- Opowiadanie: Jafieli - Defensokracja - czyli o Kreacji Defensornej

Defensokracja - czyli o Kreacji Defensornej

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Defensokracja - czyli o Kreacji Defensornej

Na zewnątrz kwitła chłodna, wczesna wiosna. Ptaki świergotały wielogłosem, a obciążone zielonymi pąkami gałęzie trzeszczały cicho w przykościelnych ogrodach, na których skraju znajdowała się karczma Subinfernum.

Słysząc zamieszanie na zewnątrz, gospodyni wzięła głęboki oddech i otarła przedramieniem spocone czoło. Z niepokojem spojrzała na stojący w kącie sali zegar.

– Berni – zawołała cicho, rozglądając się.

Chłopak zjawił się przed nią błyskawicznie, jakby nie robił nic innego, tylko czaił się za rogiem, czekając na wezwanie. Gospodyni zadowolona skinęła głową.

– Weź te dwie beczki wina, co to na dole stały i wylej je gdzieś wieczorem, bo się ocet zrobił. Wieczorem – podkreśliła, widząc jak Berni zbiera się do odejścia. – Teraz masz tu dwa srebrzaki. Biegnij na jednej nodze do księdza Luciana. Do księdza, nie do proboszcza. Z proboszczem się jeszcze policzę – mruknęła jakby do siebie i ciągnęła dalej – już ja takie pismo do Trybunału Praw Mieszczańskich wystosuję, że go z powrotem na wieś odeślą, skąd przyszedł. W każdym razie – wróciła do tematu – ksiądz niech zapomni na choćby godzinkę…

Drzwi karczmy otworzyły się z hukiem, a skąpany w promieniach słońca próg przekroczył wysoki, chudy mężczyzna, ubrany bardzo lekko, jak na tę porę roku. Za sobą ciągnął masywny kufer na kółkach.

– Przepraszam za drzwi – rzucił na wejściu z rozpoznawalnym, kornamskim akcentem.

Drewniane skrzydło z nieregularnym odciskiem podeszwy kołysało się smętnie.

– Nic nie szkodzi – mruknęła kwaśno gospodyni. – Berni… – chciała dokończyć instrukcje, jednak chłopaka już nie było.

Za tym wysokim, szarpiąc się z własnymi kuframi, do izby weszły jeszcze dwie osoby.

 

***

 

Odkąd tylko przekroczyli próg znajdującego się na poddaszu apartamentu, w duszy Aberalda rozbrzmiewało tysiąc bijących na alarm dzwonów. Gospodyni była zbyt cierpliwa – zauważył, to raz. Wnętrze za przestronne i modnie urządzone, chociaż z wyraźnymi śladami pospiesznych przeróbek – dwa, a cena – kusząca, czyli podejrzanie niska – wyliczał w myślach, dyskretnie rozglądając się po kątach i zakamarkach w poszukiwaniu czegoś, co potwierdziłoby jego podejrzenia.

Wiosna w Viifernum stanowiła początek sezonu targowego, który trwał nieprzerwanie aż do pierwszych mrozów. Do miasta zjeżdżali się bogaci kupcy i potencjalni, równie zamożni nabywcy, a ponadto rzemieślnicy, pracownicy sezonowi i cała rzesza usługodawców, od czyścibutów po wędrownych aktorów. Cała ta zgraja zajmowała zwykle każdą wolną deskę w noclegowniach i wszystkie dostępne pokoje, więc okazja wynajęcia całego apartamentu w znajdującej się blisko centrum miasta karczmie Subinfernum, po skalkulowaniu ceny wydawała się Aberaldowi zbyt piękna, żeby nie tkwił w niej haczyk.

Jego przyjaciel i współwłaściciel spółki Defensokracja czyli Kreacja Defensorna ADiK, Dalebor, zauważył konsternację towarzysza i zwlekał z podpisaniem umowy najmu, zadając ogromną ilość potrzebnych jak i całkiem zbędnych pytań.

Gospodyni odpowiadała na wszystkie.

– A olej do lamp? – indagował dalej szpakowaty mężczyzna w okularach z cienką, grawerowaną oprawką i kamizelce nałożonej na bogato zdobioną koszulę. W przeciwieństwie do towarzysza, zdjął podróżny płaszcz zaraz po przekroczeniu progu i okrycie leżało teraz przerzucone przez oparcie krzesła. – Jak rozumiem, jest wliczony w cenę? – Skrzywił się z niesmakiem i zmarszczył brwi. – Potrzebujemy do pracy dużo światła, a tutaj widzę tylko pięć lamp. To zdecydowanie zbyt mało.

Koprzywa, trzecia ze spółki, która korzystając dotąd z nieuwagi towarzyszy, zdążyła niepostrzeżenie zwiedzić dostępne w apartamencie pokoje, zaczęła po cichu przemieszczać swój kufer w stronę tego, w którym odkryła największe i najwygodniejsze łóżko.

– Tak, tak, olej i więcej lamp, oczywiście dostarczę… – westchnęła kobieta.

W końcu nawet Daleborowi zabrakło pytań i spojrzał pytająco na wspólnika.

– Bierzemy – potwierdził niechętnie Aberald i przysiągłby, że dostrzegł cień ulgi, który przemknął przez twarz gospodyni. – Kiedy są serwowane te obiady?

– Niebawem, za trochę ponad godzinę – odpowiedziała pospiesznie, podsuwając Daleborowi drewnianą tabliczkę z przypiętą do niej kartką i wbudowanym kałamarzem. – Proszę tu podpisać.

Dalebor przebiegł wzrokiem standardowy, zatwierdzony w całym kraju wzór umowy najmu, jednak nie znalazł w nim żadnych kruczków, haczyków ani innych karczmarskich podstępów. Przed nim, na drewnianej tabliczce leżał po prostu sumiennie przepisany wzór dokumentu. Zamoczył pióro w kałamarzu, nakreślił swoje imię i po chwili ponownie zanurzył końcówkę w atramencie. Nie spiesząc się przeniósł ją nad kartkę.

Pierwsze uderzenie dzwonu zlało się z głuchym łoskotem upadającego na ziemię kufra, który przewrócił się, gwałtownie wypuszczony z rąk przez zaskoczoną Koprzywę. Aberald utkwił zszokowany wzrok w gospodyni, a Dalebor zamarł z piórem nad arkuszem pergaminu, zostawiając na nim dużego kleksa w miejscu nazwiska. Dzwon tymczasem brzmiał dalej, głębokim spiżowym tonem, zdawałoby się tuż nad ich głowami. Musiał być prawdziwą dumą tutejszej parafii i proboszcza, bo nawet dzwony w stolicy Kornamu w trakcie ubiegłorocznej koronacji nie grzmiały tak donośnie, majestatycznie i niemiłosiernie głośno.

Koprzywa, nadal nieco oszołomiona schyliła się, żeby podnieść kufer, a Aberald groźnie zmrużył oczy widząc na wpół podpisany dokument w rękach wspólnika.

– Umowa obowiązuje – zastrzegła gospodyni z pewnym niepokojem popatrując to na jednego, to na drugiego z mężczyzn. – W wypadku wcześniejszego odstąpienia kaucja jest bezzwrotna a kara…

– Być może… – przerwał jej Dalebor, a jego mina nie wróżyła nic dobrego. – Ale tutaj widnieje tylko imię…

– To wystarczy. – Gospodyni próbowała zabrać deseczkę, jednak ta ani drgnęła w mocnym uścisku mężczyzny.

– Pierwszej instancji nie przeczę… – Ciemne oczy świdrowały kobietę zmuszając ją do odwrócenia wzroku. – Ale ja, będąc prawnikiem, wiem, jak będzie to wyglądało w drugiej…

– Po co od razu sądami straszyć… – zaperzyła się kobieta, blednąc lekko. – Kulturalni ludzie zawsze przecież potrafią się dogadać. A w ogóle to są państwo pierwszymi klientami w sezonie i myślę, że może mogłabym zejść nieco z ceny… – Widać tę opcję miała już wcześniej przygotowaną. – Oczywiście w granicach rozsądku – dodała.

Kiedy zażarte, regularnie przerywane biciem dzwonu negocjacje dobiegły końca, cena spadła o okrągłe dwadzieścia procent, a gospodyni w końcu zostawiła ich samych. Aberald uważnie spojrzał na wspólnika i zapytał cicho, rozsiadając się na jednym z rozstawionych wokół stołu, obitych miękkim pluszem krzeseł.

– Jak wyglądałaby sprawa w drugiej instancji niedoszły prawniku?

– Nie lepiej niż w pierwszej – odpowiedział beztrosko Dalebor podnosząc płaszcz i rozglądając się za miejscem, gdzie mógłby go bezpiecznie rozwiesić. – Ale widzisz, zawsze ci powtarzałem, że pierwszy rok opłaca się przeżyć na każdym kierunku.

Koprzywa przewróciła oczami i razem z kufrem zniknęła za drzwiami wybranego wcześniej pokoju.

 

***

 

– Pięć metrów! – wykrzyknął z niekłamanym podziwem Aberald, do stojącej obok i notującej pomiary Koprzywy.

– Aha. – Kobieta zapisała i odwróciła się, słysząc ruch za plecami. – O! – zawołała spostrzegłszy, jak zasapany, niski i pulchny strażnik miejski z trudem przeciska się pod linami rozciągniętymi wokół wyłomu i gruzowiska.

Na drewnianych tabliczkach dyndały ostrzeżenia: „nie wchodzić”, „teren niebezpieczny”, a także „Rada Miasta nie ponosi odpowiedzialności za uszczerbki na zdrowiu i życiu powstałe w wyniku złamania powyższych i inne… ” – runy zmniejszały się z każdym kolejnym słowem, aż w końcu stawały się całkiem nieczytelne.

– Miał pan opowiedzieć nam, jak to wszystko się stało! – przypomniała strażnikowi Koprzywa, wskazując wokół.

– Nie za dobrze się bawisz? – spytał szorstko Dalebor, prostując się znad badanego muru i spoglądając krytycznie na przybysza.

Koprzywa zignorowała wspólnika, odezwał się za to strażnik.

– No miałem, ale tak lecieliście, że ani nadążyć nie mogłem, a co dopiero mówić – stwierdził z wyrzutem, wspinając się na gruzowisko. – A co się stało? No, Rada zarządziła powszechny i obowiązkowy test gotowości obronnej miasta. Tośmy testowali. W manewrach brali udział wszyscy zdolni do noszenia broni, a ja powiedziałbym, że sporo niezdolnych też się przypałętało – sapał, z trudem pnąc się w górę. – Wszystko szło dobrze. Dopóki nie okazało się, że jeden ze składów prochu nie został należycie zabezpieczony.

– I nie zabezpieczyliście go, jak już się okazało? – zdziwił się Aberald, zwijając taśmę mierniczą i podchodząc do fragmentu muru, który zajmował dotąd uwagę Dalebora.

– A jak już dupnęło, przepraszam panią, pani Koprzywo za wyrażenie, to co było zabezpieczać? Ot, nieszczęśliwy wypadek.

Cała trójka rozejrzała się wokół podziwiając skutki nieszczęśliwego wypadku, dzięki któremu dostali kontrakt w bardzo szczęśliwym dla nich czasie. Te spośród kamieni, które wciąż jeszcze tkwiły w murze, były nierówne, pokruszone i pełne dalszych pęknięć tak, że trzymały się razem chyba tylko siłą przyzwyczajenia. Pozostałe tworzyły malownicze zwałowisko odłamków, żwiru i większych, zlepionych bloków skalnych tam, gdzie część zaprawy jakimś cudem przetrwała wybuch. Dalebor wzruszył ramionami i wrócił do oględzin muru.

– To trzeba będzie odkuć, jak się zacznie to już poleci – zawyrokował niechętnie Aberald, pochylając się obok przyjaciela. – Dalej ostrożniej. Na moje oko jeszcze z dwa metry się wgryzie, a potem trzeba zobaczyć. Pęknięcia mogą iść głębiej.

Dalebor skinął głową, badając krytycznie jeden z wystających kamieni. Zaprawa pozostawiała brudno-brunatny nalot na jego palcach.

– Nie tyle rozbiórka mnie martwi, co ekipa rozbierająca – westchnął niechętnie.

– Luboradz i jego ludzie sobie ze wszystkim poradzą – wymamrotała pod nosem Koprzywa, dodając własne notatki i spostrzeżenia do pomiarów Aberalda.

– I to jest właśnie to, co mnie w nich martwi. – Dalebor wyprostował się i uważnie, w świetle słońca, przyjrzał się pozostałościom na dłoniach. – Ostatnio, gdybyś nie interweniowała w porę, przy przeróbce baszty poradziliby sobie doszczętnie z całym murem. Od bramy do bramy. – Potarł końcówki palców i polizał je. – Czym oni to kleili?! – zawołał, wznosząc oczy.

– Zaprawą – dobiegł ich spokojny głos z dołu.

Trzymający za uzdę objuczonego osiołka, podstarzały mężczyzna w zakurzonym, podróżnym płaszczu od dobrych kilku minut stał na samym dole gruzowiska, jeszcze przed ostrzegawczymi linami. Najpierw, próbował chrząkać, potem, kiedy to nie skutkowało i nieco już zachrypł, zdecydował się włączyć do rozmowy.

– Jak dwa plus dwa, ale pytanie, do stu dzwonów, jaką, bo mnie to niczego normalnego nie przypomina… – sarknął nieprzychylnie Dalebor, spoglądając w kierunku nieznajomego.

– Jeszcze mu dzwonów mało… – westchnęła Koprzywa, ale tak cicho, że żaden ze wspólników nie dosłyszał.

– Magiczną – odpowiedział bez zająknięcia staruszek. – Co panowie powinni przecież wiedzieć najlepiej, jeśli mnie oczy nie mylą. Mości Aberald i Dalebor jak dobrze mniemam. I pani Koprzywa?

– Dobrze mości mniemasz. – Aberald uprzedził odpowiedź poirytowanego wspólnika. – Z kim mamy przyjemność?

– Chociemir Krak, naczelny historyk OOSPO – odpowiedział mężczyzna, kłaniając się lekko i płytko, chyba bardziej ze względu na ból pleców niż brak manier.

Aberald i Dalebor milczeli wyczekująco.

– Organizacji do spraw Odnowy i Odbudowy Strategicznych Pozycji Obronnych – wyjaśnił cierpliwie. – Na wniosek burmistrza współfinansujemy odbudowę muru ze środków państwowych. Moim zadaniem jest nadzorować, żeby wszystkie prace przebiegały zgodnie z protokołem…

– Jakie nadzorować? – Tym razem zirytował się Aberald. – Mamy ważne Licencje Inżynierów Defensornych, oficjalnie i zgodnie z protokołem wygraliśmy przetarg na odbudowę tego fragmentu, jak to dumnie brzmi, struktury obronnej i strategicznej pozycji. W związku z tym nie potrzebujemy i nie życzymy sobie żadnego nadzoru i…

Dalebor już od jakiegoś czasu posykiwał nerwowo, próbując uciszyć przyjaciela.

– Rekonstrukcję – powiedział spokojnie staruszek, wytrącając Aberalda ze słowotoku, którym zresztą zupełnie się nie zraził. – To znaczy owszem, odbudowę, ale zgodną historycznie, materiałowo i technicznie ze sposobem w jaki mur był pierwotnie budowany przez naszych przodków. Na kontrakcie…

Aberald zdusił w sobie komentarz, że jego przodkowie z całą pewnością tak nie budowali i ogólnie sobie wyprasza. Dalebor plasnął się otwartą dłonią w czoło.

– Rekonstrukcja – wymamrotał gdzieś w przestrzeń. – A mówiłem, żeby spojrzeć do załącznika, co to piekielne słowo według nich znaczy…

– Załącznik miał więcej stron niż słownik powszechny – podpowiedziała Koprzywa, ale jakoś bez przekonania.

Na dole historyk przyglądał się im ze spokojnym uśmiechem.

– Byłbym zobowiązany, jakby mości panowie, i pani oczywiście, zechcieli zejść – powiedział łagodnie. – Przywiozłem parę dokumentów, które wymagają niezwłocznego podpisu…

Mości panowie i pani ewidentnie nie życzyli sobie nigdzie schodzić, ale nie mieli specjalnego wyboru.

 

***

 

Brzytwa ślizgała się po namydlonym gardle Dalebora.

– Magiczna zaprawa! – Koprzywa chodziła w kółko po małym pomieszczeniu, które stanowiło pracownię balwierza i w jego własnym mniemaniu, warsztat artystyczny. – Już ja widzę maga zakasującego rękawy nad stertą jaj i padliny!

– Może i byś zobaczyła, ale najpierw trzeba by znaleźć maga defensornego, który nie ruszył na południe, gdzie jest robota – mruknął Aberald.

Dalebor milczał. Balwierz czynił swoją sztukę, jednym uchem przysłuchując się, nie do końca zrozumiałej rozmowie.

– A do tego pianie koguta! – kontynuowała kobieta.

– Luboradzowi już dopłaciliśmy i jakoś pogodził się z zabawą w rannego ptaszka – przypomniał pojednawczo Aberald. – Bloki wapienia, z tego co mówiłaś, przyjadą za dwa dni, razem z certyfikatem historycznej obróbki KJP 9001, ale martwi mnie ta zaprawa. Mówisz – nikt tego nie ma? Zupełnie? Aż taki rarytas?

– Jest jeden taki co mógłby nam dostarczyć kilkanaście beczek. Mag nawet, faktycznie. Ale pierwsza partia przyszłaby dopiero za trzy miesiące. – Kobieta z westchnieniem klapnęła na stołek. – Kwartał. A my musimy za miesiąc skończyć mur, nie zacząć za trzy. A jeszcze odzyskać wadium i stawić się w Merkuri z licencjami obronionymi na kolejne trzy lata, jeśli nie chcemy zaplątać sobie pętli na szyi. Burmistrz swoją drogą, podpytałam dyskretnie, był przekonany, że mamy tę zaprawę przygotowaną i dlatego pchamy się do przetargu… Wiecie, że nikt inny nawet nie startował?! Rozpisywali go już trzy razy na ten sam kawałek!

– Dawno nas tu nie było… – Smętnie pokiwał głową Aberald, a Dalebor mruknął twierdząco, za co balwierz obrzucił go złym spojrzeniem.

Chociemir Krak traktował swoje zadanie poważnie i kiedy mówił o nadzorze, był całkowicie dosłowny. Jeszcze tego samego dnia, po tym jak zdybał inżynierów defensornych na szczycie gruzowiska struktury obronnej, wprowadził się do Subinfernum dzieląc z nimi wynajęty apartament. Co prawda jego diety na delegację pokrywały część kosztów, co w normalnej sytuacji wpływałoby kojąco na nerwy Aberalda, jednak jedynym miejscem, w którym ich nie nadzorował był, nie przymierzając, wychodek.

W ciągu minionego tygodnia naczelny historyk OOSPO dopilnował, żeby nade wszystko ceniący nowoczesność Dalebor, nie przemycił do projektu odbudowy ani jednej, malutkiej innowacji, a Aberald zwymiarował wszystko starą metodą, której używania zaniechano z górą dwieście lat temu i której Luboradz całkiem nie mógł odczytać. W efekcie powstały dwa plany – jeden oficjalny do archiwum i jeden na użytek ekipy budującej, przemycony przez Koprzywę pod spódnicą i dostarczony wprost do rąk własnych Luboradza, kiedy Chociemir zajęty był tępieniem twórczych pomysłów Dalebora.

Rozbiórka muru szła piorunem. Wszystkie dokumenty, podpisane i obłożone odpowiednimi pieczęciami historyk wysłał już do stolicy i pozostawała już tylko kwestia zaprawy. Na to jednak Chociemir także miał dla nich rozwiązanie.

– Czyli zostaje opcja z rytuałem – zauważyła Koprzywa, spoglądając znacząco na Dalebora.

– Wy chyba nie mówicie poważnie!? To całkowicie, totalnie nierealne – nastroszył się mężczyzna, wycierając szorstkim ręcznikiem ogoloną twarz. – To nie zabawa, to…

– Nudzisz. – Kobieta wydęła policzki. – Studiowałeś te Urokogadki i Czarotrafię jakąś tam czy nie?!

– Urokomowy i czarografię stosowaną – poprawił ją automatycznie – przez rok!

– No to prosty rytuał przeprowadzisz, sam mówiłeś, rok zawsze się opłaca! Ot co! Chociemir twierdzi, że wszystko jest krok po kroku opisane, łopatologicznie znaczy. Musi tylko zgromadzić materiały. Przeczytasz, zrozumiesz… I mamy historycznie magiczną zaprawę!

– A ta magiczna zaprawa to lepiej klei? – wtrącił się balwierz wycierając ręce.

– Nie, ale…

– A mocniej trzyma? – kontynuował, nie dając inżynierowi dokończyć.

– Nie…

– A mniej jej trzeba?

– Nie. Magia sezonuje ją szybciej, a przy okazji zmienia jej kolor. Efekt uboczny powstający w wyniku… – cierpliwie próbował wyjaśnić Dalebor.

– To kogo obchodzi, czy magiczna, czy nie. Ma kleić – przerwał mu mężczyzna odrzucając ręcznik.

Aberald już otworzył usta, ale zamknął je z głuchym kłapnięciem.

– I pewnie klei – odpowiedział zniechęcony Dalebor. – A nawet jeśli nie, to zobowiązaliśmy się do historycznej rekonstrukcji muru, na wszystkich dokumentach są nasze podpisy… Jeśli sprawa się sypnie, w najlepszym wypadku tracimy wadium, w gorszym wadium i licencje, w najgorszym…

– Wasza sprawa – stwierdził ugodowo balwierz. – Będzie srebrzak, normalnie golę bez widowni. Stresowałem się.

 

***

 

Kiedy Koprzywa weszła do największego z pokoi, które obejmował ich apartament, powitał ją jedynie uniesiony kubek z parującą kawą i pobłażliwy uśmiech siedzącego pod ścianą Chociemira.

Pośrodku pomieszczenia, na dwóch złączonych stołach i przyniesionej z dołu karczmy ławie piętrzyły się sterty dokumentów. Pożółkłe, nadgryzione zębem czasu, moli i szczurów, traktaty, księgi i pamiętniki z czasów budowy viiferniańskiego muru. Pomiędzy tym wszystkim Aberald i Dalebor sumiennie tworzyli własne stosy notatek i szkiców, komunikując się od czasu do czasu niezrozumiałymi dla kobiety monosylabami i ignorując resztę świata. Spostrzegli jej obecność dopiero, kiedy przechyliła się przez ramię Dalebora, z bliska podziwiając wyjątkowo, nawet jak na niego, dokładny rysunek piętnastu świec otaczających pokaźną, drewnianą kadź. To, że wszystkie liczby podano z dokładnością do trzeciego miejsca po przecinku bezbłędnie powiedziało Koprzywie, jak zdenerwowany jest jej wspólnik. Nazwałaby to stanem przedzawałowym stabilnym.

– To się może udać – zawyrokował z przekonaniem Aberald, odkładając pióro.

– To nie będzie takie proste – wymamrotał Dalebor zdejmując okulary i przecierając zaczerwienione od kurzu oczy. – Nawet jeśli przeprowadzić wszystko idealnie wciąż istnieje ryzyko…

– Więc przynajmniej jeden problem mamy z głowy? – spytała Koprzywa, krytycznym okiem oceniając wysokość piętrzącej się przed Daleborem sterty świeżo zapisanego pergaminu i porównując ją z o wiele niższą kupką przed Aberaldem.

– To będzie bardzo trudne i z całą pewnością niebezpieczne, jeśli pomylimy chociaż jeden ogonek w najmniejszej runie, kilka milimetrów w…

– Mamy robotę w Merkuri – przerwał mu Aberald – a tam faktycznie odbudowanie fortecy na granicy, kiedy stary król stoi jedną nogą w mauzoleum i wojna wisi na przysłowiowym włosku, może być i bardzo trudne i niebezpieczne, dlatego im wcześniej zaczniemy, tym wcześniej skończymy i zbierzemy manatki. Z całą pewnością jest to o wiele bardziej ryzykowne niż renowacja wysadzonego w czasie ćwiczeń fragmentu muru obronnego pośrodku spokojnego państwa. I potencjalny zysk jest również ciut wyższy. Więc weź się w garść i jutro zabieramy się do czarowania zaprawy. A poza tym przy magicznym zatykaniu uszu na noc też każesz jakieś cyrografy podpisywać, a nic się nikomu jeszcze nie stało. Swoją drogą… Dawno coś nie słyszałem dzwonu. Proboszczowi sznur się urwał czy częściowo ogłuchłem? A może wyciszyłeś nam ściany jakimś sprytnym zaklęciem? – zapytał z nadzieją.

– Kiedy? – Dalebor spojrzał wymownie na wspólnika. – Siedzę tutaj od rana i odciskam sobie mój potencjalnie zagrożony w Merkuri tyłek. Widziałeś, żebym majstrował coś przy ścianach?

– To ja – zakomunikowała Koprzywa, uśmiechając się promiennie. – Ja moi drodzy nie bawiłam się w półśrodki i wątpliwe magiczne rytuały. Poszłam wprost do źródła!

– Ukradłaś dzwon?

– Porwałaś proboszcza?

Zapytali jednocześnie i z wyraźną nadzieją Aberald i Dalebor.

– I to mówią ludzie podobno wykształceni – westchnęła Koprzywa, przysiadając na skraju zawalonego papierami stołu. – Proboszcz też człowiek, da się z nim rozmawiać. Nawet nie musiałam wytaczać ciężkich argumentów a już był skłonny zafundować nam parę dni, ba nawet ze trzy tygodnie ciszy.

– Doprawdy? – zapytał podejrzliwie Aberald, bezbłędnie węsząc, gdzie będzie pies pogrzebany. – Co mu obiecałaś?

– A nic wielkiego. – Kobieta wzruszyła ramionami, wzięła jedną z niezapisanych jeszcze kartek i pieczołowicie ułożyła ją przed Daleborem. – Widzicie, proboszcz strasznie narzekał na ciasnotę i zacofanie, tutaj, w mieście. Porozmawialiśmy więc jak dwoje ludzi ze wsi, jak by to było miło i w ogóle fajnie gdyby mój wspólnik zrobił mu profesjonalny projekt rozbudowy zakrystii. I to nie byle jaki. Proboszcz chciałby mieć własną łazienkę i ogólnie jest szalenie zainteresowany tą całą nową modą…

– Być może byłby zainteresowany także automatycznym oświetleniem na gaz… – ożywił się wyraźnie Dalebor.

Koprzywa niemal widziała, jak przed oczami wspólnika przelatują setki opcji, układów, możliwych do zastosowania elementów i materiałów.

– Aha – mruknęła przyglądając się, jak ręka inżyniera prawie bez udziału woli sięga po rozłożone na stole przyrządy kreślarskie.

– Ale najpierw zaprawa – stwierdził kategorycznie Aberald łapiąc wspólnika za nadgarstek i tym samym sprowadzając na ziemię.

 

***

– Na latami nieskalanej promieniami słońca ziemi… – mamrotał pod nosem Dalebor, trenując nieodzowne w rytualne zaklęcie i sprawdzając z miarką odległość pomiędzy dwiema świecami. – Trochę w prawo – mruknął do przykucniętego obok Aberalda – teraz w lewo… Jak to szło dalej?

– Pośrodku mroku i w chłodzie, gdzie nie lęgną się nawet cienie… – podpowiedział Aberald, spoglądając na pokryty drobnym, starannym pismem strzępek pergaminu. Przypominał mu ściągi, które w czasach studenckich Dalebor sporządzał dla nich obu. Podejrzewał zresztą, że w końcu taką właśnie rolę będzie pełnił zapisany skrawek, bo poddenerwowany inżynier defensorny za nic nie mógł zapamiętać całego tekstu, o wyrecytowaniu go z odpowiednią intonacją nie wspominając.

– Czy ktoś mu powiedział, że siedemset lat temu po prostu tak pisali? Trend taki panował – zagadnął Chociemir, przysypiającą na beczce po winie, Koprzywę. – Zaklęcia miały przejmować grozą, wymóg konwencji, nawet jeśli służyły do spieniania jajek…

– Nie, ale jeśli chcesz, możesz z nim o tym porozmawiać – ziewnęła kobieta.

Historyk przyjrzał się uważnie krążącym z miarką po pomieszczeniu mężczyznom i postanowił, że rady odnośnie czynienia rytuałów lepiej będzie zachować dla siebie.

Na pomysł, żeby jako nieskalaną promieniami słońca ziemię wykorzystać piwnicę pod karczmą wpadł Aberald. Tłumaczył zaskoczonym wspólnikom, że w ten sposób unikną niepotrzebnych kłopotów z szukaniem idealnego miejsca, a na dodatek wszystko będą mieli pod ręką.

Początkowo zaskoczona sugestią gospodyni szybko przychyliła się do idei, kiedy tylko obok słowa piwnica, padło słodkie dla jej uszu – wynajem. Najdłużej przed nietypowym wyborem wzbraniał się Dalebor, jednak zaprowadzony w końcu do przestronnego, ciemnego, uprzątniętego ze zbędnych sprzętów i pachnącego stuletnią stęchlizną pomieszczenia, dał się przekonać.

Pani Nora, patrząca coraz przychylniej na swoich nietypowych gości sama przyznała, że odkąd nowy proboszcz wpadł na pomysł nawracania wiernych ciągłym biciem w dzwon, ma zdecydowanie mniej klientów i nie stać już jej na utrzymywanie pełnych składów alkoholu. Puste beczki Koprzywa wykupiła od niej po okazyjnej cenie, tak samo jak wszystkie resztki serów, jaj i innych produktów, które już od jakiegoś czasu nie nadawały się do spożycia. Resztę składników do zaprawy, cuchnących teraz w jednej stercie pod przeciwległą ścianą i ogromną, trzyosobową balię do kąpieli musiała niestety nabyć gdzie indziej i o wiele drożej. Zwłaszcza kadź, z którą poprzedni właściciel rozstawał się ze łzami w oczach. Obecny przy transakcji Aberald mówił potem, że były to zapewne łzy szczęścia, bo za poprzecieraną i w wielu miejscach wypaczoną balię zdesperowana Koprzywa zgodziła się dać aż siedemnaście srebrzaków.

Stojący dotąd pod ścianą Chociemir w końcu zdecydował się przewrócić jedną z beczek i przysiadł obok kobiety. Oboje z zaciekawieniem obserwowali jak Dalebor stara się liczyć kroki podskakując wokół umieszczonej pośrodku klepiska balii. Próbował przy tym zachować odpowiednią rytmikę, tak w ruchach, jak w wymawianym zaklęciu. Jednocześnie co chwila musiał poprawiać spadające okulary, bez których nie byłby w stanie przeczytać drobnego pisma na pergaminie ściądze. W tym czasie Aberald, asystując przyjacielowi i od czasu do czasu podpowiadając z pamięci wersy, których tamten nie mógł odcyfrować, dorzucał do otworu kolejne składniki i mieszał je długim drągiem, na którym dzień wcześniej Dalebor starannie wypalił dwa rzędy drobniutkich runów.

 

***

 

Aberald zniknął ostatniej nocy, gdy tylko skończyli trwający trzy dni ciąg rytuałów, przerywanych jedynie przelewaniem gotowej zaprawy z kadzi do zdezynfekowanych wcześniej beczek. Zjawił się z powrotem dopiero nad ranem, kiedy Koprzywa i Dalebor przycupnięci przy stoliku w kącie karczmy, przeżuwali jajecznicę z minami mokrych i zdecydowanie wymęczonych kotów. Przez ostatnie dni cała trójka niezmordowanie pracowała nad zaprawą, a zmiany przy mieszaniu w balii nie ominęły nawet Koprzywy i Chociemira.

– Słuchajcie, słuchajcie! – oznajmił Aberald, rozsiadając się na ławie obok przyjaciół i z trzaskiem kładąc obie dłonie na stole. Rozejrzał się przy tym pospiesznie, czy wymęczony rytuałem historyk nie kręci się w pobliżu. – Wymyśliłem!

Odpowiedziały mu jedynie zmęczone spojrzenia znad talerzy z wystygłą już jajecznicą. Ani jedna łyżka nie zatrzymała się w drodze do ust, a miarowy ruch szczęk, przypominający swoją monotonnością wielogodzinne mieszanie drągiem w balii, nie ustał choćby na chwilę.

– Wymyśliłem – kontynuował niezrażony – jak szybko zebrać dużą ilość gotówki na wypadek gdyby ta robota nam nie wypaliła!

Dotąd kamienne twarze jego wspólników drgnęły nieco, a rytm przeżuwania został zakłócony. Gospodyni ciekawie nadstawiając ucha podała Aberaldowi kufelek grzanego wina z ziołami,.

– Majtki! – powiedział dobitnie licencjonowany inżynier defensorny upewniwszy się najpierw, że przyciągnął całą uwagę kompanów.

Koprzywa parsknęła, a Dalebor westchnął przewracając oczami i wrócił do przerwanej konsumpcji.

– Słuchajcie – perorował dalej Aberald – byłem wczoraj u takiej jednej pani i w czasie naszego uroczego spotkania, doznałem olśnienia. Mianowicie, za to co nam zostało możemy kupić sporą ilość materiału. Ale nie warto ciąć go do standardowego kroju. Musimy uderzyć w zupełnie inną grupę odbiorców! – Dla podkreślenia swoich słów, uderzył kuflem o stół. – Kawałki powycina się gustownie do niezbędnego minimum na pośladkach i z przodu i dopiero zszyje, to oszczędność ponad połowy materiału. Takie właśnie, ekstrawaganckie i wyjątkowo modne majtki, będziemy rozprowadzać po uniwersytetach, straganach miłosnych i domach schadzek. Gwarantuję, jeśli pobudzić odpowiednio wyobraźnię mas ciemnego społeczeństwa, każdy facet będzie chciał kupić takie swojej kobiecie!

– Ale żadna kobieta nie będzie chciała ich nosić – skwitowała chłodno Koprzywa. – Majty to majty, mają grzać tyłek w zimne dni, a nie pobudzać wyobraźnię. Tylko facet mógłby wpaść na tak idiotyczny pomysł.

– Kochana, nie znasz rynku – nie zraził się Aberald.

– Za to ja znam ciebie – podsumował Dalebor, który dotąd nie wtrącając się do konwersacji, zdążył skończyć swoją porcję, wytarł talerz kawałkiem chleba i odłożył drewnianą łyżkę. – I już raz interesy tekstylniane robiliśmy. Dlatego jesteśmy teraz inżynierami defensornymi a nie krawcami inspiracyjnymi, na który to kierunek tak usilnie namawiałeś mnie po drugim roku strukturoznastwa. Zamiast szukać cudownej rynkowej okazji, lepiej skup się na znalezieniu cudu, który pomoże nam w tej odbudowie.

– Renowacji – sprostowała Koprzywa, również przełykając ostatni kęs śniadania. – Nie wiem o czym mówicie, ale w takich sytuacjach, wolę popierać Dalebora.

– Nie można zrażać się jedną porażką – nachmurzył się Aberald. – Poza tym, przecież mamy zaprawę. Chłopaki kończą rozbierać mur, więc co jest nie tak?

Dalebor skrzywił się, jakby ktoś lał mu spirytus na jątrzącą się ranę, i rozejrzał ostrożnie. Po chwili, upewniwszy się, że pozostali poranni bywalcy Subinfernum zajęci są swoimi sprawami, nachylił się przez stół dając znak, żeby pozostali poszli za jego przykładem.

– Z tą zaprawą to jest jeden problem…

– Aha? – zapytał jego wspólnik, nie okazując specjalnego zaniepokojenia.

– Zaklęcie, które przyspiesza sezonowanie tak naprawdę wcale go nie przyspiesza. Ono… mniejsza z tym, co właściwie robi, sam nie do końca to zresztą rozgryzłem. W każdym razie trzeba je odnawiać.

– A, to – ucieszył się Aberald. – Spokojnie Daleborze. – Rozsiadł się wygodniej na swoim kawałku ławy. – Ten akurat cud to myśmy już załatwili, prawda Koprzywko?

– Czy gospodyni będzie mi miała mi za złe jeśli rozbiję jeden kufel na twoim zakutym łbie? – spytała mierząc go zmęczonym spojrzeniem. – Jaka Koprzywko? Jakie my?

– No przecież, że my. – Inżynier znów ściszył głos nachylając się z powrotem nad stół. – Bo widzisz przyjacielu doczytałem to o czym mówisz i wyobraź sobie, że również przyszły mi do głowy pewne niemiłe konsekwencje. Bo przecież nie będziemy tu wracali co drugi miesiąc. Więc powiedz mi co może zabarwić całkiem dobrą, klejącą zaprawę na ten cholerny magicznie-czerwonawy kolor?

– Buraczki – odpowiedział skołowany Dalebor.

– Magicznie-czerwonawy? – syknął Aberald – Nie będę tego wiosłował od nowa!

– Ach. Buraczki z mandragorą?

 

***

 

– I tak nie wierzę! Do tego żadne nie raczyło się słowem odezwać! – wybuchnął zwykle spokojny Dalebor. – Trzy dni jak ten pajac pląsałem wokół bali, aż mi się we łbie kręciło!

– Cii! – syknął Aberald, rozglądając się. Krzyki inżyniera zaczynały zwracać na nich uwagę zaspanych mieszczan.

– Ja myślałam, że on to chce wymieszać – usprawiedliwiała się Koprzywa. – Zwykła z magiczną.

– Słuchaj, przede wszystkim tośmy się narobili wszyscy – przypomniał Aberald. – Ale dzięki temu, ten historyczny pierniczek nie ma zarzutów co do zaprawy. Podpisał każdą beczkę i już więcej do żadnej nie zajrzy. Mamy spokój.

– No dobrze. – Dalebor oklapł wyraźnie, nie mając siły ani na dalsze wybuchy ani nawet na całkiem uzasadnione niedowierzanie. – Ale gdzie to wszystko schowaliście?

– A widzisz. Tutaj przydał się nam ten historyk, chociaż sam o tym nie wiedział. Pośród dokumentów, które przyniósł zaplątał się, chyba przypadkiem pamiętnik pewnego przedsiębiorczego proboszcza. Podobno jakiś wiek temu miasto nałożyło horrendalne podatki na alkohol, na wojnę co to na północy toczyli. Akcyza nie obejmowała jednak kościołów. Ksiądz miał prawo do nieopodatkowanego serwowania wina swoim wiernym. I serwował za co łaska minimum pięć miedziaków na tacę. Ale skąd go miał aż tyle skoro zakrystia taka maciupka? – Aberald odczekał chwilę. – I dlaczego tak tanio brał? A to mi wyjaśniła nasza gospodyni, której dziadek był rodzonym bratem ówczesnego proboszcza. Otóż w piwnicy jest szafa… a za szafą…

 

***

 

– Zielony odpadł – powiedział zaspanym głosem Luboradz, kiedy cała ekipa przemierzała ulice wyludnionego, srebrzącego się wczesnowiosennym szronem miasta.

Wstali wcześnie, na długo przed tym, jak pierwsze promienie słońca obudzą cholernego koguta, którego pianie wyznaczało początek ich dziennej zmiany. Ziewając i klnąc na wystające z bruku kamienie, które same pakowały się pod powłóczące nogi, szli w stronę Klepaczej, żeby przeciąwszy potem Plac Dzwonniczy, znaleźć się u progu karczmy Subinfernum. W piwnicy pod okazałą oberżą, czekało na swoją kolej trzydzieści beczek, które obejmował ich standardowy kontrakt i jeszcze trzydzieści, na które po cichu umówili się z Aberaldem.

– A ten skurwysyn spać nie może, żeby mu ogon wyliniał. Ranny ptaszek się znalazł. Jak słowo daję, skończymy tę robotę, to zapraszam na rosół – kontynuował między jednym ziewnięciem, a drugim. – Duży, ty dziś pana Edzia spijasz.

– Ale czemu ja… – zapytał chudy, niski mężczyzna wlokący się na końcu pochodu.

– Bo Zielonemu żołądek od tego świństwa odmówił posłuszeństwa. – Luboradz podał Dużemu dwa pełne bukłaki. – Pamiętaj, masz to tylko zacząć, a on już dopije resztę sam. Żebym chłopa drugiego nie stracił.

Kiedy w końcu, po trwającej, zdawałoby się wieki, przeprawie, przez miasto dotarli przed tylne drzwi karczmy, Luboradz zapukał trzy razy. Jak zwykle otworzył im pomocnik gospodyni, młodzian najwyraźniej jeszcze błędnie uważający, że noc nie służy do spania. Przez ostatnie dni wszystko szło zgodnie z planem i tak gładko, że znający nieco życie szef ekipy, zaczynał się niepokoić, dlatego nawet nie zdziwił się specjalnie, kiedy na schodkach do piwnicy zamiast przysadzistego staruszka zastąpił im drogę krzepki, chociaż również niemłody strażnik w wypolerowanym rynsztunku.

– Poprzednika zwolnili bo podobno rano stawiał się totalnie pijany – zakomunikował przedstawiwszy się wcześniej jako Alfred. – A to nie po Bożemu pić z rana. Ani nie profesjonalnie. A przecież honor strażnika, ważna sprawa. A panowie czemu tak wcześnie? – zainteresował się. – Przecież kogut nie zapiał jeszcze.

– A co to ja mam go w rzyć kopać, żeby piać zaczął? – spytał, za plecami dając znak żeby Duży przypadkiem nie zdemaskował się z bukłakami. – Nie przenieśliśmy wczoraj beczki na budowę, a skoro o drugim pianiu mamy zacząć pracę, to musieliśmy przyjść wcześniej po zaprawę.

– A no tak. – Strażnik ze zrozumieniem i niejakim współczuciem pokiwał głową – No tak. To proszę, proszę. Chociaż po beczkę w tyle osób?

– Niech się młodzi uczą.

 

***

 

– Od której by tu zacząć… – Luboradz już od ładnych kilku minut przechadzał się w te i wewte po zastawionej beczkami piwnicy i myślał na głos.

Strażnik niecierpliwił się powoli, a majster gorączkowo próbował znaleźć najlepsze wyjście z zaistniałej sytuacji. Potrzebował tylko kilku minut, żeby jego chłopaki zdążyli przelać zawartość beczki ze schowka obok do tej opieczętowanej jako historycznie magiczna, czego przyczyny jakoś strasznie zawile tłumaczył mu ostatnio Aberald.

– Proponowałbym, od pierwszej z brzegu – zasugerował Alfred, przestępując z nogi na nogę i chuchając w dłonie.

– A co tu takie zamieszanie? – zapytał Chocimir schodząc po wąskich schodkach z kubkiem parującej kawy.

Zaraz za nim pojawił cały trzyosobowy zarząd firmy, z którą Luboradz miał podpisany podwójny kontrakt. Każde z podobnie parującym kufelkiem, jednak nos majstra podpowiedział mu, że wypełniający je trunek ma nieco inny, bardziej alkoholowy skład. Wystarczyło jednego spojrzenia, żeby domyślili się w czym rzecz.

– Poranny rytuał wyboru beczek? – spytała przytomnie Koprzywa pociągając drobny łyczek z trzymanego w dłoniach naczynia. – Ach, te zioła, naprawdę powinieneś spróbować Chociemirze.

– O ho, ho, ho, dzień dobry pani prezes! – przywitał ją entuzjastycznie Luboradz, w którego jakby wstąpiło nowe życie. – Jedna co się na prawdziwej budowie zna. No właśnie widzi pani jakie zbiegowisko. Nie możemy w takim tłumie odprawić rytuału.

– Jakiego znów rytuału? – zaciekawił się historyk.

– Budowniczego – uciął krótko Luboradz.

– Co rano przed budową, w odosobnieniu, z dala od ciekawskich oczu, budowniczy odprawiają rytuał ofiarowania zaprawy Panu, coby ta trzymała mocno mury obronne i nie poddawała się wrażym atakom – wyjaśnił rzeczowo Aberald. – Więc najlepiej by było dać im te pięć minut…

– Dawniej, jestem przekonany, nie odprawiano tego rytuału więc murom Viifernum nie jest on potrzebny – uciął wszelką dyskusję Chociemir. – Wystarczy, że zaprawa jest historyczna, wapień odpowiednio obrobiony i to ku obronie miasta wystarczy.

– Chyba że się obrona weźmie za ćwiczenia – chrząknął Aberald.

Historyk zmierzył go pobłażliwym spojrzeniem i wzruszył ramionami.

– Starożytny rytuał budowniczych obronnych mówi, że to źle zaczynać dzień od świeżej beczki… – spróbował jeszcze Luboradz, jednak niepozorny, całkiem siwy staruszek w podniszczonym kaftanie okazał się w tej kwestii nieprzejednany.

 

***

 

– No to koniec, mamy przechlapane. Wpadliśmy jak te zgniłe jajka w zaprawę, jak studenci pod obronę prac… – Dalebor z zacięciem wymyślał coraz to nowe określenia dla ich aktualnej sytuacji.

Siedział po turecku na krześle, z łokciami opartymi o blat i dłońmi zaciśniętymi na rozczochranych, siwiejących już lekko włosach. Dalebor był szpakowaty, jeszcze zanim skończył studia i od ostatnich dziesięciu lat nic się w tej kwestii nie zmieniło, ale krążący po pomieszczeniu Aberald słuchając przyjaciela zaczął podejrzewać, że ten wkrótce osiwieje całkiem.

– Jedna beczka nie powinna naruszyć struktury – próbował go pocieszyć, jednak sam nie był do końca pewny.

Koprzywa siedziała pod ścianą, na miejscu zwykle zajmowanym przez Chociemira i przyglądała się z politowaniem panikującym wspólnikom. W końcu wstała gwałtownie tupiąc i szeleszcząc spódnicą, czym bezbłędnie zwróciła uwagę obu pogrążających się w rozpaczy mężczyzn.

– Słuchajcie, to przestaje być śmieszne – zakomunikowała rozeźlona – albo załatwiamy teraz ten problem i to nawet mam pomysł jak, albo szukamy jelenia, który zasponsoruje nam następną robotę, lewe licencje i nasze życia przy okazji!

 

***

 

Koprzywa wzięła oddech na tyle głęboki, na ile pozwalał jej ciasno zasznurowany gorset i kolejny raz okręciła się przed lustrem patrząc krytycznie, jak długa spódnica w kolorze ciemnego granatu faluje i plącze się przy jej nogach.

– Zabiję się w tym – wymamrotała pod nosem, przestępując z nogi na nogę w sznurowanych pantofelkach na wysokim, wąskim obcasiku.

Pani Nora, która siedziała już po uszy w sprawach inżynieryjno-defensornych oraz wszelkich możliwych magicznych komplikacjach obejmujących dziedzinę obronności, zmierzyła młodszą kobietę uważnym spojrzeniem od stóp do głów. Powstrzymała ją przed wykonaniem kolejnego obrotu, poprawiła kokardę spinającą dekolt cieniutkiej, białej bluzki z bufiastymi rękawami i z aprobatą pokiwała głową.

– Schodź uważnie po schodach i przytrzymaj sobie spódnicę, o tak – doradziła wykonując gest, jakby obiema dłońmi delikatnie zbierała fałdy materiału – Swoją drogą, jeśli ci się nie uda, to będę musiała wysłać chyba któregoś z pomocników – zażartowała nerwowo.

 

***

 

– Tak późna godzina, a mości siedzi tu zupełnie sam, prawie po ciemku – zagadnęła Koprzywa schodząc ostrożnie po śliskich, wąskich stopniach do piwniczki. Na półpiętrze wypuściła z rąk przytrzymywaną dotąd pieczołowicie spódnicę. Poły materiału opadając wzbiły z klepiska niewielkie obłoczki kurzu.

– Eh? – Strażnik podniósł wzrok znad książki, którą czytał w nikłym świetle pojedynczej, dopalającej się świeczki. Zatrzasnął okładki wkładając najpierw pomiędzy stronice cienką, mosiężną płytkę w miejscu, gdzie skończył lekturę. Uśmiechnął się nie bez dumy. – Wie pani, powierzono mi bardzo odpowiedzialne zadanie. Obrona całego miasta spoczywa na moich barkach. Dlatego nie przeszkadza mi samotność. Tylko trochę może ten chłód – dodał z żalem.

– Ach, rozumiem. To musi być ogromny ciężar – westchnęła z podziwem, spoglądając na dwa kieliszki i trzymaną pod pachą butelkę wina. – W takim razie może jednak powinnam poszukać sobie innego towarzystwa – skrzywiła się jednak z niesmakiem – ale ta cała młodzież na górze… Są strasznie hałaśliwi chyba naprawdę z nimi nie wytrzymam – westchnęła. – Cóż, szykuje się kolejny samotny wieczór… Oby tylko ten nadęty historyk się nie przypałętał, bo chyba pęknę ze złości jeśli znowu…

– Ależ spokojnie, nie, nie, chwileczkę… – Strażnik poderwał się i szarmanckim gestem podsunął Kopszywie swoje krzesło. – Przecież nie wyproszę tak miłej damy, jakże śmiałbym. – Uśmiechnął się lekko. – Jakby tylko mogła pani chwilkę poczekać i popilnować, skoczę do gospodyni poprosić o dodatkowe krzesło, jakiś stolik i coś na ząb? – Spojrzał na nią pytająco, a Koprzywa żywo pokiwała głową.

– Oczywiście że poczekam! – wykrzyknęła ze szczerą, wypływającą wprost z głębi serca ulgą. – Wygląda pan na takiego oczytanego, a jednocześnie normalnego, nie to co pozostali!

Kiedy mężczyzna zniknął w przejściu na górze, Koprzywa rozejrzała się na wszelki wypadek i z całej siły tupnęła cienkim obcasikiem w drewnianą podłogę. Efekt nie był zadowalający, więc powtórzyła manewr, tym razem z większym wyczuciem. Z ciemności w dole schodów rozległo się jakieś skrzypienie, trzask i stłumione przekleństwo. Koprzywa tupnęła po raz trzeci i wszystko ucichło.

 

***

 

Wino, chociaż przedniej jakości znikało powoli. Koprzywa z niesmakiem zauważyła, że mimo najszczerszych starań kończy już drugi kieliszek, tymczasem strażnik nie opróżnił pierwszego nawet do połowy. Pan Albert, spostrzegając, że jej wzrok przebiegł od wciąż prawie pełnej butelki do kieliszków, uśmiechnął się z pewnym pobłażaniem i sięgnął po naczynie z ciemnego szkła. Zanim kobieta zdążyła zaprotestować, jej kieliszek był z powrotem pełny. Trzeci – przeklęła się w duchu.

Przynajmniej podtrzymywanie konwersacji nie stanowiło problemu. Jak się okazało, mężczyzna miał naprawdę wiele do opowiedzenia o swojej młodości i chociaż na początku Koprzywa obawiała się, że strażnik może robić sobie jakieś dodatkowe nadzieje, swobodny, żartobliwy i całkowicie bezpieczny ton w jakim toczyła się rozmowa, szybko uwolnił ją od podejrzeń. Wyglądało na to, że wbrew zapewnieniom, panu Albertowi doskwierała jednak samotność i wylewnie korzystał z przyjaznego, nadstawionego ucha. Tak wylewnie, że Koprzywę zaczęły dopadać wyrzuty sumienia. Ponadto martwiły ją sporadyczne trzaski i chroboty dobiegające z dołu.

– Ach, pani to wszystko rozumie! – zachwycił się, po raz nie wiadomo który, strażnik. – Nic dziwnego, że panią robotnicy tak lubią. Tak, tak, słyszałem jak mówili szefowa to, szefowa tamto, a przecież wiadomo, że pani braciom w interesach tylko pomaga.

Koprzywę wmurowało. Na tyle, że zdążyła ugryźć się w język, zanim ten bez udziału rozumu poinformowałby strażnika dobitnie jacy to niby z Aberalda i Dalebora się dla niej bracia i jak to tylko pomaga im w interesach, będąc jedyną normalną w tym pokręconym po studiach towarzystwie, co całkowicie zepsułoby kamuflaż miłej i zasłuchanej panienki.

– Rozumie pani nawet takiego prostego człowieka jak ja – kontynuował Albert. – Posadzą go na straży i zostawią samego na całe dnie. Obrona miasta spoczywa na pana barkach, no ja rozumiem, ale ani z kim pogadać nawet nie ma. A państwo nie tacy szubrawcy jak to inne firmy na budowach. Gdzie materiał państwowy kradną albo podmieniają. Szwindel za szwindlem, mówię pani. A tu cisza, spokój. Ekipa budowlana dziwna, prawda, trochę. Nie widziałem, żeby ktoś był aż tak przesądny, ale wszystkie ekipy są trochę dziwne. Gorzałka we łbach im poprzestawiała.

Rozmowę przerwał trzask. Alfred zmarszczył brwi nasłuchując.

– Ale to dobre chłopaki, znają się na pracy jak mało kto. – powiedziała szybko i z przekonaniem Koprzywa.

– Aha. Słyszała to pani?

– Co?

– Brzmiało jak trzask – zafrasował się strażnik. Z niepokojem popatrywał w dół, na ciemny otwór schodów.

– Ach – pisnęła Koprzywa, udając przestraszoną. Zerwała się ze swojego miejsca głośno tupiąc obcasami i o mało nie przewracając małego, trójnogiego stoliczka z winem i resztkami pieczonego kurczaka. – Ja nie powinnam panu tak przeszkadzać! – wykrzyknęła, decydując się postawić wszystko na jedną kartę. – Pan pewnie powinien teraz iść i sprawdzić co się tam dzieje, a ja tu siedzę i tak głowę zawracam jak jakiś podlotek, przepraszam najmocniej, powinnam wiedzieć lepiej… – perorowała na cały głos nic sobie nie robiąc ze zszokowanej miny strażnika.

W końcu pan Albert machnął ręką poprawiając kieliszki na stoliku i ścierając wyciągniętą z kieszeni chustką kilka kropel wina, które wylały się kiedy Koprzywa trąciła stolik.

– Ależ nie, gdzie tam – powiedział z lekko rozbawionym uśmiechem. – Podlotki to są moje wnuczki i mogę panią zapewnić, że nie zachowuje się pani jak one. Proszę zostać. To pewno szczur jakiś…

 

***

 

– Szczur jakiś!? – szepnął Aberald kiedy po kilku minutach nerwowego oczekiwania w gotowości na natychmiastową ucieczkę za szafę upewnili się, że jednak nikt nie zajdzie na dół.

– Z kanału wylazłeś szefie i po beczkach szperasz. To co się czepiasz? – zapytał Luboradz przepychając się obok inżyniera i wraz z Dużym i Zielonym, odstawiając na bok wielką beczkę ozdobioną kartką z podpisem i pieczęcią Chociemira Kraka. – To już chyba ostatnia?

– Chyba tak… – Dalebor w nikłym świetle przygaszonej lampki, policzył rozstawione po piwnicy beczki.

– To teraz proboszczowi należy się cmok w gębę, że nas o takiej godzinie przez zakrystię puścił – skwitował Luboradz wycierając ręce w spodnie. – I że nie wydał.

– Na to już chyba Koprzywa nie pójdzie – odpowiedział mu Aberald. – Co się na mnie tak gapisz?

 

***

 

– W imieniu miasta Viifernum, Rady Miasta, swoim czyli Burmistrza miasta oraz mieszkańców naszego kochanego i pięknego miasta… – grzmiał herold, co i rusz plącząc się w przemowie, którą pospiesznie dyktował mu zachrypnięty i zakatarzony jegomość w stroju burmistrza. – Chciałbym podziękować tym oto tutaj zgromadzonym w liczbie sztuk… – odchrząknął. – W liczbie trojga, zacnym inżynierom, dzięki którym nasze umiłowane mury obronne drogiego naszemu sercu miasta, odzyskały swoją świetlaną świetność…

– Jeśli ktoś ma gorączkę, to powinien być wykluczony z publicznych wystąpień – szepnęła Koprzywa, mierząc krytycznym wzrokiem chwiejącego się co i raz w inną stronę, burmistrza.

Dalebor skinął głową, a herold kontynuował.

– I zarazem z przyjemnością ogłaszam, stwierdzam i gwarantuję swoim autorytetem, ja Mirogod Otwar burmistrz Viifernum od lat siedmiu i miesięcy czterech, że wasze mili moi licencje obronne zostały obronione i odnowione! Obroniliście więc nie tylko miasto, ludność i kraj, ale i dumę swojej profesji! Wierzymy, że obrona ta pozwoli miastu na dalsze, szczęśliwe prosperowanie…

– Tylko żeby mu przez łeb nie przeszło trzasnąć o ten mur żadną butelką z winem… – mruknął pod nosem Luboradz, ubrany na okazję oddania muru do użytku w najelegantszy płaszcz jaki tylko miał. Ponieważ nie był to jednak płaszcz wiosenny, po twarzy mężczyzny spływały strużki potu.

– To nie statek – odszepnęła Koprzywa – ale jak podniesie jakąś butelkę do góry… To któryś z was ma lecieć ją biegiem odebrać!

– W imieniu miasta, dziękuję! – ryknął herold, a zgromadzony wokół niewielki tłumik zaczął dość niemrawo wiwatować.

Chorąży, stojący na czele gwardii honorowej, wzniósł wysoko sztandar. Na ten znak uderzyły dzwony. Ich dźwięk rozlał się nad miastem dudniącym chórem, jakby przez cały pobyt w Viifernum Koprzywy, Aberalda i Dalebora, oszczędzały swoje siły tylko na tę okazję. Z nich wszystkich najgłośniej i najdłużej bił dzwon proboszcza, dla którego wizyta inżynierów zaowocowała nie tylko planami rozbudowy zakrystii, ale również otrzymaniem, zamiast proponowanego przez Luboradza cmoka w gębę, solennej obietnicy pełnej realizacji projektu, kiedy tylko ekipa skończy prace na południu.

 

Koniec

Komentarze

A liczyłem na to, że nikt nie napisze, dodam drabbla na sam koniec terminu i wygram konkurs. :(

Lecą smoki pod obłoki, wiatr im kręci smocze loki

Hmmm. Na początku mi się podobało, ale potem trochę zaczęłam się gubić. Albo to kwestia godziny, albo tekst zyskałby na uproszczeniu. Ale w sumie, wątki ładnie się zazębiają…

Babska logika rządzi!

Brajt: Ale ja wcale nie widzę powodów, żeby się zniechęcać, dodaj dodaj, do północka daleko : D A swoją drogą uczciwie przyznam, że sama chyba (ani tym bardziej z Jaafa pomocą bo wtedy to nam w ogóle zawilce wychodzą) drabbla bym nie była w stanie napisać więc widzisz, będzie urozmaicenie!

 

Finkla: Dziękujemy ślicznie za komentarz. Możliwe, że znowu wymyśliliśmy za dużo otoczki i próbując upakować ją całą w limicie znaków, wyszło nieco zawile… Radę z uproszczeniem spróbujemy wziąć sobie do serc ; )

 

/Aeli

Fakt, długie nieco, ale za to obrazowe, barwne, miejscami zabawne i, w ogóle, takie, jak lubię.

Pozdrawiam

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Dziękujemy bardzo ślicznie i pozdrawiamy również : )

 

/Aeli

Porwana ostatnim apelem i zawstydzona czasem, jakie opowiadanie spędziło w mojej kolejce, przybyłam i przeczytałam.

Wrażenie ogólne na plus. Początkowo przeszkadzały mi archaizmy, ale przywykłam do konwencji, która kojarzyła mi się trochę z cyklem o Czarokrążcy (Baniewicza). Przychylam się do zdania Finkli, że tekst zyskałby na uproszczeniu, zwłaszcza, że miejscami nadmierna kwiecistość sprawia, iż niektóre zdania są Złeee, np.:

Drzwi karczmy otworzyły się z hukiem, a skąpany w promieniach słońca próg, jako pierwszy przekroczył sięgający kolana, skórzany but – sprawca zamieszania.

Jednocześnie stojący wraz z gwardią honorową, chorąży wzniósł wysoko chorągiew, a wszystkie dzwony miasta uderzyły jednym dudniącym chórem dźwięków, jakby przez cały pobyt w Viifernum Koprzywy, Aberalda i Dalebora, oszczędzały swoje siły tylko na tę okazję.

Niestety, płynność czytania burzą liczne błędy interpunkcyjne, a jeśli dostrzega je taka ślepota interpunkcyjna jak ja – to znaczy, że jest ich dużo. Wszystkich nie wypiszę, bom zbyt leniwa, ale chodzi głównie o braki przecinków przy imiesłowach przysłówkowych, np.:

– O! – zawołała spostrzegłszy+, jak zasapany, niski i pulchny strażnik miejski z trudem przeciska się pod linami rozciągniętymi wokół wyłomu i gruzowiska

Dalebor skinął głową+, badając krytycznie jeden z wystających kamieni.

brak wydzielania przecinkami wtrąceń, np.:

 

Te spośród kamieni, które wciąż jeszcze tkwiły w murze+, były nierówne, pokruszone i pełne dalszych pęknięć tak, że trzymały się razem chyba tylko siłą przyzwyczajenia.

 

– Jak dwa plus dwa, ale pytanie+, do stu dzwonów, jaką, bo mnie to niczego normalnego nie przypomina…

za to w innych miejscach zdarzają się przecinki mniej lub bardziej zbędne, np.:

Odkąd tylko przekroczyli próg znajdującego się na poddaszu apartamentu, w duszy Aberalda rozbrzmiewało tysiąc(-,) bijących na alarm(-,) dzwonów.

– Załącznik miał więcej stron(-,) niż słownik powszechny

Trochę błędów w dialogach, głównie tego typu:

– Swoją drogą, jeśli ci się nie uda, to będę musiała wysłać chyba któregoś z pomocników(-.) – zażartowała nerwowo.

Z innych potknięć:

zawołał, wznosząc oczy w górę.

 

Kopszywa chodziła

– literówka

 

Dalebor mruknął twierdząco, czym zarobił sobie złe spojrzenie balwierza.

– mam wątpliwości, czy to poprawne wyrażenie

 

Co prawa jego diety na delegację

– literówka

 

Ah.

– Ach (zdarzyło się chyba dwa razy)

 

Pozdrawiam serdecznie

 

 

 

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Dziękujemy serdecznie za komentarz i wszystkie poprawki! A kolejka musiała być po prostu długa, ot co ; ) Cieszę się bardzo, że mimo wszystko tutaj dotarłaś. Postaramy się pomyśleć nad tymi dwoma zdaniami, bo chyba rzeczywiście wyszły z tego połamańce straszne ; ) Oczy z całą pewnością przestaną wznosić się w górę, a postacie zaczną wyrażać emocje przez ach i mam nadzieję, że wbije mi się to do głowy. Z dialogami – postaram się jeszcze raz prześledzić tekst i przypilnować tych kropek, żeby siedziały gdzie należy.

Co do archaizmów – rzeczywiście, właśnie na cyklu o Czarokrążcy wzorowałam się do pewnego stopnia, próbując nadać całości nieco bardziej „rozrywkowy” charakter. Poza tym akurat pasowało to do sposobu, w jaki oboje z Jaafem wiedzieliśmy powstający świat i charaktery postaci.

Zapytałabym jeszcze tylko o to uproszczenie – czy chodzi o uproszczenie fabuły w stosunku do ilości znaków (lub w ogóle), języka czy obu? ; )

 

Pozdrawiamy cieplutko

 

/Aeli

 

Witam :) Troszkę mi zajęło przeczytanie, ale w końcu odpowiednia chwilą się znalazła.

Najpierw jakieś szczególiki (przynajmniej te, które najbardziej rzuciły mi się w oczy), potem uwagi ogólne.

 

– Przepraszam za drzwi – rzucił na wejściu

Mi się to jednoznacznie kojarzy ze zniszczeniem drzwi…

 

Do miasta zjeżdżali się bogaci kupcy i potencjalni, równie zamożni nabywcy, rzemieślnicy, pracownicy sezonowi i cała rzesza usługodawców, od czyścibutów po wędrownych aktorów.

Zamożni byli tylko nabywcy, czy również rzemieślnicy, pracownicy sezonowi, itd…? :)

 

Cała ta zgraja zajmowała zwykle każdą wolną deskę i kąt kwater, więc okazja wynajęcia całego apartamentu w znajdującej się blisko centrum miasta karczmie Subinfermun,

“Każdą wolną deskę” – brzmi moim zdaniem dziwnie… Może zamiast tego: każde dostępne lokum? Każdy dostępny pokój? No i chyba SubinferNuM :)

 

– Nie lepiej niż w pierwszej – odpowiedział beztrosko Dalebor zbierając płaszcz i rozglądając się za miejscem, gdzie mógłby go bezpiecznie rozwiesić.

Też to jakoś dziwnie brzmi… Może się czepiam, ale ja bym wolała “podnosząc”, “chwytając”.

 

– Miał pan opowiedzieć nam, jak to wszystko się stało! – przypomniała strażnikowi Koprzywa, zataczając szeroki i znaczący gest brodą.

Też mi to jakoś podejrzanie pachnie. Wolałabym, gdyby Koprzywa pokazała to inaczej :) Zwłaszcza, że wyobraziłam ją sobie przez to jako hmmm… kobietę z brodą ;)

 

– Luboradz i jego ludzie sobie ze wszystkim poradzą – wymamrotała pod nosem Kopszywa, dodając własne notatki i spostrzeżenia do pomiarów Aberalda.

– Więc przynajmniej jeden problem mamy z głowy? – spytała Kopszywa,

– Na latami nieskalanej promieniami słońca ziemi… – mamrotał pod nosem Dalebor, trenując nieodzowne w rytualne zaklęcie i sprawdzając z miarką odległość pomiędzy dwiema świecami.(-,) – Trochę w prawo

Przypominał mu ściągi, które w czasach studenckich Dalebor sporządzał dla ich obu.

Wolałabym “dla nich obu”.

 

Próbował przy tym zachować odpowiednią rytmikę, tak w ruchach, jak w wymawianym zaklęciu, a jednocześnie co chwila musiał poprawiać spadające okulary, bez których nie byłby w stanie przeczytać drobnego pisma na pergaminie ściądze. W tym czasie Aberald, asystując przyjacielowi i od czasu do czasu podpowiadając wersy,

Czy ściągi były dwie? Dwa pergaminy? bo skoro jeden z przyjaciół miał okulary, żeby móc czytać drobny druk, a drugi mu podpowiadał…

 

Aberald, który zniknął ostatniej nocy, kiedy tylko skończyli trwający trzy dni ciąg rytuałów, przerywanych jedynie przelewaniem gotowej zaprawy z kadzi do zdezynfekowanych wcześniej beczek, zjawił się niespodziewanie nad ranem, kiedy Koprzywa i Dalebor przycupnięci przy stoliku w kącie karczmy, przeżuwali jajecznicę z minami mokrych i zdecydowanie wymęczonych kotów.

Ojojoj… Pięciolinijkowiec :)

 

Jednocześnie nie miała żadnych problemów z podtrzymaniem konwersacji. Mężczyzna miał,

Powtórzenie.

 

I zarazem z przyjemnością ogłaszam, stwierdzam i gwarantuję swoim autorytetem, ja Mirogod Otwar burmistrz Viiifernum

Jedno “i” za dużo :)

 

Ogólnie: moim zdaniem stosujecie zbyt dużo upiększeń i niektóre zdania robią się przez to zagmatwane. Barwny język i opisy jak najbardziej na plus, ale jednak trzeba by to odrobinę uprościć. Poza tym trzeba popracować nad interpunkcją i literówkami, bo sporo tego było.

Fajni bohaterowie, dadzą się lubić. Oczywiście Koprzywa najbardziej :) No i to studiowanie na różnych kierunkach – byle przetwać pierwszy rok – odlot :) Możnaby się ewentualnie zastanowić czy nie skontrastować bardziej Aberalda i Dalebora – że jeden spokojny, opanowany, dokładny, drugi taki trochę “w gorącej wodzie kąpany”, goniący za nowościami, lubiący eksperymenty.

No i trochę mi brakowało jakiegoś takiego “łups” na koniec. Że coś się z tą zaprawą stało, że jednak przez przypadek wyszedł jakiś czar, ale nie taki jak miał wyjść… No sama nie wiem :)

Wrażenia mam dość dobre, ale byłyby lepsze, gdyby trochę skrócić opowiadanko.

 

Zapytałabym jeszcze tylko o to uproszczenie – czy chodzi o uproszczenie fabuły w stosunku do ilości znaków (lub w ogóle), języka czy obu? ; )

Głównie miałam na myśli uproszczenie języka. Choć też trochę byłam zawiedziona, bo zważywszy na czas “antenowy” poświęcony zaprawie, oczekiwałam, że na koniec stanie się z nią coś spodziewanie niespodziewanego;D

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Iluzja: Witamy i dziękujemy ślicznie za komentarz i poprawki! ; )

 

– zamożni mieli być zdecydowanie tylko nabywcy

– co do kwater – tutaj nie jestem pewna, chodziło dosłownie o to, że była zajęta każda wolna deska, czyli przykładowo zajęte były nawet nieumeblowane izby, gdzie ludzie rozkładali się na ziemi na czymś w rodzaju um, karimat? Czyli było ciaśniej, niż gdyby były zajęte wszystkie pokoje. Nie wiem jeszcze jak z tego wybrnąć.

– co do ilości ściąg – Aberald zapamiętał tekst, więc ściąga była jedna. Ale pomyślę, jak to napisać wyraźniej

– no wiem że pięcio… zasadzę się z nożyczkami i efekt przysypię kropkami. Jakoś…

– z Kopsz/rzywą… długo i szczęśliwie nie mogłam zapamiętać jak ją pisać. Pozostałości widzę się ostały, chociaż myślałam, że znalazłam wszystkie.

Pozostałe sugestie również wprowadzę, jak najbardziej, nawet bez komentowania ich. Dziękujemy jeszcze raz za wyłapanie całego stadka ; )

 

Ogólnie cieszę się bardzo, że bohaterowie przypadli do gustu. Z założenia Aberald i Dalebor mieli właśnie różnić się w ten sposób, ale chyba w praniu i w trakcie pisania nie do końca udało się to oddać : <

 

Alex, Iluzja: Jeśli chodzi o język i opisy, które jedno i drugie znacząco wydłużają tekst – będziemy próbowali znaleźć jakiś balans pomiędzy treścią, a dodatkami. Tutaj akurat język miał budować nastrój i bawić, ale chyba nadal i to jednogłośnie, przegięliśmy z tym. Poprawimy się, a przynajmniej spróbujemy ; )

A teraz co do fabułozaprawy, bo ciekawa jestem, w jaki sposób ta kwestia została odebrana, skoro zabrakło „łups” ; P Główną kminą bohaterów i ich potknięciem miała być ta podmiana beczek, która nie całkiem się udała – czyli ten motyw nie był dostatecznie zaskakujący, razem z planem zamienienia wszystkiego naraz? Hm… Nie pomyśleliśmy o tym, żeby jeszcze zwrócić uwagę na tą zmagazynowaną zaprawę, magiczną schowaną, z którą rzeczywiście mogło się jeszcze coś zabawnego stać. Hm hm. Czyli w tekście około 40k wzwyż poza głównym twistem należałoby umieścić jakieś dodatkowe twiściątka, dla urozmaicenia czasu spędzonego nad lekturą? : >

 

/Aeli

 

/EDYCJA

 

Poprawione ; )

Dlaczego tak mało komentarzy pod tak fajnym tekstem?

Mnie się bardzo podobało. Fajny pomysł, ciekawie poprowadzona historia, żywi bohaterowie, bezpretensjonalność – to jest to, co lubię najbardziej.

Uwaga, teraz się wyłamuję: mnie nie przeszkadzała kwiecistość i długość zdań, bo – jeżeli nie utrudniają mi lektury – wolę zdania, nawet wielokrotnie złożone, od zdań bez przyczyny krótkich. A w tym opowiadaniu lektury mi one nie utrudniały, po przez tekst po prostu się leci. Nie przeszkadzało mi również to, że słów – w porównaniu do w sumie mikrej fabuły – jest, jak na portal, rzeczywiście duuużo. Bo wreszcie przeczytałam tekst z dobrze i ciekawie zarysowanym tłem. Nie tak znowu często dostajemy tutaj coś oprócz fabuły. :)

 

Ale rzeczywiście – mnie też zabrakło jakiegoś bum na końcu. I nie pytajcie, czego bym chciała – po prostu, kiedy skończyłam, chwilę siedziałam gapiąc się w ekran i myśląc: i co, już???

Alex ma rację co do interpunkcji – sama nie bardzo potrafiłabym wyrecytować reguły dotyczące przecinków, ale czytając, miałam poczucie, że one często nie są dokładnie tam, gdzie powinny.

I również nie poczułam kontrastu między Aberaldem a Daleborem w takim stopniu, jak to chyba zostało zamierzone.

 

Ale to wszystko nic – przeczytałam z wielką przyjemnością. :)

Dziękujemy, serdecznie i jest nam strasznie miło, że tekst się spodobał, łącznie z lekkimi tasiemcami i eksperymentami językowymi ; )

 

Uwagi odnośnie łupsów fabularnych, przecinków i zróżnicowanie postaci na pewno weźmiemy sobie do serc i postaramy się zastosować w przyszłości.

 

Jeszcze raz dziękujemy ; D

Fajny tekst. Oryginalny pomysł, niezły humor, bohaterowie też dają się lubić.

A żeby nie było za słodko, to tekście brakuje sporo przecinków, chociażby już na początku:

Słysząc zamieszanie na zewnątrz[+,} gospodyni wzięła głęboki oddech

Pozdrawiam.

Dziękujemy ślicznie ; )

 

Jeśli chodzi o przecinki, postaram się z nimi jeszcze raz porozmawiać i zobaczymy co będą mi miały do powiedzenia ; <

 

/Aeli

Mi się podobało. Kwecistości w ogóle nie dostrzegłam, chyba sama za dużo kombinuje ze zdaniami by u innych to wytykać. Za to przecinki momentami tak postawione, że sie mocno zastanwiałam “co ja czytam?” O tu na przykład:

 

zagadnął Chociemir, przysypiającą na beczce po winie, Koprzywę.

 

Zmieniłabym szyk, albo usunęła drugi przecinek, bo serio miałam długa rozkminę kto na tej beczce przysypia.

Poza tym takie maleństwa:

wina z ziołami,.

z Aberalda i Dalebora się dla niej bracia

mało kto. – powiedziała

Ostatnie to zbędna kropka. No, a poza tym, historia moim zdaniem zdecydowanie domaga się kontynuacji :P chcę wiedzieć co dalej z tą cudną trójką. Zakończenie faktycznie takie hm… Gładkie. Trochę za gładkie. Ale całość “bardzo mi się” razem z humorem i zarysem postaci oraz tła.

Tylko kontynuacji… ;>

Tylko nie "Tęcza"!

Dziękujemy i jejku, jejku bardzo nam miło ; ) A co do gładkiego zakończenia, następnym razem postaramy się być wredniejsi dla postaci. Kontynuacji, niestety, na razie nie planujemy, ale całą gromadkę będziemy mieli w pamięci. Pisało się o nich całkiem przyjemnie, a przecież skoro już odnowili licencje, to zleceń defensokracyjnych w kraju i zagranicą jest pewnie mnogość ; D

 

Poprawki już wprowadzam. Jeszcze raz dziękujemy ; )

 

/Aeli

 

Świetny pomysł ;-) Przyszedłem po poprawkach, to i się czepiać nie mam czego. Podobają mi się takie żartobliwe historyjki, a już zwłaszcza przeniesienie trudów dnia codziennego branży budowlanej  do fantasy zasługuje na wielkiego cmoka, zupełnie jak Proboszcz ;-)

 

Aż musiałem sprawdzić, ale to był konkurs Obrona, to i rozumiem o co chodziło z obroną licencji. 

Kwiecistość stylu mnie nie raziła, bo ta anegdotyczna historyjka po prostu poprawia humor. Od początku do końca. Scena stopniowania napięcia tajemnicy podejrzanie tanich apartamentów – :-)

 

Dziękuję za miłą lekturę!

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Gratuluję zwycięstwa w konkursie! O ile doczekacie ogłoszenia wyników:)

PsychoFish: Dziękujemy bardzo i ślicznie : D Strasznie miło jest usłyszeć, że tekst nad którym się pracowało ma predyspozycje do poprawiania humoru! Od razu jakoś uszka podnoszą się do góry ; )

 

langsuyar: Również dziękujemy ślicznie, ale wciąż uważam, że szkoda, że zostaliśmy na tym polu opuszczeni, bo przecież w dwójkę (trójkę) zawsze raźniej : )

 

/Aeli

A mnie szkoda, że organizator konkursu jest niepoważny. Niestety świadczy to o samym konkursie.

 

Gratuluję, współczując zarazem. Wygrać jednoosobowy konkurs to jak być na mecie pierwszym i ostatnim zarazem. A tak mogło być jak w słynnym dowcipie o Kennedym i Gorbaczowie:)

W osobliwym konkursie wzięliście udział, ale jak by na to nie patrzyć, obrodził ów konkurs opowiadaniem może nieco przydługim, ale napisanym całkiem zabawnie i bardzo przyzwoicie. Przeczytałam z prawdziwą przyjemnością. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dobry konkurs nigdy nie jest zły, chociaż ten zostawił, fakt faktem, spory niedosyt… Jak sądzę w autorach (konkursu) także, biorąc pod uwagę minimalny odzew ze strony piszących : < Miło nam jednak ogromnie i bardzo, że całość czytało się przyjemnie i dziękujemy za komentarz! ; D

 

… I przyznaję, że z długością tekstów chyba faktycznie się nie lubimy. Albo to ona nie lubi nas? Albo lubi za bardzo?! W każdym razie, wszystko jakoś tak rozciąga się nam w literkach.

 

/Aeli

Nowa Fantastyka