- Opowiadanie: Fladrif - Ogródek

Ogródek

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Biblioteka:

ocha

Oceny

Ogródek

Wybiła godzina trzecia po południu, gdy Stasiek wyciągnął ze stojącego pod szopą wiadra trzecią butelkę coca-coli. Wolałby piwo, ale obiecał sobie, że na razie koniec z alkoholem w jakiejkolwiek postaci. Zimna woda ściekła po ręku aż do podwiniętego rękawa kraciastej koszuli, którą zwykł zakładać podczas prac w swoim ogródku działkowym. Otworzył butelkę, popatrzył na efekt swojej wielogodzinnej pracy i pokiwał głową z aprobatą. Całkiem nieźle jak na człowieka, któremu jeszcze miesiąc temu ogródek działkowy służył tylko i wyłącznie za miejsce, w którym mógł rozpalić grilla i wypić kilka piw w towarzystwie znajomych. Zniknęły śmieci, stary grill i dziesiątki butelek, które wprost wylewały się z małej szopy na narzędzia. Taczki stanowiące niegdyś prowizoryczny leżak, teraz wypełniły chwasty, które jeszcze dziś rano rozrastały się wśród redlinek marchwi. Na sąsiedniej grządce wielkości znaczka pocztowego rosła rzodkiewka.

Druga działka należała niegdyś do Eleonory, sąsiadki Staśka. Nigdy by nie pomyślał, że będzie mu brakowało tego skrzekliwego głosu, suchotniczego kaszlu i wszechobecnego zapachu tanich papierosów. Nie pomyślał również, że będzie zwlekał tak długo z zawłaszczeniem jej zadbanego, pięknego ogródka, wywaleniem wszystkich roślin poza jedną jedyną jabłonką i przerobienie tego miniparku na pole uprawne.

Gdzieś pod jego nogami kręcił się pies, Rudy. Zwyczajny mieszaniec, wielkości owczarka niemieckiego, z krótką, szorstką, pomarańczową sierścią i klapniętym uchem. Przypałętał się może dwa tygodnie temu, a lepsze było takie towarzystwo niż żadne. Rudy jak zwykle czekał, aż Stasiek rzuci mu jakiś smakołyk. Ten wygrzebał z plecaka na wpół zjedzoną konserwę i oddał ją zwierzęciu.  Psiak wziął puszkę w zęby i poczłapał niezgrabnie do swojej budy, by tam zająć się kawałkiem mielonki. Jeszcze miesiąc temu zamiast jedzenia pies mógłby dostać od Staśka najwyżej kopniaka na rozpęd. Nigdy nie lubił psów, jednak w pewnym wieku, w pewnym czasie, człowiek cieszy się z jakiegokolwiek towarzystwa. Żona i dzieci od niespełna miesiąca dla niego nie istniały. On zaś nie istniał dla nich o wiele, wiele dłużej. Oczywiście z chęcią by to naprawił, ale teraz było już za późno.

Rudy skończył wcinać mielonkę i polizał Staśka po dłoni jakby dziękował za posiłek. Nagle postawił uszy w sztorc, zaszczekał ostrzegawczo i puścił się pędem w stronę biegnących za ogródkami działkowymi torów kolejowych. Najwidoczniej zwęszył trop. Teoretycznie za torami stało kilka domków, wciśniętych w stary zagajnik, jednak były one opuszczone już wtedy, gdy Stasiek osiedlił się w tej okolicy. Może gdzieś między drzewami zagnieździły się lisy, albo zające. Musiałyby być cholernie twarde, skoro nie przeszkadza im hałas pomyślał Stasiek, lecz po chwili przypomniał sobie, że po tych torach od dłuższego czasu nie jeżdżą pociągi. Od miesiąca na niegdyś pulsujących życiem przedmieściach, zaległa nieprzerwana cisza.

Jednak z chwilą, gdy Rudy puścił się w pogoń za zwierzyną, Stasiek usłyszał jakiś niewyraźny odgłos. Najpierw był to cichutki pomruk, przypominający wycie kosiarki. Dopiero po jakimś czasie mężczyzna zrozumiał, że to warkot silnika samochodu. Ktoś jechał w tę stronę od północy. Serce Staśka zabiło mocniej. Samochód najwyraźniej  chciał jak najszybciej opuścić przedmieścia. Nieznajomy zjedzie z wiaduktu, slalomem ominie sznur samochodów, ciągnących się dobrych kilkadziesiąt metrów, aż wreszcie dojedzie do stacji benzynowej i zobaczy kolejkę wąskotorową – nieco mniejszy odpowiednik tej za plecami Staśka – która jeszcze nie tak dawno co rano wyjeżdżała z fabryki, przecinała ruchliwą drogę i kierowała się wzdłuż nasypu kolejowego aż do stacji przeładunkowej, a która teraz blokowała jedyną porządną drogę na południe. Co zrobi nieznajomy, gdy zobaczy przeszkodę? Zawróci, czy może wyskoczy z samochodu i przejdzie na drugą stronę. Wtedy zorientuje się, że kilkadziesiąt metrów na lewo od niego siedzi ktoś, kto od dobrego miesiąca był przekonany, że jest ostatnim człowiekiem na ziemi.

*

Do tej pory Stasiek nie miał złudzeń. Świat się skończył, a o nim wszyscy zapomnieli. Pamiętał, że w dzień końca świata obudził się cholernie późno, może nawet o dwunastej. Nie włączył telewizora ani radia, nie miał ochoty na słuchanie wiadomości. Jedyne o czym był w stanie myśleć była wyprawa do sklepu monopolowego. Na klatce schodowej nie spotkał żadnego z sąsiadów. Może to i lepiej, i tak nikt nie mówił mu „dzień dobry”. Przed blokiem również nikogo nie było.

Na ulicy dostrzegł korek, jednak wszystkie samochody były puste. Niektóre auta miały pootwierane okna. Na torach stał skład kolejki wąskotorowej, która blokowała przejazd. Stasiek zerknął na zegarek. Kolejka ruszała o dziewiątej, a już jest dwunasta trzydzieści. Nigdzie wokół nie dostrzegł żywej duszy.  

Dopiero wtedy dotarło do Staśka, że wokół jest nienaturalnie spokojnie. Nienaturalnie, bo przecież mieszkał na cholernych przedmieściach cholernego miasta. Tu zawsze było głośno. Wreszcie zrozumiał co jest grane, a gdy to się stało, serce podskoczyło mu do gardła razem z zupełnie nieprzystającym do mężczyzny pokroju Staśka piskiem. Był sam, całkowicie sam. Nieopróżniany od wczoraj pęcherz zaczął dawać się we znaki. To śmieszne, ale jedyne o czym myślał Stasiek było to, że świat się skończył, a on był zbyt nachlany, żeby się zorientować. Gdzieś nieopodal rozległ się trzepot niezliczonych skrzydeł i stado wron wzbiło się w powietrze. Stasiek spojrzał w górę. Nigdy nie przypuszczał, że niebo w dniu końca świata będzie białe, zimne i upstrzone wronami.

Niemniej jednak trzeba było żyć dalej, choć nie było to wcale łatwe. Przez pierwsze dwa dni w ogóle nie wychodził z mieszkania. W nocy nie spał niemal wcale, wpatrując się bezczynnie w sufit, pozwalając by przerażająca cisza wwiercała się w jego czaszkę. Marzył o tym, żeby schlać się do nieprzytomności i choć na chwilę zapomnieć o całej sprawie. Miał jednak świadomość tego, że po paru głębszych pozbędzie się wszelkich oporów przed odebraniem sobie życia. Trzeciego dnia nieśmiało wyszedł z bloku i ruszył w stronę miasta na mały rekonesans. Mając do wyboru alkohol i własne życie, wybrał to drugie.

Ze stojącej na stacji benzynowej ciężarówki wyjął CB radio. Działało bez zarzutu, jednak na wszystkich kanałach słychać było tylko szum. W pierwszej chwili chciał wezwać pomoc, jednak coś mówiło mu, że to zły pomysł. Niby w obliczu zagłady wszyscy rozsądni ludzie powinni sobie pomagać, jednak ten świat nigdy nie należał do rozsądnych. Stasiek ograniczył się do codziennego przeskakiwania po kanałach, w poszukiwaniu jakichkolwiek wiadomości, ale szczerze mówiąc nie miał pojęcia co by zrobił, gdyby ktoś jednak się odezwał.

Nie wiedział nawet co myśleć o ludziach, którzy zniknęli. Co się z nimi stało? Odeszli? Niby gdzie? Porwali ich kosmici? Zielone ludziki z dużymi głowami i czarnymi oczami wpakowały wszystkich na latający spodek i odleciały na inną planetę? Nie… Stasiek doszedł do wniosku – choć nawet w jego mniemaniu było to bardzo głupie – że ludzie po prostu się skończyli. To nie świat skończył się dla człowieka, to człowiek skończył się dla świata. A jednak on został. Dlaczego? Nie miał zielonego pojęcia, może wszechświat jeszcze z nim nie skończył. Nawet nie przyjmował do wiadomości tego, ze poza nim mógł zostać ktoś jeszcze.

 Aż do dzisiejszego popołudnia.

*

Samochód był coraz bliżej, prawdopodobnie minął już kościół. Stasiek był w kropce. Nie mógł zdecydować, co właściwie powinien zrobić. Mimo tego że z jednej strony cieszył się na myśl o spotkaniu, z drugiej miał pewne obawy. Czy ten człowiek nie jest czasem niebezpieczny? Może powinien się schować, przycupnąć gdzieś w rowie i poczekać, aż intruz pojedzie dalej. Przypomniał sobie, że ktoś mu kiedyś mówił że po końcu świata człowiek będzie całował stopę drugiego człowieka, odbitą na piasku. Nie wiedział czy to fragment z Biblii, czy jakaś przepowiednia Nostradamusa, ale ktokolwiek to napisał, musiał być cholernym optymistą.

Jeśli nawet Stasiek zdecydowałby się schować, było już za późno. Trzasnęły drzwi do samochodu, a po chwili spomiędzy wagoników wyskoczył mężczyzna. Rozejrzał się wokoło w poszukiwaniu działającego samochodu – tydzień temu Stasiek ustawił wszystkie na parkingu –  po czym zerknął na ogródki działkowe i stanął jak wryty. Najwidoczniej nie spodziewał się, że kogoś tu spotka, a tym bardziej starszego mężczyzny, który siedząc na składanym krzesełku z butelką w ręce i papierosem w zębach, wyglądał na biwakowicza. Nieznajomy zamrugał kilka razy, jakby myślał że Stasiek jest tylko wytworem jego wyobraźni, a gdy już się upewnił, pobiegł w jego stronę.

– Panie! Pomóż mi pan – krzyknął – zaraz tu będą. Znajdą mnie i powieszą.

– Kto? – Stasiek dopiero teraz wstał z krzesełka.

– No… oni, nie ma czasu, zaraz tu będą. – Facet był całkowicie przerażony. Dopiero gdy podszedł bliżej, Stasiek zobaczył, że jego rozmówca wygląda tak, jakby niedawno uczestniczył w poważnej bójce. Nos miał złamany, jedno oko podbite, a napuchnięty policzek przybrał niezdrowy, fioletowy odcień. Brakowało mu też kilku zębów. – Przyjadą i będzie koniec.

Jakby w odpowiedzi na jego słowa, gdzieś daleko ponownie zawył silnik samochodu. Na ten dźwięk przybysz zaskomlał i chyba popuścił w spodnie. Staruszek zrozumiał, że to nie żarty. Złapał przybysza za ramię – mężczyzna był tak chudy, że w najszerszym miejscu Stasiek mógł je niemal objąć kciukiem i palcem wskazującym – i zaciągnął go w stronę samochodów, które stały na parkingu. Gdy byli w połowie drogi, usłyszeli pisk opon, drugi samochód zwalniał przy zjeździe z wiaduktu. Nie starczy im czasu, by wsiąść do auta, wymanewrować i uciec, zanim oprawcy przedostaną się na drugą stronę wąskotorówki. Poza tym nikt nie mógł mu zagwarantować, że samochód odpali za pierwszym razem. Stasiek odwrócił się na pięcie i puścił się biegiem w stronę nasypu kolejowego, ciągnąc za sobą wypłoszonego nieznajomego. Dobiegli do torów w ostatniej chwili, gdyż wchodząc na nasyp kolejowy usłyszeli, że samochód zatrzymuje się przed wąskotorówką. Stasiek położył się, przycisnął twarz do kamieni i w duchu modlił się, by żaden z nich nie obsunął się i nie zdradził jego obecności.

– Ilu ich jest? – spytał przybysza.

– Nie wiem.

– Czego od ciebie chcą?

– Złapali mnie na drodze do Warszawy. Zabrali do swojego obozu. Byli tam inni, trzeba było pracować, żeby mieć co jeść. I żeby nie bili.

– Co to jest! – Od strony kolejki rozległ się donośny głos jednego z prześladowców. Widocznie zauważyli ogródek Staśka.

– Obóz? – spytał drugi, zachrypnięty od przepicia głos – Wychodzi na to, że mamy szczęście. Ilu ich może być?

– Raczej niewielu – dodał trzeci, spokojny.

– Na co jeszcze czekamy? – Pierwszy i jak się wydawało najbardziej agresywny z prześladowców nie krył zniecierpliwienia. – Będziemy tak stać i patrzeć?

– Mogli się gdzieś schować, albo wsiedli do jakiegoś samochodu i pojechali dalej. – Czwarty sprawiał wrażenie nerwowego, może nawet trochę szalonego. – Tak czy inaczej nie będziemy się chyba rozdzielać, co?

– Nasza dwójka sprawdzi obóz a wy zobaczcie, czy nie da się przesunąć tej cholernej kolejki, jak nie to poszukajcie jakiegoś sprawnego samochodu po tej stronie – powiedział spokojny, który najwidoczniej był liderem.

Przez kilka minut słyszeli tylko przekleństwa i łoskot przesuwanych klamotów i otwieranych drzwi. Stasiek bał się wykonać jakikolwiek ruch. Nie wiedział kim są ci ludzie, skąd przybyli, ale biorąc pod uwagę uciekiniera ich zamiary były aż nadto jasne

– Tracimy tylko czaaas! – warknął brutal – tego gówna nie da się ruszyć z miejsca, nie jestem maszynistą.

– Od razu odeszli – odezwał się zachrypnięty – wsiedli do jakiegoś samochodu i odjechali. Teraz ich pewnie nie dogonimy, zanim znajdziemy objazd…

– Dobra – powiedział spokojny – wy dwaj bierzecie jakiś samochód z tej strony i jedziecie dalej na południe. My poszukamy objazdu. Postaramy się was dogonić.

– Nie powinniśmy jechać wszyscy razem? – spytał nerwowy.

– I tak straciliśmy już za dużo czasu. W razie czego zgadamy się w drodze, jedziemy.

I gdy wszystko zaczęło się układać, wrócił Rudy. Usłyszeli jego szczekanie. Stasiek wyobrażał sobie jak zadowolone z siebie psisko biegnie polem w stronę ogródków widząc obcych ludzi, którzy pobawią się z nim, podrapią za uchem, a może nawet rzucą coś do jedzenia.

– Oto co powinniśmy brać na polowania. Nie mamy wyszkolonego psa – odezwał się zachrypnięty.

– Należy do tych, którzy tu mieszkają. Nawet ma budę.

– No to sprawdzimy, czy nam się na coś przyda. Do nogi – krzyknął lider i zagwizdał – no piesku, pokaż gdzie jest pan.

Stasiek nie był pewien czy pies zwyczajnie nie rozumiał o co chodzi przyjezdnym, nie potrafił zwęszyć dwóch mężczyzn ukrywających się za torami, czy może odezwała się w nim lojalność wobec swojego pana, jednak nie tylko zdecydował się nie pomagać prześladowcom, ale warknął przeciągle – Stasiek nigdy nie słyszał żeby Rudy warczał – i sądząc po krzyku jednego z bandytów, prawdopodobnie ugryzł go w rękę.

– To skur… – wysapał spokojny – taki jesteś cwany? Dajcie sznura, ktoś dzisiaj jednak zadynda.

Rudy szczekał, wyrywał się, szarpał, gryzł, jednak wszystko na próżno. Gdy zrozumiał, że nie będzie ratunku, zaczął piszczeć niczym szczeniak. Drapał pazurami o drzewo – prawdopodobnie jabłonkę Eleonory – a czterej oprawcy stali wokół niego i zaśmiewali się do rozpuku z ostatnich podrygów zwierzęcia. Wreszcie, gdy odgłosy psa umilkły, lider grupy powiedział.

– Jeśli tu wrócą, to chyba zrozumieją o co chodzi. No nic, koniec zabawy, trzeba jechać.

Trzasnęły drzwi dwóch samochodów, odpalono silniki i czterej oprawcy ruszyli w swoją stronę, pozostawiając za sobą zniszczony ogródek i dyndającego na jabłonce psa.

Stasiek wstał, otrzepał kolana. Przybysz również podniósł się z ziemi. Zeszli z nasypu kolejowego, wlepiając oczy w ziemię. Ogródki, którymi Stasiek zajmował się przez miesiąc były doszczętnie zniszczone. Doszedł do swojej szopy, której drzwiczki wyważył któryś z oprychów. Na stercie listewek poniewierał się pusty plecak, pamiątka jeszcze z czasów wojska. Wrzucił do niego to, co miał pod ręką, a co mogło się przydać w podróży. Latarka, mapa samochodowa, kawałek mocnego sznurka, kilka konserw, talia kart, nóż i ogólnie cały ten chłam, który ludzie zwykli zabierać na biwak. Gdy spakował wszystko, zwrócił się do milczącego dotychczas przybysza, na którego twarzy malowało się poczucie winy. Gdyby pojechał inną drogą, wszystko pozostałoby po staremu.

– Masz dokąd iść?

– Nie.

– No to tak jak ja. Możemy iść razem. We dwójkę zawsze raźniej. Jak się nazywasz?

– Romek.

– No to w takim razie Romek zerknij no czy czegoś więcej nam nie będzie potrzeba. Nieprędko tu wrócimy.

– Gdzie chcesz iść?

– Jak na razie na południe… – Popatrzył w tamtą stronę mrużąc jedno oko, by nie patrzeć na wiszące na drzewie truchło Rudego. Powinien go pochować, ale prędzej czy później tamta czwórka będzie tędy wracać. Nie ma powodu by dać im do zrozumienia, że nie uciekli samochodem. – W tym mieście nie mamy już czego szukać.  

Koniec

Komentarze

Na sąsiedniej działeczce wielkości znaczka pocztowego […]. ---> a nie na grządce?

Ostatnio przybywa tekstów, w których zamiast dominować i straszyć panoramą zniszczeń i nieszczęść apokalipsa zostaje niejako zepchnięta na drugi plan, do roli tła i uzasadnienia dla danej sytuacji pojedynczego człowieka. A to mi się podoba, zbliżenie, zogniskowanie na jednostkowym bohaterze – albo na nielicznej grupce – niejednokrotnie silniej przemawia do wyobraźni.

prace NA ogródku?

 

starych znajomych. Zniknęły śmieci, stary grill“

 

“Marzył o tym, żeby schlać się do nieprzytomności i choć na chwilę zapomnieć o tym"

 

Ponadto dialogi są nieprawidłowo zapisane.

 

Melduję, że przeczytałam.

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Gdybyś jeszcze wyłapał błędy, tj. powtórzenia, zaimki, dialogi, to napisałbym że to bardzo przyjemne opowiadanie, a tak tylko że dobre. Ponadto i tak mi się podobało, bo jest to historia o człowieku i jego rozważaniach. Duży plus.

"Wszyscy jesteśmy zwierzętami, które chcą przejść na drugą stronę ulicy, tylko coś, czego nie zauważyliśmy, rozjeżdża nas w połowie drogi." - Philip K. Dick

Dobre. O świniach, które przypadkiem mają ludzkie kształty i o ludziach, którzy przypadkiem są prawie jak świnie. Z całym szacunkiem dla świń, takie utarte powiedzenie po prostu. I tylko psa szkoda :-(

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nazwanie tych ludzi wściekłymi psami, byłoby ujmą dla tych szlachetnych zwierząt.

Wzbudziłeś we mnie emocje, Autorze. A to się rzadko zdarza jeśli chodzi o portalowe teksty.

Bardzo dobre opowiadanie.

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Oczywiście z chęcią by to naprawił, ale teraz było na to za późno – “na to” wymieniłabym na “już”

 

Ktoś jechał w tę stronę od północy. Serce Staśka zabiło mocniej. Samochód najwyraźniej kierował się w tę stronę

 

spomiędzy wagoników wyskoczył jakiś mężczyzna. Rozejrzał się wokoło w poszukiwaniu jakiegoś działającego samochodu – przynajmniej jedno z nich by wywaliła, jeśli nie oba.

 

Dobre, wciągające opowiadanie. Może spodziewałabym się silniejszego spuentowania, ale to już takie moje marudzenie; zresztą chyba akurat ja nie powinnam narzekać na mało zdecydowane puenty. :)

Podobało mi się, więc zgłaszam do biblioteki i polecam uwadze innych bibliotekarzy.

Apokalipsa jest, ale zabrakło mi wyjaśnienia, dlaczego ludzie zniknęli, dlaczego inni przeżyli, o co chodzi z obozem pracy i takie tam…

Babska logika rządzi!

Finkla: W opowiadaniu skupiłem się tylko na głównym bohaterze, nie chciałem żeby narracja odlatywała gdzieś dalej. Gdybym na przykład zostawił odpowiedzi pod kamieniem, albo odpowiedziałby mu facet, który był w takiej samej sytuacji jak Stasiek (też nie wiedział co się dzieje) to (może tylko w moim mniemaniu) byłoby to trochę sztuczne. Kiedyś pewnie dopiszę sobie kontynuację, żeby zaspokoić własną ciekawość. A co do obozów pracy to faktycznie może powiedziałem za mało. Chodziło mi o to, że nowy porządek świata wraca poniekąd do niewolnictwa. Obóz to może złe słowo, bardziej pasowałoby obozowisko.

 

Jeszcze raz dziękuję wszystkim za wyłapanie błędów i pozytywne komentarze.

Dobra, o co tu chodziło? Plaga złych tekstów, oj plaga.

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Hymm… dziękuję za opinię.

Wyrzuty sumienia dopadają dja po raz kolejny

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Ha. Niepotrzebnie :D Było ciężko ale jakoś się pozbierałem :)

Reakcja Staśka, gdy uświadomił sobie, że wszyscy ludzie dokoła zniknęli, jest moim zdaniem nazbyt spokojna. Trudno przewidzieć jak zachowałby się każdy z nas w takiej sytuacji, ale obstawiałbym szaleństwo.

Wizja apokalipsy trochę wąska. Z treści dowiadujemy się jedynie tyle, że ludzi gdzieś wcięło, został tylko Stasiek, a potem pojawili się jeszcze Romek i owa zgraja. No i to zakończenie, które niczego nie wyjaśnia; opowieść się urywa, dalsze losy Staśka i Romka oraz całej ludzkości pozostają nieznane. Po zastanowieniu wychodzi na to, że Twoja wizja jest bardzo uboga.

Pochwała za scenę, w której Stasiek z Romkiem skryli się przed napastnikami. Dało się odczuć delikatne napięcie ;)

Szkoda, że brakło choćby słowa o powodach zniknięcia ludzi, ale podobało mi się dość oszczędne opisanie sytuacji Staśka i wydarzeń, w których przyszło mu uczestniczyć. Żal Rudego.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka