- Opowiadanie: Winter - Nigdy się nie poddawaj

Nigdy się nie poddawaj

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Nigdy się nie poddawaj

– Nie wstawaj… Nie warto. – To były jego ostatnie słowa, nim skonał w kałuży własnej krwi i wymiocin.

Nie wstawaj – pomyślała ciemnowłosa kobieta, rozluźniając wszystkie mięśnie. – Nie wstawaj.

Jej powieki opadły powoli, a usta rozciągnęły się w nikłym uśmiechu.

Nie warto. – Dłoń, w której spoczywał miecz rozwarła się.

Twarz kobiety wyrażała błogi spokój. Jakby czekała na spotkanie ze śmiercią całe życie.

…nie warto… – Głos w jej myślach zanikał stopniowo, stawał się coraz bardziej odległy. Nie czuła już bólu. Właściwie nie czuła już nic. Tylko spokój. I coś na kształt szczęścia.

…nie… – Jedna łza, popłynęła po brudnym policzku, zostawiając po sobie jasną smugę. Była to łza, która wyrażała ulgę, bo dla ciemnowłosej kobiety wszystko się kończyło.

…wstawaj… – Chociaż oczy kobiety były zamknięte, oślepił ją niesamowity blask. – WSTAWAJ!

 

 

– Co się stało? – Ciemnowłosa kobieta w skórzanej zbroi rozejrzała się dookoła. Siedziała na soczyście zielonej trawie, a nad nią rozciągało się nienaturalnie błękitne niebo. Ktoś jakby przykleił do niego srebrzyste obłoki, które co i rusz zmieniały swój kształt.

Koń. Żaba. Dziecko…? Nie, to jednak staruszka. – Wpatrywała się w chmury niczym zahipnotyzowana. Ale kiedy zdała sobie sprawę co wyrabia, natychmiast potrząsnęła głową i zerwała się na nogi.

– Co tu się wyprawia?! – Zawołała. – Gdzie jestem?!

Dookoła nie było nic, tylko pasma zielonej trawy i kolorowe kwiaty rozlewające się kaskadami po niewysokich wzgórzach. Spostrzegła, że tuż przy nogach leży jej miecz – podarunek od ojca. Wspaniały miecz wykuty z najtwardszej i najostrzejszej ydgardzkiej stali. Pracowali nad nim najwspanialsi mistrzowie tej ziemi. Wykuto na nim runiczny napis, który mówił: „Jam jest ręką Bogów i tylko Bogowie będą mogli zniszczyć moje jestestwo”. Jelec przypominał rozpięte szeroko skrzydła, a czubek rękojeści wyobrażał głowę wilka o pustych oczodołach. Ostrze wyglądało niepokojąco – nie odbijało promieni słońca, a wręcz je pochłaniało.

Ciemnowłosa bez namysłu chwyciła miecz i obróciła się, rozejrzała we wszystkie strony. Nic.

Nagle usłyszała za plecami cichy śmiech.

Odwróciła się. Znowu nic.

I znowu śmiech. Irytujący, dziecięcy śmiech.

Obrót – tylko morze traw. Bez końca.

Śmiech. Ktoś się z niej śmiał. To było denerwujące. Kobieta czuła, jak oblewa ją fala gorąca. Dreszcz gniewu rozbiegł się po całym ciele, a na jej policzki momentalnie wstąpił rumieniec. Przymknęła oczy, wytężyła słuch. Żadnych kroków. Tylko szum wiatru.

– Pokaż się! – Krzyknęła. Właściwie chciała krzyknąć, ale nic z tego nie wyszło. Coś jakby pochłonęło siłę jej głosu w taki sposób, że z potężnego wręcz ryknięcia pozostał tylko szept. To zdenerwowało ją jeszcze bardziej.

Znowu śmiech.

– Jak sobie życzysz. – Przed oczami ciemnowłosej jak gdyby z nicości pojawił się obraz. I to nie byle jaki. Ujrzała wysoką muskularną kobietę. Była naga, jak w dzień imienia. Czarne włosy opadały luźno na jej ramiona, rozlewały się dookoła stóp. Była dumnie wyprostowana, jej krok był lekki i bezszelestny, a śnieżnobiałą skórę pokrywały kropelki wody, jakby dopiero co wyszła z kąpieli. W niebiesko-brązowych oczach płonął żywy ogień.

– Witaj, Elenay. – Krwistoczerwone usta rozciągnęły się w szerokim uśmiechu. Miała niezwykle niski i tajemniczy głos. Ciężko było uwierzyć, że ten dziecinny śmiech należał do tej samej osoby.

Ciemnowłosa kobieta, która nosiła imię Elenay opuściła miecz. Powinna uklęknąć, pokłonić się, w jakikolwiek sposób okazać szacunek. Ale nie zrobiła tego. Nigdy tego nie robiła.

Kiedy pierwszy raz spotkała Wilczycę Boga, była jeszcze małym dzieckiem i nie kłaniała się, tylko tuliła do ogromnej puszystej bestii. Gdy opowiedziała o tym ojcu, ten tylko się roześmiał, poklepał córkę po głowie i wytłumaczył, z kim rozmawiała. Nie przejęła się tym – traktowała to jako przygodę i tak zostało.

– Sarees – powiedziała Elenay, a jej zielone tęczówki rozjarzyły się, jakby coś sobie właśnie uświadomiła. – Widzę, że zmieniłaś nieco wystrój – Hmm – domu.

– Owszem. – Czarnowłosa złapała Elenay za dłoń, w której trzymała miecz. – Podoba ci się?

Zielonooka uśmiechnęła się mimowolnie.

 – Tak. Tu jest ciepło.

– Nie jest jak na ziemi, nieprawdaż? – Sarees przymrużyła lekko oczy. – Nie tak zimno. Nie tak pusto.

Stado maleńkich kolorowych ptaszków wyfrunęło z wysokiej trawy i po chwili zniknęło z pola widzenia obydwu kobiet.

Dopiero teraz Elenay przypomniała sobie, co się stało. Była na wojnie. Broniła swojego domu, Ydgardu, świata wiecznej zimy. Jej serce ścisnął nagły żal.

– Umierałam – stwierdziła, wyrywając dłoń z lekkiego uścisku Boga. – A wraz ze mną umierała moja kraina.

– Niestety, tak. – Sarees skinęła głową. – I najprawdopodobniej niebawem umrzesz. Nie ma ratunku dla twojego cierpiącego ciała. Ale mam nadzieję, że uda mi się ocalić twoje zbolałe serce.

– Czemu mnie tu sprowadziłaś? – Spytała Elenay drżącym głosem. – Chciałabym umrzeć wśród moich braci, w jedynym miejscu, które mogłabym nazywać domem.

– Uwierz mi, nie pragnę waszej śmierci. Ydgard stał się również moim domem, a także domem reszty Zimowych Bogów. Ale nawet my nie jesteśmy w stanie zrobić zbyt wiele… W tamtym świecie wszyscy walczą, cały czas.

– Więc dlaczego ty jesteś tutaj i rozmawiasz ze mną? Powinnaś nas bronić!

– I właśnie to robię. – Sarees wydawała się być lekko urażona. – Jesteś królową. Od śmierci twojego ojca ludzie postanowili pójść za tobą. A ty się zwyczajnie poddałaś.

– Ale Leo powiedział…

– Nie ważne, co powiedział Leo. – Sarees nie krzyczała, nie musiała. Jej głos rozbrzmiał z taką siłą, że Elenay zwyczajnie nie mogła się sprzeciwić i jakby skurczyła się w sobie. – Powinnaś myśleć sama, a nie słuchać innych, ślepo im wierzyć.

Ciemnowłosa opuściła wzrok, a jej twarz zakrył złowrogi cień.

– Nie chcę umrzeć. – Wpatrywała się w ziemię. – Ale Leo miał rację. Nie warto wstawać. Przegraliśmy. Pora umrzeć. Czas się poddać.

– Żaden moment nie jest dobry na poddanie się. – Sarees ponownie chwyciła dłoń Elenay, a drugą ręką uniosła jej podbródek.

Kobiety spojrzały sobie głęboko w oczy i trwały tak przez chwilę, może dwie.

– Twój ojciec nigdy by się nie poddał. – Podjęła Wilczyca Bóg. – Walczyłby do końca, nawet za przegraną sprawę. To właśnie jest honor.

– Nie jestem moim ojcem – odparła ciemnowłosa tonem nieznoszącym sprzeciwu. Sarees wyglądała jednak na niewzruszoną. – Wolałabym poddać moich ludzi i zmusić ich do życia w niewoli, niż pozwolić im wszystkim zginąć. Honor jest do rzyci. Mój ojciec stracił życie przez to, że był honorowy.

– Owszem. – Wilczyca Bóg skinęła głową. – Przez honor zginie cały twój lud. Ale musisz uszanować ich wolę. I musisz im pomóc. Musisz sprawić, aby ginęli z twoim imieniem na ustach. Aby nie bali się tego, co nastąpi. Musisz sprawić, aby umarli z twarzą.

– To co mówisz, jest pozbawione sensu!

– Nie jest. Pamiętaj, że razem z wami, umrzemy również my. Ale nie chcemy się poddawać. Pragniemy wolności. Do samego końca.

 Elenay stanęła tyłem do swojej rozmówczyni, uniosła wzrok ku niebu. Zamknęła na chwilę oczy, a gdy je otworzyła, spoglądała na stado ciężkich zimowych chmur. Dookoła nie było już trawy, tylko bezkresne lodowe pustkowie. Płatki śniegu opadały na jej twarz, ramiona, włosy. Było zimno. Bardzo zimno. Chłód przenikał aż do kości. Przyjemne uczucie.

– Nasi wrogowie powinni zostać zatrzymani przez zimę – powiedziała, wciąż wpatrując się w niebo. – Ale nawet ona nas nie obroniła.

– Wielu z nich zginęło – zapewniła Sarees. – Ale było ich znacznie więcej. Wszyscy zebrali się pod sztandarem letniaków. Na świecie trwa wojna, moja droga. A my staliśmy się łupem.

– Jesteśmy nagrodą, chociaż nikt nie może nas zdobyć. – Elenay zaśmiała się w duchu.

– Jeśli będziesz walczyć, nie zdobędą – powiedziała Wilczyca Bóg.

– Masz rację, Sarees. – Ciemnowłosa chwyciła pewniej miecz. – Nigdy nie powinnam się poddawać. Nie ma czasu na odpoczynek, trzeba walczyć do końca. Boję się. Naprawdę się boję. Nie chcę tam wracać. Ale serce każe mi walczyć. A kiedy się podniosę, moi ludzie również wstaną. I nawet jeżeli przegramy, dla przyszłych pokoleń staniemy się bohaterami, nie tchórzami.

Czarnowłosa nie odzywała się, tylko uśmiechała. A kiedy Elenay odwróciła się w jej stronę, nie widziała już kobiety. Przed jej obliczem stał ogromny czarny wilk rozmiarów konia, z rozpiętymi pierzastymi skrzydłami.

– Kiedyś spotkamy się w lepszym miejscu i w lepszych czasach… – Ciemnowłosa przejechała dłonią po łbie wilczycy, a potem wtuliła twarz w czarną sierść.

 

 

Ciało kobiety drgnęło. Gorąca krew ponownie rozlała się po jej zbolałych kończynach i korpusie. Elenay jęknęła głośno, a kiedy spróbowała się podnieść, przeszył ją spazm bólu. Obejrzała się na Leo, który odszedł już z tego padołu łez, zacisnęła mocno zęby.

Warto wstać, przyjacielu. Każdy moment jest dobry na to, aby się podnieść.

Ciemnowłosa ścisnęła mocno rękojeść miecza, pomimo bólu w mięśniach. Do jej uszu zaczęły docierać dźwięki. Najpierw szum krwi, potem zgrzyty, uderzenia, krzyki bólu. Po chwili rozróżniała już wszystkie okropne odgłosy bitwy – najbardziej przerażająca muzyka, jaką w życiu słyszała.

To jest właśnie muzyka śmierci. – Na jej policzek upadł płatek śniegu. I wtedy usłyszała wycie wilka. Był to głośny potępieńczy dźwięk. A potem usłyszała inne wilki, mnóstwo wilków. Całe stada. Wypadły na wrogów spomiędzy drzew, z każdej strony. Walczyły tak samo zawzięcie, jak Ludzie Zimy. One również broniły swojego białego kraju przed ogniem, światłem i ciepłem.

Elenay ponownie spróbowała się podnieść. Napięła wszystkie mięśnie, po czym zerwała się na nogi. Czuła, jak gorąca krew spływa po jej lodowatym ciele, ale nie przeszkadzało jej to. Była w amoku. Pragnęła tylko ujrzeć posokę swoich wrogów.

Ryknęła głośno, a jej silny głos przedarł się przez ferwor walki. Kiedy jej ludzie zobaczyli ją stojącą na nogach, podjęli okrzyk i uderzyli z nową siłą. To zaskoczyło przeciwników, ale ich Smoczy Bóg nie dawał za wygraną.

Nie mamy z nimi szans – przebiegło Elenay przez myśl.

– Nie mamy – szepnęła pod nosem, po czym uniosła wzrok. Ujrzała Sarees pędzącą w jej kierunku. Kiedy wilczyca była wystarczająco blisko, Elenay wspięła się na jej grzbiet i pofrunęły w górę.

Królowa Ludzi Zimy rzuciła okiem na pole bitwy. Przegrywali. Bóg Smok, Bóg Feniks, Bóg Ent i cała reszta Bogów Ludzi Lata niszczyli ich wojska.

Elenay ścisnęła mocniej grzywę wilczycy.

– Zaatakujmy Boga Smoka. Chcę jego śmierci. To on jest kręgosłupem Ludzi Lata. Nawet jeżeli ich nie pokonamy, odbierzemy im najcenniejszy skarb…

Sarees nie sprzeciwiała się. Najwyraźniej uznała, że to dobry pomysł.

Zaatakowały smoka od góry. Nim je zauważył, Elenay już spadała na jego grzbiet. Smok zdążył się nieco odsunąć. Ciemnowłosa otarła się potężnie o jego złote łuski, rozrywając fragmenty zbroi i własną skórę. Nie zlękła się jednak, prawie nie czuła bólu. Złapała za jeden ze szpikulców na grzbiecie bestii, a potem cięła mieczem między łuski. Raz, drugi, trzeci. Dźgała swojego przeciwnika nieopamiętanie, w nieopisanym szale. Usłyszała ryk pełen bólu i gniewu. Uśmiechnęła się. Uderzyła po raz kolejny, zatapiając ostrze w ciele przeciwnika aż po sam jelec. A potem smok zaszamotał się okropnie, podrzucając Elenay do góry.

Ciemnowłosa straciła na chwilę przytomność. Na krótką chwilę. Ale to wystarczyło. Poczuła, że coś przebija jej bark, a potem wychodzi drugą stroną. Zobaczyła, jak miecz wypada z jej dłoni, zatrzymuje się w ogromnej łapie smoka, a potem rozpryskuje się na tysiąc maleńkich kawałeczków, jakby był ze szkła.

Jam jest ręką Bogów i tylko Bogowie będą mogli zniszczyć moje jestestwo.

Smok ryknął tryumfalnie.

Dopiero po chwili Elenay oprzytomniała. Zdała sobie sprawę, że wisi na rogu smoka, była tuż obok jego pyska. Kątem oka ujrzała, jak Wilczyca Bóg atakuje bestię, szarpiąc  błoniaste skrzydła to zębami, to pazurami. Smok krwawił obficie. Powoli umierał.

Niewiele brakuje. – Ciemnowłosa ostatkiem sił uczepiła się rogu lewą ręką i podciągnęła całe ciało o kilka centymetrów. A potem kopnęła. Zaczęła kopać jak szalona, na oślep, co i rusz trafiając w oczy Boga Smoka. Wkładała w to cały swój gniew.

Cierp – myślała. – Cierp, cierp, cierp! Zasługujesz na śmierć!

Kobieta nie miała pojęcia, ile czasu minęło. Kopała bez przerwy. Nawet, kiedy jej buty były czerwone od krwi. Nawet wtedy, gdy widziała na stopach przeźroczystą maź, która najprawdopodobniej była gałką oczną.

Wydawało jej się, że spada. Rozejrzała się. Widziała wilczycę, która uczepiła się opancerzonej szyi smoka. Jej twarde ostre kły rozgryzały zbroję, łuski, skórę, mięśnie. Smok konał. Zdążył jednak przygwoździć Wilczycę Boga do swojej piersi, nadziewając ją na ogromne pazury. Zgniótł jej czaszkę – Sarees nie wydała z siebie żadnego odgłosu.

Elenay odetchnęła głęboko.

Smok nie żyje. – To była jej ostatnia myśl. Umarła, zanim bestia uderzyła o ziemię.

 

 

– Ach – westchnęła kruczowłosa dziewczynka, wpatrując się w ilustrację w książce. – Szkoda, że śnieg już nie pada. Chciałabym zobaczyć zimową krainę.

Kobieta, która siedziała obok dziecka, wyglądała jak jej starsza wersja. Długi czarny warkocz, blada okrągła buzia, wielkie zielone oczy, piękne pełne usta, zadarty nos. Poklepała swoją córkę po głowie.

– Ależ pada, moja droga. Niektóre wyspy wciąż są wolne od jarzma Ludzi Lata. Tam zbiera się Lud Zimy. Tam podążają wszyscy, którzy chcą walczyć, a jest ich coraz więcej.

Dziewczynka westchnęła cicho.

– Ale wciąż jest ich za mało, przegrają. Dlaczego cały czas walczą?

– Bo nie mogą się poddać.

– A ty? – Dziecko przyjrzało się uważnie matce. – Czy ty się poddałaś?

– Nie, moja droga. Ja nigdy się nie poddam, całym sercem jestem po stronie Ludzi Zimy. – Przyciągnęła do siebie córkę i przytuliła ją mocno. – Walczę stąd. Moją bronią nie jest miecz, a słowa. Ale kiedy przyjdzie odpowiedni moment, ja również wyciągnę stal.

Dziewczynka uśmiechnęła się szeroko.

– Zabierzesz mnie na Wyspy? Chcę walczyć! Tak jak Elenay!

Kobieta uśmiechnęła się szeroko.

– Oczywiście, niebawem wrócimy do domu. 

Koniec

Komentarze

Powiem tak: Nie lubię nie dokończonych opowiadań, a to nie tyle sprawia takie wrażenie, ale nim jest. Zajrzałem do Twojego profilu i zauważyłem kilka tekstów z tego samego świata. Nie że się czepiam i mi się ta historia nie podoba. Gdyby to jednak w inny sposób przedstawić i napisać w formie luźnego opowiadania, bazującego na stworzonym świecie, wyszłoby trochę lepiej, a ty zdobyłabyś więcej czytelników. Także fabuła jest ciekawa. Zaś tekst jest już nieco gorszy, pod względem wykonania. Za dużo powtórzeń, za dużo pieczołowitych opisów, które nic do akcji nie wnoszą.

"Wszyscy jesteśmy zwierzętami, które chcą przejść na drugą stronę ulicy, tylko coś, czego nie zauważyliśmy, rozjeżdża nas w połowie drogi." - Philip K. Dick

To nie jest ten sam świat… Opowiadania są podobne, jeżeli chodzi o konstrukcję, ale na tym się kończy. Co do powtórzeń – w jednym miejscu jest ich naprawdę wiele, ale taka właśnie była moja koncepcja. Co zaś do samej fabuły – w takim stylu piszę opowiadania. Nie skupiam się na akcji, a na głębszych przemyśleniach i,przeistoczeniach bohatera. I o ile Rewolucja niekoniecznie mi się podobała, tak to opowiadanie jest według mnie naprawdę dobre.

Mi się wydaje, że opowiadanie jest skończone. Bohaterka zginęła, możemy podomyślać się implikacji jej śmierci i to wystarczy.

Zgodzę się natomiast, że warto zlikwidować powtórzenia.

Kobieta nie miała pojęcia, ile czasu minęło. Kopała cały czas.

Po chwili słyszała już wszystkie okropne odgłosy bitwy – najbardziej przerażająca muzyka, jaką w życiu słyszała.

Te też były zamierzone? Jeszcze momentami ‘kobieta’ występuje tak często, że czasem się gubiłam, o którą chodzi.

Poza tym, niektóre rzeczy mi zazgrzytały. Na przykład wycie, które było niskim dźwiękiem. Albo jedna wilczyca atakująca ze wszystkich możliwych stron. W dodatku większego od niej smoka.

Dlaczego ‘kobieta’ na początku jest zalinkowana?

Babska logika rządzi!

Nie, te kolejne powtórzenia nie były zamierzone, zaraz zajrzę do tekstu raz jeszcze i poprawię, co trzeba. Miałam raczej na myśli ten fragment o “obrotach” bohaterki, kiedy nie wiedziała, gdzie się znalazła. 

Jeżeli chodzi o link, to strona zrobiła to sama. Ja nie mam z tym nic wspólnego. 

 

Dziękuję za komentarz.

Płynnie się czyta; ogólnie opowieść lekka, bez fajerwerków, ale zdatna do spożycia ;)

Trochę rozbawiła mnie scena, w której kobieta kopie smoka do samej krwi :)

 

Z technikaliów, poza tym, o czym pisali poprzednicy, to wyłapałem dwa błędy w zapisie dialogów: odgłos paszczowy zapisany z wielkiej litery po wypowiedzi bohatera zakończone wykrzyknikiem lub pytajnikiem. W kilku miejscach można by zapewne opowiadanie nieco doszlifować, ale nie w tym rzecz.

Ono (opowiadanie), IMHO, jest – no nie chcę użyć nieodpowiedniego słowa – banalne i naiwne? Wybrzmiało jak pogadanka umoralniająca i jeszcze tu i ówdzie patos szczerzy kły spoza wierszy. Żadnego powiewu świeżości, przewrotności, no czegokolwiek. Po prostu: Bóg, honor, ojczyzna. Aż się rwie na usta: I prosto do nieba czwórkami szli… To nawet ze względu na datę jest na czasie, tylko trzeba pamiętać jaka to bzdura, te czwórki znaczy. No, nie ma tu niczego, co byłoby godne zapamiętania.

Żeby nie było, że tylko wylewam pomyje. Pierwszy fragment mi się podoba. Przejście od nie wstawaj do wstawaj. Opis nadchodzącego spokoju i kontrapunkt budzącego blasku.

 

I zlikwiduj te podlinkowania, bo drażnią.

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

Cóż, KPiach – kwestia gustu. Według mnie słowo pisane powinno czegoś uczyć i o czymś opowiadać, skłaniać do przemyśleń. Ale tak jak już napisałam – kwestia gustu.

 

A linki próbowałam już usunąć kilka razy, ale wciąż się pojawiają. To nie moja wina, tylko strony…

Według mnie słowo pisane powinno czegoś uczyć i o czymś opowiadać, skłaniać do przemyśleń.

No właśnie.

"A jeden z synów - zresztą Cham - rzekł: Taką tacie radę dam: Róbmy swoje! Póki jeszcze ciut się chce! Róbmy swoje!" - by Wojciech Młynarski

No cóż. Mnie do przemyśleń skłaniają właśnie takie teksty :)

Według mnie słowo pisane powinno czegoś uczyć i o czymś opowiadać, skłaniać do przemyśleń.

Może i powinno, ale tym razem, Winter, Twój zamiar się nie powiódł. Przynajmniej w moim przypadku. Bo choć Nigdy się nie poddawaj niewątpliwie o czymś opowiada, to niczego mnie nie nauczyło i nie skłoniło do przemyśleń. :(

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka