- Opowiadanie: Miracle9515 - Dusk&Dust

Dusk&Dust

O matko, co ja mogę powiedzieć na temat poniższego? Debiut- w sumie nie wiem- udany, a może wręcz przeciwnie... Ocenę zostawiam tym, którzy łaskawie zechcą przeczytać. Konstruktywna krytyka- naprawdę mile widziana. Dziękuję i pozdrawiam ;D

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Dusk&Dust

„Dusk&Dust”. Ta­blicz­ka, na któ­rej wid­niał ten napis, była prze­krzy­wio­na i po­kry­ta ku­rzem. Wzdy­cha­jąc Blake po­pra­wił ta­blicz­kę, po czym otwo­rzył drzwi. Biuro de­tek­ty­wi­stycz­ne „Dusk&Dust” ani tro­chę nie przy­po­mi­na­ło ty­po­we­go biura de­tek­ty­wi­stycz­ne­go ze sta­rych fil­mów z Mar­lo­wem. Spore po­miesz­cze­nie, po­ma­lo­wa­ne na nie­bie­sko. Na­prze­ciw wej­ścia wiel­kie okno, pod któ­rym stało biur­ko i fotel obity skórą. Po pra­wej stro­nie od wej­ścia jesz­cze jedna para drzwi i kom­plet drew­nia­nych sza­fek na do­ku­men­ty, a po lewej wiel­kie akwa­rium z eg­zo­tycz­ny­mi ryb­ka­mi sto­ją­ce na ko­mo­dzie z ma­ho­niu. Dywan zaj­mu­ją­cy pra­wie całą pod­ło­gę, skó­rza­na sofa i fo­te­le oraz nie­du­ży sto­lik do kawy.

I – fan­fa­ry, pro­szę – głów­ny de­tek­tyw kar­mią­cy swoje eg­zo­tycz­ne rybki, Si­go­ur­ney Dust.

– Co tam? – za­gad­nę­ła Dust. Blake po­krę­cił głową. Jak jej oj­ciec mógł wy­wa­lić tyle kasy na od­no­wie­nie tego biura? Bu­dy­nek, w któ­rym się mie­ści­ło, był stary i z wy­glą­du ob­skur­ny. No i miesz­ka­ją­ce w nim to­wa­rzy­stwo nie na­le­ża­ło do naj­od­po­wied­niej­szych. Miesz­ka­nie w są­siedz­twie wró­żek mogło być dość nie­bez­piecz­ne.

– To była twoja fa­na­be­ria, co nie? – Blake roz­parł się na ka­na­pie. – Czemu, gdy ty o coś pro­sisz, wszy­scy lecą z wy­wa­lo­ny­mi ję­zo­ra­mi?

Si­go­ur­ney wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Bywa, nie? Taki mój urok oso­bi­sty. Ale jest umowa: czynsz płacę sama.

Blake prych­nął, krę­cąc głową.

– Już to widzę.

– Za­ro­bię, sam zo­ba­czysz! Zresz­tą, już za­ro­bi­łam…

– No, cie­ka­we…

– Nie wie­rzysz? Słu­chaj…

 

***

 

Dwa ty­go­dnie wcze­śniej…

Si­go­ur­ney ob­ró­ci­ła się w fo­te­lu i omio­tła wzro­kiem swój ga­bi­net. Gdy do­wie­dzia­ła się, że matka za­pi­sa­ła jej biuro w spad­ku, mało nie zle­cia­ła ze stoł­ka. Ko­lej­ny szok cze­kał ją, gdy zo­ba­czy­ła w jak kiep­skim sta­nie było. Ale na szczę­ście oj­ciec wy­ło­żył na re­mont sporo pie­nię­dzy… Widać wciąż czuł sen­ty­ment do sta­rych cza­sów. „Dusk&Dust” – nie za­mie­rza­ła zmie­niać tej old­sku­lo­wej ta­blicz­ki, którą po­wie­si­li na drzwiach, gdy za­czy­na­li.

Ob­ró­ci­ła się w stro­nę okna. Mia­sto było pełne sta­rych bu­dyn­ków, bru­ko­wa­nych uli­czek jeż­dżą­cych po nich do­ro­żek i świe­cą­cych bez prze­rwy la­tar­ni. De­scent mie­ści­ło się pod zie­mią i było jed­nym z naj­so­lid­niej stwo­rzo­nych al­ter­na­tyw­nych świa­tów. Ale mimo tej na­stro­jo­wo­ści miesz­kań­cy urzą­dza­li swoje domy w naj­róż­niej­szych sty­lach.

Włą­czy­ła lap­to­pa i spraw­dzi­ła skrzyn­kę pocz­to­wą. Nic, nikt nie był za­in­te­re­so­wa­ny. Przy­naj­mniej na razie, daw­niej „Dusk&Dust” cie­szy­ło się wiel­ką po­pu­lar­no­ścią – i to nie tylko w świe­cie al­ter­na­tyw­nym, ale w re­al­nym także. No i to też był powód, dla któ­re­go nie zde­cy­do­wa­ła się na zdję­cie ta­blicz­ki. Na­zwi­sko mimo wszyst­ko ro­bi­ło swoje… A ona miała dwa­dzie­ścia lat, rzu­ci­ła stu­dia i od sied­miu lat była sa­mo­ukiem, jeśli cho­dzi­ło o magię (bo nikt nie chciał uczyć bę­kar­ta in­dy­go). Śmiesz­ne, praw­da?

Ciche wi­bro­wa­nie ko­mór­ki wy­rwa­ło ją z za­my­śle­nia.

– Biuro de­tek­ty­wi­stycz­ne „Dusk&Dust”, w czym mogę pomóc? – Fa­cho­we przed­sta­wia­nie się miała w małym palcu – przez dwie go­dzi­ny ćwi­czy­ła przed lu­strem, więc wie­dzia­ła, że wy­pa­dła co naj­mniej świet­nie. Bez wąt­pie­nia ro­bi­ła wra­że­nie pro­fe­sjo­nal­nej pani de­tek­tyw. Jak Mar­lo­we. Jak Monk. Jak – a co tam! – jak Sher­lock Hol­mes! Ale nie za­mie­rza­ła bie­gać w pro­chow­cu i ka­pe­lu­szu…

– O, prze­pra­szam – głos po dru­giej stro­nie słu­chaw­ki wy­ra­żał małe za­kło­po­ta­nie. – Po­mył­ka, my­śla­łem, że do­dzwo­ni­łem się do piz­ze­rii… Jesz­cze raz prze­pra­szam.

Si­go­ur­ney nigdy nie czuła się tak zbita z tropu jak w tej chwi­li. Ale nie mogła wy­paść nie­pro­fe­sjo­nal­nie, więc pa­nu­jąc nad gło­sem od­par­ła:

– Nic się nie stało, do wi­dze­nia.

Tak na­praw­dę chcia­ła wrza­snąć, że trze­ba być de­bi­lem i nie mieć książ­ki te­le­fo­nicz­nej w domu, żeby po­my­lić biuro de­tek­ty­wi­stycz­ne z piz­ze­rią. Ale każ­de­mu może się zda­rzyć po­mył­ka, praw­da? Z re­zy­gna­cją odło­ży­ła te­le­fon. Czego się spo­dzie­wa­ła? Że po kilku dniach od ofi­cjal­ne­go otwar­cia zle­ce­nia po­sy­pią się ni­czym la­wi­na? Nie po­win­na być aż tak na­iw­na, ale kogo ona chcia­ła oszu­kać, tak na serio do­sko­na­le wie­dzia­ła, że jej chle­bem po­wsze­dnim będą spra­wy ubez­pie­cze­nio­we, śle­dze­nie nie­wier­ne­go męża lub żony, sie­dze­nie go­dzi­na­mi w sa­mo­cho­dzie lub przez dwa ty­go­dnie (jak do­brze pój­dzie) w wy­na­ję­tym miesz­ka­niu ob­ser­wu­jąc… Nawet w świe­cie nad­przy­ro­dzo­nym takie zle­ce­nia nie były ni­czym nad­zwy­czaj­nym.  I do­sta­nie takie zle­ce­nie tylko, jak do­brze jej pój­dzie albo jak bę­dzie miała szczę­ście.

Może rzu­ce­nie stu­diów było ko­lej­nym cho­ler­nym błę­dem? Może ma­co­cha miała rację, że tak na serio do ni­cze­go się nie nada­wa­ła i po­tra­fi­ła po­le­gać tylko na ojcu? I na Blake’u, jeśli oj­ciec nie mógł­by jej pomóc… Z tru­dem koń­czy­ła każdą szko­łę, oceny mier­ne, brak szcze­gól­nych osią­gnięć, nigdy nie była szcze­gól­nie po­pu­lar­na – przez to ostat­nie kilka razy wdała się w bójkę, dwu­krot­nie pra­wie wy­rzu­co­no ją ze szko­ły, ale oj­ciec za­wsze wy­bła­gał za­wie­sze­nie.

Z głę­bo­kim wes­tchnie­niem prze­cze­sa­ła włosy. W takim razie, otwar­cie tego biura de­tek­ty­wi­stycz­ne­go rów­nież było błę­dem, praw­da?

 

***

 

Wy­szła z biura o szó­stej. Na myśl o po­wro­cie do domu jak zwy­kle ją skrę­ca­ło, ale nie miała wyj­ścia. Mu­sia­ła wró­cić przy­naj­mniej jesz­cze raz, aby się ze wszyst­kim wy­nieść. Mama miała przy biu­rze dwa po­ko­je: sy­pial­nię z anek­sem ku­chen­nym i nie­du­żą ła­zien­kę, więc po za­koń­cze­niu re­mon­tu mogła się tam wpro­wa­dzić.

Na­pi­sa­ła sms-a do Blake’a, żeby przy­słał pod jej dom kilku chło­pa­ków i cię­ża­rów­kę, bo mu­sia­ła prze­wieźć swoje rze­czy, bo sama nie da­ła­by rady ich prze­nieść. Było pięt­na­ście po szó­stej, gdy we­szła do domu, a ma­co­cha wra­ca­ła z pi­la­te­su o dzie­wią­tej, więc na styk po­win­ni ze wszyst­kim zdą­żyć. Od kilku dni suk­ce­syw­nie pa­ko­wa­ła swoje rze­czy, przy­go­to­wu­jąc się do tej chwi­li. Chło­pa­ki mu­sie­li tylko roz­ło­żyć jej łóżko oraz szafę i mogli je prze­wieść, a ona do­pa­ku­je resz­tę rze­czy i tyle. Jakby nigdy jej tam nie było.

Przez bli­sko rok nie miesz­ka­ła z ojcem i ma­co­chą. Po kłót­ni z tą siksą zro­bi­ła naj­bar­dziej gów­nia­ną rzecz w swoim życiu – ucie­kła i po­zwo­li­ła, aby wróż­ki się nią za­opie­ko­wa­ły… Świet­nie się nią za­ję­ły, pra­wie nic nie pa­mię­ta­ła. Na szczę­ście otrzeź­wie­nie przy­szło w ide­al­nej chwi­li. Od tam­te­go czasu jak naj­rza­dziej sta­ra­ła się spę­dzać czas w domu, a jeśli już mu­sia­ła, to nie wy­cho­dzi­ła z po­ko­ju. Do dziś nie mogła zro­zu­mieć, jak wy­trzy­ma­ła z tym bab­skiem pra­wie czte­ry lata. Ale na szczę­ście, już wkrót­ce oj­ciec się od niej uwol­ni…

Pa­ko­wa­ła resz­tę rzecz, gdy chłop­cy za­czę­li się do­bi­jać do drzwi. Jak to do­brze znać grup­kę umię­śnio­nych fa­ce­tów, któ­rzy mogą pomóc w prze­no­sze­niu pudeł i mebli… Było ich sze­ściu, więc z pew­no­ścią szyb­ko się ze wszyst­kim uwiną.

– To co mamy za­brać?

– Roz­łóż­cie łóżko i szafę, bo myślę, że biur­ko da się prze­nieść w ca­ło­ści– szyb­ko na­ba­zgra­ła wia­do­mość dla ojca, po czym otwo­rzy­ła lo­dów­kę i przy­kle­iła kar­tecz­kę do dna bu­tel­ki z piwem. Tam jej ma­co­cha nie znaj­dzie, a tata pra­wie za­wsze zo­sta­wiał ko­mór­kę w domu, więc nie mogła mu wy­słać sms-a, że się wy­no­si.

Scho­dzi­ła po scho­dach z wa­liz­ką i torbą, gdy ma­co­cha sta­nę­ła w drzwiach. W pierw­szej chwi­li w Si­go­ur­ney obu­dził się ten sam strach, który od­czu­wa­ła za każ­dym razem, gdy na nią pa­trzy­ła. Ale szyb­ko ze­pchnę­ła go w głąb swo­jej świa­do­mo­ści i z dumą, kro­czy­ła przed sie­bie.

– Gdzie ty się wy­bie­rasz? – Ma­co­cha chcia­ła ją chwy­cić za ramię, ale Si­go­ur­ney wy­szarp­nę­ła się z jej uści­sku.

– Jeśli to dla cie­bie nie jest takie oczy­wi­ste, to ak­tu­al­nie się wy­pro­wa­dzam.

Nie za­szczy­ci­ła jej nawet spoj­rze­niem, choć do­my­śla­ła się, że po pierw­szej chwi­li szoku ma­co­cha bez chwi­li wa­ha­nia bę­dzie chcia­ła jej zro­bić awan­tu­rę. Wrzu­ci­ła rze­czy do środ­ka cię­ża­rów­ki, a gdy wra­ca­ła na chwi­lę mu­sia­ła przy­sta­nąć przed drzwia­mi, bo wy­no­szo­no jej biur­ko. Wy­no­szą­cy je rzu­ci­li jej ostrze­gaw­cze spoj­rze­nia, a ona skwi­to­wa­ła je gorz­kim uśmie­chem. Nie była już dziec­kiem, które da­wa­ło się za­stra­szać.

– Ni­g­dzie się nie wy­bie­rasz. – Ma­co­cha za­stą­pi­ła jej drogę na scho­dy.

– Za­bro­nisz mi? – Si­go­ur­ney zmru­ży­ła oczy.

– Taki ża­ło­sny nie­udacz­nik, jak ty, z ni­czym sobie nie po­ra­dzi, jesz­cze wró­cisz tu, bła­ga­jąc byśmy cię przy­ję­li…

– Radzę ci, naucz się sprzą­tać i go­to­wać, bo po roz­wo­dzie nie bę­dzie cię stać nawet na za­trud­nie­nie go­spo­si.

Chwi­la kon­ster­na­cji na jej twa­rzy wy­star­czy­ła Si­go­ur­ney na prze­pchnię­cie się do scho­dów i wbie­gnię­cie na górę. Wię­cej nie prze­szko­dzi­ła im w wy­pro­wadz­ce – scho­dząc na dół, Si­go­ur­ney kątem oka wi­dzia­ła, że stała w kuch­ni i pró­bo­wa­ła się do­dzwo­nić do ojca. Z pew­no­ścią, jak tylko oj­ciec wróci, bę­dzie go bła­ga­ła na ko­la­nach, ale nie tym razem… Zbyt długo ta har­pia trzy­ma­ła go w swo­ich szpo­nach.

Skoń­czy­li przed dzie­wią­tą. Si­go­ur­ney po­sta­no­wi­ła pójść pie­cho­tą, a nie gnieść się w sa­mo­cho­dzie z czte­re­ma chło­pa­ka­mi. Pięt­na­ście minut spa­ce­ru do­brze jej zrobi, a po­nie­waż dała im klu­cze, oni spo­koj­nie się ze wszyst­kim roz­ło­żą.

Wes­tchnę­ła głę­bo­ko. Może wcale nie była taka do ni­cze­go? Po­sta­wi­ła się. I za­czy­na­ła nowe życie, więc na start wszyst­ko wy­glą­da­ło cał­kiem nie­źle… Gwał­tow­ne ude­rze­nie zwa­li­ło ją na chod­nik. Szyb­ko ze­rwa­ła się na nogi i ku swo­je­mu za­sko­cze­niu uj­rza­ła wam­pi­ra, trzy­ma­ją­ce­go się za szyję. Dy­szał, ga­piąc się na nią roz­sze­rzo­ny­mi z prze­ra­że­nia ocza­mi.

– Po… po-po­moc­cy­yy… – wy­ją­kał z tru­dem, ze­zu­jąc w stro­nę ulicy, z któ­rej na nią wy­sko­czył.

 

***

 

Po­li­cjant, młody wil­ko­łak, spi­sał jej ze­zna­nie i po­dzię­ko­wał. Za­mie­nił z nią jesz­cze parę uprzej­mych słów, po czym na po­że­gna­nie wrę­czy­ła mu wi­zy­tów­kę. I tak spi­sa­li jej dane oso­bo­we, ale tak przy­naj­mniej wie­dzie­li, że nie tra­fi­li na byle kogo… Wła­śnie: tra­fi­li na de­tek­ty­wa-żół­to­dzio­ba, który przy­pad­kiem ura­to­wał wam­pi­ra przed wy­krwa­wie­niem. Po raz pierw­szy wi­dzia­ła, aby ja­ki­kol­wiek wam­pir krwa­wił jak za­rzy­na­na świ­nia. Wcze­śniej nie po­dej­rze­wa­ła nawet wam­pi­rów o po­sia­da­nie ak­tyw­ne­go krwio­bie­gu.

Sie­dzia­ła na ko­ry­ta­rzu w szpi­ta­lu i co chwi­lę zer­ka­ła na drzwi po­ko­ju za­bie­go­we­go. Po­krwa­wio­na kurt­ka le­ża­ła na dru­gim krze­śle. Nie po­zwo­li­li jej pójść sobie do biura, tylko za­trzy­ma­li i ka­za­li za­dzwo­nić po kogoś. Do ojca nawet nie pró­bo­wa­ła dzwo­nić– z pew­no­ścią miał inne spra­wy na gło­wie– więc za­dzwo­ni­ła po Blake’a.

Zja­wił się po pół­go­dzi­nie. Zbladł, gdy zo­ba­czył kurt­kę, ale Si­go­ur­ney szyb­ko go uspo­ko­iła, że to nie jej krew.

– Ale nie po­peł­ni­łaś chyba mor­der­stwa, co?

– „Chyba”? – Po­sła­ła mu nie­do­wie­rza­jąc spoj­rze­nie. – Co ty, ja je­stem chyba jed­nak po tej do­brej stro­nie mocy.

– No cóż, tak czy ina­czej, czuj się za­mie­sza­na w jakąś po­waż­niej­szą spra­wę. Nie na co dzień widzi się po­kan­ce­ro­wa­ne­go wam­pi­ra…

 

***

 

Blake nawet sobie nie za­da­wał spra­wy z re­al­no­ści jego słów.

Dwa dni póź­niej, do jej biura za­wi­tał ura­to­wa­ny przez nią wcze­śniej wam­pir. W nie­na­gan­nym ubra­niu i to­wa­rzy­stwie pary przy­bocz­nych, do Si­go­ur­ney szyb­ko do­tar­ło, iż ma przed sobą Księ­cia, jed­ne­go z ojców wam­pi­rzych gniazd w De­scent. Opa­tru­nek na szyi oraz świta zdra­dza­ły, iż nie był w naj­lep­szej kon­dy­cji. Si­go­ur­ney sta­ra­ła się ukryć za­kło­po­ta­nie, po­nie­waż nie­zbyt wie­dzia­ła, jak po­win­na się za­cho­wać. Nigdy nie go­ści­ła żad­ne­go wam­pi­ra, nawet z żad­nym nie znała się na tyle bli­sko, by znać ich zwy­cza­je.

– Życzy pan sobie cze­goś? – Nie miała in­ne­go wyj­ścia, jak za­cho­wy­wać się naj­grzecz­niej jak po­tra­fi­ła i nie po­peł­nić przy­pad­kiem ja­kie­goś faux pas.

– W pierw­szej ko­lej­no­ści muszę po­dzię­ko­wać za pomoc. – Nigdy nie wi­dzia­ła, żeby wam­pi­ry się uśmie­cha­ły. Była prze­ko­na­na, że wy­szcze­rzy swoje kły, a za­miast tego, uj­rza­ła śnież­no­bia­ły, nie­na­gan­ny uśmiech. – Pani po­zwo­li, że się przed­sta­wię. Alek­san­der Do­urif, Mistrz pod­le­ga­ją­cy Księ­ciu De La Bo­ulaye.

– Bar­dzo mi miło i cie­szę się, że nic się… – Jak po­win­na po­praw­nie zwró­cić do Mi­strza? Wam­pi­ry to przede wszyst­kim ary­sto­kra­cja, tak przy­naj­mniej sły­sza­ła, a w każ­dym gnieź­dzie Mistrz jest trak­to­wa­ny jak król. – Wa­szej wy­so­ko­ści nie stało. Je­stem Si­go­ur­ney Dust, pry­wat­ny de­tek­tyw.

Do­urif cały czas się uśmie­chał. Do­pie­ro teraz za­uwa­ży­ła, że wam­pi­ry mają dziw­ny uśmiech… To do­brze czy źle? Śmie­je się z niej czy może go ura­zi­ła i zaraz roz­szar­pie jej gar­dło? Ciar­ki bie­ga­ły po jej ple­cach w tę i z po­wro­tem.

– Spo­koj­nie, nie ura­zi­ła mnie pani. Nie­wie­lu spoza na­szych krę­gów może się po­chwa­lić zna­jo­mo­ścią na­szej ety­kie­ty… Może przy­dał­by się jakiś po­rad­nik, by unik­nąć zde­ner­wo­wa­nia w razie spo­tka­nia z wam­pi­rem? Może po­wi­nie­nem taki na­pi­sać? W ludz­kim świe­cie byłby be­st­sel­le­rem…

Si­go­ur­ney nieco się roz­luź­ni­ła. Mogła skre­ślić z listy roz­szar­pa­nie przez wam­pi­ra.

– Wra­ca­jąc do za­da­ne­go wcze­śniej przez panią py­ta­nia – kon­ty­nu­ował Mistrz, za­ło­żyw­szy nogę na nogę. – Ow­szem, po­trze­bu­ję po­mo­cy. Sły­sza­łem od zna­jo­me­go, że zaj­mu­je się pani nie tylko spra­wa­mi kry­mi­nal­ny­mi, ale jest pani też dziec­kiem in­dy­go…

Si­go­ur­ney ski­nę­ła głową. Była nie­zwy­kłym zja­wi­skiem przy­rod­ni­czym: praw­dzi­wym dziec­kiem in­dy­go! Czło­wie­kiem ze skłon­no­ścia­mi pa­ra­nor­mal­ny­mi. Kiedy roz­wi­nę­ła swoje we­wnętrz­ne, trze­cie oko, mogła zo­ba­czyć swoją aurę – fak­tycz­nie była w ko­lo­rze in­dy­go. Żadna zdol­ność pa­rap­sy­chicz­na nie sta­no­wi­ła dla niej za­gad­ki – roz­wi­nę­ła zde­cy­do­wa­ną więk­szość z nich do­brze lub bar­dzo do­brze.

– Czy na pod­sta­wie tego oto ka­wał­ku ma­te­ria­łu może pani na­mie­rzyć tego, kto mnie za­ata­ko­wał? – Wyjął z kie­sze­ni ma­ry­nar­ki pla­sti­ko­wą to­reb­kę z nie­du­żym skraw­kiem ma­te­ria­łu. – Czy w ogóle jest pani w sta­nie uży­wać ra­die­ste­zji na takim po­zio­mie?

– Hm, myślę, że tak.

Szyb­ko przy­go­to­wa­ła po­trzeb­ne rze­czy. Na­ło­ży­ła na dło­nie gu­mo­we rę­ka­wicz­ki i ostroż­nie na­cią­gnę­ła ka­wa­łek ma­te­ria­łu na cie­niut­ką żyłkę, do któ­rej końcu przy­wią­za­ła wa­ha­deł­ko. Roz­ło­ży­ła mapę, a na­stęp­nie uwol­ni­ła nić ener­gii, która prze­pły­nę­ła przez żyłkę i zin­te­gro­wa­ła się z ener­gią po­zo­sta­łą na ma­te­ria­le. Si­go­ur­ney po­czu­ła coś na kształt de­li­kat­ne­go kop­nię­cia prą­dem w opusz­kach pal­ców, gdy wa­ha­deł­ko szarp­nę­ło się w stro­nę ka­mie­ni­cy, w któ­rej się znaj­do­wa­li. Czyż­by na­past­nik był w tym bu­dyn­ku? Nie­mal na­tych­miast otwo­rzy­ła trze­cie oko, po czym ska­mie­nia­ła.

Z po­cząt­ku była prze­ciw­na no­sze­niu broni przy sobie, ale teraz ro­zu­mia­ła, że w ta­kich sy­tu­acjach pi­sto­let mógł­by się przy­dać. Wsta­ła gwał­tow­nie i na­par­ła mocą na jed­ne­go z przy­bocz­nych Mi­strza, rzu­ca­jąc nim o ścia­nę.

– Spo­koj­nie! – Wam­pir szyb­ko uniósł dłoń. Był wy­raź­nie za­sko­czo­ny jej re­ak­cją.– Spo­koj­nie, pro­szę pani. To był test…

– Słu­cham? – Si­go­ur­ney za­mru­ga­ła skon­ster­no­wa­na. Naj­pierw spoj­rza­ła na sie­dzą­ce­go przed nią wam­pi­ra, a na­stęp­nie na le­żą­ce­go pod ścia­ną z rę­ka­mi unie­sio­ny­mi tak, aby je wi­dzia­ła, przy­bocz­ne­go.

– Pro­szę mi wy­ba­czyć, lecz mu­sia­łem się prze­ko­nać czy to praw­da, że po­tra­fi pani takie cuda. Jesz­cze raz prze­pra­szam.

Si­go­ru­ney usia­dła po­wo­li. Miała ocho­tę na niego na­wrzesz­czeć, ale mu­sia­ła się opa­no­wać. W końcu nie mogła go za to winić– dzie­ci in­dy­go były tak samo rzad­kie jak wil­ko­ła­ki mo­gą­ce do­ty­kać sre­bra bez uszczerb­ku na zdro­wiu.

Po tym nie­przy­jem­nym in­cy­den­cie, Mistrz szyb­ko ob­ja­śnił jej sy­tu­ację. Ktoś bez­kar­nie po­lo­wał na wam­pi­ry. I w do­dat­ku – co było wy­jąt­ko­wo okrut­ne – opróż­niał ich z krwi, co do kro­pli. Opróż­niał je z ży­cio­daj­nych pły­nów, a potem po­rzu­cał. Wam­pir, gdy po­ży­wiał się na czło­wie­ku, wpro­wa­dzał ofia­rę w trans, a po spra­wie nie zo­sta­wa­ła nawet bli­zna, zaś na­past­nik ata­ku­ją­cy wam­pi­ry do­pro­wa­dzał swoją ofia­rę do zgonu. Do­urif po­dej­rze­wał, że spraw­cą jest inny wam­pir, po­nie­waż na cia­łach ofiar zna­le­zio­no rany po ugry­zie­niu. Nie­któ­re wam­pi­ry po­sia­da­ły pa­ra­nor­mal­ne zdol­no­ści, więc nie można było wy­klu­czyć, iż na­past­nik po­sia­dał zdol­ność silną zdol­ność pod­świa­do­mej su­ge­stii lub hip­no­zy.

– Łącz­nie zgi­nę­ło sie­dem osób z mo­je­go gniaz­da. Spra­wę zgło­si­łem Ra­dzie oraz po­li­cji.

– W takim razie moja pomoc jest cał­ko­wi­cie zbęd­na, po­li­cja z pew­no­ścią zła­pie spraw­cę.

– Wła­śnie w tym kło­pot, droga pani. – Do­urif po­krę­cił głową. – Ich ra­die­ste­ta nie może na­mie­rzyć spraw­cy. Jest pod ochro­ną sil­nych za­klęć ma­sku­ją­cych, które są nie do zdję­cia na od­le­głość. Obec­ny tu aspi­rant – wska­zał osobę, którą Si­go­ur­ney wcze­śniej ude­rzy­ła mocą – to mag, który był pod wpły­wem na­praw­dę sil­ne­go uroku ma­sku­ją­ce­go, który spra­wia, iż każdy bie­rze go za przed­sta­wi­cie­la mo­je­go ga­tun­ku. Mimo tego uroku do­szła pani do tego, iż to do niego na­le­żał po­da­ny prze­ze mnie ka­wa­łek ma­te­ria­łu, choć urok wy­raź­nie zmie­nił jego aurę…

– Mu­sia­łam ją znisz­czyć mi­mo­wol­nie, po tym jak otwo­rzy­łam trze­cie oko…

– Wła­śnie, jak na kogoś kto jest sa­mo­ukiem, po­tra­fi pani uży­wać tak po­tęż­nych tech­nik, że aż strach po­my­śleć, co po­tra­fi­ła­by pani zdzia­łać po od­po­wied­nim tre­nin­gu! Win­szu­ję ta­len­tu. Ale co do pani roli, jest ona na­stę­pu­ją­ca: na gwałt po­trze­bu­je­my kogoś, kto mógł­by pil­no­wać mo­je­go gniaz­da i nie zwra­cał zbyt­niej uwagi.

– I pry­wat­ny de­tek­tyw prze­py­tu­ją­cy wszyst­kich wokół nie zwró­ci ni­czy­jej uwagi?

– Na pewno zwró­ci mniej uwagi niż tabun po­li­cji.

Za­sad­ni­czo, miał rację. Nikt nie znał Si­go­ur­ney, więc nikt nie przej­mie się kry­mi­nal­nym żół­to­dzio­bem prze­py­tu­ją­cym wszyst­kich wokół. A na­past­nik może po­my­śleć, że Do­urif był tak zde­spe­ro­wa­ny zmniej­sza­ją­cą się licz­bą człon­ków dworu swo­je­go Księ­cia, iż po­sta­no­wił się chwy­cić brzy­twy i nająć pierw­szą lep­szą płot­kę– za­pew­ne na prze­strach i by pod­re­pe­ro­wać nad­szarp­nię­tą re­pu­ta­cję.

– A wła­ści­wie, mogę wie­dzieć jak pan zo­stał za­ata­ko­wa­ny?

– Wra­ca­łem pie­cho­tą z domu mojej przy­ja­ciół­ki. – Nie mógł i naj­wi­docz­niej nie za­mie­rzał się z ni­czym kryć. I tak prę­dzej czy póź­niej wszyst­ko wy­pły­nę­ło­by na wierzch.– Jest ar­tyst­ką, chcia­łem u niej za­mó­wić ręcz­nie ro­bio­ną bi­żu­te­rię dla mojej part­ner­ki.

Si­go­ur­ney unio­sła brew. Wam­pi­ry ra­czej nie gu­sto­wa­ły w rę­ko­dzie­le – ce­ni­ły sztu­kę, ale w po­sta­ci rzeźb i ob­ra­zów, a naj­bar­dziej ta­kich, które przed­sta­wia­ły ich sa­mych.

– Nie­ocze­ki­wa­nie po­czu­łem prze­moż­ną chęć pój­ścia inną drogą. Skrę­ci­łem w inną ulicz­kę, gdzie zo­sta­łem za­ata­ko­wa­ny. Kiedy jego kły wbiły się w moją tęt­ni­cę, nagle oprzy­tom­nia­łem – za­milkł na chwi­lę – wy­rwa­łem się i ucie­kłem.

Si­go­ur­ney mil­cza­ła przez chwi­lę.

– W po­rząd­ku. Z ra­do­ścią będę chro­nić pana gniaz­do, Mi­strzu.

 

***

 

Ko­lej­ne trzy dni mi­nę­ły jej prze­py­ty­wa­niu wszyst­kich miesz­kań­ców gniaz­da, ob­ję­tych aresz­tem do­mo­wym. Wszyst­ki­mi mocno wstrzą­snę­ła śmierć sied­miu człon­ków ro­dzi­ny. Jeśli Si­go­ur­ney są­dzi­ła, że szyb­ko wy­chwy­ci ja­kieś złe fale w gnieź­dzie, roz­cza­ro­wa­ła się. Po­dob­no w dzie­więć­dzie­siąt pro­cent mor­derstw są za­mie­sza­ni człon­ko­wie ro­dzin – w tym przy­pad­ku mu­sia­ła wziąć pod uwagę po­zo­sta­łe dzie­sięć pro­cent, czyli osoby z ze­wnątrz. W życiu nie spo­tka­ła tak zgod­nej ro­dzi­ny, jak ta, któ­rej głową był Mistrz Do­urif!

Czwar­te­go dnia od­by­ło się przy­ję­cie z oka­zji pięć­dzie­sią­tej rocz­ni­cy part­ner­stwa Mi­strza Do­uri­fa i jego wy­bran­ki, Leili. Si­go­ur­ney rów­nież zo­sta­ła za­pro­szo­na do świę­to­wa­nia. W ciągu tych trzech dni zdą­ży­ła po­znać zwy­cza­je wam­pi­rów na tyle do­brze, aby wie­dzieć, jak po­win­na się za­cho­wać i ubrać na tak wspa­nia­łą uro­czy­stość.

Leila z nie­ma­łym za­chwy­tem przy­ję­ła rocz­ni­co­wy pre­zent. Kiedy wy­bran­ka Mi­strza oka­zy­wa­ła swój za­chwyt, Si­go­ur­ney wy­chwy­ci­ła kątem oka, iż ktoś wy­cho­dzi z sali. Na­tych­miast po­czu­ła lo­do­wa­ty po­duch na twa­rzy. Kło­po­ty. Szyb­kim kro­kiem ru­szy­ła za wam­pi­rem, utrzy­mu­jąc roz­sąd­ną od­le­głość. Wy­pu­ści­ła przo­dem sondę i z prze­ra­że­niem stwier­dzi­ła, iż na­past­nik był ja­kieś dwa­dzie­ścia me­trów przed nią. Skra­da­jąc się, otwo­rzy­ła trze­cie oko i w jej gło­wie po­ja­wił się obraz isto­ty o wam­pi­rzych kłach za­bi­ja­ją­cą in­ne­go wam­pi­ra. Przy­szłość czy te­raź­niej­szość? Wy­sko­czy­ła zza rogu i w kilka se­kund ude­rze­niem mocy ode­pchnę­ła na­past­ni­ka od ofia­ry. Po­de­szła do przy­szpi­lo­ne­go mor­der­cy i wes­tchnę­ła. Był pod wpły­wem sil­ne­go za­klę­cia hip­no­ty­zu­ją­ce­go.

– Opo­wiedz mi o tym, co się stało. – Si­go­ur­ney przy­ło­ży­ła palec wska­zu­ja­cy do jego czoła i stwo­rzy­ła most men­tal­ny, dzię­ki któ­rym jej jaźń wnik­nę­ła w jaźń mor­der­cy.

I wszyst­ko stało się jasne.

Stwo­rzy­ła kaj­da­ny, któ­ry­mi przy­mo­co­wa­ła ni­cze­go nie­świa­do­me­go mor­der­cę do ścia­ny i po­bie­gła do sali, w któ­rej ze­bra­li się wszy­scy człon­ko­wie gniaz­da. Wpa­dła do środ­ka jak burza i bez słowa wy­ja­śnie­nia po­wa­li­ła mocą sto­ją­cą obok Do­uri­fa ko­bie­tę.

– Co to ma zna­czyć? To skan­dal! – Leila leżąc na pod­ło­dze bez­rad­nie sza­mo­ta­ła się ni­czym sar­dyn­ka.

– Masz na myśli to, ze mija pięć­dzie­się­cio­le­cie wa­sze­go part­ner­stwa, a nie mał­żeń­stwa? – Si­go­ru­ney spoj­rza­ła na skon­ster­no­wa­ne­go Mi­strza. – Spra­wa roz­wią­za­na. W skró­cie: uży­wa­jąc sil­nych uro­ków obec­na tu wam­pi­rzy­ca cza­ro­wa­ła schwy­ta­ne­go prze­ze mnie ni­cze­go nie­świa­do­me­go kre­sni­ka.

 

***

 

– …a morał z tej hi­sto­rii taki, że podłe ko­bie­ty lecą na wła­dzę i pie­nią­dze. – Si­go­ur­ney prze­cią­gnę­ła się. – Gdyby po­zby­ła się Mi­strza Do­urif, au­to­ma­tycz­nie prze­ję­ła­by gniaz­do, bo nie było sil­niej­sze­go wam­pi­ra od niej.

– Czyli pierw­sze zle­ce­nie roz­wią­za­ne.– Blake uśmiech­nął się lekko. – Czyli na­praw­dę dzie­więć­dzie­siąt pro­cent mor­derstw po­peł­nia naj­bliż­sza ro­dzi­na?

– Na to wy­cho­dzi. I od­pu­kać, mam na­dzie­ję, że ta zdzi­ra nie po­su­nie się tak da­le­ko…

– Oj­ciec zło­żył pozew?

– Taa, a ona już robi pro­ble­my. Wiesz, rzuca się, że zo­sta­wi go w skar­pet­kach, bę­dzie mu­siał łożyć na nią ali­men­ty i takie tam… Ale jak dla mnie, nawet jeśli oj­ciec bę­dzie mu­siał jej coś tam pła­cić, to i tak mo­że­my mówić o happy en­dzie. Zła­pa­łam no­wych klien­tów – widać spra­wa z Do­uri­fem zro­bi­ła mi nie­złą re­kla­mę… Może za­trud­nię sobie se­kre­tar­kę?

– A kto jej bę­dzie pła­cił?

– No co ty? Dzię­ki tej spra­wie je­stem chyba tak po­pu­lar­na, że to bę­dzie dla niej za­szczyt pra­co­wać dla zbaw­czy­ni Mi­strza wam­pi­rów! Hej, może ra­to­wa­nie ludzi przed złymi związ­ka­mi bę­dzie do­dat­ko­wą usłu­gą?

Koniec

Komentarze

Hmmm. Jest ciekawy pomysł. Wprawdzie nie całkiem nowy – o biurze detektywistycznym w świecie magii pisał już Resnick – ale zdecydowanie jeszcze nie oklepany. Rozwiązanie zagadki przez panią detektyw sprawia wrażenie tak łatwego, że nie budzi emocji. Ot, veni, vidi, vici. Ale jej więzy rodzinne zarysowane znacznie lepiej.

Zabrakło mi wyjaśnienia, kim właściwie jest indygo. Sam kolor aury do mnie nie przemawia.

Trochę jeszcze musisz popracować nad warsztatem. Na przykład, myślniki od literek oddzielamy spacją. Obustronnie.

Podobno w 90% morderstw są zamieszani członkowie rodzin, tak w tym przypadku najwyraźniej mogła brać pod uwagę pozostałe 10%.

Przykład zdania do poprawki. Po pierwsze – liczby słownie. Po drugie, to “tak” w środku nijak mi nie pasuje do reszty. Co ono miało oznaczać? Po trzecie – co Autorka miała na myśli w drugiej części zdania? Że bohaterka w tej konkretnej sprawie powinna uwzględniać dziesięć procent dotychczas popełnionych morderstw?

Ogólnie, jak na debiut, to całkiem przyzwoicie. Ale nie aż tak cudnie, żeby nie dało się jeszcze poprawić. ;-)

Babska logika rządzi!

Człowiek całe życie się uczy – dzięki za wskazówki i dobre słowo ;-)

A co do indygo, służę wyjaśnieniem:

Dzieci indygo –  ludzie, którzy od wczesnego dzieciństwa charakteryzują się specyficznymi zdolnościami paranormalnymi np. nensha (myślografia, chyba każdy zna film “Ring”, pojawia się tam kaseta wideo – a w nowej wersji… nie, nie będę robić spoilerów, jeśli ktoś nie oglądał, ale wracając do meritum: za pomocą myślografii Samara “wgrała” swoje myśli na kasetę), channeling (możliwość łączenia się mentalnie z Wyższą Jaźnią), prekognicja (wiedza o zdarzeniach w przyszłości, której nie można wywieść z bieżącego stanu wiedzy), etc. A, tacy ludzie posiadają aurę w kolorze indygo xD Za pomocą trzeciego oka (wrażliwość na bodźce paranormalne, pozwala widzieć “więcej” i “poza” realnym światem- znane również jako Wzrok), jeśli jest dobrze rozwinięte, ułatwia rozwijanie wewnętrznego “ja” i zdolności paranormalnych.

Co do łatwości w rozwiązaniu zagadki: wydawało mi się, że skoro ktoś za pomocą dotyku może wniknąć do czyjejś duszy, poznać jego myśli… Może faktycznie poszłam na łatwiznę? No, ale początki zawsze są trudne – szczególnie w budowaniu intryg, ale mam nadzieję, że się poprawie ;-)

W zasadzie mi się podobało, choć ten klimat wydał mi się nieco nazbyt znajomy (wszak to nie tylko Resnick, także np. Cook z detektywem Garettem).

Czy nie obawiasz się, że ta bohaterka jest zbyt potężna, jej moc zdaje się nie mieć żadnych ograniczeń? Jeśli jest taka wspaniała, to powinni się o nią bić wszyscy, którym potrzebny jest ktoś taki, poczynając od policji.

O indygo nie wiedziałam, rozumiem, że to common knowledge, tak?

Zastanawiam się też nad tym wątkiem z rozwodem, bo jakoś nie zrozumiałam czemu on służy.

 

Rzuciły mi się też w oko dwa błędy:

„przysłał pod jej dom kilku chłopaków i ciężarówkę, bo musiała przewieść swoje rzeczy” – jednak „przewieźć” (od wieźć), a nie „przewieść” (od wieść czyli prowadzić), prawda?

„I w dodatku – co było wyjątkowo okrutne – opróżniał ich z krwi, co do kropli. Opróżniał je z życiodajnych płynów, a potem porzucał.” – myślę, że konieczna jest decyzja, czy stosujesz rodzaj męsko– czy niemęskoosobowy w odniesieniu do wampirów, obu jednocześnie się nie da

Dziękuję za komentarz i wszystkie uwagi ;-)

Co do kreacji głównej bohaterki – postacie prezentują różne wachlarze umiejętności. Gdybyśmy mieli typować kategorie, chyba znalazłyby się trzy:

– postać, która dopiero poznaje swoje moce i odkrywa swoje możliwości

– postać, na etapie szkolenia/nauki panowania nad swoimi mocami

– postać, której moce są w pełni zaawansowane

Sigourney reprezentuje ten trzeci typ – wpisz sobie na youtube: Mroczni po mamie, cyniczni po tacie… PYRKON 2013 – prelekcja Anety Jadowskiej na temat bohaterów urban fantasy. Jeśli mnie pamięć nie myli, jest tam wspomniane (w części numer 2 lub 3) o typach bohaterów – serio, warto obejrzeć, jeśli nie słuchało się na żywo ;-) Co do tego, iż jest taka potężna, to osobiście uważam, że w parze z wielkim zainteresowaniem idzie wielki niepokój. W jednym miejscu wspomniałam, iż nikt nie chciał jej przeszkolić – tu pojawiła się normalna obawa przed konsekwencjami, ponieważ dzieci indygo błyskawicznie opanowują prawie każdą umiejętność. Dlatego nieważne czy magiczni czy ludzie – wszyscy są tak samo uprzedzeni… Ale to wszystko z czasem mija, nie?

Ale fakt, przyznaję, może trochę za bardzo poszłam po bandzie – powinnam była lepiej rozbudować wątek zagadki. I ukazanie bohaterki w tak superlatywny sposób też nieco zaszkodził… Muszę nad tym popracować. A, co do wątku z rozwodem – każdy ma jakieś problemy, rodzinę, więc jakoś mi było głupio nie powiedzieć kilku słów na temat rodziny Sigourney ;-) 

Jeszcze raz dzięki za komentarz i uwagi, pozdrawiam xD

 

Hm, ta klasyfikacja bohaterów, niezbyt wyszukana zresztą, może się generalnie stosować do fantasy, nie tylko urban, ma tylko taką wadę, że nie obejmuje bohatera, który żadnych mocy nie ma, a i tacy się przecież zdarzają.

Nie rozumiem tego zdania: “w parze z wielkim zainteresowaniem idzie wielki niepokój”.

Nie wynikło mi z opowiadania, że wszyscy są uprzedzeni do dzieci indygo. Myślę też, że to jest dość niepoważne ze strony “magicznej społeczności” tego świata pozostawianie takich dzieci samopas, bo z takimi wszechogarniającymi mocami mogą one spowodować niezłą katastrofę. 

Rozumiem nawet, że chciałaś wspomnieć o rodzinie, tylko nie rozumiem skąd się wziął ten rozwód, bo choć niechęć bohaterki do macochy była oczywista, to jakoś nie wynikło mi, że małżeństwo jej ojca przechodzi jakiś kryzys. Zresztą nie byłoby to potrzebne, bo w tak krótkiej formie nie ma sensu rozbudowywać tego wątku.

Sklasyfikowałam tylko typy posiadające moce – nie uwzględniłam bohatera nie posiadającego żadnych nadprzyrodzonych zdolności, bo jeszcze takiego nie spotkałam i nie wiem, jak ktoś taki mógłby sobie poradzić w świecie, gdzie gołymi rękami można sobie głowy urywać… Chyba, że jakaś mimoza, którą broni cały zastęp magów i rycerzy. Taka może sobie poradzi.

Co do tego – konkretnie tego - opowiadania, owszem, nie ma w nim nic o uprzedzeniu do dzieci indygo… Przepraszam, ale napisałam swoją opinię na wyrost, sugerując się opowiadaniem, które wcześniej napisałam, a które jest w korekcie.

Co do ostatniego – może tak, może nie ;-) Jednym ten wątek będzie pasował, innym nie, kwestia gustu.

Dziękuję i pozdrawiam ;-)

 

 

Ciekawe, chociaż temat raczej nie mój.

:)

Emelkali, Ty mnie przyprawiasz o ból głowy. :-) Jeszcze jedna specjalizacja? Nie za wiele masz talentów? :-) (AdamKB)

Każdy woli co innego, kwestia gustu xD 

Doceniam opinię, dziękuję i pozdrawiam :-)

Przegadane… Za mało akcji na początku tekstu, nie ma zapowiedzi tajemnicy – tekst zaczyna nużyć. Opis to za mało. Brakuje sporo przecinków, w wielu miejscach zły szyk zdań.

Edycja tekstu do kitu, poczynając od przedmowy.

Ale, jak na debiut, całkiem przyzwoicie…

Pozdrówko.

PS. W prochowcu i kapeluszu chodził porucznik Colombo, alias Peter Falk. 

 

 

Faktycznie, trochę rzeczy będę musiała poprawić i nad sporą ilością popracować. Ale myślę, że nie będę edytować tego tekstu – ewentualne błędy będę wyłapywać w kolejnych pracach ;-)

Dzięki za poświęcony czas i wszystkie uwagi xD Mam nadzieję, że w kolejnym opowiadaniu uniknę powyższych zarzutów. Cały czas się uczę pisać, pracuję nad warsztatem – i gdybym nie zaczęła czytać Nowej Fantastyki, nie zainteresowałabym tą stroną. No bo poważnie, prowadzenie bloga, na którym albo wszyscy będą ci cukrowali albo równo po tobie jechali, nie ma moim zdaniem sensu… Moim tekstom wiele brakuje, ale wiem, że tu wiele się nauczę ;-)

Dobra, zanim mój komentarz zmieni się w kącik wyznaniowy, bardzo dziękuję za poświęcony czas, rady, dobre słowo i pozdrawiam ;-)

Mi­rac­le­9515 – w wolnej chwili zrobię jeszcze analizę pierwszego fragmentu. Jednakże, już teraz, warto i należy wykonać prosty zabieg edycyjny – wypośrodkować gwiazdki i dać odpowiednie odstępy między gwiazdkami a częściami tekstu – na jedną interlinię. 

Tekst wygląda wtedy książkowo, a nie internetowo, ale, co ważniejsze, ten zabieg bardzo ułatwia czytanie – i percepcję tekstu. Nie mówiąc o tym, ze opowiadanie po prostu ładniej wygląda. nie odstręczając pewną taką niechlujnością… 

Ktoś jeszcze pewnie rzuci okiem na ten tekst, nieprawdaż? 

W przedmowie zlikwiduj podpis – przecież doskonale wiadomo, kto jest autorką.

Pozdróweczko.

Naprawdę? Dziękuję za poświęcony czas! ;D Jasne, już się za to biorę.

A… kto jeszcze powinien, rzucić okiem?

Pierwszy fragment brzmi tak: „Dusk&Dust”. Tabliczka, na której widniał ten napis, była przekrzywiona i pokryta kurzem. Wzdychając Blake poprawił tabliczkę, po czym otworzył drzwi. Biuro detektywistyczne „Dusk&Dust” ani trochę nie przypominało typowego biura detektywistycznego ze starych filmów z Marlowem. Spore pomieszczenie, pomalowane na niebiesko. Naprzeciw wejścia wielkie okno, pod którym stało biurko i fotel obity skórą. Po prawej stronie od wejścia jeszcze jedna para drzwi i komplet drewnianych szafek na dokumenty, a po lewej wielkie akwarium z egzotycznymi rybkami stojące na komodzie z mahoniu. Dywan zajmujący prawie całą podłogę, skórzana sofa i fotele oraz nieduży stolik do kawy.

I – fanfary, proszę – główny detektyw karmiący swoje egzotyczne rybki, Sigourney Dust.”

Wytłuszczenia moje.

No, dobrze. Generalnie należy unikać czasownika ”być” – czyni zdanie statycznym. Należy stosować czasowniki ruchu – dynamizują tekst. Podobnie jest ze stroną bierną – jeżeli nie istnieje taka konieczność, nie stosujemy. Strona bierna zamula opowieść  Zdecydowanie należy unikać powtórzeń wyrazów, zwłaszcza blisko siebie. Unikac zb zbędnych zaimków. Należy tez unikać stosowania wyrażeń niezrozumiałych dla czytelna, typu: „fanfary, proszę ”. Dobrze, ale kto prosi? Kto? Czytelnik musi się nad tymi dwoma wyrazami chwilę zastanowić, kto to mówi – ergo: niepotrzebny wtręt. I, w końcu, należy stawiać we właściwych miejscach przecinki – nie chodzi nawet o unikniecie błędów interpunkcyjnych, ale o ułatwienie czytania.

Co to jest „para drzwi?” Podwójne drzwi – tak, ale nie para drzwi, bo wychodzi na to, że, w sumie, do biura prowadziły trzy drzwi. Zaskakująco dużo.  

Opowieść powinna biec płynnie, niczym rozwijająca się, wielobarwna wstążka. 

Czyli, tak po szybkiej korekcie, ten fragment mógłby wyglądać tak:

„Dusk&Dust”. Przekrzywioną tabliczkę z tym napisem pokrył kurz. Wzdychając, Blake poprawił szyld, po czym otworzył drzwi. Biuro detektywistyczne „Dusk&Dust” ani trochę nie przypominało typowej siedziby prywatnych stróżów prawa ze starych filmów z Marlowem. Spore pomieszczenie, pomalowane na niebiesko. Naprzeciw wejścia wielkie okno, pod którym stały biurko i obity skórą fotel. Po prawej stronie wzrok napotykał jeszcze jedne drzwi, komplet drewnianych szafek na dokumenty, a nieco dalej welkie akwarium z egzotycznymi rybkami stojące na komodzie z mahoniu. Dywan zajmujący prawie całą podłogę, skórzaną sofę, fotele, a wreszcie nieduży stolik do kawy.

Sigourney Dust, główny detektyw, karmiła swoje egzotyczne rybki.

To nazywa się szlifowaniem tekstu. Jeszcze należy dopracować ten fragment. Przed „wzdychając” można ewentualnie dodać przysłówek „ciężko”. Sygnalizuje zwątpienie, frustrację… W ostatnim zdaniu, po wyrazach „główny detektyw” może ewentualnie dodać spójnik „i”, dopisując określnik, kim jeszcze jest pani Dust.

 Jakbyś tak, na spokojnie, przejechała cały tekst, zmieniłby się nie do poznania. Na lepsze, choć nie jest zły.  

Pozdrówko. Było mi bardzo miło gościć u Ciebie.

PS. A kto jeszcze rzuci okiem? Ci, co napisali już wcześniej komentarze. A także inni, pragnący się z nimi zapoznać. Spora grupa czytelników…

Hm, za jakiś czas na pewno postaram się zrobić korektę, bo na razie nie pozwala mi na to zbyt duży natłok obowiązków – w poniedziałek czeka mnie matura… Do korekty tego tekstu będę potrzebowała dużo czasu, ale myślę, że dam radę to ogarnąć ;-) Czeka mnie prawie pięć miesięcy wakacji, więc myślę, że zdążę z dziesięć razy poprawić to opowiadanie xD

Bardzo dziękuję za cenne wskazówki – są dla mnie nieocenioną pomocą ;D

 Pozdrawiam i jeszcze raz bardzo dziękuję ;D Mnie również było miło cię gościć i mam nadzieję, że wpadniesz do mnie jeszcze nieraz ;-)

Dobrze, że jednak zdecydowałaś się na korektę. Ja też kiedyś postanowiłem, że nie będę tutaj poprawiał raz już dodanego opowiadania, by nie pozbawiać sensu prowadzoną pod nim, mniej więcej merytoryczną dyskusję. Próżność, duma czy głupota – zawsze później tego żałowałem. Wtedy na edycję opowiadania była tylko doba, więc kiedy się zreflektowałem, że jednak lepiej mieć poprawnie napisane opowiadanie niż urojoną rację (choć akurat w tamtym wypadku nie olałem poprawek, by coś komuś udowodnić), było już pozamiatane. Zostało usiąść i zapłakać. Teraz, po latach, kiedy mogę w końcu naprawić ten błąd – no cóż… Nie chce mi się. Tak więc szczerze zalecam pokorę, pracowitość i otwarty umysł. Niewiele złych rad można tutaj usłyszeć. Jedna z lepszych, jakich ja mogę Ci udzielić, brzmi: nie poprawiaj wszystkiego dziesięć razy, bo jeśli tak zrobisz, to obiecuję Ci, że poprawisz i jedenasty raz… A wałkowanie tekstu w nieskończoność to bardzo zgubny nałóg; ukradnie ci mnóstwo młodości, szybko wyssie całą radość z tworzenia, a zamiast niej zaszczepi znużenie i poczucie wiecznego niezadowolenia z efektów. Chyba nie ma autora, który byłby gotów uznać jakikolwiek swój tekst za doskonały, czy nawet skończony. Zawsze jest, coś, co warto by poprawić, zmienić, albo wykreślić – niekończąca się spirala niedoskonałości; jeden poprawiony błąd rodzi dwa kolejne, zazwyczaj jeszcze gorsze. Ale trzeba pamiętać, że ludzie, choć patrzą przede wszystkim na tekst, nie na autora, i to jego w pierwszej kolejności oceniają, to jednak nigdy żaden z nich nie poświęci Twojemu opowiadaniu, wierszowi, czy powieści nawet ułamka tego czasu, myśli i emocji, które poświęciłaś mu Ty (co nie znaczy, że nie poświęcą ich wcale). A co za tym idzie nikt też nie będzie wobec opowiadania tak bardzo krytyczny i drobiazgowy jak autor.

Interesująca, dobrze przemyślana i dobrze napisana historia, którą czyta się lekko i która wzbudzi jakieś, najlepiej mocne emocje, pozwalające szczerze polubić lub znienawidzić bohatera – to się liczy. A nie perfekcyjnie zapisane zdania.

Ja potrafię spędzić nieraz pół dnia nad jednym akapitem, poprawiając go w nieskończoność, bo – choć technicznie jest w porządku i oddaje wszystko to, co trzeba – to jednak nadal coś mi w nim nie gra. Natomiast moi ewentualni czytelnicy przeczytają go, zrozumieją i polecą dalej, nie oceniając tego konkretnego fragmentu (chyba, że faktycznie mocno się wyróżni – w tę lub w tamtą stronę – i wbije w pamięć) tylko całość. A tej – jeśli nie zdołamy (mówię “my” bo sam wciąż z tym walczę) się uwolnić od manii doskonałości – świat może nigdy nie doczekać.

Słowem – nic na siłę.

Dość wymądrzania. Aż normalnie poczułem się przez to stary i nudny. Teraz co nieco o samym opowiadaniu. Wnosząc po nim, masz spory potencjał i lekkie pióro, ale też i sporo prac domowych do odrobienia (spokojnie, nie odwołuję Ci wakacji :). Moi przedmówcy – zwłaszcza Roger – powiedzieli już zasadniczo wszystko, co i mnie raziło – powtórzenia, dziwne zdania, niespójność tekstu (np. zakończenie, w którym bohaterowie tak bezładnie przechodzą z tematu zlecenia do spraw rodzinnych, że nie sposób tego wychwycić od razu i trzeba się wracać, analizować i domyślać się o co Ci be – a przecież wystarczyło by po “ździra” dodać “moja macocha” i już było by dobrze), oraz zupełnie niezrozumiałe, oderwane od kontekstu motywy (i znów, dla przykładu, macocha; co wyprowadzka córki ma wspólnego z rozwodem ojca?). Poza tym sama zagadka jest strasznie miałka i wręcz bez sensu: dlaczego jakiś podrzędny wampir był w stanie pokonać i omal nie zamordować Mistrza – podobno najsilniejszą małpę w swoim stadzie? Co w nim było takiego, że Dourif uciekał jak przerażony wiesniak i błagał o pomoc przechodniów na ulicy? Jakie znaczenie ma tutaj różnica między “żoną” a “partnerką” skora Leila i tak zwyczajnie próbowała zabić Dourifa? (Myślisz, że obrączka przekułaby jej uczucia w miłość? Raczej naiwne założenie) Dlaczego, skoro bohaterka była tak potężnym, w dodatku utajonym medium (co też jest trochę naiwne; skoro jeden wampir wiedział, że ona jest Indygo, to dlaczego inne – zwłaszcza jego partnerka – miałyby o tym nie wiedzieć?), nie wychwyciła sprawcy od razu, podczas przepytywania wszystkich wampirów? Nie rozmawiała z Leilą, czy nie korzystała ze swoich mocy, a tylko ograniczała się do starej dobrej szkoły zadawania dziwnych pytań i łamania sobie głowy nad jeszcze dziwniejszymi odpowiedziami?

Może to już czepialstwo z mojej strony, ale jednak takie drobne, a mimo to totalnie pozbawiające polotu całą fabułę szczegóły i rażące błędy czynią z tego opowiadania gniot. Fajnie napisany i zwiastujący spory potencjał autorki, ale jednak gniot.

Technicznie do poprawy, fabularnie – nie tyle do zmiany, co po prostu do rozbudowy.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Czytałam kilka dni temu, więc pewnie jeszcze przed poprawkami, lecz nie miałam czasu komentować (dzięki czemu zresztą mogę się leniwie podpiąć pod niektóre opinie poprzedników).

Czytało się przyjemnie – widać, że masz potencjał, więc nie wahaj się go użyć;) Technicznie – wszystkie moje zastrzeżenia zostały wspomniane już wcześniej, więc nie będę się powtarzać. Co do logiki – miałam podobne wątpliwości co Cień Burzy.

Z własnych doświadczeń – uważaj, gdy powołujesz do życia bohaterów o licznych super-mocach. Problem z podobnymi postaciami jest taki, że trudno skonstruować z nimi porządną, nie kłócącą się z logiką intrygę. Bo w końcu kogo zaciekawi opowiadanie typu “przychodzi facet do pani detektyw, a ona mówi: zabił lokaj”? Zaś wyjaśnienie ograniczeń nadnaturalnych zdolności niestety jest kłopotliwe i najczęściej przypomina tłumaczenie się z choroby wenerycznej po powrocie z delegacji. I podobnie jak w tym przypadku trzeba się postarać, żeby odbiorca nie czuł się traktowany jak idiota.

Tak czy inaczej – pisz. Będę czytała.

”Kto się myli w windzie, myli się na wielu poziomach (SPCh)

Dziękuję za kolejne komentarze ;D

Miło przeczytać tak pochlebne opinie na temat mojego potencjału i lekkiego pióra – ale fakt faktem niezakrytym pozostaje, że muszę jeszcze sporo się nauczyć. I zgłaszam szczere chęci ;D Zarejestrowałam się tu, chyba jak większość użytkowników, aby szlifować swoje umiejętności… No bo sorry, ale w szkole (ani poza nią, bo mieszkam w prowincjonalnym miasteczku przy granicy z Czechami) nie można liczyć na żadne warsztaty literackie – a do Warszawy albo Krakowa, to trochę daleko… Więc albo sam się uczysz albo rzucasz hobby w diabły – istnienie takich portali to prawdziwe zbawienie, zwłaszcza, jeśli z pisaniem wiąże się przyszłość.

Jak tylko znajdę chwilę czasu, z pewnością zrobię korektę – zwłaszcza, teraz po przeczytaniu tego od nowa i po wytknięciu mi błędów przez życzliwych czytelników (jeszcze raz bardzo dziękuję! ;D) rozważę przerobienie tego… Ale na to muszę mieć dłuższą chwilę, bo już mam coś nowego, ale teraz nanoszę poprawki stylistyczne – mam nadzieję, że będzie coraz lepiej xD

Wkrótce zapraszam do lektury nowego opowiadania! ;)

Nie wiem, jak pod tym względem stoi Cieszyn, ale jestem przekonany, że w Bielsku znalazłabyś jakieś warsztaty pisarskie. A nawet jeśli nie, to jest jeszcze ATH (Akademia Tańca i Humoru); tam na pewno są jakieś kierunki literackie. Jeżeli interesuje Cię kariera pisarska lub dziennikarska, to może zapoznaj się z ich ofertą. Akurat skończyłaś szkołę, matura się skrobie powoli – dobry czas na podejmowanie takich decyzji.

Pozwolę sobie jednak na pewną osobistą refleksję, i to taką, za którą pewnie wiele osób tutaj chętnie mnie powiesi: Jeśli zamierzasz pracować jako dziennikarka czy reporterka, to jak najbardziej polecam studia dziennikarskie – w mediach jest potrzebna masa konkretnej wiedzy, której trzeba się nauczyć. Ale jeśli interesuje Cię pisarstwo, to studia czy warsztaty prawdopodobnie o wiele bardziej Ci zaszkodzą niż pomogą. Przynajmniej moim zdaniem. Dlaczego? Bo to jest dobre rozwiązanie tylko dla tych osób, które chcą pisać, ale nie potrafią. To znaczy składać literki owszem, pani Jadzia w podstawówce nauczyła, ale na tym koniec. Podobno ponad osiemdziesiąt procent ludzi chciałoby, albo wręcz zamierza napisać w życiu choć jedną książkę, ale większość ma raczej niewielki potencjał, albo zupełnie brak im talentu, tej “iskry bożej”, która pozwalała tworzyć coś naprawdę wartościowego, a nie tylko pisać zdania. Dla takich ludzi warsztaty to możliwość nauczenia się pisać poprawnie, według utartego, bezpiecznego “wzorca”. Ale to jest wyuczanie się zawodu i nic więcej. A z rzemieślnika nie zrobisz artysty. Natomiast z artysty zrobisz rzemieślnika, co może być poważnym zagrożeniem dla ludzi obdarzonych jakimkolwiek talentem.

Posługując się metaforą, nazwałbym Cię sporych rozmiarów kamieniem szlachetnym o nietuzinkowym kształcie (umiesz już pisać, a w dodatku masz wyrobiony własny, ciekawy styl), który wymaga pewnych, niewielkich obróbek. Jeśli jednak oddasz się w ręce jubilera, który potrafi szlifować kamyczki wyłącznie według jednego wzoru, to może zdarzyć się tak, że i Ciebie będzie obrabiał tak długo, aż będziesz idealnie pasować do jego koncepcji “dobrze oszliwowanego kamienia” – perfekcyjnie obrysowane kształty, oraz doskonale dopasowana wielkość i waga. Nic, co mogłoby Cię wyróżnić pośród tysięcy innych kamyczków. Może tylko nieco jaśniejszy blask.

Słowem, warsztaty i/lub studia mogą wykorzenić Twoją oryginalność i zniszczyć styl, wpajając w zamian szeroko rozumianą, ale w gruncie rzeczy szkodliwą “poprawność językową”.

A może i nie – nigdy nie odważyłem się zaryzykować, więc jest spora szansa, że nie wiem, o czym gadam.

Tak czy inaczej cztery najlepsze sposoby, żeby rozwijać swój warsztat prawie zawsze masz na wyciągnięcie ręki: dużo czytać, a także PISAĆ, PISAĆ i jeszcze raz PISAĆ! Natomiast rozwiązanie każdego technicznego problemu – jak stawiać przecinki, jak zapisywać dialogi, etc. – bez problemu znajdziesz w necie, a praktyka Ci je po postu utrwali.

 

P.S.

Nie twierdzę, że takie warsztaty są złem – od każdego można się czegoś nauczyć – a zwykłe, dobrze oszlifowane kamyczki są nic nie wartą tandetą. Tylko po co być normalnym, skoro można być zajebistym?

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Naprawdę, chyba pierwszy raz mam ochotę się popłakać po przeczytaniu komentarza… Nikt mi nigdy czegoś takiego nie powiedział. Dziękuję, że tak myślisz, że wystawiłeś mi tak pochlebną opinię. Teraz muszę starać się ze wszystkich sił, żebyś nie mógł się wstydzić tych słów ;)

Zrobiłam porządek (a raczej jestem w trakcie) i znalazłam zapomniane, choć chyba nie tak stare, numery NF, w których znajduje się coś w rodzaju poradnika poprawnego pisania – zamierzam to szczegółowo przestudiować, może dojdę do jakichś ciekawych wniosków ;) Co do szlifowania talentu – chyba wolę być kamieniem o trochę nieregularnych krawędziach, niż idealnie oszlifowanym i pasującym kamyczkiem w oczku pierścionka. Ale fakt, niektóre krawędzie trzeba wygładzić, żeby sobie ktoś przypadkiem rąk nie pokaleczył…

Co do mojej przyszłości – to nadal otwarta droga, mam klucze do furtek i muszę tylko wybrać, do którego ogrodu chcę wejść… Ale to wcale nie jest proste. Jakiś czas temu, chyba dwa miesiące wcześniej, przyszła do nas pani z urzędu pracy, żeby zrobić nam pogadankę. Siedzę z koleżanką w przedostatnim rzędzie i słuchamy. Babka jest gdzieś w połowie wywodu, a moja koleżanka oznajmiła mi: “I tak na końcu powie nam, że nie znajdziemy roboty. Zwłaszcza human.” Co za perspektywa… Naprawdę, w tamtej chwili mnie to śmieszyło. Wszyscy się śmialiśmy. Ale teraz, to chyba do mnie dociera: jak coś teraz zawalę, to już nie będzie poprawy sprawdzianu czy egzaminu poprawkowego w sierpniu, nie będzie obniżenia zachowania za wagary czy nieusprawiedliwione godziny, nie będzie upomnienia za palenie papierosów w lasku miejskim czy przy szkole – teraz przeszłam na zupełnie inny poziom. Każdy to przechodzi, ale inaczej patrzy się na to z boku, a inaczej przeżywa samemu…

Dobrze, może już wystarczy tego wywodu… Pomiędzy tymi kiepskimi momentami będzie dużo więcej radości. Dorosłe życie przede mną, a na razie… W mojej najbliższej przyszłości widzę kolejne opublikowane na portalu opowiadanie i makaron z krewetkami ;)A, no i zdaną maturę xD

 

 

Smacznego.

 

P.S.

I przypadkiem nie popadaj w samozachwyt… Jeszcze nie teraz.

Zresztą gdzie jak gdzie, ale tutaj nikt nie pozwoli, by człowiek obrastał w piórka.

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Rozumiem.

Tym, jaka jestem super i ekstra będą mogła się chełpić na lewo i prawo dopiero jak wydam powieść, która utrzyma się na pierwszym miejscu bestsellerów ;) A do tego jeszcze daleka droga…

Na razie nastawiam się na ciężką pracę, dużo krytyki (mieszania z błotem włącznie) i odrobinę pochwał… Oraz pot, krew i łzy, a może i nieprzespane noce…

Ale to ostatnie, naprawdę mam nadzieję, że okaże się skrajnym przypadkiem ;) 

Dziękuję za komentarze i pozdrawiam ;)

 

Nie, chyba nie mam racji…

Że jestem super, będę mogła powiedzieć, kiedy dostanę kontrakt na wydanie zagraniczne… No, a to prędko nie nastąpi – ale chyba tylko wtedy będę mogła powiedzieć, że czuję się z siebie zadowolona.

Wiem, wiem… Mam wybujałą wyobraźnię. Ale pomarzyć chyba wolno, nie? xD

Ale tak jak napisałam wcześniej: na razie tylko ciężka praca.

Pozdrawiam ;)

Moim zdaniem wystarczy, że znajdzie się JEDNA osoba której Twoja praca dostarczy prawdziwej radości, by w pełni zdefiniować się jako wartościowego autora. Cała reszta to już statystyki (powiedział koleś znikąd, który osiągnął w życiu niewiele ponad tą jedną osobę).

 

Marzyć nie tylko wolno, ale wręcz trzeba. Jednak fundamentem każdego marzenia jest plan – dobry plan (i znowy: powiedział koleś…)

A co do nieprzespanych nocy, to życzę Ci ich jak najwięcej – byle nie samotnych i nie przed komputerem.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Dzięki ;)

To zobaczymy, co będzie dalej…

Pozdrawiam ;) 

Pomysł nie powala oryginalnością, intryga też dość prosta i, jak się okazało, nie nastręczyła pani detektyw większych trudności w rozwiązaniu zagadki. Czytało się całkiem nieźle, mimo że wykonanie nadal pozostawia nieco do życzenia.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Sympatyczne :)

Sympatyczne :)

Nowa Fantastyka