to (…) przepłukuję powierzchownie oczy. Albo o przepłukiwaniu od nowego zdania albo zmień przepłukuję na przepłukiwanie. Wyraz powierzchownie też tu nie pasuje.

 

Mój pogrzeb był najbardziej frustrującym wydarzeniem ze wszystkich, jakich doświadczyłem.

jakie.

 

Przyznam, że chyba nie rozumiem powiązania między świętem zmarłych a końcem świata.

Przeczytałam. Interesująca koncepcja.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Też nie kojarzę, jaki związek z końcem świata ma święto zmarłych. Ale może to indywidualny, osobisty koniec świata?

Dziękuję za wskazówki.

Puenty nie tłumaczę, bo wyprawki z cyklu “co autor miał na myśli” spisane przez samego autora skutecznie dyskredytują tegoż.

Sens się tam czai, widocznie zbyt dobrze się schował… ;)

Albo ty go schowałeś, dając za mało tropów czytelnikowi :)

Jakiś pomysł jest, ale związku też nie potrafię złapać.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Hmm. Jak można zepsuć dobre opowiadanie wciskając je na siłę ostatnim zdaniem do konkursu?

Można bardzo.

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Dołączam do przedpiśców nie widzących związku między świętem (bardzo dobra koncepcja) a końcem.

Babska logika rządzi!

Jakiś pomysł jest, ale wykonanie raczej średnie.

Masz rację, Autorze, sens tak się schował, że nijak go znaleźć nie mogę. :(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka