- Opowiadanie: Unfall - Zacząć od nowa

Zacząć od nowa

Tak, wiem, teksty konkursowe miały być krótkie. Na swoje usprawiedliwienie napiszę tylko, że i tak okroiłem całość z różnych wątków, przychodzących mi do głowy, przez co poszczególne postacie (zwłaszcza kobiece) są zapewne zbyt słabo zarysowane. Pomysł obliczony był na coś bardziej rozbudowanego w dłuższej perspektywie, ale pojawił się konkurs na temat i zmobilizował mnie do pisania. 

Pragnę oświadczyć, że nie będę protestował, jeśli ten tekst zostanie w konkursie zdyskwalifikowany, ze względu na swoją długość.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Zacząć od nowa

– Oni od­le­cie­li. – Po sło­wach ko­men­dan­ta za­pa­dła gro­bo­wa cisza, choć jesz­cze przed chwi­lą nie­przy­jem­ny dźwięk alar­mu wwier­cał się w nasze uszy, zmu­sza­jąc całą za­ło­gę sta­cji do sta­wie­nia się w sali od­praw. Każdy tra­wił nową in­for­ma­cję na swój spo­sób, a na twa­rzach ma­lo­wał się istny ka­lej­do­skop ludz­kich uczuć, przez ra­dość, cie­ka­wość i nie­do­wie­rza­nie, po zdzi­wie­nie i nie­zro­zu­mie­nie u tych, do któ­rych sens usły­sza­nej frazy jesz­cze nie do­tarł. By unik­nąć la­wi­ny pytań, ko­men­dant Jack­son uru­cho­mił pro­jek­tor. Białą gładź ścia­ny wy­peł­nił obraz Ziemi, jakże różny od tego, który zwy­kli­śmy oglą­dać. Pla­ne­ta przy­po­mi­na­ła ogrom­ny dmu­cha­wiec. Z jej po­wierzch­ni, nie­mal w każ­dym kie­run­ku, uno­si­ły się srebr­ne wrze­cio­na stat­ków, po­zo­sta­wia­jąc za sobą białe smugi. Po chwi­li, niby zdmuch­nię­te przez wszech­mo­gą­ce­go na­sion­ka, ule­cia­ły w jed­nym kie­run­ku i znik­nę­ły w ot­chła­ni ko­smo­su. Tak po pro­stu. Po prze­szło ćwierć wieku. 

Pa­trzy­li­śmy jak za­hip­no­ty­zo­wa­ni. Nikt nie wy­po­wie­dział nawet słowa, jakby w oba­wie, że Oni usły­szą i za­wró­cą. Ostat­nie opary, po­zo­sta­wio­ne przez po­jaz­dy ob­cych, roz­my­ły się na tle błę­kit­ne­go globu. Stało się coś, na co żadne z nas nie miało już na­dziei. Od­le­cie­li.

– Ro­zejdź­cie się do swo­ich kabin – usły­sze­li­śmy głos do­wód­cy. – Zo­staw­my sobie wszy­scy nieco czasu na oswo­je­nie z sy­tu­acją. Jutro o dzie­sią­tej zbie­rze się Rada, a o trzy­na­stej wi­dzi­my się wszy­scy tutaj. Wtedy zde­cy­du­je­my, co dalej.

 

*

 

Nie mo­głem za­snąć. De­li­kat­nie zsu­ną­łem się z łóżka, uwa­ża­jąc, aby nie zbu­dzić żony. Tro­skli­wie otu­li­łem kocem moją uko­cha­ną, na­cią­gną­łem na sie­bie kom­bi­ne­zon i po ci­chut­ku opu­ści­łem ka­bi­nę. Uda­łem się do ob­ser­wa­to­rium, by po­dzi­wiać oj­czy­stą pla­ne­tę.

Wy­glą­da­ła nie­mal tak, jak wtedy, gdy pierw­szy raz uj­rza­łem ją z or­bi­ty. Prze­pięk­ny błę­kit miej­sca­mi osnu­wa­ły ko­ron­ki śnież­no­bia­łych ob­ło­ków. Kon­ty­nen­ty znów zdo­bi­ła zie­leń. Je­dy­nie po za­cie­nio­nej stro­nie bra­ko­wa­ło, wi­docz­nych daw­niej, świa­teł wiel­kich me­tro­po­lii. Ten fakt nie po­zwa­lał cie­szyć się cu­dow­nym wi­do­kiem. – Czy wszy­scy lu­dzie zgi­nę­li? Je­ste­śmy ostat­ni­mi, któ­rzy po­zo­sta­li przy życiu? – Za­pew­ne nie ja jeden za­da­wa­łem sobie te py­ta­nia owej nocy. Umow­nej nocy. Wciąż ży­li­śmy w dwu­dzie­stocz­te­ro­go­dzin­nym cyklu, choć tak na­praw­dę tutaj doba trwa­ła przeszło dwa­dzie­ścia dziewięć ziem­skich dni. 

Po­chy­li­łem się nad mo­ni­to­rem i, po­więk­szyw­szy obraz, za­czą­łem uważ­nie przy­glą­dać się po­wierzch­ni Ziemi. Wpa­try­wa­łem się w skraw­ki lądów o do­brze zna­nych mi kon­tu­rach, jed­nak tak obce. W po­szu­ki­wa­niu śla­dów czło­wie­ka prze­cze­sy­wa­łem, ka­wa­łek po ka­wał­ku, wy­sta­ją­cą ponad szary ho­ry­zont część oświe­tlo­nej pół­ku­li.

 

*

 

Gó­ru­ją­ca nad ko­ro­na­mi drzew, smu­kła syl­wet­ka stat­ku ob­cych na­pa­wa­ła mnie lę­kiem, jed­nak nie mo­głem się po­wstrzy­mać. Ota­cza­ją­ce mnie ze­wsząd głosy po­na­gla­ły – Idź! Po­patrz! Po­dzi­wiaj! – choć byłem prze­ko­na­ny, że moje ciało i bez tego prze­dzie­ra­ło­by się przez gąszcz w kie­run­ku dziw­nej, srebr­nej tulei. Gdy do­tar­łem na miej­sce, ogrom­ny po­jazd wy­giął się w po­ło­wie wy­so­ko­ści i po­chy­lił nade mną. Usły­sza­łem wtedy…

– Nie śpij, bo cię okrad­ną! – Głos roz­ba­wio­ne­go bio­lo­ga wy­rwał mnie ze snu. – Za dzie­sięć minut zbiór­ka w głów­nej sali. Wsta­waj, bo prze­śpisz prze­ło­mo­wy mo­ment w dzie­jach ludz­ko­ści. – Igor za­wsze miał dziw­ne po­czu­cie hu­mo­ru. Na całą znaną nam obec­nie “ludz­kość” skła­da­ło się pięt­na­ście osób, plus jedna w dro­dze.

Na spo­tka­nie do­tar­łem chyba jako ostat­ni, do­kład­nie w mo­men­cie, gdy z ga­bi­ne­tu obok wy­szli człon­ko­wie rady – Ko­men­dant sta­cji Jett Jack­son, głów­ny in­ży­nier Ted Ha­mil­ton i astro­fi­zyk Maria San­chez, moja mał­żon­ka. Po­sła­łem jej ca­łu­sa na po­wi­ta­nie. W od­po­wie­dzi jej twarz przy­ozdo­bił gry­mas, który trud­no by na­zwać uśmie­chem. Była blada jak ścia­na i chyba do­my­śla­łem się przy­czy­ny. Z pią­te­go koła u wozu mia­łem za chwi­lę stać się klu­czo­wą po­sta­cią dla dal­szych dzia­łań.

– To kiedy le­ci­my? – Wy­rwał się Johny. 

– Po­wo­li – Jett fuk­nął na syna. – Jesz­cze nie za­pa­dła de­cy­zja, że w ogóle ktoś gdzie­kol­wiek po­le­ci. Da­rius, co z lą­dow­ni­kiem?

– W po­rząd­ku – od­po­wie­dzia­łem. – Cały czas utrzy­mu­ję go w do­brej kon­dy­cji, bo i nie­wie­le wię­cej mam do ro­bo­ty. Trud­no na­to­miast po­wie­dzieć, w jakim sta­nie jest Orion.

– No chyba nie za­rdze­wiał, nie? – po­now­nie eru­dy­cją po­pi­sał się Johny i pew­nie za­czął­by się śmiać z wła­sne­go dow­ci­pu, gdyby nie su­ro­we spoj­rze­nie do­wód­cy. Swoją drogą cie­ka­we, że mło­kos nie odzie­dzi­czył in­te­li­gen­cji ani po ojcu, ani po matce Ber­cie, na­szym dru­gim bio­lo­gu, od­po­wie­dzial­nym za zdro­wie miesz­kań­ców sta­cji.

– Orion od dwu­dzie­stu sze­ściu lat krąży po or­bi­cie Księ­ży­ca, na­ra­żo­ny na dzia­ła­nie pro­mie­nio­wa­nia ko­smicz­ne­go i ude­rze­nia mi­kro­me­te­ory­tów. Ko­mu­ni­ka­cja z nim dzia­ła po­praw­nie, a sys­te­my dia­gno­stycz­ne nie mel­du­ją awa­rii, ale tak na­praw­dę do­pie­ro na miej­scu bę­dzie można spraw­dzić, w jakim jest sta­nie.

– Co po­stu­lu­je rada? – za­in­te­re­so­wał się Igor.

– Pro­po­nu­je­my wy­sła­nie pię­ciu osób na Zie­mię – od­parł Ted – oczy­wi­ście tylko wtedy, jeśli okaże się to tech­nicz­nie moż­li­we. Uwa­ża­my, że na­le­ża­ło­by wy­słać tam dwie pary i pi­lo­ta.

– Po co się pchać w nie­wia­do­me, skoro tutaj je­ste­śmy sa­mo­wy­star­czal­ni?

– Nie tak do końca, Phil­li­pie – Igor zwró­cił się do za­da­ją­ce­go py­ta­nie fi­zy­ka kwan­to­we­go. Phil­lip Pe­ters­son zaj­mo­wał się ba­da­nia­mi nad eks­pe­ry­men­tal­nym re­ak­to­rem fu­zyj­nym, który od lat do­star­czał nam wszyst­kim ener­gii. – Helu trzy do two­jej za­ba­wecz­ki mamy pod do­stat­kiem, ale z żyw­no­ścią mo­że­my mieć w przy­szło­ści po­waż­ne pro­ble­my.

– No jak to? – nie ukry­wał za­sko­cze­nia Johny. – prze­cież pro­du­ku­jesz mię­sko w tych swo­ich pró­bów­kach.

– Z ko­mó­rek ma­cie­rzy­stych przy­wie­zio­nych z Ziemi. Gdy ich za­brak­nie, przy­mu­so­wo przej­dzie­my na we­ge­ta­ria­nizm. Uszko­dzo­nych lamp na far­mie hy­dro­po­nicz­nej też nie mamy czym za­stą­pić. Na szczę­ście nie pa­da­ją zbyt czę­sto.

– Czyli w przy­szło­ści czeka nas głód? – Za­in­te­re­so­wa­ła się Sara, moja córka.

– W da­le­kiej przy­szło­ści, ale… tak. – Igor, jak rzad­ko kiedy, był śmier­tel­nie po­waż­ny.

Dys­ku­sja trwa­ła jesz­cze wiele go­dzin. Po usta­le­niu ce­lo­wo­ści samej wy­pra­wy, za­czę­to oma­wiać har­mo­no­gram przy­go­to­wań, ale naj­wię­cej emo­cji wzbu­dzi­ło usta­le­nie skła­du eks­pe­dy­cji. Tylko jeden z jej człon­ków był z góry znany. Mu­siał po­le­cieć pilot, a tak się skła­da­ło że byłem nim ja. Wśród zgieł­ku prze­krzy­ku­ją­cych się ludzi pa­trzy­łem w szklą­ce się oczy Marii – mi­ło­ści mego życia. Przez dwa­dzie­ścia sześć lat uczu­cie nas łą­czą­ce nigdy nie przy­ga­sło. Teraz miało nas roz­dzie­lić trzy­sta osiem­dzie­siąt ty­się­cy ki­lo­me­trów pust­ki. Na za­wsze.

 

*

 

Dwa­dzie­ścia sześć lat wcze­śniej, jako młody, ale do­świad­czo­ny już pilot, mia­łem za­szczyt za­wieźć na Księ­życ grupę czte­rech na­ukow­ców. Wśród nich drob­ną i prze­sym­pa­tycz­ną bru­net­kę, am­bit­ną i pie­kiel­nie in­te­li­gent­ną panią astro­fi­zyk. Wszyst­ko szło gład­ko. Od­cze­pi­łem moduł lą­dow­ni­ka od resz­ty Orio­na i roz­po­czę­ło się opa­da­nie na po­wierzch­nię ziem­skie­go sa­te­li­ty. Na mo­ni­to­rach wi­dzia­łem po­łą­czo­ne kon­te­ne­ry, skła­da­ją­ce się na pierw­szą część księ­ży­co­wej bazy, za­ło­żo­nej przed ośmio­ma laty w oko­li­cy po­łu­dnio­we­go bie­gu­na. W wy­żło­bie­niu obok pra­co­wa­ła wiel­ko­for­ma­to­wa dru­kar­ka 3D, przy­po­mi­na­ją­ca nieco wiel­ki dźwig por­to­wy. Spie­ka­jąc ko­lej­ne war­stwy księ­ży­co­we­go pyłu, mo­zol­nie two­rzy­ła na­stęp­ne po­miesz­cze­nia. Te wy­dru­ko­wa­ne przy­kry­wa­ły grube pry­zmy re­go­li­tu, chro­niąc miesz­kań­ców przed pro­mie­nio­wa­niem ko­smicz­nym i izo­lu­jąc od wahań tem­pe­ra­tu­ry.

Po­sa­dzi­łem ma­szy­nę per­fek­cyj­nie, można po­wie­dzieć, co do mi­li­me­tra, czyli w moim przy­pad­ku – jak zwy­kle. Na­stęp­ne­go dnia mia­łem wra­cać na Zie­mię z po­przed­nią zmia­ną ob­sa­dy sta­cji. Chcia­łem się wła­śnie po­ło­żyć w ka­bi­nie dla gości, gdy z ko­ry­ta­rza do­szły moich uszu od­gło­sy ja­kie­goś za­mie­sza­nia. Wy­sze­dłem z po­miesz­cze­nia i po­dą­ży­łem za bie­gną­cy­mi do­kądś po­sta­cia­mi. Przy oka­zji, nie na­wy­kły do tak sła­bej gra­wi­ta­cji, so­lid­nie obi­łem sobie głowę o skle­pie­nie. Obie za­ło­gi sta­cji stło­czy­ły się w jed­nym, nie­wiel­kim po­miesz­cze­niu. Wy­cią­ga­jąc szyję pa­trzy­łem ponad ra­mio­na­mi zgro­ma­dzo­nych na duży ekran, na któ­rym wy­świe­tlo­no obraz Ziemi.

Serca za­mie­ra­ły nam przy każ­dym ko­lej­nym wy­kwi­cie ato­mo­we­go grzy­ba. Na­bie­ga­ją­ce do oczu łzy roz­my­wa­ły obraz. Pa­trzy­li­śmy, jak nasza pla­ne­ta ginie w coraz to no­wych roz­bły­skach, jak ogrom­ne ob­ło­ki pyłu, ni­czym te­atral­na kur­ty­na, stop­nio­wo prze­sła­nia­ją nam nasz świat, byśmy już nigdy nie uj­rze­li go takim samym. Przez na­stęp­ne go­dzi­ny wsłu­chi­wa­li­śmy się w coraz rzad­sze sy­gna­ły ra­dio­we, ale nie dało się z nich wy­wnio­sko­wać, co tak na­praw­dę się stało. Naj­dziw­niej­sze jed­nak przy­szło potem.

Na­stęp­ne­go dnia prze­strzeń wokół nas za­skrzy­ła mi­lio­na­mi błysz­czą­cych obiek­tów. Po­ja­wi­ły się nagle, nie wia­do­mo skąd, po czym oto­czy­ły Zie­mię, ce­lu­jąc w nią ostry­mi koń­ca­mi wrze­cio­no­wa­tych kształ­tów. Tra­ci­li­śmy kon­takt z ko­lej­ny­mi sa­te­li­ta­mi te­le­ko­mu­ni­ka­cyj­ny­mi, które i tak nie były już w sta­nie prze­ka­zać nam ja­kiej­kol­wiek trans­mi­sji z po­wierzch­ni globu. Po kilku go­dzi­nach, jak na ko­men­dę, stat­ki ob­cych ru­szy­ły ze wszyst­kich stron w kie­run­ku pla­ne­ty, nik­nąc w py­ło­wym płasz­czu jej at­mos­fe­ry.

Mi­ja­ły lata. Życie na sta­cji wy­ro­bi­ło sobie wła­sne ko­le­iny i nie przy­pusz­cza­li­śmy, że coś jesz­cze jest w sta­nie nas z nich wy­trą­cić. Pa­nu­ją­cym u schył­ku na­sze­go świa­ta ten­den­cjom dzię­ko­wa­li­śmy za pa­ry­te­ty, dzię­ki któ­rym wśród na­ukow­ców za­miesz­ku­ją­cych Księ­życ zna­la­zły się czte­ry ko­bie­ty. Za­kła­da­li­śmy ro­dzi­ny. Po­ja­wi­ło się ko­lej­ne po­ko­le­nie. Je­dy­nie Phil­lip ska­za­ny był na stan ka­wa­ler­ski, ale on miał swój re­ak­tor, który w ca­ło­ści po­chła­niał jego uwagę.

Po kil­ku­na­stu la­tach pył z at­mos­fe­ry na­szej oj­czy­zny za­czął zni­kać, uka­zu­jąc kon­tu­ry zna­nych nam kon­ty­nen­tów. Jed­nak pla­ne­ta, choć stop­nio­wo po­wra­ca­ły błę­kit i zie­leń, znacz­nie róż­ni­ła się od tej, którą po­zo­sta­wi­li­śmy. Nie mo­gli­śmy od­na­leźć ja­kich­kol­wiek śla­dów na­szej cy­wi­li­za­cji. Znik­nę­ły nawet, wiecz­ne w na­szym prze­ko­na­niu, egip­skie pi­ra­mi­dy. Zresz­tą Sa­ha­ra także znik­nę­ła pod zie­lo­nym dy­wa­nem. Ba­da­nia spek­tro­sko­po­we nie wy­ka­zy­wa­ły śla­dów ra­dio­ak­tyw­no­ści. Jaką tech­no­lo­gią mu­sie­li dys­po­no­wać obcy, skoro w tak krót­kim cza­sie udało im się przy­wró­cić życie na Ziemi? Życie, o któ­rym teraz nic nie wie­dzie­li­śmy. Nigdy nie pod­ję­li­śmy próby na­wią­za­nia z Nimi kon­tak­tu. Nie zna­li­śmy ich za­mia­rów i nie chcie­li­śmy, aby wy­ma­za­no nas tak, jak inne pa­miąt­ki ludz­ko­ści.

 

*

 

War­stwy ke­vla­ru, te­flo­nu i da­cro­nu nie prze­pu­ści­ły ani jed­nej z łez, ob­fi­cie wy­le­wa­nych przez córkę, ucze­pio­ną mo­je­go ska­fan­dra. Ja, choć serce pod­cho­dzi­ło mi do gar­dła, sta­ra­łem się jakoś trzy­mać fason.

– A mama?

– Zo­sta­ła w ka­bi­nie – od­par­łem. – Że­gna­li­śmy się kil­ka­na­ście go­dzin. Tutaj by­ło­by już chyba zbyt trud­no się roz­stać. Dbaj o mo­je­go wnuka – po­wie­dzia­łem, kła­dąc rękę na brzu­chu Sary. Roz­pła­ka­ła się jesz­cze bar­dziej.

– Nie bę­dziesz przy na­ro­dzi­nach. Nigdy go nie zo­ba­czysz.

– Nigdy nie mów „nigdy”. – De­li­kat­nie we­pchną­łem dziew­czy­nę w ramiona zię­cia, po czym lekko za­ci­sną­łem dłoń na jego karku. – Opie­kuj się moimi skar­ba­mi. Na mnie już czas.

Chwi­lę póź­niej sie­dzia­łem już za ste­ra­mi lą­dow­ni­ka. Wszyst­ko spraw­dzo­ne. Po­zo­sta­ło wci­snąć kilka ozdo­bio­nych ko­lo­ro­wy­mi dio­da­mi gu­zi­ków. Po­wró­ci­ła pew­ność sie­bie, wy­ćwi­czo­na w ty­sią­cach go­dzin spę­dzo­nych w sy­mu­la­to­rze i po­par­ta dzie­siąt­ka­mi lotów. Znów byłem tym, kim pra­gną­łem być od dziec­ka. Ze snu­ją­ce­go się po księ­ży­co­wej bazie bez­ro­bot­ne­go na po­wrót sta­łem się astro­nau­tą i, choć przy­szło mi za to słono za­pła­cić, w tym mo­men­cie czu­łem się speł­nio­ny. Od­pią­łem moduł trans­por­to­wy, który słu­żył je­dy­nie do­star­cze­niu sprzę­tu na Księ­życ. Wci­sną­łem „start” i po wielu la­tach znów po­czu­łem za ple­ca­mi po­tęż­ną moc ra­kie­to­wych sil­ni­ków. Choć była ona ni­czym, w po­rów­na­niu do ener­gii uwal­nia­nej w trak­cie star­tu z po­wierzch­ni Ziemi, w tej chwi­li do­star­cza­ła mi nie mniej­szych emo­cji, niż pierw­sza w moim życiu po­dróż w prze­strzeń ko­smicz­ną.

Orion cze­kał na nas tam, gdzie się go spo­dzie­wa­łem. Prze­nie­śli­śmy się z całym ekwi­pun­kiem do głów­ne­go mo­du­łu. Spraw­dzi­łem wszyst­kie sys­te­my, po czym od­rzu­ci­łem bez­u­ży­tecz­ny już lą­dow­nik. Drogi po­wrot­nej nie było. Po­zo­sta­ło mi do­star­czyć czwo­ro dwu­dzie­sto­lat­ków na pla­ne­tę ich przod­ków.

Dow­cip­ku­ją­cy za­zwy­czaj Johny był teraz nad­zwy­czaj ma­ło­mów­ny, co, muszę przy­znać, spra­wia­ło mi sa­tys­fak­cję. Wy­szcze­ka­ny su­kin­kot miał teraz pew­nie pełne gacie. Że też to aku­rat jego po­tom­stwo miało na po­wrót za­sie­dlić Zie­mię. A może to i le­piej. W końcu praw­do­po­dob­nie bę­dzie­my za­czy­nać wszyst­ko od po­cząt­ku, czyli od ma­czu­gi. Współ­czu­łem tylko jego mło­dziut­kiej żonie, Lizie, choć ta skrom­na i cicha dziew­czy­na jak dotąd nie spra­wia­ła wra­że­nia nie­szczę­śli­wej. Drugą parę sta­no­wi­li Dima i Jenny – do­brze zbu­do­wa­ny i po­nad­prze­cięt­nie in­te­li­gent­ny syn Igora, oraz dłu­go­no­ga i blon­d­wło­sa córka Teda. Wy­glą­da­li nieco jak Ken i Bar­bie, ale tego po­rów­na­nia za­pew­ne by nie zro­zu­mie­li.

 

*

 

Trzę­sło jak skur­wy­syn. Za­zwy­czaj nie uży­wam wul­ga­ry­zmów, ale wtedy aku­rat tak trzę­sło i trud­no by mi było zna­leźć lep­sze okre­śle­nie. Za­wsze trzę­sło jak skur­wy­syn pod­czas wcho­dze­nia w ziem­ską at­mos­fe­rę i to się aku­rat nie zmie­ni­ło. Prze­sta­ło do­pie­ro wtedy, gdy ję­zo­ry ognia znik­nę­ły z ilu­mi­na­to­rów. Potem szarp­nię­cie, gdy roz­wi­nę­ły się pierw­sze ze spa­do­chro­nów ha­mu­ją­cych, ko­lej­ne przy na­stęp­nych i wresz­cie wstrząs ozna­cza­ją­cy wo­do­wa­nie. Chcia­łem czym prę­dzej otwo­rzyć właz i na­cie­szyć się wi­do­kiem mor­skich fal, ale nic z tego. Nie mo­głem się ru­szyć. Ożeż w mordę – wie­dzia­łem, że, mimo tre­nin­gów, po tak dłu­gim po­by­cie na Księ­ży­cu ziem­ska gra­wi­ta­cja srogo da mi się we znaki, ale nie są­dzi­łem, że aż tak. Za­czą­łem od pro­ste­go ćwi­cze­nia i, ob­ra­ca­jąc po­wo­li ocię­ża­łą głowę, po­pa­trzy­łem po to­wa­rzy­szach nie­do­li. Mia­łem przed sobą czte­ry zie­lo­ne lu­dzi­ki. Przy­naj­mniej twa­rze mieli zie­lo­ne.

– Czy tutaj za­wsze tak… – wy­stę­kał Johny, co wy­zwo­li­ło we mnie ja­kieś ukry­te po­kła­dy ener­gii. Wsta­łem i otwo­rzy­łem ten cho­ler­ny właz. Owia­ło nas świe­że, mor­skie po­wie­trze.

– Wi­ta­my na Ziemi – szep­ną­łem, wy­sta­wia­jąc twarz na pro­mie­nie słoń­ca, a ich cie­pło zda­wa­ło się pro­mie­nio­wać na całe ciało. Z ką­ci­ków oczu po­cie­kły łzy. Zdją­łem ska­fan­der i z unie­sio­ną do czoła dło­nią spoj­rza­łem w kie­run­ku ho­ry­zon­tu. Be­żo­wa nitka plaży i pas zie­le­ni za nią mu­sia­ły znaj­do­wać się ja­kieś dwa, trzy ki­lo­me­try od nas. Per­fek­cyj­ne lą­do­wa­nie – po­chwa­li­łem sie­bie w my­ślach – w tej skali i wa­run­kach można po­wie­dzieć, że co do mi­li­me­tra, jak zwy­kle. Gdyby się nie cał­kiem udało, li­czy­łem, że prądy mor­skie i tak spro­wa­dzą nas w po­bli­że Flo­ry­dy.

Od­pią­łem od ścia­ny kap­su­ły nie­wiel­ką, po­ma­rań­czo­wą wa­li­zecz­kę i rzu­ci­łem na po­wierzch­nię wody. Po chwi­li spo­rych roz­mia­rów pneu­ma­tycz­na tra­twa była go­to­wa do użyt­ku i za­czę­li­śmy prze­rzu­cać do niej nasz ekwi­pu­nek. Moi pod­opiecz­ni ru­sza­li się jak muchy w smole. Gdy już wszyst­ko i wszy­scy zna­leź­li się w sza­lu­pie, wci­sną­łem mło­dzień­com w dło­nie pro­wi­zo­rycz­ne wio­sła, przy­go­to­wa­ne jesz­cze w bazie.

– No, pa­no­wie, do ro­bo­ty, bo jak nas wiatr znie­sie gdzieś dalej, bę­dzie­my mieli pro­blem.

Chłop­cy bez pro­te­stu za­czę­li wio­sło­wać, a ja po­sta­no­wi­łem po raz ostat­ni po­pa­trzeć na po­zo­sta­ło­ści Orio­na. Moim ser­cem tar­ga­ły sprzecz­ne uczu­cia. Cie­szy­łem się z po­wro­tu na Zie­mię, ale już tę­sk­ni­łem za przy­tul­nym, księ­ży­co­wym azy­lem. Bu­dził się we mnie dawny po­dróż­nik i od­kryw­ca, pod­czas gdy mąż i oj­ciec cier­piał ka­tu­sze. Jesz­cze nie mi­nę­ło pod­nie­ce­nie nie­daw­nym lotem, a już drę­czy­ła mnie myśl, że ten był ostat­nim. Chyba, że uda mi się… Szyb­ko prze­go­ni­łem tę myśl, jakby w oba­wie, że zdra­dzi mnie przed to­wa­rzy­sza­mi.

Słoń­ce za­cho­dzi­ło, gdy do­tar­li­śmy do plaży.

– Mamy roz­ła­do­wać tra­twę? – za­py­tał Dima, a w jego oczach wi­dzia­łem na­dzie­ję na to, że za­prze­czę.

– Nie, wszy­scy je­ste­śmy wy­koń­cze­ni. Wy­cią­gnij­my ją tylko na brzeg. Dziew­czy­ny prze­śpią się w środ­ku, pa­no­wie na ze­wnątrz i zmie­nia­ją się co trzy go­dzi­ny na war­cie. Ja za­czy­nam – do­da­łem, za­bie­ra­jąc pi­sto­let sy­gna­ło­wy i race – naszą je­dy­ną broń palną. Jak dotąd wszyst­ko szło jak po maśle i bałem się, że dobra passa może się skoń­czyć.

 

*

 

– Śnia­da­nie! – za­wo­ła­ła Jenny.

Po­wio­dłem jesz­cze wzro­kiem po lesie, po czym ru­szy­łem w stro­nę pro­wi­zo­rycz­ne­go obo­zo­wi­ska, prze­żu­wać ham­bur­ge­ry z klo­no­wa­nej na sta­cji wo­ło­wi­ny.

– I jak to wy­glą­da? – za­py­tał Dima – jak daw­niej?

– Jak daw­niej… – po­wtó­rzy­łem w za­my­śle­niu. – Daw­niej to tu było Miami, ogrom­na, tęt­nią­ca ży­ciem me­tro­po­lia. Dobra, kończ­my ten pik­nik i ru­szaj­my.

– Dokąd? – Johny wy­glą­dał na zdzi­wio­ne­go.

– Chyba nie my­śla­łeś, że bę­dzie­my się wy­le­gi­wać na plaży? – Jego mina zdra­dza­ła, że chyba jed­nak my­ślał. – To nie wcza­sy. Jak byś słu­chał uważ­nie na od­pra­wie, wie­dział­byś dokąd. Zanim skoń­czą się nam za­pa­sy, mu­si­my zna­leźć miej­sce pod stały obóz, z re­zer­wu­arem słod­kiej wody i ja­kimś źró­dłem żyw­no­ści. Idzie­my na pół­noc­ny za­chód, nad je­zio­ro Oke­echo­bee.

Za­pa­ko­wa­li­śmy do ple­ca­ków na­mio­ty, śpi­wo­ry, skon­den­so­wa­ny pro­wiant i drob­ne wy­po­sa­że­nie. Nie za­bra­li­śmy ani jed­ne­go zbęd­ne­go grama, a i tak mie­li­śmy wra­że­nie, że dźwi­ga­my po­ło­wę wy­po­sa­że­nia na­szej księ­ży­co­wej bazy. Przy ziem­skiej gra­wi­ta­cji nawet nasze wła­sne ciała zda­wa­ły się być nad­mier­nym ba­la­stem. Pod­nio­słem dwa krót­kie wio­sła, odła­ma­łem pla­sti­ko­we pióra i po­da­łem chło­pa­kom alu­mi­nio­we pręty.

– Co mam z tym zro­bić? – za­py­tał Johny.

– W dupę sobie wsadź. – Par­sk­ną­łem.

– Co?

– Po dro­dze mo­że­my na­po­tkać różne zwie­rzę­ta, nie­któ­re duże i nie­bez­piecz­ne. One będą miały kły i pa­zu­ry, a ty?

– To – za­ła­pał i za­mach­nął się me­ta­lo­wym drą­giem.

– Wła­śnie. Do twa­rzy ci.

 

*

 

 Wę­drów­ka przez las nie na­strę­cza­ła trud­no­ści. Młode drze­wa nie zdą­ży­ły jesz­cze po­fał­do­wać pod­ło­ża roz­ro­śnię­ty­mi ko­rze­nia­mi. Bra­ko­wa­ło po­wa­lo­nych pni i spróch­nia­łych kłód. Krze­wy były rzad­ko­ścią, a mchy, trawy i wszech­obec­ne pa­pro­cie nie sta­wia­ły więk­sze­go oporu. Ro­ślin­ność sta­no­wi­ła dziw­ną mie­szan­kę. Mia­łem wra­że­nie, że obcy od­bu­do­wu­ją­cy florę pla­ne­ty uży­wa­li wszel­kich strzę­pów DNA, jakie udało im się zna­leźć i od­ra­to­wać. Na­bie­ra­łem prze­ko­na­nia, że ota­cza­ją­ce nas ro­śli­ny po­cho­dzą z róż­nych kon­ty­nen­tów, a nawet róż­nych okre­sów w dzie­jach Ziemi. Nie bra­ko­wa­ło też za­pew­ne krzy­żó­wek i mu­ta­cji. Tylko po co? W jakim celu za­da­li sobie tyle trudu, a potem opu­ści­li swe dzie­ło? Czyż­by wie­dzie­li o na­szej ma­leń­kiej en­kla­wie i zro­bi­li to dla nas?

