- Opowiadanie: SHADZIOWATY - Za zasłoną

Za zasłoną

Apo­ka­lip­sa z greki to przede wszyst­kim zdję­cie za­sło­ny, ob­ja­wie­nie. Rów­nież me­ta­fo­ra do za­koń­cze­nia ludz­kich losów.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Biblioteka:

dj Jajko

Oceny

Za zasłoną

Kilka żół­to-brą­zo­wych list­ków prze­fru­nę­ło przed błę­ki­tem oczu Fre­zji, dry­fu­jąc bez­wied­nie na je­sien­nym wie­trze. Dziew­czyn­ka owi­nę­ła ko­niu­szek swego cie­niut­kie­go, mio­do­we­go war­ko­cza wokół palca. Unio­sła prawą brew, a może i lewą rów­nież? Było to nie do zi­den­ty­fi­ko­wa­nia z racji dłu­giej grzyw­ki, przy­sła­nia­ją­cej po­ło­wę jej pociągłej twa­rzy.

– Rabz, zwiąż jej szki­ty, mam po­mysł – rzu­ci­ła wład­czym tonem do pu­co­ło­wa­te­go sa­ty­ra sto­ją­ce­go po dru­giej stro­nie za­gaj­ni­ka.

Chło­piec o koź­lich no­gach i dwóch za­krzy­wio­nych ro­gach, kieł­ku­ją­cych z burzy czar­nych loków, skrzy­wił się. Pa­trząc raz na linę, raz na sto­ją­cą na pień­ku białą kózkę, po­krę­cił głową.

Fre­zja w dwóch su­sach skró­ci­ła dy­stans mię­dzy sobą, a kozą ła­piąc ją nie­zdar­nie za nogi. Wy­cią­gnę­ła zwie­rzę przed sie­bie, sy­cząc spo­mię­dzy mlecz­nych zębów.

– Zro­bisz co mówię! Roz­ka­zu­ję ci, zwią­zać tę ohyd­ną, brud­ną be­stię!

Rabz cof­nął się, smy­ra­jąc bujną czu­pry­ną niż­sze ga­łę­zie wszech­obec­nych ja­bło­nek.

– Twoja mama, to zna­czy, Pani Brens, za­bro­ni­ła – za­chli­pał ża­ło­śnie chło­pak – Pani Brens za­bro­ni­ła robić krzyw­dę zwie­rzę­tom.

Blada skóra na twa­rzy Fre­zji przy­bra­ła barwę, któ­rej nie po­wsty­dzi­ła­by się cegła naj­czyst­szej próby.

– Moja matka jest głu­pia! Masz słu­chać mnie! Jak tego nie zro­bisz, to po­wiem mo­je­mu ojcu, że mnie ude­rzy­łeś! Coś wy­my­ślę i ci utną rękę! – krzyk­nę­ła tu­piąc i trzę­sąc kozą, która coraz mniej skłon­na była ko­ope­ro­wać.

Chło­piec wy­trzesz­czył oczy, a broda za­czę­ła mu drżeć. Sa­mot­na kro­pla spa­dła z jego twa­rzy na ko­sma­te ra­ci­ce, hań­bią­ce swoją obec­no­ścią po kró­lew­sku przy­strzy­żo­ną trawę. Chciał wie­rzyć, iż była to kro­pla potu z jego czoła, a nie łza, ale o to, by się nie za­ło­żył.

Fre­zja po­de­szła do niego, wrę­cza­jąc mu kozę i sznu­rek. Po czym zdmuch­nę­ła grzyw­kę z oka, zło­ży­ła ręce na pier­si i kon­ty­nu­owa­ła tu­pa­nie, tym razem jedną stopą i de­li­kat­niej.

Słoń­ce po­wo­li cho­wa­ło się za ko­ro­na­mi ły­sie­ją­cych drzew, rzu­ca­jąc róż­no­kształt­ne cie­nie na po­dłuż­ną po­la­nę.

Fre­zja znu­dzo­na pa­trze­niem na sa­ty­ra po­ty­ka­ją­ce­go się ze zwie­rza­kiem i liną, za­czę­ła ska­kać po cie­niach pa­da­ją­cych na trawę. Sta­ra­jąc się uni­kać miejsc na­sło­necz­nio­nych, ni­czym szcze­lin w ziemi czy stru­mycz­ków lawy. Chi­cho­cząc strą­ci­ła ręką kilka ostat­nich liści z ga­łę­zi, przy oka­zji lekko roz­dzie­ra­jąc spód­nicz­kę o kol­cza­sty krzak.

– Skoń­czy­łeś? Po­spiesz się, mama ka­za­ła dzi­siaj ku­char­kom zro­bić mój ulu­bio­ny sor­bet wi­śnio­wy! – Od­wró­ci­ła się do chłop­ca, uno­sząc brew znad nie­win­ne­go uśmie­chu.

Rabz od­szedł na bok, od­sła­nia­jąc swoje dzie­ło. Fre­zja sko­czy­ła ku niemu, wciąż uni­ka­jąc szcze­lin w pod­ło­żu. Spoj­rza­ła na kozę, pró­bu­ją­cą wy­do­stać się z uwię­zi be­cząc ja­zgo­tli­wie. Uśmiech­nę­ła się, gła­dząc gru­ba­ska po ra­mie­niu.

– A teraz, skrę­cisz jej kark, tak jak słu­żą­cy wy­krę­ca­ją mokre pra­nie. Twoi ro­dzi­ce to słu­żą­cy, na pewno wi­dzia­łeś jak to robią. Wiesz jak to zro­bić, je­steś taki silny – rze­kła spo­koj­nie, zdmu­chu­jąc grzyw­kę i krę­cąc loka.

– Fre­zja, Fre… b… bła… bła­gam, nie. Nie zro­bię tego. – Rabz roz­ło­żył ręce i klęk­nął przed nią.

Dziew­czyn­ka na­dmu­cha­ła po­licz­ki i zła­pa­ła się pod boki.

– A zatem ręka. Tato! Tato! Ta…

– Już do­brze! Aaa! – wrza­snął bez­sil­nie satyr.

Sze­ro­ki uśmiech wy­ło­nił się spod mio­do­wej grzyw­ki, roz­ja­śnia­jąc by­stre oczy dziewczęcia. Wy­ję­ła z kie­sze­ni cu­kier­ka i za­czę­ła go ob­ra­cać w pal­cach.

– Jak się po­spie­szysz, dam ci tego cu­kier­ka, to twój ulu­bio­ny, orze­cho­wy.

Rabz spoj­rzał na Fre­zję z wy­rzu­tem, drżąc, za­ci­snął pię­ści i zbli­żył się do płotu. Ujął kózkę de­li­kat­nie pod szyją i za­czął gła­skać po gło­wie, wzdłuż krę­go­słu­pa. Prze­ra­żo­ne pro­sto­kąt­ne źre­ni­ce wej­rza­ły w głąb jego duszy, a kilka kro­pel, co do któ­rych po­cho­dze­nia już nie miał wąt­pli­wo­ści, znik­nę­ło w jej bia­łej sier­ści.

– Prze­stań się mazać! Zrób to w końcu, nudzi mi się! – Po­now­nie na­chmu­rzy­ła się Fre­zja kła­dąc cu­kie­rek na pniu, z któ­re­go cap­nę­ła nie­szczę­sne zwie­rzę.

Wzię­ła do rąk rąbek spód­nicz­ki, na­chal­nie po­sze­rza­jąc pal­cem dziu­rę. Wsko­czy­ła na pie­niek i pa­trząc na przy­kuc­nię­te­go chłop­ca z góry, syk­nę­ła.

– Zrób to! Teraz!

Rabz gło­śno za­chli­pał, uca­ło­wał kozę w czoło i po­cią­gnął z całej siły. Chrup­nię­cie w środ­ku zwie­rzę­cia, po­de­rwa­ło do lotu chma­rę pta­ków z po­bli­skich drzew. Chło­piec skrzy­wił się i zwy­mio­to­wał na trawę, wciąż gła­dząc śnież­ne futro spo­czy­wa­ją­ce na jego ko­la­nach.

– Brawo! Nie było wcale takie trud­ne, praw­da? – za­py­ta­ła wnie­bo­wzię­ta Fre­zja, rzu­ca­jąc w sku­lo­ne­go sa­ty­ra cu­kier­kiem.

Po­pa­trzy­ła chwi­lę na mar­twą kózkę w ra­mio­nach Rabza, po czym z uśmie­chem na ustach i unie­sio­ną prawą brwią, po­bie­gła w stro­nę domu. Ra­do­śnie uni­ka­jąc plam słoń­ca, za­czę­ła nucić czy­ściut­kim so­pra­nem ulu­bio­ną me­lo­dię.

 

***  

 

Wy­so­ka bu­dow­la, z jed­nej czę­ści po­kry­ta su­chym, brą­zo­wym blusz­czem, gó­ro­wa­ła nad za­gaj­ni­kiem i po­bli­ską staj­nią. Za­pach ko­la­cji uno­sił się w po­wie­trzu, a blask z okien wabił oko­licz­ne ko­ma­ry. Fre­zja za­trzy­ma­ła się na scho­dach i za­czę­ła szczy­pać z całej siły w rękę. Otwo­rzy­ła drzwi i sta­nę­ła w progu z łzami w oczach.

– Fre­zja! Co ci się stało?

– Ja, ja, ja się ba­wi­łam i, i – za­chli­pa­ła dziew­czyn­ka, spusz­cza­jąc głowę.

Ele­ganc­ko odzia­na ko­bie­ta po­de­szła do córki, gła­dząc ją po gło­wie.

– Ko­cha­nie, mo­żesz mi po­wie­dzieć wszyst­ko – Przy­kuc­nę­ła, a ich oczy zna­la­zły się na tej samej wy­so­ko­ści.

Fre­zja wy­cią­gnę­ła przed sie­bie roz­dar­ty rąb spód­nicz­ki i po­ka­za­ła po­wo­li si­nie­ją­ce przed­ra­mię.

– Fre­zja, spójrz na mnie, kto ci to zro­bił, co się stało? – Matka ujęła w smukłymi pal­cami jej brodę, uno­sząc ją.

Dziew­czyn­ka, dła­wiąc się łzami, spoj­rza­ła w oczy mamie i rze­kła:

– To Rabz. Ten ob­le­śny satyr. Ba­wi­łam się, ba­wi­łam się z kózką, a on ści­snął mnie za rękę – Fre­zja wy­cią­gnę­ła rękę jesz­cze bar­dziej przed sie­bie – a potem roz­darł mi spód­ni­cę. Bła, bła, bła­ga­łam go ma­mu­siu, ale on mi za­gro­ził, gro­ził, że mnie po­bi­je i, i.

Oczy ko­bie­ty na­peł­ni­ły się łzami, wy­tar­ła rę­ka­wem swoje po­licz­ki i twarz córki.

– I co? Co jesz­cze zro­bił? – za­py­ta­ła, za­cze­su­jąc smu­kły­mi pal­ca­mi grzyw­kę dziew­czyn­ki za ucho. Od­sła­nia­jąc pra­wie nie­wi­docz­ny róg, wy­ra­sta­ją­cy z jej czoła.

Fre­zja po­trzą­snę­ła głową, po­now­nie na­kry­wa­jąc pół twa­rzy mio­do­wą grzyw­ką i po­cią­gnę­ła gło­śno nosem.

– Kózka. Ta pięk­na, bia­lut­ka kózka, z którą za­wsze się ba­wi­łam. On, on, ma­mu­siu ja go bła­ga­łam, ale on ją zwią­zał, a potem. Chcia­łam uciec, ale kazał mi pa­trzeć, trzy­mał mnie za spód­ni­cę. On ją, on ją zabił ma­mu­siu. Kazał mi pa­trzeć, a ja tak bar­dzo się bałam. – Fre­zja rzu­ci­ła się w ra­mio­na mamy, łka­jąc gło­śno do ucha ko­bie­ty. Czu­jąc mocny uścisk i sły­sząc chli­pa­nie matki, dziew­czyn­ka uśmiech­nę­ła się, uno­sząc prawą brew w ge­ście trium­fu.

Koniec

Komentarze

Kilka pomniejszych błędów (.. zamiast …), za dużo przecinków (np. ale o to, by się nie założył),  uśmiech rozjaśniający bystre oczy grzywki, nachalne poszerzanie dziury, rąb spódniczki.

Czy to opko, które mnie całkiem zaciekawiło, ma jakieś zakończenie? A prawość brwi i unikanie słońca – znaczenie? 

No i czy kozy mają łapy?

Brakuje wielokropków w miejscach, gdzie zwyczajnie muszą się pojawiać. Dwukropków też ze dwa bym dodał…

Koza, która nie chce kooperować. A kto lubi takie traktowanie? ;-)

Pytanie w kwestii zasadniczej: o co w tym chodzi? Tekst sprawia wrażenie niedokończonego, nie spuentowanego; można się tego czy owego domyślać, ale czym innym zakończenia zwane otwartymi, czym innym brak tropów, kierunkujących domysły.

Przerażające.

Z racji przedmowy, przerażające jeszcze bardziej.

 

W przeciwieństwie do moich poprzedników, dostrzegam puentę, ale wcale mi się ona nie podoba.

 

A opowiadanie niezłe.

Pozdrawiam.

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Dzięki za krytykę!

tintin

Prawość brwi :D Dość szybko zaznaczyłem, że nawet jako narrator nie wiem co się dzieje z drugą brwią, gdyż jest ukryta pod grzywką. 

Unikanie słońca, bohaterka ma w sobie coś z socjopaty. A tacy ludzie często cierpią na natręctwa różnego rodzaju, poza tym gdzie się dało pokazywałem, że bohaterka bardzo lubi ,,skakać’’ taki spoiler dla kumatych. (W filmie ,,Lepiej być nie może’’ Nicholson miał podobny problem, tylko z łączeniami płyt chodnikowych) :D

 

AdamKB

Kozy absolutnie nie mają łap, ale robiłem lekki ,,rewrite’’ (podmiana zwierzątek) i nie wszystko wyłapałem. 

Cejrowski kiedyś pokazywał, że tak się właśnie trzyma kozy, za nogi. Także dopóki bohaterka nie zaczęła kózką trząść nie było problemu.

 

Emelkali

Bardzo dziękuję :)

 

Jesteś pisarzem? Mień się najlepszym. Ale nie jesteś nim, póki ja jestem w pobliżu. Masz wątpliwości? To włóż rękawice, sprawdź z czego jesteś ulepiony. Zacznij wymierzać ciosy za to w co wierzysz. Boksuj w klawiaturę, na litość boską!

Kilka żółto-brązowych listków przefrunęło przed błękitem oczu Frezji, dryfując

bezwiednie na jesiennym wietrze.

Dziwnie połamany wiersz, ENTER jakiś?

Rabz, zwiąż jej łapy,

Koza i łapy?

Brew unoszona znad niewinnego uśmiechu zaiste ciężka musiała być, niczym nie kooperująca koza… ;) A potem tylko prawa…

 

 

Hmmm. Być może domyślam się pointy, ale takie krwawe to dziecko, że aż nieprawdopodobne.

 

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Autorze, pobyt na portalu, gdzie w co trzecim opku wampir(zyca) boi się światła słonecznego trochę skrzywił mi spojrzenie. Unikanie deptania po granicach płyt chodnikowych – oczywiście, kojarzę, wiem, że to może być symptom nerwicy natręctw. To słońce mnie jednak zmyliło.

No dobra, wyjaśnione. Nadal jednak nie rozumiem, po co tyle razy podkreślasz, że Frezja uniosła brwi. Jest w tym, jak rozumiem, jakiś zamysł. Ale jaki? I jestem też naprawdę ciekaw, jaką umykającą mi wciąż pointę miałeś na myśli. Trochę zazdroszczę Emelkali i Fiszowi przenikliwości.

Pewnie dobrym tropem jest ta wysoka budowla, ale trop ten wyprowadził mnie tylko na balkon, na fajkę;(

Każdy ma jakieś charakterystyczne gesty, zachowania. Dzięki temu można spersonalizować dowolnego bohatera. Opowiadanie było króciutkie, jednak zdmuchiwanie grzywki, podnoszenie brwi i skakanie po cieniach zapadło ci w pamięć. Kojarzysz dzięki temu postać, jej charakterystyczne zachowania, mimikę. Rabz jest nijaki, bo tego mu brakuje. Ale celowałem w 1000 słów i tylko jednego bohatera nakreśliłem tak, jakbym sobie tego życzył.

Co do pointy, po zakończeniu konkursu mogę zrobić analizę i interpretację. :D Ale póki co, niech każdy kto czyta ma satysfakcję dojścia do własnych wniosków.

Jesteś pisarzem? Mień się najlepszym. Ale nie jesteś nim, póki ja jestem w pobliżu. Masz wątpliwości? To włóż rękawice, sprawdź z czego jesteś ulepiony. Zacznij wymierzać ciosy za to w co wierzysz. Boksuj w klawiaturę, na litość boską!

“Spojrzała na kozę, próbującą wydostać się z uwięzi, becząc jazgotliwie.“ – To brzmi jakby Frezja beczała jazgotliwie, wiesz?

 

Smutne. Nie lubię takich tekstów…

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Dziewczynka, warkoczyk i słoneczko z takim finiszem! Fajnie napisane. Niby niewinnie i słodko, a tu pach i kózki nie ma ;) 

Kózka jak kózka… Przynajmniej nie cierpiała. Satyr dopiero będzie miał przerąbane.

Hmmm. Fajny początek. Ale ciągnął się aż do słowa ‘Koniec’, bo puenty nie odgadłam.

Babska logika rządzi!

Problem z opowiadaniem jest taki, że bez wyjaśnienia na początku znaczenia słowa wywaliłbym to z konkursu i tyle.

Nie wywalę, ale dobrze nie jest bo w ten sposób każde opowiadanie niemal da się podciągnąć pod taką definicję.

Bez tego pozostaje niezły opek o bardzo złej dziewczynce i zero fantastyki (bo fakt postawienia tam satyra i różków jest nędznym pretekstem).

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Chciałem stworzyć coś, co pokaże, że każda rasa, gatunek, zniszczy się  sama. Że dyskryminacja ze względu na kasty społeczne czy czystość krwi jest o wiele gorsza, niż dyskryminacja między rasami. Jako przykład wziąłem satyrów, z racji ich człowieczeństwa, którzy tak właśnie doprowadzili do wyginięcia swojego gatunku. A tytułowa zasłona nie dotyczyła tego, że dziewczynka swoją ,,satyrość’’ zasłaniała grzywką, ale to iż jako pretekst swojego ludzkiego okrucieństwa bierze się zwierzęcość. Nie chciałem skończyć tego opka akapitem uwłaczającym inteligencji czytelników, ale widocznie przesadziłem z głębokością przesłania. 

Troszkę horroru pomieszałem z mitologicznymi stworzeniami, myślałem, że wystarczy. Następnym razem wrzucę czarodzieja i statek kosmiczny. 

Dzięki za komentarz!

Jesteś pisarzem? Mień się najlepszym. Ale nie jesteś nim, póki ja jestem w pobliżu. Masz wątpliwości? To włóż rękawice, sprawdź z czego jesteś ulepiony. Zacznij wymierzać ciosy za to w co wierzysz. Boksuj w klawiaturę, na litość boską!

Na szczęście napisałem, że to niezły opek (co tam, niezły wykon literacki!), więc jestem uratowany przed wyrzutami sumienia :)

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Chyba nie zrozumiałam, bo nie udało mi się pojąć, o co tu chodzi. No i kózki bardzo żal.

 

z racji dłu­giej grzyw­ki, przy­sła­nia­ją­cej po­ło­wę jej smu­kłej twa­rzy. – …z racji dłu­giej grzyw­ki, przy­sła­nia­ją­cej po­ło­wę jej pociągłej twa­rzy.

Sprawdź znaczenie słowa smukły.

 

sy­cząc z po­mię­dzy mlecz­nych zębów. – …sy­cząc spo­mię­dzy mlecz­nych zębów.

 

Od­wró­ci­ła się do chłop­ca, uno­sząc brew znad nie­win­ne­go uśmie­chu. – Co robiła brew nad uśmiechem, czyli mniej więcej pod nosem?

 

Sze­ro­ki uśmiech wy­ło­nił się spod mio­do­wej grzyw­ki, roz­ja­śnia­jąc jej by­stre oczy. – Czy grzywka rzeczywiście miała bystre oczy?

 

– Fre­zja, spójrz na mnie, kto ci to zro­bił, co się stało – Matka… – Brak pytajnika na końcu wypowiedzi.

 

Matka ujęła w po­cią­głych pal­cach jej brodę, uno­sząc ją. – Raczej: Matka ujęła smukłymi pal­cami jej brodę, uno­sząc ją.

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy

Oj, moja droga… Coś ty odkopała :D 

Jesteś pisarzem? Mień się najlepszym. Ale nie jesteś nim, póki ja jestem w pobliżu. Masz wątpliwości? To włóż rękawice, sprawdź z czego jesteś ulepiony. Zacznij wymierzać ciosy za to w co wierzysz. Boksuj w klawiaturę, na litość boską!

Odkopałam Twoje opowiadanie Za zasłoną, z maja 2014 roku. ;-D

By zapobiec kolejnemu szokowi, uprzejmie uprzedzam, że kopanie trwa. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka