- Opowiadanie: luk_zloty - Czekolady po dwa złote

Czekolady po dwa złote

Opowiadanie nie mające nic wspólnego z rzeczywistością (mam nadzieję) poza miejscami i osobą pewnej charakterystycznej staruszki od czekolady.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Czekolady po dwa złote

Przejście pod Rondem Reagana we Wrocławiu to miejsce szczególne. Jest niczym port, albo pomost, łączący ze sobą różne części miasta. Można mówić, że centrum jest na Rynku, że tam czuje się rytm miasta. Można mówić, że dworzec jest oknem na świat, że to stamtąd wyrusza się w podróż lub z niej wraca. Można tak mówić. Ale w innych miastach.

Codziennie tysiące osób mijają się w tym niewielkim tunelu, który z założenia jest tylko ułatwieniem dla pieszych, zwykłym odcinkiem chodnika, tyle że pod ziemią. Ale to tą drogą podążają studenci na zajęcia, planując wieczorny wypad lub kombinując od kogo wziąć notatki. To tędy pędzą pracownicy pobliskich biur, zaaferowani biznesmeni w drogich garniturach, przyklejeni do swoich telefonów. Też drogich. Tędy tłumy rozchichotanych nastolatek udają się na zakupy w pobliskim Pasażu. A niektóre nawet na polowanie. To tędy wreszcie, tuż przed bladym świtem, wszyscy wracają z imprez, by wsiąść do rozklekotanego autobusu nocnego, który trzyma się na słowo honoru. Ale jest w stanie dowieźć ich do domu. Plac Grunwaldzki jest jak serce, pompujące ludzi w cztery strony Wrocławia.

Nie inaczej było i z Pawłem Surmą, studentem trzeciego roku mechatroniki na polibudzie. Każdego dnia wsiadał do swojego autobusu na drugim końcu miasta, który z pewnym trudem i wyraźnym ociąganiem, dowoził go na Plac Grunwaldzki, peron drugi. Gdy kierowca otwierał drzwi, rozpoczynał się lokalny mini-chaos. Pasażerowie falą wylewali się z pojazdu i przesiadali do innych autobusów i tramwajów, nowi usiłowali dostać się do wnętrza, nie zważając, że nie wszyscy wysiadający je opuścili, ale znaczna większość schodziła w dół w czeluść przejścia podziemnego, by tam również się rozdzielić. Już na schodach mieszali się z pasażerami z innych peronów, by jako różnokolorowy koktajl płynąć w swoją stronę. Jak w mrowisku.

Po trzech latach takiego podróżowania Paweł nauczył się odpowiednio manewrować w tłumie by wysforować się przed innych. Zresztą miał powody do pośpiechu. Znów zaspał, a stary Makarewicz nie uznaje spóźnień. Gdy tylko rozpoczyna zajęcia zamyka salę na klucz a spóźnialscy mogą jedynie pocałować klamkę. A nieobecności u niego nie są dobrym pomysłem, o czym student miał okazję przekonać się w poprzednim semestrze gdy oblał. Dlatego też lawirował, wił się niczym robak, byleby tylko zyskać na czasie.

– Czekolady po dwa złote, czekoladyyy!

Drobna ale dziarska staruszka stała z boku z nieodłącznym, dwukołowym wózkiem, usiłując zainteresować kogoś oferowaną czekoladą. W przejściu pojawiali się różni ludzie, sprzedawcy kwiatów, lizaków czy Biblii, śpiewacy, grajkowie z gitarami, bębnami, a nawet jedna skrzypaczka. Stanowili swoisty folklor tego miejsca, jedynie chwilowo zakłócany pojawieniem się patrolu Straży Miejskiej. Jednak staruszka od czekolady była prawdziwym symbolem. Wieżą Eiffla przejścia pod rondem. Powinni sprzedawać jej zdjęcie na pocztówkach. Była tu od zawsze i wydaje się, że zawsze będzie. Na uczelni krążyły o niej legendy. Jedni twierdzili, że czekolady są kradzione. Z Niemiec, Lidla albo Biedronki. Albo z przemytu z Białorusi. Inni, że pochodzą z darów dla powodzian. Gruby Bolek, dobry kumpel Pawła wysnuł nawet teorię, że czekolady te pochodzą z centrum krwiodawstwa za oddawanie krwi. Zapytany, skąd staruszka miałaby jej tyle, by móc nimi codziennie handlować, odpowiedział tylko „farmy krwi!” i poszedł w swoją stronę. Towarzyszyły mu powszechne śmiechy znajomych z roku, Bolek znany był ze swoich teorii spiskowych, poza tym jednak dał się poznać jako inteligentny i sympatyczny kumpel.

– Czekoladyy!

Nie dało się jej nie słyszeć, jednak stado zdawało się ją ignorować. Paweł też nie był wyjątkiem. Parł przed siebie jak lodołamacz byleby zdążyć; gdyby istniały mistrzostwa w przeciskaniu się przez tłum, byłby jednym z faworytów. Wśród studentów panowało niepisane postanowienie kupienia owej „czekoladypodwazłoteczekolady”, na spróbowanie, po zdaniu ważnego egzaminu bądź testu. Coś jak cygaro po narodzinach syna, czy szampan po zdobyciu mistrzostwa. Co ciekawe, choć wszyscy mówili, że tak zrobią, jeszcze nikt nie kupił ani jednej.

Schody, hop, hop, po dwa, po trzy, tak szybciej. Lepiej iść pod prąd, więcej osób wychodzi niż wchodzi, mniejszy ścisk. A po wejściu na górę już prosto do sali.

Szlag, zamknął!

 

***

 

– Mówię ci, ten Stasiak to jakiś maniak! – podniecony głos Bolka przebijał się przez gwar korytarza, zatłoczonego w czasie przerwy między zajęciami. Jeśli ktoś chce poznać gwar i ścisk powinien udać się właśnie na polibudę. Tamtejsze budynki, zaprojektowane przez najlepszych i wykształconych architektów mają kilka cudownie przemyślanych korytarzy i układów schodów, które są wręcz modelowym przykładem łamania przepisów ppoż. Ciasne schody? Wstawmy na półpiętrze salę wykładową na dwieście osób. Gdzie wybudować aulę, w której od rana do wieczora są zajęcia? Na skrzyżowaniu dwóch korytarzy, klatki schodowej i wyjścia z windy. Z pewnością taka lokalizacja ułatwi innym poruszanie się. A może połączymy dwa sąsiednie budynki? Co z tego, że ich piętra są na różnych wysokościach? Choć minęły dwa lata, Paweł czasem czuł się jak Harry Potter po przybyciu do Hogwartu.

– Maniak kompletny! Uwziął się!

– Ciszej Bolek, nie krzycz. Tutaj już jest luźniej – zmitygował kumpla Paweł.

– No ale jak mam zdać, skoro moje oceny przypominają jakiś pieprzony kod binarny, tylko że z dwójką zamiast jedynki? Dwa zero, dwa zero, dwa zero…

– Uczyłbyś się to byś miał lepsze oceny. A że jesteś leń śmierdzący i dywersant to i oceny takie…

– No ale czego mam się uczyć?! – zasapał się chłopak. Szybkie tempo wchodzenia na czwarte piętro nie współgrało zbyt dobrze z jego tuszą. – Tych ekonomicznych bzdur? Przecież ja będę mechatronik! Rozumiesz? Specjalista! A nie jakiś pierdolony księgowy! Co ja, kurwa, na zipie jestem?

– A żałuj. Fajne dupy mają. Nie to co u nas…

– A co ci do naszych lasek, Surma? Przecież Kaśka jest dobra szprycha. Lidka też. I obie wolne.

– No właśnie. A u nich jest połowa takich Kasiek, reszta to Lidki i kilku szczęśliwych gości. Coś jak ci arabscy samobójcy – na jednego przypadają siedemdziesiąt dwie dziewice – rozmarzył się Paweł.

– To tyczy się tylko szahidów, prawdziwych męczenników, którzy oddali życie za wiarę. Wydaje mi się, że wysadzanie się w tłumie cywilów dużej chwały Mahometowi nie przynosi. Wręcz przeciwnie

– Mniejsza, nie potrzebuję wykładu z teologii. Grunt w tym, że u nas jest Kaśka, Lidka i długo, długo nic. I setka facetów. Jak tu jakąś poderwać?

– Dzisiaj będziesz miał dobrą okazję.

– Jak to? – Paweł aż się zatrzymał by spojrzeć na kolegę.

– No normalnie, Lidka robi dzisiaj domówkę. I zaprosiła sporo koleżanek z przyrodniczego.

– Czemu ja o niczym nie wiem?

– No jak, pisała na fejsie przecież. Dzisiaj o dziewiętnastej, na Prusa, wiesz gdzie.

No tak, Paweł palnął się w czoło w myślach. Facebook. Pochłaniacz czasu. Pożeracz mózgu. Niszczyciel więzi społecznych. Kontroler umysłów. Deprawator młodzieży. Bez niego dzisiaj ani rusz. Już nikt nikogo nie zapraszał osobiście, tylko wysyłał zapro na fejsie a inni lajkowali. Chyba, Surma nie był do końca pewien. Bronił się przed tym wynalazkiem i szło mu całkiem nieźle. Aż do dzisiaj, bo ominęłaby go niezła okazja gdyby nie Gruby. Chyba pora założyć sobie konto…

– A ty idziesz?

– Jasne, że tak. Zwłaszcza, że Ewelina z Lidką to stare psiapsióły z liceum, nie odpuściłaby.

– Dobra, to widzimy się na miejscu.

 

***

 

– Haha, dzięki Bolek, do jutra!

– Cześć, na razie!

To była dobra impreza, pomyślał Paweł kierując się chwiejnym krokiem na przystanek na rondzie. „Na Grunwald!” jak lubił mawiać. Zresztą z Prusa to trzy minuty drogi. No, po tylu piwach to troszkę dłużej.

Wbrew zwyczajowi, po domówce wszyscy rozeszli się do siebie, zamiast jechać na Rynek w poszukiwaniu jakiegoś klubu. Taki obrót sprawy podobał się Pawłowi, bo nie przepadał za głośnymi, klaustrofobicznymi wnętrzami, z oczojebnymi światłami i muzyką przypominającą skrzyżowanie wiertarki z wypadkiem samochodowym.

– Walk with me, shine me a light… - zaczął śpiewać Paweł ale już po chwili musiał przerwać by pokazać sąsiednim krzakom co mu leżało na wątrobie. Dobrze, że dopiero teraz, a nie jeszcze u Lidki. Wieczór nie mógł ułożyć się lepiej. Większość ludzi od nich z kierunku szybko się zmyła do siebie. Pod koniec imprezy, poza Pawłem i gospodynią zostali tylko Gruby z Eweliną oraz dwie przyjaciółki Lidki z uniwerku. Jednak i te zaraz sobie poszły, no a Bolek był zajęty swoją dziewczyną. Paweł ochoczo pomagał sprzątać wietrząc w tym swoją okazję. I nie rozczarował się. Całowali się długo i namiętnie w kuchni pomiędzy brudnymi naczyniami i butelkami po alkoholach. Na tym się jednak skończyło, ale Surma i tak dostał więcej niż mógł sobie wymarzyć jeszcze rano. Przy tym, spóźnienie do Makarewicza, kolejna pała z ekonomii, czy spodnie, podarte już w drodze powrotnej z imprezy to pryszcz. Znowu zachciało mu się śpiewać:

– Idę tam gdzie idę, nie idę gdzie nie idę, idę tam gdzie lubię, nie idę gdzie nie lubięęęę!

W głowie mocno już mu szumiało. Jednak Grunwald już tuż, tuż, z zamkniętymi oczami by trafił. Potknął się na krawężniku i spłynął na niego błogi mrok.

 

***

 

Pobudka po hucznej imprezie nie jest miłym doświadczeniem. Paweł z trudem rozkleił powieki, starając się ignorować wodospad Niagara huczący mu pod czaszką. Poruszył językiem. Pić! Gdzieś przy łóżku powinna stać butelka, przygotowana zawczasu na taką sytuację.

Chwila moment, to nie jest mój sufit, dotarło do Pawła. Gdzie ja trafiłem? Cholera, u kogo postanowiłem przenocować? O tam obok jest łóżko i ktoś leży. Dziwne. Jakieś rurki, stojaki z woreczkami, cichy szum elektroniki. Szpital? Kurde, aż tyle chyba nie wypiłem, żeby mnie na toksykologię brali. Spojrzał w lewo, tam też stało łóżko, za nim jakieś parawany. Ktoś w sali stęknął.  Zresztą przy swoim łóżku też zauważył kroplówkę i jakieś rurki biegnące od jego przedramienia tuż poza zasięg wzroku. Czyli szpital.

Kac nie sprzyja intensywnemu myśleniu, więc dopiero po chwili zauważył, że nie może się ruszyć bo jest przypięty pasami do łóżka. Przypinają pijanych, żeby się nie rzucali przy poborze krwi? A nie jest to pogwałcenie jakichś praw? I ile oni badań wykonują, że tyle krwi im potrzeba? Ciągle ciurka przez tę rurkę w przedramieniu. Dziwny szpital. I do tego obskurny, skonstatował. Grzyb na suficie, zasłonięte okienka, bo nawet nie okna, odpadający tynk. Stęchłe powietrze i smród ciał jego niedomytych sąsiadów. Tego już za wiele. Może żuli czy bezdomnych można tak traktować, ale nie jego, Pawła Surmę, studenta trzeciego roku. Jak tylko go stąd wypuszczą poskarży się dyrekcji szpitala na fatalne wręcz warunki. Może nawet pójdzie do telewizji, albo gazety, w końcu ma jednego kumpla w redakcji „Gazety wrocławskiej”. Niech no tylko ktoś go rozwiąże. I niech w końcu przestaną pobierać tę krew, tyle im z pewnością wystarczy do badań! Słabo mu się zrobiło z jej upływu. Z boku znów ktoś jęknął.

Kątem oka złowił ruch. Zbliżająca się kobieta była stara i dziwnie znajoma, choć Paweł nie mógł sobie przypomnieć skąd ją zna. Uśmiechała się dobrotliwie a wokół oczu wykwitła siatka drobnych zmarszczek. Co ciekawe, nie miała na sobie fartucha pielęgniarskiego, natomiast ciągnęła za sobą dwukołowy wózek, którego kółka skrzypiały upiornie. Podeszła do niego i dopiero wtedy dotarło do niego skąd ją zna.

– Czekolady po dwa złote, czekoladyy!

 

 

 

ŁLS, Wrocław 2014

Koniec

Komentarze

Super jak dla mnie! Uwielbiam pomysły zaczerpnięte z codzienności i obserwacji ludzi. Dziękuję za miłe umilenie czasu i zwrócenie uwagi na przemykające, obładowane ogromnymi torbami, staruszki…swoja drogą skąd mają tyle siły aby taszczyć te wszystkie toboły:)

Pozdrawiam.

Z lektury zapamiętałam podróż bohatera miejskim autobusem, fragmencik miasta, staruszkę z czekoladą, rozmowę kumpli, sprzątanie po imprezie, potknięcie się bohatera i jego przebudzenie, a na koniec, ponownie staruszkę z czekoladą…

Niestety, w opowiadaniu nie znalazłam nawet śladowej ilości fantastyki.

Teraz zachodzę w głowę, o co tu chodzi?

Liczne błędy i usterki dodatkowo sprawiają, że opowiadania nie mogę uznać za udane.

 

„Można mówić, że centrum jest na Rynku, że tam bije rytm miasta”. – Wolałabym: Można mówić, że centrum jest na Rynku, że tam bije serce miasta. Lub: Można mówić, że centrum jest na Rynku, że tam czuje się rytm miasta.

 

Można mówić, że centrum jest na Rynku, że tam bije rytm miasta. Można mówić, że dworzec jest oknem na świat, że to stamtąd wyrusza się w podróż lub z niej wraca. Może tak jest w innych miastach, ale nie we Wrocławiu”. – Czy te powtórzenia są celowe?

 

„Codziennie tysiące osób mija się w tym niewielkim tunelu…”Codziennie tysiące osób mijają się w tym niewielkim tunelu

 

„Ale to tą drogą podążają studenci na swoje zajęcia…”Ale to tą drogą podążają studenci na zajęcia

Nie podążaliby na cudze zajęcia.

 

„…zaaferowani businessmani w drogich garniturach…” – …zaaferowani biznesmeni w drogich garniturach

Sugeruję stosowanie pisowni spolszczonej.

 

„…by wsiąść w rozklekotany autobus nocny…” – Wolałabym: …by wsiąść do rozklekotanego autobusu nocnego

Tak jak nie wsiadam w samochód, w tramwaj, w pociąg, w samolot…

 

„Każdego dnia wsiadał swój autobus na drugim końcu miasta, który z pewnym trudem i wyraźnym ociąganiem, dowoził go na Plac Grunwaldzki, peron drugi”. –  Wolałabym: Każdego dnia, na odległym krańcu miasta wsiadał do swojego autobusu, a ten, z pewnym trudem i wyraźnym ociąganiem, dowoził go na Plac Grunwaldzki, peron drugi.

 

„Pasażerowie falą wylewali się z pojazdu; jedni przesiadali się na inny autobus bądź tramwaj, inni usiłowali wsiąść do właśnie opróżnianego, nie zważając na wysiadających…” – Powtórzenia.

Może: Pasażerowie falą wylewali się z pojazdu i przesiadali do innych autobusów i tramwajów, nowi usiłowali dostać się do wnętrza, nie zważając, że nie wszyscy wysiadający je opuścili

 

„…miał okazję przekonać się na poprzednim semestrze…” – …miał okazję przekonać się w poprzednim semestrze

 

„Drobna ale dziarska staruszka stała z boku ze swoim nieodłącznym, dwukołowym wózkiem, usiłując zainteresować kogoś swoją czekoladą”. – Zbędne zaimki; zakładam, że nie był to cudzy wózek, ani cudza czekolada.

Proponuję: Drobna ale dziarska staruszka stała z boku, z nieodłącznym, dwukołowym wózkiem, usiłując zainteresować kogoś oferowaną czekoladą.

 

„Stanowili swoisty folklor tego miejsca, jedynie chwilowo rozpraszany przez rzadkie patrole Straży Miejskiej”. – Czy na pewno rozpraszany/ przeganiany był folklor, a nie ludzie stanowiący go? ;-)

 

„Powinni dawać jej zdjęcie na pocztówkach”. – Wolałabym: Powinni sprzedawać pocztówki z jej zdjęciem.

 

„…podniecony głos Bolka przebijał się przez gwar tłocznego korytarza w przerwie między zajęciami”. – Tłoczony korytarz miał przerwę między zajęciami? ;-)

Proponuję: …podniecony głos Bolka przebijał się przez gwar korytarza, tłocznego w przerwie między zajęciami.

 

„Co z tego, że mają piętra na różnych wysokościach?” – Piętra, o ile się orientuję, z reguły są różnych wysokościach, np. pierwsze jest zdecydowanie niżej niż ósme. ;-)

 

„Paweł czasem czuł się jak młody Harry Potter w Hogwarcie”. – Czy w Hogwarcie bywał także stary Harry Potter? ;-)

 

„Mniejsza, nie potrzebuje wykładu z teologii”. – Literówka.

 

Grunt w tym, że u nas jest Kaśka, Lidka i długo, długo nic”.Problem w tym, że u nas jest Kaśka, Lidka i długo, długo nic.

 

„Jak tu jakąś poderwać?”Jak tu którąś poderwać?

 

„…czy podarte spodnie już w drodze powrotnej z imprezy to pryszcz”. – Domyślam się, że na imprezę podążały całe spodnie. ;-)

Proponuję: …czy spodnie, podarte już w drodze powrotnej z imprezy, to pryszcz.

 

„A nie jest to pogwałcenie jakiś praw?”A nie jest to pogwałcenie jakichś praw?

 

„Ciągle ciurka przez rurkę w przedramieniu”.Ciągle ciurka przez rurkę w przedramieniu.

 

„Dziwny szpital. I do tego obskurny, zaobserwował”. – Raczej: Dziwny szpital. I do tego obskurny, skonstatował.

 

„I niech w końcu przestaną pobierać krew…”I niech w końcu przestaną pobierać krew

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ja też lubię obserwację rzeczywistości, ale można powiedzieć, że skupiam się na czym innym, bardziej na psychice i emocjach, dlatego nie jestem w stanie do końca ocenić tego tekstu, aczkolwiek wydał mi się trochę przegadany. Codzienność nie jest łatwa do oddania, na pozór wydaje się nudna i nieciekawa, ale można ująć ją tak, i dotknąć takich rzeczy, by stała się interesująca. Twoja mnie nie porwała, ale tak jak mówię, to może być wynik moich oczekiwań i odmiennych kryteriów :) 

Tekst potrzebuje szlifu. Po wprowadzeniu uwag regulatorów/rzy? będzie wyglądał znacznie lepiej! 

 

Pozdrawiam :)

Opowieść w klimatach “miejskich legend”, ale konkurs już się zakończył. Brakuje fantastyki, a te długie akapity są nieco przynudnawe. 

I po co to było?

Hm, a jednak nie do końca rozumiem, bo jak to? Zbierała tę krew i za te czekolady wymieniała w punkcie krwiodawstwa? Niby rozumiem, ale jednak nie. Może ze mnie killer point, ale przecież czekolady dają tym, którzy swą krew właśnie oddali dla wzmocnienia, a nie tym, którzy dostarczają ją inaczej – no właśnie, jak?

Dzięki za uwagi, właśnie po to wrzuciłem to opowiadanie tutaj by się dowiedzieć nad czym muszę dalej pracować. Błędy wytknięte przez regulatorów popoprawiam jak najszybciej, to pewne. 

Tak, powtórzenia są celowe, wg Was źle wyszły?

Co do pięter – chodziło o te same piętra w różnych budynkach (pierwsze w jednym i w drugim), które nie zgrywają się ze sobą. Może rzeczywiście trochę kulawo wyszło.

“Błędy” w dialogach – wątpię aby studenci porozumiewali się prywatnie mową inną niż potoczną. Tak więc te zostają.

Młody Harry Potter – a bo to “stary” i doświadczony Harry nie pojawiał się już w Hogwarcie? “czuł się jak Harry Potter podczas swojego pierwszego roku w Hogwarcie” – nie jest to już zbyt wydłużone? Jedno “młody” załatwia chyba sprawę.

Sam nie lubię przydługich akapitów, ale czułem, że nie umiem jeszcze zbudować opowiadania z samych dialogów (nie nie z samych, ale w większej mierze). Na przyszłość spróbuję zrobić to lepiej.

pacia_p – ogólnie “hodowla” ludzi na krew istnieje jak najbardziej na świecie, tylko w krajach w których krwiodawstwo jest płatne. Ponieważ jednak jesteśmy w Polsce, sam oddaję często krew, a koło pani od czekolady przechodzę codziennie przynajmniej po dwa razy to jakoś wpadłem na pomysł połączenia. Co do sposobów przekazywania nielegalnej krwi – nie chciałem rozbudowywać tego wątku, opisywać jak to się dzieje w kilku innych krajach, po prostu uznajmy, że babcia ma układ z RCKiK. Nielegalny bo nielegalny, ale mnóstwo rzeczy na świecie jest nielegalnych.

Co do zarzutu o “mało fantastyki” – owszem, nie ma smoków, statków kosmicznych ani różdżek, ale stara handlarka czekoladą – wampir (prawdziwy, nie taki z zębami) nie jest chyba czymś normalnym, powszechnym i spodziewanym.

Jeszcze raz dziękuję za uwagi i pozdrawiam!

Pomysł widzę jako niezły, ale nie przekonuje mnie mechanizm zdobywania czekolad na handel.

Powtórzenia, gdy ich za wiele w jednym ciągu, sprawiają wrażenie – wybacz, Autorze – pewnej nieudolności w doborze słów, budowania zdań. Ale to kwestia również wprawy, więc można się tego pozbyć.

Nowa Fantastyka