Prze­mie­rza­li­śmy nie­wiel­ką po­la­nę, gdy za na­szy­mi ple­ca­mi usły­sze­li­śmy groź­ny po­mruk. Do tej pory wszel­kie zwie­rzę­ta omi­ja­ły nas z da­le­ka, ale tym razem było ina­czej. Zro­bi­li­śmy zwrot o sto osiem­dzie­siąt stop­ni i na­szym oczom uka­zał się wiel­ki kot. Wy­glą­dał jak ogrom­ny ty­grys, ale na jego lśnią­cej, czar­nej sier­ści bra­ko­wa­ło cętek. Zbli­żał się po­wo­li, ale było jasne, że w każ­dej chwi­li jest gotów do ataku. Sta­li­śmy jak spa­ra­li­żo­wa­ni, wpa­trze­ni w jego ogrom­ne, żółte oczy. Po­wo­li wy­ją­łem ra­kiet­ni­cę, wy­ce­lo­wa­łem w głowę zwie­rzę­cia i na­ci­sną­łem spust. Pudło! Prze­ko­na­łem się de­fi­ni­tyw­nie, że ra­kiet sy­gna­ło­wych nie można trak­to­wać jak broni. Po­cisk otarł się o bok dra­pież­ni­ka, do­dat­ko­wo go roz­draż­nia­jąc. Czar­ny ty­grys ru­szył w kie­run­ku sto­ją­ce­go naj­bli­żej, roz­dy­go­ta­ne­go Joh­ne­go. Zanim udało mi się prze­ła­do­wać pi­sto­let, wiel­ki kot ogrom­nym susem spadł na mło­de­go męż­czy­znę. Trzy­ma­na przez niego obu­rącz alu­mi­nio­wa sztan­ga wy­strze­li­ła wprost w roz­war­tą pasz­czę po­two­ra. Dwa ciała upa­dły głu­cho na zie­mię i znie­ru­cho­mia­ły.

Johny miał dużo szczę­ścia wy­cho­dząc z tego bez szwan­ku, choć muszę przy­znać,  że za­cho­wał się bar­dzo przy­tom­nie. Nadal trząsł się, gdy wy­cią­gnę­li­śmy go spod ciel­ska ko­cu­ra, któ­re­mu me­ta­lo­wy pręt prze­bił pod­sta­wę czasz­ki. Obie­ca­łem sobie wtedy nie stro­ić wię­cej żar­tów z tego mło­dzień­ca.

 

*

 

Gó­ru­ją­ca nad ko­ro­na­mi drzew, smu­kła syl­wet­ka stat­ku ob­cych na­pa­wa­ła mnie lę­kiem, jed­nak nie mo­głem się po­wstrzy­mać. Mu­sia­łem tam pójść i po­pa­trzeć. Spraw­dzić, dla­cze­go to jedno srebr­ne wrze­cio­no nadal tu tkwi­ło.

– Stój! – wrza­snął Dima. – Ty su­kin­sy­nu! Wie­dzia­łeś, że Oni tu są! Spe­cjal­nie przy­pro­wa­dzi­łeś nas w to miej­sce!

– Po­słu­chaj…

– Wie­dzia­łeś?

– Co się dzie­je? – spy­ta­ła jedna z dziew­cząt, które wraz z Joh­nym wła­śnie nas do­go­ni­ły.

– Spójrz­cie, gdzie ten skur­wy­syn nas przy­pro­wa­dził! – wrza­snął Dima, wska­zu­jąc wi­docz­ny ponad lasem po­jazd. – Wie­dzia­łeś?

– Tak. – Nie było sensu kła­mać. – Od­kry­łem to miej­sce ob­ser­wu­jąc Zie­mię ze sta­cji. Po­my­śl­cie. Z mi­lio­nów stat­ków po­zo­stał jeden. Może jest uszko­dzo­ny i mu­sie­li go po­rzu­cić? Albo po­zo­sta­li w nim straż­ni­cy, cze­ka­ją­cy tu na no­wych ko­lo­ni­stów? Po co za­da­wa­li sobie tyle trudu? Dla kogo przy­go­to­wa­li to wszyst­ko. Dla­cze­go od­le­cie­li? Od­po­wie­dzi na te py­ta­nia cze­ka­ją tam.

– Nie przy­le­cie­li­śmy po od­po­wie­dzi – wy­ce­dził przez zęby syn bio­lo­ga. – Mie­li­śmy tu za­cząć nowe życie. Oszu­ka­łeś nas i wy­ko­rzy­sta­łeś.

– To wy mie­li­ście za­cząć nowe życie, nie ja. Moje życie zo­sta­ło tam, na Księ­ży­cu i nikt nie pytał mnie, czy chcę je po­rzu­cić.

– Uspo­kój­cie się – wtrą­cił się Johny – ni­cze­go już nie zmie­ni­my. Da­rius, co za­mie­rza­łeś zro­bić?

– Do­trzeć do stat­ku, a potem dzia­łać za­leż­nie od sy­tu­acji. Może uda się z nimi po­ro­zu­mieć, albo ja­kimś cudem prze­jąć sta­tek. Jeśli jest opusz­czo­ny, mo­gli­by­śmy spró­bo­wać go uru­cho­mić i spro­wa­dzić tu resz­tę, albo choć­by na­wią­zać kon­takt z bazą.

– Pie­przo­ny ko­smo­nau­ta. Tylko la­ta­nie mu w gło­wie. – Dima naj­wy­raź­niej po­wo­li się uspo­ka­jał.

– Jak chcesz uru­cho­mić po­jazd ob­cych, skoro nic nie wiesz o ich tech­nice? – za­py­ta­ła cicho Liza.

– Me­to­dą prób i błę­dów? – od­par­łem bar­dziej niż za­py­ta­łem. – Mam czas. Po­pa­trz­cie na tego ko­lo­sa. Nawet jeśli jest uszko­dzo­ny, może są w nim mniej­sze po­jaz­dy. Prze­pra­szam was. Dalej pójdę sam.

– Po­cze­kaj, idę z tobą – rzekł Johny, cał­ko­wi­cie mnie za­ska­ku­jąc. – Dima, zo­stań z dziew­czy­na­mi. Jeśli nie wró­ci­my do jutra, albo za­uwa­żysz coś nie­po­ko­ją­ce­go, odejdź­cie stąd jak naj­da­lej.

 

*

 

Po­sta­no­wi­li­śmy z Joh­nym, że obej­dzie­my obiekt w pew­nej od­le­gło­ści, uważ­nie go ob­ser­wu­jąc. Za­czy­na­łem chło­pa­ka lubić, o co bym się wcze­śniej nie po­są­dzał. Naj­wy­raź­niej pobyt na Ziemi do­brze mu słu­żył. Wy­do­ro­ślał.

Gdy uj­rze­li­śmy ich pierw­szy raz, byłem pe­wien, że to tylko zwie­rzę­ta. Z da­le­ka łu­dzą­co przy­po­mi­na­li kan­gu­ry, a po ob­ser­wa­cjach miej­sco­wej flory, ich widok poza Au­stra­lią nie dzi­wił. Jed­nak mieli zbyt duże głowy, zdol­ne po­mie­ścić przy­zwo­itych roz­mia­rów mózgi. Górne koń­czy­ny też były zbyt dłu­gie i ma­syw­ne, do­dat­ko­wo za­opa­trzo­ne w chwyt­ne dło­nie. Po­de­szli­śmy nieco bli­żej, kry­jąc się w pa­pro­ciach. Dwa osob­ni­ki dys­ku­to­wa­ły w obcym ję­zy­ku, in­ten­syw­nie ge­sty­ku­lu­jąc. Za­sta­na­wia­li­śmy się chwi­lę, co zro­bić – wyjść z ukry­cia i pró­bo­wać na­wią­zać kon­takt, czy za­kraść się od tyłu i od razu walić prę­ta­mi po łbach. Wy­gra­ła opcja pierw­sza, choć nie­wiel­ką prze­wa­gą. Te dwie isto­ty nie wy­glą­da­ły na uzbro­jo­ne, ale co my mo­gli­śmy wie­dzieć o ich wy­po­sa­że­niu. Pod­cho­dzi­li­śmy po­wo­li. Za­uwa­ży­li nas z da­le­ka, od­wró­ci­li się w naszą stro­nę i cze­ka­li w bez­ru­chu, uważ­nie się przy­glą­da­jąc. Sta­nę­li­śmy kil­ka­na­ście kro­ków od nich.

– Pro­szę, pro­szę. Kogo my tu mamy? – usły­sza­łem bez­po­śred­nio w mojej gło­wie. Spoj­rza­łem na Joh­nie­go i już wie­dzia­łem, że on też usły­szał. Te­le­pa­tia. No do­brze, przy­naj­mniej nie bę­dzie pro­ble­mu z ba­rie­rą ję­zy­ko­wą.

– Wi­ta­my – za­czą­łem, nie bar­dzo wie­dząc jak. – Nie mamy złych za­mia­rów.

– Tak? A te pręty we­tknię­te z tyłu za pa­skiem to co? Pre­zen­ty?

– Mó­wi­łem, żeby zo­sta­wić je w krza­kach – szep­nął mój to­wa­rzysz.

– To… tylko tak na wszel­ki wy­pa­dek – plą­ta­łem się w ze­zna­niach, wyj­mu­jąc drąg zza ple­ców i upusz­cza­jąc na zie­mię. Johny po­szedł w moje ślady. – Nie wie­dzie­li­śmy, czego się spo­dzie­wać.

– Lu­dzie… Nigdy nie mo­gli­śmy was zro­zu­mieć. Gdzie wy­ście się ucho­wa­li? Może od­wró­ci­li­by­ście się w moją stro­nę, gdy ze mną rozmawiacie?

Ostat­nie zda­nie po­dzia­ła­ło na nas jak piesz­czo­ta wy­so­kim na­pię­ciem. Bły­ska­wicz­nie się od­wró­ci­li­śmy. Przed nami stał Szary. Taki sam, ja­kich wi­dy­wa­łem w daw­nych cza­sach na ry­sun­kach sza­lo­nych ufo­lo­gów. Chwi­lę trwa­ło, zanim znów mo­głem się ode­zwać.

– Aaa… kim są oni? – za­py­ta­łem nie­pew­nie, wska­zu­jąc na kan­gu­ro­wa­te stwo­rze­nia.

– Można po­wie­dzieć, że no­wy­mi Ada­mem i Ewą. Ta pla­ne­ta na­le­ży teraz do nich.

– Jak to? A co z nami?

– Wy mie­li­ście już swoją szan­sę.

 

Koniec

Komentarze

Aaa! Kropka w tytule!

; )

I po co to było?

Ale wtopa! 8(

A ta jaka: “Krzewy były żadkością, a mchy, trawy i wszechobecne paprocie nie stawiały większego oporu.” !!! :D

Przyjdzie zapaść się pod ziemię. 

Przed chwilą wcięło mi obszerny komentarz. Napiszę tylko, że dla mnie to opowiadanie jest opowiadaniem niewykorzystanych szans, i za mało psychologii. Poza tym bardzo dobre. Wpiszę się jeszcze raz jutro albo pojutrze. Pozdrowienia.

“Na całą znaną nam obecnie “ludzkość” składało się piętnaście osób, plus jedno w drodze.“ – rozumiem, że dziecko to “jedno”, ale ten rodzaj zgrzyta mi o żeńską “osobę”.

“Jak chcesz uruchomić pojazd obcych, skoro nie znasz ich technologii“ – nie jestem pewien, czy nie pomyliłeś “technologii” z “techniką”.

“Dwa osobniki dyskutowały w dziwnym języku“ – przymiotnik “dziwny” pachnie mi tu nieprzemyślaną kliszą językową, jak z książki dla młodszych dzieci.

Ostatnie zastrzeżenie: opowiadanie wydaje mi się zbyt długie.

Poza tym, jak zwykle pochwaliłeś się (bardziej niż) dobrym rzemiosłem, słuchem językowym, itd itp. Co ja Ci będę kadził, Unfallu:)

Jak Ty to robisz, że tak szybko piszesz takie długie opowiadania? 

Ustawię sobie do kolejki. Mam wrażenie, że niektórzy tu szybciej piszą niż ja czytam. :)

Syf.ie, Prokris – dzięki za wyłapanie baboli, choć to gorzkie pigułki były. 

Ryszardzie – masz rację. To był pomysł na coś bardziej rozbudowanego i niepotrzebnie dałem się skusić ogłoszonym konkursem. Z drugiej strony nic nie stoi na przeszkodzie, abym w przyszłości tekst dopracował/przebudował/rozbudował/napisał od nowa. Możliwe, że w komentarzach pojawią się cenne wskazówki, które mi jeszcze w tym pomogą.

Tintinie – dzięki za wychwycenie niezręczności – chętnie skorzystałem.

Ocho – DJ wstrzelił mi się z konkursem w pomysł, który powstał nieco wcześniej. Może jednak trzeba było się powstrzymać i napisać tekst bez presji czasowej i ograniczania się. 

Bardzo dziękuję za komentarze.

Przyznam, że kreacja głównego bohatera wydała mi się dość niewiarygodna – w tym aspekcie, że najpierw piszesz, jak bardzo kocha swoją żonę, a potem zdaje się porzucać ją i córkę absolutnie bez żalu i bez emocji. Poza tym dlaczego nie mogła polecieć z nim?

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Joseheim – dzięki za komentarz.

Zacznę od tego, dlaczego córka nie mogła lecieć z ojcem – była w ciąży i byłoby to dość ryzykowne (wpływ przeciążeń i promieniowania kosmicznego). Poza tym przestrzeń statku kosmicznego jest ograniczona, wybrano więc wariant (dwie młode pary) optymalny do próby ponownego skolonizowania planety.

Teraz wiarygodność bohatera – starałem się przedstawić człowieka rozdartego, muszącego wybierać między rodziną, a pasją swego życia. Wybrał tę drugą, bo na stacji czuł się niepotrzebny, a dodatkowo miał nadzieję (związaną z odkryciem pozostawionego statku obcych), że rodzinę uda mu się w przyszłości odzyskać. Widać nie wyszło najlepiej, skoro Cię to nie przekonało. Być może ten aspekt należałoby bardziej rozbudować, ale nie chciałem jeszcze bardziej rozdymać opowiadania, skoro w konkursie miały brać udział szorty. Poza tym przeniosłoby to środek ciężkości w fabule na ten właśnie aspekt.

Rzuciło mi się w oczy “o rzesz w mordę”. Kiedy Darius pchnął córkę “w objęcia zięcia”, jakoś tak sobie pomyślałem, że “ramiona” byłyby lepsze. Generalnie nie uważam, żeby przypadkowe rymy były wykroczeniem, ale w szczególnych sytuacjach… no, trochę rażą.

Czytało mi się dobrze. Jasne, że Twoją ideę dało się rozbudować, zawsze można rozwinąć postaci, dodać kolejne przeszkody i dramaty. Ale jest milion pomysłów z podobnym lub większym potencjałem, a Ty, Unfallu, raczej nie masz problemów z wpadaniem na pomysły :-) W tym przypadku wybrałeś prostą ścieżkę, dopasowaną do konkursu. I OK. Opowiadanie mnie nie zawiodło, bo nie oczekiwałem specjalnych fajerwerków, tylko po prostu rozwiązania zagadki.

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

zmieniają się co 3 godziny na warcie.

zmieniają się co trzy godziny na warcie?

 

A mnie się podobało, o :) Można z tego pomysłu zrobić powieść? Można. Więc może kiedyś Unfall zrobi. Jak na dziś, po prostu przyjemne opowiadanie, dobrze napisane :)

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Moim zdaniem opowiadanie jest tak długie, jak być powinno. ( Ja bym nawet skrócił marginalizując relacje rodzinne, ale to ja i psychologii nie umiem za bardzo pisać. :P). Nie nudzi i jak zwykle u Ufnalla, jest sprawnie i rzeczowo napisane. Tylko jakoś ten “szary” mnie rozczarował. Spodziewałem się jakiegoś skrzyżowania mątwy z malakserem, a tu klops! :)

Jakiś błyskotliwy tekst z internetów.

Unfallu, jeżeli mogę coś doradzić, to powinieneś nieco zmodyfikować skład atmosfery Ziemi po katakliźmie – na przykład wzbogacić ją w większą składową tlenu. Wtedy obcy będą bardziej prawdopodobni, a jednocześnie przybyli z Księżyca astronauci będą żwawiej się ruszać. Ponadto takie dane jak odległość Księżyca od Ziemi, czy z czego zrobione są powłoki kosmicznego skafandra, są niepotrzebne i tylko zaśmiecają narrację. Pamiętaj również że na księżycu nie ma problemu z energią – panele słoneczne, nagrzany grunt po naświetlonej stronie. Podobno woda też jest. Ogromne wirówki mogą zapewnić na Księżycu większe, niż naturalne ciążenie tak, że przylot na Ziemię, do jej grawitacji nie będzie takim problemem. Te małe zmiany uwiarygodniłyby opowiadanie. Pozdrowienia.

Po odnalezieniu ortografa przez Prokris sprawdziłem jeszcze raz całość i byłem przekonany, że już nic kompromitującego się nie znajdzie. A tu proszę – trzy błędy w jednym, czteroliterowym (w poprawnej pisowni) wyrazie. Zwrotu, jeśli używam, to raczej w mowie i pewnie stąd brak wiedzy, jak go zapisać, ale to nie jest usprawiedliwienie. Jeszcze liczebnik zapisany cyfrą – jak pisałem o Helu-3 to się zastanawiałem, i mimo że w tym przypadku to nazwa i mogła zostać cyfra, zapisałem słownie. A poniżej taki kwiatek.

Jerohu – dzięki, także za uściślenie czasu trwania Księżycowej doby.

PsychoFishu – Tobie również dziękuję za wyłapanie babola i miłe słowa.

Zalth – Wybór Szarego był też swojego rodzaju skrótem. Dzięki niemu nie tylko nie musiałem opisywać obcej rasy, ale też tłumaczyć ich znajomości naszej, sposobu, w jaki nas obserwowali, ani tłumaczyć, skąd się nagle wzięli.

Ryszardzie – pierwotnie miałem zamiar manipulować składem atmosfery i obdarzyć moich bohaterów (no choćby jednego) objawami hiperoksji. Później ten wątek padł ofiarą skracania. Co do podawania niektórych informacji – masz rację. Chciałem uwiarygodnić opowiadanie i umiejscowić akcję w niedalekiej przyszłości podając znane już teraz osiągnięcia techniki (stąd też Orion), ale z danymi przesadziłem. Woda jest – stąd umiejscowienie bazy w pobliżu południowego bieguna. Wirówki – nie wiem, czy pozostawieni samym sobie mieszkańcy księżycowej bazy byliby w stanie je sobie skonstruować przy dostępnych im środkach, a wcześniej nie było takiej potrzeby (zmieniali się, zanim nie doszło do kataklizmu). Poza tym nie mieli już nadziei na powrót.

Jeszcze kilka słów wyjaśnienia, jeśli chodzi o rozbudowanie historii do większej formy. Zgadzam się, że ten konkretny fragment fabularny ze swoją puentą nie powinien być dłuższy i dodawanie kolejnych perypetii mija się z celem. Pomysłem na dłuższą formę miały być późniejsze zdarzenia (poznawanie nowej Ziemi, budowanie relacji z powstałą rasą, walka o przetrwanie, konflikt z Szarymi), a to opowiadanie byłoby jedynie początkiem całej historii. W dodatku, gdy nie musiałbym sprowadzać tego fragmentu do zamkniętej formy, mógłbym część informacji przenieść do innych, a kilka wątków rozbudować.

Dziękuję za poświęcony czas i komentarze.

Pozdrawiam.

Bierz się za powieść Robercie. Pozdrawiam

Oźeź w mordę – nie wiem, co znaczy oźeź, ale bardzo mi się to słówko podoba. ;)

To co, w takich warunkach też chłopcy będą stać na warcie, a dziewczynki przygotowywać śniadanie? ;)

 

Bardzo mi się podobało, przeczytałam jednym tchem, wyjaśnienie zagadki jest świetne. Nie uważam, żeby opowiadanie było za długie. Początkowo też sobie pomyślałam, dlaczego nie wziął swojej rodziny, no ale po chwili zastanowienia to się jednak staje oczywiste.

 

Brak głosów do biblioteki?! Być nie może.

Widzisz Ocho – w tych nerwach i zażenowaniu to nawet poprawić mi się nie udało.

Wielkie dzięki za miłe słowa.

Kiedy inne teksty przestaną spychać to opowiadanie w miejscu i czasie? Ale kiedyś dobiorę się do niego…

Unfallu, bardzo fajny tekst. Najbardziej mi się spodobała drukarka 3D na Księżycu. :-)

Babska logika rządzi!

Finklo, poszperaj w sieci – gdzieś niedawno widziałem artykuł, w którym całkiem na serio ktoś wspomina o rozważaniu takiej możliwości – bo łatwiej i taniej będzie posłać drukarkę i coś do syntetyzowania budulca niż wystrzeliwać w kosmos materiały budowlane na bazę księżycową… ;-) Bardzo dobry smaczek, swoją drogą.

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Nie twierdziłam, że to niemożliwe. Drukara spodobała mi się właśnie jako smaczek.

Babska logika rządzi!

Dzięki Finklo. Starałem się iść trochę w kierunku Hard-SF i uwiarygodnić historię obecnymi planami (baza na księżycu, Orion) i nowinkami technicznymi.

 

A co do samych drukarek 3D – oglądałem też gdzieś materiał, gdzie była mowa o wysyłaniu (Księżyc albo Mars) drukarek zamiast zestawu narzędzi, które można potem wydrukować w zależności od tego, które będą potrzebne. Łatwiej wysłać dane, niż konkretne przedmioty, a klucz francuski, czy wkrętak nie są aż tak skomplikowane, by nie można ich było wydrukować z twardych tworzyw sztucznych. 

Ok, na wstępie muszę zaznaczyć, że nie jestem fanką S-F kosmicznego i ufoludkowego. Lubię pokrętne wizje przyszłości, ale statki i stacje kosmiczne, zielone stworki oraz pciuł-pciuł guny – nie moja rzecz. Dlatego nie mogę się wypowiedzieć fachowo odnośnie logiki całego założenia zawartego w tym opku. Po prostu intuicyjnie odniosłam wrażenie, że jest średnio wiarygodne. Nie tylko od strony technicznej, ale też psychologicznej. Cztery osoby do odbudowania całego gatunku? Plus podjęcie ryzyka wysłania tam ludzi natychmiast skoro mieli jeszcze czas – w końcu ryzykowali utratę 1/3 swojej społeczności na zawsze.

I domyśliłam się zakończenia w momencie kiedy zaznaczyłeś, że obcy bez widocznego powodu odlecieli. Jakoś tak było to czuć…

Ale! Chcę zaznaczyć, Unfallu, oceniam cię tutaj jak osobę, której opowiadanie miałabym przeczytać w gazecie. Pod względem warsztatu jesteś bardzo dobry, nie kojarzę by czyjeś opka czytało mi się równie płynnie, co twoje. Więc wykonanie na 5, tylko pomysł jakoś mi do gustu nie przypadł…

Tylko nie "Tęcza"!

Tenszo – bardzo Ci dziękuję za opinię i zwrócenie uwagi na mój tekst. Zawsze bardzo mnie cieszą komentarze osób, które przeczytały, choć tematyka im nie odpowiada. Świadczą one o tym, że moje teksty są w miarę strawne nie tylko dla fanów konkretnego gatunku, czy tematu. Dlatego też zawsze cieszyły mnie wizyty Joseheim, całkiem częste i nie wynikające jedynie z dyżurów loży (sprawdziłem kiedyś) mimo że koleżanka wie, jakiej tematyki może się po mnie spodziewać i że to nie będą Jej klimaty.

Co do wiarygodności – od strony technicznej starałem się przykładać do niej dużą wagę i pisanie poprzedził całkiem konkretny (choć czasu wiele nie było) “research”. Od strony psychologicznej – cóż, tutaj chyba większość z nas polega na własnym doświadczeniu życiowym i intuicji, więc nie jest łatwo.

Dlaczego cztery osoby? Bo tyle ma mieścić (Pierwotnie 6 , ale potem dostępną przestrzeń w projekcie zmniejszono, więc założyłem 5) Orion, który swój pierwszy lot załogowy ma odbyć w 2021 roku. Tak więc moi bohaterowie mogli wysłać z pilotem dwie pary, albo nie wysyłać wcale. Dlaczego polecieli natychmiast? Nigdzie nie napisałem że natychmiast, ale rzeczywiście może to sprawiać takie wrażenie. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko jeszcze to, że moich bohaterów, zamiast w pciuł-guny, wyposażyłem w metalowe drągi, których obecność łatwiej wytłumaczyć, o detalach ich funkcjonowania nie wspominając. 

Jeszcze raz dziękuję, wszystkim komentującym.

Pozdrawiam.

Twoje teksty są jak najbardziej strawne ;) Już kilka przeczytałam, wiem co mówię. Ale starszych, to komentarzy juz nie pisałam.

Tylko nie "Tęcza"!

Przyjemne i delikatne, fajnie napisane, może bez szaleństw ale na plus.

"Przychodzę tu od lat, obserwować cud gwiazdki nad kolejnym opowiadaniem. W tym roku przyprowadziłam dzieci.” – Gość Poniedziałków, 07.10.2066

Bardzo mi się podobało. Może nie zapomniałam wysiąść z tramwaju, ale tylko dlatego, że okroiłeś wątki i tekst wyszedł wcale krótki :). Chętnie przeczytałabym wersję rozszerzoną.

Pozdrawiam

:)

Wyślij tekst do Silmarisa! --> literatura[at]silmaris.pl

Wielkie dzięki Marianno. Didżejowi zaś podziękowałem już w wątku konkursowym.

Niestety, mam wrażenie, jakby autor sklecił to w konkursie pisania na czas, na kolanie. Albo chciał stworzyć epopeję, ale ograniczały go ramy konkursowe. W efekcie wyszła historia niewiarygodna i bez jaj. Skoro nagle obcy odlatują, to chcę widzieć reakcje prawdziwie zszokowanych tym ludzi – ściskają się, imprezują, mdleją, kochają się (seks grupowy byłby dobry), czy cokolwiek innego, ale nie “dobra, idźcie i czekajcie grzecznie w swoich kabinach, nie ma już na co patrzeć”. I oni idą i czekają. A zebranie Rady? Po ćwierć wieku zachowali zhierarchizowaną strukturę w tak małym gronie? Raczej tworzyliby wielką rodzinę (z wyjątkiem tego gościa, co szczęśliwie zakochał się w maszynce). Każdy powinien mieć swoją wizję tego, co robić. Niech się przekrzykują, kłócą, pobiją. Niech się coś dzieje. A tu wygląda to tak, jakby od dwóch lat wiedzieli co zrobią w wypadku odzyskania Ziemi. Scena walki z futrzakiem (którą bohater niezawodnie wcześniej przewidział) wątła jak zdrowie gruźlika, a tu takie pole do popisu. A skoro bohaterowie zostali zrobieni w konia, to niech naprawdę się wkurzą, zbuntują, dadzą pilotowi w ryj (niepotrzebne skreślić). I tak scena po scenie, wszystko do poprawki. Właściwie wygląda to jak szkic.

Oj, panie Unfall, a przecież wiem, że umiesz pisać. Z przykrością kreślę słowa krytyki, ale głaskanie po główce wcale nie musi wychodzić na dobre.

No taak…

Za łatwo, za szybko, za prosto. Rozumiem, że tak się stało z powodu wspomnianego przez Ciebie “okrajania” tekstu. Rozumiem, ale to nie znaczy, żebym akceptował, niestety. Pierwszy raz (chyba pierwszy?) krytykuję Ciebie totalnie i mam nadzieje, że ostatni. Czy warto było, aby tylko jako tako w limitach konkursowych się pomieścić?

 

Tfurco, Adamie – bardzo Wam dziękuję za komentarze. Rzeczowa krytyka zawsze mile widziana. Wasze uwagi biorę sobie do serca, a że macie obaj rację, to i nie mam z czym dyskutować.

Jednego muszę się jeszcze nauczyć – cierpliwości. Nawet, jeśli do głowy przyszedł pomysł pasujący do ogłoszonego konkursu, to nie powinienem publikować tekstu, którego nie dopracowałem w takim stopniu, na jaki mnie stać. Przez szacunek dla czytelnika. Pośpiech bardzo odbija się na jakości.

Dzięki i pozdrawiam.

No proszę. A mnie się wydaje, że czasem jestem zbyt krytyczna, na tyle nawet, że wychwalanych opowiadań – zdarza się –  wolę nie komentować. A ten tekst podobał mi się niemal bez zastrzeżeń. No tak, dłuższy mógłby być, ale większość opowiadań wolałabym w dłuższej wersji. :)

Ocho, jeśli o moje teksty chodzi, nie oszczędzaj ich. Oczywiście miło jest przeczytać pochwałę, ale jeśli coś z jakimś moim opkiem jest nie tak, to, zamiast żyć w błogiej nieświadomości, wolałbym się o tym dowiedzieć i mieć szansę przemyśleć, poprawić, czy choćby przedyskutować.

Nie, w przypadku Twoich tekstów, które niemal zawsze czytam, piszę co myślę. Nawet, jeśli mam być w mojej opinii tak osamotniona jak przy "Sparowanych". :)

Interesujący pomysł z próbą powtórnej kolonizacji.

Widzę, że wykorzystałeś teorię głoszoną m.in. przez Dänikena, iż to kosmici położyli podwaliny pod rozwój cywilizacyjny Ziemi. Być może warto byłoby pomyśleć nad rozwinięciem tej koncepcji, ale rozumiem, że w konkursie preferowano teksty krótkie.

Puenta bardzo mi się spodobała, troszkę to humorystyczne, a troszkę smutne… :-) 

Domku – dziękuję za miły komentarz. Na von Dänikenie się wychowałem, dzięki mojemu ojcu, który, jeśli nie mógł smarkacza zainteresować teoriami z książek bez obrazków, podsuwał mu odpowiednie komiksy.

Opowiadanie bardzo mi się spodobało. Jestem zaskoczony, że tak dobrze napisany tekst nie znalazł się w ścisłej konkursowej czołówce.

Niektórzy twierdzą, że niepotrzebnie się pospieszyłeś – i może trochę racji mają, ale moje subiektywne zdanie jest nieco inne. Krótsza wersja nie skreśliła dłuższej. Rozwinięcie tego, co tutaj napisałeś, plus dalsze historie to coś, co przeczytałbym z dużą przyjemnością.

Od publikacji opka trochę czasu minęło, dlatego zapytam z ciekawości: nadal myślisz o dłuższej formie czy zdecydowałeś sie postawić na coś innego?

Dzięki Perruxie.

Pisanie długich form to mój cel w bliżej niesprecyzowanej przyszłości, a opowiadania traktuję jako świetną możliwość do nauki, eksperymenty z formą, badanie reakcji czytelnika, ale też zapisywanie, czy wręcz zaklepywanie pomysłów na przyszłość. Jest przynajmniej kilka, do których chciałbym powrócić, ze “Sparowanymi” na czele. Jest też kilka rozgrzebanych, bądź zapisanych w postaci skrótów.

W tej chwili muszę jeszcze uporządkować parę spraw w życiu. Potem, mam nadzieję, powoli będę się mógł zabrać w wolnym czasie za pisanie.

Unfallu, dołączam do grupy czytelników bardzo usatysfakcjonowanych, ale ponieważ jednocześnie czuję spory niedosyt, pozwalam sobie wyrazić nadzieję, że trwają prace nad znacznie rozszerzoną, doskonalszą i jeszcze bardziej zajmującą wersją tego pomysłu. ;-)

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Fajne! Podobało mi się :)

Znam tylko pięć liter ;)

Regulatorzy, Anet – bardzo dziękuję za komentarze.

Obecnie “trwają prace nad…” elektryfikacją kilku afrykańskich wiosek. Prace na tyle intensywne, że trzeba było pisanie odłożyć na pewien czas. Ale nie odpuszczę, tylko zanim zabiorę się za długie formy (jest kilka pomysłów, starych i nowych), najpierw znów spróbuję “się rozpisać” w krótszych. W każdym razie doświadczenia zbierane przy obecnym projekcie są bezcenne i mam nadzieję, że wpłyną też w przyszłości na to co piszę.

Kiedyś opisałem nasz projekt w dziale publicystyki. Tam była mowa o pierwszym prototypowym kontenerze. Ten pierwszy już działa, i poza dostarczaniem prądu ludziom, nam dostarcza ogromnych ilości informacji. Teraz, mądrzejsi o te doświadczenia budujemy kolejny, który już będzie właściwą wersją produkcyjną. Mamy sfinansowane też dwa następne, a z inwestorami rozmawiamy o sfinansowaniu kilkudziesięciu (rozmowy na finiszu). Jednocześnie kilkadziesiąt wiosek w Mali już czeka w kolejce, a od zapytań z całej Afryki zapychają nam się skrzynki pocztowe. Jest fajnie :)

A do pisania wrócę, i to pewnie niebawem.

Pozdrawiam

Unfallu, rozumiem, że w projekt, o którym opowiedziałeś chyba rok temu, jesteś zaangażowany całym Unfallem i teraz nie pisanie Ci w głowie.

Bardzo się cieszę, że Wasze zamierzenia są skutecznie realizowane i niosą ze sobą mnóstwo pożytku. Chwała Wam za to i wielkie gratulacje!

A skoro obiecujesz, że do wrócisz do tworzenia, jestem przekonana, że przyjdzie czas, kiedy napiszesz wszystko, co zamierzasz, a także to, o czym jeszcze nie wiesz, że znajdzie się w Twoich planach. ;-)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka